środa, 1 maja 2019

W telegraficznym skrócie - kwietniowa Trójka e-pik

Kwiecień to dla nauczycieli nie najlepszy czas na pozaszkolną działalność, bo jest to czas rozmaitego rodzaju egzaminów. W tym roku dopadło mnie podwójnie - zdawała moja gimnazjalna klasa ale również byłam zaangażowana w egzaminy obydwu szkół podstawowych w których pracuję. Tak przy okazji - nawet pracując w dwóch zakładach oświatowych nie zarabiam tych bajońskich sum o których bajdurzy pani minister Zalewska i jej klika...

Ale nie o tym miało być tylko o trzech książkach przeczytanych w ramach wyzwania "Trójka e-pik" na blogu Sardegny.
Oto one.

"Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce" Mariusza Urbanka to coś na kształt biografii jednego z najbardziej znanych twórców literatury dziecięco - młodzieżowej dwudziestolecia międzywojennego. Piszę "coś na kształt" bowiem praca ta moim zdaniem nie wyczerpuje fenomenu tego pisarza, na książkach którego wychowało się kilka pokoleń Polaków. Któż z nas nie zna Koziołka Matołka czy Adasia Cisowskiego zwanego Szatanem (z siódmej klasy). To najbardziej znani bohaterowie pana Makuszyńskiego, ale przecież jest jeszcze Basia Bzowska ("Awantura o Basię"), Ewa Tyszowska ("Szaleństwa panny Ewy), Irenka Borowska ("Panna z mokrą głową") i wielu innych.
Kornel Makuszyński to jeden z moich ulubionych pisarzy, i chociaż od lat nie jestem podlotkiem dla której to kategorii wiekowej przeznaczone były jego książki to w dalszym ciągu chętnie do niego wracam. Starałam się też czytać coś na temat samego autora, więc w pracy Mariusza Urbanka nie znalazłam za wiele nowych dla mnie faktów. Chyba najbardziej byłam zainteresowana tym co działo sie z Makuszyńskim po wojnie, kiedy ówczesne władze starały się go wymazać ze świadomości publicznej, kiedy nie drukowano jego książek a z bibliotek usuwano znajdujące się tam egzemplarze. Niestety, ten akurat rozdział z życia pisarza potraktował autor bardzo skrótowo.
Szkoda, bo mogła to być książka bardzo dobra a jest zaledwie dobra... 

********************************************


Joanna Chmielewska jest dobra na wszystko. Owszem ale nie każda jej książka. Tym razem trafiła mi się taka trochę słabsza, czyli "Dwie głowy i jedna noga".
Rzecz dzieje się w latach 90. Joanna jedzie do Paryża aby tam spotkać się z mężczyzną swojego życia. Owego Grzegorza poznała jeszcze w czasach młodości, ale jakoś nigdy im się nie składało - na drodze stali współmałżonkowie (tzn. jak jedno było stanu wolnego to drugie wręcz przeciwnie), wyjazdy do pracy za granicę, wreszcie zwykła ludzka zawiść. Teraz wreszcie po latach udało się odnowić kontakty i zaplanować spotkanie. Tak więc Joanna wybywa nad Sekwanę.
Wydawać by się mogło, że to nic prostszego. Niestety nie w tym wypadku. Po pierwsze przed Łodzią Joanna jest świadkiem wypadku drogowego. Po drugie na granicy okazuje się, że jej ubezpieczenie jest nieaktualne i musi odrobić rozmaite formalności aby móc wjechać do Niemiec. Po trzecie już we Francji ma wrażenie, że ktoś ją śledzi przystaje więc w zatoczce przy autostradzie i odpracowuje rozmaite czynności przy samochodzie łącznie z otwarciem bagażnika. I tu niespodzianka - w bagażniku znajduje się... odcięta ludzka głowa.
Normalny człowiek doznałby przynajmniej lekkiego wstrząsu, ale nie Joanna. Po chwilowym ogłupieniu jedzie dalej...

To jedna z nielicznych książek Joany Chmielewskiej, która nie wywołała we mnie ataku śmiechu. Owszem uśmiechnęłam się kilka razy, ale do zacieszu znanego mi z lektury innych powieści tej pani było mi daleko. Czym to było spowodowane? Po pierwsze zbyt dużo zbiegów okoliczności. Rozumiem, że środowisko architektów nie jest jakoś specjalnie rozrośnięte, a i kryminał ma swoje wymagania (im mniej bohaterów drugoplanowych tym lepiej) ale nie należy popadać w przesadę. Po drugie, i to chyba jest główny powód, Joanna Chmielewska nawiązuje w tej książce do rozmaitych afer które miały miejsce właśnie w tamtym okresie. Nie pisze oczywiście o konkretnych przekrętach, bardziej jest to ogólna opinia o tym co się dzieje w rozmaitych służbach, o byłych prominentach, którzy pomimo zmiany ustroju dalej mają się dobrze i tylko zmienili teren swojej działalności. Z kartek książki przebija gorzka prawda o tym, że chociaż wszystko się zmieniło to tak naprawę zmieniło się niewiele...

*****************************************


Andrzeja Pilipiuka znałam do tej pory tylko z serii opowiadającej o kuzynkach Kruszewskich. Ponieważ tamte powieści mi się podobały więc z chęcią sięgnęłam po kolejną książkę tego autora czyli "Wampira z M-3".
Warszawa, lata 80.. PRL wciąż jeszcze ma się dobrze, chociaż powolutku zbliżają się nowe czasy. Gosia to warszawska licealistka, jej ojciec jest ważną partyjną figurą. Pewnego dnia popełnia samobójstwo, jednak, co najbardziej dziwi ją samą żyje w dalszym ciągu. Szybko dociera do niej, że jest wampirem. Po emocjonującym spotkaniu z rodziną (jedni do niej strzelają z broni myśliwskiej, inni odprawiają egzorcyzmy) musi radzić sobie sama. Na swoje szczęście spotyka innego warszawskiego wampira, ślusarza Marka, który wprowadza ją w świat stołecznych nieumarłych oraz innych dziwnych stworzeń.
Życie w PRL-u dla nikogo nie było proste, ale już wampiry mają całkiem pod górkę. Tyle szczęścia, że nie muszą się martwić o kartki na żywność...
Gosia, Marek i ich przyjaciele przeżywają rozmaite przygody, spotykają Jakuba Wędrowycza (swoją drogą Pilipiuk chyba wpycha go w każdą swoją książkę) a nawet literacką legendę PRL-u czyli Pana Samochodzika. I mimo wszystko jakoś ta książka mnie nie porwała. To znaczy przeczytałam bez bólu ale i bez euforii.

Tak teraz patrzę, że właściwie żadna z przeczytanych książek nie wywołała u mnie efektu "Łał" ;) I tylko nie wiem czy faktycznie one takie bardziej słabe, czy po prostu ja byłam tym szkolnym wariactwem uchechłana jak koń po westernie i nic nie było w stanie zrobić na mnie wrażenia.

niedziela, 31 marca 2019

Powrót do sprawdzonych bohaterów

O ile nie mam jakoś nabożeństwa do telewizyjnych seriali, o tyle bardzo lubię książkowe serie - zarówno te kilku jak i kilkunastotomowe. Jedną z ulubionych jest seria książek sensacyjnych opowiadających o przygodach Dirka Pitta, której autorem jest Clive Cussler. Większość tomów mam w swojej biblioteczce, a te, których mi brakuje sukcesywnie sobie dokupuję. Jednym z ostatnich nabytków są "Zabójcze wibracje", które powstały co prawda ponad 20 lat temu, ale w dalszym ciągu nie straciły na aktualności.

Dirk Pitt wraz ze swoimi współpracownikami z NUMA (Narodowa Agencja Badań Podwodnych i Morskich) bada anomalie na Morzu Tasmana, gdzie w niewyjaśnionych okolicznościach dochodzi do masowej zagłady zwierząt morskich. Trafia na Wyspę Seymoura, gdzie w jaskini odnajduje grupę pasażerów wycieczkowego statku. Jak się okazuje cudem ocalałą z katastrofy - pozostali pasażerowie "Polar Queen" i cała załoga zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach. Jedną z ocalałych osób jest Maeve Fletcher, przewodniczka wycieczki, która niemal od razu wpada Dirkowi w oko.
Badania ciał pasażerów "Polar Queen" oraz fok i pingwinów nie pozwalają ustalić powodu śmierci - wydaje się, że nastąpiła ona z powodu zbyt dużego hałasu. Tę mało prawdopodobną teorię potwierdzają jednak kolejne śmiertelne wypadki. Pitt zaczyna poszukiwania źródeł zabójczego hałasu - głównym podejrzanym staje się multimilioner Arthur Dorsett, tajemniczy potentat rynku handlu diamentami, prywatnie ojciec pięknej Maeve...

"Zabójcze wibracje" to trzynasty, bynajmniej nie pechowy, tom serii. Dirk to już nie młodzieniaszek, chociaż wciąż jest w formie i niejeden raz ucieka śmierci sprzed nosa, chociaż najczęściej dosyć mocno poobijany. Również jego najbliższy przyjaciel Al Giordino, chociaż wydaje się niezniszczalny, zaczyna odczuwać upływ czasu. Co nie zmienia faktu, że obydwaj nie wahają się podjąć walki w obronie świata przed katastrofą. 
Jeśli chodzi o powieści Cusslera to najczęściej chodzi o katastrofy ekologiczne - tak jest i w tym wypadku, bowiem generowane przez zakłady Dorsetta wibracje niszczą wszelkie formy życia w swoim zasięgu. Ale to nie wszystko - Arthur Dorsett ma jeszcze inny plan - plan, który zachwieje światową gospodarką...

Na koniec taka ciekawostka - Dirk Pitt, podobnie jak James Bond spotyka na swojej drodze wiele pięknych kobiet. Jest wobec nich szarmancki, uprzejmy i opiekuńczy, jednak żadna z nich nie może raczej liczyć na jakieś większe zaangażowanie z jego strony. Maeve Fletcher to jedna z niewielu (konkretnie trzech) kobiet, z którymi Dirk chciał się związać na stałe.

****************************************************

W ubiegłym miesiącu rozpoczęłam przygodę z "Trylogią arturiańską", której autorem jest Bernard Cornwell - wtedy przeczytałam część pierwszą pt. "Zimowy monarcha" a teraz przyszedł czas na jej kontynuację czyli tom pt. "Nieprzyjaciel Boga". Po raz kolejny historię opowiada Derfel - kiedyś jeden z najbliższych Arturowi wojowników, teraz mnich.

Arturowi udaje się zwyciężyć najeżdżających ziemie Brytów Saksonów i zawrzeć w miarę trwały pokój. To spełnienie jego największych pragnień, więc wydaje mu się, że wszyscy powinni być szczęśliwi tak jak on. Niestety, to tylko pobożne życzenie.
Merlin a wraz z nim Derfel wyrusza do Irlandii w poszukiwaniu legendarnego artefaktu - kotła, który według legendy przekazali ludziom bogowie. Ginewra rozczarowana brakiem ambicji Artura szuka spełnienia w religijnych misteriach ku czci bogini Izydy, a rozgoryczony Lancelot szuka sposobu aby się wzbogacić i zdobyć władzę.
Pragnienia osób najbliższych Arturowi nijak się mają do jego wizji szczęścia i wiadomo, że w którymś momencie musi dojść do wybuchu. Nie bez znaczenia jest też fakt, że Artur sam stworzył sobie największego przeciwnika - chrześcijanie go nie tolerują, bo jest poganinem. Co może się wydać dziwne to fakt, że jest on ogólnie niezbyt religijny, a wszystkich traktuje z jednakową tolerancją i szacunkiem. I to, paradoksalnie, przysparza mu jeszcze więcej wrogów.
W tym tomie autor przedstawia swoją wizję kilku najważniejszych legend arturiańskich - tej o Tristanie i Izoldzie, o poszukiwaniu Świętego Grala, o Okrągłym Stole i jego rycerzach czy wreszcie o zdradzie Ginewry i Lancelota. Pojawia się Persifal i Bors a Galahad, najbliższy przyjaciel Derfla jest przyrodnim bratem Lancelota. Pojawiają się również najbardziej związane z Arturem i Merlinem miejsca - Camelot i Avalon.

Po raz kolejny autor zostawia czytelnika w miejscu przełomowym - katastrofa następuje, Artur musi spojrzeć prawdzie w oczy i porzucić swój idealizm, Merlin jest coraz starszy i słabszy, Ginewra przegrywa wszystkie swoje plany i marzenia. Jedynym w miarę spokojnym i spełnionym człowiekiem jest Derfel, chociaż i jego los nie oszczędzał. Tylko ciekawe na jak długo?
Cóż, o tym dowiem się dopiero po lekturze ostatniego tomu tej trylogii.


wtorek, 26 marca 2019

Czy powstanie to właściwe miejsce dla młodej dziewczyny?

Powstanie Warszawskie nie od wczoraj budzi liczne kontrowersje. 63 dni walki to z jednej strony niespotykany heroizm i patriotyzm mierzony krwią powstańców, z drugiej to śmierć setek żołnierzy i cywili zamieszkujących miasto, a i Warszawa stała się morzem gruzów.
Gdyby zapytać samych powstańców (niewielu już ich niestety zostało...) co dzisiaj, po latach sądzą o tamtych letnich dniach 1944 roku to większość z nich pewnie powiedziałaby, że tak było trzeba. I to pomimo tego, że właściwie od początku wiadomo było, że będzie trudno, a po kilku dniach nadzieja na zwycięstwo zaczęła się ulatniać z dymem kolejnych burzonych przez Niemców domów.

Wśród powstańców było wiele dziewcząt - pełniły obowiązki pielęgniarek i łączniczek, przenosiły meldunki, opatrywały rany, trzymały za rękę umierających żołnierzy, niektóre walczyły z bronią w ręku. Dziennikarka Anna Herbich,  autorka "Dziewczyn z powstania" dotarła do kilkunastu z nich i namówiła na wspominki dotyczące tamtych wydarzeń. Jedną z powstańczych dziewczyn występujących w książce jest Irena z Wilgów Herbich, babcia autorki.

Bohaterki książki pochodzą z różnych środowisk, mają różną sytuację rodzinną, niektóre są w konspiracji, inne próbują normalnie żyć i przetrwać w tych nienormalnych czasach. Każda z nich trochę inaczej widzi tamte dni: Halina na kilka godzin przed wybuchem powstania urodziła syna, Jacuś, synek Ireny miał dopiero cztery miesiące - obydwie były gotowe zrobić wszystko aby uratować dzieci; Jadwiga do Warszawy przedziera się z Kresów gdzie już rozpoczęły się rządy władzy ludowej; Anna, pochodząca z jednej z najważniejszych rodzin II Rzeczpospolitej trafia do radzieckiej niewoli, która jest jeszcze gorsza niż walka w zniszczonej stolicy, a jeszcze Sławka, Zosia, Teresa...  Tym co je łączy jest siła i wola przetrwania.

"Dziewczyny z powstania" opisane przez Annę Herbich to tak naprawdę normalne, zwykłe młode kobiety, które chciały kochać i być kochane, które cieszyły codzienne drobiazgi i chwile spędzane z najbliższymi. Wojna im to zabrała, a one stanęły w powstańczym szeregu aby odzyskać to co straciły - jeśli nie dla siebie, to dla swoich dzieci i wnuków. I my, pokolenie ich wnuków i prawnuków nie możemy o tym zapomnieć, nie ważne jaki mamy osobisty stosunek do powstania i tych, którzy go wywołali.

wtorek, 12 marca 2019

Idy marcowe czyli koniec pewnej historii

Trochę ponad trzy lata temu zachwycałam się dwoma książkami z cyklu "Kronik Zapomnianego Legionu" - "Zapomnianym Legionem" (opinia TU) i "Srebrnym orłem" (opinia TU), a dzisiaj chciałabym napisać parę słów na temat "Drogi do Rzymu", która stanowi zwieńczenie tej trylogii.

Akcja powieści rozpoczyna się zimą 48r. p.n.e. w Aleksandrii. Przewrotny los krzyżuje na kilka chwil losy Romulusa i Fabioli - rozdzielone kilka lat wcześniej rodzeństwo rozpoznaje się w aleksandryjskim porcie. Niestety, nie dane jest im nawet zamienić słowa - Fabiola opuszcza ogarnięte walkami miasto na jednym z okrętów, Romulus wcielony wcześniej na siłę do XXVIII legionu musi walczyć z siłami wrogimi Cezarowi. W czasie tych walk młody legionista ponosi jeszcze jedną stratę - ranny Tarkwiniusz znika gdzieś w bitewnej zawierusze i chłopak zostaje sam. Przy życiu trzyma go właściwie tylko myśl o Fabioli - marzy aby wrócić do Rzymu i odnaleźć siostrę. Niestety nie jest to takie proste, bowiem Cezar nie planuje powrotu do stolicy, a nad Romulusem pojawia się kolejne niebezpieczeństwo - na jaw wychodzi jego przeszłość. Odwaga i poświęcenie w czasie walk zostają natychmiast zapomniane, gdy okazuje się, ze młody legionista jest zbiegłym niewolnikiem. Wydaje się, że nic ani nikt nie uratuje mu życia i Romulus zginie w cyrku ku uciesze gawiedzi...

Również Fabiola przeżywa ciężkie chwile - jest niemal pewna, że zna nazwisko tego, kto brutalnie zgwałcił jej matkę. To najpotężniejszy obywatel Rzymu i zemsta za krzywdę jest niemal niemożliwa. Jednak dziewczynie nie brakuje determinacji i pomysłowości - postanawia zorganizować spisek mający na celu zamordowanie... Cezara. Aby łatwiej tego dokonać a przy okazji mieć dobrą przykrywkę do swoich działań kupuje Lupanar, dom publiczny w którym kiedyś pracowała - nikogo raczej nie zdziwi, że do tego przybytku uczęszczać będzie grupa bogatych i wpływowych mężczyzn. Niestety o nią też upomina się przeszłość w postaci Scewoli, szefa bandy łowców niewolników, z którym zadarła kilka lat wcześniej w Pompejach. Życie Fabioli po raz kolejny zawiśnie na włosku.

Właściwie najbezpieczniejszy żywot wiedzie Tarkwiniusz, który po odłączeniu się od swojego legionu leczy rany w Aleksandrii, a przy okazji studiuje tam rękopisy zgromadzone w słynnej Bibliotece Aleksandryjskiej. Z Egiptu udaje się na Rodos, a następnie do Rzymu, gdzie ponownie spotyka Romulusa oraz poznaje Fabiolę.
Tymczasem zbliża się marzec 44r. p.n.e. i jeden z najważniejszych dni w historii republiki rzymskiej - 15 marca, czyli idy marcowe...

Będę się tutaj powtarzać, bo pisałam o tym już przy okazji poprzednich tomów - Ben Kane jest świetnym pisarzem, opowiadana przez niego historia wciąga bez reszty i chociaż wiadomo, że Cezar zginie to mimo wszystko ma się nadzieję, że jednak coś lub ktoś odwróci jego losy. Bohaterowie to postacie z krwi i kości, mają wady i zalety, podejmują nie zawsze dobre decyzje, nie są też żadnymi superbohaterami o niezwykłych mocach i nadprzyrodzonym szczęściu. Bywają weseli i smutni, radośni i przerażeni, a zaatakowani nie zawsze są się w stanie obronić i wyjść bez szwanku z potyczki. Są po prostu prawdziwi.

Całość "Kronik Zapomnianego Legionu" obejmuje okres 10 lat. Fabiola i Romulus z początku opowieści to dwójka nastolatków brutalnie rozdzielona i skazana właściwie na życie bez przyszłości. Determinacja, inteligencja i zaradność tej dwójki sprawiają, że udaje im się wygrać z losem, a lata walki o swoje wpływają na to jakimi stają się dorosłymi. Żadne z nich nie ma lekko, ale wydaje mi się, że cięższą szkołę życia przechodzi Fabiola. Oczywiście Romulus musi na co dzień walczyć o życie, ale zarówno w szkole gladiatorów jak i wojennych wypraw ma przy sobie przyjaciół, na których może liczyć. Życie jego siostry przez większość czasu nie jest bezpośrednio zagrożone, ale dziewczyna jest sama, nie ma się na kim oprzeć. Owszem jest jej protektor Decimus Brutus, jednak Fabiola w chwili kiedy go poznaje nie potrafi już zaufać mężczyźnie, bowiem spotkało ją zbyt wiele krzywd. Paradoksalnie Romulus zagrożony strzałami, włóczniami i mieczami wrogów gdzieś na rubieżach imperium jest bezpieczniejszy niż jego siostra w samym centrum ówczesnego cywilizowanego świata.

Serdecznie polecam tę książkę oraz oczywiście dwa poprzednie tomy "Kronik".

środa, 27 lutego 2019

Prawdziwa historia Artura

Legenda o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu to jedna z najważniejszych historii europejskiego średniowiecza. Opowieści o dzielnych rycerzach, pięknych damach, czarach i potworach rozpalały wyobraźnię bardów i poetów układających wciąż nowe pieśni o mieszkańcach Camelotu, a w sercach ich słuchaczy budziły chęć dorównania Arturowi, Lancelotowi czy Galahadowi. Przez wieki powstało wiele wersji arturiańskich opowieści a temat, wydawałoby się, że już całkiem wyeksploatowany, wciąż jest chętnie wykorzystywany na różne sposoby.

Bernard Cornwell to Anglik na stałe mieszkający w USA. W swoim dorobku ma kilkadziesiąt powieści historycznych i thrillerów w tym "Trylogię Arturiańską" w której przedstawił swoją wizję historii Artura, Ginewry, Lancelota i Merlina. Pierwszy tom trylogii to "Zimowy monarcha"

Narratorem historii jest Derfel, saksoński sierota wychowany w domu Merlina.
Swoją opowieść Derfel rozpoczyna w przełomowym momencie dziejów Brytanii - umiera Uther Pendragon, król, który podporządkował sobie władców sąsiednich krajów. Jego następcą jest wnuk, zaledwie kilkumiesięczny Mordred. Artur, nieślubny syn Uthera, przebywa w Armoryce (dzisiejsza Bretania), ojciec się go wyrzekł i zabronił mu wracać do kraju.
Po śmierci Uthera okazuje się, że sieć sojuszów była nietrwała, kraj pogrąża się w bratobójczej walce i jedynym, który może tu coś zaradzić jest Artur. Po jego powrocie udaje się zapewnić pokój, jednak jedna nieprzemyślana i podjęta pod wpływem emocji decyzja niszczy tak z trudem osiągnięte porozumienie. Dla Brytanii rozpoczynają się ciężkie czasy...

Opowieść o Arturze pióra Bernarda Cornwella różni się zasadniczo od innych znanych mi wersji tej legendy. Po pierwsze sam główny bohater - nie jest królem tylko wodzem, człowiekiem stojącym na jednym z niższych stopni drabiny społecznej, Ginewra to ambitna córka króla pozbawionego królestwa, dla której małżeństwo ze słynnym wodzem jest krokiem do wymarzonego awansu społecznego, Lancelot to zadufany w sobie egocentryk, marny strateg i karierowicz przypisujący sobie zasługi innych. Merlin, nieobecny przez większą część utworu, to ekscentryk i dziwak, chociaż inteligencji nie można mu odmówić.
Niestety, nie ma w tej opowieści miejsca na czary, smoki i tym podobne atrybuty klasycznych wersji legendy - "Zimowy monarcha" to powieść historyczna a nie fantastyka. Co prawda źródła historyczne do tamtego okresu dziejów Brytanii są mniej niż skromne, ale autor opierając się na tych istniejących stworzył pełen realizmu obraz walk plemiennych, saksońskiej inwazji i  powolnego przechodzenia z pogaństwa na chrześcijaństwo. Bohaterowie stracili swój baśniowy czar ale zyskali ludzkie rysy, charaktery i słabości, przez co są bardziej interesujący, a ich losy wciągają czytelnika.

"Zimowy monarcha" to idealna powieść dla wielbicieli historii średniowiecza, rycerskich klimatów, przygód i tajemnic. A jeśli już przeczytacie ten tom to zaręczam , że większość z was będzie chciała sięgnąć po następne.

środa, 20 lutego 2019

Kraków w dwóch odsłonach

Lucyna Olejniczak jest stuprocentową krakowianką - tu się urodziła, tu mieszka, tu pracowała, a teraz, będąc już na emeryturze, pisze swoje książki, których akcja jest osadzona oczywiście w jej rodzinnym mieście.

"Hanka" to pierwszy tom cyklu "Kobiety z ulicy Grodzkiej", który opowiada o losach mieszkanek jednej ze staromiejskich kamienic od końca XIX wieku do czasów powojennych. 
Tytułowa Hanka to młodziutka służąca zatrudniona w domu aptekarza Franciszka Bernata. Zachodzi w ciążę ze swoim pracodawcą i wykrwawia się rodząc śliczną, zdrową córeczkę. W tym samym czasie Klementyna, żona Bernata, rodzi również córkę, która niestety umiera. Odbierająca obydwa porody akuszerka zamienia noworodki - uważa, że należy ratować dziecko Hanki, a aptekarzowej, która kilkakrotnie już poroniła, bądź urodziła martwe dzieci dać wreszcie zaznać szczęśliwego macierzyństwa.
Przed śmiercią Hanka rzuca na Bernata i jego potomków straszną klątwę. Nie zdaje sobie sprawy, że w ten sposób krzywdzi również swoją córeczkę Wiktorię...

Mała Wiktoria dorasta nie znając własnego pochodzenia, walcząc o akceptację ojca, który ma jej za złe, że nie jest upragnionym synem, opiekując się młodszymi braćmi a kiedy wydaje się, że w jej życiu wreszcie coś się zmieni na lepsze stara klątwa ponownie daje o sobie znać.

Powieść Lucyny Olejniczak przenosi nas do czasów, kiedy kobiety najczęściej zamknięte są w czterech ścianach własnego domu a ich najważniejszym zadaniem jest rodzenie i wychowanie dzieci oraz dbanie o wygodę pana i władcy, czyli własnego męża. Zdolna i inteligentna Wiktoria chce się uczyć, marzy o studiach farmaceutycznych ale jej ojciec nie chce o tym słyszeć. Na szczęście dla dziewczyny jej młodsi bracia nie spełniają nadziei Bernata i ostatecznie godzi się na dalszą edukację córki i jej pracę w rodzinnej aptece.

"Hanka" to powieść którą całkiem nieźle się czyta, akcja toczy się wartko, nie ma jakiegoś przesadnego psychologizowania a bohaterowie wzbudzają w czytelniku pewne emocje. Co ważne nie ma tu cudownych zbiegów okoliczności a postacie nie są czarno-białe. Niestety nie udało się autorce ustrzec pewnych niekonsekwencji (chociażby jak to się stało, że skrupulatny, a wręcz skąpy Bernat nie zauważa, że Wiktorii zdarza się dać jakiemuś biedakowi leki za darmo), ale uczciwie muszę przyznać, że już mam na półce kolejne tomy serii, bo bardzo jestem ciekawa jak potoczą się dalsze losy kobiet z ulicy Grodzkiej.

**********************************************

Sara Weronika Sokalska, bohaterka książki "Spalić wiedźmę", której autorką jest Magdalena Kubasiewicz powraca!

Od wydarzeń, które opisane zostały w pierwszym tomie przygód Saniki minął rok. Polanią w dalszym ciągu włada król Julian Łukomski, Sanika nadal jest Pierwszą Czarownicą, Loża Magów (a szczególnie jej przewodniczący) w dalszym ciągu rzucają jej kłody pod nogi, Smok Wawelski udziela dobrych rad - czyli wszystko po staremu.
Niestety spokój nie trwa długo. W mieście i na zamku zaczynają pojawiać się duchy, ma Uniwersytecie Jagiellońskim zostaje zamordowany jeden z profesorów Wydziału Magicznego a w bestialskim rytuale ginie jeden ze studentów tegoż wydziału. Sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli, Sara coraz częściej traci nad sobą panowanie i przy okazji nad własną magią również.
Wygląda na to, że ktoś celowo ją osacza, ktoś kto wie o niej i jej przeszłości stanowczo zbyt wiele...

"Wiedźma Jego Królewskiej Mości" to kontynuacja, więc siłą rzeczy czytając porównywałam ją do części pierwszej. Jak wyszło to porównanie? Cóż... Moim zdaniem "Spalić wiedźmę", czyli tom pierwszy serii jest lepszy. Aczkolwiek obiektywnie rzecz biorąc do tomu drugiego nie ma się właściwie o co przyczepić - akcja jest przemyślana, bohaterowie również, Sara nie straciła nic ze swojej zadziorności a Julek, przepraszam - król Julian dalej troszkę się boi swojej czarownicy. Rozwiązanie intrygi jest pomysłowe i nie całkiem oczywiste, parę spraw nadal nie jest wyjaśnionych (chociażby pochodzenie i historia życia Saniki - coś tam się możemy dowiedzieć, ale to bardziej domysły niż pewność) a zakończenie otwarte tak jak to tylko możliwe, co daje nadzieję, że Sara jeszcze kiedyś powróci.

Co więc jest nie tak?
Myślę, że części drugiej brakuje trochę krakowskiego klimatu. Oczywiście akcja toczy się w Krakowie, ale raczej gdzieś w osiedlowych dekoracjach, czyli tak naprawdę mogło by to być każde inne miasto... Ale to może tylko takie moje wrażenie - osoby zakochanej w Krakowie już od kilkudziesięciu lat.
Jakby nie było powieść naprawdę warto przeczytać.

czwartek, 31 stycznia 2019

Trzy po trzy czyli "Trójka e-pik" powraca

Mój ty świecie... Wychodzi na to, ze umarłam medialnie a teraz nastąpi zmartwychwstanie ;)
A zmartwychwstanie następuje na rzecz niejakiej "Trójki e-pik", dawnego pomysłu Sardegny, któren to pomysł też ożył w tym miesiacu po dosyc długiej hibernacji.
W ramach tejże "Trójki" należało przeczytać trzy książki z określonymi motywami - duchy, góry, smieszny kryminał. Oczywiście każdy motyw osobno, chociaż jakby się ktoś uparł to może udałoby się zmieścić wszystko w jednym dziele.
Pomimo rozlicznych obowiązków udało mi się wybrane lektury przeczytać. i to nie byle gdzie, bo w samym Zakopanem gdzie przebywałam w czasie ferii w charakterze wychowawcy na kolonii. Zeby nie było - nie zaniedbywałam swoich obowiązków w czasie dnia. Natomiast po 22-giej, kiedy moje chłopaczyska powinny teoretycznie słodko spać w łóżeczkach siadałam sobie pod lampeczką na korytarzu (tak żeby widzieć wszystkie drzwi do pokojów) i czytałam, często do późnych godzin nocnych, tzn. do czasu kiedy moi panowie znudzeni i zdenerwowani moim okrucieństwem (bo przecież na kolonii najfajniejsze rzeczy dzieją się w godzinach nocnych) szli wreszcie spać...

"Za stare grzechy" Izabelli Frączyk to pierwszy tom cyklu "Śnieżna grań" opowiadającego o rodzinie Stachowiaków prowadzącej na Podhalu rodzinny biznes turystyczno-wypoczynkowy. Rodzina składa się z mamy i dwójki dorosłych dzieci, bowiem ojciec rodziny zginął kilka lat wcześniej w nieszczęśliwym wypadku. Firma składa się z pensjonatu, restauracji, stoku narciarskiego z wyciągiem, wypożyczalni sprzętu oraz szkółki narciarskiej. Biznesem gastronomicznym zarządza mama, syn Edek odpowiada za stok i wyciąg natomiast córka Lola zajmuje się szkoleniem przyszłych narciarzy oraz wypożyczalnią. Do rodziny należy jeszcze stryj Józek oraz Mania ośmioletnia córeczka Loli.
Główną bohaterką tego tomu jest Lola, która z jednej strony musi się uporać z przeszłością, a konkretnie z tatusiem Mani, o którego dziewczynka zaczyna coraz natarczywiej się dopytywać, a z drugiej strony zadecydować co zrobić z nową całkiem obiecującą znajomością z pewnym polsko-austriackim biznesmenem.
Książkę czyta się bez bólu, ale jakaś wybitna literatura to niestety nie jest... Akcja jest przewidywalna, postacie bohaterów też, jak to mówi moje dziecko "mocne 2 na 10". widziałam, że wyszedł już drugi tom, jak będę miała dużo czasu to może sięgnę, ale przymusu nie czuję.

Nora Roberts to uznana marka i chociaż romansów nie czytuję jakoś namiętnie to akurat jej książki mi się podobają.
"Noc na bagnach Luizjany" to historia osadzona w starej posiadłości leżącej na obrzeżach Nowego Orleanu. Posiadłość ma nieciekawą opinię, od wielu lat nikt w niej nie mieszka, a wszyscy kolejni właściciele nie wytrzymują tu dłużej niż kilka tygodni. Teraz tę posiadłość kupuje prawnik z Bostonu Declan Fitzpatrick, który właśnie zerwał z narzeczoną i postanowił zacząć nowe życie jak najdalej od rodzinnego miasta. Szybko dowiaduje się, że przed stu laty rozegrała się tu wielki dramat - dwóch braci zginęło w tragicznych okolicznościach a żona jednego z nich zniknęła zostawiając maleńką córeczkę.
Declan poznaje Angelinę, w prostej linii potomkinię tamtego rodu. Szybko też orientuje się, że w swoim nowym domu nie jest sam - słyszy płacz dziecka, ma wizje i czuje czyjąś wrogą obecność. A babcia Angeliny mieszkająca nieopodal posiadłości w chatce na bagnach utrzymuje, że Declan zjawił się tu nieprzypadkowo...
Chociaż od początku wiadomo, ze powieść zakończy se happy endem czyta się ją z przyjemnością. Tak przy okazji - okazuje się, że ta powieść Nory Roberts ma swoją filmową wersję , całkiem zresztą udaną.

Nieodżałowanej pamięci Chmielewska Joanna to jedna z moich ukochanych autorek, przeczytałam już niemal wszystko co wyszło spod jej ręki. Jedną z nieprzeczytanych dotąd powieści była "Tajemnica", jak to zwykle u tej pisarki kryminał z dużą dawką humoru.
Rzecz dzieje się na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Joanna, jak to zwykle ona, wplątuje się w kryminalną aferę. Początkowo wydaje się, że afer jest kilka - narkotyki, handel brylantami wreszcie oszustwa w kasynie. W tle majaczy się jeszcze porwanie dziecka oraz seria nieszczęśliwych wypadków, których ofiarami są osoby związane nawet pośrednio z wymienionymi wyżej procederami. Joanna w towarzystwie swojego przyjaciela Gucia stara się dojść o co właściwie chodzi w tym wszystkim. Po raz chyba pierwszy nie ufa swojej ukochanej milicji, która zresztą zdążyła się już przekwalifikować na policję, bo okazuje się, ze w aferę wplątani są również przedstawiciele służb mundurowych.
Historia jest w porządku, jak to u Chmielewskiej humor słowny i sytuacyjny na całkiem niezłym poziomie, jak ktoś nie zna to może warto poznać.