środa, 31 grudnia 2014

Rok 2014 się kończy... i bardzo dobrze.

Za kilka godzin skończy się rok 2014 - jak dla mnie rok paskudny, pełen kłopotów, mniejszych i większych katastrof, naznaczony śmiercią dwóch osób z najbliższej rodziny. To wszystko odbiło się również na blogu, co widać po ilości opublikowanych postów - ten jest 77. Dla porównania w ubiegłym roku 171, a dwa lata temu 214. Z tej też racji dałam ciała w wyzwaniach blogowych, ale zwyczajnie nie miałam siły...

Oczywiście były też miłe chwile - przede wszystkim wyjazd na Targi Książki do Krakowa i Katowic, ukończenie (z wyróżnieniem) kursu kwalifikacyjnego, nagroda z okazji Dnia Nauczyciela. Mam nadzieję, że za jakiś czas te gorsze wspomnienia znikną, a pozostaną tylko te miłe.
Dla porządku dodam jeszcze, że od wiosny Lektury są dostępne również na FB.

Przeczytałam też sporo mniej książek niż w ubiegłe lata, ogólną dosyć dużą liczbę zawdzięczam głównie książkom dla dzieci, bo moje dziecko jednak ma swoje wymagania i bajka na dobranoc stanowi priorytet.

To teraz tradycyjnie statystyka - niech będą dzięki BiblioNETce :)
Na ogólną liczbę 108 przeczytanych książek złożyły się:
  • biografia/autobiografia/pamiętnik - 7
  • dziecięca/młodzieżowa - 30
  • fantasy - 7
  • historyczna - 3
  • literatura faktu - 5
  • literatura polska - 15
  • literatura zagraniczna - 8
  • podróżnicza - 1
  • publicystyka i eseje - 1
  • romans - 9
  • satyra - 1
  • science fiction - 1
  • społeczna/obyczajowa - 2
  • thriller/sensacja/kryminał - 16
  • Literatura popularnonaukowa - 2
Najlepsze książki w tym roku:
  • Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej (Anna Bikont, Joanna Szczęsna)
  • Nomen omen (Marta Kisiel)
  • Tysiąc wspaniałych słońc (Khaled Hosseini)
  • Uwikłanie (Zygmunt Miłoszewski)
  • Amerykańscy bogowie (Neil Gaiman)
  • Chłopaki Anansiego (Neil Gaiman)
  • Daniel Stein, tłumacz (Ludmiła Ulicka)
  • Motyl (Lisa Genova)

Straciłam tylko czas:
  • Gwiazda sezonu (Jayne Ann Krentz)
  • Bransoletka (Jayne Ann Krentz)
  • Korytarz podziemny "B" (Aleksander Błażejowski)
  • Renesans (Olivier Bowden)
  • Niezwykłe światy Arabelki (Edyta Łaszkiewicz)
  • Ognie świętego Wita (Jarosław Klonowski)



Na nadchodzący rok życzę Wam spokoju, radości, spełnienia marzeń, pięknych książek, wspaniałych przyjaciół, niezapomnianych chwil spędzonych z kimś bliskim. A sobie? Sobie życzę, żeby ten nowy rok nie był gorszy od tego, który właśnie mija...

A na koniec jeszcze coś jednego z moich ulubionych zespołów:


wtorek, 30 grudnia 2014

12 książek na 2015 rok i moje prywatne wyzwanie.

Koniec roku już tuż, tuż. Jutro pojawi się podsumowanie tego co działo się na blogu w mijającym 2014 roku. Dzisiaj natomiast o dwóch inicjatywach na rok przyszły.

Po pierwsze wyzwanie zaproponowane przez Kaś:



Wyzwanie zacne, bo pomoże chociaż kilku książkom z półki doczekać się wreszcie przeczytania... Na czym polega? otóż trzeba wybrać z własnych półek 12 książek, które już czekają od dłuższego czasu na przeczytanie, co miesiąc jedną z nich przeczytać i zrecenzować. Proste, prawda?
Wybranie tej "nieparszywej dwunastki" trochę trwało, bo chciałam, żeby był to zbiór w miarę możliwości różnorodny - przecież nie zawsze człowiek ma ochotę na kryminał czy biografię, prawda? Może czasami chętnie przeczytałby jakąś obyczajówkę? Albo i romans? 

Oto moje wybranki:



Od dołu patrząc:

  • B. Prus "Faraon" - wstyd i hańba odwieczna, zaczynana już kilka razy i nigdy nie wyszłam poza 30 stronę... Może tym razem się wreszcie uda?
  • J. Fedorowicz, J. Konopińska "Marianna i róże" - zakupiona pod wpływem pozytywnych opinii na blogach już wieki temu opowieść o życiu w Wielkopolsce na przełomie XIX i XX wieku.
  • M. Wojciechowska "Przesunąć horyzont" - musiała być jakaś podróżnicza.
  • A. Brzezińska "Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny" - mam jeszcze w pamięci fantastyczną pierwszą część przygód Babuni Jagódki więc liczę, że i tym razem się nie zawiodę.
  • D. Morrell "Bractwo Róży" - wiele lat temu urzekł mnie film, szukałam książki, a jak już znalazłam to oczywiście odstawiłam na półkę... Sensacja w najlepszym wydaniu.
  • M. Grabski "Ksiądz Rafał. Niespokojne czasy" - kupiona na fali zachwytu pierwszą częścią, przeczytana przez całą rodzinę oraz większość znajomych. Powieść obyczajowa.
  • M. Ziomecki "Mr.Pebble i Gruda" - kryminał, wybrany ze względu na gabaryty. To najgrubsza książka w moich zbiorach. Jak jej dam radę, to potem już będzie z górki.
  • Z. Niewidowski "30 lat życia z Madzią" - wspomnienia męża Magdaleny Samozwaniec. Bo musiało być coś o Kossakach.
  • J.A. Zajdel "Prawo do powrotu" - SF też można poczytać...
  • S. Koper  "Kobiety w życiu Mickiewicza" - Biograficzna, dorzucona w ostatniej chwili (wygrała z Kingiem), ale skoro Ałtorka Marta Kisiel-Małecka ma ponoć napisać cuś z Mickiewiczem w tle (za jakieś lajki na FB czy coś) to MUSZĘ sobie jego życiorys odświeżyć.
  • E. Giffin "Coś pożyczonego" - ta książka znalazła się na pierwszym stosiku prezentowanym na blogu... Chyba wreszcie nadszedł jej czas.
  • E. Adler "Lato w Toskanii" - romans. Jakby mi przyszła ochota na coś baaardzo lekkiego ;)

Mam nadzieję, że się uda... Od razu zapowiadam, że styczeń należeć będzie do Martyny Wojciechowskiej i jej wyprawy na Mount Everest.

Po drugie moje własne, prywatne wyzwanie:

Na FB pojawiła się już jakiś czas temu propozycja listy książek do przeczytania w nadchodzącym roku. Nie do końca mi ona odpowiadała (chociażby z tego powodu, że za słabo znam język, żeby się zdecydować na czytanie po angielsku) więc dokonałam pewnej modyfikacji i jej efekt można podziwiać w specjalnej zakładce - Wyzwanie na 2015 rok. Traktuję to (podobnie jak wyzwanie o którym pisałam wyżej) jako motywację do czyszczenia własnych półek z nieprzeczytanych książek. 

Co do pozostałych wyzwań w których brałam udział w tym roku, a które będą kontynuowane w roku przyszłym - zobaczymy jak to będzie. Na dzień dzisiejszy pewny jest udział w "Polacy nie gęsi", którego III edycja ruszyła w listopadzie na blogu "Myśli i słowa wiatrem niesione".


niedziela, 28 grudnia 2014

Miś jaki jest, każdy widzi :)

Ciekawe, jak potoczyłyby się losy świata, gdyby w 1902 roku Teodor "Teddy" Roosevelt, ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych, nie wypuścił na wolność złapanego w czasie polowania małego niedźwiadka. Historię szybko podchwyciły gazety tworząc komiks na ten temat, a pewien przedsiębiorczy imigrant z Rosji rozpoczął produkcję pluszowych maskotek przedstawiających misia imieniem Teddy.
I tak bezimienny amerykański niedźwiadek stał się protoplastą zabawki, bez której większość z nas nie wyobrażała sobie dzieciństwa. Z czasem misie trafiły do literatury i do kina, i chociaż zmieniają się mody i gusta to niedźwiadki trzymają się mocno - kultowy już Kubuś Puchatek, nasz rodzimy Uszatek, francuski Colargol czy disneyowskie Gumisie bawią kolejne pokolenia dzieci i dorosłych na całym świecie. Ba, misie doczekały się nawet swojego święta - od 2002 roku w dniu 25 listopada obchodzimy Światowy Dzień Pluszowego Misia.

W 1958 roku światło dzienne ujrzał jeden z najbardziej znanych literackich niedźwiadków - pochodzący z mrocznych ostępów Peru, uwielbiający kanapki z marmoladą, siejący (zupełnie niechcący) chaos i zniszczenie, a przy tym mający wyjątkową umiejętność spadania zawsze na cztery łapy miś Paddington. Pojawił się pewnego dnia na londyńskim dworcu, gdzie zauważyli go państwo Brown i zaproponowali mu aby na parę dni zatrzymał się w ich domu. Kilka dni zmieniło się w kilka tygodni, a potem już nikt z domowników nie wyobrażał sobie życia bez Paddingtona.

Paddingtonowi może brakuje kindersztuby (w końcu wychowywał się w dżungli), ale jest grzeczny i stara się dopasować do otoczenia i szybko zyskuje sobie serca domowników, oraz innych osób. Szczególnie zaprzyjaźnia się z panem Gruberem, właścicielem antykwariatu, który niejednokrotnie ratuje misia z kłopotów. Trochę gorzej układają się stosunki Paddingtona z mieszkającym po sąsiedzku panem Curry'm, ale właściwie nie ma się co dziwić - jest to osobnik z gruntu niemiły i kłótliwy, a przy tym niezwykle skąpy i złośliwy.
Miś stara się odwdzięczyć swoim gospodarzom za okazaną sobie gościnność i chętnie pomaga w domu - jego domeną staja się zakupy na targu, ale jeśli ma możliwość pomaga również przy innych pracach, chociaż najczęściej ta pomoc kończy się katastrofalnie... Paddington jest jednak misiem pogodnym i zrównoważonym, który nie zraża się niepowodzeniami, zakładając, całkiem zresztą słusznie, że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście.

Pomysłodawcą Paddingtona jest angielski pisarz Michael Bond, który stworzył czternaście książek opowiadających o przygodach tego niezwykłego niedźwiadka. Polskie dzieci po raz pierwszy miały okazję spotkać się z Paddingtonem na początku lat siedemdziesiątych i od tego czasu wszedł on na stałe do grona ulubionych książkowych postaci. Jego popularność wzrosła jeszcze bardziej, od kiedy stał się bohaterem kreskówki, a aktualnie do kin wchodzi najnowsza wersja przygód Paddingtona. Przy tej okazji wydawnictwo Znak emotikon postanowiło przypomnieć literacki pierwowzór i kilka tygodni temu w księgarniach pojawił się "Paddington", na którego złożyły się trzy pierwsze tomiki o przygodach misia: "Miś zwany Paddington", "Jeszcze o Paddingtonie" i "Paddington daje sobie radę". Równocześnie wydawnictwo zapowiada kolejną książkę o londyńskim niedźwiadku "Paddington. Kolejne historie".

Warto sięgnąć po tę książkę, bo to doskonała rozrywka tak dla dzieci, jak i dla dorosłych. My z Piotrkiem przeczytaliśmy ją przed wizytą w kinie, ale myślę, że i po obejrzeniu filmu lektura nikogo nie znudzi. Już Paddington o to zadba. 


sobota, 27 grudnia 2014

Najlepszym lekiem na przeziębienie jest oczywiście książka ;)

Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale ogłaszam uroczyście: przeziębienie w tygodniu przedświątecznym to całkiem fajna sprawa jest :) Oczywiście pomijając tak nieistotne rzeczy jak ból gardła, kaszel i katar, które dostaje się w pakiecie... Człowiek sobie leży w pościeli, popija na przemian herbatkę z cytryną i sok malinowy, a domowi mężczyźni udowadniają, że też potrafią przygotować święta ;) 
Tak więc Robert z Piotrkiem działali na niwie porządkowo - kuchennej, a ja sobie leżałam i czytałam  dwie powieści przywiezione z tegorocznych Targów Książki: "Autorkę" Marii Ulatowskiej i Jacka Skowrońskiego (to z Krakowa) oraz "Piękny dzień" Elin Hilderbrand (a to z Katowic). Obydwie należą do gatunku "lekko, łatwo i przyjemnie", ale ich największą zaletą jest to, że nawet jak co 5 minut ktoś mi przerywał (Gdzie jest ...? Czym umyć ...? Jak zrobić ...? i najczęściej powtarzane: Czy ty na pewno nie dasz rady wstać chociaż na chwilę?) to i tak nie gubiłam wątku. 

Jeśli chodzi o Jacka Skowrońskiego to czytałam jego dwie książki ("Mucha" i "Był sobie złodziej") i obydwie bardzo mi się podobały. Natomiast Maria Ulatowska nie należy do moich faworytek - czytałam większość jej powieści (jak już przyniosłam z biblioteki dla mamy, to sama też zajrzałam...) i niestety nie wzbudziły mojego zachwytu: za bardzo cukierkowe, nie podobał mi się styl autorki, a i bohaterowie niezbyt przekonujący. Bardzo więc byłam ciekawa jak będzie wyglądało wspólne dzieło tej dwójki. I chociaż widać, które z autorskiego tandemu tworzyło poszczególne fragmenty (stylu nie da się zmienić) to powstała książka ciekawa, intrygująca, taka, od której ciężko się oderwać.

Justyna Sobolewska to autorka kilku popularnych książek. Pisze właśnie kolejną, ale proces twórczy zakłóca jej były mąż, Janusz Zamorski, który nagle zapłonął chęcią posiadania pewnego obrazu będącego jej własnością. Autor obrazu to Marek Cygler, przyjaciel Janusza ze studiów, który ostatnio stał się bardzo popularny. Szybko okazuje się, że problemy z eksmałżonkiem to pestka, bowiem pisarkę zaczyna nękać jakiś psychopata - pisze do niej na Facebooku, przysyła fragmenty jakiegoś pamiętnika w którym jest mowa o morderstwie, wreszcie zaczynają ginąć czytelniczki jej książek...
Sprawę prowadzi komisarz Piotr Zawada, któremu pomaga policyjna profilerka Ewelina Zaczeska. Zawada ma akurat nie najlepszy okres w życiu, jego małżeństwo rozpada się, a na dodatek studiująca w Gdańsku córka znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Policjant próbuje pogodzić obowiązki zawodowe z ogarnięciem życia prywatnego, ale nie do końca się to udaje.

Książka, jak na kryminał przystało ma wartką akcję, kilkakrotnie sądziłam, że już wiem, kto stoi za morderstwami, ale wtedy następował zwrot akcji i moje teorie sypały się w gruzy. Chociaż na koniec okazało się, że miałam nosa i (po pewnym drobnym szczególe) udało mi się wytypować zabójcę. Aczkolwiek lojalnie uprzedzam, że zakończenie jest niekonwencjonalne i może stanowić ogromne zaskoczenie.
Jeśli chodzi o bohaterów, to w większości budzą sympatię (no, oprócz bezpośredniego szefa Zawady, ale w końcu musi być jakiś "zły glina" czyż nie?), chociaż nie są szczególnie świetlani. Ot, zwyczajni ludzie, z zaletami, wadami, problemami i tajemnicami z przeszłości. Mam jednak żal do autorskiej spółki o zmarnowanie potencjału jednej z postaci - niejaki Krzysztof pojawia się na początku, ma powód, żeby namieszać w życiu bohaterów (przez chwilę nawet go podejrzewałam o mordowanie fanek autorki) i nagle znika jak sen jaki złoty...

Ale na koniec chciałabym autorów "Autorki" pochwalić że udało im się uniknąć czegoś, co jest ogromną bolączką współczesnego polskiego kryminału, a mianowicie wulgarnego języka. Wiadomo, policjant nie archanioł, a i pracę stresującą ma, ale nikt mnie nie przekona, że nasi stróże prawa jak jeden mąż posługują się slangiem, w którym do publikacji nadają się tylko znaki przestankowe. A tak niestety wyraża się większość powieściowych gliniarzy. Komisarzowi Zawadzie zdarzy się rzucić "grubszym" słowem, ale ogólnie potrafi się posługiwać poprawną polszczyzną. I chwała mu za to :)

***********************************************

Elin Hilderbrandt (jeśli wierzyć notce na okładce książki) nazywana jest królową wakacyjnego romansu a akcja jej książek toczy się w romantycznej scenerii wyspy Nantucket. Tak jest i w przypadku "Pięknego dnia", aczkolwiek w żadnym wypadku nie nazwałabym tej książki romansem...

Rodzina Carmichaelów ma na wyspie dom - dawniej mieszkali w nim na stałe, teraz od czasu do czasu spędzają w nim kilka wakacyjnych tygodni. Tym razem rodzina spotyka się w wyjątkowych okolicznościach - Jenna, najmłodsza z rodzeństwa wychodzi za mąż. Na kilka dni przed planowaną uroczystością do starego domu przyjeżdża przyszła panna młoda wraz ze starszą siostrą Margot i najbliższą przyjaciółką Finn, aby dopilnować ostatnich przygotowań. Zwykle takimi sprawami zajmują się rodzice, jednak ojciec Jenny nie bardzo wie jak się zabrać za sprawę (ma zresztą problemy osobiste) natomiast matka dziewczyny od siedmiu lat nie żyje. Ale Beth Carmichael nie zostawiła swojej małej córeczki bez niczego - zanim zmarła spisała dla niej najważniejsze porady dotyczące organizacji ślubu i wesela, sukni, druhen, dekoracji, menu, prezentów, zaproszeń i wszystkiego tego co jej zdaniem może stanowić o tym, żeby ten dzień był najpiękniejszy w życiu.

Jenna i Margot nie rozstaja się z notesem matki, jednak pojawiają się problemy, których Beth nie przewidziała. Na wyspę przyjeżdżają kolejni członkowie rodziny Carmichaelów, przyjeżdża Stuart Graham, narzeczony Jenny i jego rodzina, przyjaciele państwa młodych, którzy jeszcze nie wiedzą, że ten weselny weekend wprowadzi zmiany w ich życiu. Wydaje się, że to klimat wyspy i atmosfera starego domu, w którym kiedyś wszyscy byli szczęśliwi ma taki wpływ na Jennę i jej najbliższych.

Ślub to ważny moment dla państwa młodych, ale również dla ich bliskich. Ojciec Jenny, pomimo upływu kilku lat i ponownego małżeństwa, nie jest w stanie ukoić bólu po odejściu żony. Margot, która ma za sobą małżeństwo z tzw. "wiecznym chłopcem" i samotnie wychowuje trójkę dzieci już nie wierzy w uczucie i podchodzi bardzo sceptycznie do związku siostry - nie chce jej odwodzić od podjętej decyzji, ale obawia się, aby małżeństwo nie rozczarowało Jenny. Tym bardziej, że Finn, która wyszła za mąż kilka miesięcy wcześniej jest w swoim małżeństwie nieszczęśliwa... Historia małżeństwa przyszłych teściów Jenny też nie napawa optymizmem - Graham senior na jakiś czas porzucił rodzinę i związał się z inną kobietą. I chociaż wrócił a żona mu wybaczyła, to jego zdrada cały czas stanowi rysę na ich związku...

"Piękny dzień" to opowieść o ludzkich pragnieniach i marzeniach, o uczuciach, które przemijają chociaż miały trwać wiecznie, ale też o takich, których nie zniszczyła nawet śmierć. To opowieść o tym co w życiu liczy się najbardziej - miłość, zaufanie, wierność, prawda, szczerość...
I tylko wtedy, kiedy wraz ze ślubną obrączką obdarujemy tym wszystkim siebie nawzajem to będzie prawdziwie piękny dzień.

Zdecydowanie polecam :)

środa, 24 grudnia 2014

Wesołych Świąt :)

Pachnie lasem zielona choinka,
Pod obrusem siano szeleści,
Na talerzu świąteczne pyszności,
Pod choinką prezenty dla dzieci.
Już przy stole zasiada rodzina
Wolne miejsce czeka na kogoś,
Lecą w niebo tony kolędy
A w nas spokój się rodzi i błogość.




Wesołych, rodzinnych i spokojnych świąt kochani :)

niedziela, 21 grudnia 2014

Wyniki konkursu z książką "Ułani, poeci, dżentelmeni"

Ponieważ złożona jestem choróbskiem, niby niegroźnym, ale nadzwyczaj dokuczliwym, to tylko ogłoszenie decyzji nastąpi.



Miło mi poinformować, że największe uznanie zyskała wypowiedź Diany bibliofilki i to do niej powędruje egzemplarz książki Mai i Jana Łozińskich "Ułani, poeci, dżentelmeni. Męski świat przedwojennej Polski".

sobota, 20 grudnia 2014

Dobre, bo polskie :)

Ostatnio żyje w ciągłym niedoczasie - mam wrażenie, że doba się skurczyła, a ja mam o wiele więcej zajęć niż normalnie... Na szczęście znajduję chwilę na przeczytanie czegoś, aczkolwiek z napisaniem paru zdań o tych lekturach jest znacznie gorzej :(
Dlatego też dzisiejsza notka dotyczyć będzie trzech książek, które przeczytałam w ostatnich tygodniach - na osobne wpisy mogłyby się nie doczekać. A szkoda by było. 
Dwie z tych książek czytałam na okoliczność Dyskusyjnego Klubu Książki, trzecia to ostatni tom cyklu, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Wszystkie trzy książki zostały napisane przez kobiety i jak wskazuje tytuł posta - nasze rodaczki. 

Nie będę ukrywać, że rozmaite literackie nagrody niespecjalnie do mnie przemawiają. Często się bowiem zdarza, że mają jakiś kontekst polityczny, że wyróżniony zostaje ktoś, kogo z jakiegoś powodu należy wyróżnić (chociażby nie miało to zbyt wielkiego umocowania w twórczości), oraz, że zadziałały jakieś układy i układziki. 
Z tego też powodu z pewną rezerwą podchodziłam do książki Joanny Bator pt. "Ciemno prawie noc", za którą to powieść autorka została uhonorowana Nagrodą Literacką Nike 2013. No, ale jedna z członkiń naszego DKK zaproponowała tę powieść jako temat spotkania i trzeba było przeczytać. I dobrze, że zaproponowała, bo przeczytałam fantastyczną książkę :)

Alicja jest dziennikarką w jednym ze stołecznych czasopism. Ma ugruntowaną pozycję zawodową, więc kiedy trafia się ciekawy temat zostaje oddelegowana do Wałbrzycha z misją napisania reportażu o tajemniczym zaginięciu trójki dzieci. Dla Alicji ten wyjazd, oprócz spraw zawodowych, jest ważny z jeszcze innego powodu - Wałbrzych to jej miasto rodzinne, które opuściła wiele lat temu. Teraz wraca i przy okazji zbierania materiałów do reportażu wspomina swoje dzieciństwo, ojca ogarniętego obsesją odnalezienia legendarnego naszyjnika księżnej Daisy, ukrytego ponoć w podziemiach zamku Książ, siostrę Ewę, zaludniającą wyobraźnię kilkulatki duchami i potworami, sąsiada Alberta Kukułkę, z którym łączyła ją swego rodzaju przyjaźń, dzieci i dorosłych, którzy w jakiś sposób byli ważni w jej życiu. Co może wydawać się dziwne w tych wspomnieniach brakuje matki...

Nie byłam nigdy w Wałbrzychu, jednak obraz tego miasta jaki wyłania się z powieści Joanny Bator wcale nie zachęca do odwiedzin. Króluje tu szarość, bieda i beznadzieja, aktualnie podszyte strachem, wrogość do obcych, nawet jeśli mieszkają w mieście od czasów ostatniej wojny (Wałbrzych, podobnie jak inne miasta na Ziemiach Odzyskanych to mieszanka ludności miejscowej i napływowej), brak perspektyw łączy się z bigoterią i czekaniem na cud, który to fakt ktoś potrafi wykorzystać...

Alicja to osoba, która wydaje się być twarda i niezależna (nawet w pracy nazywają ją pancernikiem), jednak to tylko maska pod którą kryje się ogromna wrażliwość, masa kompleksów, brak umiejętności stworzenia stałego związku, tak uczuciowego jak i przyjacielskiego. Może powrót do rodzinnego domu, rozprawienie się z demonami przeszłości pomoże jej zrozumieć i zaakceptować siebie?

Powieść jest niezwykle mroczna, miejscami zahacza o horror, a nawet fantastykę. Dziwne osoby, niepokojące zjawiska, opowieści sięgające lat wojny sprawiają, że czyta się tę książkę z zainteresowaniem. Przy okazji dodam, że pisarka eksperymentuje na języku polskim, wprowadza w narrację zbitki wyrazów, które nie pozostają bez wpływu na odbiór utworu - np.we mnie początkowo budziły niepokój...

Książka ciekawa i warta polecenia, chociaż niekoniecznie na długi, wietrzny i deszczowy wieczór.

************************************

Inną lekturą przeczytaną na okoliczność DKK była "Moja Afryka" Kingi Choszcz. Pięknie wydana w serii Poznaj Świat wydawnictwa Bernardinum, przyciąga oko szatą graficzną i pięknymi kolorowymi zdjęciami z podróży, którą autorka odbyła wzdłuż zachodniego krańca Afryki. Podróży, którą przerwała nagła choroba i śmierć Kingi w Ghanie...

Powiem od razu, że mam co do tej książki, a i jej autorki takoż, mieszane uczucia. Oczywiście podziwiam pasję i konsekwencję w jej urzeczywistnianiu, ale z drugiej strony przeraża mnie niefrasobliwość dojrzałej, trzydziestokilkuletniej kobiety. Kinga Choszcz zapuszcza się samotnie w tereny zamieszkane przez wyznawców islamu (a powszechnie znane są przecież poglądy ortodoksyjnych wyznawców tej religii na temat kobiet i tego co im wolno), a następnie wędruje poprzez ziemie na których toczy się wojna, bądź działają jakieś grupy rebeliantów. Niejednokrotnie postępuje wbrew miejscowym tradycjom, co również może być niebezpieczne. A już szczytem niefrasobliwości jest podróżowanie autostopem - ciągnące się kilometrami pustkowia w towarzystwie przygodnych kierowców raczej nie napawają euforią... Oczywiście nic się nie stało, w ciągu całej podróży tylko raz została okradziona, a zabiła ją podstępna choroba a nie ludzie, jednak jakoś nie mogę wykrzesać w sobie większej sympatii do tej kobiety. A jej rodziców i przyjaciół jest mi zwyczajnie żal - mogę sobie tylko wyobrazić co przeżywali wiedząc, że ich córka i przyjaciółka cały czas jest narażona na niebezpieczeństwo i, gdyby coś złego się stało, nie ma przy niej nikogo, kto podałby pomocną dłoń.

Sama książka to przepisany dziennik, który Kinga prowadziła w czasie podróży, więc sporo tu opisów oczekiwania na kolejny środek transportu, posiłków jedzonych w drodze czy wreszcie sposobów oszukiwania służb celnych, bowiem autorka nie zawsze miała formalne prawo przebywać na terenie kraju, w którym się aktualnie znajdowała. Z tego też powodu są w tej książce miejsca mocno monotonne (żeby nie powiedzieć nudne) - jest rzeczą jasną, że autorka robiła notatki, które w przyszłości mogły się stać punktem wyjścia do napisania ciekawej i fascynującej historii. Wiele wspomnień, wrażeń i przemyśleń Kingi Choszcz przepadło bezpowrotnie...

Książka ogólnie dosyć ciekawa, chociaż bez fajerwerków.

***********************************

Elżbieta Cherezińska to marka sama w sobie. Zyskała sobie liczne grono wielbicieli (do których i ja się zaliczam) i każda jej nowa powieść staje się wydawniczym hitem.
Po raz czwarty dane mi było się spotkać z jej twórczością na okoliczność książki "Trzy młode pieśni", powieści zamykającej cykl "Północna droga". Tym razem głównymi bohaterami stają się przedstawiciele młodego pokolenia - Bjorn i Gudrun, dzieci Sigurn, oraz Ragnar, syn Haldred i Einara.

Wychowani we dworze w Namsen, Bjorn i Ragnar zostają przyjaciółmi, a nawet braćmi krwi, walczą w drużynie jarla Regina, a po jego śmierci wspólnie szukają zemsty na jego mordercy. Gudrun przygotowywana jest do roli żony i matki, jednak jarlówna ma całkiem inny pomysł na życie...

Akcja książki toczy się siłą rzeczy mniej więcej w tym samym czasie co końcówki trzech poprzednich tomów, więc jeśli ktoś je czytał to o wielu wydarzeniach będzie już wiedział. Tym razem jednak spojrzymy na nie z innej strony - nie od dzisiaj wiadomo, że młodzi mają na pewne sprawy całkiem odmienne zdanie niż ich rodzice.
W powieści pojawia się wiele postaci historycznych (znajdzie się nawet polski akcent w postaci córki Mieszka I) i wydarzeń znanych z kart kronik. Razem z bohaterami popłyniemy szlakiem Wikingów, weźmiemy udział w morskiej bitwie, będziemy bronić zamku przed nieprzyjacielskim wojskiem  a wreszcie zobaczymy twierdzę Jomsborg - legendarny zamek nordyckich rycerzy, którzy, jeśli wierzyć sagom byli niezwyciężeni i siali postrach na północnych morzach.

Ponieważ książka jest zakończeniem cyklu pozwolę sobie tutaj na pewne podsumowanie całej "Północnej drogi", bo pomimo, że to jedna całość, to każda z części jest inna. "Saga Sigrun" to historia wręcz romansowa, gdzie piękna dziewczyna wychodzi za swojego wymarzonego księcia i żyją w szczęściu i miłości (niektórzy zarzucają tej książce zbyt dużą dawkę słodyczy) aż ich śmierć nie rozłączy. "Ja jestem Haldred" to powieść o wielkich ambicjach i potężnych uczuciach - tak miłości jak i nienawiści - główna bohaterka to kobieta wyrastająca ponad swoje czasy, która potrafi walczyć o realizację swoich planów w świecie zdominowanym przez mężczyzn. "Pasja według Einara" ukazuje z jednej strony kulisy chrystianizacji północnej Europy, ale jest również swego rodzaju powieścią sensacyjną - Einar jest nie tylko duchownym, ale również "człowiekiem do zadań specjalnych". Wreszcie "Trzy młode pieśni" niosą rozwiązanie kilku wątków z poprzednich części, ale są przede wszystkim baśniową opowieścią opartą na nordyckiej mitologii - pojawiają się bogowie, walkirie a bohaterowie obdarzeni są niemal nadprzyrodzonymi mocami.

Północna droga to wielowątkowa opowieść, którą można porównać do wielobarwnego, lśniącego jedwabiu - w zależności od oświetlenia wygląda inaczej, chociaż cały czas to ten sam kawałek materiału...

Zdecydowanie warto przeczytać :)


sobota, 13 grudnia 2014

LBA, czyli odpowiadam na pytania Agaty Adelajdy

Już kilka tygodni temu Agata Adelajda z bloga Setna Strona zaprosiła mnie do Liebster Blog Award. Niestety, rozmaite przeciwności losu sprawiły, że dopiero dzisiaj mogę odpowiedzieć na jej pytania - mam nadzieję, że ten poślizg w czasie zostanie mi wybaczony :)



A więc do dzieła:

1. Czy masz czytelniczą wishlistę i co się na niej znajduje?

Ba, żeby tylko listę... To zwój potężny jest. A znajduje się na niej kilkaset nieprzeczytanych książek, które okupują domowe półki, kolejne kilkadziesiąt, które polecają różne znajome osoby o podobnym do mojego guście literackim i jeszcze parę nowości, które, na oko, wydają się ciekawie zapowiadać. Łatwiej wymienić autorów, którzy na tych listach królują: na czoło wysuwają się książki Agathy Christie i Joanny Chmielewskiej (jeszcze kilku nie czytałam), dwie powieści (bo resztę już znam) hiszpańskiej pisarki Julii Navarro ("Powiedz mi kim jestem" i "Krew niewinnych") oraz powieści przygodowe Cliva Cusslera (tak z 1/3 jego dorobku). Samego tego wystarczy na kilka miesięcy...

2. Pierwsza samodzielnie przeczytana książka?

Jeśli wierzyć mojej pamięci - "Na jagody" Marii Konopnickiej.

3. Najlepsza ekranizacja?

Rany... Łatwiej byłoby mi chyba podać najgorszą ;)
Hmm... Uważam, że świetny był rosyjski serial na podstawie "Mistrza i Małgorzaty" M. Bułhakowa, francuska ekranizacja cyklu "Królowie przeklęci" M. Druona oraz brytyjska wersja "Dumy i uprzedzenia" (serial BBC).
Z naszego rodzimego podwórka - chyba "Pan Tadeusz" i "Pan Wołodyjowski". I jeszcze "Chłopi", chociaż Emilia Krakowska (przy całym dla niej szacunku) niewiele ma wspólnego z moim wyobrażeniem o Jagnie.

4. Co robisz w wolnym czasie (oprócz czytania)?

Rozwiązuję krzyżówki i inne łamacze głowy. A jeśli mój wolny czas wypada równocześnie z wolnym czasem męża i jest go odpowiednio dużo, to pakujemy się całą trójką w samochód i gdzieś sobie rodzinnie jedziemy. Ewentualnie siedzimy sobie w domciu i gramy w coś dopasowanego do wieku dziecia naszego.

5. Jakie czasopisma czytasz?

Aktualnie nic, bo niestety w większości królują reklamy i durne porady typu "Jak schudnąć 10 kg w 20 minut". Dawniej regularnie czytałam "Film", "Ekran" i "Przyjaciółkę". Od czasu do czasu "Przekrój" i "Claudię".

6. Czy masz ulubiony film, taki, który oglądasz po sto razy?

No jasne :)
"Grease", "Rio Bravo", "Robin Hood książę złodziei", "Gwiezdne wojny" oraz najukochańszy "Skrzypek na dachu".

7. Jak określisz siebie jednym słowem (i czy w ogóle się da)?

Optymistka. Albo bałaganiara. A może jednak optymistka? Nie, raczej bałaganiara...
To w dwóch słowach Optymistyczna bałaganiara ;)


Nie nominuję nikogo, bo wszyscy znajomi już się spowiadali. I to niektórzy po kilka razy...

sobota, 6 grudnia 2014

"Ułani, poeci, dżentelmeni" - recenzja + konkurs

Poniżej moja opinia o książce Mai i Jana Łozińskich pt. "Ułani, poeci, dżentelmeni. Męski świat przedwojennej Polski". Dzięki uprzejmości Wydawnictwa PWN mam możliwość obdarować kogoś z Was tą książką. Dlatego też ogłaszam konkurs mikołajkowo - świąteczny :)



Regulamin konkursu:
  1. Konkurs organizuję ja, czyli właścicielka bloga "Lektury wiejskiej nauczycielki"
  2. Sponsorem nagrody jest Dom Wydawniczy PWN.
  3. Nagrodą w konkursie jest egzemplarz książki Mai i Jana Łozińskich "Ułani, poeci, dżentelmeni. Męski świat przedwojennej Polski"
  4. Konkurs trwa od 06.12. do 18.12.2014 r.
  5. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone do 21.12.2014 r.
  6. Odpowiedź na pytanie oraz adres mailowy należy zostawić pod tym postem.
  7. Będę wdzięczna za zamieszczenie informacji o konkursie na Waszych blogach, aczkolwiek nie jest to w żadnym razie warunek udziału.
  8. Wybór zwycięzcy będzie zależał ode mnie, będzie więc całkowicie subiektywny.
  9. Ze zwycięzcą skontaktuję się drogą mailową, celem uzyskania danych adresowych potrzebnych do wysyłki książki.
  10. Pytanie konkursowe brzmi: Ułan czy poeta? A może dyplomata, sportsmen lub gwiazda kina? Jaki wzorzec mężczyzny jest ci najbliższy? 
***********************************************


Chociaż współczesne wojsko to przede wszystkim nowoczesne technologie, skomputeryzowany sprzęt i wysoko wykwalifikowana kadra, to jednak wciąż popularna jest w naszym kraju tradycja kawaleryjska. Jak grzyby po deszczu wyrastają kolejne szwadrony będące nowym wcieleniem przedwojennych oddziałów a rekonstrukcje bitew czy pokazy sprawnościowe organizowane przez współczesnych ułanów przyciągają tłumy widzów obojga płci.

Tradycja ułańska, chociaż swoimi korzeniami sięgała okresu Księstwa Warszawskiego, szczególnie rozwinęła się w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Dawni legioniści, którzy po zakończeniu wojny pozostali w szeregach armii, stanowili w wyzwolonym kraju swego rodzaju elitę. Oficer kawalerii był synonimem dżentelmena, wzorem do naśladowania dla mężczyzn i obiektem westchnień dla pań. Do takiego postrzegania ułanów przyczyniły się m.in. surowe zasady postępowania, kodeks honorowy obowiązujący w międzywojennej armii, ale również nietuzinkowa osobowość sporej grupy kawalerzystów...

Jednym z najbardziej znanych ułanów II Rzeczpospolitej był Bolesław Wieniawa-Długoszowski - bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego, żołnierz z zamiłowania, dyplomata z konieczności, poeta z usposobienia i dżentelmen w każdym calu. O Wieniawie krążyły po Warszawie (i nie tylko) anegdoty prawdziwe i zmyślone (jak chociażby o jego wjeździe do "Adrii" na koniu), jego powiedzonka weszły na stałe do użytku (np. "Panowie, żarty się skończyły, zaczynają się schody" - wygłoszone we wspomnianej wyżej "Adrii" po szczególnie wesołej nocnej zabawie) a on sam stał się symbolem czasów, w których przyszło mu żyć. Nic więc dziwnego, że Maja i Jan Łozińscy uczynili Wieniawę jednym z najważniejszych bohaterów swojej książki "Ułani, poeci, dżentelmeni. Męski świat przedwojennej Polski". 

Ale nie tylko ułani rozpalali wyobraźnię panów i budzili zachwyt kobiet. W książce Łozińskich możemy przeczytać również o dyplomatach, sportsmenach, gwiazdach filmu i kabaretu. Tekst wzbogacają fragmenty wspomnień. relacji, artykułów prasowych i bardzo bogaty materiał fotograficzny. Znajdziemy tu postacie znane z podręczników szkolnych czy przedwojennych filmów, ale również całą plejadę mniej sławnych, ale równie ciekawych mężczyzn, którzy współtworzyli międzywojenną śmietankę towarzyską.

Niestety, ten idealny świat miał również swoje ciemne strony, odziedziczone po trosze po epoce Polski szlacheckiej. Wśród panów mieniących się dżentelmenami nierzadkie były przypadki nadużywania alkoholu, wszczynania awantur czy przekonania, że jest się ponad prawem. I o tych ciemnych stronach ułańskiej legendy również w książce Łozińskich przeczytamy.

Do książki dołączone są fragmenty międzywojennych poradników dla mężczyzn, z których dowiemy się m.in. jakie normy towarzyskie obowiązywały w miejscach publicznych, jaki strój jest odpowiedni na różne okazje, co można sprezentować kobiecie a nawet jak powinien być urządzony męski gabinet. Czasem aż szkoda, że niektóre z tych zasad nie obowiązują współcześnie...

"Ułani, poeci, dżentelmeni" to książka obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych dwudziestoleciem międzywojennym. Ale myślę, że również ktoś, kto nie przepada za historią, znajdzie w tej książce coś dla siebie, bo w pracy Łozińskich najważniejsi są ludzie, a nie tylko suche fakty i daty. I o tych ludziach potrafią autorzy bardzo ciekawie i wciągająco opowiadać.

Serdecznie polecam :)

wtorek, 2 grudnia 2014

Schyłkowy PRL oczami dziesięciolatka

Nie tak znowu dawno, bo niecałe trzydzieści lat temu, w jednej z kamienic na warszawskim Grochowie mieszkał sobie pewien chłopiec. Spośród gromady innych chłopców wyróżniał go nieprzeciętny wzrost i z tego powodu zyskał sobie z angielska brzmiący przydomek "Longin". Mieszkanie było niewielkie, więc Longin musiał rezydować w kuchni - tato, który miał smykałkę do majsterkowania wydzielił mu tam niewielki kąt za lodówką, w którym mieściło się łóżko i opuszczany blat przy którym można było odrabiać lekcje. Kiedy go poznajemy Longin jest uczniem czwartej klasy, za szkołą nie przepada, ale już lepsze lekcje niż siedzenie w domu z młodszym braciszkiem Sebastianem...
Pewnego dnia mama prosi Longina, aby powiesił pranie na strychu i ta, błaha z pozoru, czynność wprowadza ogromne zmiany w życiu chłopca. Na strychu poznaje bowiem swojego rówieśnika Alberta, z którym szybko się zaprzyjaźnia, a nawet zaprasza go do swojego mieszkania. I tu czeka go ogromna niespodzianka - nikt poza Longinem nie widzi Alberta...

Marcin Prokop to znany i lubiany dziennikarz telewizyjny. Wraz z Dorotą Wellman stanowili przez kilka lat chyba najbardziej rozpoznawalną parę prowadzących rozmaite programy na antenie TVP2, a od 2008 roku wraz z Szymonem Hołownią prowadzi program "Mam talent" emitowany przez stację TVN. Jest, również z Szymonem Hołownią, współautorem dwóch książek skierowanych do dorosłego czytelnika, natomiast w ostatnich tygodniach pojawiło się jego najnowsze dzieło, skierowana tym razem do dzieci opowieść "Jego wysokość Longin".

W swojej książce Marcin Prokop opowiada o dzieciństwie, które przypadło na ostatnie lata PRL-u. Przed sklepami stoją jeszcze kolejki, bo akurat rzucili jakiś atrakcyjny towar, w pokoju rodziców króluje telewizor marki "rubin", dziadek robi zapasy cukru i papieru toaletowego na wypadek wojny, a tato pędzi w domu bimber. Chłopcy grają w piłkę, ścigają się na rowerach, zbierają papierki z gumy "Donald", kolekcjonują resoraki, tworzą podwórkowe bandy i ani im w głowach siedzenie w domu przed telewizorem (inna rzecz, że w telewizji jest tylko dwa programy, w których prawie wcale nie ma audycji dla dzieci). W niektórych domach pojawiają się atari, czyli konsole do gier, ale dzieciaki rzadko są do nich dopuszczane, bo to kosztowna zabawka - tata Longina wydał na swoje atari całą "trzynastkę".

Książka Marcina Prokopa to ciepła i pełna humoru opowieść o świecie, którego już nie ma. Chociaż przeznaczona jest dla rówieśników tytułowego Longina, to moim zdaniem docenią ją przede wszystkim dorośli, zwłaszcza ci, których dzieciństwo i młodość przypadały na drugą połowę lat osiemdziesiątych. Dla współczesnych nastolatków wiele z opisywanych sytuacji będzie zupełnie niezrozumiałych, bo np. który dzieciak dzisiaj wie co to Wyścig Pokoju i gra w kapsle? Niektóre sytuacje, które wywołają uśmiech na twarzy dorosłego dla dzieci nie będą wcale zabawne, inne może i będą śmieszyć, ale z zupełnie różnych powodów. Ale jedno jest pewne - dzięki tej książce nasze dzieci mają szansę dowiedzieć się jak wyglądało nasze dzieciństwo...

Serdecznie zachęcam do poznania tej książki. Bo jestem niemal pewna, że polubicie Longina tak samo jak ja :)

niedziela, 30 listopada 2014

Takie małe expose

Na internetach od jakiegoś czasu wałkowany jest temat blogerów książkowych, ich wpływu na postrzeganie literatury przez szerokie grono czytelników, rzeczywistego wpływu na kształtowanie literackich gustów społeczeństwa oraz, a może przede wszystkim, jakości tworzonych przez nich (znaczy tych blogerów) tekstów. W temacie wypowiadają się tak sami blogerzy, jak i autorzy i, co mnie osobiście bardzo razi, ci ostatni są coraz bardziej agresywni. I nie chodzi mi tu wcale o Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Czytając niektóre z tych wypowiedzi (czy to na blogach, czy na FB) dochodzę do wniosku, że nam blogerom przydałoby się nieco więcej dystansu do siebie, ale i autorom takoż... 
Każdy, kto coś tam gdzieś tam publikuje MUSI się liczyć z tym, że nie wszystkim się to spodoba. I albo mamy skórę jak hipopotam i wszystko się od niej odbija a my robimy swoje, albo rezygnujemy z literatury (czy jakiejś innej twórczości - bo to samo jest z filmem, muzyką, itd.) i zabieramy się za uprawę kapusty albo inszej rzodkiewki. 



Kilka dni temu w Tramwaju ukazała się notka (moim zdaniem żartobliwa, ale może ja mam jakieś zwichrowane poczucie humoru) na temat tych autorów, którzy potrafią przyjąć "na klatę" krytykę swojej twórczości. Na reakcję nie trzeba było długo czekać - na FB zawrzało, autorzy podnieśli larum, że jak można coś takiego, że blogerom się w głowach przewraca, że autor postu to sfrustrowany blogerzyna z jakiegoś marnego blogaska... A i jeszcze, że na blogach nie ma profesjonalnych recenzji.

No i chyba tu jest przysłowiowy pies pogrzebany - my blogerzy (poza nielicznymi wyjątkami) nie piszemy recenzji sensu stricto. My piszemy subiektywne opinie. I tyle. A jeśli to moja opinia to proszę darować, ale mam prawo napisać, że książka mi się niespecjalnie podobała, że główna bohaterka to wredna jędza, a główny bohater jest maminsynkiem i pantoflarzem. Jakby do kogoś to jeszcze nie dotarło, to w Polsce od dosyć długiego czasu mamy ponoć demokrację, a co za tym idzie wolność słowa... Wolno mi krytykować książkę czy jej fabułę, wolno autorowi krytykować niepochlebną opinię  na blogu, ale, do licha, na tym koniec. Niedopuszczalne jest atakowanie (bywa, że wulgarne) stojącego za takim tekstem człowieka. 

A potem ktoś się dziwi, że blogerzy nie piszą o książkach współczesnych polskich autorów. A po co mamy pisać? Ja osobiście nie jestem masochistką i nie mam zamiaru wystawiać się na ataki jakiegoś sfrustrowanego autora. Aczkolwiek ja akurat sporo o polskiej piszę, chociaż raczej omijam beletrystykę.

I pomimo nagonki na blogerów dalej pisać będę te swoje nieprofesjonalne opinie :)

poniedziałek, 24 listopada 2014

Krakusy z wizytą u Ślązaków, czyli byłam na Targach Książki w Katowicach

Większość zainteresowanych już o tym pisała, ale z kronikarskiego obowiązku i ja się wypowiem - oto moja wizja Targów Książki w Katowicach.

Po pierwsze to dziękuję Jankowi, bo gdyby nie on, to raczej stolicy Górnego Śląska bym nie wizytowała. A szkoda by było...

Wyruszyliśmy sobotnim, zachmurzonym rankiem z Krakowa. Ja pełna entuzjazmu - bo Targi, bo blogerzy, bo książki, bo Katowice (byłam tam jak dotąd tylko raz w życiu, ale za to owocnie - zdałam w Katowicach prawo jazdy...), bo Spodek - no same atrakcje. Oisaj jakoś specjalnie nie gasił mojego entuzjazmu, aczkolwiek nie ukrywał, że Katowice to jednak nie Kraków. 
Po kilkudziesięciu minutach i dwóch punktach poboru opłat na autostradzie dojeżdżamy do Katowic i zastanawiamy się czy uda sie znaleźć jakieś miejsce parkingowe w miarę blisko Spodka. Nie wierzymy własnemu szczęściu, kiedy okazuje się, że bez problemu możemy się zatrzymać tuż przed wejściem... I już to powinno nas zastanowić, ale jakoś nie zastanowiło.
Wchodzimy. Wewnątrz kilka osób, kasa, szatnia (maleńka, tak na oko 100 wieszaczków) i brak jakiegokolwiek oznaczenia gdzie mają się zgłaszać blogerzy. Stojąca nieopodal dziewczyna (później okaże się, że to Ania) uśmiecha się sympatycznie i pyta czy ja to ja (o Matko, moja sława mnie przerasta...), a kiedy potwierdzam swoje dane personalne kieruje mnie do boksu gdzie króluje pani z laptopem - podaję imię i nazwisko, pani sprawdza czy jestem na liście zgłoszeń i dostaję bilecik. Ojsaj takoż. W porównaniu z Krakowem to wypada na plus - nie trzeba było nic drukować, ani wypełniać jakichś bzdurnych papierków przy kasie.

Prezenty, prezenciki...
W holu spotykamy Agatę Adelajdę - ona i Ojsaj licytują się koszulkami z adresami blogów, a ja podejmuję mocne postanowienie dorobienia się takiej eleganckiej reklamowej szaty przed przyszłorocznymi TK w Krakowie. Wybija 10.00 i panowie ochroniarze wpuszczają nas na teren Targów - rzucają się w oczy stoiska antykwariatów, ale my szukamy sali w której mają się odbywać panele dla blogerów. Spotykamy Silaqui i już razem wędrujemy do sali nr 1. A tam... Ktrya, Sardegna, Agnes, Archer, które witają nas gromkimi okrzykami - czuję się jak celebrytka jakaś. Wspaniale zobaczyć znajome twarze, ale i te nieznajome też :) Zresztą szybko przestają być nieznajome - na wejściu dostajemy identyfikatory które wypełniamy i już wiadomo kto jest kim. To też wielki plus, a chyba nie wymagało jakiegoś ogromnego zachodu -  tak myślę, że gdyby w Krakowie zamiast lizaka dać blogerom taki identyfikator to miałoby to dużo większy sens.

Rozpoczyna się pierwszy panel, który prowadzi Marta (Archer), a dotyczy zagadnienia "Czy na blogach książkowych chcemy czytać tylko o książkach?". Opinie są różne i zdania podzielone - wychodzi na to, że po części jestem parentingowa, bo zdarza mi się coś o dzieciu własnym (lub o tych szkolnych) od czasu do czasu napisać ;) Należy podkreślić, że dyskusja przebiega w miłej atmosferze, nie skaczemy sobie do gardeł, nie przekrzykujemy się i co najważniejsze, nikt nie próbuje narzucić innym swojej wizji blogowania. Super :)

Spotkanie potargowe - lewa część stołu,
 gdzie króluje Mała Ruda :)
W przerwie pomiędzy panelami idziemy do hali targowej i tu konsternacja... O tym, ze narty i buty do nich zajmują dużą część miejsca pisali już wszyscy przede mną, więc nie będę się nad tematem rozwodzić. O tym, że dużo rękodzieła (niektóre okołoksiążkowe, ale część zupełnie od czapy...) też już pisano. Niestety, co dla mnie szczególnie niefajne - to ubożuchna oferta książkowa... Dla dorosłych prawie nic, nieco lepiej z literaturą dziecięcą, aczkolwiek raczej dla dzieci młodszych - dla mojego dziewięciolatka nic specjalnego nie wypatrzyłam :(

Spotkanie potargowe - prawa część stołu.
Wracamy na drugi panel, który prowadzi Ilona, a rzecz dotyczyć ma komentowania na blogach. Dyskusja co chwilę zbacza na inne ścieżki (aczkolwiek też o blogowych sprawach), a Szyszka, która kiedyś zajmowała się tym zawodowo, daje kilka rad na temat jak poprawić zasięg bloga, zwiększyć jego statystyki (niektóre triki nawet ciekawe, aczkolwiek do lajkowania własnych postów nikt mnie nie przekona).

Oprócz ciekawych dyskusji ŚBK przygotowali dla nas przemiłą niespodziankę w postaci toreb z upominkami (notesy, zakładki, długopisy i książki - mnie trafił się "Piękny dzień" Elin Hilderbrand, co mnie ucieszyło, bo poprzednie spotkanie z tą autorką było bardzo udane) oraz najnowszego numeru magazynu "Książki".
Był również ciekawy konkurs, w którym, nie chwaląc się nadmiernie, udało mi się zająć zaszczytne drugie miejsce - wzbogaciłam się o powieść historyczną "Oblubienica z Azincourt" autorstwa Joanny Hickson.

Panele skończyły się przed 14-tą a blogerskie spotkanie potargowe umówione było na 17-tą. Całe trzy godziny czasu i co tu robić? Na szczęście wśród stoisk działała kawiarenka, więc w kilka osób postanowiliśmy tam posiedzieć (tyle co się nasiedziałam w czasie tych targów, to na następne dwa tygodnie mam odrobione...). Dołączyła do nas jeszcze Iza i już w mniejszym gronie dyskutujemy o aferach i skandalach, które ostatnimi czasy wstrząsały blogosferą. Przy okazji z wielką uciechą obserwujemy Oisaja, który zajął strategiczne miejsce przy kasie kawiarenki i napadał (celem zdobycia autografów) przechodzących pisarzy.

Część ŚBK nie może sobie jednak pozwolić na odpoczynek, ponieważ zorganizowali wymianę książkową, która cieszyła się ogromnym powodzeniem. Chylę czoła, bo to właśnie wasze zaangażowanie sprawiło, że impreza nie okazała się całkowitą klapą.

Spotkanie potargowe - centralna część stołu.
Czas w miłym towarzystwie mija szybko, zbliża się godzina 17.00 więc przenosimy się restauracji CityRock, gdzie przy jadle i napitku kontynuujemy blogerskie pogaduchy. Tutaj czekała na nas kolejna niespodzianka - Jan, który nie dał rady być na samych Targach zjawił się na spotkaniu z plecakiem książek - każdy mógł sobie wybrać coś dla siebie i w ten sposób wzbogaciłam się o "Wychowanie dziewcząt w Czechach" Michala Viewegha. Przy okazji - Jan zakłada antykwariat :)

Niestety wszystko co dobre kiedyś musi się skończyć - opuszczamy z Oisajem przemiłe śląskie towarzystwo (jest nam przykro ich zostawiać do tego stopnia, że zapominamy o zapłaceniu rachunku...) i odjeżdżamy do domu. Ponieważ Oisaj był tak miły, że zaproponował mi odwóz do mojej rodzinnej miejscowości (nadłożył przy tym spory kawałek drogi) to z wdzięczności przez całą powrotną drogę mieliłam ozorem na zdwojonych obrotach - wcale się nie zdziwię, jeśli od tej pory będzie udawał, że mnie nie zna :(

Podsumowując - Targi jakie były to wszyscy wiedzą, ale nawet gdyby było jeszcze biedniej to dla samych Śląskich Blogerów Książkowych pojechałabym jeszcze raz. Dziękuję Kochani!

niedziela, 23 listopada 2014

Powróćmy jak za dawnych lat...

Kiedy byłam nieletnim dziewczęciem (czyli w latach 70 i 80-tych ubiegłego wieku) w niedzielne popołudnia w polskiej telewizji nadawany był program prowadzony przez Stanisława Janickiego noszący tytuł "W starym kinie". Była to jedna z moich ulubionych audycji - do dzisiaj niemal bezbłędnie rozpoznaję fragmenty przedwojennych filmów, potrafię powiedzieć kto i w jakim filmie śpiewał daną piosenkę, a filmografię Jadwigi Smosarskiej czy Eugeniusza Bodo znam lepiej niż dorobek artystyczny Kasi Cichopek i braci Mroczków razem wziętych ;)
Dlatego baaardzo mnie ucieszyła propozycja Oisaja, który bezinteresownie ofiarował mi biografię jednej z gwiazd międzywojennego kina - Teodory Oleksej, bardziej znanej jako Tola Mankiewiczówna. Autorem biografii jest Ryszard Wolański - autor wielu książek o tematyce muzycznej, twórca "Leksykonu Polskiej Muzyki Rozrywkowej" i dziennikarz muzyczny.

Tola Mankiewiczówna przyszła na świat w podłomżyńskiej wsi - jej rodzice mieli tam gospodarstwo rolne. Dzięki temu, że brat jej mamy był księdzem w jednej z warszawskich parafii mogła mała Tola, u której już w dzieciństwie zauważono, duży talent muzyczny, kształcić swój głos pod okiem wybitnej sopranistki Julii Mechówny. Jej też zawdzięczała młodziutka adeptka sztuki operowej swój debiut sceniczny - 18 grudnia 1918 roku wystąpiła na deskach Opery Krakowskiej w niewielkiej rólce w "Hrabinie" Stanisława Moniuszki.
Przez kolejne kilka lat Mankiewiczówna występuje w Operze Warszawskiej - śpiewa raczej partie drugoplanowe, ale jest zauważana (i chwalona) przez krytykę i zdobywa liczne grono wielbicieli. Ponieważ sztuka operowa przeżywa pod koniec lat dwudziestych kryzys to nic dziwnego, że artystka szuka dla siebie innej drogi - szybko staje się gwiazdą operetki, a stąd już tylko krok do rewii i kina...
Mankiewiczówna nie zagrała może w zbyt wielu produkcjach filmowych, jednak wszystkie jej filmy były, mówiąc dzisiejszym językiem, kinowymi hitami. I to nie tylko w Polsce. Jej scenicznym i filmowym partnerem był najczęściej Aleksander Żabczyński, a piosenki tego duetu zyskały sobie niezwykłą popularność. 
Wojna przerwała pasmo sukcesów artystki i chociaż udało jej się przetrwać okupację a następnie weryfikację artystów prowadzoną przez powojenną służbę bezpieczeństwa to już nigdy nie wróciła na należne jej miejsce na polskiej scenie.

Ryszard Wolański pokazuje kolejne szczeble przedwojennej kariery Mankiewiczówny, jej okupacyjną działalność (choć nie należała do organizacji konspiracyjnych, to w miarę możliwości starała się działać na rzecz kultury polskiej), wreszcie jej powojenne losy. Książka podzielona jest na rozdziały, z których każdy poświęcony jest innemu aspektowi życia artystki. Taki podział nie zawsze idzie w zgodzie z chronologią, jednak uważam, że w tym akurat wypadku działa to na korzyść i sprawia, że praca jest bardziej przejrzysta. Oprócz informacji biograficznych znajdzie tu czytelnik również omówienie najważniejszych przedstawień w których śpiewała Tola Mankiewiczówna oraz filmów w których grała. Jest również trochę ciekawostek (jak chociażby fakt, że jeden z filmów w których zagrała był zabroniony dla wojskowych), fragmentów wywiadów i dziennikarskich publikacji na jej temat. Całość okraszona jest bogatym materiałem zdjęciowym, zarówno oficjalnymi fotografiami czy fotosami z filmów, jak również zdjęciami pochodzącymi z prywatnych zbiorów. 
Całość czyta się dobrze, w czym duża zasługa stylu autora - Wolański pisze zwięźle, bez afektacji (chociaż sympatia dla bohaterki opracowania jest widoczna), skupia się na faktach i, o czym nie zawsze pamiętają twórcy biografii, nie stara się być ważniejszy od opisywanej osoby.
Dodam jeszcze, że do książki dołączona jest obszerna bibliografia a także wykaz ról operowych i operetkowych Mankiewiczówny, jej filmografia, tytuły rewii w których występowała oraz spis piosenek, które znalazły się w jej repertuarze. 

Tola Mankiewiczówna to artystka dzisiaj już niemal całkiem zapomniana. Dobrze się więc stało, że znalazł się ktoś, kto przybliżył współczesnemu czytelnikowi jej postać. Warto sięgnąć po książkę Ryszarda Wolańskiego i poznać prawdziwą gwiazdę międzywojennej sceny i ekranu.

wtorek, 18 listopada 2014

Kiszka na tropie

Londyn - z Tamizy wyłowiono nagie zwłoki dziewczyny. Tatuaż w kształcie serca z imionami Paweł i Ela wskazuje, że kobieta może być Polką. Sprawę prowadzi detektyw Natalie Kershaw - młoda policjantka, jeszcze pełna ideałów i planów naprawy świata, przy tym inteligentna i spostrzegawcza. Niestety niewiele może zdziałać - zwłoki znajdowały się w wodzie przez kilka dni, policyjny patolog nie jest w stanie stwierdzić czy to samobójstwo czy morderstwo, pewne jest jedynie to, że kobieta przed śmiercią przyjęła dużą ilość narkotyku będącego silniejszą odmianą ecstasy.
W tym samym czasie do Janusza Kiszki, Polaka od 20 lat mieszkającego w Wielkiej Brytanii zgłasza się znajomy ksiądz z prośbą o pomoc - zaginęła młoda dziewczyna, Weronika, która kilka miesięcy wcześniej przyjechała do pracy do Londynu. Janusz uważa, że w zniknięcie może być zamieszany jakiś mężczyzna, jednak pani, u której Weronika pracowała i mieszkała twierdzi, że dziewczyna nie miała chłopaka. Rozmowa z koleżanką Weroniki potwierdza przypuszczenia Janusza - dziewczyna zakochała się w niejakim Pawle Adamskim.
Szybko się okazuje, że z pozoru błaha sprawa ma drugie dno, splątane nitki prowadzą do Polski, a zaginiona dziewczyna ma wiele wspólnego z Edwardem Zamorskim, legendarnym działaczem Solidarności, który właśnie prowadzi kampanię prezydencką i jest zdecydowanym faworytem w nadchodzących wyborach...

Anya Lipska, a właściwie Alison Turner to brytyjska dziennikarka i producentka telewizyjna. Jej mąż pochodzi z Polski i to dzięki niemu i jego rodzinie zainteresowała się naszym krajem i jego historią, szczególnie tą najnowszą. Autorka mieszka aktualnie we wschodnim Londynie, gdzie znajduje się największe skupisko Polonii w Wielkiej Brytanii, więc nic dziwnego, że ta część miasta stanowi tło dla jej powieści pt. "Toń".
Książka Lipskiej to przede wszystkim kryminał, jednak niezwykle ważna jest w niej warstwa historyczno-obyczajowa. Autorka przedstawia (co prawda dosyć pobieżnie) środowisko polskiej emigracji - tej zasiedziałej od czasów ostatniej wojny, tej postsolidarnościowej z lat osiemdziesiątych i tej najnowszej, ekonomicznej, z ostatnich lat. Ukazuje tych, którym się powiodło, ale również tych, którzy nie znaleźli nad Tamizą ziemi obiecanej, właścicieli firm i dziewczyny zarabiające na życie tańcem w barach, starą arystokrację i bezdomnych, uczciwych obywateli i przestępców - londyńska Polonia to niezwykle barwna i różnorodna mieszanka. Nie ustrzegła się przy tym od pewnych stereotypów, np. Janusz żywi się na okrągło wiejską kiełbasą i bigosem - aż strach pomyśleć jaki musi mieć poziom cholesterolu...

Ponieważ drugą wiodącą postacią jest policjantka dostajemy również obraz pracy dzielnicowego komisariatu i kilku stróżów prawa o manierach neandertalczyków, z którymi detektyw Kershaw musi współpracować, a jako kobieta musi się starać dwa razy bardziej niż jej koledzy - wygląda na to, że równouprawnienie do angielskiej policji (a w każdym razie do tej konkretnej jednostki) jeszcze nie dotarło.

Książkę czyta się przyjemnie - zasługa w tym dynamicznej akcji i nieźle skonstruowanych bohaterów. Chwilami jednak wyraźnie widać, że to powieść o Polsce i Polakach, ale przeznaczona raczej dla zagranicznego odbiorcy: dokładne tłumaczenie czym było SB czy TW, szczegółowa historia księdza Marka Kuby (w którym po dwóch pierwszych zdaniach rozpoznajemy księdza Jerzego Popiełuszkę),  afera z agentem "Bolkiem" - to tylko kilka przykładów. Ale to może tylko moje zdanie - z racji wykształcenia i zawodu wykonywanego są to dla mnie rzeczy oczywiste, natomiast dla kogoś innego może to być zupełna nowość.

Jak na dobry kryminał przystało zakończenie zaskakuje, co należy zapisać na plus powieści, i co powinno dobrze rokować na przyszłość, bowiem "Toń" jest pierwszym tomem serii o Natalie Kershaw i Januszu Kiszce (swoją drogą jak można dać tak nieciekawie kojarzące się nazwisko głównemu bohaterowi?). Ja w każdym razie chętnie przeczytam kolejne odsłony przygód tego polsko-angielskiego duetu.

P.S. Nie wiem czy do wszystkich książek, ale do mojego egzemplarza dołączony był zakrwawiony plan londyńskiego metra - faaajny pomysł :)

poniedziałek, 10 listopada 2014

Szakal w mieście Lwa

96 lat temu, w listopadzie 1918 roku, po 123 latach niebytu Polska wróciła na mapę Europy. Naszym przodkom udało się wykorzystać sytuację jaka wytworzyła się pod koniec pierwszej wojny światowej i wywalczyć wymarzoną niepodległość. Różnie z tą wolnością było - w niektórych miejscach żołnierze armii zaborczych z ulgą oddawali broń cywilom (nierzadko dzieciom), w innych już tak łatwo nie było i na ulicach miast i wsi wybuchały zamieszki, jeszcze gdzie indziej dochodziło do starć z przedstawicielami mniejszości narodowych zamieszkujących ziemie dawnej Rzeczpospolitej, którzy w tym dziejowym momencie, podobnie jak Polacy, widzieli szansę dla własnej suwerenności. Najbardziej chyba znanym przykładem takich działań były walki, które 1 listopada 1918 roku wybuchły na ulicach Lwowa i trwały przez kolejne trzy tygodnie - w nocy z 22 na 23 listopada oddziały ukraińskie wycofały się z miasta i rozpoczęły jego oblężenie zakończone pół roku później ostatecznym zwycięstwem Polaków.

Marcin Ciszewski, autor kilku ciepło przyjętych powieści sensacyjnych (ja akurat miałam możliwość przeczytać jego "Gliniarza" - opowieść o losach policjanta i specjalisty do spraw terroryzmu Krzysztofa Liedla, który był współautorem tej książki) akcję swojego najnowszego dzieła umieścił w walczącym Lwowie, a pomiędzy fikcyjnymi bohaterami spotkamy również kilka postaci historycznych, jak chociażby Czesława Mączyńskiego czy Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego.

Tytułowy bohater, Wilhelm Krüger zwany Wilkiem, to osiemnastoletni chłopak niewiadomego pochodzenia, wychowanek cyrkowego akrobaty, który wraz z dwa lata starszym Cyganem oraz około pięćdziesięcioletnim Henrykiem Szumskim stanowią niezwykle zgrany złodziejski tercet. Ich akcje poprzedzone są drobiazgowym rozpoznaniem terenu, opracowaniem szczegółowego planu działania i dróg ucieczki. Zespół napada tylko tam gdzie można zyskać naprawdę poważny łup - bank, furgon pocztowy przewożący gotówkę, duży sklep jubilerski. Napady mają miejsce w biały dzień, przeprowadzane są z zegarmistrzowską wręcz precyzją, obywają się bez ofiar w ludziach a ich sprawcy dosłownie rozpływają się w powietrzu.
Taki sam miał być skok na Bank Zachodni w Warszawie w dniu 30 października 1918 roku. Niestety misterny plan posypał się, bank co prawda obrabowano ale z ręki Krügera zginęli ludzie, a i ucieczka do Lwowa (gdzie na co dzień mieszkali członkowie gangu) nie do końca przebiegła według planu. Wilek nie zdaje sobie sprawy, że na ich trop wpadła nie tylko warszawska policja (co prawda prowadzący sprawę komisarz Waligóra nie jest w stanie zbyt wiele zdziałać z powodu panującego wojennego chaosu) ale również pewien emerytowany rosyjski wojskowy Iwan Kolcow, który ma poważne osobiste powody aby schwytać młodego złodzieja...

"Szakal" to pierwsza część nowego cyklu powieściowego pt. "Krüger". To historia sensacyjno-kryminalna, ale również powieść historyczna. Autor zadbał o realia, odtworzył chronologię walk na ulicach miasta oraz, co może dla niektórych czytelników być pewnym zaskoczeniem (bo jednak jesteśmy wychowani na legendzie ogólnonarodowej dziejowej solidarności), antagonizmy pomiędzy poszczególnymi stronnictwami patriotycznymi działającymi we Lwowie.
Wilek (a i jego kompani również) czuje się Polakiem, ale niespieszno mu chwytać za broń, przypadek sprawia, że chłopak trafia w sam środek walki i zostaje uznany za bohatera, co będzie miało ogromny wpływ na jego dalsze losy. To człowiek, który budzi kontrowersje - egoista, ale wierny swoim zasadom, troskliwy opiekun siostry, który potrafi przez kilkanaście dni nie dawać znaku życia, nie chce, bądź nie potrafi zejść z raz obranej drogi, pomimo iż zdaje sobie sprawę z grożącego niebezpieczeństwa. Jedno jest pewne Wilek Krüger to barwna postać, budząca emocje, niejednoznaczna. Podobnie jego najbliżsi - Szumski, Cygan, Ewelina to postacie z krwi i kości, ciekawie skonstruowane, które z każdym kolejnym epizodem czytelnik poznaje coraz lepiej, a kiedy już wdaje się, że wszystko o nich wiemy pokazują się z nowej, zupełnie nieznanej strony.
Również ciekawą, choć niezwykle mroczną postacią jest podążający śladami Wilka Iwan Kolcow. To człowiek na którym przeszłość wycisnęła swoje piętno, nie potrafiący pozbyć się swoich demonów, opętany manią prześladowczą a równocześnie obdarzony ogromną inteligencją i umiejętnością analizowania otaczającej go rzeczywistości.

Ponieważ, jak już wspomniałam, książka jest pierwszą częścią serii to sporo miejsca zajmuje prezentacja głównych bohaterów i nici, które ich ze sobą wiążą. Trochę może nie do końca adekwatne będzie to porównanie, ale w czasie lektury czułam się jakbym czytała którąś z powieści Agathy Christie - podobnie jak u niej tak i tutaj ważny jest prawie każdy szczegół, każde nazwisko... Dowiadujemy się sporo (aczkolwiek nie wszystko) na temat przeszłości Wilka i innych bohaterów, co pozwala snuć teorie na temat rozwiązania intrygi i zgadywać jak to się wszystko skończy. Ciekawe ilu z nas się to uda.

Tym, którzy czytali już jakieś książki, które wyszły spod ręki pana Marcina Ciszewskiego raczej nie trzeba tego autora reklamować. Natomiast tych, którzy jeszcze go nie znają chciałabym poinformować, że książka napisana jest prostym (ale w żadnym razie nie prostackim) językiem, akcja jest wciągająca i, że pomimo pewnej dawki historii, jest to przede wszystkim powieść sensacyjna. "Szakala" czyta się z wypiekami na twarzy i bez zwracania uwagi na upływający czas, więc rozpoczęcie lektury w godzinach wieczornych może skutkować nieprzespaną nocą.
Siłą rzeczy zakończenie książki jest otwarte więc z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy...

czwartek, 6 listopada 2014

Już Mickiewicz wiedział, że "Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą."

Od razu spieszę z wyjaśnieniem, że post nie będzie traktował o naszej epopei narodowej, chociaż właściwie od pierwszej strony książki, o której za chwilę, pętała mi się po głowie "Ważna Sędziego nauka o grzeczności", czyli fragment pierwszej księgi "Pana Tadeusza".

Kuba i Buba to bliźnięta - Kuba jest chłopcem, a Buba dziewczynką. Rodzice i babcia Joasia mają z nimi przysłowiowe "siedem światów", bo to co potrafi wymyślić ten duecik nie przyszłoby do głowy nawet najlepszym filmowym scenarzystom. Jako, że dzieciaki są dosyć rozbrykane babcia wpadła na pomysł, aby kupić im podręcznik dobrego wychowania - może jak przeczytają to coś im w głowach zostanie...

Kuba i Buba oraz ich najbliżsi to bohaterowie książki "Bon czy ton. Savoir-vivre dla dzieci", której autorem jest Grzegorz Kasdepke. Większości rodziców dzieci w młodszym wieku szkolnym nie trzeba tego pana przedstawiać, natomiast dla tych którzy jeszcze go nie znają napiszę, że jest autorem wielu książek dla najmłodszych i laureatem kilku znaczących nagród literackich, a fragmenty jego utworów można znaleźć w podręcznikach przeznaczonych dla klas I-III. 

Książka ma formę leksykonu, więc od autografu poprzez m.in. drób, kłócenie się przy ludziach, paznokcie, sygnet, windę i zęby zmierzamy do żegnania się, po którym to pożegnaniu młody czytelnik powinien stać się osobnikiem niezwykle eleganckim i kulturalnym, przedmiotem zazdrości innych rodziców i naszym powodem do dumy.

Niestety jest to marzenie z gatunku utopijnych i nie ma co liczyć na to, że po jednym przeczytaniu książeczki dziecię nam się ucywilizuje (no chyba, że z natury jest spokojne - niestety mnie się trafił egzemplarz obdarzony szatańską wyobraźnią i wprost ułańską fantazją), więc lekturę pewnie będzie trzeba kilkakrotnie powtórzyć. I dobrze, bo dawno się tak dobrze nie bawiłam jak przy czytaniu tego dziełka.

Grzegorz Kasdepke oczarował mnie po raz kolejny (a i moje dziecko takoż) niesamowitym poczuciem humoru, fantazją i sprawnością językową. Niektóre tematy (jak np. wspomniany wyżej sygnet) były dla mojego dziecka zupełną nowością, ale większość sytuacji opisanych w książce Piotrek zna z autopsji, tak, że lektura przerywana była opowieściami na temat kolegów i koleżanek (o sobie młody nie wspominał, być może przez wrodzoną skromność). Od razu zaznaczam, że nie było to plotkowanie, o którym również można w książce przeczytać, a jedynie wyszukiwanie argumentów na poparcie trafności prezentowanej przez autora tezy ;)
W książeczce dostaje się również nam, dorosłym. Bo uderzmy się w piersi - zdarza się, że za coś strofujemy swoją pociechę, a sami również nie mamy w danym temacie czystego sumienia...

Integralną część książki stanowią ilustracje, których autorką jest Ewa Poklewska-Koziełło - ciekawe, śmieszne, stylizowane na dziecięce rysunki - moim zdaniem rewelacja.

"Bon czy ton" to książeczka, która powinna się znaleźć w biblioteczce każdej małej damy i każdego małego dżentelmena, jak również osób dopiero pretendujących do tych tytułów

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości


poniedziałek, 3 listopada 2014

Nie wszystek umrę...



W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy odeszli:


17.11 - Doris Lessing


17.04 - Gabriel Garcia Marquez


24.04 - Tadeusz Różewicz


6.05 - Farley Mowat


16.05 - Marek Nowakowski


13.07 - Nadine Gordimer


9.09 - Graham Joyce 


21.09 - Hanna Szymanderska


30.09 - Julian Kawalec


7.10 - Siegfried Lenz

piątek, 31 października 2014

WC na Dzikim Zachodzie

Każdy kto czytał najsłynniejszą powieść, która wyszła spod pióra Karola Maya, czyli "Winnetou" zna określenie "greenhorn" (czyli w dosłownym tłumaczeniu "zielony róg") używane przez mieszkańców Dzikiego Zachodu. Greenhorn to człowiek niedoświadczony, popełniający mnóstwo gaf i pomyłek, przedmiot kpin lepiej obeznanych z amerykańską rzeczywistością krajowców, a przy tym przekonany o tym, że to on jest w porządku a wszyscy wokoło stanowią odchylenie od normy.
"Winnetou" powstał ponad 100 lat temu i opisywanego w nim Dzikiego Zachodu już dawno nie ma, jednak wciąż istnieją tereny, gdzie ludzie żyją w niewielkich społecznościach, z daleka od wielkich aglomeracji, pośród bezkresnych równin pokrytych ubogą roślinnością, na której wypasają się stada należące do okolicznych ranczerów. I zdarza się, że do takiej społeczności zawita człowiek z zewnątrz, zafascynowany życiem na prerii, chociaż nie do końca mający o nim pojęcie - ot, taki typowy greenhorn...

Wojciech Cejrowski kojarzy nam się przede wszystkim z Ameryką Południową i dżunglą zamieszkałą przez plemiona nieskażone cywilizacją. Właściwie nie ma sie co dziwić - cykl programów telewizyjnych  i bardzo popularne książki opowiadające o jego przygodach w tamtych rejonach świata zrobiły swoje. Tymczasem popularny WC ma również inne, północnoamerykańskie oblicze, o którym opowiada w swojej najnowszej książce pt. "Wyspa na prerii".

Dawno temu, kiedy nikomu nie znany student Wojtek Cejrowski podróżował po Stanach Zjednoczonych, trafił na duże ranczo na pograniczu Arizony i Meksyku. Zakotwiczył tam na jakiś czas i w wyniku splotu pewnych okoliczności stał się właścicielem domu na prerii. Później wyjechał do Polski i dopiero po ponad dwudziestu latach wrócił do swojego amerykańskiego domu, który przez cały czas czekał na swojego egzotycznego (w rozumieniu prerii) właściciela. I tak doświadczony podróżnik, znawca kultur indiańskich i amator życia w dżunglii rozpoczął karierę miejscowego greenhorna. Bo pomimo całego swojego doświadczenia popełnił mnóstwo błędów, które stały się na wiele miesięcy tematem rozmów przy piwie w pobliskim miasteczku. Na szczęście WC ma duże poczucie humoru, które obejmuje również śmiech z samego siebie, więc dosyć szybko udało mu się zyskać sympatię miejscowych i stać się po pewnym czasie członkiem ich społeczności. O której to społeczności potrafi ciekawie opowiadać, co sprawia, że książkę czyta sie z prawdziwą przyjemnością.

Jest w tej książce coś co mnie jednak razi - otóż WC bezkrytycznie wielbi amerykańskie prawo, amerykańskie zwyczaje, amerykańskie markety i firmy czy amerykański system podatkowy. Owszem są rzeczy, których można im pozazdrościć - chociażby prawa do obrony swojej własności czy jakości obsługi klienta w Wolmarcie. Jednak np. łatwość w nabyciu broni budzi moje poważne wątpliwości, tym bardziej, że co jakiś czas media donoszą o masakrach, których sprawcą był szaleniec z automatem...

Kilka dni temu ktoś, widząc w moich rękach tę książkę, zapytał czy "Wyspa na prerii" jest taka dobra jak "Rio Anakonda". Szczerze mówiąc nie potrafię na tak postawione pytanie odpowiedzieć, bowiem tych książek nie da sie porównać. Z pewnością jest to książka ciekawie napisana, opatrzona licznymi fotografiami i pięknie wydana. Ale czy lepsza albo gorsza? Nie wiem. Jest po prostu inna.

Warto sięgnąć po "Wyspę na prerii" i przekonać się jak wygląda dzisiejszy Dziki Zachód, na którym konie zamieniono na samochody terenowe, gdzie przed każdym domem musi być trawnik, a dzieciaki do szkoły wozi żółty autobus. Bo pomimo pewnych zdobyczy cywilizacyjnych preria jest taka sama jak za czasów wspomnianego na początku Winnetou...

Za książkę dziękuję księgarni Gandalf.


niedziela, 26 października 2014

Jak było na Targach Książki? A różnie, baaardzo różnie...

XVIII Targi Książki w Krakowie jeszcze trwają przez kilka godzin, jednak chciałabym sie już teraz pokusić na pewne podsumowanie mojej na nich bytności. Niestety zdaję sobie sprawę, że ta relacja może mi narobić wrogów... 

Jako, że w ubiegłym roku, z przyczyn naukowych nie udało mi się w tym książkowym święcie uczestniczyć to tym bardziej cieszyłam sie na wczorajszy dzień. W piątek przygotowałam stosik książek do podpisu, dokładnie prześledziłam listę sobotnich spotkań na stoiskach i zamarkerowałam te, które mnie interesowały, załatwiłam opiekę dla mojego lekko podziębionego dziecka, nastawiłam budzik i... dotarło do mnie, że nie mam białej serwetki. Po co mi była serwetka na Targi? To za chwilę, na razie tylko napiszę, że ową serwetkę udostępniło mi moje kochane dziecko z własnego zestawu koszyczkowo-wielkanocnego ;)

10.00
Sobotni ranek wstał nad podziw pogodny, więc w całkiem miłym nastroju dotarłam do krakowskiego RDA (dla niewtajemniczonych - dworzec autobusowy) gdzie razem z Ojsajem mieliśmy witać pewnego ważnego GOŚCIA. A gości, szczególnie tych ważnych, jak się wita? No chlebem i solą oczywiście... Ojsaj, zapytany o powitalne akcesoria, z lekka spanikował, ale okazało się, że postąpił niezwykle rozważnie proponując mi wspólne witanie Gościa. Nie chwalący się (aczkolwiek chyba mi się jakieś niewielkie oklaski należą) byłam przygotowana na tę okoliczność - w mojej targowej torbie znalazły się: talerzyk, serwetka i "chlebo-sól" w wersji centusiowo-krakowskiej czyli obwarzanek z solą. Gość i współmałżonek gościa byli wzruszeni naszą gościnnością, albo przynajmniej po mistrzowsku udawali wzruszenie ;)

10.40
Udajemy się w kierunku Targów - niestety z przyczyn obiektywnych trzeba było autko zaparkować pod M1 (dla niekrakusów - taki duży market w pobliżu Targów), a następnie przespacerować się ok. 1,5 km do targowego obiektu. I tu moja pierwsza negatywna uwaga: rozumiem, że tego typu obiektu nie można umieścić w centrum miasta, szczególnie takiego jak Kraków, bo chyba tylko na Błoniach byłoby miejsce, ale jak sie już tworzy coś, co w założeniu ma pomieścić kilka tysięcy ludzi, to pasowałoby tym ludziom zapewnić jakiś dojazd (bo parking, nawet całkiem spory koło Targów jest). Tymczasem ulica Galicyjska to zwykła jednopasmówka, na której w przeciągu kilku minut robi się korek gigant... A do tego jeszcze trzeba pokonać ruchliwe skrzyżowanie - wczoraj światła były wyłączone, a ruchem kierowali policjanci. Z komunikacją miejską też jest problem, bo najbliższe przystanki znajdują się w odległości ok. 2 km od Targów. Na szczęście była ładna pogoda...


11.20
Przed wejściem kłębi się ogromna kolejka chętnych do kupowania, podziwiania, zbierania autografów i czego tam jeszcze. Na szczęście nie musieliśmy w tej kolejce stać (ja i Ojsaj z "akredytacją" blogerską, a nasi ważni goście z zaproszeniami) udaliśmy się do okienka dla gości branżowych i po pięciu minutach mogliśmy wejść na tereny targowe, gdzie rozdzieliliśmy się i każdy pobiegł w swoją stronę, umawiając się na spotkanie o 13.00. 
Przy wejściu na Targi poznałam Secrusa, współmotorniczego Tramwaju nr 4 i mogę zaświadczyć, że to nie żadne elektroniczne alter ego Ojsaja, ale byt jak najbardziej żywy i odrębny, oraz Kasię z Mojej Pasieki.


11.40
Ustawiam się w kolejce do Wojciecha Cejrowskiego (z nieodłącznym kubeczkiem z yerba mate, co do butów to nie wiem, bo lada stoiska była bardzo wysoka, a głupio było się przez nią przewieszać) i dosyć sprawnie udaje mi się zdobyć jego autograf na "Wyspie na prerii". Pan Wojtek z anielską cierpliwością fotografuje się z najmłodszymi fanami swojej osoby, podpisuje się nie tylko na książkach ale również w kajecikach (a ja gdzieś słyszałam, że odmawiał autografów w takiej formie) i generalnie jest bardo miły.


11.50
W stoisku Wydawnictwa Debit jest jeszcze pani Renata Piątkowska, która podpisuje dla mojego Piotrusia książkę "Najwierniejsi przyjaciele. Niezwykłe psie historie". Przy okazji dowiaduję, się, że autorka napisała również książkę z kocimi przygodami. Już wiem, co Piotrek dostanie w najbliższym czasie :)


12.00
W Literaturze rozgościł się jeden z najwyższych (o ile nie najwyższy) polskich pisarzy - Paweł Beręsewicz. Należący do Piotrka egzemplarz książki "Warszawa. Spacery z Ciumkami" wzbogaca się o autograf, natomiast ja wyrażam żal, że Kraków nie ma szczęścia mieć podobnego przewodnika napisanego z myślą o dzieciach. Pan Paweł, z przyczyn obiektywnych, niestety nie podejmie się napisania takiego dziełka.

12.05
W Gandalfie powinni już być Maria Ulatowska i Jacek Skowroński, współautorzy książki "Autorka" (nabywam ją drogą kupna), jednak jak na razie ich nie widać. Aby nie stać bezczynnie i blokować wąskiego przejścia udaję się do Empiku, gdzie za chwilę rozpocznie się spotkanie z Zygmuntem Miłoszewskim. Spotykam Jarka Czechowicza z "Krytycznym okiem" oraz poznaję Anię z "Pisaninki".


12.07
Poszukuję na empikowych półkach "Gniewu" Miłoszewskiego, bo obiecałam takowy kupić koleżance i nijak znaleźć nie mogę. Ki diabeł? Robią spotkanie, a książki nie mają? Pytam pana przy kasie - z udręczoną miną wskazuje mi regał stojący "po skosie" założony po sufit egzemplarzami interesującej mnie książki... Chyba już jestem zmęczona. Nie tylko ja - terminal płatniczy na Empiku zakończył żywot - chwała Bogu, mam żywą gotówkę...
Słyszę jak pan Miłoszewski uroczyście ogłasza, że zakończył pisanie kryminałów tudzież książek sensacyjnych, natomiast rozpoczyna tworzenie łzawych romansów - słuchacze zamierają w niemej rozpaczy, a kto jeszcze nie ma, rzuca się do kasy zakupić egzemplarz "Gniewu" po prawie 34 zeta (jeśli to cena promocyjna, to w takim razie ile ta książka kosztuje normalnie?). Pan Zygmunt dodaje jeszcze litościwie, że ponieważ zakończenie "Gniewu" jest takie nie do końca zamknięte, to pracuje nad opowiadaniem, które w okolicy stycznia powinno ukazać się w sieci i definitywnie zamknąć historię o prokuratorze Szackim.


12.20
Zygmunt Miłoszewski rozpoczyna podpisywanie książek, kolejka jest opętana, więc stanie w niej jest w tej chwili trochę bez sensu. Biegnę do Gandalfa, gdzie w dalszym ciągu nie ma duetu Ulatowska-Skowroński, a następnie do Naszej Księgarni, gdzie z kolei urzęduje Grzegorz Kasdepke. Tu kolejka również jest potężna, ale w jej początkowym segmencie dostrzegam Sardegnę i Pisaninkę, a za chwilę materializuje się przy nas Ania z "Myśli i słowa wiatrem niesione". Przyklejam sie do nich i kolejna książka podpisana - tym razem"Bon czy ton. Savoire-vivre dla dzieci". Przy okazji naocznie przekonuję się, że mąż na Targach to samo dobro, a w każdym razie egzemplarz należący do Sardegny taki jest - nosi plecak pełen książek, cierpliwie czeka, aż Zuzia pobajczy z rozmaitymi "krewnymi i znajomymi królika" i jeszcze robi za serwis fotograficzny.

12.30
W Gandalfie nadal pusto, ustawiam się w kolejce do Miłoszewskiego, która nawet dosyć sprawnie się posuwa. W oko wpada mi pani stojąca kilka osób za mną - jakby znajoma. Nie zaczepiam jej jednak, bo głupio by było gdybym się pomyliła i nagabywała bogu ducha winną wielbicielkę kryminałów...

12.50
Idę do sali Wiedeń, gdzie ma się odbyć spotkanie blogerów - na drzwiach kartka, że wejście z drugiej strony... A gdzie ta druga strona, no gdzie? Spotykam Soulmate z koleżankami, razem już szukamy tej drugiej strony. Udało się - przy drzwiach pani sprawdza czy jestem na liście, dostaję torbę z jakimiś gadżetami i mogę wejść. Sala jest prawie pełna...

13.00
Ktoś woła: "Ania, chodź, zajęłam ci miejsce!" - to Marta z bloga "Do ostatniej pestki trzeba mocno żyć". Pomimo kilkuletniej już znajomości po raz pierwszy widzimy sie na żywo - bardzo miłe to spotkanie. Równie miło jest poznać Agnieszkę z "Dowolnika" - Ślascy Blogerzy Książkowi przybyli zresztą w dosyć pokaźnej liczbie :) Poznałam również Ejotka ( Ejotkowe postrzeganie świata) - okazuje się, że świat jest bardzo mały, a ejotkowy mąż pochodzi z sąsiedniej gminy:) Dostrzegam panią na którą zwróciłam uwagę przy Miłoszewskim - teraz o pomyłce nie może być mowy - to Magda z bloga Zapiski w wolnych chwilach  Wszyscy (a właściwiej byłoby powiedzieć wszystkie) rozglądamy się za Ojsajem, który obiecywał oddać koronę nowej Miss, czyli zwycięzcy tegorocznej Ebuki. Niestety nie ma go :(

13.10
Z pewnym poślizgiem rozpoczyna się blogerskie spotkanie - pan prowadzący (chyba z portalu Granice) dwoi sie i troi, ale widać, że nie do końca wie co ma robić. Przystępuje do ogłoszenia wyników konkursu "Ebuka 2014" - żadnego z wyróżnionych nie ma na sali (nie wiem czy ich wcale w Krakowie nie było, czy tylko nie dotarli na spotkanie), Pisaninka, której blog został nagrodzony przez czytelników zjawia się mocno spóźniona (jak się okazuje wezwana SMS-em przez koleżankę) i, pomimo że laureatka, musi zająć miejsce na podłodze pod ścianą... Przy okazji - nie było jak zrobić tego na żywo, więc z tego miejsca serdecznie Ci Aniu gratuluję :)
Zostają również ogłoszone wyniki konkursu literackiego organizowanego przez DużeKa (chyba) i oczywiście też nie ma na sali ani jednego z laureatów...
Na sali jest przedstawicielka niewielkiego wydawnictwa (niestety nie przyszło mi do głowy zapisać nazwy), która wyraża ubolewanie, że blogerzy piszą tylko o książkach dużyuch i popularnych wydawnictw, a wydawnictwa mniejsze, niszowe, pomimo wydawania dobrych tytułów, nie mają szansy sie przebić do ogólnej świadomości.

13.20
Coraz bardziej widać, że spotkanie jest całkowitą improwizacją. Prowadzący proponuje, żeby obecni na sali przedstawili się (trochę to karkołomne przy ponad setce ludzi, ale trzeba jakoś czas zająć...) Już wiem jak wyglądają Szyszka i Miranda z "Kawy z cynamonem". Po czwartym rzędzie przedstawianie sie zostaje przerwane, a za stołem na podwyższeniu pojawiają się pisarze: pani Ewa Bauer i pan Krzysztof Spadło. Niestety na nich też nie ma za bardzo pomysłu - prowadzący pyta ich czy czytają blogi, czy się nimi interesują i tyle.

13.30
Pojawia się młoda osoba (ani chybi blogerka), która postanawia ożywić dyskusję i robi to w najgorszy możliwie sposób... Jeszcze raz usłyszę o statystykach, wejściach na bloga i tym podobnych pierdołach to chyba zacznę gryźć... A dziewczyna jeszcze stwierdza, że blog, na którym są tylko recenzje to już całkiem nie ma oglądalności, a jej sie słupki podniosły jak zaczęła na nim publikować teksty o czym innym (aczkolwiek też o kulturze) i o kocie, czy innej śwince morskiej (No dobra, nie tymi słowy, ale sens taki miało), więc jej blog nie jest książkowy, tylko popkulturalny. Oczywiście odezwało się grono fanek i przyjaciółek blogerki, popierające jej wypowiedź. Na szczęście nie wszyscy myślą tak samo i równie (a może nawet bardziej) gromki brawa dostała osoba (z której występieniem również i ja się utożsamiam) pytająca czy w blogowaniu o książkach rzeczywiście liczą sie tylko słupki? Tym bardziej, że ponoć wszyscy jesteśmy zapaleńcami  i bez literatury nie ma dla nas życia...
Dyskusję podsumowała Szyszka, że osiągnięcie wysokich statystyk to kwestia kilku prostych sztuczek i jak kto ciekawy to ona może je zdradzić. Ja od siebie dodam, że często wystarczy dobry tytuł, czego przykładem mój tekst o "Dzieciach z Bullerbyn" - patologia w tytule posta przyciągnęła taką masę czytelników, że ho,ho ;)

13.45
Już myślałam, że padnie haslo do użalania sie jak to te wstrętne wydawnictwa nas wykorzystują i nie płacą, ale nie. W tym punkcie programu doszło do... no trudno, nie potrafię tego inaczej określić, całkiem nieprofesjonalnego zachowania pań z wydawnicta, które wdały się w pyskówkę... Na szczęście tym razem pan prowadzący wykazał sie refleksem i elegancko zakończył starcie ;)
Na koniec Agnieszka (Dowolnik) zaprosiła wszystkich na katowickie targi, które odbędą się pod koniec listopada, obiecując spotkanie organizowane przez ŚBK (w domyśle profesjonalnie przygotowane).
Jeszcze tylko pamiątkowa fotka z dziewczynami ze Śląska i mogłam opuścić salę Wiedeń A.

13.50
Dobiegam do Znaku, gdzie podpisywał książki Marcin Ciszewski - właściwie już skończył, ale miła pani z wydawnictwa zauważyła zdyszaną sierotę z książką w objęciach, wskazała ją pisarzowi a ten złożył podpis na swoim najnowszym dziele czyli na "Szakalu" (Tak przy okazji to książkę dostałam w piątek po południu - mam szczęście co nie?)
Z tego Znaku to ledwie żywa wyszłam, bo ktoś nie pomyślał i naprzeciwko siebie ulokował dwa duże wydawnictwa, mianowicie Znak i Literackie. W jednym z nich podpisywać miał książki Janusz L. Wiśniewski, a w drugim kończyło się spotkanie z Katarzyną Grocholą, a w kolejce już czekał Szczepan Twardoch... Masakra...

14.00
Idę do DużegoKa, gdzie ma być pani Renata Kosin. Jest! Towarzystwa dotrzymuje jej pani Ewa Bauer, a z portalu nikogo... Nie wiem, może się czepiam, ale wydaje mi się, że jakiś "gospodarz" winien tam być, choćby po to, aby w wypadku braku fanów (tu na szczęście tak nie było) biedny autor nie siedział sam jak kołek w płocie. (Tu dygresja - niespecjalnie przeze mnie lubiane wydawnictwo Novae Res swoimi autorami zajmowało się profesjonalnie, przechodziłam koło nich kilkakrotnie i jeśli nie było chętnych do podpisów to zawsze któraś z pań ze stoiska zabawiała rozmową zaproszonych pisarzy).

14.20
Zaglądam do Gandalfa - pan Jacek i pani Maria byli o czym świadczą podpisy na plakacie, ale już się zbyli. Jestem trochę zła, bo nie musiałam tej "Autorki" kupować tutaj i nosić pół dnia w torebce (która i bez tego ciężka była okrutnie).


14.30
Docieram do Czarnej Owcy, gdzie już jest (a więc sporo przed czasem) Vincent V. Severski. Właściwie to nie planowałam zakupów, ale pierwszą część jego trylogii miałam już skądś od dawna, trzecią wygrałam w konkursie na fb i brakowało mi tylko środka. A, że promocja była całkiem spora, więc się skusiłam i tak oto mam podpisanych "Niewiernych" :)
Udaje mi się jeszcze zrobić zdjęcie pisarza i aparat definitywnie pada. Jakaś sierota zapomniała podładować baterie. Ciekawe kto to był?

14.50
Przemieszczam się ponownie w stronę DużegoKa, gdzie ma gościć Marta Kisiel. Po drodze zaglądam do Platona, gdzie, również przed czasem, są już Jerzy Fedorowicz i Jarek Szubrycht, autorzy książki "Lodołamacz Fedor", czyli wywiadu rzeki, jaki pan Jerzy udzielił panu Jarkowi. Przy okazji podpisywania popełniam potężny nietakt, beztrosko ogłaszając, że książkę nabyłam nie ze względu na pana Fedorowicza (było nie było głównego bohatera) ale na okoliczność pana Szubrychta. Pan Jarek jest widocznie skonsternowany tym wybuchem uczuć u nieznanej sobie pani w wieku... (no powiedzmy zmierzającym szybko w stronę średniego) a do mnie dociera dwuznaczność mojej wypowiedzi. Szybciutko dodaję, że bardzo jestem ciekawa jakim dziennikarzem jest mąż mojej byłej uczennicy - to akurat najprawdziwsza prawda, uczyłam panią Szubrychtową w VIII klasie (matematyki...).

15.10
DużeKa - Marta Kisiel, którą witałam na Dworcu, z którą miałam przyjemność jechać na Targi i stać w kolejce do szatni podpisuje swoje książki (wiem, bezczelnie pławię się w jej blasku). Wokół niej całkiem spore kółko fanów domagających się nowych książek, niektórzy posunęli się nawet do ciasteczkowego przekupstwa. Autorka oczywiście obiecuje nowy utwór, ale za nic nie chce zdradzić kiedy to będzie...

15.30
Idę już w kierunku wyjścia, ale w kawiarence widzę Magdę (Zapiski) siedzącą z, jak się później okazało, Olą z "Książek Oli". Dociera do mnie, że muszę sie napić kawy, bo padnę. Rozmawiamy sobie na przeróżne okołoksiążkowe tematy i mam taką myśl, że tak właśnie powinno wyglądać blogerskie spotkanie - bez odgórnej moderacji, za to pozwalające poznać, przynajmniej trochę, innych zapaleńców. Same nie wiemy jak mija prawie godzina na rozmowie - dzięki dziewczyny :)

16.20
Planujemy z Olą powrót Expobusem - na szczęście jesteśmy na tyle wcześnie, że udaje nam sie bez problemu wsiąść. Niestety nie wszyscy mają tyle szczęścia, autobus nie jest z gumy, więc część osób zostaje na przystanku...

17.00
Oczywiście byłoby nieważne - musiałam zabłądzić... w Galerii Krakowskiej. Przeciągnęłam biedną Olę w tę i z powrotem po budynku. A wystarczyło od razu zejść na niższy poziom, gdzie bez problemu wiedziałabym w której części jestem. 

17.20
Ufff... Zdążyłam w ostatniej chwili na bus do domu. Tegoroczne targi uważam za odbyte...

Podsumowując: Targi, chociaż w nowym budynku, dalej są zatłoczone, duszne i gorące. Na szczęście poprawiła się sytuacja, jeśli chodzi o szatnie, toalety, kawiarnie. Na górze jest restauracja, ale jej nie zwiedzałam, więc nie mam na jej temat zdania. 

Organizacyjnie, hmm... Dobrze, że miałam mapkę i rozpisane numery stoisk, bo ciężko by było gdziekolwiek trafić. Szkoda, że organizatorzy nie pomyśleli o umieszczeniu takich informacji w kilku miejscach na sali.
O rozmieszczeniu, trochę bezsensownym, poszczególnych stoisk już pisałam wyżej.

Komunikacyjnie - też nie za bardzo jest za co chwalić.

Oferta - niektóre wydawnictwa się postarały (chociażby Czarna Owca, bo 30% rabatu to bardzo miła wiadomość), inne niekoniecznie... Ale sobie chociaż pooglądałam różnych cudeniek, szczególnie w sektorze książek dla dzieci :)

Spotkanie blogerów - z bólem serca, ale muszę to powiedzieć: porażka. Nie można organizować imprezy nie mając na nią żadnego planu. I nikogo nie usprawiedliwia nieobecność szanownego RedNacza z DużegoKa: wiadomo o niej było już kilka dni temu, to nie wyskoczyło w ostatniej chwili...
Miejmy nadzieję, że w przyszłym roku będzie lepiej :) A już szczytem marzeń byłyby jakieś identyfikatory z imieniem i nazwą bloga (takie mieli ŚBK).

Bardzo mi przykro, że nie dałam rady być na sptkaniu organizowanym przez Kaś - niestety mieszkam za daleko od Krakowa, żeby planować późniejszy powrót, a za blisko, żeby kombinować z hotelem...

Kiedy zaczynałam ten wpis Targi jeszcze trwały. Teraz już się definitywnie skończyły. 
Pomimo pewnych niedogodności już planuję obecność na następnych :)