Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Albatros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Albatros. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 marca 2018

Obejrzane - przeczytane: Mam dla was propozycję nie do odrzucenia...

Tę książkę chciałam przeczytać już dawno. Bo film widziałam kilkakrotnie i za każdym razem zachwycał.

Mowa oczywiście o "Ojcu chrzestnym" Mario Puzo, którego kinową wersję nakręcił Francis Ford Coppola, a tytułowego bohatera zagrał Marlon Brando. Za którym to Marlonem ogólnie nie przepadam ale tu był po prostu genialny.

Historia włoskiego rodu Corleone rozpoczyna się pod koniec drugiej wojny światowej,  w dniu ślubu Connie - jedynej córki Vita, nestora rodu a zarazem szefa mafijnej rodziny. Wydarzenie to sprowadza do domu krewnych i przyjaciół a także daje sposobność do przedstawienia swoich próśb głowie organizacji. Tradycja bowiem nakazuje, aby w dniu ślubu wszyscy suplikanci zostali wysłuchani.
Don Vito oprócz córki ma jeszcze trzech synów - dwóch z nich, Sonny i Fredo pracują dla niego, natomiast najmłodszy Michael, wyłamał się z rodziny: ukończył studia, walczył na wojnie a teraz, zamiast poszukać sobie dziewczyny z porządnej katolickiej włoskiej rodziny związał się z Kay Adams - Amerykanką i protestantką.
Don Vito szanuje wybory Michaela, ale w głębi ducha wierzy, że w godzinie próby syn stanie po właściwej stronie. Taka chwila nadchodzi szybciej niżby się ktoś spodziewał...

Zanim książka trafiła do moich rąk spotkałam się z opinią, że ciężko napisana, źle się czyta i ogólnie nic specjalnego. Co gorsza opinia pochodziła od osoby, której gust literacki w wielu punktach jest zbieżny z moim i która w ciągu wielu lat znajomości poleciła mi całkiem sporo świetnych książek. Niezrażona tą opinią wzięłam się za czytanie i wręcz utonęłam w świecie opisanym przez Mario Puzo. Wciągająca historia, niebanalni bohaterowie, trudne decyzje przez nich podejmowane - to wszystko splotło się w niesamowitą opowieść o świecie w którym honor i rodzina stanowiły wartość nadrzędną a prości ludzie mogli liczyć na pomoc i opiekę.
Ja wiem -  honor i mafia to trochę dziwne połączenie, szczególnie dla współczesnego polskiego czytelnika, który o mafii słyszy najczęściej w kontekście naparzanki jakichś karków z Pruszkowa czy innego Wołomina. Ale mam nieodparte wrażenie, że dawniej nawet gangsterzy mieli pewne zasady i ich przestrzegali. 
Ech, to se ne vrati...

Książka świetna i gorąco namawiam do jej przeczytania. 

niedziela, 3 września 2017

Lektury na koniec wakacji

Nawet najdłuższe wakacje (w tym roku dzieciaki miały aż 10 tygodni wolnego...) kiedyś się muszą skończyć. Już jutro szkoła ale dzisiaj jeszcze garść lektur z ostatniego tygodnia kanikuły.

Nie wiem jak to jest u małych chłopców, ale pewna jestem, że każda dziewczynka miała w swoim życiu okres fascynacji jakąś gwiazdą szklanego ekranu. Nie inaczej było i ze mną, chociaż mój ideał odbiegał nieco od gustów moich koleżanek, które niemal jak jeden mąż kochały się w Januszu Gajosie, a właściwie to w jego filmowym wcieleniu, czyli Janku Kosie z "Czterech pancernych". Owszem Janek był w porządku (Janusza Gajosa bardzo lubię do dnia dzisiejszego) ale dla mnie takim, jakby to współczesne dziewczyny powiedziały, "mega ciachem" był bohater innego serialu - pułkownik Krzysztof Dowgird czyli Leonard Pietraszak. Serial to oczywiście "Czarne chmury", obejrzałam go po raz pierwszy w wieku sześciu lat, wtedy też zakochałam się na zabój w rzeczonym oficerze i do dzisiaj mi to uczucie nie przeszło.
Trudno się więc dziwić, że z wielkim ukontentowaniem przyjęłam na swoją półkę książkę "Ucho od śledzia", będącą zapisem rozmów jakie z panem Leonardem toczyła dziennikarka Katarzyna Madey.

"Ucho od śledzia" to opowieść o życiu i drodze artystycznej jednego z najbardziej rozpoznawalnych polskich aktorów - od dzieciństwa w ogarniętej wojną Bydgoszczy, poprzez studia w łódzkiej "Filmówce", początki pracy w poznańskich teatrach aż do przeprowadzki do Warszawy i wieloletnich występów na deskach stołecznych teatrów. Bo chociaż rozpoznawalność zawdzięcza Leonard Pietraszak filmowi (wspomniane już "Czarne chmury", "Królowa Bona", "Czterdziestolatek" czy "Vabank", by wymienić te najbardziej znane tytuły) to jednak teatr jest jego wielką miłością i powołaniem. I o teatrze, kolegach aktorach, ulubionych reżyserach może rozmawiać bez końca.
A czym interesuje się poza pracą? Otóż jego hobby to malarstwo współczesne - udało mu się zgromadzić całkiem sporą kolekcję płócien polskich artystów a z wieloma z nich zna się osobiście.
Aktor uchyla też rąbka tajemnicy na temat swojego życia prywatnego, szczerze opowiada o swoim pierwszym nieudanym małżeństwie czy o trudnych relacjach z synem. Przyznaje też, że bywa wybuchowy - zwłaszcza jeśli idzie o pryncypia nie uznaje żadnych kompromisów.

Książkę czyta się wręcz jednym tchem, Leonard Pietraszak jest świetnym gawędziarzem, zna wiele ciekawych anegdot na temat artystycznego światka w którym się obraca i chętnie się nimi dzieli z czytelnikami, wysławia się pięknym językiem, cechuje go takt i wysoka kultura.

I tylko jedno mnie zastanawia - czy on faktycznie jest taki niemal idealny? Bo jeśli tak to moje uczucia do niego jeszcze zyskały na sile.

****************************************************

Nicholas Sparks to jeden z tych autorów, których w normalnych warunkach omijam szerokim łukiem, chociaż zdarzyło mi się przed laty coś ze trzy jego powieści poznać. Tym razem jednak nasz DKK pochylał się nad jego "Najdłuższą drogą", więc aby wziąć udział w dyskusji książkę musiałam przeczytać.

Sophia i Luke poznają się jesienią na imprezie zorganizowanej po rodeo. On jest kowbojem, który wygrał zawody, ona studentką ostatniego roku historii sztuki, którą do udziału w imprezie namówiła współlokatorka z akademika. Na pierwszy rzut oka wszystko ich dzieli - pochodzenie (on chłopak z farmy, ona dziewczyna z miasta), zainteresowania czy plany na przyszłość. Jednak od pierwszej rozmowy widać, że jest między nimi ta przysłowiowa chemia.
Ira Levinson to starszy, zniedołężniały, samotny człowiek. Dziewięć lat wcześniej zmarła jego ukochana żona Ruth a on ciągle nie może się z tym pogodzić. Pewnego lutowego dnia Ira wybiera się do niewielkiego miasta, z którym wiąże się pewne  jego szczególne wspomnienie. Niestety traci panowanie nad kierownicą i wypada z drogi. Unieruchomiony w rozbitym samochodzie, poważnie poraniony starzec nie jest w stanie sam się z niego wydostać - czekając na ratunek lub powolną śmierć snuje wspomnienia o swoim życiu i ogromnej miłości, którą darzył swoją żonę.
Los ma co tej trójki swoje plany...

No więc tak - przeczytałam bez większego bólu, chociaż mojego zdania o twórczości pana Sparksa nie zmieniłam. Nadal uważam, że jest bardzo sprawnym rzemieślnikiem, potrafi wymyślić dosyć ciekawą fabułę, bohaterowie też niczego sobie i tylko jak dla mnie za bardzo to wszystko bajkowe i słodkie - kiedy już się wydaje, że sytuacja jest bez wyjścia to wtedy wkracza na scenę JW Przypadek i wszystko się klaruje jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Dla wielbicielek autora i szczęśliwych zakończeń - jak najbardziej; dla szukających łatwej i przyjemnej lektury po ciężkim dniu również; dla innych - nie mam pojęcia. Najlepiej sprawdzić samodzielnie.

**************************************************

A co by było gdyby Mieszko I (ani również jego następcy) nie przyjął chrztu? Jakby wyglądała nasza współczesność w państwie pogańskim?
Jedna z możliwych alternatywnych rzeczywistości prezentuje Katarzyna Berenika Miszczuk w powieści "Szeptucha" będącej pierwszym tomem cyklu "Kwiat paproci".

Gosława zwana przez najbliższych Gosią kończy właśnie medycynę i wyjeżdża na wieś na roczną praktykę u znachorki czyli szeptuchy - w terenie jest to jedyna pomoc medyczna. Praktyka jest obowiązkowa i dopiero po je zaliczeniu dziewczyna może się starać o pracę w zawodzie. Sęk w tym, że Gosia to typowa "miastowa" - boi się wszelkiej żywizny poczynając od krowy a na mrówkach kończąc, nie uznaje medycyny ludowej a wszelkie schorzenia leczyłaby antybiotykami.
Na szczęście trafia do znachorki, która ma do niej ogromną cierpliwość, ze stoickim spokojem przyjmuje jej kolejne dziwactwa, a wreszcie przekonuje młodą lekarkę, że tradycyjna medycyna wcale nie musi być oszustwem i zabobonem.
Gosia poznaje wiejski świat, a nawet spotyka kogoś, kto wyzwala w niej szybsze bicie serca... 

"Szeptucha" to moje pierwsze spotkanie z pisarstwem Katarzyny Bereniki Miszczuk. Co jest trochę dziwne, bo takie akurat książki dosyć lubię. 
Powieść przeczytałam w dwa wieczory, a objętość ma dosyć pokaźną (414 stron). Jest tu sporo humoru, jest trochę romansu oraz całkiem pokaźna dawka słowiańskiej mitologii. Bowiem chociaż Gosia jest dziewczyną na wskroś nowoczesną, która nie wierzy w żadnych bogów, to ci ostatni nic sobie z tego nie robią i postanawiają ją naocznie przekonać o swoim istnieniu.

Książka świetnie napisana, wciąga od pierwszej kartki i nie wiadomo kiedy człowiek jest już po jej lekturze i od razu chciałby wiedzieć co będzie dalej. Na szczęście drugi tom pt. "Żerca" czeka na nocnej szafce... 




niedziela, 15 grudnia 2013

Przeczytane w busie - część druga

Po raz kolejny zbiorowo o książkach przeczytanych w podróży - tym razem thriller, kryminał i powieść obyczajowa. W takiej właśnie kolejności.

Olga Rudnicka należy już na stałe do grona moich ulubionych autorek - głównie ze względu na dwa tomy przygód siostrzyczek Sucharskich, ale i pozostałe książki czytało mi się całkiem przyjemnie. I tak od ubiegłego roku na mojej półce czekała na swoją kolej jedna z poprzednich powieści jej autorstwa, mianowicie "Lilith".
Lidia i Piotr Sianeccy przeprowadzają się do starego dworku położonego w pobliżu niewielkiego miasteczka. Dom stanowi spadek po dalekim krewnym Piotra, trzeba go wyremontować, ale Piotrowi bardzo zależy aby w nim zamieszkać. Lidka ma co do tego miejsca jakieś niejasne wątpliwości, ale składa je na konto swojego stanu, bowiem spodziewa się dziecka.
Początki bytowania na nowym miejscu zdają się potwierdzać obawy kobiety - ma koszmary, nie może nawiązać poprawnych stosunków z gospodynią, męczy ją remont i snujący się po domu robotnicy. Nie znajduje zrozumienia u męża - Piotr bagatelizuje wszystkie jej obawy. Pewnym pocieszeniem jest dla Lidii znajomość z Edytą Mielnik, właścicielką sklepiku z magicznymi gadżetami - w Lipniowie miały miejsce procesy czarownic i teraz miasto promuje się poprzez różnego rodzaju akcje z magią i czarami w tle. Magiczna turystyka przynosi całkiem niezłe zyski, więc kiedy w okolicy zaczynają ginąć młode dziewczęta wszystkim, nawet policji, zależy na tym aby sprawę jak najszybciej wyciszyć...

"Lilith" to książka zupełnie odmienna od pozostałych, które wyszły spod ręki Olgi Rudnickiej - brak tu poczucia humoru typowego dla tej autorki, nie ma zwariowanych bohaterek ani serii zabawnych zbiegów okoliczności. Książka ma bardzo mroczny klimat, wzmocniony jeszcze opisami makabrycznych zdarzeń z XIX-wiecznej historii miasteczka. Atmosfera tajemnicy i grozy zagęszcza się wokół Lidki, kobieta niemal odchodzi od zmysłów, a Edyta, pomimo całej sympatii, nie bardzo może jej pomóc...
Powieść czyta się całkiem przyjemnie, chociaż bez fajerwerków - zdecydowanie nie jest to najlepsza książka pani Olgi. Sporo w niej informacji na temat kultu wicca - religii neopogańskiej, związanej z porami roku i mającej bogato rozwinięty ceremoniał, jednak moim zdaniem doczepiono ten wątek trochę na siłę.
Fabuła dosyć przewidywalna, aczkolwiek "te książki" (w sensie tematyki) tak mają.
Można przeczytać...

****************************************************

Jeśli chodzi o amerykańską pisarkę Marthę Grimes to po raz pierwszy spotkałam się z jej książką przy okazji czytanego kilka miesięcy temu kryminału "Pod anodynowym naszyjnikiem". Tym razem, dzięki uprzejmości Viv miałam możliwość zapoznać się z pierwszym tomem cyklu o nadinspektorze Jurym noszącym tytuł "Pod Huncwotem".

Long Piddleton to niewielkie miasteczko w środkowej Anglii gdzie wszyscy się znają, a każdy obcy może zburzyć święty spokój miejscowej społeczności. Tak też dzieje się w pewien grudniowy wieczór - w pubie "Pod Huncwotem" zostaje popełnione morderstwo. Ofiarą jest człowiek, który właśnie przybył do miasta, a w lokalu znajduje się kilka osób z miejscowego towarzystwa - czyżby mordercą był ktoś z nich? Mieszkańcy jeszcze nie ochłonęli po tej zbrodni, kiedy w innym pubie ginie kolejny nieznajomy... Dwa trupy to już seria, więc miejscowa policja otrzymuje wsparcie w postaci londyńskich funkcjonariuszy.
Nadinspektor Richard Jury próbuje znaleźć coś co łączyłoby obydwie ofiary, sądzi bowiem, że panowie znaleźli się w mieście z jakiegoś konkretnego powodu. Śledztwo idzie po przysłowiowej grudzie, właściwie nikt nie ma pewnego alibi na czas popełnienia zbrodni, a jakby tego było mało w kolejnym pubie ginie jeszcze jeden nieznajomy...

Książka, jak na kryminał przystało, trzyma w napięciu, kiedy już czytelnikowi wydaje sie, że rozwiązał zagadkę i wie "kto zabił" autorka serwuje nam zwrot akcji, który burzy nasze hipotezy - można powiedzieć, że naśladuje tu Martha Grimes sposób prowadzenia akcji przez Agathę Christie. Ale akurat Agathę warto naśladować;)
Autorka stworzyła całą plejadę ciekawych postaci - nie tylko pierwszoplanowych, ale również w tle. Bohaterowie są bardzo prawdziwi, mają swoje słabostki, tajemnice, wady i zalety, tak więc czytelnik może sobie wyrobić do nich osobisty stosunek. 
Tak przy okazji - cykle powieściowe, nawet takie gdzie każda książka stanowi osobną całość warto jednak czytać po kolei. Chociażby dlatego, że w kolejnych tomach mogą się pojawić postacie, które główny bohater poznał już wcześniej. Tak jest i w tym przypadku - w Long Piddleton mieszka Melrose Plant, były arystokrata, profesor literatury, z którym Jury się zaprzyjaźnia i później niejednokrotnie prosi o pomoc przy prowadzonych śledztwach.

Ciekawa książka - polecam.

*********************************************** 

Niejednokrotnie się zdarza, że dopiero kiedy ktoś odejdzie na zawsze dociera do nas, że nie zdążyliśmy powiedzieć mu czegoś bardzo ważnego. Niestety, wtedy jest już za późno... A co by było gdyby ktoś dał nam możliwość porozmawiania ze zmarłym?

Julia Walsh przygotowuje się właśnie do ślubu. Jej matka nie żyje, a z ojcem od wielu lat nie utrzymuje niemal żadnego kontaktu. Cztery dni przed terminem planowanej uroczystości kobieta dowiaduje się, że ojciec zmarł, a ceremonia pogrzebowa ma się odbyć w dniu, kiedy miała wyjść za mąż. Ślub zostaje przełożony, a nazajutrz po pogrzebie Julia otrzymuje tajemniczą przesyłkę. Kiedy już udaje się jej otworzyć ogromną skrzynię znajduje w niej... ojca. Szybko okazuje się, że jest to ultranowoczesny robot, wyposażony w pamięć Anthony'ego Walsha oraz część jego neuronów (cokolwiek to znaczy). Julia zyskuje niesamowitą szansę - może wreszcie porozmawiać z ojcem, oczyścić się z zadawnionych żalów i, być może, zrozumieć motywy jego postępowania. Julia dowiaduje się również, że Thomas, jej ukochany sprzed lat nie zginął w Afganistanie. Czy można jednak wszystko naprawić w ciągu siedmiu dni?

"Wszystko, czego nie zdążyliśmy powiedzieć" to powieść obyczajowa, której autorem jest Marc Levy, jeden z najpopularniejszych obecnie pisarzy francuskich. Cechą charakterystyczną jego książek jest element magii i tajemnicy, której doświadczają bohaterowie i która w znaczący sposób kieruje ich życiem. 
Julia zyskuje możliwość poznania ojca ze strony z jakiej go zupełnie nie znała - wędruje wraz z nim w przeszłość, w czasy kiedy był biednym zdemobilizowanym żołnierzem, poznaje historię spotkania swoich rodziców, oraz okres zanim ojciec zaczął odnosić sukcesy w interesach, a mama była jeszcze zdrowa. Julia i Anthony starają się jak najlepiej wykorzystać czas, który podarował im los i zaawansowana technologia. Szczególnie Julia musi sobie jasno odpowiedzieć na pytanie co w jej życiu jest najważniejsze.

Nie przepadam za takimi powieściami, bo właściwie od początku wiadomo jak się skończą i na kilometr zalatują romansem, ale tę akurat mogę z całą odpowiedzialnością polecić - sympatyczna lektura na długi wieczór po ciężkim dniu...

piątek, 29 listopada 2013

W pętli kłamstw i nenawiści

Jakiś czas temu pisałam o przepięknej książce Nicholasa Evansa pt. "Zaklinacz koni", a dzisiaj słów kilka o kolejnej historii, która wyszła spod jego pióra.

Tommy Bedford pochodzi z mieszczańskiej rodziny - matka zajmuje się domem, ojciec jest urzędnikiem a starsza siostra Diane początkującą aktorką. Ośmioletni chłopiec zostaje wysłany do szkoły z internatem w której przeżywa prawdziwe piekło - starsi koledzy prześladują pierwszoroczniaków a i nauczyciele niejednokrotnie w sadystyczny sposób wyładowują się na swoich podopiecznych. Z tego powodu Tommy, z natury zamknięty w sobie, jeszcze silniej odgradza się od otoczenia. Chłopiec od najmłodszych lat zafascynowany jest Dzikim Zachodem i, jeśli tylko może, przenosi się w wyobraźni na prerię i do małych miasteczek, które ogląda  w popularnych pod koniec lat 50-tych kowbojskich serialach.
Podczas kiedy Tommy próbuje przetrwać w znienawidzonej szkole jego siostra zyskuje popularność i to nie tylko w Anglii - z Hollywood przyjeżdża producent poszukujący aktorki do nowego filmu z Gary Cooperem i proponuje te rolę Diane. Dziewczyna przyjmuje propozycję i wyjeżdża do Los Angeles zabierając ze sobą Tommy'ego. Szczęście chłopca wydaje się nie mieć granic, kiedy okazuje się, że Diane związała się z aktorem Rayem Montane, jednym z jego serialowych idoli.
Mijają lata, Tommy zmienia się w Toma, zakłada rodzinę, która niestety się rozpada, popada w alkoholizm i traci kontakt z jedynym synem Danny'm, który wbrew jego namowom postanawia nie iść na studia, tylko zaciąga się do wojska i rusza na wojnę do Iraku. Jednak kiedy Danny ma kłopoty Tom stara się mu pomóc. Problemy Danny'ego wywołują w Tomie potrzebę rozliczenia się z własnymi demonami...

Evans podejmuje w swojej książce kilka ważnych tematów - m.in. odpowiedzialności za to co się robi, kłamstwa w imię "wyższych" wartości, wpływu jaki na psychikę człowieka mają traumatyczne przeżycia z dzieciństwa. Autor zrobił kawał dobrej roboty kreśląc swoich bohaterów, ich charaktery, poglądy i reakcje. Zafascynowany serialowymi szeryfami i kowbojami Tommy styka się ze środowiskiem filmowym i dosyć szybko dociera do niego, że to co widać na ekranie nie zawsze jest zgodne z faktycznym stanem rzeczy, a aktor grający jego ulubionego bohatera w rzeczywistości nawet nie za bardzo potrafi jeździć konno i wyręcza się dublerami. Nieco naiwna Diane daje się omotać czułym gestom i słodkim słówkom notorycznego kłamcy i uwodziciela. Przekonany o swoim niezwykłym talencie Ray nie rozumie, że jego czas już minął i każdą krytyczną uwagę traktuje jak zamach na siebie, gdy tymczasem jest ledwie przeciętnym aktorem, egoistą i oszustem. Postacie Evansa to prawdziwi ludzie, targani emocjami, które to emocje przechodzą również na czytelnika, a przedstawione w nim różne rodzaje przemocy domowej zmuszają do refleksji nad faktem, że często z wielkiego uczucia rodzi się równie wielka patologia.

Warto sięgnąć po tę powieść - serdecznie polecam. 

sobota, 1 czerwca 2013

Deszczowe lektury

Czy ktoś może wie, kiedy skończą się te deszcze???
W Boże Ciało zalało nas po raz trzeci w tym miesiącu (poprzednio 3 i 20 maja) a dzisiaj też pada prawie cały dzień... Czy to wszędzie tak, czy tylko pod Miechowem?
Jedyną "dobrą" stroną takiej aury jest fakt, że sobie można (z przerwami na ratowanie obejścia) poczytać...

Dzisiaj kilka słów o dwóch książkach, które przeczytałam dzięki sympatycznym BiblioNETkowiczkom w ramach akcji "Wędrujące książki".

Anna Łacina to autorka książek skierowanych raczej do młodszego pokolenia niż moje, ale nie ma przecież zakazu, żeby osoba całkiem dorosła nie mogła sobie przeczytać młodzieżówki. Tym bardziej, że rzeczona  młodzieżówka jest dobrze napisana i dotyczy ważnego problemu, jakim jest zaufanie (lub jego brak).

Bohaterkami książki "Kradzione róże" są siostry Jaśmina i Róża Celer, a akcja dzieje się w ciągu trzech miesięcy 2008 roku. Niby krótko, ale te kilka tygodni rodzina Celerów zapamięta na całe życie.
Jaśmina skończyła drugi rok studiów medycznych i wybiera się na wakacyjną wędrówkę do Grecji razem z grupą przyjaciół. Jest wśród nich Romek, z którym kiedyś łączyło ją uczucie, i który w dalszym ciągu, pomimo, że zawiódł jej zaufanie, nie jest jej obojętny. 
Róża właśnie zdała maturę i jak co roku wybiera się na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Po raz pierwszy idzie sama, bez siostry. Na Jasnej Górze poznaje Ariela i spontanicznie postanawia z nim jechać jeszcze do Krakowa, do sanktuarium w Łagiewnikach. Zawiadamia rodziców, że wróci dwa dni później. Jednak w wyznaczonym terminie dziewczyna nie wraca, a jej telefon jest wyłączony...

Jaśmina i Róża znajdują się w całkowicie odmiennej sytuacji, jednak obydwie muszą podjąć taką samą decyzję - czy zaufać drugiemu, właściwie obcemu, człowiekowi? 
Czy Jaśmina powinna dać drugą szansę Romkowi? Czy pomimo dwuletniej znajomości zna go naprawdę, czy tylko jej się zdaje, że wie o nim wszystko?
Czy Róża może zaufać nieznajomemu mężczyźnie, który jest wobec niej odpowiedzialny i opiekuńczy? Czy  może zawsze należy zachować jakiś margines nieufności?

To jedna z tych książek, które każda nastolatka przeczytać powinna, opowiada bowiem o problemach, które mogą dotknąć każdej z nich. Ale i starsze dziewczyny nie raz i nie dwa razy mogą stanąć przed taką sytuacją jaka stała się udziałem Róży i Jaśminy. Książkę polecałabym również rodzicom nastolatków - lata pracy w szkolnictwie umocniły we mnie w przekonaniu, że wielu z nich nie ma pojęcia z czym zmagają się ich dzieciaki. I to wcale nie chodzi o rodziny dysfunkcyjne czy patologiczne. Bardzo często rodzicom wydaje się, że mają ze swoim dzieckiem bardzo dobry kontakt i wychowali go tak, że powinno poradzić sobie w każdej sytuacji. Niestety, życie pisze takie scenariusze, że nawet południowoamerykańskie seriale przy nich wysiadają...
Poszukiwania córki są niezwykle wyczerpujące dla całej rodziny Celerów i ich przyjaciół - na każdy sygnał, że gdzieś pojawiła się dziewczyna podobna do Róży wsiadają w pociąg lub samochód i pędzą do Łeby, Poznania, Warszawy czy Szczecina z nadzieją, że może tym razem się uda odnaleźć zaginioną...

I już tak całkiem na koniec popsioczę sobie na polskie prawo - policja nie przyjmuje początkowo zgłoszenia o zaginięciu Róży - jest pełnoletnia, nie ma znamion porwania (np. żądanie okupu), a samo przeświadczenie rodziców, że dziewczyna nigdy by tak nie zniknęła bez śladu to za mało. Dopiero kiedy na jaw wychodzą nowe fakty policja rozpoczyna czynności operacyjne. Tylko, że to może być już za późno...

*****************************************

O ile o Annie Łacinie zdarzyło mi się już słyszeć, o tyle nazwisko autora drugiej książki nic mi nie mówiło. O tym, by przeczytać "Oko czerwonego cara" zadecydowała nota wydawcy...
I cóż, powiem tak - ta książka to raczej nie powinna trafić na polski rynek, bo my coś za blisko Matuszki Rosji żyjem i o pewnych sprawach nieco więcej wiemy niż przeciętny Jankes - książkę Amerykaniec napisał, więc stawiam, że dla swoich ziomków, a myśmy ją dostali, bo "za oceanem to bestseller".

Ale do adrema: car Mikołaj II przyjął do służby Fina Pekkalę i na okoliczność jego nadzwyczajnych zdolności oraz kryształowej uczciwości zrobił go swoim człowiekiem do zadań specjalnych, nadał mu pseudonim "Szmaragdowe Oko" oraz dał nieograniczoną władzę. Niestety wkrótce wybucha wojna, potem rewolucja, carska rodzina zostaje wymordowana a ciała ukryte. Pekkala trafia do obozu pracy w którym przebywa przez 9 lat, aż wreszcie zostaje zwolniony na rozkaz samego Czerwonego Cara czyli Josifa Wissarionowicza Dżugaszwili, bardziej znanego jako Józef Stalin.
Pekkala jest bowiem bardziej potrzebny Stalinowi w Swierdłowsku (dawniej Jekaterynburg) niż w Lesie Krasnogolańskim. Zaufany człowiek cara Mikołaja ma rozwiązać zagadkę śmierci Romanowów oraz, co ważniejsze, znaleźć legendarne skarby carskiej rodziny.

Że autor nie trzyma się prawdy historycznej? Z bólem, ale jestem to w stanie przełknąć - szczątki rodziny carskiej odkryte zostały dopiero w 1976 roku (a ciała Marii i Aleksego w 2007) więc Pekkala musiałby żyć w dobrym zdrowiu ze 150 lat - takiej bzdury to nawet Amerykanie nie kupią. Tym bardziej, że książka nie jest powieścią historyczną - a nawet Kraszewski i Matejko naginali prawdę historyczną do swoich potrzeb.

O wiele bardziej drażniło mnie tło obyczajowe:
  • Gość ma w domu skład amunicji, wszyscy, łącznie z miejscowym komendantem milicji wiedzą o tym i nikt nic nie robi, a przecież za mniejsze wykroczenia groziła śmierć. 
  • W 1929 roku istnieje żeński klasztor (co prawda jest właśnie likwidowany) a mniszki mają w nim... pianino... Ciekawe po co? 
  • Czerwonoarmijcy są czytaci i pisaci, a komisarz Kirow (uczył się na szefa kuchni, ale szkołę zamknięto i został milicjantem) to wręcz erudyta.
  • Co i rusz pojawiają się osoby, które w jakiś sposób związane były z caratem i w dalszym ciągu pracują, nawet na wyższych stanowiskach (np. komendant milicji w Swierdłowsku)
  • Pekkala po 9 latach obozu pracy dostaje wszystkie swoje rzeczy, które mu zabrano w czasie aresztowania.
  • Stalin, który w 1918 miał całkiem inną fuchę, osobiście zajmuje się przesłuchiwaniem jakiegoś więźnia.
  • i jeszcze trochę innych kfiatkóf by się znalazło...
Jedyna zaleta, że się całkiem przyjemnie czyta - jak już machnąć ręką na wszystkie historyczno - obyczajowe nieścisłości. Autor miał jeszcze na tyle przyzwoitości, że na końcu dodał kalendarium ostatnich dni Romanowów, oraz tego co się działo po ich śmierci - miejmy nadzieję, że czytelnicy tam zajrzą...

A na koniec pytanie do Szanownego Wydawcy - naprawdę nie szło znaleźć zdjęcia rodziny Mikołaja II? Nawet w guglu i wikipedii?
Bo to co jest podpisane jako fotografia carskiej rodziny to faktycznie portret cara i jego bliskich, tyle, że nie  Mikołaja II a Aleksandra III...

środa, 24 kwietnia 2013

3 razy "D"

Uff...
Wczoraj był Dzień Książki, święto wszystkich wielbicieli słowa pisanego, co oczywiście miało swój oddźwięk na blogach. Mnie szczególnie ruszyły wpisy dwóch blogerek Kasi.eire i Inwentaryzacji krotochwil - mogę tylko przyznać rację. Aczkolwiek czynię to z wielkim żalem...
Ja niestety nie obeszłam święta należycie a to z powodu egzaminów gimnazjalnych, które się wczoraj były zaczęły, a które zdaje jedna z uczonych przeze mnie klas. I wczoraj właśnie z historii test pisali, więc był taki mój prywatny sądny dzień. Wyniki dopiero pod koniec czerwca, ale sprawdzili sobie już odpowiedzi w internecie i nie jest źle;)

**********************************

Ale nie o moich uczniach miało być a o przeczytanych w ostatnich dniach książkach. Od razu zaznaczam, że miałam otępienie wiosenne w najcięższym stadium, więc były to czytadełka i jeśli ktoś szuka literatury wysokiej to niech sobie ten wpis odpuści;)
Wspólną cechą tych powieści jest pierwsza litera tytułu - wszystkie zaczynają się na literkę "D".

"Dla ciebie wszystko" Nicholasa Sparksa to historia Amandy i Dawsona. Poznali się w szkole średniej, spędzili ze sobą jeden rok a potem ich drogi się rozeszły, bowiem ta znajomość nie miała zbyt wielkiej przyszłości. Ona pochodziła z tzw. "dobrego domu", z małomiasteczkowej śmietanki towarzyskiej, on był synem alkoholika i przestępcy, a  jego rodzina była największymi zakałami całej okolicy. 
Teraz po ponad 20 latach spotykają się powtórnie - odżywają wspomnienia i obydwoje wiedzą, że uczucie które połączyło ich przed laty trwa nadal. Niestety Amanda ma męża i trójkę dzieci... Los i przyjaciel z dawnych lat darują im wspólne trzy dni, ale równocześnie zmuszają do podjęcia pewnych decyzji. Decyzji tym trudniejszych, że nie dotyczących tylko ich samych.

Jeśli chodzi o pana Sparksa to mój stosunek do niego jest raczej pozytywny. Nie popadam w zachwyt nad jego produkcjami, ale czytam je bez większych oporów. Pisze klarownie, jego historie nie są specjalnie zagmatwane, a wątek romansowy nie stanowi 90% fabuły. To raczej powieści obyczajowe z romansem w tle. Tak też było z tą książką. Niestety, zakończenie jakie nam zafundował (dla tych co czytali - chodzi mi o relację Dawson -Jared) spaprało dokładnie tę skądinąd niezłą powieść. Szkoda...

***************************************

Nora Roberts to niekwestionowana, współczesna królowa romansu. Jak dopada mnie chandra to właśnie po jej książki sięgam najczęściej. Tym razem było to "Dziedzictwo" w skład którego wchodziły dwie powieści z czterotomowego cyklu "Księstwo Cordiny", a mianowicie "Księżniczka i tajny agent" oraz "Książę i artystka".

Cordina to niewielkie europejskie księstwo leżące gdzieś na francuskiej Riwierze. Rządzi nim senior rodu Bissetów, książę Armand, ojciec trójki dorosłych dzieci: Gabrielli, Alexandra i Benneta. Książę jest dobrym władcą, kraj chociaż niewielki jest dosyć zamożny i żyje się tam prawie jak w raju. Piszę prawie, bo niestety Armand narobił sobie poważnych wrogów pomagając Interpolowi w schwytaniu groźnego przestępcy. Jego przyjaciele chcą go uwolnić a przy okazji zemścić się na rodzinie książęcej. Pierwszą ofiarą owej zemsty jest Gabriella, która zostaje porwana. Udaje jej się co prawda uciec, jednak zapada na amnezję. W powrocie do normalnego życia pomaga jej przyjaciel rodziny, były policjant Reeve MacGee.

Nora Roberts jak zwykle w niezłej formie, chociaż zdarzały się jej lepsze utwory;)
Tak przy okazji - powala mnie na łopatki znajomość geografii naszego kontynentu prezentowana przez amerykańskich twórców. Co jakiś czas tworzą w filmach i powieściach obyczajowych jakieś fikcyjne państwa - najsłynniejszym chyba takim "geograficznym potworkiem" było Księstwo Mołdawii, występujące w serialu "Dynastia" w latach 80-tych. 
To taki wielki wysiłek wygooglać sobie mapę polityczną Europy?

*****************************************

Z Mają Wolny po raz pierwszy spotkałam się przy okazji "Kary", natomiast teraz, dzięki pewnej miłej biblionetkowiczce dane mi było przeczytać "Dom tysiąca nocy".

Pięćdziesięcioletnia Malwina to kobieta po przejściach - zmarł jej jedyny syn, małżeństwo się rozpadło, a ona sama zostaje bez środków do życia. Uśmiechem losu zdaje się być propozycja wyjazdu do pracy do włoskiego Sorrento. Carla Rossi, podopieczna Malwiny to starsza pani z bogatym życiorysem. Rewolucjonistka, uwikłana w niedobrane małżeństwo, porzuciła swoją maleńką córeczkę i męża, aby walczyć w imię swoich przekonań. Początkowo nieufna wobec nowej opiekunki, zaczyna się przed nią coraz bardziej otwierać i szuka w Malwinie bratniej duszy i zrozumienia. Bo chociaż dzieli je wiek i doświadczenia życiowe mają ze sobą wiele wspólnego.

Pomiędzy tymi dwoma kobietami pojawia się trzecia osoba dramatu - Bruno, wnuk Carli. Matka porzuciła go, powielając swoje własne doświadczenia życiowe, a babka stara się odpokutować niespełnione macierzyństwo otaczając go, często nadmierną, opieką. Dla Malwiny Bruno początkowo jest substytutem utraconego syna, jednak wkrótce ich wzajemne relacje zmieniają się i obydwoje ulegają wzajemnej fascynacji. Bruno pisze książkę o związku jaki połączył w jego rodzinnym mieście młodego Fryderyka Nitzschego z kilkanaście lat starszą Malwidą von Meysenburg,  a Malwina staje się jego muzą i wprowadza go w świat kobiecej duszy. Bruno i Malwina stają się współczesnymi odtwórcami tej historii...

Maja Wolny ma szczególną umiejętność zawierania w kilku, zdawałoby się zwyczajnych, słowach niesamowitego ładunku emocji. Paradoksalnie, chociaż w życiu Carli i Malwiny było wiele smutku i tragedii, to książka nie jest przygnębiająca, można wręcz powiedzieć, że niesie ze sobą sporą dawkę optymizmu - być może jest tak dzięki umieszczeniu akcji w pięknym, słonecznym, niemal idyllicznym krajobrazie Sorrento.
Książka dotyka wielu problemów, zmusza do zastanowienia się nad pewnymi sprawami, a równocześnie jest pochwałą miłości i kobiecości, uczuć i pragnień. I szukania spełnienia tych pragnień...

czwartek, 13 września 2012

Jak doktor Karolina ratowała świat równoległy

Sardegna w swoim wyzwaniu "Trójka e-pik" zaproponowała na ten miesiąc przeczytanie jakiejś książki z nurtu polskiej fantastyki. Nie powiem, bo zabiła mi trochę ćwieka - mam tam coś w domowych zapasach, ale aktualnie na pożyczkach sie znajduje a w mojej bibliotece też dosyć skromnie sie to prezentuje... I wtedy mnie olśniło - przecież na półce od paru miesięcy czeka na przeczytanie "Gra o Ferrin" Katarzyny Michalak.

Jako, że fantastyka coraz bardziej mi się podoba (ale tylko fantasy, do sf nawet Fenrir mnie nie przekona) a Katarzyna Michalak to jedna z moich ulubionych polskich autorek nastawiłam się na świetną zabawę, poczucie humoru ale i trochę wzruszeń. I niby wszystko to dostałam, ale nie do końca ta książka mnie przekonała.

Ale od początku.
Karolina, młoda pani anestezjolog, pracuje w pogotowiu ratunkowym. Jest lekarzem z powołania, bardzo przeżywa każdy przypadek do którego jest wzywana ale z drugiej strony praca nie przynosi jej zbyt wiele satysfakcji. Karolina wychowała się w domu dziecka, nie ma właściwie żadnych bliskich osób poza ciotką Marylą i Łukaszem. Pewnego dnia ekipa pogotowia wezwana zostaje do młodej samobójczyni - dziewczyna wygląda jak lustrzane odbicie  pani doktor. Niestety Karolinie nie udaje się uratować życia Kamili i ten fakt stanowi kroplę, która przelewa czarę goryczy.
Po powrocie do domu rozpoczyna magiczny rytuał, który dosyć nieoczekiwanie przenosi ją do świata równoległego - świata elfów, czarodziejek i smoków, świata targanego okrutnymi wojnami, świata, w którym ma do spełnienia trudną i niebezpieczną misję. Karolina staje się Leddi Anaelą dell'Idarei, Leczącą oraz Tą, która ma zapewnić pokój Ferrinowi.

Książkę przeczytałam szybko, jak zresztą wszystkie inne, które wyszły spod pióra (z klawiatury) "Tej Michalak". Główna bohaterka momentami przypomina moją ulubioną Patrycję z "Poczekajki", ma w sobie też trochę takiego "pozytywnego szaleństwa" jak Ewa, bohaterka "Roku w Poziomce" - czyli generalnie sympatyczna, wrażliwa i raczej rozsądna osóbka. Tymczasem kilkakrotnie wykazuje się uporem i brakiem rozwagi (żeby nie powiedzieć bezmyślnością), która kosztuje życie jej przyjaciół. Miałam wrażenie, jakbym czytała o dwóch całkowicie różnych osobach - wrażliwa na ludzką krzywdę, gotowa do największych poświęceń dziewczyna zmieniała się chwilami w upartą, rozkapryszoną i bezmyślną niunię - nie lubię jej...

Wydaje mi się, że tworząc tę książkę miała autorka masę ciekawych pomysłów i wszystkie od razu chciała nam czytelnikom sprzedać - i faktycznie świat przedstawiony, magiczne zwierzęta, portale, różne rodzaje czarodziejek, krwiożerczy mech, sceny walki, obyczaje elfów, tajemnicze Cienie - to wszystko jest bardzo ciekawe i fajnie pomyślane, tylko trochę za dużo tego dobrego i robi się delikatny chaos. A jeszcze w pewnej chwili dochodzą urywki innej rzeczywistości, sceny ze szpitala psychiatrycznego - tak, że już się zupełnie zamotałam - jestem w stanie machnąć ręką na pewne niekonsekwencje w tekście - chociażby skąd Karolina wie, że młoda samobójczyni to jej bliźniaczka a nie sobowtór, że są sprzeczne informacje na temat ciotki Maryli, że się pewne rzeczy czasowo nie zgadzają, ale skąd się wzięła i kim u diabła jest "pani Kasieńka" w szpitalu i w jaki sposób Sellinaris przedostał się do naszego świata? No chyba, że odpowiedzi na te pytania znajdą się w kolejnych tomach "Kronik Ferrinu" więc grzecznie na nie poczekam.

Książka nie jest zła, jest zwyczajnie nierówna - fragment w którym przedstawione są przyczyny i początki konfliktu pomiędzy Sellinarisem a Eleuzisem i Reikanem jest po prostu świetny. 
Moim zdaniem Katarzyna Michalak, autorka powieści obyczajowych zachwycających rzesze czytelniczek w całym kraju, całkiem nieźle radzi sobie również w fantastyce. Mam nadzieję, że kolejne części Ferrinu ujrzą światło dzienne a ja nie będę sie miała do czego przyczepić przy ich lekturze - czego sobie i szanownej Autorce życzę.

wtorek, 15 listopada 2011

Co Amerykanie ukrywają w "Strefie 51"

Nie ukrywam, że moim ulubionym gatunkiem literackim są wszelkiej maści sensacje i kryminały - może nie do końca to widać na tym blogu, ale myślę, że uwierzycie mi na słowo. 
Dlaczego to piszę? Otóż trafiła w moje ręce ostatnimi czasy dosyć ciekawa pozycja z tego właśnie nurtu a mianowicie "Biblioteka umarłych" Glenna Coopera. Książka jest debiutem autora, który posiada wykształcenie medyczne oraz... archeologiczne. Przez kilka lat pracował jako internista w szpitalu, później otworzył własną praktykę i założył firmę farmaceutyczną, którą prowadził przez 16 lat. W wolnych chwilach pisał scenariusze, a w 2009 roku wydał swoją debiutancką książkę. Jego dorobek pisarski na chwile obecną to wspomniana już "Biblioteka umarłych", "Księga dusz" (sequel "Biblioteki..."), której polska premiera zaplanowana jest na połowę grudnia b.r. oraz "The Tenth Chamber", która nie ma jak na razie polskiego wydania.

Głównymi bohaterami powieści jest para agentów FBI.Will Piper, specjalista od seryjnych zabójców, z różnych powodów w konflikcie z przełożonymi, zdegradowany za złamanie regulaminu stara się dociągnąć do emerytury, do której brakuje mu 14 miesięcy. Nancy Lipiński to "świeża krew" w Firmie, tyle co skończyła studia - razem z agentem Muellerem prowadzi sprawę tzw. "Dnia sądu" - jakiś szaleniec wysyła kartki pocztowe do przypadkowych osób, na których znajduje się tylko rysunek trumny i data śmierci adresata. Mueller ulega udarowi mózgu i do sprawy zostaje włączony Will Piper. Zarówno Will, jak i Nancy nie przepadają za sobą, ale kilka wiosennych dni 2009 roku zmusi ich do podjęcia współpracy i zaufania sobie nawzajem. Ślady bowiem prowadzą do Las Vegas i znajdującej się na pustyni Nevada najbardziej chyba tajemniczej amerykańskiej "instytucji", tzw. "Strefy 51". 
Pewnie większość o tej strefie słyszała - ponoć ma to być jakiś super tajny poligon wojskowy, inne plotki głoszą o laboratoriach opracowujących nowe rodzaje broni czy samolot hipersoniczny (może osiągać kilkukrotną prędkość dźwięku) czy jeszcze inna wersja (szczególnie spopularyzowana przez przemysł filmowy), że prowadzi się tam badania szczątków UFO, które miało się rozbić w Roswell.
Coper podaje jeszcze inną teorię co do przeznaczenia pustynnego obiektu - jego powstanie powiązał z pewnym odkryciem archeologicznym dokonanym przez grupkę brytyjskich uczonych w 1947 roku na leżącej u wybrzeży Wielkiej Brytanii wyspie Wright.
Na wyspie tej powstało w VIII wieku opactwo, do budowy którego zatrudniono włoskich budowniczych wśród których jest kamieniarz Ubertus. Ubertus jest siódmym synem swojego ojca, sam ma już sześciu synów a jego żona lada dzień spodziewa się rozwiązania. Fakt ten kładzie się cieniem na całą społeczność, bo ogólnie znany przesąd głosił, że siódmy syn siódmego syna to dziecko przeklęte, w które wciela się diabeł...
Jakby tego było mało nadchodzi dzień 7 lipca 777 roku...
Książka wciąga od pierwszej kartki i trzyma w napięciu przez około 400 stron i niestety kilkadziesiąt kartek przed końcem bez większego problemu rozwiązujemy zagadkę. I to jest największy mankament tej powieści - za wcześnie wszystko staje się jasne.
Ale pochwalić trzeba autora, że stworzył wciągającą historię, ciekawych bohaterów i pomysłową intrygę. Jak na debiut poziom jest dosyć wysoki - pozostaje mieć nadzieję, że autor będzie się dalej rozwijał, a kolejne książki będą trzymały w napięciu do samego końca.

sobota, 28 maja 2011

Kiedy wyobraźnia krzywdzi innych ludzi...

Nie powiem pewnie nic nowego twierdząc, że jest cała masa przepięknych książek, które czyta się z ogromna trudnością - no męczy po prostu... A kiedy już człowiek skończy to sam się sobie dziwi dlaczego lektura była taka mozolna. Tak było ze mną i książką Iana McEwana "Pokuta". Książkę czytałam bowiem na okoliczność Dyskusyjnego Klubu Książki w naszej gminnej bibliotece i chociaż zaczęłam ze znacznym wyprzedzeniem to ledwie ledwie udało mi się wyrobić w czasie.

Książka składa się z czterech części, których akcja toczy się w różnym miejscu i czasie, różni są też narratorzy.

Część pierwsza powieści rozgrywa się w wiejskiej posiadłości, latem 1935 roku kiedy  to 13-letnia Briony Tallis z utęsknieniem czeka na powrót z uniwersytetu ukochanego brata Leona. Chce na jego cześć wystawić sztukę swojego autorstwa i angażuje do niej troje swoich kuzynów. Niestety nic nie układa się po jej myśli. Kuzynka Lola kradnie jej główną rolę, a bliźniacy Jackson i Pierrot są beznadziejnymi aktorami. W dniu przyjazdu Leona i jego przyjaciela zniechęcona Briony wychodzi z próby i jest przypadkowym świadkiem niezrozumiałej dla siebie sceny przy fontannie pomiędzy jej dorosłą siostrą Cecily i Robbiem Turnerem, synem jednej ze służących. To wydarzenie stanowi kamyczek, który porusza całą lawinę zdarzeń i prowadzi do dramatycznego rozwiązania. Wybujała wyobraźnia Briony, jeszcze podsycana przez Lolę, pechowy splot  wydarzeń oraz rozdrażnienie spowodowane klęską przedstawienia doprowadza dziewczynkę do zupełnie błędnej interpretacji tego co widziała a w konsekwencji do oskarżenia niewinnego człowieka.

Część druga przenosi nas w czasie o 5 lat - do maja 1940 w ogarniętej wojną Francji. Ranny Robbie Turner wraz z innymi żołnierzami stara się dotrzeć do punktu ewakuacyjnego w Dunkierce. Widzi okrucieństwo i bezsens wojny, a przed całkowitą rozpaczą i zwątpieniem bronią go tylko listy od Cecily przechowywane w kieszeni munduru. 

W części trzeciej główną bohaterką jest 18-letnia Briony, która postanawia, podobnie jak jej starsza siostra, zostać pielęgniarką. Jej szkolenie przypada na ostatnie miesiące przed atakiem Hitlera na Wielką Brytanię. Briony szuka dla siebie odkupienia za popełniony kilka lat wcześniej błąd, chce zasłużyć na przebaczenie od Cecily i Robbiego. Dziewczęce marzenia i wyobrażenia o pracy w wojennym szpitalu zostają brutalnie skonfrontowane z rzeczywistością gdy do szpitala trafiają ranni ewakuowani z Dunkierki. Do Briony dociera, że nie wystarczą dobre chęci i największy nawet żal aby uzyskać przebaczenie za swoje czyny - potrzebna jest pokuta, której zakres wyznacza sobie sama.

Wreszcie część czwarta, najkrótsza dzieje się współcześnie - w 1999 roku. W czasie uroczystości na cześć 77-letniej Briony spotykają się jej przyjaciele i rodzina a my czytelnicy mamy nadzieję, że dowiemy się jak potoczyły się losy bohaterów powieści pomiędzy majem 1940 roku a chwilą obecną.

Książka napisana niezwykle sugestywnie i barwnie, autor po mistrzowsku przedstawia tragizm wojny, beznadzieję odwrotu do Dunkierki oraz specyfikę pracy w szpitalu wojennym. "Pokuta" to również doskonałe studium psychologiczne - obserwujemy zmiany zachodzące w bohaterach, ich mniej lub bardziej świadome decyzje i wybory od których zależy nie tylko ich własny los ale także innych osób z nimi związanych. I wreszcie wydaje mi się, że Ian McEwan w swojej powieści bardzo wyraźnie wypowiedział się na temat roli i odpowiedzialności pisarza za tworzone przez siebie dzieło i kreowaną rzeczywistość, gdyż często się zdarza, że nie widzimy rzeczy takimi jakie są lecz takimi jakimi chcielibyśmy żeby były.

czwartek, 10 lutego 2011

Szkoła dla Mężów



Od jakiegoś czasu wybierając się do biblioteki przeglądam sobie jej elektroniczny katalog i robię sobie listę życzeń – tytuły które w jakiś sposób mnie zaintrygowały, czy po prostu przyszedł czas aby się z nimi zapoznać. Nie znaczy to oczywiście, że trzymam się tej listy jak pijany płotu – daję się namówić paniom bibliotekarkom na różne nowości czy też sama wezmę jakąś książkę pod wpływem impulsu. Tak było z książką Wendy Holden „Szkoła dla mężów”. Zwróciła moją uwagę okładka – młody człowiek z miną zbitego psa, udekorowany tak jak moja szafka nad lodówką samoprzylepnymi karteczkami z przypominajkami typu „Odbierz pranie”, „Nakarm kota” czy „Odbierz dzieci”. Od razu zastrzegam, że nie nastawiałam się na jakieś ogromne intelektualne przeżycia, klasyfikując książkę „po wyglądzie” jako popołudniowe, lekkie czytadło.
I nie pomyliłam się. Książkę czyta się szybko, łatwo i przyjemnie. Głównym bohaterem jest mieszkający w Londynie Mark. Ma zonę Sophie, która po urlopie macierzyńskim wraca do pracy, kilkumiesięcznego syna Arthura i pracę, która zabiera mu większość czasu. Mark pracuje bowiem w wydawnictwie, które dopiero musi się wybić na rynku księgarskim a jest to dla niego o tyle ważne, że z sukcesem firmowanych przez nie książek związany jest ewentualny awans Marka. Mark ma również teściową Shirley, która go wyraźnie nie lubi i uważa, że jej córka powinna sobie znaleźć kogoś lepszego niż Mark, a przede wszystkim kogoś o wiele lepiej sytuowanego. I nawet już kogoś takiego ma na oku – Simon, dawny chłopak Sophie, zrobił zawrotną karierę, jest multimilionerem i nadal jest sam… Nie będę zdradzać szczegółów fabuły, powiem tylko, że na skutek kilku nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, a także zorganizowanego działania Simona  i Shirley małżeństwo Marka zawiśnie na cienkim włosku a on sam będzie szukał pomocy w tytułowej szkole.
                Po zakończeniu lektury tej rzeczywiście zabawnej książki naszła mnie jednak refleksja, że czasami byle głupstwo, potrafi zniszczyć nawet najlepszy związek. Bo jak mówi doktor Martha Krankenhaus, założycielka „Szkoły dla Mężów”: „Za każdym razem chodzi o drobiazgi. Bo kiedy drobiazgi zaczynają doskwierać, po jakimś czasie przestają być drobiazgami, ale stają się poważnymi problemami”[1]
A z drugiej strony jak niewiele trzeba aby o ten związek zadbać –ot miłe słowo, pamiętanie o wspólnych rocznicach, pomoc przy dziecku czy zwyczajna codzienna rozmowa ale też wieszanie mokrego ręcznika, zakręcanie pasty do zębów czy odkładanie używanych koszul do kosza na brudną bieliznę…


[1] W. Holden, Szkoła dla mężów, s.203