poniedziałek, 6 listopada 2017

Nie tylko Krystyna Skarbek, czyli polskie "Igły"

Krystyna Skarbek - Giżycka na Zachodzie znana również jako Christine Granville, nazywana często ulubioną agentką Churchilla to jedna z tych postaci naszej historii, które, pomimo swoich niezaprzeczalnych zasług, odeszły w zapomnienie i dzisiaj o ich istnieniu pamiętają jedynie najzagorzalsi pasjonaci drugiej wojny światowej. A szkoda, bo według wielu znawców tematu była jedną z najlepszych (bądź wręcz najlepszą) tajną agentką działającą w czasie wojny.

Krystyna Skarbek nie doczekała się żadnej biografii w języku polskim ale Maria Nurowska w pewien sposób wypełniła tę lukę książką "Miłośnica". Jest to fabularyzowana biografia, oparta na wspomnieniach Włodzimierza Ledóchowskiego oraz na nietłumaczonej na język polski angielskiej biografii "Christine" autorstwa Madeleine Masson, jak również na wspomnieniach ojca autorki, który znał przed wojną hrabiego Jerzego Skarbka, ojca Krystyny.
Główna bohaterka książki to Ewa, polska dziennikarka, która chce napisać książkę o Krystynie i w poszukiwaniu materiałów wyjeżdża do Londynu gdzie pomocą służy jej mieszkający tam Arek - ta dwójka to jedyni fikcyjni bohaterowie opowieści, pozostali to bez wyjątku osoby, które istniały i w różnych okolicznościach stanęły na drodze Krystyny.
Ewa odkrywa kolejne rewelacje na temat bohaterki swojej książki, spotyka się z jej znajomymi, poznaje prywatne i służbowe losy Krystyny, ma wrażenie, że mentalnie się z nią zaprzyjaźnia. Nie zawsze rozumie i akceptuje jej wybory, ale co do jednego ma niezachwianą pewność - Krystyna Skarbek to niezwykła osoba.

"Miłośnica" to dobra książka, pomimo oczywistych wątków fabularnych ma znamiona ciekawej i w miarę wnikliwej biografii (piszę "w miarę" bo mimo wszystko Maria Nurowska historykiem nie jest), moja wiedza o ulubionej agentce Churchilla pogłębiła się i za to jestem autorce wdzięczna.
Nie zmienia to jednak faktu, że Krystyna Skarbek zasłużyła sobie na profesjonalne zbadanie i opisanie swojego życia i poniesionych dla wyższego dobra zasług. I na taką profesjonalną jej biografię czekam.

************************************************************

Przy okazji lektury "Miłośnicy" trafiłam w naszej bibliotece na jeszcze jedną książkę w której postaci Krystyny Skarbek poświęcone jest sporo miejsca. Jest to praca Marka Łuszczyny pt. "Igły. Polskie agentki, które zmieniły historię". 

Autor w swojej książce przedstawił dziesięć Polek, które w czasie drugiej wojny światowej pełniły służbę wywiadowczą po obydwu stronach konfliktu. Albowiem obok świetlanych postaci, które tak jak wspominana już Krystyna Skarbek, Halina Szwarc czy Elżbieta Zawacka z poświęceniem walczyły z okupantem wśród bohaterek książki znalazła Malwina Gerlet, oskarżona przez Brytyjczyków o szpiegostwo na rzecz Niemiec.

Bohaterki książki pochodzą z różnych środowisk, niektóre nawet nie są Polkami z pochodzenia, ale w pewnym momencie swojego życia Polska (bądź jakiś konkretny Polak) stała się dla nich najważniejsza. Różni je właściwie wszystko: pochodzenie, wiek, majątek, wykształcenie ale jedno łączy - odwaga i determinacja potrzebna do wykonania zadania.

Książka napisana jest bardzo ciekawie, autor ma zacięcie gawędziarskie i właściwie w każdym biogramie widać, że podchodzi do swoich bohaterek niezwykle emocjonalnie, chociaż trzyma się prawdy historycznej.

Serdecznie polecam lekturę  tej książki nie tylko pasjonatom II wojny światowej. I tak sobie myślę, że gdyby w szkole na lekcjach historii uczono o Krystynie i innych agentkach to lekcje tego znienawidzonego przez większość uczniów przedmiotu zyskałyby zdecydowanie.

czwartek, 2 listopada 2017

Emilia z krakowskiego antykwariatu

 Emilia to taka niedzisiejsza dziewczyna - uwielbia książki, nie interesuje się modą, poza Igą nie ma żadnych przyjaciół, nie bywa w modnych lokalach i marzy o wielkiej romantycznej miłości. Pracuje w niewielkim antykwariacie na krakowskiej starówce, mieszka z mamą z którą zupełnie nie może znaleźć wspólnego języka a od czasu do czasu wyjeżdża do ojca i jego drugiej żony mieszkających w niewielkiej nadmorskiej miejscowości. 

Emilia jest bohaterką najnowszej powieści Doroty Gąsiorowskiej noszącej tytuł "Antykwariat spełnionych marzeń". Książka opowiada o trzech miesiącach z życia młodej kobiety - miesiącach, które do góry nogami wywróciły jej poukładane i nudne bytowanie, które odsłoniły wiele spraw skrytych w mroku i zapomnieniu i które wreszcie dały nadzieję na spełnienie najskrytszych pragnień.

Po tym opisie wydawać by się mogło, że książka jest wręcz wymarzoną lekturą na długi jesienny czy zimowy wieczór, tym bardziej, że z twórczością pani Doroty zdarzyło mi się już spotkać przy okazji "Primabaleriny" i tamtą książką byłam oczarowana.
Zaczęłam czytać no i niestety trochę się zawiodłam...

Najpierw może to co mnie w tej powieści ujęło, a mianowicie niezwykle plastyczny obraz mojego ukochanego Krakowa. Autorka ma talent do tworzenia opisów, które nie zanudzają czytelnika. Krakowski rynek, staromiejskie uliczki, wreszcie niewielki antykwariat pana Franciszka opisane są tak urokliwie, że człowiek ma ochotę natychmiast wsiąść w samochód i jechać w opisywane miejsca - nawet mając świadomość, że to najważniejsze, czyli sklep w którym pracuje Emilia, tak naprawdę nie istnieje...
Bardzo poruszył mnie również wpleciony w historie wątek wojennej przyjaźni dwóch małych dziewczynek - Polki i Żydówki: wzruszający ale bez patosu, najlepszy fragment tej książki.
To byłoby tyle dobrego. Co więc na minus?

Przede wszystkim relacje między bohaterami - tu będzie trochę spojlerów, więc czytacie to na własną odpowiedzialność ;)
Iga, niby najlepsza przyjaciółka głównej bohaterki a robi jej okropne świństwo albowiem wysyła powieść Emilii na konkurs podpisując ją SWOIM nazwiskiem - plagiat, kradzież czy jak to nazwać...; grafik Mikołaj spotyka ze dwa razy Emilię (i to w przelocie) i dochodzi do wniosku, ze to najlepsza osoba jaką zdarzyło mu się poznać - jasnowidz czy co?; pan Franciszek nachalnie swatający Emilkę z Mikołajem pomimo, że jak twierdzi szanuje jej prywatność a autorka przedstawia go jako człowieka taktownego i niezwykle kulturalnego; pisarz Szymon który pojawia się i znika jak meteor a Emilia nic o nim nie wiedząc obdarza go gorącym uczuciem i łyka jego co najmniej naciągane tłumaczenia jak gęś gotowanego kartofla - a ponoć taka rozsądna i staromodna...

Sami bohaterowie też nie do końca mnie przekonują - większość jest po prostu papierowa i przewidywalna. Najlepiej prezentują się tu dwie bohaterki będące w zamyśle autorki czarnymi charakterami wspomniana już oszukańcza przyjaciółka Iga oraz toksyczna mamuśka imieniem Lili - one przynajmniej mają w sobie jakieś życie, cele i pragnienia do realizacji których dążą.

I jeszcze coś co mnie akurat w powieściach bardzo drażni - zupełny brak indywidualizacji języka. Wszyscy (no może za wyjątkiem Lili) przemawiają z namaszczeniem, okrągłymi, nieskazitelnymi pod względem gramatyki, zdaniami - to co u przedwojennego pokolenia jest całkiem normalne to w ustach współczesnych młodych ludzi razi. Przez lata zmieniło się chociażby słownictwo, którego używamy. I nie chodzi mi tu bynajmniej o gwarę czy slang młodzieżowy - najzwyczajniej pod słońcem język ewoluuje i ja mówię inaczej niż moja babcia czy moi młodsi o 20 lat siostrzeńcy...

Tak więc nie mogę tej książki polecić z czystym sumieniem, bo mnie nie przekonała. Chociaż z drugiej strony muszę przyznać, że ma masę pozytywnych opinii, a mojej mamie i teściowej bardzo się podobała. Tak więc może nie jestem odpowiednim czytelnikiem dla tej akurat lektury?
Najlepiej przekonajcie się sami

środa, 1 listopada 2017

Światełko dla tych co odeszli...



W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy odeszli:

07.11.2016  Leonard Kohen

15.03.2017 Wojciech Młynarski

17.03.2017 Derek Walcott

21.03.2017 Colin Dexter

24.04.2017 Robert Pirsig

29.04.2017 Wiktor Osiatyński

27.06.2017 Michael Bond

14.07.2017 Julia Hartwig

02.08.2017 Wanda Chotomska

10.08.2017 Halina Popławska

19.08.2017 Brian Aldiss

19.08.2017 Janusz Głowacki

26.08.2017 Grzegorz Miecugow

27.08.2017 Maria Szypowska

niedziela, 29 października 2017

O Targach w Krakowie słów kilka i zdjęć też kilka

W Krakowie właśnie zakończyły się kolejne Targi Książki.
Podobnie jak w ubiegłym roku byłam na nich z moimi gimnazjalnymi dzieciakami. Na szczęście są już na tyle duże, że mogłam ich puścić samopas (chociaż co jakiś czas spotykaliśmy się i dzielili wrażeniami) i coś samej też zobaczyć. 

Kto raz był na Targach ten wie jak to jest - duszno, ciasno i gorąco, tłumy ludzi, wąziutkie alejki i inne tego typu przyjemności. Ale pomimo tych wszystkich niedogodności co roku wracam bo to przecież Targi - niesamowita atmosfera, tysiące książek, które tylko czekają żeby je wziąć do ręki i czytać, czytać, czytać...
I tylko jedna rzecz nurtuje mnie już od trzech lat - jakim trzeba być mózgowcem, żeby budynek w którym odbywa się taka impreza zlokalizować na takim zadupiu, bez dojazdu (bo tę uliczkę to trudno nazwać dojazdem) i z parkingiem mniejszym niż pod byle marketem. Aż strach pomyśleć co by się działo gdyby wybuchł pożar czy jakiś inny wypadek się przydarzył. 

Po raz drugi towarzyszył mi mój syn - głównie ze względu na Ewę Wachowicz, która jest jego ulubioną telewizyjną kucharką. Ale ogólnie młody załapał w ubiegłym roku bakcyla więc nawet gdyby pani Ewy nie było to i tak na Kraków by pojechał.

Wyjazd z młodzieżą ma jeden niezaprzeczalny plus - jechaliśmy autokarem, więc dojechaliśmy pod samą halę. Chwilę poczekaliśmy, a wiatrzysko było ogromne, i weszliśmy do budynku. I tu pierwsza niespodzianka - ochrona sprawdziła nasze bagaże, pani wpuszczająca nas do budynku pokrzyczała (do nas, nie na nas) a moje dzieciaki tak skołowało, że jak karnie stały w parach do kontroli tak później równie karnie i w parach podeszły do szatni a następnie bez szmeru (i dalej w parach...) ruszyły w kierunku hali Wisła. Chyba trzeba coś takiego w szkole wprowadzić...

Same wędrówki po sali to wiadomo jak wyglądają, ale na szczęście byliśmy z Piotrkiem świetnie przygotowani - spisane w domu godziny dyżurów autorskich i numerów stoisk ułatwiły nawigację między stoiskami. Jak było widać na zdjęciach:

Gimnazjaliści spokojnie jak baranki stoją parami w kolejce do szatni ;)

"Groch z kapustą" kupiliśmy w czerwcu aż w Pelplinie i wlekliśmy tę cegłę przez pół
Polski do domu. Ale się opłaciło - pani Elżbieta była szczerze zdziwiona, że to mamy,
bo książka aktualnie właściwie nie do zdobycia.

Nie dotykać Zenka!

Renata Piątkowska podpisuje swoją książkę. Będzie prezentem dla mojej siostrzenicy.

Książka Wiesława Drabika również powędruje do Uli.

Państwa Kuźmińskich udało mi się zaskoczyć egzemplarzem jednej  z ich najstarszych
książek czyli "Klątwy Konstantyna"

Po sali krążyły rozmaite maskotki.

Przypadkowe spotkanie zaowocowało nabyciem książki i autografem Davida Gaboriauda

Zdjęcie z Gandalfem to targowa tradycja

Moje chłopaki (syn i siostrzeniec) zaskoczyli pana ze stoiska znajomością historii misia Wojtka


Taki kapelusz ponoć pomaga podróżować w czasie

I wydało się - Thor tak naprawdę jest dziewczyną...

To spotkanie było już od dawna marzeniem Piotrka

Jeden z ulubionych bohaterów dzieciństwa

A to już Ulka z przywiezioną z Targów książeczką

czwartek, 19 października 2017

Dwie propozycje dla młodych czytelników

Nie wiem czy wszystkim czy tylko mnie czas przecieka przez palce w coraz szybszym tempie - dopiero była sobota, już jest czwartek i ani się człowiek nie obejrzy skończy się październik. Przeczytane książki ustawiają się w coraz wyższy stos a ja nie mogę złapać wolnej chwili, żeby coś o nich napisać. Ostatnie posty to najczęściej notatki o kilku książkach - tak będzie i tym razem. 
Oto kilka zdań na temat dwóch książek dla najmłodszych czytelników - obydwie firmuje "Nasza Księgarnia" czyli sprawdzony wydawca literatury dziecięcej.

Po raz czwarty miałam przyjemność wędrować w czasie z bohaterami serii "Ale historia...". Tym razem sympatyczne dzieciaki z klasy pana Cebuli (o ich poprzednich przygodach pisałam TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ) przenoszą się do XVI wieku, a konkretnie w drugą jego połowę, kiedy na polskim tronie zasiada król Zygmunt August. Jest to już okres po śmierci ukochanej żony króla Barbary Radziwiłłówny i jednym z bohaterów książki jest sam mistrz Twardowski, który przybywa do Krakowa aby wywołać dla króla ducha małżonki, jednak tym co najważniejsze jest odpowiedź - kto tak naprawdę rządził ówczesną Polską.?

Przewodniczką po zygmuntowskich czasach jest tym razem Jolka. Dziewczynka ma nietypowe zainteresowania jak na czasy w których żyje - w dobie powszechnej komputeryzacji uwielbia czytać książki. Nic więc dziwnego, że swoje pierwsze kroki w XVI wieku kieruje do drukarni, które w tamtym okresie pojawiły się na ziemiach polskich. Jola i jej przyjaciele szybko dowiadują się, że ówczesna Polska to kraj tolerancyjny, że wspaniale rozwija się kultura i nauka. Jednak to tylko jedna strona medalu. W tym samym czasie dochodzi do bardzo niekorzystnych zmian społecznych - chłopi ubożeją i z ludzi wolnych stają się własnością swoich panów, mieszczaństwo traci większość swoich praw a szlachta ma coraz więcej władzy w swoich rękach. Spada też waga władzy królewskiej a Polska staje się coraz słabsza.

"Zygmuncie, i kto tu rządzi?" nieco się różni od swoich poprzedniczek - jest tu co prawda sporo humoru, jednak dzieci stykają się z niesprawiedliwością i okrucieństwem. Co prawda wszystko dobrze się kończy, ale ta wyprawa nie jest już tak radosna i beztroska jak poprzednie...

Podobnie jak we wszystkich poprzednich częściach, tak i tu tekst Grażyny Bąkiewicz przeplata się z genialnymi ilustracjami Artura Nowickiego. Wszystkie zachwyty wyrażane przy poprzednich książkach pozostają w mocy.

Ta książka to świetna lektura dla młodych adeptów historii - jeśli po jej lekturze nie zapałają uczuciem do naszych dziejów, to już raczej nie ma dla nich nadziei.

**********************************************

Gdzie lepiej mieszkać? Na wsi czy w mieście? Jako wieśniaczka z dziada pradziada optuję oczywiście za wiejskimi klimatami, a jednym z najważniejszych argumentów na poparcie mojego stanowiska jest fakt, że na wsi mamy większe szanse na obserwacje przyrody. Kiedy rankiem wyglądam przez okno mam możliwość oglądać żerujące sarenki, przemykające wśród traw zające i lisy (moi sąsiedzi posiadający kury jakoś nie cieszą się z tego faktu...) oraz niezliczoną ilość ptaków. Większość z nich rozpoznaję, chociaż nie ukrywam, że jest kilka, którym ni w ząb nie jestem w stanie przyporządkować nazw gatunkowych.

"Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków" to przepięknie ilustrowana książeczka dla młodych wielbicieli naszego rodzimego ptactwa. Młodzi ornitolodzy dowiedzą się z niej jak wyglądają najpopularniejsze ogrodowe ptaki, m.in. sroka, dudek, pokrzewka, wilga czy szczygieł. Dowiedzą się również co nieco o ich zwyczajach oraz upodobaniach kulinarnych. W książce znajdują się zdjęcia omawianych ptaszków, ale również ich pisklaków czy charakterystycznych piór.
Jednak tym co najbardziej przyciąga uwagę są niezwykle staranne portrety skrzydlatych bohaterów wykonane ze skrawków kolorowych tkanin. Cieszą oko ale mogą również stanowić inspirację do własnej twórczości młodych czytelników.

Książka ma grube kartki i jest starannie wykończona, może więc stanowić świetną lekturę dla najmłodszych. Jednak moim zdaniem najwięcej wyniosą z niej dzieci 7-10 letnie. I nieważne czy mieszkają na wsi czy w mieście. Bo przecież w parku czy na osiedlowym skwerku również można spotkać srokę czy szpaka, a sikorki równie chętnie stołują się w karmnikach zawieszonych na miejskim balkonie jak i na wiejskim podwórku. 

wtorek, 3 października 2017

Przeczytane we wrześniu

Wrzesień to dla nauczycieli szczególnie trudny czas - początek nowego roku szkolnego generuje tony papierologii (szczególnie teraz, kiedy wdraża się kolejna reforma oświaty...), ogarnięcie starej klasy lub poznanie (jak w moim wypadku) nowej, niekończące się rady, konferencje, komisje. Czas na czytanie znajduje człowiek tylko nocą...
Dzisiaj parę słów o trzech książkach przeczytanych we wrześniowe noce.

Dwa miesiące temu, 2 sierpnia 2017r., zmarła Wanda Chotomska - najpopularniejsza polska autorka pisząca dla dzieci. Nie ma chyba wśród nas kogoś, kto nie znałby przynajmniej kilku jej utworów, bowiem wiersze i proza pani Wandy na stałe zagościły w podręcznikach szkolnych, a ilość publikacji, które ukazywały się od końca lat 50. może budzić podziw.
"Nie mam nic do ukrycia" to wywiad rzeka, który z panią Wandą przeprowadziła w 2007 roku inna pisarka, Barbara Gawryluk.

Książka ma układ chronologiczny - poznajemy naznaczone wojną dzieciństwo i ciężką powojenną młodość, pierwsze dziennikarskie kroki w redakcji "Świata Młodych" oraz początek kariery literackiej. Pisarka wspomina osoby z którymi spotkała się na swojej życiowej i zawodowej drodze - te z pierwszych stron gazet, ale również zwykłych ludzi, rzesze czytelników, tak małoletnich jak i dorosłych. Bo to czytelnicy jej wierszy oraz odbiorcy sztuk telewizyjnych i radiowych słuchowisk byli dla pisarki najważniejsi - to dla nich tworzyła nowe teksty, z nimi spotykała się objeżdżając całą Polskę, dla nich wymyślała osobiste wpisy do książek, kiedy przychodzili z prośbą o autograf.

Nie dane mi było osobiście poznać pani Wandy, chociaż kilka lat temu gościła w naszej gminnej bibliotece. Jednak relacje moich koleżanek uczestniczących w tym spotkaniu są wyjątkowo zgodne - przemiła, ciepła, energiczna osoba. I taka jest też Wanda Chotomska, która mówi do nas z kart tej książki.
Warto przeczytać.

**********************************************************

Pamiętacie Kalinę Radecką? Jej poprzednie przygody opisane są w tomach "I że ci nie odpuszczę" oraz "Kocha, lubi, szpieguje", których autorką jest Joanna Szarańska. Natomiast całkiem niedawno ukazał się trzeci tom przygód tej bohaterki noszący tytuł "Nic dwa razy się nie zdarzy".

Kalina właśnie po raz kolejny przygotowuje się do ślubu. Jednak te przygotowania stanowią zupełną odwrotność tego co działo się kilkanaście miesięcy wcześniej - skromna sukienka, niewielkie przyjęcie dla najbliższych osób, rezygnacja z wieczoru panieńskiego i, co najważniejsze, zupełnie inny pan młody. I kiedy wydaje się, że zły los został odczarowany na Kalinę spada grom z jasnego nieba - po raz drugi jej wymarzony ślub nie dochodzi do skutku... O ile poprzedni narzeczony dopiero w czasie uroczystości okazał się zdrajcą i łobuzem, o tyle ukochany Marek zdecydowanie odniósł poprzeczkę - wcale nie dotarł do kościoła, co więcej przepadł jak kamień w wodę. Zdesperowana Kalina rozpoczyna poszukiwania i nawet znajduje delikwenta w leżącej na obrzeżach miasta willi, jednak on udaje, że jej zupełnie nie zna... Amnezja? Choroba psychiczna? Jeszcze coś innego?

Kalina to taka osoba z którą nie sposób się nudzić. Jej kreatywność nie ma granic, a zwariowane pomysły mogą wbić w kompleksy nawet najbardziej szalonego scenarzystę filmowego. Dom do którego trafia to posiadłość pewnego gangstera o wdzięcznej ksywie "Bazylia" - Kalinka nie ma zupełnie instynktu samozachowawczego, działa impulsywnie i przez cały czas zastanawiałam się ile ten facet jest jeszcze w stanie wytrzymać? Fakt, książka to lekka humorystyczna historyjka z wątkiem kryminalnym, ale główna bohaterka momentami przegina...

Podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich tomów serii "Kalina w malinach" tak i ten stanowi doskonałą lekturę na poprawę humoru i odpoczynek po ciężkim pracowitym dniu.

***********************************************************

Gosława Brzózka, uczennica wiejskiej zielarki, którą poznałam w książce Katarzyny Bereniki Miszczuk "Szeptucha"powraca w kolejnym tomie pt. "Noc Kupały".

Młoda adeptka medycyny naturalnej podejmuje bardzo ryzykowną grę - składa bogom obietnicę, której nie zamierza spełnić. Zarówno Świętowit jak i Weles nie dowierzają jednak Gosi i posyłają w jej kierunku mniej lub bardziej zawoalowane groźby oraz swoich demonicznych wysłanników, którzy mają pilnować aby dziewczyna dotrzymała danego słowa. Jakby tego było mało pojawia się jeszcze jedna boska osoba - Mokosz, Matka - Ziemia, która również wie o przeznaczeniu dziewczyny i chce z niego zrobić użytek.
Ale te wszystkie boskie intrygi bledną wobec tego, co przygotowuje dla Gosi Ote, przedwieczna towarzyszka życia Mieszka. Mężczyzna sądzi, że Ote od wielu wieków nie żyje, jednak prawda jest zupełnie inna.
Życiu Gosi zagraża niebezpieczeństwo, tym większe, że tak naprawdę nie wie kto stoi po jej stronie i komu można zaufać.

Katarzyna Berenika Miszczuk prezentuje w "Nocy Kupały kolejną porcję wierzeń, legend i obrzędowości słowiańskiej. Kolejne demony zrzucają ludzką powłokę i Gosia (a my razem z nią) zagłębiamy się w świat naszej rodzimej mitologii.
I uważam, że to właśnie stanowi jedną z ważniejszych wartości tej książki. Już od dziecka poznajemy mitologię grecką i rzymską - zresztą bardzo słusznie, bowiem stanowią one podstawę naszej europejskiej kultury. Ale równocześnie wiemy niewiele lub zgoła nic o naszej rodzimej słowiańskiej religii i tradycji. Dobrze więc byłoby się z nią zapoznać, chociażby czytając tę książkę jak również pozostałe tomy cyklu "Kwiat paproci".
Dobra zabawa gwarantowana, a to że przy okazji się czegoś nowego dowiemy to tylko dodatkowy bonus.

środa, 27 września 2017

To były piękne dni...

Alpaga, saturator, relaxy - współczesna młodzież najprawdopodobniej miałaby ogromny problem z wyjaśnieniem znaczenia tych słów. Nic dziwnego, gdyż z rzeczonych dóbr doczesnych korzystali młodzi ludzie z poprzedniej epoki, czyli ja i moi rówieśnicy...
Nie powiem nic nowego twierdząc, że każdy z nas ze szczególnym sentymentem wspomina swoją młodość, nawet jeśli przyszło ją przeżywać w trudnych czasach - ani ciężkie lata powojenne będące tłem dorastania moich rodziców ani stan wojenny i problemy lat 80. w których mnie przyszło wchodzić w dorosłość nie odebrały nam optymizmu i radości życia tak charakterystycznych dla młodych ludzi.

PRL - ponad 40 lat naszej historii to dla zdecydowanej większości współczesnych Polaków okres w którym przeżyli dzieciństwo, młodość lub wchodzili w dorosłe życie. I o nich i o czasach w których przyszło im żyć traktuje książka "Ta nasza młodość..." Kazimierza Kunickiego i Tomasza Ławeckiego.

Publikacja, którą firmuje wydawnictwo Bellona to zbiór 21 esejów na temat różnych aspektów życia w PRL-u. Autorzy podjęli się tu dosyć karkołomnego zadania - te 40 lat to tak naprawdę cztery różne pokolenia wchodzące w dorosłość w różnych warunkach - powojennej biedy lat 50., siermiężnych lat 60., małej stabilizacji gierkowskich lat 70. i wreszcie ocienionych stanem wojennym lat 80.. Na szczęście panowie Kunicki  i Ławecki wyszli z tego obronną ręką - każdy esej przedstawia jeden temat w ujęciu chronologicznym. Czytelnik nie tylko poznaje fakty, ale również od razu ma porównanie jak problem wyglądał w poszczególnej dekadzie. Z poszczególnych rozdziałów można się więc dowiedzieć o modzie, rozrywkach, spędzaniu czasu wolnego, problemach mieszkaniowych, pracach społecznych, podwójnych ślubach ( w sensie cywilny i kościelny) czy powszechnym uprawianiu sportu.
Osoby znające PRL z autopsji będą mogły z łezką w oku powspominać nieśmiertelne słomianki z przypiętymi wycinkami z kolorowej prasy zdobiące ściany młodzieżowych pokoi, gumy Donald z komiksem czy ogólnonarodową fascynację Wyścigiem Pokoju, kiedy to w czasie transmisji wyludniały się miejskie ulice i wiejskie opłotki, a wszyscy zaciskali kciuki za Stanisława Królaka czy Ryszarda Szurkowskiego.

Autorzy starają się w swojej publikacji przedstawić zwyczajne życie przeciętnego młodego Kowalskiego, dlatego też nie ma tu jakiejś wielkiej polityki czy rozrachunku z historią. Owszem wspomniane jest o biurokracji, korupcji, powszechnym "załatwianiu" rozmaitych dóbr czy problemach aprowizacyjnych (szczególnie w miastach) ale to była ta codzienność, która dotykała wszystkich Polaków. Autorzy starali się zachować obiektywizm w opisywaniu tamtej rzeczywistości i moim skromnym zdaniem całkiem nieźle im się to udało.

Jeśli miałabym się doszukiwać w tej książce jakichś wad to widzę jedną, ale dla mnie dosyć ważną - brak jakiegokolwiek materiału fotograficznego. Wydaje mi się, że chociażby kilkanaście zdjęć ilustrujących opisywane zjawiska wzbogaciłoby tę publikację, a osobom młodym niepamiętającym tamtego okresu dałoby wgląd w czasy w których żyli ich rodzice lub dziadkowie.