wtorek, 16 stycznia 2018

Niełatwo być córką papieża

Lukrecja Borgia - tradycja nie obeszła się z nią zbyt łaskawie. Do legendy przeszła jako uwodzicielka i trucicielka połączona kazirodczym związkiem z ojcem i bratem. Taka opina o pięknej Lukrecji panowała przez kilkaset lat i dopiero w drugiej połowie XIX wieku została zrehabilitowana przez historiografię. Niemniej jednak w dalszym ciągu powstawały (i powstają) dzieła kultury, które przedstawiają ją w bardzo niepochlebnym świetle.

Na szczęście dla Lukrecji pojawiają się utwory, które są dla niej bardziej przychylne i przedstawiają ją nie jako bezwzględną femme fatale ale młodą kobietę uwikłaną w bezwzględną politykę. Jednym z autorów, którzy przedstawiają te drugą wersję losów Lukrecji jest Christopher W. Gortner - historyk i autor kilku powieści opartych na biografiach znanych kobiet, m.in. Marleny Dietrich, Coco Chanel, Katarzyny Medycejskiej czy Elżbiety I.

Akcja powieści "Księżniczka Watykanu" rozpoczyna się w 1492 roku (Lukrecja kończy wtedy 12 lat, a jej ojciec Rodrigo Borgia zostaje wybrany papieżem i przyjmuje imię Aleksandra VI) i trwa do roku 1501 kiedy umiera drugi mąż papieskiej córki.
Te dziewięć lat to okres największego wywyższenia hiszpańskiej rodziny Borgiów. Papieska korona dla Rodriga, książęcy tytuł dla jego starszego syna Juana, kardynalski kapelusz dla młodszego Cezara, wreszcie perspektywa intratnego zamążpójścia dla Lukrecji - to robi wrażenie. Niestety z bliska nie wygląda to już tak dobrze - Juan nie ma zdolności politycznych ani wojskowych, Cezar nienawidzi roli jaką wyznaczył mu ojciec, a małżeństwo Lukrecji okazuje się totalną porażką...

Lukrecja szybko i boleśnie przekonuje się, że ukochani ojciec i brat (Cezar, bowiem Juana nie darzyła zbytnią sympatią) bez skrupułów poświęcą ją dla swoich celów, oraz, że bycie córką jednego z najważniejszych europejskich dostojników nie uchroni jej przed niebezpieczeństwem. Ta młoda kobieta, właściwie jeszcze dziecko, musi z dnia na dzień dorosnąć i sama zadbać o siebie - nie może liczyć absolutnie na nikogo.

Gortner stworzył porywający obraz Rzymu przełomu XV i XVI wieku, wraz z bohaterami powieści przemierzamy jego ulice i place, odwiedzamy Watykan i wille zamieszkałe przez rodzinę Lukrecji, uczestniczymy w uroczystościach religijnych i rodzinnych, w audiencjach papieskich i wystawnych ucztach ale śledzimy również codzienne zajęcia rzymskiej arystokracji.
Autor podaje mnóstwo szczegółów dotyczących warunków życia, mieszkania, ubioru czy potraw, które podawano na ówczesne stoły - te informacje dopełniają obrazu czasów w których żyła piękna Lukrecja.
Powieść ma szybką akcję, jest napisana barwnym językiem i pomimo całkiem sporej dawki historii  jest niezwykle wciągająca.

Serdecznie polecam :)

niedziela, 7 stycznia 2018

Jeszcze jeden kamień rzucony na szaniec

"Kamienie na szaniec" Aleksandra Kamińskiego to jedna z nielicznych lektur lubianych przez uczniów i czytanych niemal przez wszystkich. Opowieść o grupie młodzieży skupionej w "Szarych szeregach" powstała na podstawie notatek Tadeusza Zawadzkiego "Zośki"po raz pierwszy ukazała się jeszcze w czasie wojny, w lipcu 1943 roku (miesiąc przed akcją w Sieczychach w której poległ Zawadzki). Rok później ukazało się drugie wydanie uzupełnione o relację na temat tejże akcji i śmierci "Zośki".
Pierwszoplanowi bohaterowie "Kamieni" to oczywiście "Rudy", "Alek" i "Zośka", ale oprócz nich czytelnik poznaje wielu innych młodych konspiratorów. Jednym z tych bohaterów dalszego planu jest "Anoda" - to on rzuca pierwszą butelkę z benzyną pod Arsenałem, to on jest świadkiem śmierci "Zośki", to jemu udaje się przeżyć powstanie warszawskie i całą wojnę. A kiedy już wydawało się, że to co złe bezpowrotnie minęło, w wigilię 1948 roku "Anoda" zostaje aresztowany przez UB i w pierwszych dniach stycznia umiera w niewyjaśnionych okolicznościach...

Jan Rodowicz ps. "Anoda" jest głównym bohaterem książki Piotra Lipińskiego pt. "Anoda. Kamień na szańcu". 
Autor jest dziennikarzem i reporterem, zainteresowanym powojenną historią Polski, a w/w książka to efekt dziennikarskiego śledztwa dotyczącego jednego z najbardziej zagadkowych zgonów w pierwszych latach po II wojnie światowej.
Piotr Lipiński nie ograniczył się tylko do powojennych losów Rodowicza. Rozmawiał z rodziną "Anody", z jego kolegami i koleżankami z konspiracji a także z powojennymi znajomymi (np. znany prezenter telewizyjny Jan Suzin studiował razem z Janem Rodowiczem architekturę na Politechnice Warszawskiej).
Powstał w ten sposób w miarę dokładny portret młodego człowieka który swoje najlepsze lata oddał w służbę zniewolonej ojczyzny. Wszyscy rozmówcy zgodnie potwierdzają odwagę Anody, jego lojalność i odpowiedzialność, otwarty umysł i zimną krew, ale również niezwykłe poczucie humoru, umiejętność bycia duszą towarzystwa, pomysłowość i fantazję.

Niestety, z rekonstrukcją ostatnich dni życia "Anody" już tak łatwo nie poszło. Lipiński sprawdza masę tropów, szuka kontaktu ze świadkami (gro z nich to pracownicy UB), jednak wersje które poznaje nie pokrywają się ze sobą, niektóre wręcz się wykluczają, a i świadkowie okazują się niewiarygodni. Właściwie tylko ubecy, z którymi udaje się porozmawiać (wśród nich przesłuchujący Rodowicza Wiktor Herer) przedstawiają taką samą wersję śmierci - samobójstwo. Według nich "Anoda" wykorzystał otwarte okno na korytarzu i wyskoczył przez nie ponosząc śmierć na miejscu. Okno znajdowało się na czwartym piętrze...

Książka Piotra Lipińskiego przybliża czytelnikowi postać "Anody" i czasy w których przyszło mu żyć. Jest dobrze udokumentowana, autor starał się w miarę możliwości zweryfikować pojawiające się wersje dotyczące śmierci bohatera, niestety na dzień dzisiejszy nie ma stuprocentowej pewności w jaki sposób zginął Janek Rodowicz.

Jeżeli chodzi o samo wydanie to należy podkreślić, że tekst uzupełniony jest bogatym materiałem fotograficznym pochodzącym z archiwum rodziny Rodowiczów oraz przyjaciół "Anody".

Serdecznie polecam tę książkę wszystkim osobom zainteresowanym najnowszą historią Polski.

środa, 3 stycznia 2018

W świecie sztuki

Od lat gnębi mnie pewna sprawa a mianowicie podejście szkoły do nauczania przedmiotów oficjalnie nazywanych artystycznymi, a zwyczajowo określanych "michałkami". Uznawane za mniej ważne, bo przecież egzaminu na koniec szkoły z nich nie ma, często przydzielane komuś, kto nie do końca je czuje, ale przecież trzeba czymś dopełnić etat, a specjalista do małej szkółki na 1-2 godziny raczej nie będzie dojeżdżał, bo mu się to najzwyczajniej na świecie nie kalkuluje. Tymczasem obcowanie z kulturą i tworzenie własnych "dzieł sztuki" jest niezwykle ważne w prawidłowym rozwoju dziecka. Dlatego, kochani rodzice, jeżeli szkoła nie zapewnia takiego kontaktu waszym dzieciom musicie zadbać o to sami.
Oto książka która wam z pewnością pomoże.

"Gwiaździsta noc Vincenta i inne opowieści" Michaela Birda to niezwykłe kompendium wiedzy o sztuce i jej najważniejszych twórcach. Na ponad 300 stronach autor prowadzi czytelnika poprzez 40 tysięcy lat historii ludzkiej twórczości. Od rysunków naskalnych poprzez gotyckie katedry, renesansowe i barokowe malowidła, rewolucyjne dzieła impresjonistów aż po szeroki wachlarz stylów powstałych w XX i XXI wieku poznajemy najsłynniejsze dzieła i artystów, którzy je stworzyli.
Autor swoją książkę kieruje do najmłodszego czytelnika i stara się zadziałać na jego wyobraźnię. Nie znajdziemy więc tutaj specjalistycznych określeń, czy rozbierania dzieła na czynniki pierwsze - nic z tych rzeczy. Są natomiast nastrojowe opowieści przedstawiające artystów przy pracy, ukazujące ich jako zwyczajnych ludzi - czasem wesołych, czasem smutnych, ale zawsze z pasją oddających się swojej twórczości. Opowieści są krótkie, zaledwie trzy strony tekstu oraz ilustracja - reprodukcja obrazu bądź fotografia rzeźby, instalacji czy budynku, czyli dzieła o powstaniu którego opowiada dana historia.
Świetnym dopełnieniem tekstu są również urokliwe ilustracje, które wyszły spod ręki Kate Evans. Obrazki (moim zdaniem akwarelki) przedstawiają artystów przy pracy, pejzaże, ludzi, zwierzęta i przedmioty, które stanowiły inspirację dla twórców.

Książka jest przepięknie wydana - na grubym papierze, w twardej okładce, niezwykle barwna i przyciągająca oko. Może stanowić wspaniały prezent dla każdego młodego miłośnika sztuki. Ważne jest to, że nie trzeba jej czytać po kolei - dziecko może wybrać dowolny tekst i poznawać dzieje kultury materialne w dowolny sposób. Może również próbować swoich sił tworząc obrazy mniej lub bardziej zainspirowane poznaną tematyką.
Jeśli chodzi o grupę wiekową do której skierowana jest ta pozycja, to sądzę że spokojnie można ją polecić już dziesięcio- jedenastolatkowi, chociaż nie wykluczam, że młodsze dziecko również się nią zainteresuje. Górnej granicy nie określam, bo nawet osoby dorosłe mogą tu znaleźć coś ciekawego dla siebie.

A na koniec taka historia.
Zdarzyło się to lat już wiele temu, kiedy zaczynałam moją szkolną karierę. Zostałam zaproszona przez jedną z moich koleżanek na jakąś towarzyską nasiadówkę. Jako że wszyscy obecni byli w mniejszym lub większym stopniu związani ze szkołą (bądź poprzez pracę, bądź też poprzez progeniturę) to rozmowa szybko zahaczyła o tę tematykę. I oto jedna z obecnych mam zaczęła wyrzekać na pomyloną siksę, która uczy dzieci plastyki i wymyśla niestworzone rzeczy - m.in. wymaga aby praca była robiona wyłącznie w szkole a także każe dzieciom malować muzykę (tzn. puszcza jakiś utwór klasyczny i każe malować to co się komu z danym fragmentem skojarzy). Konsternacja gospodyni wieczoru była ogromna, bowiem ona (i kilka innych osób również) doskonale zdawała sobie sprawę, że ta krytykowana siła pedagogiczna siedzi przy stole. Bo to ja byłam...
Co najważniejsze dzieciaki świetnie się na tych moich lekcjach bawiły - o wiele bardziej lubiły malować kolorowe maziaje w rytm "Tańca ognia" (Manuel de Falla) niż nieśmiertelny "Widok z okna mojego pokoju"...

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Zupa żółwiowa bez żółwia czyli kuchnia retro

Książek kucharskich jest w naszym domu całkiem sporo. Największą grupę stanowią woluminy odziedziczone po rozmaitych bliższych i dalszych krewnych, ja osobiście dołożyłam do tego może ze dwa tomy, natomiast moje dziecko ma całkiem pokaźny zbiór dzieł swoich ulubionych "telewizyjnych" kucharzy na czele oczywiście z Ewą Wachowicz.
W ostatnich tygodniach nasze zbiory powiększyły się o pracę Anny Włodarczyk noszącą tytuł "Retro kuchnia".

"Retro kuchnia", jak na książkę kucharską przystało to przede wszystkim receptury potraw, ale mnie, miłośniczkę rozmaitych historycznych (nomen omen) smaczków zainteresowało tu coś zupełnie innego. Ale o tym za chwilę.
Autorka skonstruowała swoją książkę na wzór przedwojennych książek kucharskich - zawartość podzielona jest na 13 rozdziałów, z których każdy omawia inny rodzaj dania. Rozdziały ułożone są w takiej kolejności w jakiej najczęściej serwowano wystawny, kilkudaniowy obiad - zaczynamy więc od zup, by poprzez rozmaite dania mięsne i postne przejść do legumin, kremów i innych deserów, a wyliczankę kończą przetwory na zimę (o których każda zapobiegliwa gospodyni powinna pamiętać) oraz ciepłe i zimne napoje.
Dla kuchennego nowicjusza dawne przepisy mogą stanowić ciężki orzech do zgryzienia, chociażby ze względu na inny rodzaj miar i wag - o ile tuzin marchewek czy kopa jaj jest do ogarnięcia o tyle korzec mąki, garniec maku czy funt masła może stanowić poważny problem.

Anna Włodarczyk prezentuje więc przepisy oryginalne oraz swoje własne wariacje na ich temat - przelicza miary i wagi, zmienia niektóre, niedostępne dzisiaj, składniki na inne, podaje propozycje aranżacji dania lub dodatków, które będą się z nim najlepiej komponować. Każdy przepis opatrzony jest fotografią - ślinotok murowany ;)

A teraz coś co odróżnia tę książkę od innych pozycji dostępnych na rynku i co dla mnie jest jej największą wartością.
Otóż każdy rozdział poprzedzony jest wstępem w którym autorka cytuje dawne autorytety kulinarne od najsłynniejszej chyba polskiej kuchmistrzyni czyli Lucyny Ćwierciakiewiczowej poprzez święcącą największe sukcesy w dwudziestoleciu międzywojennym Marię Disslową aż do dziewiętnastowiecznej kucharki litewskiej czyli Wincentyny Zawadzkiej. Mamy więc tu porady dotyczące samego przygotowywania potraw, ale również tego jak najlepiej wybrać produkty czy na co zwrócić uwagę przy serwowaniu poszczególnych dań. Jest tu również sporo porad z dziedziny "gotowania kreatywnego" - np. jak ugotować zupę żółwiową bez mięsa żółwiego. Należy mianowicie użyć dwunastu kogucich grzebieni oraz główki cielęcej...
Podobnych porad jest wiele więcej, niektóre mogą się wydać co najmniej dziwaczne (np. dodawanie do zup czy rosołów kawałka chrzanu, pasternaku, skorzonery czy buraka), inne u co wrażliwszych osób mogą wywołać niezbyt przyjemne reakcje, natomiast wszystkie bez wyjątku stanowią niezbity dowód na to, że eksperymentowanie w kuchni nie jest wcale wynalazkiem naszych czasów.

Reasumując - książka warta polecenia nie tylko jako pomoc w kuchni ale również jako źródło informacji o kulinarnych zwyczajach naszych pradziadków.

czwartek, 14 grudnia 2017

Obejrzane - przeczytane: Wiktoria serialowa i książkowa

Jak już niejednokrotnie pisałam, uważam, że jeśli mamy do czynienia z książką i jej ekranizacją, to najlepiej rozpocząć od wersji pisanej a dopiero później wziąć się za wersję filmową. Niestety, nie zawsze tak można - chociażby z tego powodu, że wersja pisana powstaje później - tak było chociażby ze"Stowarzyszeniem Umarłych Poetów". 

Podobnie rzecz się ma z "Wiktorią", której autorką jest Daisy Goodwin, scenarzystka serialu o tym samym tytule, którego drugi sezon właśnie można oglądać na HBO.
Telewizji właściwie nie oglądam, od czasu do czasu transmisje sportowe, ewentualnie jakiś film, na którym nie było mi dane być w kinie (chociażby ostatnio najnowszą wersję "Pięknej i Bestii"). Seriali również nie śledzę - zwyczajnie jest tego za dużo. Na "Wiktorię" trafiłam przypadkiem, obejrzałam pierwszy odcinek i całkowicie się zauroczyłam.

Serial opowiada o jednej z najbardziej znanych władczyń europejskich, brytyjskiej królowej Aleksandrynie Wiktorii Hanowerskiej.
Pierwszy sezon serialu obejmuje lata 1837 - 1840, czyli od wstąpienia na tron do urodzenia pierwszego dziecka. Akcja książki obejmuje nieco krótszy okres, kończy się bowiem zaręczynami młodej władczyni i jej kuzyna księcia Alberta.

Autorka ma bardzo lekkie pióro, fantastycznie snuje swoją opowieść, nie zanudza szczegółami historycznymi, chociaż widać, że ma obszerną wiedzę i dokładnie maluje tło epoki.
Postacie są żywe, pełnokrwiste, ich emocje są wiarygodne, jedni od razu budzą sympatię, inni wręcz przeciwnie, do niektórych trzeba się przekonywać, bowiem pierwsze wrażenie może być mylne - czyli wszystko układa się jak w prawdziwym życiu.
Książka jest wciągająca, chociaż, znając wcześniej serial, doskonale wiedziałam co będzie dalej. Więcej - przy lekturze przed oczami pojawiały mi się kolejne sceny zapamiętane z telewizyjnego ekranu.

Jeżeli ktoś nie widział serialu a ma możliwość najpierw przeczytać książkę to serdecznie doradzam taką właśnie kolejność. W drugą stronę też oczywiście działa i potrafi zachwycić, czego sama jestem najlepszym przykładem.

czwartek, 30 listopada 2017

Lektury w sam raz na długie zimowe wieczory

Ostatni dzień listopada na mojej wiosce zabieli się od śniegu, który sypał przez cały dzień - zapachniało zimą, aczkolwiek najprawdopodobniej ten pierwszy śnieg zniknie w ciągu najbliższych dni (jeśli nie godzin) bo temperatura jednak jest dodatnia. Jakby jednak nie było sezon zimowy uważam za rozpoczęty ;)

Późnojesienne i zimowe wieczory sprzyjają lekturze bardziej obszernych książek i trzy takie grubsze książki chciałabym zaproponować tym, którzy czytają ten tekst. Autorów wszystkich pozycji darzę ogromną sympatią i czytam właściwie wszystko co wyjdzie spod ich ręki.

Elżbieta Cherezińska długo kazała czekać na ostatni tom swojej trylogii "Odrodzone królestwo", ale jak już książka powstała to wielbicieli pisarki zachwyciła (bądź przeraziła) jej objętość - ponad 1000 stron tekstu.

Akcja obejmuje okres od 1306 do 1320 roku, czyli od zdobycia Krakowa przez księcia Władysława Łokietka aż do jego koronacji na króla Polski.
Mały książę jest oczywiście jednym z głównych bohaterów, ale podobnie jak w poprzednich tomach, musi się tym miejscem dzielić z innymi - przede wszystkim z czeską królową wdową Rikissą oraz Kunonem, bratem krzyżackim, który kryje w sobie liczne tajemnice...
Ale i w tle mamy wiele ciekawych osób, które zapisały się na kartach naszej historii - głogowskiego księcia Henryka, wiekowego arcybiskupa gnieźnieńskiego Jakuba Świnkę, krakowskiego biskupa Jana Muskatę, króla Jana Luksemburskiego czy zwanego "rzeźnikiem Gdańska" mistrza krajowego Henryka von Plotzke.
Są również znani z poprzednich części bohaterowie fantastyczni - zielone kobiety, starcy siwobrodzi, wyznawcy Trzygłowa oraz złoty smok Michał Zaręba.

Chociaż książka dotyczy zasadniczo naszej historii, to jednak nie sposób o niej pisać w całkowitym oderwaniu od tego co się działo w państwach ościennych - autorka ma tę świadomość, więc wprowadza czytelnika na dwór czeski i brandenburski, do Malborka, Dzierzgonia i Halicza, a nawet do Awinionu, gdzie wówczas mieścił się dwór papieski.

Gdzieś w sieci spotkałam się z krytyką pani Cherezińskiej - że pisze harlekiny w otoczce historycznej i, że nie dorasta do takich mistrzów pióra jak Sienkiewicz, Kraszewski czy Bunsch. Cóż, moim zdaniem dwóch pierwszych przywołanych pisarzy to dopiero byli romansopisarze (przy okazji Kraszewskiemu zdarzało się mocno mijać z prawdą historyczną...). Co do Bunscha, którego większość książek czytałam, to mam wrażenie, że robił z naszych władców takich trochę bohaterów bez skazy. A jak wiadomo, pomimo ogromnego szacunku co do osiągnięć Chrobrego, Śmiałego, Łokietka czy Kazimierza Wielkiego, to wymienieni władcy aniołami nie byli. Co więcej mieli sporo poważnych wad i nie powinno się o nich zapominać.
Ja w każdym razie bardzo lubię Władka Łokietka w wersji pani Cherezińskiej - ma swoje wady, zdaje sobie z nich sprawę, czasami nawet próbuje z nimi walczyć, ale generalnie jest człowiekiem z krwi i kości a nie jakąś nijaką postacią z podręcznika historii.

Książkę więc z całej mocy zachwalam. 

A tak przy okazji - autorka w posłowiu daje niejaką nadzieję, że jeszcze kiedyś wróci do swoich bohaterów. Tak więc uzbrajam się w cierpliwość i czekam.

***************************************

Profesora Roberta Langdona kocham miłością wielką i z radością powitałam informację, że po raz kolejny spotkam sie z nim na kartach książki Dana Browna.

"Początek" przenosi nas do Hiszpanii, najpierw do Bilbao i tamtejszego muzeum sztuki nowoczesnej a następnie do Barcelony, miasta z którym związany był jeden z najważniejszych twórców przełomu XIX i XX wieku Antonio Gaudi.

Punktem wyjścia jest w tej książce prezentacja znanego informatyka i zagorzałego ateisty Edmonda Kirscha, prywatnie byłego ucznia i przyjaciela Langdona. Prezentacja jest reklamowana jako przełomowe wydarzenie mające dać odpowiedź na dwa zasadnicze pytania dotyczące ludzkości: "Skąd przybywamy? Dokąd zmierzamy?". Odkrycie którego dokonał Kirsch zachwieje również podstawami wszystkich istniejących religii - nie dziwi więc, że na Bilbao zwrócone są oczy niemal całego świata. 
Niestety prezentacja zostaje przerwana przez zamachowca, który zabija Kirscha. Przedziwnym zbiegiem okoliczności o współudział w morderstwie oskarżony zostaje Langdon oraz dyrektorka muzeum Ambra Vidal. Pikanterii dodaje fakt, że pani Vidal jest narzeczoną następcy hiszpańskiego tronu...

Dan Brown przyzwyczaił swoich czytelników do tego, że akcja w jego książkach pędzi z zawrotną szybkością, błyskotliwy umysł profesora Langdona znajdzie wyjście z największych tarapatów a przy okazji sympatyczny uczony (nie umiem go sobie już wyobrazić z inną twarzą niż ta należąca do Toma Hanksa) zaserwuje kilka wykładów z historii sztuki. Tak jest i tym razem, chociaż sztuka nowoczesna nie jest tym co Robert Langdon lubi i czuje, zdecydowanie bardziej odpowiada mu to co pozostawił po sobie Gaudi.

"Początek" to całkiem niezła książka, chociaż miejscami może być nieco nużąca, bowiem autor całkiem sporo miejsca poświęca rozważaniom filozoficznym na temat podstaw naszego bytowania we wszechświecie (a nie tego przecież oczekujemy po powieści było nie było sensacyjnej) oraz najnowszej technologii i sztucznej inteligencji (jako, że moje umiejętności komputerowe są raczej mierne miejscami nie wiedziałam o co chodzi). 
Do "Kodu Leonarda da Vinci" czy "Inferno" ta książka nie dorasta, ale jest o kilka stopni lepsza niż "Zaginiony symbol" tak więc warto po nią sięgnąć.

************************************



Na koniec dwuksiąg Renaty Kosin a mianowicie "Sekret zegarmistrza" i "Tatarka". 
Bohaterką pierwszej z nich jest Lena - wychowana przez dziadków, po ich śmierci odziedziczyła dworek w podlaskich Bujanach. Dziadek Ignacy był zegarmistrzem, zostały po nim stare zegarki, których nikt nie odebrał od naprawy i Lena postanawia je wykorzystać do produkcji oryginalnej biżuterii. Wśród zegarków jest jeden szczególnie ciekawy - damski, z inicjałami JB. Budzi ciekawość Leny, jednak nic nie wskazuje, że będzie sie kiedyś mogła dowiedzieć do kogo należał. W czasie remontu Lena odnajduje kolejne tajemnicze przedmioty - pamiętnik krewnej swej babki Stefanii oraz carski mundur z okresu powstania styczniowego. Kobieta postanawia dowiedzieć się czegoś o przeszłości rodu Bujaneckich...

"Tatarka" to również podróż w przeszłość, ale tym razem osobą która w niej będzie grzebać jest Ksenia, córka Leny. Zegarmistrz Ignacy zawsze wierzył, że w jego żyłach płynie tatarska krew - niestety nie był w stanie tego udowodnić. Teraz jego prawnuczka poznaje Emira, młodego Tatara z Kruszynian i postanawia wykorzystać okazję i poszukać ewentualnych przodków. I chociaż okoliczności, rodzina Emira a nawet Lena są przeciwko niej Ksenia nie odpuszcza i uparcie dąży do poznania prawdy. Uważa bowiem że nawet najgorsza prawda jest lepsza od niewiedzy.

Renata Kosin przyzwyczaiła już swoich wielbicieli, że bardzo dokładnie przygotowuje się do pisania swoich książek (i pewnie z tego powodu tak długo trzeba czekać na kolejne nowości) co jest postępowaniem nadzwyczaj chwalebnym, bo nie ma nic gorszego niż powieść z błędami rzeczowymi. Akcja "Sekretu zegarmistrza" i "Tatarki" umiejscowiona jest po raz kolejny na Podlasiu, a ja po raz kolejny mam dziką chęć wsiadać w jakikolwiek środek lokomocji i na owo Podlasie wyruszać, tak pięknie o nim pani Renata pisze.

Przeszukiwanie przeszłości może być bardzo ciekawe i inspirujące, ale może też nieść za sobą masę złych emocji bowiem nie zawsze będzie się nam podobało to co odkryjemy. Można sobie więc zadać pytanie - czy warto grzebać w tym co było? Czy może lepiej zostawić rzeczy takimi jakie są?

Lena i Ksenia zaglądają w przeszłość z całkiem innych powodów, trafiają na wydarzenia smutne czy wręcz tragiczne, jednak wiedza jaką z nich wynoszą pozwala im zrozumieć swoich najbliższych i inaczej spojrzeć na własne życie. I dlatego warto znać swoją przeszłość, nawet tę najgorszą.

Polecam jak najbardziej.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Nie tylko Krystyna Skarbek, czyli polskie "Igły"

Krystyna Skarbek - Giżycka na Zachodzie znana również jako Christine Granville, nazywana często ulubioną agentką Churchilla to jedna z tych postaci naszej historii, które, pomimo swoich niezaprzeczalnych zasług, odeszły w zapomnienie i dzisiaj o ich istnieniu pamiętają jedynie najzagorzalsi pasjonaci drugiej wojny światowej. A szkoda, bo według wielu znawców tematu była jedną z najlepszych (bądź wręcz najlepszą) tajną agentką działającą w czasie wojny.

Krystyna Skarbek nie doczekała się żadnej biografii w języku polskim ale Maria Nurowska w pewien sposób wypełniła tę lukę książką "Miłośnica". Jest to fabularyzowana biografia, oparta na wspomnieniach Włodzimierza Ledóchowskiego oraz na nietłumaczonej na język polski angielskiej biografii "Christine" autorstwa Madeleine Masson, jak również na wspomnieniach ojca autorki, który znał przed wojną hrabiego Jerzego Skarbka, ojca Krystyny.
Główna bohaterka książki to Ewa, polska dziennikarka, która chce napisać książkę o Krystynie i w poszukiwaniu materiałów wyjeżdża do Londynu gdzie pomocą służy jej mieszkający tam Arek - ta dwójka to jedyni fikcyjni bohaterowie opowieści, pozostali to bez wyjątku osoby, które istniały i w różnych okolicznościach stanęły na drodze Krystyny.
Ewa odkrywa kolejne rewelacje na temat bohaterki swojej książki, spotyka się z jej znajomymi, poznaje prywatne i służbowe losy Krystyny, ma wrażenie, że mentalnie się z nią zaprzyjaźnia. Nie zawsze rozumie i akceptuje jej wybory, ale co do jednego ma niezachwianą pewność - Krystyna Skarbek to niezwykła osoba.

"Miłośnica" to dobra książka, pomimo oczywistych wątków fabularnych ma znamiona ciekawej i w miarę wnikliwej biografii (piszę "w miarę" bo mimo wszystko Maria Nurowska historykiem nie jest), moja wiedza o ulubionej agentce Churchilla pogłębiła się i za to jestem autorce wdzięczna.
Nie zmienia to jednak faktu, że Krystyna Skarbek zasłużyła sobie na profesjonalne zbadanie i opisanie swojego życia i poniesionych dla wyższego dobra zasług. I na taką profesjonalną jej biografię czekam.

************************************************************

Przy okazji lektury "Miłośnicy" trafiłam w naszej bibliotece na jeszcze jedną książkę w której postaci Krystyny Skarbek poświęcone jest sporo miejsca. Jest to praca Marka Łuszczyny pt. "Igły. Polskie agentki, które zmieniły historię". 

Autor w swojej książce przedstawił dziesięć Polek, które w czasie drugiej wojny światowej pełniły służbę wywiadowczą po obydwu stronach konfliktu. Albowiem obok świetlanych postaci, które tak jak wspominana już Krystyna Skarbek, Halina Szwarc czy Elżbieta Zawacka z poświęceniem walczyły z okupantem wśród bohaterek książki znalazła Malwina Gerlet, oskarżona przez Brytyjczyków o szpiegostwo na rzecz Niemiec.

Bohaterki książki pochodzą z różnych środowisk, niektóre nawet nie są Polkami z pochodzenia, ale w pewnym momencie swojego życia Polska (bądź jakiś konkretny Polak) stała się dla nich najważniejsza. Różni je właściwie wszystko: pochodzenie, wiek, majątek, wykształcenie ale jedno łączy - odwaga i determinacja potrzebna do wykonania zadania.

Książka napisana jest bardzo ciekawie, autor ma zacięcie gawędziarskie i właściwie w każdym biogramie widać, że podchodzi do swoich bohaterek niezwykle emocjonalnie, chociaż trzyma się prawdy historycznej.

Serdecznie polecam lekturę  tej książki nie tylko pasjonatom II wojny światowej. I tak sobie myślę, że gdyby w szkole na lekcjach historii uczono o Krystynie i innych agentkach to lekcje tego znienawidzonego przez większość uczniów przedmiotu zyskałyby zdecydowanie.