środa, 11 kwietnia 2018

Dwa kryminały - jeden nowy, drugi trochę starszy

Kupno własnego domu za okazyjną cenę - no któż by się nie skusił na taką okazję. Tak też pomyślała  Zuza nabywając piętrowy domek w miejscowości Kłopotów przy ulicy Spokojnej 15. Jakież było jej zdziwienie, kiedy po przyjeździe na miejsce spotkała w swoim wymarzonym domku niejakiego Tymoteusza Magnusa. Co gorsza okazało się, że również on jest szczęśliwym nabywcą posesji przy Spokojnej 15...

Tak rozpoczyna się najnowsza powieść Olgi Rudnickiej nosząca tytuł "Zbyt pięknie". 
Główni bohaterowie, pomimo, że od pierwszego wejrzenia nie darzą się sympatią, muszą połączyć siły aby odnaleźć oszusta, który sprzedał im ten sam dom (jak się okaże nie tylko im) i odzyskać swoje pieniądze. Nie będzie łatwo, a kiedy do akcji włączą się najbliżsi obydwojga poszkodowanych zacznie się "prawdziwa jazda bez trzymanki" jak mawiał komisarz Kurek, bohater innych książek pani Olgi (trylogia o siostrach Sucharskich).

Książki Olgi Rudnickiej uwielbiam i kupuję w ciemno - przyzwyczaiłam się do ciekawych bohaterów, zwrotów akcji i poczucia humoru autorki. Sięgając po tę powieść nastawiałam się na dobrą zabawę i miło spędzone niedzielne popołudnie. I właściwie się nie zawiodłam, chociaż mam jedno, całkiem spore, zastrzeżenie. 
Otóż dawno już nie spotkałam tak irytującej głównej bohaterki. Zuza jest gadatliwa, chimeryczna, nadpobudliwa - to akurat jestem w stanie znieść, bo też mi się zdarza, tyle, że okazjonalnie a nie 24 godziny na dobę. Co mi się jednak w niej nie podoba zupełnie i moim zdaniem jest mocno naciągane to jej stosunek do facetów - agresja, agresja i jeszcze raz agresja. Owszem, ma powód, żeby za nimi nie przepadać, bo właśnie jeden ją wystawił do wiatru, ale napadanie na bogu ducha winnego pasażera mającego nieszczęście podróżować z nią pociągiem to już głęboka przesada, paranoja, fobia i co tam jeszcze - grunt, że takie zachowanie kwalifikuje się do leczenia w zakładzie mocno zamkniętym...
Wiem, miało być śmiesznie i fajnie, ale tym razem, moim zdaniem, autorka przedobrzyła i zamiast intrygującej bohaterki (jak chociażby wkurzające ale przy okazji sympatyczne siostry Sucharskie) wyszła jej chamowata paranoiczka. Szkoda.

Ale książka ogólnie fajna i warto przeczytać.

****************************************

Wielbiciele książek Joanny Chmielewskiej doskonale wiedzą, że wielu jej bohaterów ma swoje odpowiedniki w rodzinie i przyjaciołach pisarki. W 2001 roku w powieści "Trudny trup" pojawia się po raz pierwszy niejaka Martusia - dziennikarka z Warszawy, z którą Joanna pisze scenariusz. Martusia to tak naprawdę Marta Węgiel - dziennikarka telewizyjna, scenarzystka i producentka filmowa oraz autorka kilku książek, w tym trzech kryminałów. Jeden z nich, noszący tytuł "Afera Kobana" stał już od kilku lat na mojej półce i wreszcie doczekał się lektury.

Agata Gosztyńska pracuje w krakowskiej telewizji, zajmuje się głównie kulturą, dlatego jak grom z jasnego nieba spada na nią propozycja zrobienia dokumentu o głośnym skandalu w który wmieszani są najprawdopodobniej wysoko postawieni politycy. Tłumaczenia, że nie ma pojęcia o polityce i jej zawiłościach nie trafiają do zwierzchników Agaty - własnie fakt, że jest zupełnie apolityczna daje gwarancję obiektywnego podejścia do tematu.

Agata w końcu daje za wygraną, zaczyna zbierać materiały a wtedy jej szefowie wykonują zwrot o 180 stopni - dziennikarka dostaje wpierw delikatne sugestie (a kiedy to nie pomaga wyraźne polecenie służbowe) aby dała sobie spokój z aferą. Kobieta nie ma jednak zamiaru odpuścić co naraża ją samą a także jej bliskich na poważne niebezpieczeństwo...

Biorąc pod uwagę bliską przyjaźń jaka łączyła autorkę z Joanną Chmielewską (słynna pisarka jest nawet jedną z bohaterek książki) można by mieć obawy, że może ona pisać "pod Chmielewską". Na szczęście nic z tych rzeczy - widać własny styl Marty Węgiel, historia opowiedziana jest klarownie, bohaterowie są ciekawie skonstruowani, akcja toczy się wartko a czytelnik do końca nie wie kto z bohaterów tak naprawdę jest czarnym charakterem, a kto się tylko takim wydaje.

Bardzo ciekawie przedstawia się obraz środowiska dziennikarskiego - zakulisowych rozgrywek, naprędce zawiązywanych koalicji, firmowych plotek i podchodów, walki o fundusze i ciekawe tematy. Obraz krakowskiego ośrodka ma bardzo wiele wspólnego z tym co o szczecińskiej telewizji pisała w swoich książkach Monika Szwaja, wieloletnia pracownica tamtej instytucji. Tak więc chyba ta telewizyjna rzeczywistość nie jest wcale taka kolorowa jak wydaje się nam, śledzącym na ekranie efekty pracy dziennikarskiej braci.

Warto sięgnąć po tę książkę.

sobota, 7 kwietnia 2018

Bo każdy Polak to kawalerzysta

"Polak lepiej zrozumie konia niż rodaka" te słowa generała Józefa Dowbór-Muśnickiego doskonale oddają stosunek międzywojennych kawalerzystów do ich czworonożnych towarzyszy żołnierskiej doli i niedoli. Bo od wzajemnego zaufania i oddania nierzadko zależało życie tak jeźdźca jak i jego rumaka.

"Oficerowie i konie. Przyjaźń na śmierć i życie" Piotra Jaźwińskiego to coś na kształt monografii poświęconej żołnierzom i ich wierzchowcom. Autor, przygotowując się do napisania tej książki, zapoznał się z całą masą tekstów źródłowych - wspomnień, pamiętników, dokumentów i artykułów z ówczesnej prasy fachowej. Powstał z tego barwny portret czworonożnych żołnierzy, ich losów ale również charakterów, bowiem konie, podobnie jak ludzie mają swoje wady i zalety, przyzwyczajenia, sympatie i antypatie a nawet dziwactwa.

Książka składa się z sześciu rozdziałów, które opowiadają o kolejnych etapach końskiej służby w wojsku - począwszy od kupna odpowiednich źrebaków, poprzez ich szkolenie (a także szkolenie ich jeźdźców) oraz służbę liniową aż do kasacji, czyli przejścia na końską emeryturę. Znalazło się również miejsce na portrety końskich legend - jak chociażby najbardziej znany polski koń, czyli Kasztanka należąca do Józefa Piłsudskiego. Ostatni rozdział opowiada o zmierzchu legendy, czyli o wojennych losach polskiej kawalerii.
Piotr Jaźwiński umieścił w swojej pracy wiele informacji na temat koni w wojsku, ale również całą masę anegdot - o ułańskiej fantazji, zaradności polskich kawalerzystów, o ciekawych a czasem niebezpiecznych przygodach jakie były udziałem żołnierzy i ich czworonożnych przyjaciół. Sporo z tych anegdot dotyczy nawyków i sztuczek prezentowanych przez konie - nie ma się zresztą co dziwić, człowiek nie przepada za wszystkimi swoimi obowiązkami, więc koń też ma do tego prawo.

Autor zastosował w swojej książce ciekawy zabieg, uczynił bowiem współnarratorem konia - to właśnie jego oczami widzimy kolejne etapy końskiej służby zakończonej tragicznie we wrześniu 1939 roku. Te fragmenty wnoszą do narracji nutkę nostalgii i wywołują wzruszenie, równoważąc przy okazji fachowe informacje oraz anegdotyczne historyjki. I chociaż książka to z założenia praca popularnonaukowa czytelnik może liczyć na dobrą zabawę oraz porcję wzruszeń.

Książka na pewno warta przeczytania, tym bardziej, że obchodzimy okrągłą rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. I pamiętając o ludziach, którzy tę niepodległość wywalczyli powinniśmy pamiętać o najwierniejszych towarzyszach wielu z nich.


niedziela, 1 kwietnia 2018

Trzy razy powtórka z rozrywki - czyli tych bohaterów już kiedyś spotkałam

Clive Cussler to jeden z moich ulubionych autorów powieści sensacyjnych. Jego najsłynniejszym bohaterem jest Dirk Pitt, dawniej pracownik a aktualnie dyrektor NUMA (Narodowej Agencji Badań Podwodnych). Tak przy okazji - NUMA to autentyczna organizacja non-profit założona przez Cusslera, której głównym zadaniem jest poszukiwanie i eksploracja historycznych wraków okrętów i samolotów.

"Arktyczna mgła" to kolejna powieść o przygodach Pitta, a jej współautorem jest syn Cliva Cusslera imieniem Dirk.
Rzecz dzieje się u wybrzeży Kanady. Dzieci Dirka Pitta - Dirk Junior i Summer pobierając próbki wody trafiają na rybacki kuter, którego załoga zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach. Chociaż policja uznaje to za nieszczęśliwy wypadek, to młodzi Pittowie oraz Trevor Miller, brat jednego ze zmarłych rybaków mają na ten temat odmienne zdanie, a trop prowadzi do przedsiębiorstwa niejakiego Mitchella Goyette'a.

Wszystkie powieści Cusslera mają wątek ekologiczny - tym razem chodzi o globalne ocieplenie oraz zagospodarowanie (w sensie przerobienie) dwutlenku węgla. Ciemne interesy, chciwość i korupcja u szczytów władzy mogą doprowadzić nie tylko do katastrofy ekologicznej ale i do konfliktu zbrojnego na skalę światową. Dirk Pitt i jego dzieci mają bardzo mało czasu aby temu zapobiec...

Akcja większości powieści Cusslera toczy się w nieco cieplejszych klimacie niż Arktyka, dlatego moim zdaniem autorzy trochę przedobrzyli jeśli chodzi o wytrzymałość bohaterów na niskie temperatury, ale generalnie książka trzyma poziom.

*********************************************************

Siedem lat temu spotkałam się po raz pierwszy z kuzynkami Kruszewskimi - Katarzyną, pracownicą CBŚ oraz Stanisławą, czterechsetletnią alchemiczką, które pojawiają się w trzech powieści Andrzeja Pilipiuka. Po latach pisarz wrócił do swoich bohaterek w powieści "Zaginiona" oraz dołączonym do niej opowiadaniu "Czarne skrzypce".

Stanisława i Katarzyna biorą udział w aukcji dzieł sztuki i starodruków, gdzie chcą zakupić pewną starą mapę. Okazuje się, że artefaktem interesuje się jeszcze trójka młodych ludzi. Co szczególne mapa przedstawia Frisland, wyspę na północnym Atlantyku, której... nie ma na współczesnych, bardzo przecież dokładnych mapach. Młodzi ludzie, którym udaje się zakupić mapę uważają jednak, że wyspa istnieje chroniona przez magiczną barierę, natomiast jedno z nich, dziewczyna znana jako Anna Czwartek, jest zaginioną frislandzką księżniczką. Ich teorię zdaje się potwierdzać seria wypadków - tak jakby komuś zależało, żeby Anna i jej przyjaciele nie odnaleźli Frislandu.

Anna i Stanisława szybko znajdują wspólny język - obydwie czują się obco w swoim środowisku. Właściwie nic w tym dziwnego - jedna żyje już czterysta lat, oprócz Kasi nie ma nikogo bliskiego i, aby nie wzbudzać sensacji, co jakiś czas musi zmieniać miejsce zamieszkania; druga ma specyficzne zdolności o których nie lubi rozmawiać i przeświadczenie, że nie pasuje do swojego otoczenia.

Tak jak wspomniałam, "Zaginiona" to powrót Andrzeja Pilipiuka do bohaterów sprzed lat. Czy udany? Cóż, mam mieszane uczucia - bo niby wszystko w porządku, ale czegoś mi brakowało. Pamiętam, kiedy czytałam poprzednie tomy, to nie mogłam sie oderwać od książek. A tutaj już nie było tej magii...
A może to ja się tak bardzo zmieniłam?

*************************************************************

Trylogia "Dary anioła" Cassandry Clare to moje odkrycie z ostatnich tygodni. Po świetnym tomie pierwszym przyszedł czas na tom drugi pt. "Miasto popiołów". 

Clary powoli oswaja się ze swoją nową tożsamością - jest Nocną Łowczynią, widzi świat i istoty niedostępne oczom zwykłych ludzi i odkrywa swój talent: chociaż nigdy się tego nie uczyła potrafi kreślić runy. Jej relacje z Simonem i Jace'm są jeszcze bardziej pogmatwane, ponieważ okazuje się, że Jace jest jej bratem. 
W instytucie pojawia się gość z Idrisu - inkwizytorka, która oskarża Jace'a o zdradę i wtrąca go do więzienia. Przyjaciele starają się go uwolnić, ale szybko się okazuje, że to najmniejszy problem jaki przyjdzie im rozwiązać. Valentine napada na Miasto Kości i zabiera stamtąd niezwykle cenny artefakt - Miecz Dusz. Jest mu potrzebny do przeprowadzenia tajemnego rytuału...

Często tak bywa, że po dobrym tomie pierwszym następuje jego słabsza kontynuacja. Tu się tak na szczęście nie dzieje - drugi tom nie odbiega poziomem od pierwszego, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jest lepszy. 
Autorka ma niezwykle lekkie pióro i bogatą wyobraźnię. Świat fantastyczny jest ciekawie wykreowany, pojawiły się nowe postacie i nowe wątki, bohaterowie zostają postawieni przed kolejnymi wyzwaniami i muszą podejmować trudne decyzje. Przyznaję się uczciwie, że trochę mnie wkurzyło to co pani Clare zafundowała Simonowi, ale z drugiej strony jestem ogromnie ciekawa jak dalej potoczy się jego wątek.
Tak, że ten... "Miasto Szkła" - przybywam.


wtorek, 20 marca 2018

Obejrzane - przeczytane: Mam dla was propozycję nie do odrzucenia...

Tę książkę chciałam przeczytać już dawno. Bo film widziałam kilkakrotnie i za każdym razem zachwycał.

Mowa oczywiście o "Ojcu chrzestnym" Mario Puzo, którego kinową wersję nakręcił Francis Ford Coppola, a tytułowego bohatera zagrał Marlon Brando. Za którym to Marlonem ogólnie nie przepadam ale tu był po prostu genialny.

Historia włoskiego rodu Corleone rozpoczyna się pod koniec drugiej wojny światowej,  w dniu ślubu Connie - jedynej córki Vita, nestora rodu a zarazem szefa mafijnej rodziny. Wydarzenie to sprowadza do domu krewnych i przyjaciół a także daje sposobność do przedstawienia swoich próśb głowie organizacji. Tradycja bowiem nakazuje, aby w dniu ślubu wszyscy suplikanci zostali wysłuchani.
Don Vito oprócz córki ma jeszcze trzech synów - dwóch z nich, Sonny i Fredo pracują dla niego, natomiast najmłodszy Michael, wyłamał się z rodziny: ukończył studia, walczył na wojnie a teraz, zamiast poszukać sobie dziewczyny z porządnej katolickiej włoskiej rodziny związał się z Kay Adams - Amerykanką i protestantką.
Don Vito szanuje wybory Michaela, ale w głębi ducha wierzy, że w godzinie próby syn stanie po właściwej stronie. Taka chwila nadchodzi szybciej niżby się ktoś spodziewał...

Zanim książka trafiła do moich rąk spotkałam się z opinią, że ciężko napisana, źle się czyta i ogólnie nic specjalnego. Co gorsza opinia pochodziła od osoby, której gust literacki w wielu punktach jest zbieżny z moim i która w ciągu wielu lat znajomości poleciła mi całkiem sporo świetnych książek. Niezrażona tą opinią wzięłam się za czytanie i wręcz utonęłam w świecie opisanym przez Mario Puzo. Wciągająca historia, niebanalni bohaterowie, trudne decyzje przez nich podejmowane - to wszystko splotło się w niesamowitą opowieść o świecie w którym honor i rodzina stanowiły wartość nadrzędną a prości ludzie mogli liczyć na pomoc i opiekę.
Ja wiem -  honor i mafia to trochę dziwne połączenie, szczególnie dla współczesnego polskiego czytelnika, który o mafii słyszy najczęściej w kontekście naparzanki jakichś karków z Pruszkowa czy innego Wołomina. Ale mam nieodparte wrażenie, że dawniej nawet gangsterzy mieli pewne zasady i ich przestrzegali. 
Ech, to se ne vrati...

Książka świetna i gorąco namawiam do jej przeczytania. 

piątek, 9 marca 2018

Przeczytane w czasie ferii - część II

Od ferii minęło już prawie dwa tygodnie, za oknem zaczynają się pojawiać pierwsze nieśmiałe przebłyski wiosny a ja jeszcze nie odrobiłam zimowych zaległości recenzyjnych.
Dzisiaj pora na literaturę tzw. sensacyjną. I kolejne trzy książki przeczytane w czasie ferii.

"Złote wrota" Alistaira MacLeana to opowieść o dwóch dniach z życia prezydenta Stanów Zjednoczonych i jego, pochodzących z Półwyspu Arabskiego, gości.
W San Francisco trwa spotkanie w sprawie budowy nowej rafinerii. Spotkanie jest na najwyższym szczeblu bo uczestniczy w nim jeden prezydent, jeden król, jeden książę, jeden burmistrz, jeden szef sztabu generalnego i jeszcze kilku pomniejszych gości.
O poranku dostojni goście wybierają się na wizję lokalną terenu pod rafinerię, a wraz z nimi całkiem spora grupa dziennikarzy. Trasa przejazdu prowadzi poprzez most Golden Gate i właśnie na środku mostu czeka na wszystkich nieprzyjemna niespodzianka. Otóż niejaki Branson wybiera to miejsce i czas aby urządzić porwanie dla okupu. Na szczęście pomiędzy bracią dziennikarską znajduje się tajny agent Revson...
I już w zasadzie wiadomo co dalej będzie, ale czyta się tę książkę całkiem fajnie. Bohaterowie jak zawsze u MacLeana są inteligentni i pomysłowi. Akcja toczy się szybko, szala zwycięstwa przechyla się to na jedną to na drugą stronę, więc lektura trzyma czytelnika w napięciu właściwie do samego końca. 

To kolejna książka tego autora, którą mogę polecić z czystym sumieniem.

************************************************************

Trylogia "Dary anioła" Cassandry Clare powstała równo dziesięć lat temu, ale dopiero teraz trafiła w moje ręce. Trochę przez przypadek, bo jednak nie jestem docelowym odbiorcą tych książek, ale jak już znalazła sie w domu to po nią sięgnęłam. Na razie po tom pierwszy, ale nie będę się zbytnio opierać przed lekturą kolejnych tomów.
Clary Fray jest przeciętną nowojorską nastolatką. Mieszka z mamą, jej tato zmarł kiedy była malutkim dzieckiem, ma przyjaciela Simona i właśnie przeżywa okres młodzieńczego buntu. Jedna noc postawi na głowie jej cały świat...
Clary dowiaduje się, że wcale nie jest taka zwyczajna jak sądzi. Pochodzi bowiem z rasy Nocnych Łowców, klanu, którzy od lat toczą walkę z krwiożerczymi demonami. Jace, Alec i Isabelle to trójka młodych ludzi, których Clary spotyka w dyskotece o wdzięcznej nazwie "Pandemonium". Co ciekawe, nikt oprócz Clary ich nie widzi. Co więcej, kiedy dziewczyna wraca do domu nie zastaje w nim matki a ją samą napada jakieś potworne monstrum.
Clare trafia do Instytutu, gdzie poznaje prawdę o swoim pochodzeniu a także zostaje wciągnięta w niebezpieczną akcję poszukiwania legendarnego Kielicha Anioła od którego zależy pokój lub wojna pomiędzy demonami a nocnymi Łowcami. Pojawia się bowiem ktoś o kim wszyscy sądzili, że już dawno nie żyje...

Książka to typowe młodzieżowe fantasty. Bohaterka odkrywa, że posiada niezwykłe moce i musi z nich skorzystać aby uratować swoich bliskich. Pojawia się też motyw młodzieńczego uczucia, które nie do końca może być spełnione. Jeśli chodzi o istoty nadprzyrodzone mamy tu całkiem sporą różnorodność - od wampirów i wilkołaków poprzez elfy i ifryty na bezkształtnych i bezcielesnych demonach kończąc.
Niby wszystko to już było, ale w wersji Cassandry Clare zyskują te znane motywy nową jakość i świeżość. I fajnie się to czyta.

***********************************************************

W najbliższych dniach pojawi się nowy, siódmy już tom przygód mecenas Joanny Chyłki autorstwa Remigiusza Mroza, a ja własnie przeczytałam tom piąty - zrobił mi się mały poślizg, który muszę nadrobić.
Głównym motywem "Inwigilacji" jest historia zaginionego w Egipcie chłopaka, który odnajduje się po kilku latach w Warszawie. Rodzice rozpoznają w nim swojego syna, jednak on uparcie twierdzi, że ich nie zna. Młody człowiek przeszedł na islam i kiedy pojawiły się zarzuty, że przygotowuje zamach terrorystyczny znalazł się na celowniku służb specjalnych. W tej sytuacji zwraca się o pomoc do mecenas Chyłki.
Pani adwokat nie jest zachwycona swoim nowym klientem (jej poglądy na temat "obcych" są bardzo wyraziste i bardzo nieprzychylne), co więcej uważa, że nie mówi wszystkiego i faktycznie może być terrorystą...

Podobnie jak w poprzednich tomach autor nawiązuje do spraw o których można usłyszeć w wiadomościach czy przeczytać w serwisach internetowych. Zamachy bombowe, które miały miejsce w wielu miastach Europy, a także problemy z rzeszą imigrantów zalewających Europę sprawiają, że większość z nas tak a nie inaczej postrzega ludzi o nieco innym kolorze skóry. Chyłka podejmując się obrony człowieka oskarżonego o udział w organizacji zamachu terrorystycznego stąpa po bardzo kruchym lodzie i nie ma co liczyć na sympatię opinii publicznej. 
A i w jej życiu prywatnym dzieje się bardzo wiele, wracają sprawy z przeszłości, przyszłość nie napawa optymizmem, a pani adwokat musi się przygotować do całkiem nowej roli...

Bardzo lubię Joannę Chyłkę i towarzyszącego jej Zordona, mam na półce również wszystkie wydane do tej pory tomy o prowadzonych przez nich sprawach. Nie wiem jakie jest "Oskarżenie", ale uważam, że "Inwigilacja" jest obok "Kasacji" najlepszym tomem cyklu.

wtorek, 27 lutego 2018

Przeczytane w czasie ferii - cz. I

Większość ferii zimowych spędziłam na zimowisku w Wiśle - fajnie było, pogoda super, atrakcji wyżej kokardy, dzieciaki w miarę ogarnięte, nawet czas na czytanie się znalazł i tylko z internetem było krucho. Tak więc ciągu najbliższych kilku dni pojawi się relacja z tych feryjnych lektur.

Na początek literatura tzw. kobieca. Co prawda niewiele książek tego typu czytam, ale tym razem skusiłam się aż na trzy.

Z pisarstwem Agnieszki Krawczyk zetknęłam się kilka lat temu - spotkanie było jednorazowe, ale dosyć miłe, więc po "Magiczny wieczór" sięgnęłam nastawiając się na dobrą zabawę. 
Książka stanowi kolejny (bodajże czwarty) tom serii "Czary codzienności". Nie czytałam poprzednich tomów, ale właściwie bez problemu weszłam w akcję.
Zmysłów to niewielkie miasteczko gdzieś w górach. Mieszkają tu trzy siostry - Agata, Daniela i mała Tosia. Jest początek grudnia, trwają przygotowania do ślubu Danieli, który ma się odbyć tuż przed sylwestrem. Przez kawiarnię prowadzoną przez siostry przewijają się znajomi i przyjaciele, pojawiają się również osoby wrogo nastawione, ale atmosfera panująca w lokalu i magia zbliżających się świąt sprawiają, że nawet najtwardsze serca topnieją...
"Magiczny wieczór" to typowa literatura świąteczna. Czytana w lutym może już nie mieć tego uroku, aczkolwiek tym razem warunki pogodowe za oknem były mocno sprzyjające - śnieg, mróz, rozgwieżdżone niebo i wszechobecna cisza. Dało radę i nawet mi się podobało.

**************************************************

Gabriela Gargaś świeci triumfy na różnych znajomych blogach, wiele koleżanek zachwyca się tą pisarką, więc i ja postanowiłam spróbować. Trafiła mi się też książka ze świętami w tle, a mianowicie "Wieczór taki jak ten".

Michalina mieszka w małym górskim miasteczku Złotkowie. Jej mama zmarła, ojciec buja gdzieś po świecie a ona jako osiemnastolatka musiała wziąć odpowiedzialność za maleńkiego braciszka. Na szczęście przy jej boku stoi babcia, właścicielka kawiarni "Cynamonowy Raj". 
Od tamtej pory minęło dziewięć lat, Miśka szukając dodatkowych funduszy postanawia wynająć kilka pokojów turystom. Jednym z gości jest Artur - zgorzkniały mężczyzna po czterdziestce, rozwodnik, pracoholik i zdecydowany wróg świąt i magicznej atmosfery z nimi związanej. Zwabiony anonsem o spokojnym pensjonacie na prowincji trafia w sam środek wioski Świętego Mikołaja... Wszechobecne Mikołaje, elfy, choinki, kolędy, światełka i dekoracje doprowadzają go do szału...

I powiem szczerze, że mnie również. Właściwie lubię święta i ich atmosferę, ale co za dużo to nie zdrowo. Miało być pewnie klimatycznie i bajkowo ale dla mnie nie było. Bo niestety Złotkowo z tą bożonarodzeniową celebrą od pierwszych dni grudnia bardzo przypomina centrum handlowe (tam też święta trwają kilka tygodni). Miało być fajnie, ale nie wyszło.
Bohaterowie też są nijacy - niby mają jakieś życie wewnętrzne, ale zupełnie nie przekonują do siebie. Myślałam, że Artur wprowadzi trochę zamieszania - pierwszego dnia pobytu w Złotkowie zachowywał się wręcz gburowato, niestety już drugiego zmienił się nie do poznania i okazał się słodkim "ciachem" a jego anty świąteczne nastawienie zniknęło jak sen jaki złoty. Mózg mu wyprali w nocy czy co?
Poza tym poszarpana fabuła i istny potop życiowych mądrości (miejscami miałam wrażenie, że czytam polską wersję Paulo Coelho) zdecydowanie mi przeszkadzały.

Nie wiem, może miałam pecha i trafiłam na słabszą książkę pani Gargaś, może też nie jestem wymarzona czytelniczką tego typu powieści. Jakby nie było tej akurat nie polecam.

***********************************************

Beata Majewska to prawdziwe nazwisko niejakiej Augusty Docher pisarki która kojarzyła mi się z literaturą fantastyczną, skierowaną do młodzieży. Trochę wiec mnie zdziwiło, że w jej dorobku znalazła się książka "Konkurs na żonę" - obyczajówka, trochę romans, w każdym razie tzw. "babskie czytadło". 

Hugo Hajdukiewicz jest prawnikiem, zawodowo powodzi mu się świetnie, prywatnie może trochę gorzej, ale właściwie nie ma na co narzekać. Niestety pojawia się problem - musi przed trzydziestką postarać się o żonę i dziecko, taki bowiem warunek postawił w testamencie jego wuj. W innym wypadku milionowa fortuna dostanie się komuś innemu a Hugo co prawda nie trafi pod most, ale jednak z wielu rzeczy będzie musiał zrezygnować.
Razem z przyjacielem wpadają na iście szatański pomysł - organizują konkurs literacki dla studentów (właściwie interesują ich wyłącznie studentki) a spośród uczestniczek wyłonią przyszłą panią Hajdukiewicz.
W konkursie bierze udział Łucja Maśnik, studentka pierwszego roku, zdobywa drugą nagrodę oraz wygrywa nieoficjalny casting na żonę pięknego Hugona. Bo oczywiście on jest przystojny i nieco tajemniczy a ona śliczna i młodziutka...
Co się dalej dzieje to już pewnie wszyscy się domyślają (zresztą wydawca reklamuje książkę jako hollywoodzką komedię romantyczną) ale nie można odmówić tej pozycji pewnej pomysłowości i próby nowego spojrzenia na oklepany schemat.

Książkę przeczytałam w ciągu jednego popołudnia i wieczoru (żeby było jasne - już po powrocie z zimowiska) - czyta się fajnie, bohaterowie są różnorodni, akcja idzie równym tempem, jest trochę wzruszeń, idealna lektura na wieczorny relaks.

I jeszcze jeden jak dla mnie plus tej książki - rzecz dzieje się w Krakowie, bohaterowie (a wraz z nimi i czytelnicy) kręcą się po mieście, bywają w znanych mi miejscach - lubię wiedzieć gdzie toczy się akcja ;)

"Konkurs na żonę" to pierwszy tom trylogii - pomimo, że mam już wizję jak to się dalej potoczy sięgnę po kontynuację. Już się nawet zapisałam do kolejki w bibliotece...

niedziela, 25 lutego 2018

Historia opiera się na kobietach

Iwona Kienzler to autorka kilkudziesięciu książek, głównie historyczno-obyczajowych. Zajmuje się głównie rolą kobiet w historii, ich wpływowi na bieg wydarzeń jako żon i przyjaciółek władców i znanych polityków, jak również losami pań bezpośrednio dzierżących ster władzy. Wśród bohaterek jej książek znajdzie czytelnik wierne i oddane żony, ale również mniej lub bardziej znane skandalistki, które swoimi wdziękami skutecznie zawracały w głowach mężczyznom, czy wreszcie kobiety z kręgu szeroko pojętej kultury.

W swojej najnowszej książce noszącej tytuł "Kochanki, księżne, królowe. Kobiety, które dały początek Polsce" autorka próbuje odpowiedzieć na pytanie - jakie były kobiety stojące u boku naszych pierwszych władców. To dosyć duży problem, jako że zachowało się bardzo niewiele źródeł pisanych z okresu pierwszych lat naszej historii, a i w tych które znamy sprawa żon czy córek władców (nie mówiąc już o nieformalnych związkach) praktycznie nie istnieje. Ba, nawet z tak ważną historycznie postacią jak żona Mieszka I badacze mają podstawowy problem - jak ona właściwie miała na imię? Dąbrówka? Dobrawa? A może jeszcze inaczej?

Autorka w swojej pracy opiera się na tekstach średniowiecznych kronik i relacji, chociaż jak sama przyznaje, bardzo często wprowadzają one zamęt - kronikarze zapisują niedokładnie imiona, zdarza im się połączyć w jedna postać dwie różne osoby noszące to samo imię, bądź opierając się na zasłyszanych relacjach podawać jako fakt plotkę (kilkakrotnie przekręconą...) Jakby tego było mało trzeba pamiętać jeszcze o tym, że w rodzinach panujących powszechny był zwyczaj nadawania tych samych imion...

Coś jednak o tych naszych przodkiniach udało się odnaleźć i ustalić i te ustalenia, oraz trochę różnorakich teorii, stanowią treść omawianej pozycji. 
Autorka ułożyła swoją pracę w kolejności chronologicznej poczynając od szerszego kontekstu, czyli położenia kobiet w plemionach słowiańskich, w dalszej części pojawiają się wiadomości na temat żeńskich bóstw słowiańskich oraz... Amazonek, które ponoć miały zamieszkiwać tereny dzisiejszego Mazowsza.
Każde dziecko w szkole słyszało z pewnością o królewnie Wandzie, co nie chciała Niemca oraz niejakiej Rzepisze vel Rzepce, która miała być towarzyszką życia Piasta, protoplasty naszej pierwszej dynastii - o tych  postaciach traktują dwa kolejne rozdziały kończące część legendarną ksiązki. 
Kolejne panie to już postacie historyczne - Dobrawa/Dąbrówka, czyli żona Mieszka I, kobiety Bolesława Chrobrego, Rycheza, żona Mieszka II i wreszcie Gertruda, córka tej ostatnie pary, pierwsza polska pisarka (autorka licznych modlitw spisanych w tzw. "Kodeksie Gertrudy").

Iwona Kienzler niewątpliwie potrafi pisać książki popularnonaukowe - prosty styl i nienapuszony język, ciekawe ujecie tematu, powstrzymanie się od czysto akademickich dywagacji to najważniejsze cechy jej prac. Owszem, bywa kontrowersyjna (jak chociażby w książce o Marii Konopnickiej) jednak potrafi zaciekawić czytelnika nawet tak odległą tematyką jak prezentowana w tej akurat książce. 
I jeszcze jedno, co dla mnie jest akurat szczególnie ważne, stara się przedstawić swoje bohaterki całościowo - tak dobre jak i złe cechy, próbuje też uświadomić współczesnemu czytelnikowi, że w dawnych czasach panowała inna obyczajowość niż dzisiaj, że ludzie (a już osoby będące u władzy w szczególności) musieli się kierować zasadami nie do końca zrozumiałymi czy akceptowanymi przez nas, osoby żyjące tu i teraz. To ważne, żeby na postać historyczną patrzeć w kontekście jej czasów, bo tylko wtedy można właściwie ocenić jej postępowanie.

Serdecznie polecam.

Książka bierze udział w wyzwaniu "Łów słów"