wtorek, 28 marca 2017

Dwie biografie - jedna świetna, druga nie

Raz na kilkanaście lat dopada mnie choroba - taka, że domowe sposoby nie wystarczają i trzeba się udać do lekarza. Tym razem synek mój kochany sprzedał mi wyjątkowo uciążliwe zapalenie oskrzeli i zafundował mamusi półtora tygodnia zwolnienia lekarskiego.Doskonała okazja, żeby nadrobić czytelnicze zaległości - plon ostatnich kilku dni to cztery kryminały, dwie obyczajówki i dwie biografie. Nieźle, co?
Te dwie biografie to przykład jak się powinno i nie powinno pisać o życiu znanych osób. Jedna bowiem, napisana arcyciekawie, dotyczyła osoby średnio interesującej i przeczytałam ją niemal jednym tchem, druga zaś, co do której miałam ogromne oczekiwania, była zwyczajnie nudna, chociaż bohaterka była jedna z najznakomitszych pisarek XX wieku.

Przez kilka piątkowych wieczorów wróciłam do oglądania telewizji, a to za sprawą biograficznego serialu o początkach panowania królowej Wiktorii. Ponieważ serial bardzo mi się spodobał (już czekam na drugą serię, która ma się ponoć pojawić jesienią) postanowiłam rozejrzeć się za jakąś biografią angielskiej władczyni. Jeden z moich ulubionych biografów, George Bidwell, napisał takową, więc wybór był prosty: czytam "Wiktorię żonę Alberta".
Już sam tytuł sugeruje jak wyglądało królewskie stadło - Wiktoria była władczynią całego imperium, ale w domu pierwsze skrzypce grał Albert. To on narzucił swój styl, pedanterię i drobiazgowość (bardziej naturalne dla rodziny mieszczańskiej niż królewskiej) swojej chimerycznej małżonce. To on, nawet po swojej przedwczesnej śmierci, był tym, z którego opiniami królowa liczyła się najbardziej. Wiktoria jaką znamy bez Alberta by nie istniała...
Można by odnieść wrażenie, że autor nie przepada za swoją bohaterką - Wiktoria z książki Bidwella to osoba o bardzo przeciętnej inteligencji, uparta i samowolna, której obca jest sztuka dyplomacji. Pomimo iż od samego początku wiadomo było, że zasiądzie natronie Zjednoczonego Królestwa nie odebrała należytego wykształcenia, otaczała się Niemcami oraz, co szczególnie przysporzyło jej niechęci poddanych, wyszła za mąż za Niemca i dosyć jawnie popierała niemieckie interesy.
Wiktorią dosyć łatwo było sterować, jeśli tylko darzyła sympatią swojego mentora - początkowo był to lord Melbourne, później Albert a po jego śmierci dwóch premierów - Palmerston i Disraeli.
Patrząc na wieloletnie panowanie Wiktorii trzeba przyznać rację autorowi książki - faktycznie królowa nie przysłużyła się jakoś szczególnie ani swojej ojczyźnie ani światu. Jest to tym bardziej widoczne poprzez porównanie jej życia do historii innej kobiety - młodszej o rok Florence Nightingale, która mając o wiele mniejsze możliwości zasłużyła się ludzkości nieporównywalnie bardziej niż Wiktoria Hanowerska.

++++++++++++++++++++++++++

Astrid Lindgren to jedna z najbardziej znanych pisarek XX wieku. Niewiele jest chyba na świecie dzieci, które nie znałyby chociażby jednej z jej książek. Dzieci z Bullerbyn, Fizia Pończoszanka, bracia Lwie Serce czy Ronja córka zbójnika to znani i lubiani bohaterowie dziecięcych lektur.
Biorąc do ręki książkę "Astrid Lindgren. Opowieść o życiu i twórczości", której autorką jest Margareta  Strömstedt miałam nadzieję na fascynującą podróż literacką, tym bardziej, że obie panie znały się dobrze a nawet przyjaźniły.
Niestety srodze się zawiodłam. Książka jest nudna, większą jej część stanowi interpretacja poszczególnych powieści Lindgren - szukanie pierwowzorów bohaterów, rozkładanie na czynniki pierwsze "co autor miał na myśli"oraz doszukiwanie się przekazu społecznego. Owszem, Astrid Lindgren pchnęła literaturę dziecięcą na całkiem nowe tory - odeszła od wszechobecnego w połowie XX wieku moralizatorstwa, jej bohaterowie są ciekawi, spontaniczni i często zwariowani. W swoich utworach promuje tezę, że dziecko to też człowiek, tylko mały, więc należą mu się takie same względy jak dorosłemu. To wszystko prawda, ale przecież w biografii chodzi chyba o coś innego.

Czego mi w takim razie zabrakło w tej historii?
Otóż przede wszystkim codzienności pisarki, która przecież przez duża część swojego życia nie tylko pisała książki, ale również pracowała zawodowo i wychowywała dzieci. Jak udawało się jej to wszystko pogodzić? Czy nigdy nie miała chwili zwątpienia? Czytając tę książkę można odnieść wrażenie, że Lindgren to dziecko szczęścia - wszystko czego się tknie zamienia się w sukces. 
Dalej - na początku książki autorka wspomina, że Astrid była silnie związana z rodzicami i rodzeństwem. Tymczasem o jej siostrach i bracie nie ma tu prawie nic. O najbliższej przyjaciółce też jest tylko kilka zdań pomimo, że Astrid poznała ją w szkole a znajomość trwała nieprzerwanie przez kilkadziesiąt lat.
W tej biografii po prostu nie ma Astrid. Jest tylko jej twórczość - fakt, że wspaniała, godna uwagi i cały czas aktualna, ale to tylko książki, a ja chciałam poznać człowieka, który za nimi stoi.

Tak więc z przykrością, ale raczej nie polecam :(

wtorek, 14 marca 2017

Lotta jest uparta jak kozioł

Jonas, Mia-Maria i Lotta to rodzeństwo mieszkające wraz rodzicami w niewielkim domku usytuowanym przy ulicy Garncarzy. Jednak ich tatuś twierdzi, że dzieciaki robią taki harmider, że należałoby zmienić nazwę na ulicę Awanturników.

"Przygody dzieci z ulicy Awanturników" to zbiorowe wydanie dwóch książek Astrid Lindgren przeznaczonych dla najmłodszych, a mianowicie "Dzieci z ulicy Awanturników" oraz "Lotta z ulicy Awanturników".
Chociaż książka opowiada o całej trójce młodych Nymanów to jednak bohaterką pierwszoplanową jest najmłodsza z rodzeństwa, czteroletnia Lotta. Dziewczynka jest dosyć uparta i stara się zawsze postawić na swoim, chociaż często obraca się to przeciwko niej. Na szczęście rodzeństwo jest ze sobą silnie związane, i nawet jeśli starszą dwójkę irytują wybryki Lotty, to jednak jej wybaczają, bo, jak często powtarza Mia, "Ona jest taka słodka".

Podobnie jak w innych książkach Astrid Lindgren dorośli stanowią postacie drugoplanowe. Rodzice oraz sąsiadka pani Berg raczej nie wtrącają się w zabawy dzieci, ale gdy wymaga tego potrzeba mali Nymanowie mogą na nich liczyć. Widać to szczególnie w drugiej części książki, kiedy Lotta postanawia odejść z domu i zamieszkać u pani Berg. Starsza pani bez zmrużenia oka przyjmuje czterolatkę pod swój dach, daje jej pokoik w którym dziewczynka będzie mogła zamieszkać i w żaden sposób nie namawia jej na powrót do domu - Lotta sama dochodzi do wniosku, że jednak chce wrócić do rodziców. Podobnie rodzice - dają dziewczynce swobodę (tym bardziej, że u sąsiadki nic jej nie grozi), pozwalają przeżyć pierwszy poważny bunt i samodzielnie zadecydować o swoim losie. W tym fragmencie wyraźnie uwidaczniają się poglądy samej autorki, która przez całe swoje dorosłe życie była orędowniczką tezy, że dzieciom należy się taki sam szacunek jak dorosłym. Bo dziecko to taki sam człowiek jak dorosła osoba.

Książeczka jest pięknie wydana - twarda okładka, gruby papier, kolorowe ilustracje autorstwa Ilon Wikland sprawią. że może być ozdobą niejednej dziecięcej biblioteczki.
Książka skierowana jest do dzieci w wieku 5-9 lat, a ponieważ napisana jest dosyć dużą czcionką a rozdziały są raczej krótkie może stanowić doskonałą propozycję do samodzielnej lektury dla dziecka.

Serdecznie polecam.

piątek, 10 marca 2017

Damski marzec: Baśka się odchudza

Baśka to typowa trzydziestokilkuletnia kobieta - mężatka, matka dwójki dzieci, pracuje w biurze, na finanse nie narzeka (co prawda nie stać jej na wakacje na Bali, ale w kolejce do MOPS-u też nie stoi), na zdrowie również, czyli średnia krajowa. Baśka ma jednak pewien kłopot, który od kilku lat spędza jej sen z powiek - otóż po dzieciach (a właściwie po ciążach) pozostała jej pamiątka w postaci kilkukilogramowej nadwagi. Stosowała już wszystkie możliwe diety i żadna nie przyniosła efektu. Ten fakt jeszcze bardziej potęguje jej stres, a wiadomo, że najlepszym lekarstwem na zmartwienia jest porcja słodyczy - w przypadku Baśki krówki w ilościach hurtowych...

"Od jutra dieta!" to najnowsza powieść Małgorzaty Mroczkowskiej, autorki m.in. "Angielskiego lata" i "Zanim zrozumiem". Podtytuł "Zapiski niedoskonałej pani domu" doskonale oddaje to co w książce jest najważniejsze. 
Baśce bowiem do doskonałości jest bardzo daleko - ma problemy z ogarnięciem własnego domu, charakteryzuje ją tzw. słomiany zapał, nie bardzo potrafi się dogadać z matką i siostrą, nie ma wyższych aspiracji jeśli chodzi o pracę zawodową, wreszcie, nie potrafi się zdobyć na przeorganizowanie własnego życia pomimo, że zdaje sobie sprawę z tego co powinna zmienić.

Baśka, a wraz z nią jej koleżanki z biura, wypróbowuje na sobie wszystkie możliwe diety, niestety bez większego efektu. Nawet jeśli uda się jej coś tam zrzucić, to na krótko, a potem waga wraca do poprzedniego stanu. Kobieta jest tak pochłonięta odchudzaniem, że nie bardzo ma czas na coś innego - obowiązki domowe nie są jej najmocniejszą stroną, przypalone garnki, przepełniony kosz na śmieci, przeterminowane produkty w lodówce czy pranie trzymane w pralce przez trzy dni to niestety częsty widok w jej mieszkaniu.
Tak przy okazji: dzieci Baśki są już w wieku szkolnym i nie mają żadnych obowiązków, mama ścieli ich łóżka, sprząta pokój, zbiera brudne skarpetki, itp. Mąż właściwie też nie kwapi się do żadnej pomocy, no ewentualnie dokręci obluzowany karnisz po kilku miesiącach przypominania mu o tym. Jak dla mnie sytuacja nie do przyjęcia...

Czy Baśce uda się wreszcie zmienić siebie i swoje nastawienie do świata, a także stosunki panujące w jej rodzinie? Bo tak naprawdę jej kłopoty w dużej mierze wynikają z niskiej samooceny, braku oparcia w najbliższych i przytłoczenia codziennością - Baśka dała się wcisnąć w stereotyp kury domowej i nie wie jak z tego wybrnąć. Od samego początku trzymałam za nią kciuki, żeby się udało, żeby któraś dieta wreszcie zaskoczyła.

Książka jest bardzo przyjemna w odbiorze, dowcipna i napisana pięknym językiem. Myślę, że zdecydowana większość czytelniczek (bo to jednak literatura dla kobiet - facet nie zrozumie dylematów głównej bohaterki) będzie mogła się identyfikować z Basią i to stanowi najważniejszy atut tej książki. A jeśli znajdziecie na jej kartach receptę na własne problemy to będzie to stanowiło dodatkowy bonus.

Serdecznie polecam :)

niedziela, 26 lutego 2017

Przemko i Władysław, czyli jak to było z tym zjednoczeniem Polski po rozbiciu dzielnicowym

Jest w historii naszego kraju okres, o którym, chociaż trwa prawie 200 lat, przeciętny Polak wie niewiele lub zgoła nic. Chodzi mi o czasy rozbicia dzielnicowego, kiedy to Bolesław Krzywousty (działając zresztą w dobrej wierze) dzieli swój kraj pomiędzy synów i trochę naiwnie sądzi, że uniknie przez to bratobójczych wojen, które były jego udziałem we wczesnej młodości...
Przyczyny tego stanu rzeczy (braku wiedzy historycznej) należy upatrywać m.in. w tym, że w szkole tematyka ta jest okrojona do niemożliwości - w gimnazjum na całe rozbicie (w sensie polityki książąt dzielnicowych) oraz próby zjednoczenia państwa jest, bagatela, jedna jednostka lekcyjna. Tak więc przelatuje się przez temat z prędkością światła a w ostatnich sekundach przed dzwonkiem rzuca się informację, że książę poznański Przemysł II koronował się w grudniu 1295 roku, a kilka miesięcy później został zamordowany, i że ta koronacja to początek końca owego rozbicia dzielnicowego. Po Przemyśle mieliśmy, za sprawą jego zięcia Wacława, krótki okres czeski, a później to już bohaterski mały książę  czyli Władysław Łokietek...

Elżbieta Cherezińska podjęła się przybliżenia szerokiemu odbiorcy historii odbudowy państwowości polskiej na przełomie XIII i XIV wieku. Autorka zaplanowała trylogię "Odrodzone królestwo" - aktualnie odstępne są dwa pierwsze tomy ("Korona śniegu i krwi" i "Niewidzialna korona") a trzeci, miejmy nadzieję, ukaże się już wkrótce.

Bohaterem "Korony śniegu i krwi" jest Przemysł II ( 1257 - 1296) - książę poznański, urodzony jako pogrobowiec, wychowany na dworze swojego wuja księcia kaliskiego Bolesława Pobożnego, w późniejszym czasie książę wielkopolski i krakowski, wreszcie król Polski.
Z kolei "Niewidzialna korona" opowiada o walce Władysława Łokietka o tron krakowski i obejmuje lata 1296 - 1306, kiedy to książę kujawski zmaga się z książętami śląskimi, brandenburczykami, królem czeskim Wacławem II a wreszcie ze zniemczonym biskupem krakowskim Janem Muskatą i wójtem Albertem, którzy zamykają przed nim bramy Krakowa.

Autorka starannie odtwarza tło historyczne, ożywia postacie znane z kart historii, ukazuje zagmatwane koligacje i system wciąż zmieniających się sojuszów pomiędzy poszczególnymi gałęziami rodu Piastów. Oprócz władców na kartach książek odżywają przedstawiciele wielkich rodów rycerskich z tamtego okresu, a przede wszystkim jedna z najważniejszych rodzin ówczesnej Wielkopolski - Zarębowie. (To właśnie Zarębowie, wraz z władcami sąsiednie Brandenburgii, byli przez wielu im współczesnych jak również późniejszych badaczy naszych dziejów oskarżani o spisek i zamordowanie w Rogoźnie króla Przemysła II).
Ciekawym zabiegiem jest wprowadzenie do powieści magii i pogańskiej religii. Ludzie Starszej Krwi, wiecznie młode zielone kobiety, ożywające herbowe zwierzęta wzbogacają opowiadaną historię o elementy fantastyczne, co stanowi dodatkowy atut tych książek. (Przy okazji - takie połączenie średniowiecznej kultury i magii nieodparcie przywołuje na myśl "Grę o tron" Martina, chociaż Cherezińską czyta się o niebo lepiej, chociażby ze względu na mniejszą ilość bohaterów...)

Bardzo jestem ciekawa jak zakończy się ta historia - tzn. wiem jak potoczą się dalsze losy Władysława Łokietka, biskupa Jakuba Świnki czy królowej Rikissy, bo to w końcu postacie historyczne. Bardziej chodzi mi o Michała Zarębę i Jemiołę - bohaterów fantastycznych, których los związany jest z Rikissą właśnie. Ciekawa również jestem jak autorka poprowadzi dalej postać Łokietka, bo póki co niewiele ma wspólnego z tym bohaterskim i prawym władcą, którego znamy z podręczników - tzn. na odwadze mu nie zbywa, ale już z rozwagą jest nieco gorzej...

poniedziałek, 20 lutego 2017

Dwóch królów na jednym tronie, czyli o Jadwidze i Jagielle słów kilka

Jak to jest kiedy krajem rządzi równocześnie dwóch królów, a na dodatek jeden z nich jest kobietą? (Tak, to nie pomyłka - Jadwiga, żona Władysława Jagiełły, ukoronowana była na króla - w średniowiecznej Polsce nie istniało pojęcie królowej jako władczyni.) Które z nich Węgierka czy Litwin było lepszym władcą? Kto miał większe zasługi dla swojej przybranej ojczyzny?

Pamiętacie pana Cebulę, nauczyciela historii z serii "Ale historia...", której autorką jest Grażyna Bąkiewicz? Otóż pan Cebula i jego uczniowie powracają w kolejnej opowieści noszącej tytuł "Jadwiga kontra Jagiełło".
Tym razem narratorem jest Gruby, kolega Aleksa i Zuzki, których poznaliśmy przy okazji poprzednich tomów.

Gruby, jak pewnie się domyślacie, jest nieco okrąglejszy od swoich kolegów. Uwielbia słodycze, sam robi sobie landrynki, a w czasie podróży w przeszłość stara się dowiedzieć jakimi łakociami zajadali się ówcześni Polacy. Razem ze swoimi kolegami trafia na zamek wawelski, gdzie poznaje Walerka, pomocnika kucharza. Powszechnie wiadomo, że kuchnia to najlepsze miejsce jeśli chcemy poznać miejscowe nowinki (żeby nie napisać plotki) więc dzieciaki trafiły bardzo dobrze - dowiadują się o tym jak wyglądały początki wspólnego panowania Litwina i Andegawenki, biorą udział w wojennej wyprawie na Ruś Halicką na czele której stoi Jadwiga oraz mają możliwość przekonać, że chociaż królowa jest bardzo młoda to jednak jest osobą niezwykle inteligentną i przewidującą.

I kiedy już Gruby i jego koledzy przygotowują się do powrotu okazuje się, że pan Cebula stawia przed nimi jeszcze jedno zadanie - jeden z ich kolegów zaginął gdzieś w odmętach średniowiecza i trzeba go koniecznie odnaleźć. Podróż po piętnastowiecznej Polsce przedłuża się...

Jadwiga i Jagiełło nie bez przyczyny uważani są za jednych z wybitniejszych naszych władców - małżeństwo z rozsądku i politycznej konieczności wzmocniło Polskę i jej pozycję w średniowiecznej Europie, Jadwiga dbała o rozwój kultury i sztuki, a Jagiełło rozbijając krzyżaków pod Grunwaldem zapewnił krajowi kilkanaście lat spokoju ze strony największego wroga. Przedwczesna śmierć przerwała panowanie Jadwigi - można się tylko domyślać jak wyglądałyby jej dalsze rządy; właściwie można być pewnym tylko jednej rzeczy - nie dopuściłaby do wojny z krzyżakami i pewnie w naszej historii zabrakłoby grunwaldzkiego zwycięstwa...

Grażyna Bąkiewicz zawarła w swojej książce oprócz informacji typowo historycznych mnóstwo ciekawostek dotyczących obojga królów jak i czasów w których żyli. Młody czytelnik może się dowiedzieć z niej o przyzwyczajeniach Jagiełły (np. tego, że władca był abstynentem i do posiłków pijał wyłącznie wodę), o tym jak wyglądały przygotowania do wielkich wypraw wojennych, co jadano w średniowiecznym zamku (ze szczególnym uwzględnieniem konfetów, czyli łakoci) a nawet jak wyglądała toaleta w Malborku.
Podobnie jak w poprzednich tomach ilustracje wyszły spod ręki Artura Nowickiego - biało-czarne, komiczne, utrzymane w komiksowej konwencji rysunki stanowią integralną część historii i w ciekawy sposób przekazują ważne informacje.

Po raz kolejny zachęcam do zainteresowania się książką duetu Bąkiewicz - Nowicki i zaopatrzenia w nią biblioteczki waszych pociech. Nawet dzieciaki nastawione negatywnie do nauki naszych dziejów dają się porwać tym opowieściom - sprawdzone na moim własnym synu ;) 

sobota, 11 lutego 2017

Oddać czy zostawić? Oto jest pytanie! (cz. 1)

To, że jestem uzależniona od książek wiem już od dawna. Wie to również moja rodzina i większość znajomych. Nie mam pojęcia ile książek jest w domu, ale mąż mój Robert prorokuje, że w końcu strop nie wytrzyma obciążenia makulaturą i któregoś ranka weźmie się i zarwie, a my obudzimy się u mojej mamy (mama mieszka na parterze a my na piętrze)... 
Żeby zminimalizować zagrożenie katastrofą budowlaną (to wersja oficjalna, nieoficjalna jest taka, że potrzebuję miejsca na nowe tomy) od jakiegoś czasu część moich zbiorów oddaję naszej gminnej bibliotece. Obydwie strony są zadowolone - ja, bo mam twardy dowód dla szanownego małżonka, że poważnie przejmuję się jego opiniami, a biblioteka to wiadomo - każda nowa książka mile widziana.
Na moich półkach sporo jest takich książek, które kupiłam w porywie chwili, bo bardzo chciałam je przeczytać, a później tak mi jakoś zeszło i albo o nich zapomniałam, albo nie miałam nastroju - no dość na tym, że pokrył je kurz i pajęczyny.
I tu dochodzimy do sedna sprawy - wybierając książki do przekazania dla biblioteki trafiam na te nieprzeczytane bidulki i muszę zdecydować co z nimi zrobić A żeby podjąć decyzję trzeba przecież książkę przeczytać, prawda? I tak się zrodził pomysł na cykl "Oddać czy zostawić?", czyli notatki (bo to jednak nie będą recenzje czy opinie w pełnym tego słowa znaczeniu) o tych odkurzonych skarbach.

Joanna Chmielewska "Byczki w pomidorach"

Joanna Chmielewska to moja najulubieńsza kryminalistka. Uwielbiam jej starsze książki (z wyjątkiem "Lesia"), niestety z tymi nowszymi mam pewien problem. Bo niby większość bohaterów ta sama, miejsca też dobrze znane, ale historie już tak nie porywają, komizm taki trochę na siłę, a i z językiem (który moim zdaniem jest największym atutem książek pani Joanny) też się coś niedobrego porobiło...
"Byczki w pomidorach" przenoszą czytelnika do Danii, gdzie w domu Alicji roi się od mniej lub bardziej zaprzyjaźnionych osób i gdzie zatrzymuje się pewna kłopotliwa para z Polski. Pani Julia i pan Wacław od pierwszej chwili podpadają stałym bywalcom kuchni i ogrodu, ale prawdziwy kłopot powstaje kiedy Wacław najpierw zaginie, a następnie odnajdzie się w charakterze zwłok. Policja policją, Joanna i spółka postanawiają na własną rękę rozwikłać tajemnicę zejścia pana Buckiego. 

Książka raczej przeciętna, typowy dla Chmielewskiej galimatias zmienia się w chaos niekontrolowany, głodomór Marianek (który w zamyśle miał chyba śmieszyć) wywołuje swoją bezdenną głupotą tylko i wyłącznie zgrzytanie zębami, inni bohaterowie też specjalnie nie zachwycają... W szkolnej skali ocen 3+.

Pomimo, że nie zachwyca to jednak zostaje - Chmielewskiej (nawet najgorszej) nie oddam!

Clive Cussler "Sahara"

"Sahara" to jedenasta książka z Dirkiem Pittem w roli głównej, a druga która została zekranizowana. Przyznaję się od razu, że film widziałam już dawno (właściwie mi się podobał, chociaż grający główną rolę Matthew McConaughey to jakaś pomyłka) a po książkę sięgnęłam dopiero teraz. I jak to przy adaptacjach bywa film od książki rożni się zasadniczo.
Dirk i jego najbliżsi przyjaciele, Al Giordino i  Rudi Gunn zajmują się niepokojącym rozrostem pewnego rodzaju glonów, które występują u wybrzeży Afryki. Jeżeli nie uda się zahamować tego zjawiska światu grozi kataklizm. Trop prowadzi do Mali, rządzonego przez generała Kazima. Również do Mali trafia doktor Eva Rojas, która wraz z grupą pracowników WHO szuka źródła epidemii dziesiątkującej miejscową ludność. Na miejscu okazuje się, że w sprawę zamieszany jest francuski multimilioner Yves Massarde, który dla zysku nie cofnie się przed niczym...

"Sahara" to jedna z najlepszych książek Cusslera jaką do tej pory czytałam. Ma wszystkie atuty powieści sensacyjnej - wciągającą intrygę, wartką akcję, pomysłowych i przebojowych bohaterów. Pomimo, że mnie więcej wiedziałam o co chodzi czytało mi się świetnie.

Zdecydowanie zostaje - Cusslera, podobnie jak Chmielewskiej, nie oddam.

Asa Hellberg "Ostatnia wola Sonji"

Literatura szwedzka kojarzyła mi się jak dotąd wyłącznie z Astrid Lindgren oraz ze współczesnymi kryminałami.  "Ostatnia wola Sonji" trafiła do mnie podczas którychś targów książki, nazwisko autorki nic mi nie mówiło, tytuł sugerował jakąś ostateczność a okładka... No cóż nie grała mi zupełnie z tytułem ani z krajem powstania...
Książka rozpoczyna się od pogrzebu - umiera Sonja Gustavsson. Jej trzy przyjaciółki - Susanne, Rebecka i Maggan dowiadują się od adwokata, że zmarła posiadała ogromny majątek a one są jej jedynymi spadkobierczyniami, bowiem Sonja nie miała rodziny. Jednak przejęcie spadku obwarowane jest pewnymi warunkami - wszystkie trzy kobiety muszą podjąć wyzwania jakie przygotowała dla nich pani Gustavsson. Muszą porzucić swoje dotychczasowe życie a nawet kraj, bowiem Sonja zaplanowała dla nich zadania w Paryżu, Londynie oraz na Majorce. Co więcej - żadna nie może się wyłamać - żeby otrzymać spadek muszą wszystkie podjąć grę...

Książka może nie jest najwyższych lotów, ale czyta się ją całkiem przyjemnie. Bohaterki to kobiety po przejściach, z bagażem doświadczeń i lat, którym trudno jest zmienić przyzwyczajenia i zmierzyć się z nieznanym, jednak wszystkie podejmują wyzwanie Sonji. "Ostatnia wola Sonji" to powieść obyczajowa, chociaż nieznacznie dryfująca w stronę romansu, doskonała jako relaks po długim pracowitym dniu.

Wędruje do biblioteki - chociaż sympatyczna, to raczej drugi raz po nią nie sięgnę. Niech trafi do innych czytelników.

piątek, 3 lutego 2017

Celebryta - to brzmi (a właściwie brzmiało) dumnie

Celebryta - kto to taki?
No cóż, najkrócej mówiąc to ktoś znany z tego, że jest znany. Celebryci pojawiają się na tzw. ściankach, zaszczycają wszelkiego rodzaju eventy (nawet jeśli jest to premiera korbowodu do ciągnika), wdzięczą się do fotografów i atakują z okładek prasy kolorowej. Tydzień bez nowego wpisu na Pudelku czy innej Plejadzie jest dla nich czasem straconym, więc prześcigają się z nowymi sensacyjnymi newsami na swój temat.
Z powyższego tekstu można by wnioskować, że nie jest to moja ulubiona grupa społeczna. Fakt, nie przepadam, ale staram się w miarę możliwości ignorować, większości nie kojarzę, no może poza Grycankami, ale to już wina lodów, które uwielbiam. Chociaż takiego wybryku natury jakim była kilka lat temu niejaka Jola Rutowicz to nawet ja nie dałam rady nie zauważyć. I do dzisiaj mnie wstrząsa na samo wspomnienie...

Czyli dzisiejszy celebryta to ktoś raczej mało godny uwagi. Nie to co jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu. Żeby być celebrytą w PRL-u trzeba było sobą coś konkretnego reprezentować. Nawet "Czerwony Książę", czyli Andrzej Jaroszewicz, syn premiera Piotra Jaroszewicza, oprócz znanego nazwiska mógł się pochwalić pasją i osiągnięciami jako kierowca rajdowy. Ówcześni celebryci to ludzie utalentowani i o ugruntowanej pozycji zawodowej, przedstawiciele kultury i sztuki - Zbigniew Cybulski, Kalina Jędrusik, Agnieszka Osiecka, Daniel Olbrychski, Maryla Rodowicz, Stanisław Mikulski, Marek Hłasko czy Leopold Tyrmand. O nich i o wielu jeszcze innych ikonach lat 50., 60. i 70. opowiada książka Aleksandry Szarłat "Celebryci z tamtych lat".

O życiu prywatnym ówczesnych celebrytów przysłowiowy Kowalski wiedział niewiele, no chyba, że sławny człowiek stał się bohaterem jakiegoś skandalu - nie było kolorowej prasy, fotoreporterzy robili zdjęcia tylko podczas oficjalnych imprez (np. festiwali), a znajomi gwiazd odznaczali się wyjątkowa dyskrecją. Co innego tzw. "środowisko" - tu wszyscy się znali, wszyscy o wszystkich plotkowali, ale, co ważne, swoją wiedzę zachowywali dla siebie.

Autorka książki dotarła do wielu gwiazd tamtego okresu i namówiła ich na wspomnienia o sobie, ale także o innych, bowiem wielu gwiazd (dosyć wspomnieć Hłaskę, Osiecką, Jędrusik czy Cybulskiego) od dawna już nie ma między nami. Z tych wspomnień powstał ciekawy przewodnik po celebryckim szlaku.
Tak więc celebryta tamtych czasów miał raczej pogardliwy stosunek do rzeczy materialnych, bogactwem nie grzeszył, a jak już jakaś forsa się mu trafiła to szybciutko zostawiał ją w którymś z kultowych lokali z wyszynkiem. Owszem, od czasu do czasu pozwalał sobie na jakiś ekstrawagancki ciuch, który stawał się potem symbolem, tak jak kurtka Zbigniewa Cybulskiego czy biały kożuch Marka Hłaski. Celebryci nie zważali przesadnie na drobnomieszczańskie konwenanse, chociaż w porównaniu z ich dzisiejszymi odpowiednikami cechowała ich wręcz wzorowa moralność. Mieli styczność z komunistyczną władzą i wszechwładną SB-cją, zdarzało im się iść na układ typu występ na festiwalu piosenki radzieckiej w zamian za paszport na wyjazd do Francji czy USA, niektórzy czerpali z tego wymierne korzyści typu własne M-2 poza kolejką czy talon na małego fiata. Zdarzały się konflikty na tle artystycznym, ale generalnie towarzystwo żyło w miarę zgodnie, spotykano się w warszawskich restauracjach i kawiarniach, jeździło się na te same festiwale, a wakacje spędzało się w Sopocie, na Mazurach bądź w Zakopanem. Najważniejsze, że wszyscy mieli czas na spotkanie, rozmowę czy wreszcie imprezowanie. I właśnie tego, tego wspólnie spędzanego czasu, najbardziej dzisiaj jest brak ówczesnym celebrytom. Ale jak mawiał klasyk - to se ne wrati...

Książkę przeczytałam z ogromnym wzruszeniem - trochę tego PRL-u, w jego schyłkowej formie, pamiętam z dzieciństwa. Dlatego polecam ją szczególnie moim rówieśnikom - to świetny pretekst do podróży w przeszłość. 
Aczkolwiek dla młodych ludzi to może być ciekawa lektura i powód do zastanowienia się nad współczesnymi ikonami stylu. Wystarczy bowiem porównać Natalię Siwiec i Kalinę Jędrusik - obydwie mogą poszczycić się pięknym biustem, z tym że u pani Siwiec jest to jedyny atut, natomiast pani Jędrusik była przy okazji wspaniałą artystką i prawdziwą osobowością polskiej kultury.