Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polacy nie gęsi.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polacy nie gęsi.... Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 maja 2014

Z kobietami wielka bieda lecz bez nich jeszcze większa...

Jeremiasz ma 32 lata, jest operatorem filmowym (aktualnie bezrobotnym) i kilka tygodni wcześniej rozstał się z Martą. Wyprowadził się już jakiś czas temu od mamy (ojciec nie żyje od dawna), ale chadza do niej na obiadki, przywozi wałówkę na kolejne dni a w zamian wozi jej swoje pranie. Ma kilku sprawdzonych kumpli, ale najbliższa jest mu Alina, koleżanka jeszcze z czasów studiów. Mieszka w kupionej na kredyt kawalerce, ale spokój burzy mu złośliwa sąsiadka z dołu, pieszczotliwie zwana Szarą Zmorą. 
To tylko kilka kobiet, które przewijają się przez  jego życie - jest ich znacznie więcej i każda w pewien sposób wywiera wpływ na jego życie.

Jeremiasz jest (a w każdym razie tak się wydaje, że jest) głównym bohaterem powieści Katarzyny Grocholi noszącej tytuł "Houston, mamy problem". Przez pół roku pokazuje nam swój świat i dzieli się przemyśleniami na temat życia, pracy, marzeń i kobiet, bowiem moim zdaniem książka wcale nie jest o facecie, a właśnie o kobietach widzianych męskim okiem. 
I cóż to męskie oko dostrzega? No niby nic nowego - że kobiety i mężczyźni to dwa całkiem odrębne gatunki są. Faceci myślą, kobiety czują; facet idzie prostą drogą do celu a kobitka wiecznie się zapuszcza w jakieś boczne ścieżki; facet bierze świat takim jaki jest, kobieta doszukuje się we wszystkim drugiego dna - można by mnożyć jeszcze te różnice, ale sens jest jeden: jesteśmy inni i najczęściej zupełnie się nie rozumiemy. A to prowadzi do mniej lub bardziej zabawnych nieporozumień - najlepsza scena w książce to ta, kiedy Jeremiasz z kolegami podsłuchują przez przypadek rozmowę swoich partnerek... No miodzio po prostu.

Sam Jeremiasz jest postacią niejednoznaczną, pełną niespodzianek - początkowo jakoś wcale mi się nie podobał, ale z kolejnymi rozdziałami zyskiwał moją coraz większą sympatię. Zresztą kreacja postaci jest jedną z mocniejszych stron tej książki - bohaterowie ewoluują, pokazują ciągle nowe twarze i właściwie do końca trzeba się wstrzymać z ich oceną - bo na to kim są teraz wpływ miało wiele wydarzeń z przeszłości. One też, a właściwie ich całkiem odmienna interpretacja stanowią mur pomiędzy Jeremiaszem a jego matką - dopiero kiedy obydwoje szczerze ze sobą porozmawiają będą potrafili się zrozumieć.

Powieść Katarzyny Grocholi, chociaż całkiem sporych rozmiarów czyta się nie wiadomo kiedy - zasługa w tym klarownej, nieco żartobliwej narracji, chociaż kilkakrotnie łza się w oku zakręciła. Z tym wszystkim to idealna wakacyjna lektura. Polecam

A tak przy okazji - pewnie większość już zna tego pana, ale jak dla mnie gość jest genialny:




poniedziałek, 30 września 2013

Zacznij nowe życie ze starą miłością

11 listopada 2006 roku uruchomiony został jeden z najpopularniejszych polskich portali internetowych Nasza Klasa. Z założenia miało być to miejsce gdzie można było odnaleźć kolegów i znajomych ze szkolnych lat - kilka milionów użytkowników tworzyło wirtualne klasy i szkoły będące odbiciem polskiej oświaty na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Sama pamiętam z jakim wzruszeniem wymieniałam pierwsze maile z koleżankami i kolegami z liceum, z którymi nie widziałam się od czasów matury... 

W 2010 roku nakładem wydawnictwa Novae Res ukazała się książka Ewy Lenarczyk "Nasza klasa i co dalej?" opisująca perypetie kilku kobiet w średnim wieku, których życie odmienił rzeczony portal. Bohaterek jest kilka, ale najważniejsze są właściwie trzy - Irena, Sabina i Monika. Wszystkie trzy są mężatkami z długim stażem, Irena i Monika mają dorosłe dzieci a w ich związki wkradła się rutyna. Mężowie zachowują się jak arabscy książęta (żeby nie powiedzieć tryglodyci) a żony traktują jako kucharki, sprzątaczki, praczki i ogólnie tanią siłę roboczą, od czasu do czasu obdarzaną wątpliwej jakości względami o charakterze erotycznym. I oto pewnego dnia w ich życiu pojawia się "Nasza klasa" gdzie Monika, Sabina oraz mąż Ireny odnajdują swoje dawne miłości, postanawiają zerwać duszące ich więzy i wreszcie zaznać szczęścia w ramionach ukochanej osoby...

Że wydawnictwo Novae Res nie wydaje literatury na jakimś niebotycznym poziomie wiem już od dawna, ale co jakiś czas sięgam po jakąś z ich książek licząc, że może tym razem mnie zaskoczą. Tak wydawało mi się i tym razem - ciekawy temat, a jeszcze opis wydawcy (no dobrze, wiem, że nie wolno wierzyć temu co na okładce jest nawypisywane, ale czasami jest tam ziarenko prawdy) zachęca, że książka (cytuję): "... w piękny sposób pokazuje trudy partnerskiego współżycia kobiety z mężczyzną. Tłumaczy, dlaczego należy nieustannie dbać o bliskość, szacunek i miłość. Daje nadzieję, przekonując, że najważniejsze są marzenia, a uczucie można, a nawet trzeba odbudować, jeżeli jest ono wielkie, prawdziwe i ponadczasowe." No kto by się nie skusił?

Przeczytałam (miejscami przemęczyłam) te prawie 350 stron drobnego druku i oto moje odczucia - dla większej przejrzystości ujęte w punktach:
  • za dużo bohaterów, wystarczyłoby się skupić na historii jednej, dwóch osób, a tu prócz wymienionych wcześniej trzech pań mamy jeszcze Ewę i Kazika, Grażynkę, Dorotę, Joannę i Mirka, i pewnie jeszcze kogoś, ale się trochę pogubiłam, a nie chce mi się od nowa wertować książki;
  • wciskanie wątków zupełnie nie mających wpływu na fabułę - chociażby historia Magdy, która stara się znaleźć swoich biologicznych rodziców;
  • nadmierne powiązanie ze sobą poszczególnych bohaterów - mąż jednej pani jest kochankiem drugiej pani, a mąż tej drugiej kręci się koło trzeciej, którą z kolei ślubny małżonek opuścił dla tej pierwszej pani - brazylijska telenowela i "Moda na sukces" w jednym;
  • powielanie tego samego schematu przy wszystkich niemal historiach - ona/on zakłada profil na portalu odnajduje ukochanego/ukochaną sprzed lat, rzuca męża/żonę oraz (często nieletnie) dzieci  i planuje nowe życie z nowym partnerem;
  • główny zarzut stawiany obecnym mężom to brak higieny osobistej, bałaganiarstwo i niepodawanie śniadania do łóżka. A i jeszcze egzekwowanie praw małżeńskich przed umyciem zębów;
  • nowi partnerzy to sam cud-miód, nawet jeśli w starych związkach zachowywali się tak jak nadmieniłam w poprzednim punkcie. Przykład? A proszę: mąż Ireny traktuje ją gorzej kundla, ale dla swojej starej/nowej miłości Grażynki jest oparciem, spełnia jej marzenia i nawet łapie się za mopa i wiadro aby ukochana rączek sobie nie zabrudziła...
  • ogólne przyzwolenie na kłamstwo i zdradę małżeńską, łącznie z tym, że mama Moniki wręcz namawia córkę do oszukiwania męża - jestem ze wsi i może mam inny system wartości, ale takie postępowanie bohaterek zdecydowanie mnie do nich zrażało;
  • 1/4, no dobrze 1/5 objętości książki stanowią opisy zabiegów toaletowych tudzież przygotowywania herbaty i kanapek - typowe zapychacze, można by je spokojnie ominąć bez większej szkody dla powieści;  
  • zdrobnienia - wszyscy w kredensach mają kubeczki, panie in gremio uskarżają się na bolące brzuszki, panowie w wieku 50+ zamiast twarzy mają buzie, do szkoły chodzą dzieciaczki, a większość bohaterów zamiast jeść tylko skubie potrawy. Wyć się chce... No chyba, że w Gdańsku i okolicach tak się mówi - jeśli to regionalizmy to się nie czepiam;
  • I na koniec: kilka literówek i jeden czy dwa błędy ortograficzne (na temat interpunkcji się nie wypowiadam, bo to również moja słaba strona) ale przede wszystkim  trzy tony błędów stylistycznych i gramatycznych - po raz kolejny nie mogę zrozumieć, za co wzięła pieniądze pani redaktor? Jestem w stanie zrozumieć, że ktoś z bohaterów mówi niegramatycznie, bo taka kreacja, ale w narracji??? 
Ma ta książka pewnie jakieś plusy - chociażby poruszenie tematu przemocy w rodzinie i gwałtu małżeńskiego, ale też potraktowane po łebkach. Jednak minusy zdecydowanie przeważają - nie polecam. 
No chyba, że na własną odpowiedzialność...

niedziela, 29 września 2013

Lektury małoletniej Ani - odc.10

Kolejna odsłona moich dziecięcych lektur - dzisiaj słów kilka o pani Hannie Ożogowskiej.
Pisarka przyszła na świat w Warszawie w 1904 roku, z tym miastem związana była przez większość swojego życia, tutaj też zmarła w roku 1995. Przyszła pisarka studiowała w Instytucie Pedagogiki Specjalnej na Wydziale Pedagogicznym Wolnej Wszechnicy Polskiej i do roku 1951 pracowała w łódzkich szkołach średnich -m.in. przez pewien czas była dyrektorką Liceum Pedagogicznego dla Wychowawczyń Przedszkoli.
Hanna Ożogowska debiutowała w roku 1932 na łamach "Płomyka", którego później (w latach 1952-69) była redaktorką naczelną. Należy też nadmienić, że w latach 1974-88 była wiceprezesem polskiej sekcji IBBY, czyli Stowarzyszenia Książki dla Młodych, międzynarodowej organizacji, której celem jest promocja literatury dziecięcej i młodzieżowej.

Dorobek literacki Hanny Ożogowskiej to ponad 20 książek dla dzieci i młodzieży, oraz niezliczona ilość opowiadań, które ukazywały się na łamach prasy dziecięcej i młodzieżowej. Najbardziej znane utwory to: "Dziewczyna i chłopak czyli heca na 14 fajerek", "Ucho od śledzia", "Złota kula" i "Tajemnica zielonej pieczęci".  
Większość książek tej autorki osadzona jest w Warszawie, a jej bohaterowie to uczniowie szkoły podstawowej. Ożogowska opisuje rzeczywistość lat 60-tych i 70-tych, problemy mieszkaniowe nękające mieszkańców stolicy, jej bohaterowie pochodzą z rodzin inteligenckich i robotniczych, gdzie nikomu się nie przelewa i każda złotówka oglądana jest dwa razy zanim zostanie wydana.

Czytałam w dzieciństwie sporo książek Ożogowskiej, aczkolwiek nie wszystkie i teraz (podobnie jak w przypadku innych autorów mojej młodości) nadszedł czas na nadrobienie zaległości.

"Za minutę pierwsza miłość" to historia grupy przyjaciół, którzy wcześniej pojawili się w innej książce Hanny Ożogowskiej, a mianowicie w "Głowie na tranzystorach". Ewa, Irka, Kostek i Marcin chodzą do VII klasy i powoli zaczynają dorastać. Planują co będą robić w przyszłości, starają się rozwijać własną osobowość i marzą o pierwszym wielkim uczuciu. I aby nie przegapić tej pierwszej miłości obserwują starsze rodzeństwo, próbują różnych sprawdzonych sposobów aby wzbudzić zainteresowanie swoją osobą i zupełnie nie zauważają, że tuż obok jest ktoś, komu na nich naprawdę zależy. 
Książka pełna jest zabawnych zdarzeń, bo bohaterowie to normalne dzieciaki i różne rzeczy im się przydarzają. Ot, choćby Ewie, która wybierając się na spacer z kolegą z VIII klasy postanawia poprawić sobie urodę - niestety w łazience wysiadło światło i zamiast siostrzanej kredki do brwi dziewczynka użyła ołówka chemicznego...

Akcja książki toczy sie na początku lat 70-tych, więc realia tamtych czasów nieco odstają od tego co mamy dzisiaj - zmienił się system oświaty, zmieniły się obyczaje i normy społeczne, nie ma przydziałów mieszkaniowych a i relacje dzieci-rodzice też wyglądają inaczej. 
Jednak jest coś co się nie zmieniło i pewnie nigdy się nie zmieni - potrzeba przyjaźni, potrzeba uczucia i wyjątkowa wrażliwość młodych ludzi, strach przed odrzuceniem, niepewność i zaniżona samoocena. Dzisiejsze nastolatki pomimo całej swojej przebojowości i kreatywności niewiele się pod tym względem różnią od pokolenia, które w dorosłość wchodziło 40 lat temu.

A tak przy okazji dochodzę do wniosku, że jeszcze coś się od początku lat 70-tych nie zmieniło. A tym czymś jest biurokracja - mama Kostka przez kilka tygodni usiłuje rozwiązać sprawę podatku od psa (dostała wezwanie, aby taki podatek zapłacić, tymczasem nie mają i nigdy nie mieli żadnego psa) i pomimo zaświadczenia od dozorcy domu oraz pisma z administracji nie jest w stanie przekonać paniusi z Urzędu Miasta o pomyłce. Dopiero kiedy narzeczony córki uruchamia prasę sprawę udaje się załatwić pozytywnie.
Przeglądając codzienną prasę lub śledząc jakikolwiek program z nurtu "dziennikarstwa interwencyjnego" można bez problemu zauważyć, że pomimo zmian jakie przez te lata zaszły w naszym kraju w dalszym ciągu pojawiają się takie biurokratyczne potworki.
Cóż, podobno w życiu musi być coś stałego i niezmiennego...

piątek, 27 września 2013

Pan leśniczy Piątek po raz kolejny

Czy wiecie czym jest sześcioptak?
Pewnie nie, bo tak naprawdę nikt go jeszcze nie widział i jak na razie nie ma żadnego namacalnego dowodu na jego istnienie.
Według tych, którzy go poszukują jest to istota posiadająca cechy sześciu rzadkich i znajdujących się pod ochroną ptaków - ma głowę puchacza, dziób czarnego bociana,pierś orlika krzykliwego, szpony bielika, nogi żurawia i ogon cietrzewia.

Leśniczy Piątek rezydujący w leśniczówce Klechdy nade wszystko chce znaleźć niezwykłego ptaka - obiecał  bowiem swojemu poprzednikowi załatwić dwie sprawy: dać nauczkę kłusownikowi Kindziukowi oraz sfotografować sześcioptaka. Sprawę Kindziuka załatwił (mowa o tym w poprzednim tomie opowiadającym o leśnych perypetiach Piątka pt. "O czym szumi las") ale z ptakiem wcale nie jest tak prosto...

Po raz kolejny wybraliśmy się z Piotrkiem z wizytą do leśnictwa Klechdy. Tym razem las ukazany jest w jesiennej i zimowej szacie - niedźwiedź Leon układa się do snu zimowego, jelenie walczą na rykowisku, łoś gubi poroże a leśniczy przygotowuje zapasy na zimę dla swoich podopiecznych.

W tym tomie sporo miejsca poświęcone jest nieodpowiedzialnemu zachowaniu ludzi i ich braku szacunku dla lasu. Leśniczy walczy z wandalami zaśmiecającymi las, wielbicielami terenowych motocykli, którzy zamiast w wyznaczonych miejscach urządzają sobie wyścigi na leśnych ścieżkach oraz złodziejami choinek. Pewną nadzieją napawa fakt, że rośnie młode pokolenie, które kocha przyrodę i potrafi o nią zadbać - chociażby biorąc udział w akcji sprzątania świata.

Książki Pawła Wakuły oswajają młodego czytelnika z problemami dotyczącymi lasów i ich ochrony. Uzmysławia, że lasy to nie tylko miejsce niedzielnego spaceru czy grzybobrania, ale przede wszystkim dom dla wielu gatunków zwierząt  i roślin. Naszym obowiązkiem jest ochrona przyrody, dbałość o czystość lasu i jak najmniejsza ingerencja w świat zwierząt. Nadanie zwierzakom cech ludzkich czy umiejętności mowy sprawia, że stają się bliższe młodemu odbiorcy i dziecko może je polubić  ze względu na cechy charakteru lub poczucie humoru.
W leśnictwie Klechdy mieszka też wiele stworów baśniowych - Piątek początkowo nie wierzył w ich istnienie, ale później z wieloma się zaprzyjaźnił i bardzo często są oni jego przewodnikami po leśnych ostępach. Ich obecność dodaje książce dodatkowego kolorytu, ale wprowadza też w świat słowiańskich wierzeń i przesądów - utopce, płanetniki, latawice, zmory i dziwożony to tylko niektórzy przedstawiciele leśnego ludku.
Autor stara się, o ile to możliwe, mówić prostym, zrozumiałym dla dziecka językiem, a kiedy musi używać terminów z gwary łowieckiej to zawsze są one wyjaśnione. Jedyne co nie do końca mi się w tej książce podoba to ilustracje, ale to już rzecz gustu.

czwartek, 26 września 2013

Wojna polsko-polska czyli przewrotnie o przewrocie majowym

Powodów dl których autor pisze książkę jest wiele: bo lubi, bo ma ciekawą historię do opowiedzenia, bo chce zwrócić uwagę potencjalnych czytelników na jakiś ważny problem, bo znajomi namawiają, bo uważa, że skoro sąsiadka wydała swoje pamiętniki to on też może - można by jeszcze wiele innych, mniej lub bardziej poważnych powodów wymieniać. Nierzadko zdarza się też, że dzieło powstaje z powodów czysto ekonomicznych... Powód dobry jak każdy inny, ale niewielu autorów lubi się przyznawać do tego, że pisze dla pieniędzy.
Jednym z wyjątków od tej reguły była Magdalena Samozwaniec, która w swojej autobiograficznej książce "Maria i Magdalena" niefrasobliwie przyznaje się do tego, że literatura stanowiła dla niej źródło dochodów. Przytacza m.in. historię o tym jak w czasie przewrotu w maju 1926 roku przebywała wraz z siostrą w warszawskim hotelu Bristol (jej ojciec Wojciech Kossak miał tam pracownię) i skończyły im się fundusze. W oczy siostrzyczek zajrzał głód i wtedy jak z nieba spadła im propozycja od znajomego wydawcy - jest zapotrzebowanie na satyryczny obraz tego co dzieje się na ulicach Warszawy. Zleceniodawca całkiem nieźle zapłaci, ale tekst ma być gotowy na następny dzień rano... Siostry ostro wzięły się do roboty i kiedy po kilkunastu godzinach do ich drzwi zapukał kurier dziełko pt. "Kartki z pamiętnika młodej mężatki" było już gotowe. Wydawca miał (podobnie jak Magdalena) nosa do interesów i książeczka rozeszła sie błyskawicznie, tak że jeszcze w kilka miesięcy później wyszło drugie wydanie wzbogacone o tekst "Kłopoty z doktorem".

Narratorką "Kartek" jest Polka zamężna za Francuzem, od jakiegoś czasu mieszkająca w Paryżu, która w owe przełomowe dni przebywa w Warszawie. Mimi Bigourdan (de domo Bączkowska) to osóbka zupełnie niezorientowana w polskiej polityce tamtego okresu, taka trochę "inteligentna inaczej" więc kiedy słyszy strzały na ulicach Warszawy zupełnie nie jest w stanie ogarnąć co sie właściwie dzieje - na marginesie trzeba przyznać, że wiele osób o ilorazie inteligencji znacznie wyższym również nie do końca wiedziało o co chodzi.
Mimi po początkowym ataku paniki ogarnia patriotyczna gorączką i ma nadzieję, że "nasi" wygrają. Dlatego wiadomość, że po obu stronach barykady stoją "nasi" jest dla niej prawdziwym ciosem...

Pomimo, że od wydarzeń z maja 1926 roku minęło już niemal 90 lat to w dalszym ciągu budzą one kontrowersje. Czy Piłsudskim kierował interes narodowy czy tylko ambicja, co skłoniło go  do wystąpienia przeciwko swoim dawnym współpracownikom i dlaczego akurat w tym a nie innym czasie - tego pewnie jednoznacznie nie dowiemy się nigdy. Faktem jest, że w czasie wydarzeń majowych Warszawa poniosła poważne straty materialne, 379 osób (w tym 164 cywilów) straciło życie a dalsze 920 odniosło rany. Wygrali piłsudczycy i przez kolejne 13 lat to oni stali na czele państwa. Zwycięstwo to jednak nie było tak druzgocące jak się spodziewali, co więcej, gdyby nie akcja kolejarzy, którzy zatrzymali pociągi z posiłkami dla wojsk rządowych a przepuścili te wiozące stronników Komendanta, to wcale nie ma pewności, że udałoby się im odnieść sukces.

Książka Magdaleny Samozwaniec doczekała się w powojennej Polsce również kilku wydań, ale ja chciałabym zarekomendować to, które stoi na mojej półce. Jest to edycja wydawnictwa WAB z 2011 roku. Książka wydrukowana na grubym papierze, z twardą okładką a zasadniczy tekst poprzedzony jest wstępem Rafała Podrazy. Do książki dołączone jest dokładne kalendarium wydarzeń oraz posłowie pióra Jana Wróbla, w którym autor kreśli krótki rys historii odrodzonej Polski, oraz stara się scharakteryzować i obiektywnie ocenić ten akurat fragment życiorysu Józefa Piłsudskiego. Całość zdobią liczne fotografie głównych postaci tamtych wydarzeń, widoki Warszawy z okresu walk oraz kilka zdjęć autorki z lat międzywojennych.
Dla wielbicieli pisarki to pozycja obowiązkowa, tym bardziej, że raczej odbiega od głównego nurtu jej twórczości.

wtorek, 24 września 2013

Czytanki do poduszki

W czasie wakacji różnie to bywało, ale odkąd wróciliśmy do szkoły Młody o 20-tej ma już leżeć w łóżku, a mama czyta coś na dobranoc. Moje dziecko miało w swoim życiu już różne fazy, ale najczęściej było to coś związanego z przyrodą. Tak też jest z lekturami - bajki mogą być, jakieś opowiadania i wierszyki ostatecznie też, ale jeśli na horyzoncie pojawi się jakaś książka o zwierzętach to ma ona bezwzględne pierwszeństwo. I tak oto większość wrześniowych wieczorów spędziliśmy w towarzystwie dwóch książek - zwierzątkowej i leśnej.

Jędrek i Ania wraz z rodziną mieszkają w Domu pod Dębami. Tato jest weterynarzem więc dzieci mają czasem styczność z jego pacjentami, a i w domu całkiem zacna gromada zwierzaków pomieszkuje na stałe bądź czasowo. Stałymi mieszkańcami są: psy - podwórzowy Zagraj oraz wyżlica Lotka, szczęśliwa mama dwóch szczeniaków Lolka i Bolka; kocur Burus, liczne stadko ptactwa domowego oraz Kaśka, kawka, która trafiła tu z racji złamanego skrzydła i już została. 
Pewnego dnia znajomy leśniczy przynosi do lecznicy małego dziczka - lochę zabili kłusownicy, a malucha niemal w ostatniej chwili uratował pan Bartłomiej. Dziczy osesek okazuje się dziewczynką, otrzymuje imię Dundzia i "schodzi na psy", bowiem Lotka przyjmuje sierotkę do swojego stada. 

"Dundzia, Panek i przyjaciele" to książeczka, której autorką jest Grażyna Strumiłło-Miłosz. Mała świnka to nie jedyny zwierzak, którego przygarnie rodzina - w Domu pod Dębami znajdzie się miejsce dla kotka Kropka, wiewiórki Duszki, szczeniaka Łobuza i bociana Panka.
Taki zwierzyniec to prawdziwa "wylęgarnia" przygód - wesołych i smutnych, czasem niebezpiecznych, ale mających szczęśliwe zakończenie. Jędrek i Ania kochają zwierzęta, potrafią się nimi zaopiekować, ale niestety nie wszystkie dzieci z ich otoczenia są takie - w książce znajdzie młody czytelnik/słuchacz również opis negatywnych zachowań wobec zwierząt. Na szczęście są to tylko jednostki...
Książka sprawdzi się dla dziecka w wieku 6-10 lat.

Druga książka, którą czytaliśmy z Piotrkiem w ostatnich dniach nosi tytuł "O czym szumi las" a jej autorem jest Paweł Wakuła - artysta, rysownik związany z tygodnikiem "Angora", autor opowiadań oraz powieści o przyrodzie.

Leśniczy Piątek obejmuje swoją pierwszą samodzielną placówkę - leśnictwo Klechdy. Podległy mu teren obejmuje duży kompleks leśny przecięty Rzeką Bagiennej Trawy, mokradła i uroczyska. Zamieszkuje go różnorodna zwierzyna, którą spotkamy w większości naszych lasów - zające, dziki, borsuki, sarny i jelenie. Ale oprócz tych popularnych gatunków w Klechdach znajduje Piątek kilka rzadkich i chronionych ptaków, a także niedźwiedzia z wadą wymowy, skrzaty, płanetników, driady i latawice. A podobno gdzieś w głębi lasu znajduje się domek Baby Jagi...

Piątek nie ma za bardzo czasu zastanawiać się nad niezwykłością podlegającego mu rewiru - praca leśnika jest niezwykle absorbująca. Prace pielęgnacyjne, nasadzanie nowych drzewek, wyręb starych i chorych, próby przyłapania kłusownika, codzienne patrole to tylko część jego obowiązków. Piątek kocha las i stara się o niego jak najlepiej zadbać, a problemów jest cała masa - wspomniany już kłusownik, zagrożenie pożarowe, zwierzęta niszczące uprawy położone w sąsiedztwie lasu, szkodniki drzew oraz niefrasobliwi grzybiarze to tylko niektóre z nich.

Książka dostarcza dosyć dużo informacji o pracy leśnika - Paweł Wakuła poza fantazją, która powołała do życia rozmaite baśniowe stworzenia ma wiedzę na temat lasu i gospodarki leśnej. Mój mąż jest pracownikiem Zakładu Usług Leśnych, więc w domu od zawsze sporo sie o lesie i pracach z nim związanych mówiło. Jeżeli w czasie lektury pojawiała się jakaś wątpliwość tato wzywany był jako ekspert mający określić czy opisywana sytuacja mogła się zdarzyć naprawdę czy autor popłynął. Piotrek często razem z tatą jeździ do leśniczych u których aktualnie Robert wykonuje zlecenia, z kilkoma jest zaprzyjaźniony i od lat obiecuje, że w przyszłości będzie pracował w lesie. No chyba, że zostanie Ben Tenem, Rycerzem Jedi lub Power Rangerem...

niedziela, 22 września 2013

Lektury małoletniej Ani - odc.9

Nie wiem za bardzo jak to się teraz układa, ale kiedy byłam jeszcze uczennicą szkoły podstawowej to istniał dosyć wyraźny podział na literaturę dziewczyńską i chłopacką - my zaczytywałyśmy się Montgomery i Siesicką, a nasi koledzy (jeżeli przypadkiem oderwali się od kopania piłki) wybierali Szklarskiego, Nienackiego lub Niziurskiego. Zdarzało się co prawda, że dziewczyny sięgały po "męską" literaturę, ale w drugą stronę to już raczej nie działało... 
Ja akurat jestem z tej grupy dziewcząt czytających książki dla chłopców, uwielbiam Pana Samochodzika, książki o Indianach i przygody czterech pancernych oraz powieści Edmunda Niziurskiego.

Edmund Niziurski przyszedł na świat w Kielcach w 1925 roku. Tam spędził dzieciństwo i młodość (poza latami wojennymi), tam chodził do szkoły średniej i studiował. I chociaż kilka lat po wojnie opuścił rodzinne miasto, to Kielecczyzna pozostała bliska jego sercu - duża część jego utworów osadzona jest w fikcyjnych miejscowościach wzorowanych na miastach i miasteczkach regionu świętokrzyskiego. 
Niziurski debiutował jeszcze w czasie wojny jako... poeta, bowiem w 1944 roku w prasie podziemnej ukazał się jego wiersz. Po wojnie współpracował z czasopismami młodzieżowymi oraz Polskim Radiem. Pisarz kojarzony jest głównie z literaturą młodzieżową, ale warto wspomnieć, że w swoim dorobku ma również kilka książek dla dorosłych. Jest to chyba jedyny współczesny polski autor, którego utwór niezmiennie, pomimo licznych reform i zawirowań w naszym systemie oświaty, znajduje się w kanonie lektur szkolnych - jest to powieść pt. "Sposób na Alcybiadesa".
Do najpopularniejszych utworów Niziurskiego oprócz wspomnianego wyżej "Sposobu" należą powieści "Niewiarygodne przygody Marka Piegusa", Księga urwisów", "Siódme wtajemniczenie", "Klub włóczykijów" oraz zbiór opowiadań "Jutro klasówka".
Za swoją twórczość był wielokrotnie nagradzany, a kilka jego powieści doczekało się ekranizacji - moim zdaniem nie do końca udanych, bowiem największą zaletą tych książek jest narracja, a tej w filmie się odtworzyć nie da...

Przy okazji trochę prywaty: nie dane mi było zetknąć się osobiście z panem Edmundem, ale przez rok dosyć regularnie spotykałam się z jego młodszym bratem - prof. Mirosław Niziurski był moim wykładowcą historii muzyki w czasie studiów podyplomowych w kieleckiej Wszechnicy Świętokrzyskiej.

W bardzo młodych latach przeczytałam sporo książek Niziurskiego, ale jeszcze kilka pozostało i tak oto w tych dniach zapoznałam się z "Niesamowitymi przypadkami Cymeona Maksymalnego".
Maksymilian Ogromski przez przyjaciół zwany Cymkiem jest uczniem siódmej klasy. Właśnie przeniósł się do nowej szkoły i ma szansę rozpocząć szkolne życie z czystą kartą. Niestety Cymek ma ogromnego pecha - w poczekalni gabinetu lekarskiego spotyka młodego człowieka, którego bierze za swojego rówieśnika a który okazuje się jego nowym polonistą... Na szczęście magister Szykoń (poufale zwany Koniem) puszcza w niepamięć niefortunne spotkanie, ale pech Cymka nie odpuszcza. Chłopak chce nakręcić film - brat kolegi pożyczy mu kamerę, siostra obiecała wyłożyć cześć funduszy potrzebnych na to przedsięwzięcie, techniczna strona projektu jest zapewniona, ale brak głównej aktorki. A właściwie to jest nadmiar chętnych na to miejsce...

Książka Niziurskiego opowiada w zabawny sposób o problemach wieku dorastania - o pierwszych uczuciach, o rywalizacji między uczniami, o stałym konflikcie na linii młodzież-nauczyciele, o planach i marzeniach. Cymek wplątuje się w coraz to nowe historie, które wymagają od niego podejmowania trudnych decyzji - działać zgodnie z własnym sumieniem i wejść w konflikt z klasą czy milczeć i obserwować jak koledzy niszczą nauczyciela, wysypać nielubianego kolegę czy trzymać język za zębami i samemu być podejrzanym o nieregulaminowe zachowanie i wreszcie którą dziewczynę wybrać: atrakcyjną egoistkę czy mniej reprezentacyjną ale z lepszym charakterem? 
Kto ciekaw odpowiedzi na te i inne nękające Cymka problemy niech szybciutko pędzi do biblioteki - z pewnością znajdzie tam kilka półek z książkami Edmunda Niziurskiego a wśród nich również "Niesamowite przypadki".

Pisałam już wyżej, że jedną z najważniejszych cech twórczości Niziurskiego jest specyficzny język - to jeden z tych autorów, których styl można rozpoznać po przeczytaniu zaledwie kilku zdań. Znakiem firmowym tego autora są również oryginalne nazwiska - Maksymilian Ogromski, Tytus Ciemski, Eugeniusz Tubkowski czy Klaudiusz Opęda to tylko niektórzy z bohaterów tej książki. W powieściach Niziurskiego jest element dydaktyzmu, ale tak zgrabnie wprowadzony, że dotarł on do mnie dopiero kiedy przeczytałam jego powieści jako osoba dorosła - jako dziecko nie widziałam w tych zabawnych historiach jakiegoś szczególnego moralizatorstwa.
Język Niziurskiego, który z jednej strony jest jego największą zaletą może być niestety dla młodych czytelników największą wadą. Pisarz używa bowiem młodzieżowego slangu na równi z językiem literackim, a miejscami również naukowym, okraszając tę mieszankę własnymi pomysłami - język potoczny ciągle ewoluuje i sposób mówienia właściwy dla lat 60-tych czy 70-tych jest dzisiaj anachroniczny, a w skrajnych przypadkach wręcz niezrozumiały.
Mimo wszystko myślę, że powieści Niziurskiego w dalszym ciągu będą czytane przez młodzież w różnym wieku;)

czwartek, 12 września 2013

Obejrzane <-> przeczytane: Wakacje z duchami

Kilka miesięcy temu ZwL ogłosił na swoim blogu plebiscyt celem którego było stworzenie listy ulubionych książek młodzieżowych z lat PRL-u. Głosowanie cieszyło się dużym zainteresowaniem i po jego zakończeniu powstała całkiem pokaźna lista książek, którą można obejrzeć TUTAJ. Kiedy przeglądałam autorów i tytuły ich powieści dotarło do mnie, że chociaż dorastałam w tamtym okresie i zawsze dużo czytałam to wielu powieści nie znam. Więcej, jest kilku popularnych autorów z którymi nigdy nie miałam przyjemności się spotkać...
Jednym z takich pisarzy jest ulubieniec większości moich rówieśników, czyli Adam Bahdaj. Co może wydać się dziwne - nie czytałam jego książek, ale wcale nieźle znam ich treść. Jak to możliwe? Cóż, większość z nich została zekranizowana...

W ramach nadrabiania przeróżnych czytelniczych zaległości zapodałam sobie jeden z hitów, które wyszły spod pióra pana Bahdaja, czyli "Wakacje z duchami".
Akcja powieści dzieje się w latach 60-tych, gdzieś na Ziemiach Odzyskanych, w okolicy Zielonej Góry. Na wakacje do leśniczówki przyjeżdża trzech chłopców z Warszawy - Perełka, Paragon i Mandżaro. Las, jezioro, dużo swobody to istny raj dla miejskich chłopaków. Do pełni szczęścia brakuje tylko jakiejś niesamowitej przygody, najlepiej z kryminalnym podtekstem. I oto jak na zawołanie w ruinach zamku usytuowanego na pobliskim wzgórzu zaczyna straszyć, a we wsi (i w samej leśniczówce też) pojawia się kilka podejrzanych osób...
Kto oglądał ten wie jakie jest rozwiązanie zagadki, kto nie oglądał niech sięgnie po książkę, bo niewiele, ale jednak się różni od telewizyjnej wersji.  

Książka nie jest specjalnie obszerna, więc jej lektura zbyt  wiele czasu nie zajęła, ale po jej zakończeniu zaczęłam wspominać własne wakacyjne przygody i doszłam do wniosku, że dorastałam  ciężkich czasach (stan wojenny, kartki na wszystko, puste sklepy,itd.), bez komputera, gier wideo czy wypasionych zabawek, ale moje dzieciństwo było o wiele weselsze niż to które jest udziałem mojego dziecka... Mieliśmy po pierwsze więcej swobody - zbieraliśmy się (często kilkanaścioro dzieciaków) na jednym podwórzu i razem spędzaliśmy czas, nikt nam nie kazał co kilka minut myć rąk, truskawki czy agrest jadło się prosto z krzaka, wystarczyło kawałek placu, dwa patyki i sznurek i można było grać w siatkówkę, podrapane kolana i łokcie czy kolekcja różnokolorowych sińców po rowerowych szaleństwach nie były nawet warte uwagi - można by jeszcze długo wymieniać. Byliśmy bardziej samodzielni, pomysłowi, niedostatki sprzętu nadrabiane były wyobraźnią. Ja byłam aktywną harcerką, więc lato związane było z trzytygodniowym wypadem gdzieś w Polskę - dzięki harcerskim obozom byłam pierwszy raz nad morzem, poznałam Warmię i Mazury, okolice Wrocławia, Pieniny i Beskidy. Oprócz atrakcji turystycznych taki obóz to była całkiem niezła szkoła życia - nie było mamy i taty, a wszystko, od rozbicia namiotu, poprzez pranie i przygotowywanie posiłków, na rozsądnym gospodarowaniu gotówką kończąc trzeba było robić samemu. Ech, to se ne vrati...

"Wakacje z duchami" mogą dla współczesnych dzieciaków już trochę trącić myszką, ale jako wywoływacz wspomnień u trochę starszych wiekiem osób doskonale się sprawdzą. Powieść nie jest nazbyt dydaktyczna, a jej bohaterowie nie są wcale idealnymi nastolatkami. To zwyczajni chłopcy, mający masę pomysłów, często działający pod wpływem impulsu, ale gdy sytuacja tego wymaga starają się postępować odpowiedzialnie.
Historia opowiedziana jest ciekawie, bohaterowie nie mają patentu na nieomylność i chociaż wiadomo, że wszystko musi się dobrze skończyć to niejednokrotnie wpadają w poważne kłopoty. Warto sięgnąć po tę książkę tak samo jak po inne, które stworzył Adam Bahdaj.
Ja w każdym razie chętnie zapoznam się z kolejnymi tomami tego autora.

piątek, 30 sierpnia 2013

Historia pewnej dynastii

Podejrzewam, że gdyby przeprowadzić sondę wśród uczniów (obojętnie jakiej szkoły) na temat, który z przedmiotów jest najnudniejszy, to prawie na pewno na pierwszym miejscu wylądowałaby historia. Właściwie to nie ma się czemu dziwić: trzeba wkuć ileś dat, pojęć, nazwisk, nazw geograficznych. A jeszcze warunki pokojów, przyczyny i skutki wojen, powstania, rewolucje - no każdy się kiedyś tej historii uczyć musiał, więc jakieś doświadczenia z tą historią mamy wszyscy. A ja stojąc po drugiej stronie biurka również z żalem stwierdzam, że  dzieje nasze ojczyste (a i powszechne takoż) w formie szkolnej są zwyczajnie niestrawne...

Tymczasem historia, opowiedziana w odpowiedni sposób, może być bardzo atrakcyjna i ciekawa. Sama, o ile tylko mi czas i podstawa programowa pozwolą, staram się przemycać na lekcjach jakieś "historyczne plotki, skandale i afery" - żelaznym punktem programu są np. małżeńskie perypetie Henryka VIII, ziemniaki królowej Marysieńki czy warunki sanitarne panujące w Wersalu. I o ile na temat warunków I pokoju toruńskiego wiedza wyparowuje niemal natychmiast, o tyle takie bzdurki w pamięci pozostają.

Jedną z osób, która o historii potrafiła opowiadać ciekawie był pisarz historyczny i publicysta Leon Lech Beynar, bardziej znany pod pseudonimem Paweł Jasienica, zaś do najbardziej znanych jego prac należy zbiór esejów historycznych dotyczących dziejów Polski od zarania do III rozbioru, podzielony na trzy części "Polskę Piastów", "Polskę Jagiellonów" oraz "Rzeczpospolitą Obojga Narodów". Na mojej półce książki te goszczą już od wielu lat, obszerne fragmenty (zwłaszcza "Polski Piastów") przeczytałam, ale jakoś nigdy nie miałam czasu zabrać się za czytanie tego jako całości. Dopiero teraz, zmotywowana wyzwaniem "Trójka e-pik" wzięłam się i przeczytałam "Polskę Jagiellonów".

Książka Jasienicy nie  jest w żadnym wypadku typowym dziełem naukowym czy podręcznikiem akademickim - znajdzie tu czytelnik oczywiście pewne daty, objaśnienie kilku pojęć, sylwetki królów, wodzów czy innych osób, które tworzyły historię, ale ta akurat wiedza stanowi ledwie niewielki procent całości.
"Polska Jagiellonów" to przede wszystkim obraz uwarunkowań społecznych, to omówienie pobudek, które kierowały decydentami wreszcie jest to próba bilansu tych dwustu lat, kiedy na krakowskim tronie zsiadał Jagiełło i jego potomkowie. Jasienica w swoim dziele wyraża pogląd (i moim zdaniem ma w swoich przemyśleniach rację), że najważniejszy wpływ na historię mają jednostki, bo jakże często decyzje wagi państwowej podejmowane były pod wpływem impulsu bądź chwilowego kaprysu władcy.
Dodać trzeba, że Jasienica nie zamyka się w sprawach polskich - wszak nie leżał nasz kraj na pustyni tylko pomiędzy innymi państwami i to od nich w dużej mierze zależała polityka jaką prowadzili Jagiellonowie.
Autor przy pisaniu książki opierał się na licznych materiałach źródłowych, kronikach polskich i zagranicznych, oraz na badaniach archeologicznych.

Książka Jasienicy to tekst dla osób zainteresowanych historię ,ale nie tylko - laik nie zostanie zasypany lawiną faktów i dat. Dostanie natomiast w ręce wszechstronny opis państwa i narodu w dawnych wiekach, napisany pięknym literackim językiem, okraszony dykteryjkami i ciekawostkami oraz licznymi fotografiami.
Warto przeczytać tę książkę.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Znikąd pomocy...

Są sprawy o których nie potrafię myśleć ani mówić bez emocji. Pewnie nie tylko ja tak mam, bo, mimo coraz bardziej powszechnego zdziczenia obyczajów, ciągle wierzę, że większość z nas nie utraciła jednak wrażliwości na ludzkie nieszczęście. Szczególnie mocno oddziałuje na mnie krzywda wyrządzana dzieciom - nie wiem, czy wszystkie matki tak mają, czy tylko ja jestem jakaś nienormalna, ale zawsze na miejscu takiego maltretowanego malca widzę swojego synka. I z tego właśnie powodu szerokim łukiem omijam książki i filmy o takiej tematyce. No, chyba, że z jakiegoś powodu muszę się z danym dziełem zapoznać...

Zmarła w ubiegłym roku pisarka Ewa Ostrowska była autorką kilkunastu książek dla dzieci i młodzieży, pisała opowiadania, kryminały i thrillery, jednak najbardziej znana jest z kilku powieści obyczajowych dotykających problemów rodziny - braku zrozumienia, stosunków pomiędzy poszczególnymi jej członkami, wyniszczających konfliktów czy wręcz patologii. To niezwykle trudna tematyka - nie tylko dla czytelnika, ale również dla autora, bo trzeba niezwykle sprawnego warsztatu literackiego i talentu, żeby nie popaść w melodramatyczne tony i nie spłycić problemu.

Marta, główna bohaterka powieści "Abonent czasowo niedostępny" to na pierwszy rzut oka dziewczyna z tzw. dobrego domu - matka jest nauczycielką języka angielskiego, ojczym to dyrektor liceum, ma dwie młodsze siostry. Ale to tylko pozory: w swoim dwudziestodwuletnim życiu doświadczyła już nazbyt dużo - od dzieciństwa molestowana przez ojczyma, przeciążona obowiązkami domowymi, brutalnie odcięta od dziadków, jedynych osób, które darzyły ją prawdziwą miłością. Osamotniona dziewczyna zakochuje się w chłopcu, który ma usta pełne pięknie brzmiących frazesów, ale w chwili kiedy pojawiają się problemy okazuje się egoistą i draniem. Poniżona, coraz bardziej zamknięta w sobie Marta przeżywa jeszcze jeden dramat - traci dziecko. I już nie ma nikogo kogo mogłaby kochać...
Ojczym załatwia jej pracę u dawnego znajomego - dziewczyna dostaje od życia jeszcze jedną szansę, tym bardziej, że Michał, jej szef, wydaje się być inny od mężczyzn, którzy ją skrzywdzili.

Molestowanie seksualne dzieci - jeszcze kilkanaście lat temu problem "nie istniał", a o dramatach, które rozgrywały się za zamkniętymi drzwiami dziecięcych sypialni nikt nie ośmielał się wspominać. W ostatnich latach temat został niejako "odczarowany" i co jakiś czas media donoszą o kolejnym rodzinnym dramacie. Nie wiedzieć czemu utarło się przekonanie, że tego rodzaju przestępstwa dotyczą rodzin patologicznych, gdzie przemoc wobec słabszych, nierzadko wzmocniona alkoholem jest na porządku dziennym. Bo przecież ludzie inteligentni, wykształceni, kulturalni tak się nie zachowują. Prawda jest niestety całkiem inna, a poziom zwyrodnialstwa nie ma nic wspólnego z inteligencją lub jej brakiem...

Książka Ewy Ostrowskiej wzbudziła we mnie ogromne emocje - z jednej strony ogromne współczucie dla Marty, ale równocześnie wściekłość w stosunku do jej matki. Jakoś nie jestem sobie w stanie wyobrazić, że można być tak ślepym i nie zauważać co się dzieje we własnym domu. Tym bardziej, że córka niejednokrotnie szuka u matki pomocy, ale ta jej nie wierzy ślepo zapatrzona w swojego Piotrusia. Co więcej, kiedy dostaje "czarno na białym" dowody nieuczciwości męża wyrzuca córkę z domu.
Marta to postać z jednej strony tragiczna, ale równocześnie niezwykle silna psychicznie - stara się żyć w miarę normalnie, a kiedy zachodzi taka konieczność bierze na siebie odpowiedzialność za resztę rodziny. Ma swoje wewnętrzne demony, ale światu stara się pokazać spokojną twarz. 

Trudno jednak nie zauważyć w tej powieści pewnych mankamentów - kilka faktów, które w zamyśle miały pewnie podkreślić dramatyczne przeżycia dziewczyny stanowiło dla mnie element nie do końca prawdziwy. Przykłady Proszę bardzo: ksiądz wrzeszczący na spowiadającą się dziewczynkę i wyzywający ją od bezwstydnic? No nie, przecież to nie średniowiecze, istnieje coś takiego jak powaga miejsca jakim jest kościół, a przede wszystkim duchownego obowiązuje tajemnica spowiedzi. Dalej - nauczyciele tolerują wielotygodniową absencję Marty usprawiedliwianą przez matkę - fakt, nie ma już od kilkunastu lat konieczności zwolnień lekarskich na nieobecność dłuższą niż trzy dni, ale takie coś podchodzi pod niedopełnienie obowiązków rodzicielskich i grozi sankcjami prawnymi, o czym matka Marty, również nauczycielka musi wiedzieć. A stwierdzenie, że dziewczynka jest najprawdopodobniej opóźniona w rozwoju bez zasięgnięcia opinii specjalisty to już nawet nie jest błąd tylko wielbłąd. Lekarka z wieloletnim doświadczeniem, która uważa, że wystarczy dziecku kupić psa i przejdzie do porządku dziennego nad faktem, ze jego rodzina przestała istnieć?
Ale tym co chyba najbardziej mnie nie przekonuje jest fakt, że Marta tak głęboko zraniona przez ojczyma i chłopaka obiecuje sobie nie zaufać już żadnemu mężczyźnie, a następnie opowiada swoją historię Michałowi. Tym bardziej, że wcześniej nie chce rozmawiać o tym z Janką - a przecież bardziej logiczne byłoby gdyby zwierzyła się kobiecie i to tak serdecznie do niej nastawionej. (Swoją drogą ta Janka to jak dla mnie najbardziej nieprawdopodobna postać z całej książki).

Nie chcę wyjść na czepialską, co to szuka dziury w całym, ale powieść Ewy Ostrowskiej to nie jest kobiece czytadełko, gdzie bohaterka wpada w coraz to większe nieszczęścia, ale na końcu czeka na nią nagroda w postaci księcia na białym koniu (ew. biznesmena z jachtem dalekomorskim) i dlatego takie niedociągnięcia mają wpływ na odbiór książki. Wydaje mi się, że w takim wypadku sprawdza się zasada "Im mniej, tym lepiej".

Co by jednak nie mówić - nawet pomimo tych mankamentów i trochę drewnianych dialogów książka warta jest każdej minuty poświęconej na jej lekturę.




niedziela, 25 sierpnia 2013

O zwierzętach w dwóch odsłonach

Wakacje na finiszu...
Już zaczynamy z Piotrkiem przygotowania do nowego roku szkolnego - głównie zakupowe, bo potrzebne są bloki, farby, kredki, flamastry, kapcie i 101 innych rzeczy, a jakby tego było mało prawie nowy piórnik (kupiony w maju) okazał się masochistą i sam siebie przebił na wylot śrubokrętem (tak przynajmniej zeznaje podejrzany o tę zbrodnię młodociany Piotr N.) i też trzeba kupić kolejny...
Odwiedziłam już zakład pracy, zajrzałam do biblioteki, poplotkowałam z panią sekretarką i panią woźną, oddałam honory dyrekcji i przypomniano mi o konferencji w najbliższą środę. Czyli definitywnie nowy rok szkolny nadchodzi wielkimi krokami. 
Te wakacje były zdecydowanie domowe, leniwe i czytelnicze. Pisanie szło mi trochę gorzej, więc parę zaległości się zrobiło, staram się je nadrobić i dlatego o dwóch książkach teraz będzie. Ich cechą wspólną jest język oryginału (nasz rodzimy) oraz tematyka (zwierzaki). Różnią się formą (wywiad i powieść) oraz moją oceną (bardzo dobra i taka sobie).
Ale do rzeczy.

"O psach, kotach i aniołach" to zebrane w jednym tomie wywiady z ludźmi kultury i sztuki, których na okoliczność ich pupilów przepytywał Jan Strzałka. Autor rozmawiał z Anną Dymną, Katarzyną Grocholą, Markiem Kondratem, Wojciechem Mannem, Moniką Olejnik, Olgą Tokarczuk, Grzegorzem Turnauem, księdzem Janem Twardowskim i Stanisławem Tymem. W rozmowach nierzadko brali udział czworonożni przyjaciele artystów - można powiedzieć, że na bieżąco autoryzowali opowieści na swój temat. A historie te dotyczyły zarówno aktualnych jak i dawniejszych zwierzaków - kotów, psów, ale również kóz, ślimaków i jaszczurek. 
Mogłoby się wydawać, że znani i sławni mają w swoich domach psią i kocią arystokrację - nic bardziej mylnego. Najczęściej wymienianą w książce psią rasą  jest kundelek, a większość kocich bohaterów to pospolite dachowce... 

Bo liczy się uczucie a nie wygląd pupila - to motyw obecny w każdym z wywiadów. Co z tego, że terier Marka Kondrata nie został nagrodzony na wystawie bo za bardzo zawadiacko nosił ogon? Najważniejsze, że tym ogonem wyrażał radość i przywiązanie do swoich właścicieli. I cóż, że Kaśka, kotka Anny Dymnej szła w tango ze wszystkimi kocurami wałęsającymi się po krakowskich Plantach? Najważniejsze, że kochała swoją panią jak nikogo na świecie, a swoje uczucie wyrażała poprzez układanie upolowanych gryzoni na łóżku aktorki. Takich przykładów jest w książce mnóstwo.

Wywiady są różne - jedne bardziej poważne w tonie, inne mniej (no, bo czy ktoś potrafi sobie wyobrazić poważnego Stanisława Tyma?), ale wszystkie przepełnione są miłością do zwierząt.

Bardzo sympatyczna książka - a dla psiarzy i kociarzy, którzy o swoich pupilach potrafią rozprawiać godzinami to pozycja wręcz obowiązkowa.

**************************************************

Maria Nurowska jest jedną z najpopularniejszych obecnie polskich pisarek, jej bibliografia liczy coś koło trzydziestu tytułów, z których do tej pory poznałam dwa - "Panny i wdowy" oraz "Księżyc nad Zakopanem" i obydwie te książki dosyć mi się podobały. I kiedy okazało się, że książką sierpnia w naszym DKK jest powieść "Nakarmić wilki" nastawiłam się na ciekawą lekturę. 

Katarzyna po ukończeniu studiów wyjeżdża w Bieszczady, aby tam obserwować wilki. W leśnej chatce spotyka dwóch innych badaczy i przez kilka miesięcy razem prowadzą obserwacje. Kaśka jest zakochana w wilkach i jej największym marzeniem jest kontakt i obserwacja tych mieszkańców lasu. Niestety miejscowi żywią do jej ulubieńców zgoła inne uczucia...

Moje spotkania z wilkami zamykają się w kilku wizytach w ZOO i tak już raczej pozostanie, ponieważ budzą one we mnie obawę i raczej nie chciałabym takiego zwierza spotkać na swojej drodze. Akcja powieści toczy się w Bieszczadach. To góry, które kocham miłością wielką (co jest o tyle dziwne, że byłam w nich tylko raz w życiu), więc tym bardziej byłam ciekawa jak przedstawiła je pani Nurowska.

I niestety, ryzykując nawet to, że wielbicielki pisarki w ogólności, a tej książki w szczególności, się na mnie obrażą z żalem stwierdzam, że ta książka jest mocno taka sobie...
Bieszczadów tyle co kot napłakał, bohaterowie drewniani, akcja poszarpana - to najważniejsze mankamenty tej powieści. Najlepsze fragmenty to te mówiące o zachowaniu wilków - autorka dziękuje na końcu książki trójce badaczy wilczych zwyczajów, więc zakładam, że powstały one na podstawie ich badań. I śmiem twierdzić, że chyba znacznie ciekawsza byłaby lektura dziennika obserwacji wilków niż ta książka...

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Na tropie skarbu Wikingów

Jeśli spojrzymy na mapę Pomorza Zachodniego bez trudu zauważymy u ujścia Odry dwie wyspy - Wolin i Uznam. Według staronordyckich legend na Wolinie istniała w średniowieczu warowna osada zwana Jomsborgiem. Założyć miał ją duński król Harald Sinozęby, a pierwszym jarlem (dowódcą) miał być Palnatoki (najprawdopodobniej jest to postać fikcyjna). Istnienie Jomsborga jest sprawą dyskusyjną, ale prawdą jest to, że wyspę często nawiedzali Wikingowie - świadczą o tym artefakty odnajdowane przez archeologów. Pamiątki po morskich rozbójnikach znajdują się również na innych bałtyckich wyspach - nic dziwnego, bowiem północne wybrzeża Bałtyku stanowiły ojczyznę Wikingów.

Skarby Wikingów (podobnie jak i zaginione bogactwa templariuszy) rozpalają wyobraźnię różnego autoramentu poszukiwaczy, archeologów amatorów czy zwyczajnych złodziei, którzy na handlu kradzionymi dziełami sztuki zbijają całkiem niezłą kasę. Zwłaszcza ci ostatni stanowią istną plagę dla naukowców badających ślady przeszłości ukryte w ziemi.

Kolejny tom "Kronik Archeo", cyklu powieści przygodowych dla dzieci autorstwa Agnieszki Stelmaszyk, osnuty jest wokół legendarnego skarbu, który ukrył Palantoki. Na jego ślad wpadł duński profesor Ragnar Storm, jednak odkryciem zainteresował się ktoś jeszcze i uczony został uprowadzony. Udało mu się na szczęście ukryć notes z wynikami swoich badań, a informację o zapiskach przekazał swojemu doktorantowi Christianowi Bjerregaardowi. Niestety również on jest ścigany przez bezwzględnych złoczyńców - starając się zmylić pogoń trafia na wyspę Bornholm, gdzie przekazuje cenne notatki grupce przypadkowo spotkanych dzieci. Sam nie wie jakie ma szczęście - notes przekazał bowiem dzieciom wybitnych archeologów, którzy na wyspie przebywają na wakacjach. Młodzi Ostrowscy i Gardnerowie postanawiają rozwiązać zagadkę tajemniczego notatnika, tym bardziej, że ma on najprawdopodobniej związek z dziwnymi zdarzeniami na Wolinie, gdzie kilka dni wcześniej rodzice Bartka i Ani uczestniczyli w wykopaliskach.

Podobnie jak w poprzednich tomach serii dzieciaki przeżywają ekscytujące i niebezpieczne przygody, udaje im się jednak wyjść z  nich w miarę cało. Akcja powieści toczy się na Wolinie i na Bornholmie - oprócz fabuły autorka przekazuje sporo ciekawostek na temat tych dwóch wysp, opisuje ciekawe miejsca, tak, że gdyby ktoś chciał ruszyć śladami młodych archeologów może posiłkując się książką zaplanować trasę wycieczki. 
Jeśli chodzi o trudniejsze zwroty, czy postacie historyczne to to tak jak poprzednio są one wyjaśnione na marginesie, a definicje wzbogacone są rysunkami, tak, że młody czytelnik, bez problemu powinien sobie dać radę z lekturą, a prócz rozrywki dostanie też pewną ilość wiedzy. 
Być może stanie się to dla niego początkiem bliższej znajomości z historią i kulturą Wikingów?




wtorek, 30 lipca 2013

Stojąc na straży bezpieczeństwa obywateli

Prawie każdy mały chłopiec marzy o tym, żeby w dorosłym życiu nosić mundur - żołnierza, strażaka albo policjanta. Te marzenia u większości co prawda nie wytrzymują próby czasu, jednak co roku kilkuset młodych ludzi zakłada policyjny uniform.
Ostatnie ćwierć wieku to okres gruntownych zmian w naszym państwie, nic więc dziwnego, że reformy nie ominęły również organów ścigania. Od działań czysto formalnych (chociażby zmiana nazwy z milicji na policję), poprzez zmiany kadrowe, na sprzęcie i procedurach kończąc - przechodziła policja (a śmiem twierdzić, że nadal przechodzi) dogłębną reformę swoich struktur. Zmiany te wymuszone były początkowo przemianami polityczno-społecznymi zachodzącymi w Polsce ale szybko nałożyły się na to nowe problemy z którymi peerelowska milicja nie miała do czynienia - przestępczość zorganizowana, narkotyki, wymuszenia a w ostatnim okresie również terroryzm.

Krzysztof Liedel o byciu policjantem marzył od zawsze, a kiedy zdał maturę postanowił marzenie przekuć w rzeczywistość. Był rok 1989 - Okrągły Stół, pierwsze wolne wybory i początek nowej, wolnej Polski. Swoją karierę rozpoczął w Łodzi, na tzw. unitarce, a kiedy zakończył okres szkolenia wylądował w sekcji kryminalnej Komendy Miejskiej w Pionkach. Kolejnymi etapami jego policyjnej kariery stała się praca w wydziałach kryminalnych w Lublinie i Puławach, aż wreszcie na kilka lat został wykładowcą w Centrum Szkolenia Policji w Legionowie. W 2004 roku otrzymał propozycję pracy w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, gdzie współtworzył, a następnie kierował  Wydziałem ds. Przeciwdziałania Zagrożeniom Terrorystycznym. Aktualnie jest wykładowcą uniwersyteckim oraz ekspertem do spraw zwalczania terroryzmu - odpowiadał m.in. za bezpieczeństwo w czasie Euro 2012.
Swoje doświadczenia z policyjnej oraz ministerialnej pracy zawarł w książce pt. "Gliniarz", którą napisał we współpracy z Marcinem Ciszewskim, pisarzem, autorem kilku książek sensacyjno-fantastycznych.

"Gliniarz" o opowieść o pracy współczesnej policji, na którą w większości składa się żmudna praca biurowa, pisanie niezliczonej ilości raportów, budowanie bazy danych a od czasu do czasu trafi się jakaś spektakularna akcja. Jako, że autor większość swojej służby odbywał we wschodnich rejonach Polski to siłą rzeczy jednym z wiodących tematów jest rosyjska mafia - na terenie naszego kraju operują liczne grupy przestępcze zza naszej wschodniej granicy, często współpracujące z polskimi przestępcami. Innym tematem poruszanym w książce są nasze rodzime grupy przestępcze, jakże często związane z władzami na różnym szczeblu - ich nietykalność to szczególnie frustrujący aspekt policyjnej pracy. 
W "Gliniarzu" znajdzie czytelnik opis kilku szczególnie widowiskowych policyjnych akcji ale również przeczyta o zabawnych aspektach tej pracy - jak choćby historię o grupie, która chciała wymusić haracz na właścicielu baru usytuowanego na terenie... Centrum Szkolenia Policji w Legionowie.

Książka napisana jest prostym, niemal potocznym językiem. Sporo w niej wulgaryzmów, ale trudno wymagać od przestępców aby posługiwali się literacką polszczyzną, a policjanci również używają słownictwa zrozumiałego dla swoich przeciwników. Co wrażliwsze ucho może razić ten żargon, ale stanowi on niestety nieodłączny element tej pracy. Sporo jest również w tekście wyrażeń z gwary środowiskowej, niektóre z nich (chociażby "psiarnia", "kark" czy "borowik") trafiły do potocznej polszczyzny, ale znaczenie niektórych było dla mnie nie do końca jasne (no, bo co wspólnego z policją ma np. "pokemon"?) - na szczęście na końcu książki zamieszczono "Słownik policyjnej polszczyzny", który pomaga zrozumieć o co chodzi w tekście.

Książka Liedla i Ciszewskiego to doskonała lektura dla osób zainteresowanych realiami policyjnej pracy, a niekoniecznie związanych z organami ścigania. Chociaż myślę, że koledzy po fachu bohatera tej książki, też znajdą w niej coś ciekawego dla siebie - chociażby powód do snucia wspomnień z własnej służby. 

niedziela, 28 lipca 2013

To może przydarzyć się każdej z nas...

Uff... Na szczęście awaria wyglądała groźniej niż było w rzeczywistości...
Przy okazji serdecznie dziękuję za wszystkie życzenia imieninowe:)

********************************************************************

Wigilia - dzień, który niemal wszyscy staramy się spędzić z najbliższymi, choinka, wieczerza, kolędy... Chyba to jedyny dzień w roku, kiedy nikt nie chce być sam. Niestety los nie zawsze chce współdziałać z ludzkimi chęciami.

Dla Aśki Reszki miały to być pierwsze samotne święta - z rodziną się skłóciła, facet nie miała, przyjaciół też nie. Przypadek sprawił, że wynosząc śmieci natknęła się w śmietniku na bezdomną młodą kobietę i burego kota. Powodowana impulsem zaprosiła bezdomną na kolację. Tym bardziej, że twarz kobiety była znajoma... Aśka wmawiała sobie altruizm, ale prawda była taka, że zobaczyła w tym spotkaniu doskonały temat na artykuł - była dziennikarką pisującą do kolorowych pisemek.

Dla Kingi Król te święta miały być ostatnimi. Zapas tabletek i butelka alkoholu miały pomóc w opuszczeniu tego najlepszego ze światów, niestety na przeszkodzie stanął bury kot, który się skądś przybłąkał i jej nie odstępował. W przeciwieństwie do Aśki doskonale wiedziała skąd ta ostatnia zna jej twarz. Punktem stycznym dla obu kobiet był Krzysztof Król - mąż jednej, a kochanek drugiej z nich.

Przypadkowe spotkanie dało początek dosyć dziwnej znajomości - Aśka wyczuwała, że Kinga skrywa jakąś tajemnicę i jej dziennikarski nos mówił jej, że warto pochodzić koło tematu - oczami wyobraźni widziała nagrody i laury, które zdobędzie pisząc artykuł o bezdomnej, której pomogła wyjść na prostą.
Kinga zdawała sobie doskonale sprawę z motywacji swojej znajomej, ale jej też odpowiadała taka sytuacja - postanowiła wykorzystać zainteresowanie dziennikarki do swoich celów. Powoli, krok po kroku kobiety poznawały swoje losy, aż wreszcie Kinga postanowiła zrzucić z serca swoją największą tajemnicę...

Chyba po raz pierwszy zdarzyło mi się, że przeczytałam książkę i nie byłam w stanie napisać jakiejś spójnej opinii. Wszystko co sobie notowałam wydawało się banalne, łzawe i zupełnie nie oddające wagi problemu poruszanego w książce. Dałam sobie kilka tygodni, przeczytałam książkę jeszcze raz i dzisiaj próbuję coś na jej temat naskrobać.

Katarzyna Michalak stara się w swoich książkach dotykać ważnych problemów społecznych - każdy, kto przeczytał , "Wiśniowy dworek", "Sklepik z niespodzianką" czy "Nadzieję"wie o czym mówię.
Szczególnie ta ostatnia była dla czytelniczek czymś na kształt trzęsienia ziemi - zupełnie niepodobna do tego co serwowała nam autorka przez ostatnie kilka lat. Więc jeśli poruszyła Was "Nadzieja" to "Bezdomna" niesie jeszcze większy ładunek emocjonalny.
Po pierwsze sam temat bezdomności - szczególnie widoczny na ulicach dużych miast. Obiegowa opinia głosi, że bezdomność to kwestia wyboru, być może w części przypadków tak. Ale wiele osób znalazło się na ulicy nie z własnej woli a dzięki chorobie, kłopotom finansowym czy wreszcie z powodu problemów rodzinnych. Niby można próbować zarwać z bezdomnością, ale nie czarujmy się - bez wsparcia, bez pomocy osób trzecich jest to zwyczajnie niemożliwe... 

Najważniejszym problemem, który porusza w swojej książce Katarzyna Michalak nie jest jednak bezdomność a tzw. psychoza poporodowa. Według statystyk na tę przypadłość zapada rocznie około 300 młodych matek, dla +/-15 kończy się to tragedią - śmiercią matki lub dziecka, w ekstremalnych przypadkach obydwojga.
Od jakiegoś czasu do świadomości społecznej dociera problem depresji poporodowej - świeżo upieczona mama nie potrafi się cieszyć maleństwem, jest zagubiona a najpiękniejszy okres w życiu jawi się jako czas smutku i zniechęcenia. Coraz więcej osób rozumie, że to nie są fanaberie, a zwyczajny szok organizmu po przebytej ciąży i porodzie - opieka najbliższych, ich wsparcie i odrobina środków farmakologicznych wystarczy aby wszystko wróciło do normy.
Niestety świadomość co do podstaw psychozy poporodowej już nie jest taka powszechna, a skutki tego schorzenia to w najlepszym razie długotrwałe leczenie psychiatryczne a w najgorszym... Co jest szczególnie szokujące, to to, że duża liczba cierpiących na tę dolegliwość ma kochającą rodzinę, rodziców, męża, przyjaciół, którzy bagatelizują rozpaczliwe sygnały wysyłane przez przerażoną i zagubioną kobietę. Jakże często w odpowiedzi na swoje lęki słyszy ona, żeby się uspokoiła, przespała, nie martwiła, bo wszystko będzie dobrze... Niestety, najczęściej nic nie jest dobrze...

Kinga, opowiadając swoją historię Aśce, ma nadzieję, że ta opowieść otworzy oczy czytelników artykułu na problem psychozy. I, że jeśli uda się uratować chociażby jedną kobietę przed tym co stało się jej udziałem, to te zwierzenia nie pójdą na marne...
Oby...



piątek, 26 lipca 2013

Ostatni co tak potrafił zaczarować morze, statek i jego pasażerów...

Kiedy w 1918 roku Polska odzyskała niepodległość wiadomym było, że praktycznie wszystkie działy gospodarki trzeba będzie budować od podstaw. 
Nie inaczej było z żegluga morską - nie było statków, brakowało wyszkolonych marynarzy i właściwie nie istniała polska kadra oficerska.  Jednak entuzjazm, który towarzyszył pierwszym latom odbudowy szybko przełamał te trudności - w 1920 powstała Szkoła Morska w Tczewie szkoląca przyszłych mechaników i nawigatorów, a w 1927 roku wybudowane we francuskich stoczniach SS "Wilno", SS "Kraków", SS "Katowice", SS "Poznań" i SS "Toruń" dały początek Polskiej Marynarce Handlowej. W tym samym roku wzbogaciła się Żegluga Polska o dwa statki pasażerskie SS "Gdańsk" i SS "Gdynia", które pływały po Bałtyku. Do pełni szczęścia brakowało jeszcze tylko wielkich transatlantyków...
Trzy lata później Polskie Transatlantyckie Towarzystwo Okrętowe zakupiło od duńskiego armatora trzy statki, które pływały pod polską banderą jako SS "Polonia", SS "Pułaski" i SS "Kościuszko".   Dowódcami tych statków zostali ludzie, którzy doświadczenie i oficerskie szlify zdobywali we flotach państw zaborczych - Zdenko Knötgen, były oficer marynarki wojennej Austro-Węgier został kapitanem "Pułaskiego", "Polonię" objął kpt. Mamert Stankiewicz, wychowanek Morskiego Korpusu Kadetów w Petersburgu, natomiast SS "Kościuszko" miał się stać przez kilka następnych lat polem działania kapitana Eustazego Borkowskiego. Sylwetkę tego ostatniego przybliża Karol Olgierd Borchardt w swojej książce "Szaman Morski".

Kpt. Eustazy Borkowski
Jeżeli wierzyć obiegowej opinii, że ludzie morza mają wyjątkową wręcz fantazję, to trzeba przyznać, że kapitan Borkowski swoimi pomysłami mógł obdzielić kilka osób i jeszcze sporo by mu zostało...
Początki jego kariery są dosyć tajemnicze - wiadomo, że był z pochodzenia warszawianinem, że w wieku 14 lat rzucił szkołę i uciekł na morze gdzie rozpoczął karierę od "posady" chłopca okrętowego. W późniejszych latach ukończył Szkołę Morską w Rydze i pływał w rosyjskiej marynarce handlowej. Po I wojnie światowej przez 10 lat był taksówkarzem w Paryżu, aż wreszcie w 1929 roku wrócił do Polski i został zatrudniony przez Polskie Transatlantyckie Towarzystwo Okrętowe, początkowo na  parowcu, a od 1931 roku jako kapitan SS "Kościuszko". 

I tu wreszcie mógł rozwinąć pan Eustazy pełnię swojego talentu i fantazji. 
Po pierwsze trzeba pasażerom udowodnić, że na żadnym innym statku nie będą tak bezpieczni jak na "Kościuszce i, że żaden inny kapitan tak o nich nie zadba jak kapitan Borkowski. I oto pasażerowie w czasie obiadu są świadkami jak kapitan przyjmuje raport ociekającego wodą oficera wachtowego; wybrane grono odwiedza mostek, gdzie kapitan po sprawdzeniu wyznaczonego kursu odnajduje niewielkie odchylenie i każe sternikowi skorygować kurs o pół stopnia (rzecz w praktyce niewykonalna, ale przecież pasażerowie tego nie wiedzą); w czasie koktajlu z bardzo ważnymi osobistościami kapitan musi podyktować kilka niezwykle ważnych depesz we wszystkich niemal europejskich językach - to tylko kilka przykładów autopromocji kapitana.
Po drugie pasażerowie nie mogą się na jego statku nudzić - wymyśla więc kapitan wybory miss statku, urządza dla szczególnie ważnych gości kolacje w kajucie kapitańskiej połączone ze spektaklami poetycko-muzycznymi, w chłodni przechowywane są świeże kwiaty, które otrzymują pasażerki na zakończenie rejsu, przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Największym chyba wyczynem w kwestii niekonwencjonalnego podejścia do pasażerów było urządzenie na statku chrzcin... czterech bizonic podarowanych Prezydentowi RP przez Polonię kanadyjską. Kapitanowi udało się nawet tak skołować kapelana, że chociaż był zdecydowanie przeciwny tej uroczystości ostatecznie sowicie pokropił wodą święconą cztery bizonie głowy.

O mniej lub bardziej szalonych pomysłach Szamana Morskiego można by opowiadać jeszcze długo, ale jedno jest pewne - aby mógł czarować władze, pasażerów oraz konkurencję musiał mieć Eustazy Borkowski solidne zaplecze w osobach swoich oficerów. Współpracownicy Szamana, oprócz tego, że mieli dużą wiedzę fachową, musieli nadawać na tych samych falach co kapitan - szczególnie widoczne stało się to w chwili kiedy Borkowski zastępował przez pewien czas chorego kpt. Stankiewicza. Załoga "Polonii" nie przyzwyczajona do ekstrawagancji kapitana nie do końca potrafiła się do niego przystosować i obydwie strony z ulgą powitały powracającego z urlopu Mamerta Stankiewicza.

"Szaman Morski" Borchardta to, podobnie jak "Znaczy Kapitan" zbiór opowiadań, gawęd przedstawiających tę niezwykle barwną postać. Początkowo opowiadań było 17 i opisywały te wyczyny Eustazego Borkowskiego, których autor był naocznym świadkiem. Jednak kiedy chciał wydać swoją książkę, okazało się, że jest ona "za chuda" - dodał więc Borchardt kilka historyjek o Szamanie, które poznał niejako z drugiej ręki. Oprócz opowiadań poświęconych Borkowskiemu zamieścił też kilka tekstów na temat kpt. Edwarda Pacewicza (będącego kapitanem "Kościuszki" po tym jak Borkowski przeszedł na zwodowanego w 1937 roku "Batorego"), a zakończył swoją książkę rozdziałem "Ostatnia parada" będącym krótkim podsumowaniem losów siedmiu transatlantyków, pływających pod polską banderą w okresie międzywojennym.

Dwóch bohaterów książek Karola Olgierda Borchardta, Mamerta Stankiewicza ("Znaczy Kapitan") i Eustazego Borkowskiego ("Szaman Morski") wiele dzieliło (jeśli wierzyć opinii autora nie przepadali za sobą), prezentowali zupełnie różne podejście do dowodzenia statkiem, mieli całkiem inne charaktery, jest jednak coś co ich łączyło - miłość do morza i statków na których przyszło im pływać. Pozostaje tylko żałować, że wraz z ich odejściem skończył się pewien okresw podróżach morskich, a kapitanowie dzisiejszych statków rzadko bywają osobowościami na miarę Szamana Morskiego czy Znaczy Kapitana...

wtorek, 23 lipca 2013

Morskie opowieści

Kpt. Karol Olgierd Borchardt
Sto lat temu żył sobie w Wilnie pewien chłopiec, który bardzo chciał zostać Indianinem. Do realizacji tego marzenia solidnie się przykładał hartując swoje ciało i ćwicząc opisywane w książkach indiańskie umiejętności, jednak w pewnym momencie zrozumiał, że rzecz jest niemożliwa do przeprowadzenia. Mógł się nauczyć bezszelestnego poruszania, tropienia zwierzyny, strzelania z łuku i jazdy na dzikim mustangu, jednak jednej rzeczy nie był w stanie zrobić - nie mógł zmienić koloru skóry...
Na szczęście w jego ulubionej książce o Indianach była historia o hiszpańskich przemytnikach i ilustracja przedstawiająca żaglowiec i wspinającego się po linie marynarza. I tak niedoszły czerwonoskóry postanowił zostać marynarzem. Przez następne kilka lat wytrwale ćwiczył, rozwijał muskulaturę, trenował lekkoatletykę, gimnastykę i akrobatykę oraz podnoszenie ciężarów i zapasy. Uczył się też pilnie języka francuskiego, bowiem wybierał się do jednej z francuskich szkół morskich. Na szczęście zanim kandydat na wilka morskiego zdał maturę powstała pierwsza polska Szkoła Morska w Tczewie i do niej skierował swoje kroki młody wilnianin. Pomimo przeciwności losu (przy pierwszym podejściu nie przeszedł badań lekarskich) nie zrezygnował ze swojego marzenia i wreszcie w 1925 roku został przyjęty na wydział nawigacyjny tczewskiej szkoły. Tak rozpoczęła się morska przygoda Karola Olgierda Borchardta, kapitana żeglugi wielkiej i najwybitniejszego polskiego pisarza - marynisty.

Kpt. Mamert Stankiewicz
Pierwszym statkiem na który zaokrętowany został młody Karol był szkolny żaglowiec "Lwów", którego dowódcą był kapitan Mamert Stankiewicz. Po ukończeniu szkoły w 1928 roku pływał Borchardt na różnych jednostkach i z różnymi kapitanami, jednak większość jego oficerskiej kariery związana była ze statkami dowodzonymi przez Stankiewicza - "Polonią", "Piłsudskim" wreszcie "Batorym". W 1938 roku został Karol zastępcą dowódcy "Daru Pomorza", jednak wybuch wojny po raz kolejny połączył ścieżki kapitana Stankiewicza i jego starszego oficera, którzy na "Piłsudskim" przerobionym na transporter pływać mieli w konwojach. Niestety, w listopadzie 1939 roku statek został zatopiony, a jego kapitan zmarł ratując członków załogi...

Karol Borchardt został ranny w tej katastrofie, a kiedy po wyzdrowieniu udał się na grób swojego wieloletniego dowódcy złożył mu obietnicę, że napisze o swoim kapitanie serię opowiadań - utworów miało być 37, bowiem 3 i 7 to były ulubione liczby kapitana Stankiewicza.
Przyrzeczenia swojego dotrzymał, wspomnienia o kapitanie Stankiewiczu ukazywały się początkowo w prasie, aż wreszcie doczekały się wydania książkowego: w 1960 roku światło dzienne ujrzała książka  "Znaczy Kapitan" - tytuł nawiązuje do słowa, którym kapitan Stankiewicz zaczynał niemal każdą swoją wypowiedź.

"Znaczy Kapitan" to książka o morzu i ludziach, którzy pokochali je bezgraniczną  miłością. To opowieść o wielkiej przygodzie, która czeka za horyzontem ale też o ciężkiej i często niebezpiecznej codziennej pracy marynarzy. Jako, że pisał ją oficer nawigator nie ustrzegł się od zamieszczenia w niej szczegółów technicznych dotyczących jego specjalności, są też fragmenty mówiące o sprzęcie i maszynach dzięki którym statki mogą poruszać się po morzu, ale te opisy są na tyle rzadkie, że nie nudzą, a wręcz pomagają poczuć atmosferę panującą na mostku transatlantyku.
Autor miał to szczęście, że rozpoczynał swoją karierę jeszcze na żaglowcu i pierwsze 11 opowieści dotyczy rocznego pobytu na szkolnym "Lwowie" - romantyzm, przyjaźń, praca ale i zabawa, ogromny entuzjazm to najważniejsze cechy tej części zbioru. Duża część załogi to uczniowie, trzymają się ich psoty i kawały, ale w razie potrzeby potrafią stanąć na wysokości zadania, nieważne czy chodzi o walkę ze sztormowym wiatrem czy o wizytę u króla Szwecji.
Pozostałe teksty dotyczą już statków motorowych, które obsługiwały linie europejskie oraz transatlantyków. Tu już większość pracy wykonywały maszyny, jednak nawet najbardziej zaawansowana technologia nie mogła zastąpić kompetentnych oficerów. A kompetencje te zawdzięczali po części szkole ale przede wszystkim dowódcy - mieli bowiem możliwość uczyć się zawodu od jednego z najlepszych. kapitanów tamtego okresu.

Literacki portret kapitana Stankiewicza stworzony przez Borchardta ukazuje nam człowieka niezwykle opanowanego, poważnego, niemal zupełnie pozbawionego poczucia humoru, wymagającego ale równocześnie sprawiedliwego wobec podwładnych, fachowca i służbistę (w tej akurat sytuacji to nie jest wada - od przestrzegania regulaminu zależało często życie załogi i pasażerów) nie spoufalającego się z załogą. Na podstawie tej krótkiej charakterystyki można wysnuć przypuszczenie, że taki dowódca to istny dopust boży. Tymczasem czytając kolejne teksty szybko dojdziemy do wniosku, że podwładni darzyli swojego kapitana ogromnym szacunkiem i sympatią, i robili wszystko aby zasłużyć na jego akceptację. Pływanie z kapitanem Mamertem Stankiewiczem to była swego rodzaju nobilitacja, której dostąpić mogli tylko najlepsi.

Karol Borchardt przyznaje w kilku tekstach, że nie posiada talentu literackiego, szkolne wypracowania pisał w stylu telegraficznym i zadanie jakiego się podjął jest dla niego poważnym wyzwaniem. Być może niektórych razić będzie nieco naiwny styl tych opowieści, nadmierny entuzjazm autora i koloryzowanie rzeczywistości. Ale cytując słowa pewnej szanty:

Może ktoś się będzie zżymał,
Mówiąc, że to zdrożne wieści,
Ale to jest właśnie klimat
Morskich opowieści"


I taki klimat udało się autorowi odtworzyć na kartach tej książki. Serdecznie polecam tę lekturę, a sama zabieram się za kolejną morską opowieść, która wyszła spod pióra Karola Olgierda Borchardta pt. "Szaman morski".