środa, 31 lipca 2013

Tajemnice skryte w szkolnych murach

Prywatna Szkoła dla Chłopców im. św. Oswalda to placówka z tradycjami. Co roku w jej murach pobiera naukę około tysiąca chłopców w wieku 12 - 18 lat. Kompleks składa się z kilku budynków, boisk do uprawiania różnych sportów oraz terenów zielonych. Kadra profesorska jest bardzo zróżnicowana pod względem wieku, a od kilku lat do pracy przyjmowane są również kobiety.

Właśnie rozpoczyna się kolejny jesienny semestr, który ma przynieść szkole ogromne zmiany. Po pierwsze do grona profesorskiego przybywa pięć nowych osób - czterech mężczyzn i kobieta; po drugie - szkoła ma pewne kłopoty finansowe i albo trzeba będzie sprzedać część terenu, albo podnieść czesne; po trzecie zmieniono przydział części sal i uczący łaciny Roy Straitley musi oddać swój gabinet germanistom; po czwarte, i to właśnie budzi największy niepokój pracowników, pod koniec semestru będzie przeprowadzona wizytacja kuratoryjna.
Bardzo szybko okazuje się jednak, że te wszystkie problemy muszą ustąpić miejsca poważniejszej sprawie - w szkole pojawiła się osoba, która zrobi wszystko aby zniszczyć Świętego Oswalda. Kilka drobnych incydentów zostaje zlekceważonych, ale ktoś, kto używa pseudonimu "Kret" dopiero się rozgrzewa i tylko szuka okazji, aby uderzyć.
Wiele wskazuje na to, że działalność Kreta związana jest z tragedią, która miała miejsce w szkole przed piętnastu laty.

Joanne Harris to brytyjska pisarka, najbardziej chyba znana jako autorka bestsellerowej "Czekolady". Moje osobiste spotkania z jej twórczością zamykały się jak dotąd w trzech tytułach - wspomniana już "Czekolada", jej kontynuacja pt. "Rubinowe czółenka" oraz "Jeżynowe wino". Dwie pierwsze podobały mi się bardzo, natomiast trzecia nieszczególnie... Wszystkie te książki przepełnione były magią, miłością do kuchni i radością życia, więc biorąc do ręki "Dżentelmenów i graczy" spodziewałam się czegoś podobnego - powieści obyczajowej w której specjały wyczarowane rękami niezwykłej kucharki będą miały wpływ na losy bohaterów. 

Tymczasem już po kilku stronach widać, że jest to powieść zupełnie niepodobna do tych wyżej wymienionych. Brak tu czarów, kulinaria ograniczają się do herbaty pitej w zaciszu pokoju nauczycielskiego, a o radości życia to już całkiem trzeba zapomnieć. 
"Dżentelmeni i gracze" to powieść obyczajowa z wątkiem sensacyjno - kryminalnym. Narracja prowadzona jest dwutorowo - wydarzenia współczesne obserwujemy oczami Straitley'a, natomiast tajemniczy Kret snuje wspomnienia sprzed lat, kiedy miał pierwszy kontakt ze Świętym Oswaldem. Powoli, krok po kroku poznajemy losy dziecka szkolnego portiera, którego największym i zupełnie nieosiągalnym marzeniem była nauka w tej właśnie szkole; dziecka, które przekracza kolejne niewidzialne granice i wślizguje się w zamknięty szkolny światek; dziecka niezwykle samotnego i wyobcowanego, szukającego przyjaźni i akceptacji.
Chociaż akcję powieści napędza działalność Kreta, to jednak najważniejszą postacią pozostaje stary łacinnik. Pracuje w szkole już ponad 30 lat, ma swoje przyzwyczajenia i słabostki, ale jest lubiany i szanowany przez uczniów. To ktoś o kim mówi się "urodzony nauczyciel". Dla Straitley'a najważniejsi są jego chłopcy - pamięta wszystkich swoich uczniów, jego dom to właściwie galeria fotografii na których utrwalone zostały kolejne roczniki wychowanków, zdarza mu się czasem osłaniać autorów różnych szkolnych psikusów przed karzącą ręką dyrekcji. Jeśli chodzi o stosunki z pozostałymi nauczycielami to nie łączy go z nimi jakaś szczególna więź, kilka osób lubi, wobec większości zachowuje się poprawnie ale chłodno, z kilkoma (szczególnie z szefem germanistów) pozostaje w stałym konflikcie. Cechuje go jednak ogromna lojalność - kiedy atmosfera w szkole zaczyna gęstnieć nie daje się ponieść zbiorowej panice i nie odwraca się od kolegi, pomimo, że dowody jego winy wydają się być niepodważalne.

"Dżentelmeni i gracze" przypominali mi miejscami powieści Agathy Christie - specyficzna atmosfera starej szkoły, gdzie czas jakby się zatrzymał, budowanie napięcia, nieuchwytny przestępca to tylko niektóre cechy wspólne tej powieści z dziełami królowej kryminału, jednak od razu chcę zapewnić, że książka nie jest w żadnym wypadku naśladownictwem. Jeśli nawet Joanne Harris czerpała inspirację z powieści Agathy Christie to nie robiła tego nachalnie, a powieść jest ciekawa, oryginalna i warto poświęcić czas na jej lekturę. 

wtorek, 30 lipca 2013

Stojąc na straży bezpieczeństwa obywateli

Prawie każdy mały chłopiec marzy o tym, żeby w dorosłym życiu nosić mundur - żołnierza, strażaka albo policjanta. Te marzenia u większości co prawda nie wytrzymują próby czasu, jednak co roku kilkuset młodych ludzi zakłada policyjny uniform.
Ostatnie ćwierć wieku to okres gruntownych zmian w naszym państwie, nic więc dziwnego, że reformy nie ominęły również organów ścigania. Od działań czysto formalnych (chociażby zmiana nazwy z milicji na policję), poprzez zmiany kadrowe, na sprzęcie i procedurach kończąc - przechodziła policja (a śmiem twierdzić, że nadal przechodzi) dogłębną reformę swoich struktur. Zmiany te wymuszone były początkowo przemianami polityczno-społecznymi zachodzącymi w Polsce ale szybko nałożyły się na to nowe problemy z którymi peerelowska milicja nie miała do czynienia - przestępczość zorganizowana, narkotyki, wymuszenia a w ostatnim okresie również terroryzm.

Krzysztof Liedel o byciu policjantem marzył od zawsze, a kiedy zdał maturę postanowił marzenie przekuć w rzeczywistość. Był rok 1989 - Okrągły Stół, pierwsze wolne wybory i początek nowej, wolnej Polski. Swoją karierę rozpoczął w Łodzi, na tzw. unitarce, a kiedy zakończył okres szkolenia wylądował w sekcji kryminalnej Komendy Miejskiej w Pionkach. Kolejnymi etapami jego policyjnej kariery stała się praca w wydziałach kryminalnych w Lublinie i Puławach, aż wreszcie na kilka lat został wykładowcą w Centrum Szkolenia Policji w Legionowie. W 2004 roku otrzymał propozycję pracy w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, gdzie współtworzył, a następnie kierował  Wydziałem ds. Przeciwdziałania Zagrożeniom Terrorystycznym. Aktualnie jest wykładowcą uniwersyteckim oraz ekspertem do spraw zwalczania terroryzmu - odpowiadał m.in. za bezpieczeństwo w czasie Euro 2012.
Swoje doświadczenia z policyjnej oraz ministerialnej pracy zawarł w książce pt. "Gliniarz", którą napisał we współpracy z Marcinem Ciszewskim, pisarzem, autorem kilku książek sensacyjno-fantastycznych.

"Gliniarz" o opowieść o pracy współczesnej policji, na którą w większości składa się żmudna praca biurowa, pisanie niezliczonej ilości raportów, budowanie bazy danych a od czasu do czasu trafi się jakaś spektakularna akcja. Jako, że autor większość swojej służby odbywał we wschodnich rejonach Polski to siłą rzeczy jednym z wiodących tematów jest rosyjska mafia - na terenie naszego kraju operują liczne grupy przestępcze zza naszej wschodniej granicy, często współpracujące z polskimi przestępcami. Innym tematem poruszanym w książce są nasze rodzime grupy przestępcze, jakże często związane z władzami na różnym szczeblu - ich nietykalność to szczególnie frustrujący aspekt policyjnej pracy. 
W "Gliniarzu" znajdzie czytelnik opis kilku szczególnie widowiskowych policyjnych akcji ale również przeczyta o zabawnych aspektach tej pracy - jak choćby historię o grupie, która chciała wymusić haracz na właścicielu baru usytuowanego na terenie... Centrum Szkolenia Policji w Legionowie.

Książka napisana jest prostym, niemal potocznym językiem. Sporo w niej wulgaryzmów, ale trudno wymagać od przestępców aby posługiwali się literacką polszczyzną, a policjanci również używają słownictwa zrozumiałego dla swoich przeciwników. Co wrażliwsze ucho może razić ten żargon, ale stanowi on niestety nieodłączny element tej pracy. Sporo jest również w tekście wyrażeń z gwary środowiskowej, niektóre z nich (chociażby "psiarnia", "kark" czy "borowik") trafiły do potocznej polszczyzny, ale znaczenie niektórych było dla mnie nie do końca jasne (no, bo co wspólnego z policją ma np. "pokemon"?) - na szczęście na końcu książki zamieszczono "Słownik policyjnej polszczyzny", który pomaga zrozumieć o co chodzi w tekście.

Książka Liedla i Ciszewskiego to doskonała lektura dla osób zainteresowanych realiami policyjnej pracy, a niekoniecznie związanych z organami ścigania. Chociaż myślę, że koledzy po fachu bohatera tej książki, też znajdą w niej coś ciekawego dla siebie - chociażby powód do snucia wspomnień z własnej służby. 

poniedziałek, 29 lipca 2013

Lektury małoletniej Ani - odc. 8

Nie wiem jak to się stało, że jeszcze nie pojawiła się w tych wspominkach jedna z najukochańszych autorek mojego (i pewnie nie tylko mojego) dzieciństwa, kanadyjska pisarka Lucy Maud Montgomery... Czas wiec nadrobić to zaniedbanie, tym bardziej, że co jakiś czas sięgam do jej książek - stoją sobie na osobnej półce i na pierwszy rzut oka widać po nich wytężoną eksploatację.

Jako, że z twórczością tej akurat autorki wszyscy spotkaliśmy się w szkole podstawowej ("Ania z Zielonego Wzgórza" nie daje się już od lat reformatorskim zabiegom i tkwi sobie spokojnie na liście lektur dla klasy VI, co więcej, pomimo, że książka uznana jest za "dziewczyńską" to i chłopcy czytają ją bez większych oporów) to chyba nie ma potrzeby wypisywania tu jakiejś szczegółowej biografii. Przypomnę tylko, że przyszła na świat w 1874 roku w Clifton na Wyspie Księcia Edwarda, jej matka zmarła kiedy dziewczynka miała niespełna 2 lata, a ojciec oddał ją na wychowanie teściom i wyjechał. Lucy przez pół życia związana była z wioską Cavendish - mieszkała w niej aż do czasu swojego zamążpójścia w 1911 roku. Po ślubie przeniosła się do Leaskdale w Ontario gdzie jej mąż objął obowiązki pastora. Lucy Maud resztę życia spędziła poza Wyspą Księcia Edwarda, dopiero kiedy zmarła w 1942 roku powróciła w rodzinne strony - jej grób znajduje się na cmentarzu w Cavendish.

Najbardziej znanymi utworami tej kanadyjskiej pisarki jest oczywiście cykl powieści o rudowłosej Ani Shirley znanej jako "Ania z Zielonego Wzgórza". Bardzo popularny jest również cykl o "Emilce ze Srebrnego Nowiu", oraz jedyna w dorobku autorki powieść dla dorosłych czyli "Błękitny Zamek". Lucy Maud Montgomery napisała jeszcze kilka innych książek, ale ich popularność jest już dużo mniejsza. A szkoda, bo to utwory godne uwagi - moim zdaniem szczególnie opowieść o  małej Jance ze Wzgórza Latarni.

Jedenastoletnia Janina Wiktoria Stuart mieszka wraz z matką w rezydencji swojej babki przy ulicy Wesołej w Toronto. Źle się czuje w tym domu, podświadomie czuje, że babka jej nie lubi, nie ma przyjaciół, jest niezdarną, zakompleksioną i bardzo wrażliwą dziewczynką. Niespodziewanie jej życie wywraca się do góry nogami - okazuje się, że jej ojciec, o którym była przekonana, że zmarł wiele lat temu, jednak żyje. Co więcej żąda, aby dziewczynka przyjechała do niego na wakacje na Wyspę Księcia Edwarda. Początkowo Janka nie chce spotkać się z człowiekiem o którym nic nie wie, jednak nie ma wyboru - matka przygotowuje ją do podróży i pewnego czerwcowego dnia dziewczynka rusza na spotkanie ojca. Szybko okazuje się, że jej strach nie miał żadnych podstaw i niemal od pierwszej chwili pomiędzy nią o jej tatą powstaje silna więź. I tak oto zaczyna się dla Janki cudowne lato, które zmieni ją w zupełnie inną osobę...

Bohaterki Lucy Maud Montgomery to najczęściej dziewczynki z rozbitych rodzin czy wręcz sieroty, zdane na łaskę krewnych bądź opieki społecznej. Wrażliwe, z bogatą wyobraźnią, szybko zyskują sobie sympatię tak czytelnika jak i otoczenia, a obdarzone przyjaźnią odpłacają lojalnością i wiernością. Ich postawa ma niejednokrotnie wpływ również na dorosłych - rodzice Janki muszą dla jej dobra odrzucić stare urazy i podjąć kilka ważnych a zarazem trudnych decyzji.

"Jana ze Wzgórza Latarni" to jedna z ostatnich książek, które wyszły spod pióra Lucy Maud - powstała w 1937 roku, więc siłą rzeczy warstwa obyczajowa różni się od historii o Ani czy Emilce, które powstały na początku wieku - krótsze sukienki, coraz więcej samochodów, udogodnienia w życiu codziennym (chociażby coraz powszechniejsze telefony) to tylko niektóre przykłady. Co jednak widać wyraźnie w tej książce to większa swoboda, którą dysponują kobiety - rzecz dzieje się w okresie międzywojennym. Szczególnie jest to widoczne w sposobie bycia  matki Janki oraz jej starszej siostry. Ciotka Gertruda to osoba z poprzedniej epoki, ograniczona konwenansami stara panna, zależna od matki i brata. Ona nigdy nie zdobyłaby się na bunt wobec rodziny tak jak to zrobiła matka Janki poślubiając Andrzeja Stuarta. I choć później jej małżeństwo się rozpadło to jednak pozostał w niej nikły płomyk wolności, który, w sprzyjających warunkach być może jeszcze raz zapłonie...

Historia o Jance jest wzruszająca, ale równocześnie zabawna - dziewczynka ma charakterek, który niejednokrotnie da się we znaki otoczeniu. Ma też przeróżne pomysły i talent do przyciągania  przygód.
Mam nadzieję, że jeśli jeszcze nie znacie Janki Stuart to te kilka zdań zachęci was do zawarcia znajomości z tą niezwykle sympatyczną dziewczynką i spędzicie miło czas w jej towarzystwie.

niedziela, 28 lipca 2013

To może przydarzyć się każdej z nas...

Uff... Na szczęście awaria wyglądała groźniej niż było w rzeczywistości...
Przy okazji serdecznie dziękuję za wszystkie życzenia imieninowe:)

********************************************************************

Wigilia - dzień, który niemal wszyscy staramy się spędzić z najbliższymi, choinka, wieczerza, kolędy... Chyba to jedyny dzień w roku, kiedy nikt nie chce być sam. Niestety los nie zawsze chce współdziałać z ludzkimi chęciami.

Dla Aśki Reszki miały to być pierwsze samotne święta - z rodziną się skłóciła, facet nie miała, przyjaciół też nie. Przypadek sprawił, że wynosząc śmieci natknęła się w śmietniku na bezdomną młodą kobietę i burego kota. Powodowana impulsem zaprosiła bezdomną na kolację. Tym bardziej, że twarz kobiety była znajoma... Aśka wmawiała sobie altruizm, ale prawda była taka, że zobaczyła w tym spotkaniu doskonały temat na artykuł - była dziennikarką pisującą do kolorowych pisemek.

Dla Kingi Król te święta miały być ostatnimi. Zapas tabletek i butelka alkoholu miały pomóc w opuszczeniu tego najlepszego ze światów, niestety na przeszkodzie stanął bury kot, który się skądś przybłąkał i jej nie odstępował. W przeciwieństwie do Aśki doskonale wiedziała skąd ta ostatnia zna jej twarz. Punktem stycznym dla obu kobiet był Krzysztof Król - mąż jednej, a kochanek drugiej z nich.

Przypadkowe spotkanie dało początek dosyć dziwnej znajomości - Aśka wyczuwała, że Kinga skrywa jakąś tajemnicę i jej dziennikarski nos mówił jej, że warto pochodzić koło tematu - oczami wyobraźni widziała nagrody i laury, które zdobędzie pisząc artykuł o bezdomnej, której pomogła wyjść na prostą.
Kinga zdawała sobie doskonale sprawę z motywacji swojej znajomej, ale jej też odpowiadała taka sytuacja - postanowiła wykorzystać zainteresowanie dziennikarki do swoich celów. Powoli, krok po kroku kobiety poznawały swoje losy, aż wreszcie Kinga postanowiła zrzucić z serca swoją największą tajemnicę...

Chyba po raz pierwszy zdarzyło mi się, że przeczytałam książkę i nie byłam w stanie napisać jakiejś spójnej opinii. Wszystko co sobie notowałam wydawało się banalne, łzawe i zupełnie nie oddające wagi problemu poruszanego w książce. Dałam sobie kilka tygodni, przeczytałam książkę jeszcze raz i dzisiaj próbuję coś na jej temat naskrobać.

Katarzyna Michalak stara się w swoich książkach dotykać ważnych problemów społecznych - każdy, kto przeczytał , "Wiśniowy dworek", "Sklepik z niespodzianką" czy "Nadzieję"wie o czym mówię.
Szczególnie ta ostatnia była dla czytelniczek czymś na kształt trzęsienia ziemi - zupełnie niepodobna do tego co serwowała nam autorka przez ostatnie kilka lat. Więc jeśli poruszyła Was "Nadzieja" to "Bezdomna" niesie jeszcze większy ładunek emocjonalny.
Po pierwsze sam temat bezdomności - szczególnie widoczny na ulicach dużych miast. Obiegowa opinia głosi, że bezdomność to kwestia wyboru, być może w części przypadków tak. Ale wiele osób znalazło się na ulicy nie z własnej woli a dzięki chorobie, kłopotom finansowym czy wreszcie z powodu problemów rodzinnych. Niby można próbować zarwać z bezdomnością, ale nie czarujmy się - bez wsparcia, bez pomocy osób trzecich jest to zwyczajnie niemożliwe... 

Najważniejszym problemem, który porusza w swojej książce Katarzyna Michalak nie jest jednak bezdomność a tzw. psychoza poporodowa. Według statystyk na tę przypadłość zapada rocznie około 300 młodych matek, dla +/-15 kończy się to tragedią - śmiercią matki lub dziecka, w ekstremalnych przypadkach obydwojga.
Od jakiegoś czasu do świadomości społecznej dociera problem depresji poporodowej - świeżo upieczona mama nie potrafi się cieszyć maleństwem, jest zagubiona a najpiękniejszy okres w życiu jawi się jako czas smutku i zniechęcenia. Coraz więcej osób rozumie, że to nie są fanaberie, a zwyczajny szok organizmu po przebytej ciąży i porodzie - opieka najbliższych, ich wsparcie i odrobina środków farmakologicznych wystarczy aby wszystko wróciło do normy.
Niestety świadomość co do podstaw psychozy poporodowej już nie jest taka powszechna, a skutki tego schorzenia to w najlepszym razie długotrwałe leczenie psychiatryczne a w najgorszym... Co jest szczególnie szokujące, to to, że duża liczba cierpiących na tę dolegliwość ma kochającą rodzinę, rodziców, męża, przyjaciół, którzy bagatelizują rozpaczliwe sygnały wysyłane przez przerażoną i zagubioną kobietę. Jakże często w odpowiedzi na swoje lęki słyszy ona, żeby się uspokoiła, przespała, nie martwiła, bo wszystko będzie dobrze... Niestety, najczęściej nic nie jest dobrze...

Kinga, opowiadając swoją historię Aśce, ma nadzieję, że ta opowieść otworzy oczy czytelników artykułu na problem psychozy. I, że jeśli uda się uratować chociażby jedną kobietę przed tym co stało się jej udziałem, to te zwierzenia nie pójdą na marne...
Oby...



piątek, 26 lipca 2013

Przerwa techniczna:(

Niestety mój laptop postanowił zrobić mi prezent imieninowy i na tę okoliczność zdechł mi system (chyba, bo ja się na tym za bardzo nie znam). Rodzinne dziecię zabrało sprzęt do naprawy ale nie było w stanie powiedzieć ile czasu potrwa przywracanie go do życia.

Mam nadzieję, że niedługo wrócę...

Ostatni co tak potrafił zaczarować morze, statek i jego pasażerów...

Kiedy w 1918 roku Polska odzyskała niepodległość wiadomym było, że praktycznie wszystkie działy gospodarki trzeba będzie budować od podstaw. 
Nie inaczej było z żegluga morską - nie było statków, brakowało wyszkolonych marynarzy i właściwie nie istniała polska kadra oficerska.  Jednak entuzjazm, który towarzyszył pierwszym latom odbudowy szybko przełamał te trudności - w 1920 powstała Szkoła Morska w Tczewie szkoląca przyszłych mechaników i nawigatorów, a w 1927 roku wybudowane we francuskich stoczniach SS "Wilno", SS "Kraków", SS "Katowice", SS "Poznań" i SS "Toruń" dały początek Polskiej Marynarce Handlowej. W tym samym roku wzbogaciła się Żegluga Polska o dwa statki pasażerskie SS "Gdańsk" i SS "Gdynia", które pływały po Bałtyku. Do pełni szczęścia brakowało jeszcze tylko wielkich transatlantyków...
Trzy lata później Polskie Transatlantyckie Towarzystwo Okrętowe zakupiło od duńskiego armatora trzy statki, które pływały pod polską banderą jako SS "Polonia", SS "Pułaski" i SS "Kościuszko".   Dowódcami tych statków zostali ludzie, którzy doświadczenie i oficerskie szlify zdobywali we flotach państw zaborczych - Zdenko Knötgen, były oficer marynarki wojennej Austro-Węgier został kapitanem "Pułaskiego", "Polonię" objął kpt. Mamert Stankiewicz, wychowanek Morskiego Korpusu Kadetów w Petersburgu, natomiast SS "Kościuszko" miał się stać przez kilka następnych lat polem działania kapitana Eustazego Borkowskiego. Sylwetkę tego ostatniego przybliża Karol Olgierd Borchardt w swojej książce "Szaman Morski".

Kpt. Eustazy Borkowski
Jeżeli wierzyć obiegowej opinii, że ludzie morza mają wyjątkową wręcz fantazję, to trzeba przyznać, że kapitan Borkowski swoimi pomysłami mógł obdzielić kilka osób i jeszcze sporo by mu zostało...
Początki jego kariery są dosyć tajemnicze - wiadomo, że był z pochodzenia warszawianinem, że w wieku 14 lat rzucił szkołę i uciekł na morze gdzie rozpoczął karierę od "posady" chłopca okrętowego. W późniejszych latach ukończył Szkołę Morską w Rydze i pływał w rosyjskiej marynarce handlowej. Po I wojnie światowej przez 10 lat był taksówkarzem w Paryżu, aż wreszcie w 1929 roku wrócił do Polski i został zatrudniony przez Polskie Transatlantyckie Towarzystwo Okrętowe, początkowo na  parowcu, a od 1931 roku jako kapitan SS "Kościuszko". 

I tu wreszcie mógł rozwinąć pan Eustazy pełnię swojego talentu i fantazji. 
Po pierwsze trzeba pasażerom udowodnić, że na żadnym innym statku nie będą tak bezpieczni jak na "Kościuszce i, że żaden inny kapitan tak o nich nie zadba jak kapitan Borkowski. I oto pasażerowie w czasie obiadu są świadkami jak kapitan przyjmuje raport ociekającego wodą oficera wachtowego; wybrane grono odwiedza mostek, gdzie kapitan po sprawdzeniu wyznaczonego kursu odnajduje niewielkie odchylenie i każe sternikowi skorygować kurs o pół stopnia (rzecz w praktyce niewykonalna, ale przecież pasażerowie tego nie wiedzą); w czasie koktajlu z bardzo ważnymi osobistościami kapitan musi podyktować kilka niezwykle ważnych depesz we wszystkich niemal europejskich językach - to tylko kilka przykładów autopromocji kapitana.
Po drugie pasażerowie nie mogą się na jego statku nudzić - wymyśla więc kapitan wybory miss statku, urządza dla szczególnie ważnych gości kolacje w kajucie kapitańskiej połączone ze spektaklami poetycko-muzycznymi, w chłodni przechowywane są świeże kwiaty, które otrzymują pasażerki na zakończenie rejsu, przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Największym chyba wyczynem w kwestii niekonwencjonalnego podejścia do pasażerów było urządzenie na statku chrzcin... czterech bizonic podarowanych Prezydentowi RP przez Polonię kanadyjską. Kapitanowi udało się nawet tak skołować kapelana, że chociaż był zdecydowanie przeciwny tej uroczystości ostatecznie sowicie pokropił wodą święconą cztery bizonie głowy.

O mniej lub bardziej szalonych pomysłach Szamana Morskiego można by opowiadać jeszcze długo, ale jedno jest pewne - aby mógł czarować władze, pasażerów oraz konkurencję musiał mieć Eustazy Borkowski solidne zaplecze w osobach swoich oficerów. Współpracownicy Szamana, oprócz tego, że mieli dużą wiedzę fachową, musieli nadawać na tych samych falach co kapitan - szczególnie widoczne stało się to w chwili kiedy Borkowski zastępował przez pewien czas chorego kpt. Stankiewicza. Załoga "Polonii" nie przyzwyczajona do ekstrawagancji kapitana nie do końca potrafiła się do niego przystosować i obydwie strony z ulgą powitały powracającego z urlopu Mamerta Stankiewicza.

"Szaman Morski" Borchardta to, podobnie jak "Znaczy Kapitan" zbiór opowiadań, gawęd przedstawiających tę niezwykle barwną postać. Początkowo opowiadań było 17 i opisywały te wyczyny Eustazego Borkowskiego, których autor był naocznym świadkiem. Jednak kiedy chciał wydać swoją książkę, okazało się, że jest ona "za chuda" - dodał więc Borchardt kilka historyjek o Szamanie, które poznał niejako z drugiej ręki. Oprócz opowiadań poświęconych Borkowskiemu zamieścił też kilka tekstów na temat kpt. Edwarda Pacewicza (będącego kapitanem "Kościuszki" po tym jak Borkowski przeszedł na zwodowanego w 1937 roku "Batorego"), a zakończył swoją książkę rozdziałem "Ostatnia parada" będącym krótkim podsumowaniem losów siedmiu transatlantyków, pływających pod polską banderą w okresie międzywojennym.

Dwóch bohaterów książek Karola Olgierda Borchardta, Mamerta Stankiewicza ("Znaczy Kapitan") i Eustazego Borkowskiego ("Szaman Morski") wiele dzieliło (jeśli wierzyć opinii autora nie przepadali za sobą), prezentowali zupełnie różne podejście do dowodzenia statkiem, mieli całkiem inne charaktery, jest jednak coś co ich łączyło - miłość do morza i statków na których przyszło im pływać. Pozostaje tylko żałować, że wraz z ich odejściem skończył się pewien okresw podróżach morskich, a kapitanowie dzisiejszych statków rzadko bywają osobowościami na miarę Szamana Morskiego czy Znaczy Kapitana...

wtorek, 23 lipca 2013

Morskie opowieści

Kpt. Karol Olgierd Borchardt
Sto lat temu żył sobie w Wilnie pewien chłopiec, który bardzo chciał zostać Indianinem. Do realizacji tego marzenia solidnie się przykładał hartując swoje ciało i ćwicząc opisywane w książkach indiańskie umiejętności, jednak w pewnym momencie zrozumiał, że rzecz jest niemożliwa do przeprowadzenia. Mógł się nauczyć bezszelestnego poruszania, tropienia zwierzyny, strzelania z łuku i jazdy na dzikim mustangu, jednak jednej rzeczy nie był w stanie zrobić - nie mógł zmienić koloru skóry...
Na szczęście w jego ulubionej książce o Indianach była historia o hiszpańskich przemytnikach i ilustracja przedstawiająca żaglowiec i wspinającego się po linie marynarza. I tak niedoszły czerwonoskóry postanowił zostać marynarzem. Przez następne kilka lat wytrwale ćwiczył, rozwijał muskulaturę, trenował lekkoatletykę, gimnastykę i akrobatykę oraz podnoszenie ciężarów i zapasy. Uczył się też pilnie języka francuskiego, bowiem wybierał się do jednej z francuskich szkół morskich. Na szczęście zanim kandydat na wilka morskiego zdał maturę powstała pierwsza polska Szkoła Morska w Tczewie i do niej skierował swoje kroki młody wilnianin. Pomimo przeciwności losu (przy pierwszym podejściu nie przeszedł badań lekarskich) nie zrezygnował ze swojego marzenia i wreszcie w 1925 roku został przyjęty na wydział nawigacyjny tczewskiej szkoły. Tak rozpoczęła się morska przygoda Karola Olgierda Borchardta, kapitana żeglugi wielkiej i najwybitniejszego polskiego pisarza - marynisty.

Kpt. Mamert Stankiewicz
Pierwszym statkiem na który zaokrętowany został młody Karol był szkolny żaglowiec "Lwów", którego dowódcą był kapitan Mamert Stankiewicz. Po ukończeniu szkoły w 1928 roku pływał Borchardt na różnych jednostkach i z różnymi kapitanami, jednak większość jego oficerskiej kariery związana była ze statkami dowodzonymi przez Stankiewicza - "Polonią", "Piłsudskim" wreszcie "Batorym". W 1938 roku został Karol zastępcą dowódcy "Daru Pomorza", jednak wybuch wojny po raz kolejny połączył ścieżki kapitana Stankiewicza i jego starszego oficera, którzy na "Piłsudskim" przerobionym na transporter pływać mieli w konwojach. Niestety, w listopadzie 1939 roku statek został zatopiony, a jego kapitan zmarł ratując członków załogi...

Karol Borchardt został ranny w tej katastrofie, a kiedy po wyzdrowieniu udał się na grób swojego wieloletniego dowódcy złożył mu obietnicę, że napisze o swoim kapitanie serię opowiadań - utworów miało być 37, bowiem 3 i 7 to były ulubione liczby kapitana Stankiewicza.
Przyrzeczenia swojego dotrzymał, wspomnienia o kapitanie Stankiewiczu ukazywały się początkowo w prasie, aż wreszcie doczekały się wydania książkowego: w 1960 roku światło dzienne ujrzała książka  "Znaczy Kapitan" - tytuł nawiązuje do słowa, którym kapitan Stankiewicz zaczynał niemal każdą swoją wypowiedź.

"Znaczy Kapitan" to książka o morzu i ludziach, którzy pokochali je bezgraniczną  miłością. To opowieść o wielkiej przygodzie, która czeka za horyzontem ale też o ciężkiej i często niebezpiecznej codziennej pracy marynarzy. Jako, że pisał ją oficer nawigator nie ustrzegł się od zamieszczenia w niej szczegółów technicznych dotyczących jego specjalności, są też fragmenty mówiące o sprzęcie i maszynach dzięki którym statki mogą poruszać się po morzu, ale te opisy są na tyle rzadkie, że nie nudzą, a wręcz pomagają poczuć atmosferę panującą na mostku transatlantyku.
Autor miał to szczęście, że rozpoczynał swoją karierę jeszcze na żaglowcu i pierwsze 11 opowieści dotyczy rocznego pobytu na szkolnym "Lwowie" - romantyzm, przyjaźń, praca ale i zabawa, ogromny entuzjazm to najważniejsze cechy tej części zbioru. Duża część załogi to uczniowie, trzymają się ich psoty i kawały, ale w razie potrzeby potrafią stanąć na wysokości zadania, nieważne czy chodzi o walkę ze sztormowym wiatrem czy o wizytę u króla Szwecji.
Pozostałe teksty dotyczą już statków motorowych, które obsługiwały linie europejskie oraz transatlantyków. Tu już większość pracy wykonywały maszyny, jednak nawet najbardziej zaawansowana technologia nie mogła zastąpić kompetentnych oficerów. A kompetencje te zawdzięczali po części szkole ale przede wszystkim dowódcy - mieli bowiem możliwość uczyć się zawodu od jednego z najlepszych. kapitanów tamtego okresu.

Literacki portret kapitana Stankiewicza stworzony przez Borchardta ukazuje nam człowieka niezwykle opanowanego, poważnego, niemal zupełnie pozbawionego poczucia humoru, wymagającego ale równocześnie sprawiedliwego wobec podwładnych, fachowca i służbistę (w tej akurat sytuacji to nie jest wada - od przestrzegania regulaminu zależało często życie załogi i pasażerów) nie spoufalającego się z załogą. Na podstawie tej krótkiej charakterystyki można wysnuć przypuszczenie, że taki dowódca to istny dopust boży. Tymczasem czytając kolejne teksty szybko dojdziemy do wniosku, że podwładni darzyli swojego kapitana ogromnym szacunkiem i sympatią, i robili wszystko aby zasłużyć na jego akceptację. Pływanie z kapitanem Mamertem Stankiewiczem to była swego rodzaju nobilitacja, której dostąpić mogli tylko najlepsi.

Karol Borchardt przyznaje w kilku tekstach, że nie posiada talentu literackiego, szkolne wypracowania pisał w stylu telegraficznym i zadanie jakiego się podjął jest dla niego poważnym wyzwaniem. Być może niektórych razić będzie nieco naiwny styl tych opowieści, nadmierny entuzjazm autora i koloryzowanie rzeczywistości. Ale cytując słowa pewnej szanty:

Może ktoś się będzie zżymał,
Mówiąc, że to zdrożne wieści,
Ale to jest właśnie klimat
Morskich opowieści"


I taki klimat udało się autorowi odtworzyć na kartach tej książki. Serdecznie polecam tę lekturę, a sama zabieram się za kolejną morską opowieść, która wyszła spod pióra Karola Olgierda Borchardta pt. "Szaman morski".


poniedziałek, 22 lipca 2013

Opowiadania w sam raz na lato

"Opowiadanie to najtrudniejszy z pisarskich gatunków." - słowa pisarki Katarzyny Bondy, które znajdzie czytelnik na okładce antologii "Lato moralnego niepokoju" to bardzo trafna opinia o tej formie literackiej ekspresji. Bo niby wszyscy uczymy się jeszcze w szkole tworzyć takie utwory, ale tak naprawdę napisanie dobrego opowiadania to sztuka trudniejsza niż popełnienie kilkutomowej powieści. Trzeba na kilkunastu stronach zawrzeć akcję, kreację bohaterów pierwszoplanowych i epizodycznych, dołożyć do tego garść opisów, dobrze byłoby się pokusić o jakąś refleksję i oczywiście (moim zdaniem to najtrudniejsza część pracy) stworzyć w miarę spójne i ciekawe dialogi. 

Wspomniana antologia to zbiór zawierający 13 opowiadań, których autorzy zawodowo zajmują się różnymi rzeczami, ale wszyscy mają jedną pasję - pisanie. 
We wstępie do zbiorku pisarz i nauczyciel pisania jakub Winiarski pisze: "Założenie było proste: teksty miały być lekkie, przyjemne, dobre do czytania latem. Owszem, szczypta >moralnego niepokoju< lub niezwykłości dającej do myślenia nie zaszkodzi, najważniejsze jednak, by czytelnik dobrze się bawił.". I ja jako czytelnik mogę zaświadczyć, że bawiłam sie całkiem nieźle, pomimo, że opowiadanie nie jest bynajmniej moim ulubionym gatunkiem literackim.

Utwory zawarte w zbiorze  mają różną formę - znajdziemy tu zarówno opowiadania realistyczne jak i fantastyczne, bogate w środki wyrazu artystycznego ale i bardzo ascetyczne, trochę romansu, sensacji, magii, radości i smutku - jak w życiu.

Pisanie o wszystkich utworach zajęłoby pewnie dużo miejsca i niejeden czytelnik tego wpisu zwyczajnie nie dotrwałby do końca, dlatego słów kilka na temat trzech opowiadań, które zrobiły na mnie największe wrażenie.

"Przeniesieni" Doroty Bury to wizja zawierająca spełnienie mniej lub bardziej pobożnych życzeń dużej części naszych rodaków. Oto cały sejm i senat zostaje przeniesiony (nie, nie w kosmos...) na tajemniczą i bezludną wyspę. Jak sobie poradzą politycy różnych opcji, czy niecodzienna sytuacja wpłynie na ich wzajemne stosunki, zjednoczą się, czy przeniosą swoje bagienko z Wiejskiej do nowej lokalizacji? Satyra, aczkolwiek z nutką goryczy...

"Noc na plaży" Pawła Michała Szymańskiego - historia mężczyzny, który cierpi po stracie ukochanej osoby. Przypadkowo spotkany staruszek wybija go z jego rozpaczy i skłania do poważnych życiowych decyzji. Może one pomogą uporać się z bólem i tęsknotą? Oszczędna forma i poruszający tekst.

"All inclusive" Magdaleny Woźniak - podróż do źródeł pozwala Beacie spojrzeć z boku na swoje życie i zastanowić się co jest naprawdę ważne. Sielski obraz białoruskiej wsi, gdzie czas stanął w miejscu zderzony z zagonioną, zorganizowaną co do minuty codziennością - tak niewiele trzeba aby osiągnąć spokój ducha...

Oczywiście każdemu może się spodobać coś innego, te trzy tytuły to mój subiektywny wybór. 
Lato trwa w najlepsze więc ten zbiór opowiadań to wymarzona lektura na ten czas:)

niedziela, 21 lipca 2013

Zbigniew Herbert i Jan Brzękowski - korespondencja

Za kilka dni, 28 lipca 2013 roku, przypada kolejna, piętnasta już, rocznica śmierci jednego z najwybitniejszych polskich pisarzy Zbigniewa Herberta - poety, eseisty, dramaturga, laureata licznych nagród, przez wiele lat uważanego za poważnego pretendenta do Literackiej Nagrody Nobla. 
Takie rocznice skłaniają do publikacji rozmaitych okolicznościowych tekstów jak również, jeśli to możliwe, nieznanych dotąd szerszej publiczności utworów bądź korespondencji  zmarłego artysty. Szczególną ciekawość budzi zwłaszcza ta ostatnia - w listach kierowanych do pojedynczego, konkretnego adresata odsłaniamy się znacznie bardziej niż w tekście, który kieruje się do szerszego odbiorcy. Dlatego też wielu znanych ludzi, chcąc zachować własną prywatność, niszczy listy, bądź zleca to swoim spadkobiercom. Taką wolę wyraził również Zbigniew Herbert, jednak jego żona zdecydowała o publikacji tej części korespondencji, która pomijając sprawy czysto osobiste, daje wgląd w proces twórczy, ma wartość artystyczną lub opisuje okoliczności w których powstały konkretne utwory, co umożliwia zrozumienie emocji i warunków, które miały wpływ na ostateczny kształt dzieła. Przez lata, które upłynęły od śmierci Herberta co jakiś czas upubliczniano kolejne listy artysty, bądź w periodykach literackich, bądź w wydawnictwach książkowych.

W związku ze zbliżającą się rocznicą na łamach miesięcznika "Znak" ukazała się kolejna niepublikowana dotąd część korespondencji pisarza - listy, które wymieniał z mieszkającym w Paryżu poetą Janem Brzękowskim. Ten przedstawiciel Awangardy Krakowskiej osiedlił się we Francji w 1928 roku i pozostał tam do śmierci w 1983 roku.

Kontakt pomiędzy pisarzami rozpoczął się w 1958 roku, kiedy to Herbert wyjechał w swoją pierwszą zagraniczną podróż jako stypendysta ZLP. Pierwsze listy stanowiły swego rodzaju załączniki do przesyłanych sobie nawzajem utworów - w liście z 28.04.58 r. Brzękowski omawia w kilku zdaniach przeczytany właśnie tomik wierszy młodszego kolegi po piórze, z kolei Herbert 28.07.58 r. dziękuje za otrzymane właśnie "Odyseje". Kolejne listy wskazują na pewne zacieśnienie tej znajomości, Herbert zwierza się ze swoich kłopotów zdrowotnych, wspomina o turystycznych planach oraz omawia wywiad, który przeprowadził z Brzękowskim na zlecenie Tygodnika Powszechnego. 

Znajdziemy w tych listach również pewne przesłanki świadczące o tym, że Herbert brał (przynajmniej przez chwilę) pod uwagę możliwość pozostania na emigracji. Szybko jednak tę myśl odrzuca, a Brzękowski utwierdza go w tej decyzji pisząc w liście z 4.10.59 r.  "...widziałem tylu zdolnych ludzi, którzy wykoleili się w Paryżu, trudno bardzo o jakieś zajęcie odpowiadające Pańskim kwalifikacjom intelektualnym, a praca fizyczna jest potwornie wyjaławiająca!". Obaj wiedzą, że w Paryżu Herbert nie byłby ograniczony przez cenzurę (która właśnie zablokowała kilka jego wierszy), ale rozumieją też, że Polska jest jego miejscem na ziemi.
Po powrocie pisarza do kraju korespondencja trwa nadal, Herbert próbuje opublikować wiersze Brzękowskiego, napotyka jednak na mur niechęci - poeci emigracyjni nie są drukowani w Polsce i jego starania nie przynoszą efektu.

Publikowana w "Znaku" korespondencja pochodzi z lat 1958 - 1975. W tym czasie obydwaj pisarze kontaktowali się również osobiście (wynika to z listów), Brzękowski przyjeżdżał do Warszawy, a Herbert bywał we Francji. Te 25 listów stanowi (nieco fragmentaryczny) zapis ich znajomości, ale również daje świadectwo czasom w którym przyszło im żyć - cenzura, utrudnianie autorom żyjącym na Zachodzie publikowania swoich utworów w Polsce, jawna niechęć okazywana im w czasie wizyt w ojczyźnie (wspominany jest incydent, którego ofiarą padł Brzękowski na Okęciu w 1972 roku i brak reakcji ze strony Ministerstwa Kultury, do którego zwracał się kilkakrotnie z prośbą o interwencję).

Warto zapoznać się z tymi tekstami, nie tylko w kontekście nadchodzącej rocznicy.



Na koniec dodam, że oprócz omówionej korespondencji w wakacyjnym numerze "Znaku" można znaleźć kilka innych ciekawych tematów - można poczytać m.in. wywiad z fotografem Ryszardem Horowitzem, historię jednej z najbardziej znanych firm międzywojennej Polski, czyli Domu Towarowego Braci Jabłkowskich, artykuły o tajemnicach długowieczności czy wreszcie rozważania o problemie pedofilii nękającym kościół katolicki.

Do trzech razy sztuka, czyli ten Murakami bardzo mi się podobał:)

Na początek taka mała reklama mojego ulubionego portalu:)
Książkę, o której piszę poniżej oraz jeszcze wiele innych można przeczytać dzięki akcji "Wędrujące książki biblionetkowe". Zapraszam:)


Ludowa mądrość głosi, że do trzech razy sztuka - w moim wypadku sprawdziło się to przysłowie w związku z najsłynniejszym obecnie azjatyckim pisarzem czyli Haruki Murakamim. Do tej pory przeczytałam dwie jego książki "Po zmierzchu" i "Norwegian Wood" - obydwie mi się podobały, ale... No właśnie, nie do końca mogłam zrozumieć co jest takiego w tym pisarzu i jego twórczości, co powoduje zachwyt czytelników. Dzięki "wędrującym biblionetkowym książkom" dotarła do mnie jakiś czas temu kolejna powieść japońskiego pisarza, a mianowicie "Kafka nad morzem" i, chociaż podchodziłam do niej dosyć sceptycznie pochłonęłam ją niemal jednym tchem.

Tytułowy bohater, piętnastoletni Kafka Tamura ucieka z domu w Tokio i kierując się impulsem udaje się na wyspę Shikoku. Tam trafia do pewnej prywatnej biblioteki i poznaje dwójkę jej pracowników, którzy znacząco wpłyną na jego dalsze życie. 
Na Shikoku podąża też pan Nakata - staruszek, który w wyniku tajemniczego urazu w dzieciństwie jest analfabetą, ale za to potrafi rozmawiać z kotami. W czasie podróży dołącza do niego Hoshino, młody kierowca ciężarówki lubiący hawajskie koszule.

Książka, która początkowo wydaje się być kolejną powieścią o wędrówce w poszukiwaniu własnej przeszłości (Kafka chce znaleźć matkę i starszą siostrę, które zniknęły z jego życia jedenaście lat wcześniej) w pewnej chwili zmienia się magiczną opowieść w której pojawia się duch młodej dziewczyny w niebieskiej sukience, z nieba spadają sardynki i pijawki a Hoshino i pan Nakata szukają czegoś bardzo ważnego - co to jest dowiedzą się wtedy, kiedy już to znajdą...

Kafka to chłopiec niezwykle wrażliwy, inteligentny i oczytany, uważa, że jego życie jest niepełne, dusi się w domu ojca, słynnego rzeźbiarza i wyrusza na poszukiwanie  - teoretycznie szuka matki i siostry, ale tak naprawdę próbuje zrozumieć samego siebie. 
Bohaterowie przypominają postacie z greckiej tragedii, ich los jest w pewien sposób przesądzony, ustalony przez bogów i podany przez wyrocznię - Kafka wierzy, że ciąży nad nim takie samo przekleństwo jak nad mitologicznym Edypem. Przepowiednia zresztą zaczyna się spełniać - ojciec chłopaka zostaje zamordowany, i choć fizycznie niemożliwe było żeby syn popełnił tę zbrodnię, Kafka traci na dwie godziny przytomność, a kiedy wreszcie dochodzi do siebie jest cały zakrwawiony...

W książce jest masa nawiązań do literatury, sztuki, filozofii i kultury, nie tylko japońskiej ale również europejskiej i w pewnym stopniu również amerykańskiej. Autor nie zamyka się w jednej konwencji - w "Kafce nad morzem" znajdzie czytelnik powieść obyczajową, satyrę, szczyptę sensacji, trochę powieści grozy i posmak traktatu filozoficznego. A wszystko to otoczone mgiełką realizmu magicznego. Murakami wyczarowuje coraz nowe wizje, a czytelnik wstępuje w kolejne kręgi mając nadzieję, że wreszcie uda się odnaleźć jakieś sensowne wyjaśnienie zaistniałych sytuacji...

To jedna z lepszych książek, które udało mi się przeczytać w tym roku. Serdecznie polecam:)

czwartek, 18 lipca 2013

Sojusz policjantki z mafiozem? Jeśli w dobrej sprawie...

Eduard Pietrowicz Denisow to człowiek, który wie czego chce i potrafi swoje plany wprowadzać w życie. W jego Mieście gospodarka jest stabilna, nie ma walki gangów a administracja jest stała i niezmienna. Co prawda Denisow traktuje Miasto niemal jak swoją prywatną własność, ale mieszkańcy są zadowoleni, nie ma bezrobocia ani drożyzny, ulice są czyste i bezpieczne czyli coś jakby raj na ziemi. Niestety, ktoś próbuje zamienić go w piekło...

"Gra na cudzym boisku" to kolejna książka Aleksandry Marininy, której bohaterką jest Anastazja Kamieńska. Tym razem Nastia zostaje "wyrwana" ze swojego naturalnego środowiska - wyjeżdża do luksusowego sanatorium "Dolina", znajdującego się w Mieście Denisowa, aby podratować nadwątlony kręgosłup. Przed południem poddaje się różnego rodzaju zabiegom a po południu zajmuje się tłumaczeniem angielskiego kryminału na język rosyjski. Z tego też powodu początkowo wszyscy uważają ją za tłumaczkę. Nastia dosyć szybko odkrywa, że w "Dolinie" dzieje się coś dziwnego, ale ponieważ jest tu na urlopie nie zawraca sobie tym głowy. Do czasu kiedy zostaje zamordowany pewien mężczyzna, z którym Kamieńska rozmawiała kilka minut wcześniej...

Już w czasie lektury pierwszej książki o policyjnej pani analityk ("Kolacja z zabójcą") wydawało mi się, że Anastazja to niezwykle inteligentna osoba, tylko taka trochę... mało sympatyczna... Pomijam lenistwo i bałaganiarstwo, bo jako osoba samotna nikomu tym nie szkodzi, ale po lekturze tego tomu do jej charakterystyki muszę dodać drażliwość, upór (właściwie to nawet zacietrzewienie) i egoizm.
Ale, co ciekawe, Nastia, pomimo wszystkich swoich wad daje się lubić.

Kamieńska podejmuje w tym tomie kilka decyzji moralnie wątpliwych - daje łapówkę, żeby zapewnić sobie osobny pokój, obrażona odmawia współpracy z miejscową policją, za to przyjmuje propozycję współdziałania od mafii - co prawda policja siedzi w kieszeni miejscowego oligarchy, ale fakt pozostaje faktem. Przypomina mi tutaj Anastazja innego policjanta,którego bardzo sobie cenię, a mianowicie Eberharda Mocka. I tak myślę, że te rozmaite wady i skazy na charakterze uwiarygodniają tę dwójkę i sprawiają, że czytelnik będzie ich darzył sympatią.

Książka dotyka tematyki pornobiznesu, początkowo nawet Nastia nie potrafi powiązać ze sobą różnych faktów, ale w końcu udaje się jej odkryć kim jest tajemniczy Makarow stojący na czele zbrodniczej szajki. Jego tożsamość jest zaskoczeniem zarówno dla bohaterów książki jak i dla czytelnika...

Idealna książka na lato - przy okazji dziękuję oisajowi za pożyczkę i oczywiście uśmiecham się o ciąg dalszy:D

środa, 17 lipca 2013

Po trochu o różnych rzeczach:)

Po pierwsze:

Pewnie już wszyscy wielbiciele Katarzyny Michalak wiedzą, ale mimo wszystko przypomnę, że już za miesiąc, 14 sierpnia premiera najnowszej książki naszej ulubionej autorki:)



Oto co na temat tej książki pisze wydawca:

"Zaskakujące zwroty akcji,  skrywane emocje i tajemnice, skomplikowane relacje rodzinne to w skrócie najnowsza książka Katarzyny Michalak! 

Edward, właściciel pięknego starego domu na Jabłoniowym Wzgórzu, nie przeczuwa rewolucji, która nagle nastąpi w jego życiu. Rewolucja ma na imię Ania, ma dziesięć lat i właśnie straciła wszystko… Tajemnica z przeszłości zmusi mężczyznę do postawienia pytań o to, co naprawdę jest ważne i czy w jego życiu jest miejsce na rodzinę.

Trzymająca w napięciu historia o poszukiwaniu własnego miejsca na ziemi, potrzebie bycia kochanym, tęsknocie za prawdziwą rodziną i o tym, że cuda się zdarzają. Ogromna ilość wzruszeń gwarantowana!"

Brzmi intrygująco, prawda?

**********************************************************************

Po drugie:

W dalszym ciągu walczę z moją manią kupowania książek, bo nieprzeczytanych tytułów jest na półkach tyle, że n a najbliższe 10 lat by starczyło... W drugim kwartale udało mi się nabyć różnymi kanałami takie oto pozycje:



Wychodzi średnio po dwie na miesiąc - nie jest źle:)

***************************************************************

Po trzecie: 

Jeszcze w czerwcu otrzymałam zaproszenie od Kasi do Liebster Blog Award - serdecznie przepraszam, że dopiero dzisiaj odpowiadam na pytania:

1. Jakie masz zainteresowania oprócz książek?
Lubię różnego rodzaju "łamacze głowy" - krzyżówki, sudoku, zagadki logiczne. Lubię muzykę - klasyczną, ale i rozrywkową, tyle, że tę trochę starszą - lata 60-te, 70-te i 80-te.

2. Czy jesteś szczęśliwa?
[Stuk! Stuk! - odpukuje w niemalowane] Jasne, że tak!

3. Jakie jest Twoje największe marzenie?
Pojechać choć raz na Piknik Country do Mrągowa...

4. Jakie są Twoje plany na wakacje?
Odpoczywać... Odpoczywać... Odpoczywać... 

5. Wygrywasz milion złotych. Co z nim robisz?
Jadę (oczywiście z moimi chłopakami) na wycieczkę do wszystkich miejsc, które zawsze chciałam zobaczyć, a nigdy nie miałam na to kasy - Paryż, Rzym, Wenecja, Ateny, Barcelona, Sztokholm, Petersburg. A za to co zostanie kupuję domek gdzieś w Bieszczadach lub na Mazurach (nie potrafię się zdecydować...) i czekam na emeryturę, żeby się tam przeprowadzić:)

6. Najpiękniejsza chwila Twojego życia to...
Trudno, wiem, że to banał, ale chwila kiedy po raz pierwszy mogłam przytulić mojego synka...

7. Gdzie chciałabyś się wybrać w podróż?
To już w pyt.3 i 5 napisałam.

8. Czy masz jakieś swoje odwzorowanie w postaci literackiej?
Hmm... Najbliżej mi chyba do Gabrysi Borejko...

9. Twoja ulubiona książka to...
Zawsze i wciąż "Błękitny Zamek" L.M. Montgomery.

10. Co zmieniłabyś w swoim życiu?
W sprawach zasadniczych (dom, rodzina, praca)  nic bym nie zmieniła. W innych? No cóż, paru osób nie obdarzyłabym swoim zaufaniem.


wtorek, 16 lipca 2013

Nie łatwo być dziesięciolatkiem...

Wiele dzieci (w tym moje własne) twierdzi, że nie lubi szkoły. Jeśli jednak podrążyć temat okazuje się, że sama szkoła jest w porządku, bo zawsze dzieje się tam coś ciekawego, a niechęć uczniów budzi konieczność siedzenia na lekcjach i odrabianie zadań domowych...
Takie też zdanie na temat szkoły ma dziesięcioletni Kajtek, bohater powieści "Zeszyt z aniołami", która to książka jest debiutem pisarskim Moniki Madejek.

Kajtek jest uczniem czwartej klasy, ma dwójkę młodszego rodzeństwa, troje najbliższych przyjaciół, zapracowanych rodziców i babcię, która choć mieszka w innym mieście to ma ogromny wpływ na całą rodzinę. 

Historia rozpoczyna się w poniedziałek 18 kwietnia, kiedy to wychowawczyni a zarazem nauczycielka języka polskiego zadaje klasie Kajtka nietypowe zadanie - otóż uczniowie mają prowadzić przez dwa miesiące dziennik i opisywać w nim szczerze własne przeżycia i przemyślenia. Jako, że jest to niezwykle intymna tematyka pani nie będzie sprawdzać co napisali, a na koniec roku uczniowie sami ocenią swoją pracę.
I tak oto możemy śledzić dzień po dniu kronikę dwóch miesięcy z życia Kajtka, jego rodziny i przyjaciół. A jest o czym pisać... 
Po pierwsze babcia, która kończy właśnie 65 lat postanawia zrobić coś szalonego. Jeszcze nie wie co to będzie, ale cała rodzina z drżeniem serca oczekuje co wymyśli starsza pani. Po drugie klasa Kajtka przygotowuje inscenizację "Kopciuszka" na Dzień Matki i im bliżej daty premiery tym atmosfera robi się coraz bardziej nerwowa. Po trzecie mama, która prowadzi kącik kulinarny w lokalnej gazecie, ma trochę kłopotów w pracy i dzieciaki starają się jej jakoś pomóc. To tylko kilka problemów, którymi żyje Kajtek i jego bliscy w ciągu tych dwóch miesięcy ale jest jeszcze kilka innych mniej lub bardziej ważnych spraw, tak, że materiału do dziennika jest całkiem sporo.

Kajtek i jego przyjaciele to zwyczajne dzieciaki - raczej grzeczne, choć miewają czasem zwariowane pomysły. Ale powiedzcie sami, nigdy nie korciło was aby polatać na miotle jak Harry Potter? A może zdarzyło się zrobić coś, co wydawało się dobrym uczynkiem, a w końcu okazało się totalną klapą? I przyznajcie uczciwie, nie byliście ciekawi jak działa gaśnica proszkowa? No właśnie, każdy z nas ma na sumieniu przynajmniej kilka takich nie do końca przemyślanych postępków...

Książka pisana jest o dzieciach i dla dzieci, ale bardzo ważni są w niej również dorośli - rodzina Kajtka, sąsiedzi, pani wychowawczyni. To bardzo zróżnicowane grono, raczej miłe, chociaż zdarzają się wyjątki. To ważne, bo często się zdarza, że autorzy książek dla dzieci idealizują dorosłych, którzy mają stanowić niedościgły wzór dla młodego pokolenia. Tymczasem dziecko to niezwykle krytyczny obserwator świata i takiż czytelnik, więc pisząc dla takiego odbiorcy trzeba jak najbliżej trzymać się rzeczywistości. Oczywiście należy negatywnemu bohaterowi dać szansę na poprawę, ale nie wolno wmawiać dziecku, że wszyscy dorośli to wzory do naśladowania.
Osobnym tematem jest babcia Kajtka - była tancerka, od lat na emeryturze postanawia coś zrobić z własnym życiem. Jak to zwykle bywa najlepiej dogaduje się z wnukiem i to jego pierwszego wprowadza w swoje plany, a dopiero w dalszej kolejności informuje o swoich pomysłach córkę i zięcia. Babcia jest nieco apodyktyczna, trochę samolubna, jeśli trzeba to przebiegła, ale w krytycznych chwilach rodzina może na nią liczyć.

Powieść Moniki Madejek to ciepła, pełna humoru historia dla dzieci w wieku 10-12 lat, aczkolwiek ja czytałam ją z ośmiolatkiem i obydwoje świetnie się przy niej bawiliśmy. Miejmy nadzieję, że jeszcze kiedyś będziemy mogli przeczytać kolejne książki tej autorki.

A gdyby ktoś z Was był zainteresowany to na blogu Asymaki jest wywiad z autorką oraz konkurs, w którym można wygrać tę sympatyczną książkę.

niedziela, 14 lipca 2013

Kolejne spotkanie z komisarzem Nemhauserem

Nie ma to jak dobry kryminał na lato, prawda? Jako, że wakacje spędzam w domowym zaciszu obłożyłam się po uszy rozmaitej maści zbrodniczymi historiami i powolutku je sobie czytam - niniejszym ukłon w stronę sympatycznych krakowskich biblionetkowiczów dzięki którym owo "obłożenie" jest pokaźne i urozmaicone:)
Spora część przygotowanych na lato książek to kontynuacje pozaczynanych serii, a jedną z nich jest "Dzień Zwycięstwa" - trzecia z kolei powieść Wiktora Hagena, której bohaterami są dwaj policjanci ze stołecznej Komendy Policji - Robert Nemhauser i Marian Jasny zwany Mario. Panowie zajmują się najczęściej zabójstwami, ale od czasu do czasu komendant kieruje ich na inny odcinek policyjnych działań. 

Wydawać by się mogło, że zadanie jakie szef wyznaczył im w pierwszych dniach sierpnia nie powinno przysporzyć większego kłopotu - w podwarszawskim Jazdowie przygotowywane są obchody kolejnej rocznicy Bitwy Warszawskiej, odsłonięcie pomnika, widowisko plenerowe i oczywiście wielki festyn. Honorowym gościem obchodów ma być pułkownik Jan Gasztołd, bohater bitwy o Anglię, stojący na czele organizacji kombatanckiej działającej w Wielkiej Brytanii. Organizatorem obchodów jest jazdowski proboszcz i to on prosi o pomoc warszawską policję - obawia się, że uroczystości mogą zostać zakłócone poprzez konkurencyjną organizację kombatancką na czele której stoi baronowa Helena Zachert. 
Faktycznie, krewka arystokratka przygotowała sobie amunicję w postaci kilku pomidorów, ale Nemhauserowi udaje się ją spacyfikować i uroczystość przebiegła bez problemu. Niestety, w świąteczne popołudnie pułkownik zostaje zastrzelony w swoim pokoju na plebanii, ktoś nieudolnie próbuje upozorować samobójstwo, a na miejscu zbrodni policjanci napotykają baronową, która przy pomocy mopa i kubła z wodą dokładnie zniszczyła niemal wszystkie ślady...

Obecni na miejscu przestępstwa Robert i Mario podejmują czynności operacyjne i od razu wiadomo, że nie będzie łatwo. Zniszczone ślady, wielu ludzi, którzy przebywali w tym czasie w budynku, możliwość, że zbrodni dokonał ktoś z zewnątrz (w zamieszaniu na plebanię mógł wejść niemal każdy) to tylko kilka problemów z którymi muszą się zmierzyć. Jednak najgorsze jest to, że śledztwem interesują się osoby wysoko postawione, wszyscy żądają natychmiastowych wyników, a śledczy co chwilę wpadają na zakazy typu "Ten pan/ta pani jest nie do ruszenia, chyba, że pan komisarz chce wylądować na resztę życia na posterunku w Koziej Wólce".

Jako, że czytałam już wszystkie trzy książki o komisarzu Robercie Nemhauserze to chyba mogę się pokusić o kilka uogólnień. Wiktor Hagen (pod tym pseudonimem kryje się tak naprawdę Leszek K. Talko) stworzył bardzo prawdziwego bohatera i osadził go w rzeczywistych realiach. Stosunki panujące na komendzie, żmudna papierkowa robota niewiele mająca w spólnego z tym co znamy z sensacyjnych filmów, brak środków i sprzętu, ograniczenia jakie napotykają policjanci na swojej drodze to niestety codzienność naszych organów ścigania - w najbliższej rodzinie mam policjanta z dochodzeniówki i czasem sobie na temat warunków pracy rozmawiamy. Autor nie gloryfikuje policjantów - Mario nie waha się "docisnąć" opornego świadka, a Robert, choć zasadniczo przeciwny przemocy, nie protestuje przeciwko temu. Inni policjanci to galeria różnorodnych typów - karierowicze i idealiści, mięśniacy i mózgowcy, mniej lub bardziej inteligentni - po prostu średnia krajowa. 
Nemhauser staje się czytelnikowi bliski ponieważ autor nie zamyka się tylko na jego pracy zawodowej. Komisarz ma takie same problemy jak większość z nas - brak czasu, konieczność szukania dodatkowych dochodów, kłopoty ze znalezieniem opiekunki do dzieci czy psujący się samochód.

Uważam, że książki Wiktora Hagena pokazują w miarę realny świat polskiej policji. I choć lubię poczytać lub pooglądać supergliniarzy w akcji, to jednak zdecydowanie wolę te prawdziwe historie, gdzie policjant nie jest niezniszczalnym herosem a zwykłym człowiekiem, który stara się wypełniać swoje obowiązki. Nemhauser nie jest nieomylny, targają nim wątpliwości, zdarza mu się popadać w zniechęcenie, kiedy jego praca idzie na marne, bo "nadepnął na odcisk" komuś ważnemu, ale pomimo wszystko wierzy, że to co robi ma sens.

Mam nadzieję, że "Dzien Zwycięstwa" nie będzie ostatnią książką z serii a ja jeszcze spotkam na swojej czytelniczej drodze komisarzy Roberta Nemhausera i Mariana Jasnego.

sobota, 13 lipca 2013

Tragedie skryte za uśmiechem, czyli czeska rzeczywistość

Z czym kojarzą się przeciętnemu Polakowi Czechy? Oczywiście piwo i knedliki, ci co lubią słodycze dorzucą do tego zestawu lentilki, bardziej oczytani wymienią pewnie Józefa Szwejka, a bywalcy dawniejszych sopockich festiwali z nostalgią będą wspominać Karela Gotta czy śliczną Helenkę Vondrackovą... W zbiorowej wyobraźni Czech to wieczny wesołek, bez większych zmartwień i problemów. Stereotyp ten (jak zresztą każdy inny) dosyć daleki jest od prawdy, a ci którzy będą chcieli wyjść poza obiegową opinię przekonają się, że owa wesołość i beztroska to maska skrywająca dawniejsze i nowsze rany i blizny.
My, Polacy, często narzekamy na nasze położenie geograficzne na styku wschodu i zachodu Europy - fakt na przestrzeni dziejów nie raz i nie dwa razy dało się nam ono we znaki. Ale co w takim razie mają powiedzieć Czesi, których kraj jest sporo mniejszy od naszego, a przez wieki był łakomym kąskiem dla sąsiadów, aż wreszcie na kilka stuleci stał się częścią monarchii habsburskiej. Na krótko, w dwudziestoleciu międzywojennym, odzyskali Czesi niepodległość, ale szybko ją stracili - najpierw na rzecz Niemców, a po wojnie, teoretycznie wolna Czechosłowacja, tkwiła przez dziesięciolecia w zależności od Związku Radzieckiego. I czasami wydaje się, że pomimo upadku komunizmu ta niewola, bardziej mentalna niż rzeczywista, nadal trwa...

Mariusz Szczygieł napisał "Gottland" w 2006 roku. Książka składa się z kilkunastu reportaży poświęconych wybitnym postaciom czeskiego życia kulturalnego, gospodarczego i politycznego, które u nas w Polsce są niemal zupełnie nieznane. Większość z nich łączy zasadniczo jedna rzecz - przyszło im żyć i pracować lub tworzyć swoje dzieła w latach powojennych. Komunistyczna rzeczywistość odcisnęła swoje piętno na wszystkich krajach bloku wschodniego, jednak chyba w żadnym nie było ono tak silne jak w Czechosłowacji właśnie.
W swojej książce opowiada Szczygieł losy wybitnego rzeźbiarza, który nie wytrzymał presji związanej z budową zaprojektowanego przez niego pomnika Stalina; porównuje losy dwóch gwiazd piosenki, które razem zaczynały karierę, ale ich dalsze losy były diametralnie różne - jedna hołubiona przez władzę stała  się gwiazdą, druga, która miała nieszczęście zaśpiewać balladę niewygodną dla reżimu została psychicznie zniszczona, odarta z godności i zepchnięta w niepamięć; kreśli karierę aktorki przyjaźniącej się z najwyższymi dostojnikami III Rzeszy i wiele jeszcze innych pogmatwanych, często tragicznych, czasem niewiarygodnych życiorysów ludzi, którym najnowsza historia złamała życie.

"Gottland" to książka, która pozwala spojrzeć na Czechy i Czechów z nieco innej perspektywy i w jakiś sposób pozwala ich, przynajmniej częściowo, zrozumieć. Jak dla mnie najbardziej szokujący był fakt, że pomimo upadku ZSRR, pomimo przemian ustrojowych, pomimo pewnych sukcesów gospodarczych Czesi w dalszym żyją tak jakby się nic nie zmieniło. Jakby w dalszym ciągu trzeba było uważać co się mówi do sąsiada, bo ten donosił o wszystkim na policję a za najmniejszy nawet kontakt z osobą niepewną politycznie groziły poważne reperkusje. Fakt - może to dotyczy w większości osób w średnim i starszym wieku, których życie upływało w cieniu największego na świecie pomnika Stalina, które na własnej skórze odczuły skutki sojuszu z Wielkim Bratem i które mają ten strach głęboko zakorzeniony. Jednak dopóki ten strach nie zostanie wykorzeniony do końca nie można mówić o wolnym kraju i wolnych ludziach...
Należy mieć tylko nadzieję, ze uda się wreszcie zwalczyć te demony przeszłości a uśmiech na twarzy pobratymców Dobrego Wojaka Szwejka przestanie być maską wkładaną na pokaz a stanie się znakiem prawdziwej beztroski i pogody ducha.

środa, 10 lipca 2013

Wakacyjne podróże: Szkocja z Ciumkami

"Dla dzieci trzeba pisać tak, jak dla dorosłych, tylko lepiej" - te słowa Maksyma Gorkiego każdy pisarz parający się twórczością dla najmłodszych zawsze powinien mieć w pamięci. Bywa z tym różnie, ale na całe szczęście pojawia się coraz więcej książek, których autorzy traktują dzieci jak szczególnie wymagającego czytelnika.

Jednym z takich autorów jest niewątpliwie Paweł Beręsewicz - z wykształcenia anglista, przez kilka lat pracował w jednym z warszawskich liceów, jednak zrezygnował z tej pracy i zajął się tłumaczeniem literatury angielskiej (m.in. "Przygody Tomka Sawyera" M. Twaina) oraz pisaniem książek dla dzieci.
Jako prozaik debiutował w 2004 roku, do tej pory wydał 18 książek dla dzieci i młodzieży, a prócz tego jego utwory (opowiadania i wiersze) publikowane były w kilku antologiach.

Autor ten przez długi czas był mi znany tylko z nazwiska oraz pochwał głoszonych przez blogerów będących rodzicami dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Zrozumiałe więc, że z ogromną ciekawością wybierałam się na spotkanie autorskie organizowane przez DKK działający w naszej gminnej bibliotece.  Paweł Beręsewicz to wulkan energii, niemal natychmiast nawiązał świetny kontakt z przybyłymi na spotkanie dzieciakami, równie szybko dogadał się z grupą gimnazjalnej młodzieży i dwie godziny minęły jak z bicza strzelił... Na fali tego spotkania postanowiłam zaopatrzyć własne dziecię w książki autorstwa pana Pawła, ale zanim wyskrobałam jakieś fundusze na ten cel dzieciątko samodzielnie zdobyło (uzyskując wyróżnienie w konkursie recytatorskim) "Ciumków w szkocką kratę", którą to opowieść przeczytaliśmy w tych dniach.

Rodzina Ciumków składa sie z czterech osób - taty, mamy, Grześka i Kasi. Są bohaterami czterech książek  Pawła Beręsewicza, a ta o której mowa jest ostatnia z serii. Od razu uspokajam, da się czytać nie znając części poprzednich, chociaż pewne nawiązania są. 
Ciumkowie wybierają się na wakacje - na rowerach planują wycieczkę po Szkocji. Oczywiście są zahartowanymi kolarzami i żadne drogi ani bezdroża im nie straszne. Szybko jednak okazuje się, że podróż po krainie Waltera Scotta może być problematyczna, a to z powodu jazdy po niewłaściwej stronie szosy... Kiedy już Ciumkom udało się opanować ruch lewostronny mogli ruszać w trasę. Po drodze odwiedzali najbardziej znane zakątki tej części Wielkiej Brytanii, Tata Ciumko odważył się na kąpiel w jeziorze Loch Ness, widzieli drabinę dla łososi, Grzesiek przymierzył kilt, Kasia wpadła w pętlę czasu, mama Ciumko namówiła syna do przestępstwa, spotkali nawet szkockiego bohatera narodowego Roberta MacGregora bardziej znanego jako Rob Roy - o tych i jeszcze innych przygodach możecie przeczytać w tej niezwykle sympatycznej książce.

"Ciumkowie w szkocką kratę" to książka pełna humoru, z leciutką nutką fantastyki, jednak opowiadająca o miejscach, które można zobaczyć samemu. Autor, niejako mimochodem, podaje sporo faktów i ciekawostek na temat przyrody, historii i geografii Szkocji, a robi to tak, że młody czytelnik nie jest znudzony ani przytłoczony tą wiedzą. Można powiedzieć, że nosi ta książka pewne cechy autobiografii, bowiem oparta jest na prawdziwej podróży jaką autor odbył ze swoją rodziną kilka lat temu.

Jeżeli ktoś jeszcze nie zna Ciumków a ma w domu dzieci w wieku 8-10 lat to powinien jak najszybciej pędzić do najbliższej księgarni, albo chociaż biblioteki, i jak najszybciej nadrobić to niedopatrzenie.

Naprawdę warto.

wtorek, 9 lipca 2013

Jaka tam ze mnie gwiazda...

Śledząc portale internetowe i kolorową prasę można dojść do wniosku, że Polska jest światowym potentatem jeśli chodzi o branżę kulturalno-rozrywkową. Bo co krok to spotykamy jakąś sławę - a to  dziewczę grające w serialu, który państwowa telewizja emituje już od kilku lat w porze największej oglądalności, a to kontrowersyjnego dziennikarza, który w komercyjnej stacji miesza z błotem swoich rozmówców, a to piosenkarkę, która najlepiej brzmi z playbacku czy wreszcie grupę osób znanych z tego, że są znane...
Cóż, sława kusi i mami, wiele osób chce zaistnieć obojętnie w jaki sposób, wedle starej zasady - nie ważne jak będą pisać, byle tylko pisali. Tyle, że nazywanie tych wszystkich bywalców rubryk towarzyskich gwiazdami to jednak gruba przesada...

Łukasz Maciejewski to filmoznawca, krytyk teatralny i filmowy. Teksty jego autorstwa ukazują się w periodykach branżowych, na Filmwebie a także w krakowskiej prasie codziennej, współpracuje również z TVP Kultura oraz HBO. Z racji swojej pracy ma więc możliwość kontaktu z najbardziej znanymi twarzami polskiej sceny i ekranu. Udało mu się namówić na rozmowę 20 polskich aktorek i właśnie te rozmowy ukazały się w jego książce "Aktorki. Spotkania".
Bohaterki tych wywiadów należą do różnych pokoleń, pochodzą z różnych grup społecznych, zawodu uczyły się w różnych uczelniach aktorskich, niektóre pracują niemal wyłącznie w teatrze, inne dzielą swój czas sprawiedliwie pomiędzy scenę i ekran, a jeszcze inne zdecydowanie wolą film. Jednak łączy je to, że są wielkimi artystkami, prawdziwymi gwiazdami - chociaż wszystkie (no, może poza Niną Andrycz) uważają, że żadne z nich gwiazdy...

Artystki rozmawiają z autorem o życiu (ale bez pikantnych szczegółów), zawodzie, swoich mentorach, reżyserach, koleżankach i kolegach, sukcesach, ale i porażkach, planach na przyszłość, prywatnych i zawodowych marzeniach. Pewne fakty z ich życia są ogólnie znane, chociażby małżeństwo Niny Andrycz z premierem Cyrankiewiczem, choroba córki Ewy Błaszczyk, problemy z alkoholem Stanisławy Celińskiej czy praktykowanie buddyzmu przez Małgorzatę Braunek. Ale w czasie lektury poznajemy nieznane, często zaskakujące oblicze bohaterek - np. Alina Janowska zakładała świetlice środowiskowe na Żoliborzu a  zdenerwowana Anna Polony potrafi rzucić w oponenta tym co ma akurat pod ręką.

Aktorstwo to zawód o którym marzy wiele młodych dziewcząt, jednak niewiele zdaje sobie sprawę, że to niezwykle ciężka praca, pełna wyrzeczeń i jakże często nie dająca satysfakcji. Co roku uczelnie teatralne i filmowe kończy kilkadziesiąt osób - pracę znajduje tylko część z nich, a wysoka pozycja zawodowa i tzw. rozpoznawalność dotyczy tylko nielicznych. Bohaterkom książki Maciejewskiego się udało, ale niemal wszystkie podkreślają, że nie byłyby tym kim dzisiaj są gdyby nie reżyserzy. Jarzyna, Wajda, Cywińska, Grotowski, Swinarski czy ze starszego pokolenia Axer i Zelwerowicz - to m.in. oni są twórcami sukcesu Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej, Zofii Kucówny, Ewy Dałkowskiej czy Ewy Wiśniewskiej.

Książka opiera się na rozmowach z artystkami, jednak nie ma formy typowego wywiadu, gdzie przeplatają się pytania i odpowiedzi. Owszem są takie fragmenty, jednak duża część poszczególnych sylwetek to tekst odautorski. Taka forma sprawia, że odnosi się wrażenie pewnej bliskości autora z przepytywanymi paniami (chociaż przyznaje się pan Łukasz Maciejewski tylko do bliższej znajomości z panią Krystyną Feldman), tym bardziej, że podawane są pewne szczegóły dotyczące samych spotkań. Udało się na szczęście uniknąć autorowi dosyć częstej w takich wypadkach maniery spod znaku "Zobaczcie jakie ja mam znajomości!", te drobne wzmianki o własnoręcznie upieczonym cieście, zaproszeniu na domowy obiad czy wspólnym spacerze informują, że Beata Tyszkiewicz, Anna Dymna czy Marta Lipińska to oczywiście gwiazdy, ale również zwykłe kobiety.

Książka Łukasza Maciejewskiego to świetnie opracowany i bardzo dobrze napisany fragment historii polskiego filmu i teatru. Oczywiście pewnie znalazłoby się jeszcze kilka nazwisk, których tu zabrakło (jak choćby Jadwiga Barańska czy Krystyna Janda), ale pewnie każdy z czytelników miałby swoją listę artystek do przepytania. Pozostaje mieć nadzieję, że autor jeszcze nie raz namówi nasze Wielkie Gwiazdy do zwierzeń (może również panów) a nam będzie dane poznać efekty tych rozmów.
Tymczasem szczerze polecam tę książkę.

niedziela, 7 lipca 2013

Wakacyjne podróże: Salt Lake City z bohaterami R.P. Evansa

Patrząc na tematykę lipcowej "Trójki e-pik" byłam pewna, że najgorzej będzie z lekturą "czytadła" - na półkach domowych nic nie było (tzn. coś by się znalazło, tyle, że już dawno przeczytane), biblioteka działa w trybie urlopowym, więc nie do końca dla mnie zrozumiałym, a poza tym już się tam świecę na czerwono z racji przetrzymanych książek - no normalnie rozpacz granatowa;(
I oto moja własna teściowa podrzuca mi dwie książki, które u niej się gdzieś zagrzebały (a które mi się czerwienią w bibliotece) a autorem ich jest niejaki Richard Paul Evans. Znaczy się rasowe czytadła jak nic. Jak na czytadła przystało połknęłam je w ciągu dwóch wieczorów, dodatkowym dopingiem był rozgrzebany protokół ze szkolnej "plenarki"- kto musiał takie coś pisać ten wie, że nawet mycie okien jest przyjemniejsze. A cóż dopiero mówić o lekturze zachwalanego i oblewanego rzęsistymi łzami przez dzikie tłumy wielbicielek czytadła...

"Szukając Noel" to historia Marka i Macy. Poznali się przez przypadek pewnej listopadowej nocy - jemu zepsuł się samochód i szukając telefonu trafił do kawiarni w której pracowała ona. Od pierwszego spojrzenia poczuli do siebie sympatię i przypadkowa znajomość zmienia się w coś więcej. Obydwoje dźwigają bagaż życiowych doświadczeń. Mark musiał zrezygnować ze studiów, właśnie zmarła mu matka a z  ojcem nigdy nie potrafił się porozumieć - zdołowany mężczyzna zaczyna mieć myśli samobójcze. Macy straciła matkę jako dziecko, ojciec nie radził sobie z wychowaniem dwóch małych córeczek i trafiły pod nadzór opieki społecznej a następnie do adopcji - niestety do dwóch różnych rodzin. Od tamtego wydarzenia minęło kilkanaście lat i dorosła Macy chciałaby odnaleźć siostrę. A właśnie coraz większymi krokami nadchodzą najbardziej rodzinne ze świąt...

"Doskonały dzień" to z kolei historia Allison i Roba. Pobrali się z wielkiej miłości, mają sześcioletnią córeczkę Carson i chociaż nie opływają w luksusy to żyją sobie spokojnie i szczęśliwie. Pewnego dnia jednak Rob traci pracę  i nie może znaleźć innej. Allison bierze na siebie trud utrzymania rodziny a jej mąż zajmuje się domem i spełnia swoje największe marzenie - pisze książkę. Jego powieść zostaje doceniona przez liczące się nowojorskie wydawnictwo i z dnia na dzień Rob musi opuścić na kilka tygodni rodzinę i ruszyć w trasę promocyjną. Te cztery tygodnie zmienią jego nastawienie do świata a i do rodziny także... A tu zbliżają się święta...

R.P. Evans mieszka w Salt Lake City i obydwie książki osadził w tym właśnie mieście - czego się o nim dowiedziałam to to, że takich śnieżyc jak tam to nie ma nigdzie na świecie;)
Akcja tych powieści (jak i dwóch innych tego autora, które miałam okazję przeczytać) toczy się w okolicy świat Bożego Narodzenia, owiana jest tą przysłowiową już "świąteczną magią", mamy do czynienia z niesamowitymi zbiegami okoliczności, proroczymi snami, interwencją sił nadprzyrodzonych i łatwym do przewidzenia najszczęśliwszym z możliwych zakończeniem...

Nie wiem, może to z powodu niesprzyjających warunków pogodowych (bo książki o magii świąt powinno się jednakowoż czytać w drugiej połowie grudnia a nie na początku lipca) ale nie wzbudziły one we mnie jakiegoś szczególnego zachwytu. O ile jeszcze "Doskonały dzień" ma jakąś dramaturgię (tylko do pewnego miejsca co prawda, ale zawsze coś), zakończenie jest dosyć pomysłowe, bohater nie jest jednoznaczny, targają nim jakieś uczucia, nie do końca jest w stanie poradzić sobie z sytuacją w której się znalazł o tyle "Szukając Noel" to historyjka przewidywalna aż do bólu, a słodka... Brrr... Wata cukrowa, lukier, sok malinowy i przesłodzona herbata w jednym.

Zdaję sobie sprawę, że właśnie podpadłam rzeszom wielbicielek pisarza, który jest u nas bardzo popularny - niestety to jednak nie moje klimaty, chociaż przyznam, że powieść "Obiecaj mi", (moje pierwsze spotkanie z tym autorem) dosyć mi się podobała. Ale teraz tak sobie myślę, że pan Evans po pierwszym sukcesie doszedł do wniosku, że nie ma to jak wypróbowany schemat i wszystko pisze "na jedno kopyto": życiowy problem, nieszczęście, drań bez serca (i tym podobne) - zbliża się Wigilia i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystkie problemy się rozwiązują, ludzie stają się aniołami, dobro tryumfuje a zło umyka z podkulonym ogonem. Alleluja i do przodu!
Żeby było jasne - ja bardzo lubię proste historie ze szczęśliwym zakończeniem bo uważam, że życie niesie ze sobą masę niewesołych sytuacji i nie ma się co katować jeszcze jakimiś tragicznymi lekturami. Ale tak jak nadmiar cukierków szkodzi na zęby tak nadmiar słodyczy w książce też odrzuca...

Tak, że raczej dam sobie spokój z panem Evansem. No chyba, że napisze jakąś powieść w której nie będzie wszechobecnej magii świąt...