niedziela, 4 grudnia 2016

Mitologia po raz drugi

Jeżeli jest książka i ekranizacja to z zasady staram się najpierw czytać a dopiero później oglądać. Nie zawsze się to udaje - tak było i w tym przypadku. Moje dziecko lubi, podobnie jak zdecydowana większość jego rówieśników, oglądać telewizję. Z tym, że lubi to robić w towarzystwie, więc z tatą ogląda rozmaite Discovery, Animal Planet i tym podobne, natomiast od filmów i zawodów sportowych jest mama. Na szczęście Młody nie ogląda seriali...

Tak więc niejakiego Perseusza (bardziej znanego jako Percy) Jacksona poznałam dzięki filmowej adaptacji pt. "Złodziej pioruna".. Film był sympatyczny, bohaterowie niczego sobie, Pierce Brosnan jako centaur też robił wrażenie a wisienką na torcie była obecność jednego z moich ulubionych aktorów Seana Beana w roli Zeusa.
Przyznam się jednak szczerze, że jakoś nie poczułam w sobie natychmiastowej chęci rzucenia się na poszukiwania książki na której opierała się ekranizacja. Owszem od czasu do czasu czytuję jakąś młodzieżówkę, ale specjalnie za nimi nie przepadam.
Percy jednak znalazł mnie sam - jakiś czas temu nasza szkolna biblioteka wzbogaciła się o serię poświęconą młodemu herosowi, więc kiedy potrzebowałam jakiejś zdecydowanie lekkiej lektury mój wybór padł na pięcioksiąg autorstwa Ricka Riordana. 
Na serię "Percy Jackson i bogowie olimpijscy" składają się tomy "Złodziej pioruna", "Morze potworów", "Klątwa tytana", "Bitwa w labiryncie" i "Ostatni olimpijczyk". 

Percy to heros, półbóg, którego ojcem jest Posejdon. O swoim niezwykłym pochodzeniu dowiaduje się w dosyć gwałtowny sposób tuż przed swoimi dwunastymi urodzinami. Po serii niezwykle groźnych wypadków trafia do letniego obozu w którym poznaje całą gromadę podobnych sobie osób, dzieci bogów i śmiertelników. Z niektórymi się zaprzyjaźnia, z innymi wręcz przeciwnie, ale jedno jest pewne - czeka go tu wiele przygód, ale też sporo będzie się musiał nauczyć. I nie chodzi tu tylko o jazdę konną czy władanie mieczem, co powinien umieć każdy szanujący się heros. Percy, a przy okazji i czytelnicy serii, poznaje mitologię i kulturę grecką, które leżą u podstaw naszej cywilizacji.

W książkach roi się od postaci znanych z kart mitologii, pojawiają się bogowie, nimfy i bohaterowie, ale i potwory z którymi Percy i jego przyjaciele będą musieli walczyć. 
Właściwie każda książka jest zamkniętą całością, jednak lepiej je czytać po kolei, bo jeden wątek, przygotowania do wojny i walka z pradawnym wrogiem rodziny olimpijskiej, spina historię w całość. Książkę czyta się szybko - zasługa w tym ciekawego pomysłu, wartkiej akcji, odrobiny magii i sympatycznych bohaterów. Chociaż co do tych bohaterów to miałabym jedną ale dosyć znaczącą uwagę - Percy jest trochę zbyt kryształowy jak na mój gust. To właściwie chłopak bez wad, zawsze gotowy do walki w obronie słabszych, uprzejmy i akuratny - no ideał jednym słowem. Byłby bardziej wiarygodny, gdyby miał chociaż jedną, maleńką wadę. Choć z drugiej strony muszę przyznać, że da się lubić ;) 

Seria "Percy Jackson i bogowie olimpijscy" to świetna lektura przeznaczona dla młodszych nastolatków. A jeżeli oprócz śledzenia losów głównego bohatera zapamiętają jeszcze przy okazji coś z mitologii to będzie to bardzo miły dodatek do kilkunastu godzin dobrej zabawy.


niedziela, 20 listopada 2016

Mitologia dla dzieci - odsłona pierwsza

Chociaż do jej powstania minęło już ponad dwa tysiące lat to w dalszym ciągu fascynuje i rozpala wyobraźnię - mitologia, bo o niej mowa, pomimo słusznego wieku ma się całkiem nieźle i nic a nic nie traci na popularności. Czytają ja dorośli, czyta młodzież (no może niezbyt chętnie, bo to jednak lektura szkolna), sięgają po nią również dzieci. 
I z tymi dziecięcymi odbiorcami był do tej pory największy problem - dostępne na naszym rynku wersje mitów przeznaczone są raczej dla starszego czytelnika. Ale ta luka właśnie została zniwelowana - pojawiła się bowiem ostatnio "Moja pierwsza mitologia", której autorką jest Katarzyna Marciniak. Jest to dwutomowe wydawnictwo przeznaczone dla dzieci - właśnie miałam przyjemność zapoznać się z pierwszym tomem składającym się z dwóch części - "Dzieciństwo bogów i ludzi" oraz "Przygody herosów".

Młody czytelnik ma w tej książce możliwość zapoznania się z dzieciństwem Zeusa, Hermesa, Afrodyty, Aresa oraz innych olimpijczyków, znajdzie tu opowieść o pierwszych ludziach stworzonych przez Prometeusza, będzie mógł śledzić przygody najsłynniejszego greckiego herosa Heraklesa, pozna dzieje Tezeusza, Jazona, Perseusza i innych bohaterów. A wszystko to w wersji niemal bezkrwawej, dostosowanej do poziomu kilkuletniego odbiorcy - tzn. kto ma zginąć ginie, ale autorka nie ekscytuje się technicznymi opisami zadawanej śmierci.

Każda opowieść składa się z trzech części - mitu opowiadanego przez dorosłych dzieciom (często są to zwierzęta, np. orły, sowy czy mrówki), wyjaśnienia łączących się z danym mitem związków frazeologicznych oraz historyjki obrazującej współczesne zastosowanie owych frazeologizmów.
Tak więc książka przede wszystkim bawi, ale również uczy. Oczywiście dziecko raczej nie zapamięta od razu wszystkich określeń, ale nic nie stoi na przeszkodzie aby do książki sięgać jeszcze wielokrotnie, prawda?
A duma rodzicielska kiedy nasza pociecha użyje we właściwym znaczeniu "stajni Augiasza", 'puszki Pandory" czy "tytanicznego wysiłku" będzie najlepszą rekompensatą za poniesione na zakup książki wydatki.

Tak więc drodzy rodzice, ciocie, wujkowie, dziadkowie - wydaje mi się, że "Moja pierwsza mitologia"  Katarzyny Marciniak to może być nadzwyczaj trafiony prezent mikołajkowy lub świąteczny.

poniedziałek, 14 listopada 2016

Wielkie polskie kino sprzed lat

Corocznie nasza polska kinematografia wzbogaca się o kilkanaście nowych dzieł - dramatów, komedii, filmów artystycznych lub popularnych, niskobudżetowych i superprodukcji. Widzowie mogą wybierać pomiędzy różnymi gatunkami, filmy cieszą się mniejszą lub większą popularnością, ale nawet te, których widownię liczy się w milionach nie mają gwarancji, że staną się produkcjami kultowymi.

Andrzej Klim to dziennikarz, historyk sztuki i archiwista. Współpracował z licznymi czasopismami oraz z telewizją TVN, ma również na swoim koncie kilka książek, m.in. "Życie towarzyskie lat 60.", "Seks, sztuka i alkohol" czy "Jak w kabarecie. Obrazki z życia PRL", Najnowsza jego praca, poświęcona filmowi polskiemu, nosi tytuł "Tak się kręciło. Na planie 10 kultowych filmów PRL".

Owe kultowe obrazy o których można przeczytać w tej książce to "Popiół i diament" Andrzeja Wajdy, "Nóż w wodzie" Romana Polańskiego, "Sami swoi" (cała trylogia) Sylwestra Chęcińskiego, "Rejs" Marka Piwowskiego, "Ziemia obiecana" Andrzeja Wajdy, "Noce i dnie" Jerzego Antczaka, "Miś" Stanisława Barei, "Seksmisja" Juliusza Machulskiego, "Krótki film o zabijaniu" Krzysztofa Kieślowskiego i "Przesłuchanie" Ryszarda Bugajskiego. 
Filmy powstały na przestrzeni trzydziestu lat, różnią się gatunkiem i sposobem kreacji obrazu, reżyserowie i scenarzyści należą do trzech różnych pokoleń, a odtwórcy głównych ról to wielkie gwiazdy, początkujący debiutanci oraz zupełni amatorzy. Nie sposób się właściwie doszukać jakichś cech wspólnych, które mogłyby pomóc w odpowiedzi na pytanie - jak stworzyć filmowe arcydzieło?
Jak to się dzieje, że niektóre filmy idą w zapomnienie a inne, pomimo upływu lat, budzą wciąż niesłabnące zainteresowanie. Co stoi za ich wyjątkowością? Reżyser? Scenariusz? Genialnie obsadzeni aktorzy? A może jeszcze coś innego?

Najprostsza i chyba najbliższa prawdy będzie odpowiedź, ze na wyjątkowość filmu składają się wszystkie wymienione wyżej czynniki. Wizja reżyserska i świetny scenariusz to połowa sukcesu. Jednak od aktorów, ich zaangażowania, emocji, wreszcie warunków fizycznych będzie zależało czy, mówiąc potocznie, widz to kupi. 
I tak jak mówimy o kultowym filmie, tak samo można powiedzieć o kultowej roli. Prosty przykład - czy gdyby w "Przesłuchaniu" zamiast Krystyny Jandy zagrała Joanna Szczepkowska (taki był pierwotny zamiar) czy film odniósłby taki sukces? Nie ujmując nic pani Szczepkowskiej, która jest bardzo dobrą aktorką, to jednak trudno mi ją sobie wyobrazić w roli Toni Dziwisz...

Autor książki prześledził cały cykl powstawania omawianych filmów - od pomysłu, poprzez mniejsze lub większe problemy z akceptacją scenariusza (czasy PRL-u to przecież wszechobecna cenzura), kompletowanie obsady, wreszcie kręcenie zdjęć i montaż na kolaudacji, czyli pierwszym, zamkniętym pokazie kończąc. Rozmawiał "w miarę możliwości, z twórcami i aktorami, oraz z innymi osobami, które w taki czy w inny sposób związane były z powstającymi dziełami. Relacje wzbogacone są anegdotami, wspomnieniami oraz opiniami krytyków. Jeślibym miała wymienić jakieś minusy tej pracy to bardzo skromny materiał fotograficzny - tego typu opracowania aż się proszą o większą ilość fotosów z planu zdjęciowego.

"Tak się kręciło" to ciekawa, dobrze napisana książka, która powinna zainteresować każdego wielbiciela dobrego polskiego kina, jak również wszystkich tych, którzy dopiero zaczynają swoją znajomość z arcydziełami naszej kinematografii. 

sobota, 12 listopada 2016

Kupiłom, przeczytałom i zadumałom się...

To była chyba najbardziej wyczekiwana premiera roku. Oto po sześciu latach Marta Kisiel ugięła się pod naporem próśb, pochlebstw, żądań, gróźb mniej lub bardziej karalnych i napisała kontynuację kultowego już "Dożywocia".

Podobnie jak rzesze innych zalichotkowanych czytelników oczekiwałam z ogromną ciekawością ale i z obawą - co spotka Konrada Romańczuka i jego dożywotników w nowych okolicznościach przyrody. Czy pokochają nowe miejsce tak jak kochali Lichotkę, jak ułoży im się wspólne mieszkanie z wikingopodobnym Turu Brząszczykiem, wreszcie czy nie będzie im (a przy okazji również mnie) brakować tych, którzy z różnych przyczyn nie przenieśli się do podmiejskiego domu.

W targową sobotę udało mi się nabyć drogą kupna egzemplarz "Siły niższej". Z czytaniem musiałam jednak zaczekać do świątecznego piątku, ale jak już zaczęłam to nie odłożyłam aż dotarłam do ostatniej strony. I teraz mam nadzieję, ze uda mi się ubrać w słowa wrażenia z tej lektury...

Nowy dom, oprócz tego, że niestety nie jest Lichotką, ma jeszcze jedną potężną wadę - generuje rachunki... Konrad jako jedyny żywiciel oryginalnej rodziny stara się sprostać sytuacji, pracując i zajmując się domem. W konsekwencji jest ciągle zmęczony i zdenerwowany co odbija się na reszcie domowników. Jedynym wytchnieniem są dla niego cotygodniowe wypady do supermarketu, który staje się namiastką raju i synonimem wysp szczęśliwych dla umęczonej konradowej duszy. W czasie jednej z tych wypraw Konrad ze zdumieniem odkrywa, ze nie jest jedynym posiadaczem anioła stróża. Znajomość ze spotkanym w sklepie Pawłem ma jednak nieoczekiwany skutek - do grona konradowych dożywotników dołącza kolejny  - anioł imieniem Tzadkiel. A jakby tego było mało do domu wprowadza się Carmilla, agentka Konrada, w stanie jak najbardziej błogosławionym. Nad domkiem zbierają się czarne chmury, konflikt pomiędzy nie do końca dobranym towarzystwem wisi w powietrzu, a siła niższa już nie chichocze złośliwie tylko zarykuje się ze śmiechu...

Liczyłam, że i ja będę się owym śmiechem zarykiwać tak jak przy czytaniu "Dożywocia", ale... No cóż, były momenty, przy których, jak mawiało się jeszcze parę lat temu, "micha mi się cieszyła", było kilka niekontrolowanych wybuchów śmiechu (aczkolwiek tu starałam się przez rozum powstrzymywać, bo rzecz działa się nocą ciemną, a nie ma nic gorszego niż niespodziewanie rozbudzona rodzina), ale do tamtego dożywociowego zacieszu bardzo mi było daleko.
Czyli erupcji wesołości nie było. A co było? Było wzruszenie, polały się łzy (tu akurat szczęśliwie nocną porą, więc się nikomu tłumaczyć nie musiałam), była złość, zaciskanie kciuków na okoliczność "niech im się uda, niech im się uda", było wreszcie uczucie ulgi i jakieś takie ciepełko koło serducha...
Chylę czoła i zginam kolano przed Ałtorką Martą Kisiel - twórczynią owej cudnej (rzekłabym wręcz genialnej - ale muszę sobie zostawić coś na okoliczność następnej odsłony Licha i spółki) powieści.

Nie wiem czy taki był zamysł, czy to tylko moja nadinterpretacja, ale mam wrażenie, że "Siła niższa" to powieść o odpowiedzialności, a szczególnie o odpowiedzialności rodzicielskiej. Zagoniony Konrad, który nie poświęca Lichu czasu (tzn. dba, żeby było nakarmione i jakoś ubrane, ale nic poza tym), osamotnione i zagubione Licho, które nie potrafi przystosować się do nowej rzeczywistości, Paweł oddający Tzadkiela całkiem obcej osobie, Carmilla szukająca ojca swojego dziecka aby wydusić z niego pieniądze dla mającego przyjść na świat malucha  - to antyteza zwykłej rodziny. Wszyscy dorośli zapomnieli co w życiu jest najważniejsze, a Licho jest za małe, żeby spowodować ich zmianę. Chociaż z drugiej strony... Te bamboszki...

Serdecznie namawiam do lektury "Siły niższej", nawet jeśli nie znacie "Dożywocia". To piękna, wzruszająca, miejscami zabawna, dająca do myślenia historia. I jeśli uśmiechniecie się czytając o lokatorach strychu czy pocieknie wam łezka nad niedolami Licha, a po lekturze książki pójdziecie na nieplanowany spacer z potomstwem własnym (lub inną bliską osobą) to znaczy, że książka spełniła swoje zadanie.

I nie wiem czy teraz należy naciskać Ałtorkę, żeby pisała "Dożywocie III" czy raczej poczekać, aż sama dojrzeje do tej decyzji i stworzy arcydzieło? No nie wiem.

PS. Taki mały bonusik - lubicie bohaterów "Nomen Omen"? Na chwilkę, bo na chwilkę, ale pojawiają się w tej książce.


wtorek, 1 listopada 2016

Przejść na drugą stronę cienia...


W ciągu ostatnich 12 miesięcy odeszli:


22.11.2015 - Monika Szwaja


19.02.2016 - Umberto Eco


19.02.2016 - Harper Lee


04.03.2016 - Pat Conroy


07.03.2016 - Aleksander Minkowski


31.03.2016 - Imre Kertesz


12.05.2016 - Maria Czubaszek



20.07.2016 - Włodzimierz Odojewski



13.10.2016- Dario Fo

niedziela, 23 października 2016

Kiedy wali się świat trzeba wziąć sprawy w swoje ręce

To przedpołudnie było dla Emilii Przecinek, autorki poczytnych romansów, nadzwyczaj pechowe - po pierwsze w łazience znalazła test ciążowy (na szczęście z negatywnym wynikiem), który musiała wykonać jej szesnastoletnia córka (innych kobiet w wieku produkcyjnym w domu nie było); po drugie: dyrektor technikum do którego uczęszczał jej siedemnastoletni syn poinformował ją, że chłopak zostanie relegowany ze szkoły ze skutkiem natychmiastowym, a jakby tego było mało mąż, co do którego sądziła, że jest w delegacji, zadzwonił z informacją, że znalazł sobie nową miłość i odchodzi. 
Co może zrobić nieszczęsna istota na którą spada tyle kłopotów? Popełnić samobójstwo albo zalać się w pesteczkę. Emilia, zasadniczo abstynentka, wybiera to drugie rozwiązanie...

Najnowsza książka Olgi Rudnickiej pt. "Granat poproszę" rozpoczyna się od takich rewelacji, ale nie myślcie, że to wszystkie kamienie, które los rzuca pod nogi głównej bohaterce. Nic z tych rzeczy. Kiedy tylko Emilia upora się z kacem gigantem dowiaduje się, że Cezary, jej mąż, nie zapłacił trzech rat kredytu za mieszkanie (bagatela, prawie 10 tysięcy), że od jakiegoś czasu na wspólne konto wpływają tylko jej zarobki oraz, że musi zmienić koncepcję swojej najnowszej powieści, żeby lepiej wpisać się w oczekiwania czytelniczek. Prawdziwa polka zacznie się jednak, kiedy na pomoc porzuconej i zdesperowanej kobiecie przybędzie jej agentka Wiesława, mama Adela oraz teściowa Jadwiga. Takiej drużynie nie dałby rady zaprawiony w boju komandos, a co dopiero mówić o małej (w sensie dosłownym) kobietce...

"Granat poproszę!" to kolejna komedia kryminalna w której przestępstwo (a nawet kilka przestępstw) są punktem wyjścia do stworzenia zwariowanej historii, skrzącej się dowcipnym językiem (zarówno w dialogach jak i w narracji) i pełnej humoru sytuacyjnego. 
Jak zwykle u pani Olgi w powieści pojawia się całkiem spore grono ciekawych i oryginalnych bohaterów. 
Postacią pierwszoplanową jest w zasadzie Emilia, bo w końcu to jej świat zawalił się na głowę, jednak pierwsze skrzypce grają dwie starsze panie czyli Adela i Jadwiga. Panie się nie lubią do tego stopnia, że wspólnie zapraszane są tylko na wigilię i obydwie (co prawda z różnych powodów, ale jednak) nie przepadają za Emilią. Nieszczęście jakie spotkało córkę jednej a synową drugiej oraz ich wspólne wnuki doprowadza do zawieszenia broni i zespołowego działania, co prowadzi do wielu zabawnych nieporozumień. 
Młode pokolenie reprezentują dzieci Emilii i Cezarego, czyli Klemens i Krystyna, przez wszystkich nazywane Kropeczkiem i Kropką. To typowe nastolatki, nie pozbawione jednak zmysłu praktycznego i inteligencji. Muszą sobie poradzić z zaistniałą sytuacją oraz z nadaktywnymi babciami - szczególnie Kropeczek ma przechlapane, bowiem obydwie panie uznają, że bez przysłowiowej "męskiej ręki" chłopak stoczy się, zacznie pić, palić albo nawet, o zgrozo, zostanie gejem. Co prawa porzuconym sierotą Kropeczek został ledwie kilka dni wcześniej, ale babcie bardzo poważnie biorą się za prostowanie wnuczkowego charakteru.

Olga Rudnicka po raz kolejny udowadnia, że potrafi pisać ciekawe i zabawne książki. Tym razem wątek komediowy wziął co prawda górę nad tym kryminalnym, ale myślę, że fanom pisarki w żaden sposób nie będzie to przeszkadzać.

Serdecznie polecam :) 

środa, 19 października 2016

Sherlock Holmes, sufrażystki i socjeta, czyli Londyn w epoce wiktoriańskiej

28 czerwca 1838 roku mieszkańcy Londynu byli świadkami koronacji Aleksandryny Wiktorii Hanowerskiej, która przeszła do historii jako królowa Wiktoria, jedna z najdłużej panujących władców nie tylko Anglii ale również świata. Kiedy ta szczupła, niebieskooka i brązowowłosa dziewczyna stawała na czele imperium brytyjskiego nikomu pewnie nie przyszła do głowy myśl, że oto rozpoczyna się panowanie, które będzie miało tak wielki wpływ na politykę, kulturę, sztukę oraz stosunki społeczne, że od imienia królowej okres ten zostanie nazwany epoką wiktoriańską, oraz że określenie to na zawsze wejdzie do podręczników. Co więcej epoka wiktoriańska w Wielkiej Brytanii przetrwa nawet śmierć królowej w 1901 roku i będzie trwać jeszcze kilkanaście lat, aż do I wojny światowej.

Krystyna Kaplan to polska dziennikarka, pisarka, reżyserka i plastyczka, która od ponad 30 lat mieszka w Londynie. W 2006 roku ukazała się jej pierwsza książka "Londyn po polsku", sześć lat później "Zdarzyło się w Marienbadzie" a w sierpniu bieżącego roku do księgarń trafiła najnowsza jej praca "Londyn w czasach Sherlocka Holmesa", która stanowi kolejny tom sygnowanej przez PWN serii "Metropolie retro".

Jaki jest Londyn drugiej połowy XIX wieku i początku wieku XX? Cóż, przede wszystkim jest wielkim placem budowy - miasto rozrasta się w ogromnym tempie, buduje się nowe obiekty, wyburza lub unowocześnia stare. Architekci i inżynierowie stosują nowe technologie i materiały budowlane, wykorzystują najnowsze wynalazki, a wszystko po to aby miasto było godne bycia stolicą największego światowego imperium.

Ale miasto to przede wszystkim ludzie. Oczywiście prym wiedzie tzw. socjeta, śmietanka towarzyska, w skład której wchodzi kilkaset arystokratycznych rodów i której członkowie zasiadają w Izbie Lordów oraz zajmują wysokie dworskie stanowiska. Jest to grupa mocno hermetyczna, posiadająca wielowiekowe tradycje określające wszystko co damy lub dżentelmena dotyczy - od zachowania się w czasie audiencji u królowej, poprzez skomplikowane zasady savoir-vivre, na kroju i kolorze sportowego garnituru kończąc.

Niejako na drugim biegunie znajduje się miejska biedota, która stanowi 1/3 mieszkańców Londynu (na przełomie XIX i XX wieku jest to około 2 miliony ludzi) i składa się głównie z robotników fabrycznych i ich rodzin, bezdomnych, żebraków i drobnych przestępców. Sporą ich część stanowią przybysze z angielskich wsi oraz obcokrajowcy, którzy przybywają do miasta w poszukiwaniu pracy i lepszego życia.

Pomiędzy tymi dwiema krańcowymi grupami znajduje się bardzo zróżnicowana ekonomicznie klasa średnia - właściciele fabryk i manufaktur, kupcy, rzemieślnicy, inteligencja, ludzie kultury i sztuki. I to właśnie oni stanowią najważniejszą, najbardziej prężną grupę londyńczyków. I to oni mają największy wpływ na to jak ich miasto się zmienia. 
Bo zmiany, które zachodzą w Londynie w czasach wiktoriańskich dotyczą niemal wszystkich aspektów życia. W mieście działa wielu filantropów starających się poprawić warunki bytowe najuboższych, otwierane są bezpłatne szkoły dla dzieci biedoty aby mogły tam zdobyć podstawowe wykształcenie oraz nauczyć się zawodu. Postępowe środowiska wywierają presję na parlamentarzystach i doprowadzają do zmian prawnych (chociażby zakaz pracy dzieci czy zwrócenie większej uwagi na bezpieczeństwo i zasady higieny w fabrykach) mających polepszyć warunki pracy. 
O swoje prawa walczą kobiety - sufrażystki organizują wiece, odczyty i manifestacje, ale nie wahają się podejmować działań bardziej radykalnych, jak niszczenie dzieł sztuki w muzeach, wybijanie szyb wystawowych czy wreszcie obicie parasolką jakiegoś zażywającego spaceru polityka...

I wreszcie literatura i sztuka - to wtedy Bram Stocker powołuje do życia groźnego Drakulę, Artur Conan Doyle wymyśla Sherlocka Holmesa, George Bernard Shaw pisze pierwsze sztuki a Rudyard Kipling publikuje swoje najbardziej znane dzieło czyli "Księgę dżungli". W Londynie działają liczne teatry, a aktorzy zyskują coraz wyższą pozycję, są przyjmowani w arystokratycznych domach a nawet mają możliwość spotkać się z członkami rodziny królewskiej. W sztukach plastycznych panuje prerafaelizm, na przełomie wieków pojawia się secesja, a coraz większą rolę odgrywa sztuka użytkowa - bogaci londyńczycy chcą mieszkać wygodnie i modnie, wśród artystycznie wykonanych mebli, bibelotów, obić czy tapet.

Autorka przedstawiła bardo ciekawy i malowniczy obraz wiktoriańskiego Londynu. W swojej pracy bardzo często posiłkuje się materiałami źródłowymi - zarówno dokumentami, korespondencją czy artykułami prasowymi, jak również literaturą piękną, powstała w omawianym okresie. Sporo miejsca poświęcone jest sławnym Polakom przebywającym na stałe lub czasowo w mieście. Na kartach książki spotkamy m.in. Helenę Modrzejewską, Fryderyka Chopina, Ignacego Jana Paderewskiego czy Józefa Conrada Korzeniowskiego. Nie ukrywam, że z ogromną przyjemnością czytałam wynurzenia naszych słynnych rodaków na temat zderzenia polskiego gorącego temperamentu z przysłowiową brytyjską flegmą.
Jak każda książka z serii "Metropolie metro" tak i ta zawiera bardzo duży i różnorodny materiał fotograficzny, który świetnie dopełnia tekst książki.

Nie pozostaje mi nic innego, jak serdecznie zachęcić do lektury tej książki, Zdecydowanie warto :)