środa, 3 stycznia 2018

W świecie sztuki

Od lat gnębi mnie pewna sprawa a mianowicie podejście szkoły do nauczania przedmiotów oficjalnie nazywanych artystycznymi, a zwyczajowo określanych "michałkami". Uznawane za mniej ważne, bo przecież egzaminu na koniec szkoły z nich nie ma, często przydzielane komuś, kto nie do końca je czuje, ale przecież trzeba czymś dopełnić etat, a specjalista do małej szkółki na 1-2 godziny raczej nie będzie dojeżdżał, bo mu się to najzwyczajniej na świecie nie kalkuluje. Tymczasem obcowanie z kulturą i tworzenie własnych "dzieł sztuki" jest niezwykle ważne w prawidłowym rozwoju dziecka. Dlatego, kochani rodzice, jeżeli szkoła nie zapewnia takiego kontaktu waszym dzieciom musicie zadbać o to sami.
Oto książka która wam z pewnością pomoże.

"Gwiaździsta noc Vincenta i inne opowieści" Michaela Birda to niezwykłe kompendium wiedzy o sztuce i jej najważniejszych twórcach. Na ponad 300 stronach autor prowadzi czytelnika poprzez 40 tysięcy lat historii ludzkiej twórczości. Od rysunków naskalnych poprzez gotyckie katedry, renesansowe i barokowe malowidła, rewolucyjne dzieła impresjonistów aż po szeroki wachlarz stylów powstałych w XX i XXI wieku poznajemy najsłynniejsze dzieła i artystów, którzy je stworzyli.
Autor swoją książkę kieruje do najmłodszego czytelnika i stara się zadziałać na jego wyobraźnię. Nie znajdziemy więc tutaj specjalistycznych określeń, czy rozbierania dzieła na czynniki pierwsze - nic z tych rzeczy. Są natomiast nastrojowe opowieści przedstawiające artystów przy pracy, ukazujące ich jako zwyczajnych ludzi - czasem wesołych, czasem smutnych, ale zawsze z pasją oddających się swojej twórczości. Opowieści są krótkie, zaledwie trzy strony tekstu oraz ilustracja - reprodukcja obrazu bądź fotografia rzeźby, instalacji czy budynku, czyli dzieła o powstaniu którego opowiada dana historia.
Świetnym dopełnieniem tekstu są również urokliwe ilustracje, które wyszły spod ręki Kate Evans. Obrazki (moim zdaniem akwarelki) przedstawiają artystów przy pracy, pejzaże, ludzi, zwierzęta i przedmioty, które stanowiły inspirację dla twórców.

Książka jest przepięknie wydana - na grubym papierze, w twardej okładce, niezwykle barwna i przyciągająca oko. Może stanowić wspaniały prezent dla każdego młodego miłośnika sztuki. Ważne jest to, że nie trzeba jej czytać po kolei - dziecko może wybrać dowolny tekst i poznawać dzieje kultury materialne w dowolny sposób. Może również próbować swoich sił tworząc obrazy mniej lub bardziej zainspirowane poznaną tematyką.
Jeśli chodzi o grupę wiekową do której skierowana jest ta pozycja, to sądzę że spokojnie można ją polecić już dziesięcio- jedenastolatkowi, chociaż nie wykluczam, że młodsze dziecko również się nią zainteresuje. Górnej granicy nie określam, bo nawet osoby dorosłe mogą tu znaleźć coś ciekawego dla siebie.

A na koniec taka historia.
Zdarzyło się to lat już wiele temu, kiedy zaczynałam moją szkolną karierę. Zostałam zaproszona przez jedną z moich koleżanek na jakąś towarzyską nasiadówkę. Jako że wszyscy obecni byli w mniejszym lub większym stopniu związani ze szkołą (bądź poprzez pracę, bądź też poprzez progeniturę) to rozmowa szybko zahaczyła o tę tematykę. I oto jedna z obecnych mam zaczęła wyrzekać na pomyloną siksę, która uczy dzieci plastyki i wymyśla niestworzone rzeczy - m.in. wymaga aby praca była robiona wyłącznie w szkole a także każe dzieciom malować muzykę (tzn. puszcza jakiś utwór klasyczny i każe malować to co się komu z danym fragmentem skojarzy). Konsternacja gospodyni wieczoru była ogromna, bowiem ona (i kilka innych osób również) doskonale zdawała sobie sprawę, że ta krytykowana siła pedagogiczna siedzi przy stole. Bo to ja byłam...
Co najważniejsze dzieciaki świetnie się na tych moich lekcjach bawiły - o wiele bardziej lubiły malować kolorowe maziaje w rytm "Tańca ognia" (Manuel de Falla) niż nieśmiertelny "Widok z okna mojego pokoju"...

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Zupa żółwiowa bez żółwia czyli kuchnia retro

Książek kucharskich jest w naszym domu całkiem sporo. Największą grupę stanowią woluminy odziedziczone po rozmaitych bliższych i dalszych krewnych, ja osobiście dołożyłam do tego może ze dwa tomy, natomiast moje dziecko ma całkiem pokaźny zbiór dzieł swoich ulubionych "telewizyjnych" kucharzy na czele oczywiście z Ewą Wachowicz.
W ostatnich tygodniach nasze zbiory powiększyły się o pracę Anny Włodarczyk noszącą tytuł "Retro kuchnia".

"Retro kuchnia", jak na książkę kucharską przystało to przede wszystkim receptury potraw, ale mnie, miłośniczkę rozmaitych historycznych (nomen omen) smaczków zainteresowało tu coś zupełnie innego. Ale o tym za chwilę.
Autorka skonstruowała swoją książkę na wzór przedwojennych książek kucharskich - zawartość podzielona jest na 13 rozdziałów, z których każdy omawia inny rodzaj dania. Rozdziały ułożone są w takiej kolejności w jakiej najczęściej serwowano wystawny, kilkudaniowy obiad - zaczynamy więc od zup, by poprzez rozmaite dania mięsne i postne przejść do legumin, kremów i innych deserów, a wyliczankę kończą przetwory na zimę (o których każda zapobiegliwa gospodyni powinna pamiętać) oraz ciepłe i zimne napoje.
Dla kuchennego nowicjusza dawne przepisy mogą stanowić ciężki orzech do zgryzienia, chociażby ze względu na inny rodzaj miar i wag - o ile tuzin marchewek czy kopa jaj jest do ogarnięcia o tyle korzec mąki, garniec maku czy funt masła może stanowić poważny problem.

Anna Włodarczyk prezentuje więc przepisy oryginalne oraz swoje własne wariacje na ich temat - przelicza miary i wagi, zmienia niektóre, niedostępne dzisiaj, składniki na inne, podaje propozycje aranżacji dania lub dodatków, które będą się z nim najlepiej komponować. Każdy przepis opatrzony jest fotografią - ślinotok murowany ;)

A teraz coś co odróżnia tę książkę od innych pozycji dostępnych na rynku i co dla mnie jest jej największą wartością.
Otóż każdy rozdział poprzedzony jest wstępem w którym autorka cytuje dawne autorytety kulinarne od najsłynniejszej chyba polskiej kuchmistrzyni czyli Lucyny Ćwierciakiewiczowej poprzez święcącą największe sukcesy w dwudziestoleciu międzywojennym Marię Disslową aż do dziewiętnastowiecznej kucharki litewskiej czyli Wincentyny Zawadzkiej. Mamy więc tu porady dotyczące samego przygotowywania potraw, ale również tego jak najlepiej wybrać produkty czy na co zwrócić uwagę przy serwowaniu poszczególnych dań. Jest tu również sporo porad z dziedziny "gotowania kreatywnego" - np. jak ugotować zupę żółwiową bez mięsa żółwiego. Należy mianowicie użyć dwunastu kogucich grzebieni oraz główki cielęcej...
Podobnych porad jest wiele więcej, niektóre mogą się wydać co najmniej dziwaczne (np. dodawanie do zup czy rosołów kawałka chrzanu, pasternaku, skorzonery czy buraka), inne u co wrażliwszych osób mogą wywołać niezbyt przyjemne reakcje, natomiast wszystkie bez wyjątku stanowią niezbity dowód na to, że eksperymentowanie w kuchni nie jest wcale wynalazkiem naszych czasów.

Reasumując - książka warta polecenia nie tylko jako pomoc w kuchni ale również jako źródło informacji o kulinarnych zwyczajach naszych pradziadków.

czwartek, 14 grudnia 2017

Obejrzane - przeczytane: Wiktoria serialowa i książkowa

Jak już niejednokrotnie pisałam, uważam, że jeśli mamy do czynienia z książką i jej ekranizacją, to najlepiej rozpocząć od wersji pisanej a dopiero później wziąć się za wersję filmową. Niestety, nie zawsze tak można - chociażby z tego powodu, że wersja pisana powstaje później - tak było chociażby ze"Stowarzyszeniem Umarłych Poetów". 

Podobnie rzecz się ma z "Wiktorią", której autorką jest Daisy Goodwin, scenarzystka serialu o tym samym tytule, którego drugi sezon właśnie można oglądać na HBO.
Telewizji właściwie nie oglądam, od czasu do czasu transmisje sportowe, ewentualnie jakiś film, na którym nie było mi dane być w kinie (chociażby ostatnio najnowszą wersję "Pięknej i Bestii"). Seriali również nie śledzę - zwyczajnie jest tego za dużo. Na "Wiktorię" trafiłam przypadkiem, obejrzałam pierwszy odcinek i całkowicie się zauroczyłam.

Serial opowiada o jednej z najbardziej znanych władczyń europejskich, brytyjskiej królowej Aleksandrynie Wiktorii Hanowerskiej.
Pierwszy sezon serialu obejmuje lata 1837 - 1840, czyli od wstąpienia na tron do urodzenia pierwszego dziecka. Akcja książki obejmuje nieco krótszy okres, kończy się bowiem zaręczynami młodej władczyni i jej kuzyna księcia Alberta.

Autorka ma bardzo lekkie pióro, fantastycznie snuje swoją opowieść, nie zanudza szczegółami historycznymi, chociaż widać, że ma obszerną wiedzę i dokładnie maluje tło epoki.
Postacie są żywe, pełnokrwiste, ich emocje są wiarygodne, jedni od razu budzą sympatię, inni wręcz przeciwnie, do niektórych trzeba się przekonywać, bowiem pierwsze wrażenie może być mylne - czyli wszystko układa się jak w prawdziwym życiu.
Książka jest wciągająca, chociaż, znając wcześniej serial, doskonale wiedziałam co będzie dalej. Więcej - przy lekturze przed oczami pojawiały mi się kolejne sceny zapamiętane z telewizyjnego ekranu.

Jeżeli ktoś nie widział serialu a ma możliwość najpierw przeczytać książkę to serdecznie doradzam taką właśnie kolejność. W drugą stronę też oczywiście działa i potrafi zachwycić, czego sama jestem najlepszym przykładem.

czwartek, 30 listopada 2017

Lektury w sam raz na długie zimowe wieczory

Ostatni dzień listopada na mojej wiosce zabieli się od śniegu, który sypał przez cały dzień - zapachniało zimą, aczkolwiek najprawdopodobniej ten pierwszy śnieg zniknie w ciągu najbliższych dni (jeśli nie godzin) bo temperatura jednak jest dodatnia. Jakby jednak nie było sezon zimowy uważam za rozpoczęty ;)

Późnojesienne i zimowe wieczory sprzyjają lekturze bardziej obszernych książek i trzy takie grubsze książki chciałabym zaproponować tym, którzy czytają ten tekst. Autorów wszystkich pozycji darzę ogromną sympatią i czytam właściwie wszystko co wyjdzie spod ich ręki.

Elżbieta Cherezińska długo kazała czekać na ostatni tom swojej trylogii "Odrodzone królestwo", ale jak już książka powstała to wielbicieli pisarki zachwyciła (bądź przeraziła) jej objętość - ponad 1000 stron tekstu.

Akcja obejmuje okres od 1306 do 1320 roku, czyli od zdobycia Krakowa przez księcia Władysława Łokietka aż do jego koronacji na króla Polski.
Mały książę jest oczywiście jednym z głównych bohaterów, ale podobnie jak w poprzednich tomach, musi się tym miejscem dzielić z innymi - przede wszystkim z czeską królową wdową Rikissą oraz Kunonem, bratem krzyżackim, który kryje w sobie liczne tajemnice...
Ale i w tle mamy wiele ciekawych osób, które zapisały się na kartach naszej historii - głogowskiego księcia Henryka, wiekowego arcybiskupa gnieźnieńskiego Jakuba Świnkę, krakowskiego biskupa Jana Muskatę, króla Jana Luksemburskiego czy zwanego "rzeźnikiem Gdańska" mistrza krajowego Henryka von Plotzke.
Są również znani z poprzednich części bohaterowie fantastyczni - zielone kobiety, starcy siwobrodzi, wyznawcy Trzygłowa oraz złoty smok Michał Zaręba.

Chociaż książka dotyczy zasadniczo naszej historii, to jednak nie sposób o niej pisać w całkowitym oderwaniu od tego co się działo w państwach ościennych - autorka ma tę świadomość, więc wprowadza czytelnika na dwór czeski i brandenburski, do Malborka, Dzierzgonia i Halicza, a nawet do Awinionu, gdzie wówczas mieścił się dwór papieski.

Gdzieś w sieci spotkałam się z krytyką pani Cherezińskiej - że pisze harlekiny w otoczce historycznej i, że nie dorasta do takich mistrzów pióra jak Sienkiewicz, Kraszewski czy Bunsch. Cóż, moim zdaniem dwóch pierwszych przywołanych pisarzy to dopiero byli romansopisarze (przy okazji Kraszewskiemu zdarzało się mocno mijać z prawdą historyczną...). Co do Bunscha, którego większość książek czytałam, to mam wrażenie, że robił z naszych władców takich trochę bohaterów bez skazy. A jak wiadomo, pomimo ogromnego szacunku co do osiągnięć Chrobrego, Śmiałego, Łokietka czy Kazimierza Wielkiego, to wymienieni władcy aniołami nie byli. Co więcej mieli sporo poważnych wad i nie powinno się o nich zapominać.
Ja w każdym razie bardzo lubię Władka Łokietka w wersji pani Cherezińskiej - ma swoje wady, zdaje sobie z nich sprawę, czasami nawet próbuje z nimi walczyć, ale generalnie jest człowiekiem z krwi i kości a nie jakąś nijaką postacią z podręcznika historii.

Książkę więc z całej mocy zachwalam. 

A tak przy okazji - autorka w posłowiu daje niejaką nadzieję, że jeszcze kiedyś wróci do swoich bohaterów. Tak więc uzbrajam się w cierpliwość i czekam.

***************************************

Profesora Roberta Langdona kocham miłością wielką i z radością powitałam informację, że po raz kolejny spotkam sie z nim na kartach książki Dana Browna.

"Początek" przenosi nas do Hiszpanii, najpierw do Bilbao i tamtejszego muzeum sztuki nowoczesnej a następnie do Barcelony, miasta z którym związany był jeden z najważniejszych twórców przełomu XIX i XX wieku Antonio Gaudi.

Punktem wyjścia jest w tej książce prezentacja znanego informatyka i zagorzałego ateisty Edmonda Kirscha, prywatnie byłego ucznia i przyjaciela Langdona. Prezentacja jest reklamowana jako przełomowe wydarzenie mające dać odpowiedź na dwa zasadnicze pytania dotyczące ludzkości: "Skąd przybywamy? Dokąd zmierzamy?". Odkrycie którego dokonał Kirsch zachwieje również podstawami wszystkich istniejących religii - nie dziwi więc, że na Bilbao zwrócone są oczy niemal całego świata. 
Niestety prezentacja zostaje przerwana przez zamachowca, który zabija Kirscha. Przedziwnym zbiegiem okoliczności o współudział w morderstwie oskarżony zostaje Langdon oraz dyrektorka muzeum Ambra Vidal. Pikanterii dodaje fakt, że pani Vidal jest narzeczoną następcy hiszpańskiego tronu...

Dan Brown przyzwyczaił swoich czytelników do tego, że akcja w jego książkach pędzi z zawrotną szybkością, błyskotliwy umysł profesora Langdona znajdzie wyjście z największych tarapatów a przy okazji sympatyczny uczony (nie umiem go sobie już wyobrazić z inną twarzą niż ta należąca do Toma Hanksa) zaserwuje kilka wykładów z historii sztuki. Tak jest i tym razem, chociaż sztuka nowoczesna nie jest tym co Robert Langdon lubi i czuje, zdecydowanie bardziej odpowiada mu to co pozostawił po sobie Gaudi.

"Początek" to całkiem niezła książka, chociaż miejscami może być nieco nużąca, bowiem autor całkiem sporo miejsca poświęca rozważaniom filozoficznym na temat podstaw naszego bytowania we wszechświecie (a nie tego przecież oczekujemy po powieści było nie było sensacyjnej) oraz najnowszej technologii i sztucznej inteligencji (jako, że moje umiejętności komputerowe są raczej mierne miejscami nie wiedziałam o co chodzi). 
Do "Kodu Leonarda da Vinci" czy "Inferno" ta książka nie dorasta, ale jest o kilka stopni lepsza niż "Zaginiony symbol" tak więc warto po nią sięgnąć.

************************************



Na koniec dwuksiąg Renaty Kosin a mianowicie "Sekret zegarmistrza" i "Tatarka". 
Bohaterką pierwszej z nich jest Lena - wychowana przez dziadków, po ich śmierci odziedziczyła dworek w podlaskich Bujanach. Dziadek Ignacy był zegarmistrzem, zostały po nim stare zegarki, których nikt nie odebrał od naprawy i Lena postanawia je wykorzystać do produkcji oryginalnej biżuterii. Wśród zegarków jest jeden szczególnie ciekawy - damski, z inicjałami JB. Budzi ciekawość Leny, jednak nic nie wskazuje, że będzie sie kiedyś mogła dowiedzieć do kogo należał. W czasie remontu Lena odnajduje kolejne tajemnicze przedmioty - pamiętnik krewnej swej babki Stefanii oraz carski mundur z okresu powstania styczniowego. Kobieta postanawia dowiedzieć się czegoś o przeszłości rodu Bujaneckich...

"Tatarka" to również podróż w przeszłość, ale tym razem osobą która w niej będzie grzebać jest Ksenia, córka Leny. Zegarmistrz Ignacy zawsze wierzył, że w jego żyłach płynie tatarska krew - niestety nie był w stanie tego udowodnić. Teraz jego prawnuczka poznaje Emira, młodego Tatara z Kruszynian i postanawia wykorzystać okazję i poszukać ewentualnych przodków. I chociaż okoliczności, rodzina Emira a nawet Lena są przeciwko niej Ksenia nie odpuszcza i uparcie dąży do poznania prawdy. Uważa bowiem że nawet najgorsza prawda jest lepsza od niewiedzy.

Renata Kosin przyzwyczaiła już swoich wielbicieli, że bardzo dokładnie przygotowuje się do pisania swoich książek (i pewnie z tego powodu tak długo trzeba czekać na kolejne nowości) co jest postępowaniem nadzwyczaj chwalebnym, bo nie ma nic gorszego niż powieść z błędami rzeczowymi. Akcja "Sekretu zegarmistrza" i "Tatarki" umiejscowiona jest po raz kolejny na Podlasiu, a ja po raz kolejny mam dziką chęć wsiadać w jakikolwiek środek lokomocji i na owo Podlasie wyruszać, tak pięknie o nim pani Renata pisze.

Przeszukiwanie przeszłości może być bardzo ciekawe i inspirujące, ale może też nieść za sobą masę złych emocji bowiem nie zawsze będzie się nam podobało to co odkryjemy. Można sobie więc zadać pytanie - czy warto grzebać w tym co było? Czy może lepiej zostawić rzeczy takimi jakie są?

Lena i Ksenia zaglądają w przeszłość z całkiem innych powodów, trafiają na wydarzenia smutne czy wręcz tragiczne, jednak wiedza jaką z nich wynoszą pozwala im zrozumieć swoich najbliższych i inaczej spojrzeć na własne życie. I dlatego warto znać swoją przeszłość, nawet tę najgorszą.

Polecam jak najbardziej.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Nie tylko Krystyna Skarbek, czyli polskie "Igły"

Krystyna Skarbek - Giżycka na Zachodzie znana również jako Christine Granville, nazywana często ulubioną agentką Churchilla to jedna z tych postaci naszej historii, które, pomimo swoich niezaprzeczalnych zasług, odeszły w zapomnienie i dzisiaj o ich istnieniu pamiętają jedynie najzagorzalsi pasjonaci drugiej wojny światowej. A szkoda, bo według wielu znawców tematu była jedną z najlepszych (bądź wręcz najlepszą) tajną agentką działającą w czasie wojny.

Krystyna Skarbek nie doczekała się żadnej biografii w języku polskim ale Maria Nurowska w pewien sposób wypełniła tę lukę książką "Miłośnica". Jest to fabularyzowana biografia, oparta na wspomnieniach Włodzimierza Ledóchowskiego oraz na nietłumaczonej na język polski angielskiej biografii "Christine" autorstwa Madeleine Masson, jak również na wspomnieniach ojca autorki, który znał przed wojną hrabiego Jerzego Skarbka, ojca Krystyny.
Główna bohaterka książki to Ewa, polska dziennikarka, która chce napisać książkę o Krystynie i w poszukiwaniu materiałów wyjeżdża do Londynu gdzie pomocą służy jej mieszkający tam Arek - ta dwójka to jedyni fikcyjni bohaterowie opowieści, pozostali to bez wyjątku osoby, które istniały i w różnych okolicznościach stanęły na drodze Krystyny.
Ewa odkrywa kolejne rewelacje na temat bohaterki swojej książki, spotyka się z jej znajomymi, poznaje prywatne i służbowe losy Krystyny, ma wrażenie, że mentalnie się z nią zaprzyjaźnia. Nie zawsze rozumie i akceptuje jej wybory, ale co do jednego ma niezachwianą pewność - Krystyna Skarbek to niezwykła osoba.

"Miłośnica" to dobra książka, pomimo oczywistych wątków fabularnych ma znamiona ciekawej i w miarę wnikliwej biografii (piszę "w miarę" bo mimo wszystko Maria Nurowska historykiem nie jest), moja wiedza o ulubionej agentce Churchilla pogłębiła się i za to jestem autorce wdzięczna.
Nie zmienia to jednak faktu, że Krystyna Skarbek zasłużyła sobie na profesjonalne zbadanie i opisanie swojego życia i poniesionych dla wyższego dobra zasług. I na taką profesjonalną jej biografię czekam.

************************************************************

Przy okazji lektury "Miłośnicy" trafiłam w naszej bibliotece na jeszcze jedną książkę w której postaci Krystyny Skarbek poświęcone jest sporo miejsca. Jest to praca Marka Łuszczyny pt. "Igły. Polskie agentki, które zmieniły historię". 

Autor w swojej książce przedstawił dziesięć Polek, które w czasie drugiej wojny światowej pełniły służbę wywiadowczą po obydwu stronach konfliktu. Albowiem obok świetlanych postaci, które tak jak wspominana już Krystyna Skarbek, Halina Szwarc czy Elżbieta Zawacka z poświęceniem walczyły z okupantem wśród bohaterek książki znalazła Malwina Gerlet, oskarżona przez Brytyjczyków o szpiegostwo na rzecz Niemiec.

Bohaterki książki pochodzą z różnych środowisk, niektóre nawet nie są Polkami z pochodzenia, ale w pewnym momencie swojego życia Polska (bądź jakiś konkretny Polak) stała się dla nich najważniejsza. Różni je właściwie wszystko: pochodzenie, wiek, majątek, wykształcenie ale jedno łączy - odwaga i determinacja potrzebna do wykonania zadania.

Książka napisana jest bardzo ciekawie, autor ma zacięcie gawędziarskie i właściwie w każdym biogramie widać, że podchodzi do swoich bohaterek niezwykle emocjonalnie, chociaż trzyma się prawdy historycznej.

Serdecznie polecam lekturę  tej książki nie tylko pasjonatom II wojny światowej. I tak sobie myślę, że gdyby w szkole na lekcjach historii uczono o Krystynie i innych agentkach to lekcje tego znienawidzonego przez większość uczniów przedmiotu zyskałyby zdecydowanie.

czwartek, 2 listopada 2017

Emilia z krakowskiego antykwariatu

 Emilia to taka niedzisiejsza dziewczyna - uwielbia książki, nie interesuje się modą, poza Igą nie ma żadnych przyjaciół, nie bywa w modnych lokalach i marzy o wielkiej romantycznej miłości. Pracuje w niewielkim antykwariacie na krakowskiej starówce, mieszka z mamą z którą zupełnie nie może znaleźć wspólnego języka a od czasu do czasu wyjeżdża do ojca i jego drugiej żony mieszkających w niewielkiej nadmorskiej miejscowości. 

Emilia jest bohaterką najnowszej powieści Doroty Gąsiorowskiej noszącej tytuł "Antykwariat spełnionych marzeń". Książka opowiada o trzech miesiącach z życia młodej kobiety - miesiącach, które do góry nogami wywróciły jej poukładane i nudne bytowanie, które odsłoniły wiele spraw skrytych w mroku i zapomnieniu i które wreszcie dały nadzieję na spełnienie najskrytszych pragnień.

Po tym opisie wydawać by się mogło, że książka jest wręcz wymarzoną lekturą na długi jesienny czy zimowy wieczór, tym bardziej, że z twórczością pani Doroty zdarzyło mi się już spotkać przy okazji "Primabaleriny" i tamtą książką byłam oczarowana.
Zaczęłam czytać no i niestety trochę się zawiodłam...

Najpierw może to co mnie w tej powieści ujęło, a mianowicie niezwykle plastyczny obraz mojego ukochanego Krakowa. Autorka ma talent do tworzenia opisów, które nie zanudzają czytelnika. Krakowski rynek, staromiejskie uliczki, wreszcie niewielki antykwariat pana Franciszka opisane są tak urokliwie, że człowiek ma ochotę natychmiast wsiąść w samochód i jechać w opisywane miejsca - nawet mając świadomość, że to najważniejsze, czyli sklep w którym pracuje Emilia, tak naprawdę nie istnieje...
Bardzo poruszył mnie również wpleciony w historie wątek wojennej przyjaźni dwóch małych dziewczynek - Polki i Żydówki: wzruszający ale bez patosu, najlepszy fragment tej książki.
To byłoby tyle dobrego. Co więc na minus?

Przede wszystkim relacje między bohaterami - tu będzie trochę spojlerów, więc czytacie to na własną odpowiedzialność ;)
Iga, niby najlepsza przyjaciółka głównej bohaterki a robi jej okropne świństwo albowiem wysyła powieść Emilii na konkurs podpisując ją SWOIM nazwiskiem - plagiat, kradzież czy jak to nazwać...; grafik Mikołaj spotyka ze dwa razy Emilię (i to w przelocie) i dochodzi do wniosku, ze to najlepsza osoba jaką zdarzyło mu się poznać - jasnowidz czy co?; pan Franciszek nachalnie swatający Emilkę z Mikołajem pomimo, że jak twierdzi szanuje jej prywatność a autorka przedstawia go jako człowieka taktownego i niezwykle kulturalnego; pisarz Szymon który pojawia się i znika jak meteor a Emilia nic o nim nie wiedząc obdarza go gorącym uczuciem i łyka jego co najmniej naciągane tłumaczenia jak gęś gotowanego kartofla - a ponoć taka rozsądna i staromodna...

Sami bohaterowie też nie do końca mnie przekonują - większość jest po prostu papierowa i przewidywalna. Najlepiej prezentują się tu dwie bohaterki będące w zamyśle autorki czarnymi charakterami wspomniana już oszukańcza przyjaciółka Iga oraz toksyczna mamuśka imieniem Lili - one przynajmniej mają w sobie jakieś życie, cele i pragnienia do realizacji których dążą.

I jeszcze coś co mnie akurat w powieściach bardzo drażni - zupełny brak indywidualizacji języka. Wszyscy (no może za wyjątkiem Lili) przemawiają z namaszczeniem, okrągłymi, nieskazitelnymi pod względem gramatyki, zdaniami - to co u przedwojennego pokolenia jest całkiem normalne to w ustach współczesnych młodych ludzi razi. Przez lata zmieniło się chociażby słownictwo, którego używamy. I nie chodzi mi tu bynajmniej o gwarę czy slang młodzieżowy - najzwyczajniej pod słońcem język ewoluuje i ja mówię inaczej niż moja babcia czy moi młodsi o 20 lat siostrzeńcy...

Tak więc nie mogę tej książki polecić z czystym sumieniem, bo mnie nie przekonała. Chociaż z drugiej strony muszę przyznać, że ma masę pozytywnych opinii, a mojej mamie i teściowej bardzo się podobała. Tak więc może nie jestem odpowiednim czytelnikiem dla tej akurat lektury?
Najlepiej przekonajcie się sami

środa, 1 listopada 2017

Światełko dla tych co odeszli...



W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy odeszli:

07.11.2016  Leonard Kohen

15.03.2017 Wojciech Młynarski

17.03.2017 Derek Walcott

21.03.2017 Colin Dexter

24.04.2017 Robert Pirsig

29.04.2017 Wiktor Osiatyński

27.06.2017 Michael Bond

14.07.2017 Julia Hartwig

02.08.2017 Wanda Chotomska

10.08.2017 Halina Popławska

19.08.2017 Brian Aldiss

19.08.2017 Janusz Głowacki

26.08.2017 Grzegorz Miecugow

27.08.2017 Maria Szypowska