piątek, 7 lipca 2017

Agatha jest dobra na wszystko ;)

Ani się człowiek nie zdążył zabrać za wypoczynek a tu już mija drugi tydzień wakacji... Tegoroczna kanikuła będzie raczej domowa, bo niestety jak się ma wybór pt. "remont i doposażenie niby-salonu kontra wakacyjny wyjazd" to tak jakby się nie miało żadnego wyboru :( 
A jeśli siedzę w domu to najlepiej mi na balkonie z książką w ręku - takie uroki mieszkania na wsi.

Ponieważ nie miałam na podorędziu żadnej (w miarę nieczytanej) Chmielewskiej to przyniosłam sobie z biblioteki dwie książeczki Agathy Christie. Obie panie mają na mnie zbawienny wpływ, chociaż oczywiście każda inny - pani Joanna rozśmiesza już po przeczytaniu połowy stronnicy, natomiast książki lady Agathy są tak wciągające, że przy ich lekturze zapominam o wszystkich przykrościach dnia codziennego.
Te dwie książki, które wybrałam z bibliotecznej półki to "4.50 z Paddington" z panną Marple oraz "Niemy świadek" czyli historia z Herculesem Poirot.
Obie książki traktują o morderstwach, chociaż na pierwszy rzut oka nie jest to do końca oczywiste.

W "4.50 z Paddington" do panny Marple przyjeżdża przyjaciółka. Jest dosyć zdenerwowana, bowiem uważa, że była świadkiem morderstwa, a nikt jej nie wierzy. Rzekoma zbrodnia miała się dokonać w pociągu - mężczyzna udusił przebywającą razem z nim w przedziale kobietę. Pani McGillicuddy widziała to z okna swojego wagonu - obydwa pociągi jechały w tym samym kierunku. Sprawa jest tym bardziej zagadkowa, że nikt nie zgłosił zaginięcia żadnej kobiety a także nigdzie, ani w pociągu ani w pobliżu torów nie znaleziono ciała czy chociażby śladów wskazujących na to, że jakieś zwłoki mogłyby zostać wyrzucone przez okno.
Panna Marple daje wiarę słowom przyjaciółki i postanawia bliżej przyjrzeć się sprawie. Szybko dochodzi do tego gdzie należy szukać jakichś śladów zbrodni, a ponieważ sama nie ma możliwości przeprowadzić czynności śledczych zwraca się o pomoc do swojej znajomej Lucy Eyelesbarrow. Lucy nie odmawia i już kilka dni później pracuje jako gospodyni w Rutherford Hall, a w wolnym czasie szuka śladów morderstwa...

Akcja "Niemego świadka" toczy się w niewielkim miasteczku Market Basing. 1 maja zmarła tam panna Emilia Arundell. Sama śmierć nie wzbudziła większego zainteresowania - była to starsza i schorowana osoba. Jednak tym co przykuło uwagę całej społeczności był testament starszej pani, która cały, dosyć pokaźny, majątek zapisała  pannie Wilhelminie Lawson, swojej damie do towarzystwa, zupełnie pomijając najbliższych krewnych.
Sprawa pewnie by umarła własną śmiercią po jakimś czasie, jednak los chciał inaczej.
Niemal dwa miesiące później Poirot otrzymał list od panny Emilii, w którym starsza pani nie pisze nic konkretnego, ale między wierszami można odczytać, że jest mocno zaniepokojona. Detektyw postanawia ją odwiedzić, a kiedy na miejscu dowiaduje się, że nadawczyni listu nie żyje decyduje się zbadać sprawę bliżej.
Nie może narzekać na brak podejrzanych - najbliżsi krewni (bratanek, bratanica oraz siostrzenica) nie są osobami zbyt zamożnymi, więc spadek po ciotce bardzo by im pomógł. Tym bardziej, że pod koniec kwietnia wszyscy byli jej gośćmi, a rodzinne spotkanie miało niezbyt przyjemną atmosferę. Również panna Lawson miała motyw - panna Arundell zmieniła swój testament na jej korzyść ledwie kilka dni przed śmiercią...

Obydwie powieści mają charakterystyczne cechy większości książek, które wyszły spod pióra Christie - kilkoro podejrzanych, mających powody aby oczekiwać śmierci ofiary, nie do końca wiarygodne alibi, zatajanie przez podejrzanych niewygodnych faktów, nagłe zwroty akcji, nowe dowody, które zamiast rozjaśniać zaciemniają sytuację oraz zaskakujące rozwiązanie. Zarówno panna Marple jak i Herkules Poirot w najwyższej formie - chociaż nieodmiennie (przynajmniej w moim przekonaniu) starsza pani wygrywa w tym pojedynku.

Przyznam się, że już nawet nie próbowałam zgadywać kto zabił, bo na kilkanaście przeczytanych przeze mnie książek Agathy Christie tylko raz udało mi się rozwikłać zagadkę przed końcem lektury. Kładę to oczywiście na karb talentu autorki a nie mojej ewentualnej tępoty...

niedziela, 2 lipca 2017

Wakacje z Rincewindem i resztą

Boże, jak ten czas zasuwa - nie było mnie tu już ponad dwa miesiące. Inna rzecz, że gdzie indziej też rzadko bywałam...
To był ciężkawy czas - trochę nerwówki na okoliczność pracy, bo przecież gimnazja do likwidacji i nie do końca było wiadomo czy będę miała etat na przyszły rok. Później, jak się już okazało, że mam, to zaczął się kołowrotek z zakończeniem roku, bo miałam trzecią klasę, więc apel, świadectwa, arkusze, rozmaite bzdurne papiery i inne pochłaniacze czasu. A w międzyczasie jeszcze byłam z tymi moim gimbusami na pięciodniowej wycieczce i też temat był poważny do ogarnięcia...  

No ale teraz wreszcie mam trochę czasu dla siebie, bo to wakacje się zaczęły (mam co prawda jeszcze trochę szkolnej makulatury do ogarnięcia, ale to już sama końcówka...) można poleniuchować, poczytać, pooglądać zaległe filmy i generalnie wrócić między żywych ;)

Jedną z takich nadrabianych zaległości jest cykl "Świat Dysku" którego autorem jest Terry Pratchett. Przez wiele lat, pomimo tego, że czytam bardzo dużo i dosyć lubię fantastykę, w ogóle nie miałam pojęcia, że ktoś taki istnieje. Dopiero, kiedy trafiłam do BiblioNETki usłyszałam po raz pierwszy o autorze i jego książkach. Przyznaję, niejednokrotnie czułam się nawet trochę głupio, bo nie wiedziałam o co chodzi, kiedy znajomi z forum w dyskusjach przerzucali się cytatami czy używali jakichś skrótów myślowych, które mnie nic nie mówiły. 



Pierwsze spotkanie z bohaterami Świata Dysku zaliczyłam dosyć nietypowo, bo w formie filmowej. Zupełnie przypadkiem obejrzałam w telewizji "Piekło pocztowe" - notabene nie mając pojęcia, że to ekranizacja Pratchetta... Później na portalu czytelniczym Na Kanapie trafiłam dwa audiobooki ("Kolor magii" i "Blask fantastyczny") i chociaż nie jestem fanką tego typu poznawania dzieł literackich to wysłuchałam ich z przyjemnością - tu wielkie ukłony w stronę Krzysztofa Tyńca i jego genialnej interpretacji tych książek.

Ale to dalej była ledwie niewielka cząstka serii i, pomimo, że zarówno film jak i owe audiobooki przypadły mi do gustu, nie do końca rozumiałam o co chodzi z tymi zachwytami nad Terrym i jego uniwersum.
Ale Ślepy Io i inni bogowie Dysku nie odpuścili i niewątpliwie pod ich wpływem wydawnictwo Prószyński i S-ka przygotowało edycję całego cyklu. I znów zadziałał przypadek - poszłam do sklepu w celu nabycia proszku do prania i płynu do naczyń a wyszłam z tomem "Straż! Straż!" pod pachą i umową z pracującą tam panią Mariolą, że ma mi odkładać kolejne książki.

I teraz powstał problem - czytać zaraz po zakupie, czy czekać jak już będę mieć wszystkie i wtedy brać się za to hurtem? Przeważyła, pomimo obaw czy dożyję ostatniego tomu, druga opcja i przez prawie dwa lata kolejne książki były z premedytacją odkładane na półkę. I powiem szczerze, że była to jedna z trafniejszych decyzji podjętych w ostatnim czasie. Bowiem zdarzyło się już tak, że kończyłam jeden tom o jakiejś opętanej nocnej godzinie i natychmiast sięgałam po kolejny.

Czytanie zaczęłam w majowy weekend i aktualnie jestem przy tomie 16 - całość składa się z 44 książek, bo niektóre tytuły wydawane były w dwóch częściach i mam nadzieję, że do jesieni się z całością wyrobię.
Wiem, że jest kilka szkół czytania tej serii ja jednak postanowiłam zaufać wydawcy i czytam w takiej kolejności jaką zaproponował. Tak więc za mną już większość książek dotyczących Straży Miejskiej, chyba cały cykl o czarownicach a obecnie wieczory sponsoruje mi Rincewind i pozostała kadra Niewidocznego Uniwersytetu. I chociaż poznałam dopiero 1/3 cyklu to dotarło do mnie o co chodziło tym wszystkim, którzy zachwycali się "Światem Dysku".

Po pierwsze genialni bohaterowie - na tę chwilę uwielbiam Marchewę i babcię Weatherwax, ogromną sympatią darzę Rincewinda, Dwukwiata i Myślaka Stibbonsa oraz podziwiam (chociaż niezbyt lubię) lorda Vetinariego. Nie zarzekam się, że do końca lektury nic się w moich sympatiach nie zmieni - chociażby taki Śmierć, który na razie pojawiał się sporadycznie, bardzo mnie intryguje.

Po drugie ciekawa akcja - nie sposób się nudzić przy lekturze, szybkie tempo i pomysłowe rozwiązanie rozmaitych wątków sprawiają, że czyta się te książki z wypiekami na twarzy. Właściwie, z tych dotąd przeczytanych, to tylko jedna nie do końca przypadła mi do gustu, a mianowicie "Ostatni kontynent". ( Ale to na zasadzie, że gdyby pozostałe ocenić wg szkolnej skali na 5 i 6, to za tę dałabym 4-)

Po trzecie - nawiązania do świata rzeczywistego. To jest coś co w tych powieściach bardzo sobie cenię. Poszukiwanie ukrytych znaczeń czy odnośników do tego co tu i teraz jest dodatkową zabawą przy czytaniu.

Zagorzałych fanów Pratchetta nie trzeba oczywiście namawiać do lektury. Ale jeśli ktoś nie zna to może niech się spróbuje zmierzyć z tematem? Może u niego zaskoczy tak jak u mnie?

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Królowie nie rodzą się wolni...

Nie wiadomo jak wyglądała, jaki miała charakter, co lubiła, co ją interesowało - tak naprawdę to nawet nie do końca wiadomo czy istniała... 

Świętosława, Sigrida Storrada - córka Mieszka I, siostra Boleslawa Chrobrego, królowa Szwecji i Danii, matka króla Anglii Knuta Wielkiego. Losy tej Piastówny od lat są tematem badań i dociekań historyków zajmujących się dziejami średniowiecza i związkami pomiędzy państwem Polan i północnymi królestwami. Ale oprócz naukowców postacią Świętosławy interesują się pisarze, bowiem postać królowej otacza atmosfera romantyzmu, wielkich emocji, przygody i niebezpieczeństwa.

Jedną z autorek, która postanowiła zmierzyć się z legendą Świętosławy - Sigridy jest Elżbieta Cherezińska, pisarka, której twórczość obraca się wokół czasów i miejsc w których żyła jej bohaterka - wystarczy wspomnieć cykl "Północna droga" czy powieść "Gra w kości". Historię polskiej królowej Wikingów opisuje pisarka w dwóch tomach "Harda" i "Królowa".

Swoją podróż śladami Świętosławy rozpoczynamy w Gnieźnie, gdzie spędziła dzieciństwo i skąd wyruszyła na podbój Północy - najpierw jako żona króla Szwecji Eryka Zwycięskiego, a następnie, po jego śmierci, jako małżonka Swena Widłobrodego, władcy Danii i Norwegii. Po latach Świętosława, odprawiona przez męża, wraca do Gniezna. Jednak historia jeszcze się o nią upomni - po śmierci Swena synowie wzywają matkę z powrotem do Danii, a stamtąd wraz z młodszym z nich królowa wyrusza na podbój Anglii, gdzie kończy swoją ziemską wędrówkę.

Tyle suchych, w miarę udokumentowanych, faktów stanowiących osnowę na której Elżbieta Cherezińska tka piękną, wielobarwną historię swojej bohaterki. Świętosława z powieści to kobieta o ogromnej sile charakteru, "harda pani" jak ją nazywają poddani, inteligentna i kreatywna, potrafiąca myśleć perspektywicznie, stawiająca obowiązek wobec państwa i dynastii ponad własne marzenia i pragnienia. To władczyni, która świetnie rozumie na czym polega racja stanu, która potrafi budować sojusze i która wie kiedy należy się wycofać, aby w sprzyjającym momencie uderzyć na niczego niespodziewającego się przeciwnika.

Ale to tylko jedno oblicze królowej, której nieobce były również gorące emocje i namiętności, a szczególnie wielka i nieszczęśliwa miłość do norweskiego władcy Olafa Tryggvassona - ich drogi wciąż się splatały, jednak okoliczności nie pozwoliły im się połączyć...

Książki, pomimo, że dosyć pokaźnych gabarytów, czyta się wręcz jednym tchem. To zasługa pięknego języka oraz niezwykłego talentu narracyjnego, jakim obdarzona jest autorka. Warto nadmienić, że Elżbieta Cherezińska zastosowała ciekawą koncepcję przy konstruowaniu swojej powieści - otóż świat przedstawiony na kartach książki widzimy nie tylko z perspektywy Świętosławy. Autorka dopuszcza do głosu również najważniejsze osoby w jej życiu - obydwu mężów,  synów, brata, ojca, siostrę Astrydę oraz ukochanego Olafa. Pozwala to na stworzenie pełniejszego obrazu czasów w których przyszło żyć Świętosławie.

Warto sięgnąć po tę dylogię - uczciwie jednak ostrzegam, że jeśli już zaczniecie czytać to trudno się będzie od niej oderwać. I tak sobie myślę, że jest to idealna propozycja na zbliżający się majowy weekend, szczególnie jeśli pogoda będzie nam serwować takie niespodzianki jak w czasie ostatnich dni...

wtorek, 28 marca 2017

Dwie biografie - jedna świetna, druga nie

Raz na kilkanaście lat dopada mnie choroba - taka, że domowe sposoby nie wystarczają i trzeba się udać do lekarza. Tym razem synek mój kochany sprzedał mi wyjątkowo uciążliwe zapalenie oskrzeli i zafundował mamusi półtora tygodnia zwolnienia lekarskiego.Doskonała okazja, żeby nadrobić czytelnicze zaległości - plon ostatnich kilku dni to cztery kryminały, dwie obyczajówki i dwie biografie. Nieźle, co?
Te dwie biografie to przykład jak się powinno i nie powinno pisać o życiu znanych osób. Jedna bowiem, napisana arcyciekawie, dotyczyła osoby średnio interesującej i przeczytałam ją niemal jednym tchem, druga zaś, co do której miałam ogromne oczekiwania, była zwyczajnie nudna, chociaż bohaterka była jedna z najznakomitszych pisarek XX wieku.

Przez kilka piątkowych wieczorów wróciłam do oglądania telewizji, a to za sprawą biograficznego serialu o początkach panowania królowej Wiktorii. Ponieważ serial bardzo mi się spodobał (już czekam na drugą serię, która ma się ponoć pojawić jesienią) postanowiłam rozejrzeć się za jakąś biografią angielskiej władczyni. Jeden z moich ulubionych biografów, George Bidwell, napisał takową, więc wybór był prosty: czytam "Wiktorię żonę Alberta".
Już sam tytuł sugeruje jak wyglądało królewskie stadło - Wiktoria była władczynią całego imperium, ale w domu pierwsze skrzypce grał Albert. To on narzucił swój styl, pedanterię i drobiazgowość (bardziej naturalne dla rodziny mieszczańskiej niż królewskiej) swojej chimerycznej małżonce. To on, nawet po swojej przedwczesnej śmierci, był tym, z którego opiniami królowa liczyła się najbardziej. Wiktoria jaką znamy bez Alberta by nie istniała...
Można by odnieść wrażenie, że autor nie przepada za swoją bohaterką - Wiktoria z książki Bidwella to osoba o bardzo przeciętnej inteligencji, uparta i samowolna, której obca jest sztuka dyplomacji. Pomimo iż od samego początku wiadomo było, że zasiądzie natronie Zjednoczonego Królestwa nie odebrała należytego wykształcenia, otaczała się Niemcami oraz, co szczególnie przysporzyło jej niechęci poddanych, wyszła za mąż za Niemca i dosyć jawnie popierała niemieckie interesy.
Wiktorią dosyć łatwo było sterować, jeśli tylko darzyła sympatią swojego mentora - początkowo był to lord Melbourne, później Albert a po jego śmierci dwóch premierów - Palmerston i Disraeli.
Patrząc na wieloletnie panowanie Wiktorii trzeba przyznać rację autorowi książki - faktycznie królowa nie przysłużyła się jakoś szczególnie ani swojej ojczyźnie ani światu. Jest to tym bardziej widoczne poprzez porównanie jej życia do historii innej kobiety - młodszej o rok Florence Nightingale, która mając o wiele mniejsze możliwości zasłużyła się ludzkości nieporównywalnie bardziej niż Wiktoria Hanowerska.

++++++++++++++++++++++++++

Astrid Lindgren to jedna z najbardziej znanych pisarek XX wieku. Niewiele jest chyba na świecie dzieci, które nie znałyby chociażby jednej z jej książek. Dzieci z Bullerbyn, Fizia Pończoszanka, bracia Lwie Serce czy Ronja córka zbójnika to znani i lubiani bohaterowie dziecięcych lektur.
Biorąc do ręki książkę "Astrid Lindgren. Opowieść o życiu i twórczości", której autorką jest Margareta  Strömstedt miałam nadzieję na fascynującą podróż literacką, tym bardziej, że obie panie znały się dobrze a nawet przyjaźniły.
Niestety srodze się zawiodłam. Książka jest nudna, większą jej część stanowi interpretacja poszczególnych powieści Lindgren - szukanie pierwowzorów bohaterów, rozkładanie na czynniki pierwsze "co autor miał na myśli"oraz doszukiwanie się przekazu społecznego. Owszem, Astrid Lindgren pchnęła literaturę dziecięcą na całkiem nowe tory - odeszła od wszechobecnego w połowie XX wieku moralizatorstwa, jej bohaterowie są ciekawi, spontaniczni i często zwariowani. W swoich utworach promuje tezę, że dziecko to też człowiek, tylko mały, więc należą mu się takie same względy jak dorosłemu. To wszystko prawda, ale przecież w biografii chodzi chyba o coś innego.

Czego mi w takim razie zabrakło w tej historii?
Otóż przede wszystkim codzienności pisarki, która przecież przez duża część swojego życia nie tylko pisała książki, ale również pracowała zawodowo i wychowywała dzieci. Jak udawało się jej to wszystko pogodzić? Czy nigdy nie miała chwili zwątpienia? Czytając tę książkę można odnieść wrażenie, że Lindgren to dziecko szczęścia - wszystko czego się tknie zamienia się w sukces. 
Dalej - na początku książki autorka wspomina, że Astrid była silnie związana z rodzicami i rodzeństwem. Tymczasem o jej siostrach i bracie nie ma tu prawie nic. O najbliższej przyjaciółce też jest tylko kilka zdań pomimo, że Astrid poznała ją w szkole a znajomość trwała nieprzerwanie przez kilkadziesiąt lat.
W tej biografii po prostu nie ma Astrid. Jest tylko jej twórczość - fakt, że wspaniała, godna uwagi i cały czas aktualna, ale to tylko książki, a ja chciałam poznać człowieka, który za nimi stoi.

Tak więc z przykrością, ale raczej nie polecam :(

wtorek, 14 marca 2017

Lotta jest uparta jak kozioł

Jonas, Mia-Maria i Lotta to rodzeństwo mieszkające wraz rodzicami w niewielkim domku usytuowanym przy ulicy Garncarzy. Jednak ich tatuś twierdzi, że dzieciaki robią taki harmider, że należałoby zmienić nazwę na ulicę Awanturników.

"Przygody dzieci z ulicy Awanturników" to zbiorowe wydanie dwóch książek Astrid Lindgren przeznaczonych dla najmłodszych, a mianowicie "Dzieci z ulicy Awanturników" oraz "Lotta z ulicy Awanturników".
Chociaż książka opowiada o całej trójce młodych Nymanów to jednak bohaterką pierwszoplanową jest najmłodsza z rodzeństwa, czteroletnia Lotta. Dziewczynka jest dosyć uparta i stara się zawsze postawić na swoim, chociaż często obraca się to przeciwko niej. Na szczęście rodzeństwo jest ze sobą silnie związane, i nawet jeśli starszą dwójkę irytują wybryki Lotty, to jednak jej wybaczają, bo, jak często powtarza Mia, "Ona jest taka słodka".

Podobnie jak w innych książkach Astrid Lindgren dorośli stanowią postacie drugoplanowe. Rodzice oraz sąsiadka pani Berg raczej nie wtrącają się w zabawy dzieci, ale gdy wymaga tego potrzeba mali Nymanowie mogą na nich liczyć. Widać to szczególnie w drugiej części książki, kiedy Lotta postanawia odejść z domu i zamieszkać u pani Berg. Starsza pani bez zmrużenia oka przyjmuje czterolatkę pod swój dach, daje jej pokoik w którym dziewczynka będzie mogła zamieszkać i w żaden sposób nie namawia jej na powrót do domu - Lotta sama dochodzi do wniosku, że jednak chce wrócić do rodziców. Podobnie rodzice - dają dziewczynce swobodę (tym bardziej, że u sąsiadki nic jej nie grozi), pozwalają przeżyć pierwszy poważny bunt i samodzielnie zadecydować o swoim losie. W tym fragmencie wyraźnie uwidaczniają się poglądy samej autorki, która przez całe swoje dorosłe życie była orędowniczką tezy, że dzieciom należy się taki sam szacunek jak dorosłym. Bo dziecko to taki sam człowiek jak dorosła osoba.

Książeczka jest pięknie wydana - twarda okładka, gruby papier, kolorowe ilustracje autorstwa Ilon Wikland sprawią. że może być ozdobą niejednej dziecięcej biblioteczki.
Książka skierowana jest do dzieci w wieku 5-9 lat, a ponieważ napisana jest dosyć dużą czcionką a rozdziały są raczej krótkie może stanowić doskonałą propozycję do samodzielnej lektury dla dziecka.

Serdecznie polecam.

piątek, 10 marca 2017

Damski marzec: Baśka się odchudza

Baśka to typowa trzydziestokilkuletnia kobieta - mężatka, matka dwójki dzieci, pracuje w biurze, na finanse nie narzeka (co prawda nie stać jej na wakacje na Bali, ale w kolejce do MOPS-u też nie stoi), na zdrowie również, czyli średnia krajowa. Baśka ma jednak pewien kłopot, który od kilku lat spędza jej sen z powiek - otóż po dzieciach (a właściwie po ciążach) pozostała jej pamiątka w postaci kilkukilogramowej nadwagi. Stosowała już wszystkie możliwe diety i żadna nie przyniosła efektu. Ten fakt jeszcze bardziej potęguje jej stres, a wiadomo, że najlepszym lekarstwem na zmartwienia jest porcja słodyczy - w przypadku Baśki krówki w ilościach hurtowych...

"Od jutra dieta!" to najnowsza powieść Małgorzaty Mroczkowskiej, autorki m.in. "Angielskiego lata" i "Zanim zrozumiem". Podtytuł "Zapiski niedoskonałej pani domu" doskonale oddaje to co w książce jest najważniejsze. 
Baśce bowiem do doskonałości jest bardzo daleko - ma problemy z ogarnięciem własnego domu, charakteryzuje ją tzw. słomiany zapał, nie bardzo potrafi się dogadać z matką i siostrą, nie ma wyższych aspiracji jeśli chodzi o pracę zawodową, wreszcie, nie potrafi się zdobyć na przeorganizowanie własnego życia pomimo, że zdaje sobie sprawę z tego co powinna zmienić.

Baśka, a wraz z nią jej koleżanki z biura, wypróbowuje na sobie wszystkie możliwe diety, niestety bez większego efektu. Nawet jeśli uda się jej coś tam zrzucić, to na krótko, a potem waga wraca do poprzedniego stanu. Kobieta jest tak pochłonięta odchudzaniem, że nie bardzo ma czas na coś innego - obowiązki domowe nie są jej najmocniejszą stroną, przypalone garnki, przepełniony kosz na śmieci, przeterminowane produkty w lodówce czy pranie trzymane w pralce przez trzy dni to niestety częsty widok w jej mieszkaniu.
Tak przy okazji: dzieci Baśki są już w wieku szkolnym i nie mają żadnych obowiązków, mama ścieli ich łóżka, sprząta pokój, zbiera brudne skarpetki, itp. Mąż właściwie też nie kwapi się do żadnej pomocy, no ewentualnie dokręci obluzowany karnisz po kilku miesiącach przypominania mu o tym. Jak dla mnie sytuacja nie do przyjęcia...

Czy Baśce uda się wreszcie zmienić siebie i swoje nastawienie do świata, a także stosunki panujące w jej rodzinie? Bo tak naprawdę jej kłopoty w dużej mierze wynikają z niskiej samooceny, braku oparcia w najbliższych i przytłoczenia codziennością - Baśka dała się wcisnąć w stereotyp kury domowej i nie wie jak z tego wybrnąć. Od samego początku trzymałam za nią kciuki, żeby się udało, żeby któraś dieta wreszcie zaskoczyła.

Książka jest bardzo przyjemna w odbiorze, dowcipna i napisana pięknym językiem. Myślę, że zdecydowana większość czytelniczek (bo to jednak literatura dla kobiet - facet nie zrozumie dylematów głównej bohaterki) będzie mogła się identyfikować z Basią i to stanowi najważniejszy atut tej książki. A jeśli znajdziecie na jej kartach receptę na własne problemy to będzie to stanowiło dodatkowy bonus.

Serdecznie polecam :)

niedziela, 26 lutego 2017

Przemko i Władysław, czyli jak to było z tym zjednoczeniem Polski po rozbiciu dzielnicowym

Jest w historii naszego kraju okres, o którym, chociaż trwa prawie 200 lat, przeciętny Polak wie niewiele lub zgoła nic. Chodzi mi o czasy rozbicia dzielnicowego, kiedy to Bolesław Krzywousty (działając zresztą w dobrej wierze) dzieli swój kraj pomiędzy synów i trochę naiwnie sądzi, że uniknie przez to bratobójczych wojen, które były jego udziałem we wczesnej młodości...
Przyczyny tego stanu rzeczy (braku wiedzy historycznej) należy upatrywać m.in. w tym, że w szkole tematyka ta jest okrojona do niemożliwości - w gimnazjum na całe rozbicie (w sensie polityki książąt dzielnicowych) oraz próby zjednoczenia państwa jest, bagatela, jedna jednostka lekcyjna. Tak więc przelatuje się przez temat z prędkością światła a w ostatnich sekundach przed dzwonkiem rzuca się informację, że książę poznański Przemysł II koronował się w grudniu 1295 roku, a kilka miesięcy później został zamordowany, i że ta koronacja to początek końca owego rozbicia dzielnicowego. Po Przemyśle mieliśmy, za sprawą jego zięcia Wacława, krótki okres czeski, a później to już bohaterski mały książę  czyli Władysław Łokietek...

Elżbieta Cherezińska podjęła się przybliżenia szerokiemu odbiorcy historii odbudowy państwowości polskiej na przełomie XIII i XIV wieku. Autorka zaplanowała trylogię "Odrodzone królestwo" - aktualnie odstępne są dwa pierwsze tomy ("Korona śniegu i krwi" i "Niewidzialna korona") a trzeci, miejmy nadzieję, ukaże się już wkrótce.

Bohaterem "Korony śniegu i krwi" jest Przemysł II ( 1257 - 1296) - książę poznański, urodzony jako pogrobowiec, wychowany na dworze swojego wuja księcia kaliskiego Bolesława Pobożnego, w późniejszym czasie książę wielkopolski i krakowski, wreszcie król Polski.
Z kolei "Niewidzialna korona" opowiada o walce Władysława Łokietka o tron krakowski i obejmuje lata 1296 - 1306, kiedy to książę kujawski zmaga się z książętami śląskimi, brandenburczykami, królem czeskim Wacławem II a wreszcie ze zniemczonym biskupem krakowskim Janem Muskatą i wójtem Albertem, którzy zamykają przed nim bramy Krakowa.

Autorka starannie odtwarza tło historyczne, ożywia postacie znane z kart historii, ukazuje zagmatwane koligacje i system wciąż zmieniających się sojuszów pomiędzy poszczególnymi gałęziami rodu Piastów. Oprócz władców na kartach książek odżywają przedstawiciele wielkich rodów rycerskich z tamtego okresu, a przede wszystkim jedna z najważniejszych rodzin ówczesnej Wielkopolski - Zarębowie. (To właśnie Zarębowie, wraz z władcami sąsiednie Brandenburgii, byli przez wielu im współczesnych jak również późniejszych badaczy naszych dziejów oskarżani o spisek i zamordowanie w Rogoźnie króla Przemysła II).
Ciekawym zabiegiem jest wprowadzenie do powieści magii i pogańskiej religii. Ludzie Starszej Krwi, wiecznie młode zielone kobiety, ożywające herbowe zwierzęta wzbogacają opowiadaną historię o elementy fantastyczne, co stanowi dodatkowy atut tych książek. (Przy okazji - takie połączenie średniowiecznej kultury i magii nieodparcie przywołuje na myśl "Grę o tron" Martina, chociaż Cherezińską czyta się o niebo lepiej, chociażby ze względu na mniejszą ilość bohaterów...)

Bardzo jestem ciekawa jak zakończy się ta historia - tzn. wiem jak potoczą się dalsze losy Władysława Łokietka, biskupa Jakuba Świnki czy królowej Rikissy, bo to w końcu postacie historyczne. Bardziej chodzi mi o Michała Zarębę i Jemiołę - bohaterów fantastycznych, których los związany jest z Rikissą właśnie. Ciekawa również jestem jak autorka poprowadzi dalej postać Łokietka, bo póki co niewiele ma wspólnego z tym bohaterskim i prawym władcą, którego znamy z podręczników - tzn. na odwadze mu nie zbywa, ale już z rozwagą jest nieco gorzej...