Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Literackie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 września 2018

Życie na wawelskim wzgórzu

Wiele małych dziewczynek zapytanych o to kim chciałyby być odpowiada, że królewną lub księżniczką. Nie ma się czemu dziwić - baśnie i bajki znane z dzieciństwa przedstawiają nam te dziewczęta jako pozbawione trosk istoty, zajmujące się najczęściej nicnierobieniem i marzące o pięknym księciu (i najczęściej go dostające). Nawet jeśli którąś z nich spotyka jakieś nieszczęście to szybko zjawia się dobra wróżka i dotknięciem czarodziejskiej różdżki odmienia ich los na lepsze, aby mogły żyć długo i szczęśliwie.
A nawet pomijając baśniowe opowieści - w mediach mamy całe mnóstwo współczesnych koronowanych głów (ze wskazaniem na brytyjską rodzinę panującą) przedstawianych w czasie oficjalnych wystąpień, w pięknych kreacjach i biżuterii, z radosnym uśmiechem na twarzy (nic to, że jakże często sztucznym i wymuszonym). Przez wiele lat nikt nie ośmielił się zajrzeć za oficjalną fasadę, dopiero ostatnie kilkanaście lat, głównie za sprawą księżnej Diany, pokazało, że życie księżniczek czy królewien wcale nie jest usłane różami. 
Tak więc współczesne królewny wcale nie mają lekko, cóż więc powiedzieć o tych żyjących kilka wieków temu?

Anna Brzezińska szerokiej publiczności znana przede wszystkim ze swoich utworów fantastycznych postanowiła tym razem zająć się tematyką historyczno obyczajową i tak powstało monumentalne (ponad 800 stron) dzieło pt. "Córki Wawelu. Opowieść o jagiellońskich królewnach". 
Głównymi bohaterkami książki są trzy córki króla Zygmunta Starego i królowej Bony - mądra i roztropna Zofia, uparta i religijna Anna, wrażliwa i piękna Katarzyna oraz Dosia, ich karlica (postać autentyczna, wymieniana w wielu pismach z epoki). Oczywiście w tekście pojawia się starsze rodzeństwo królewien - brat Zygmunt August oraz dwie siostry: rodzona Izabela oraz przyrodnia Jadwiga (jej matką była pierwsza żona Zygmunta Starego Barbara Zapolya). Ale bohaterek jest znacznie więcej, bowiem książka Anny Brzezińskiej przez pryzmat losów królewien opowiada o życiu kobiet w okresie renesansu.
Renesans przedstawiany jest jako epoka postępu i rozwoju, tworzenia się nowych prądów umysłowych i religijnych, czas zmian gospodarczych oraz społecznych. To również czas w którym zmienia się postrzeganie roli człowieka we wszechświecie. Niestety w rozumieniu renesansu (i kilku kolejnych epok) człowiek to mężczyzna. Kobieta, chociażby nie wiadomo jak bystra, inteligentna i wykształcona miała bardzo niewielkie pole manewru - miała się modlić, zajmować domem i rodzić dzieci. Na większą swobodę pozwalało jej bogactwo, ale i ono nie dawało pełnej wolności. Kobiety były ograniczone wieloma normami moralnymi, a im wyższa była ich pozycja tym więcej oczu je obserwowało i oceniało. 
Tak więc losy jagiellońskich królewien wcale nie były bajkowe. Stale pod obserwacją, zależne najpierw od ojca, później od matki, wreszcie niechętnego im brata, nie posiadające właściwie żadnego majątku, będące przedmiotem dyplomatycznych targów, z kamienną twarzą znoszące upokorzenia - Zofia, Anna i Katarzyna byłyby chyba o wiele szczęśliwsze gdyby urodziły się w mniej znaczącej rodzinie.

"Córki Wawelu" to połączenie beletrystyki z literaturą popularnonaukową. Dzieje najmłodszych Jagiellonek obserwujemy oczami ich karlicy. Dosia jest z nimi w czasie dziecięcych lat na Wawelu, późniejszym warszawskim odosobnieniu, wyrusza z Katarzyną do Szwecji, a po jej śmierci wraca do Jazdowa, gdzie towarzyszy w ostatnich latach królowej wdowie Annie.
Autorka kreśli przy okazji bardzo bogate tło obyczajowe i historyczne, tak że nawet osoba nie do końca orientująca się w zawiłościach rodzinnych Jagiellonów bez problemu będzie wiedziała kto, z kim i dlaczego.

Nie ukrywam, że część czytelników może przerazić objętość książki, ale zaręczam, że jak już zaczniecie czytać to nie oderwiecie się od lektury.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Królewna i jej niania w odmętach wielkiej polityki

Bycie królewską córką nie zawsze gwarantuje szczęśliwe i spokojne dzieciństwo. Na własnej skórze przekonała się o tym Katarzyna de Valois - bohaterka książki Joanny Hickson pt. "Oblubienica z Azincourt.

Katarzyna przyszła na świat 27 października 1401 jako dziesiąte z kolei dziecko francuskiego króla Karola VI Szalonego i jego żony Izabeli Bawarskiej. Jej dzieciństwo nie należało do najszczęśliwszych - ojciec był już człowiekiem bardzo chorym, natomiast matka, zajęta rządami w jego imieniu oraz snuciem intryg nie miała czasu dla swojego potomstwa. Sytuacja Katarzyny (jak i jej rodzeństwa) pogorszyła się jeszcze bardziej w czasie walki o wpływy pomiędzy diukiem Burgundii Janem bez Trwogi a bratem króla Ludwikiem Orleańskim. Królewskie dzieci były dla obu stron niezwykle cenną zdobyczą, bowiem dzięki małżeństwu z nimi można było wejść do rodziny królewskiej - tak zresztą zrobił Jan bez Trwogi, żeniąc swojego syna z królewną Michaliną, natomiast królewiczów Jana i Ludwika związał odpowiednio ze swoją córką i siostrzenicą.
Katarzynie była jednak pisana inna przyszłość - 25 października 2015 roku, dwa dni przed jej czternastymi urodzinami miała miejsce jedna z najkrwawszych bitew średniowiecza - starcie wojsk francuskich i angielskich pod Azincourt. Francuzi ponieśli tam druzgocącą klęskę, natomiast najmłodsza (i jedyna niezamężna) królewska córka stała się ważną kartą przetargową w negocjacjach pokojowych, wtedy bowiem pojawił się projekt zeswatania Katarzyny z angielskim władcą Henrykiem V Lancasterem. Na ślub trzeba było jednak poczekać jeszcze pięć lat, bowiem sytuacja polityczna zmieniała się jak w kalejdoskopie, a wraz z nią losy królewskiego mariażu. Dopiero 2 czerwca 1420 roku Katarzyna i Henryk zostali małżeństwem.

Akcja powieści obejmuje życie Katarzyny od chwili narodzin aż do lutego 1421 roku, kiedy to opuszcza Francję i udaje się do swojej nowej ojczyzny.
Narratorką a zarazem drugą równoprawną bohaterką książki jest Guillaumette Lanier - początkowo mamka, później niańka a wreszcie dama dworu Katarzyny, która spisuje swoje wspomnienia po śmierci ukochanej władczyni. 

Mette trafia do królewskiego pałacu w wieku 15 lat i z niewielkimi przerwami trwa przy królewnie przez kolejne dziewiętnaście, a następnie wyrusza z nią również do Anglii. To ona opowiada o ciężkim dzieciństwie Katarzyny, to ona z czasem staje się najbliższą i najbardziej zaufaną osobą dla nastolatki i młodej kobiety.
Katarzyna jest dla Mette najważniejsza, ale kobieta ma również swoje życie osobiste - męża i dwójkę dzieci. To dzięki temu poznać możemy również warunki życia mniej uprzywilejowanych warstw społeczeństwa francuskiego - chociaż mam wrażenie, że dzieci Mette miały o wiele szczęśliwsze dzieciństwo niż królewska córka...
Katarzyna i Mette są świadkami wielu ważnych wydarzeń z okresu wojny stuletniej oraz wewnętrznych starć pomiędzy zwalczającymi się wielmożami, w książce jest mnóstwo polityki, ale... jak to się czyta! 

Joanna Hickson stworzyła opowieść ściśle opartą na faktach historycznych. Rzadko się zdarza, aby historyczna książka trzymała się faktów a równocześnie była tak ciekawa i wciągająca. Niestety ma ona jedną ogromną wadę - kończy się niejako w połowie... Jest to spowodowane tym, że autorka napisała drugą część pt. "Oblubienica Tudorów", która to książka opowiada o życiu Katarzyny w Anglii - niestety nie wiedzieć czemu Wydawnictwo Literackie, pomimo zapowiedzi, nie wydało tej książki. Wiem oczywiście jak potoczą się dalsze losy Katarzyny, jej męża i francuskiej rodziny, ale chętnie bym je poznała w wykonaniu Joanny Hickson.
Szkoda, wielka szkoda...

poniedziałek, 6 lipca 2015

Godnie nosić znane nazwisko

Simona Kossak miała być chłopcem i (po pradziadku Juliuszu, dziadku Wojciechu i ojcu Jerzym) czwartym malarzem w rodzinie. Niestety, urodziła się dziewczynka (jak głosi rodzinna legenda, na wieść, że zamiast upragnionego syna urodziła się trzecia córka Jerzy Kossak miał strzelić do wiszącego na ścianie ryngrafu z Matką Boską) i jak się wkrótce okazało zupełnie pozbawiona talentu plastycznego. Jeśli nie malarka to może, biorąc przykład z trzech słynnych ciotek (Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Magdalena Samozwaniec, Zofia Kossak-Szczucka), pisarka? Niestety, Simona w latach szkolnych nie objawiała również talentu literackiego. Prawdę mówiąc nie objawiała żadnych ponadprzeciętnych zdolności...

Po maturze panna Kossak nadal nie bardzo wiedziała co zrobić ze swoim życiem - próbowała swych sił na egzaminie do Szkoły Teatralnej, zdawała na historię sztuki, dostała się na polonistykę, ale po pierwszym semestrze zrezygnowała i poszła do pracy w Instytucie Zootechniki w podkrakowskich Balicach. I ta decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę. Simona podjęła studia w Instytucie Biologii UJ, a jako specjalizację wybrała sobie psychologię zwierząt. Po ukończeniu studiów szukała pracy w jakimś odludnym miejscu, marzyły jej się Tatry lub Bieszczady, ale los rzucił ją na drugi koniec Polski, do Białowieży. Plan był taki, że popracuje tam jakiś czas, a kiedy znajdzie się miejsce w ukochanych górach, to wtedy przeniesie się na południe. los miał jednak swoje plany co do Simony - Białowieża stała się jej domem na resztę życia...

Anna Kamińska, autorka biografii Simony Kossak jest dziennikarką i wydawcą telewizyjnym, napisała też dwie książki: "Odnalezieni. Prawdziwe historie adoptowanych" oraz "Miastowi. Slow food i aronia losu". Materiały do swojej najnowszej pracy pt. "Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak" zbierała przez kilka lat. Przejrzała wiele dokumentów, wywiadów i publikacji naukowych, zapoznała się z dosyć bogatym materiałem radiowym (uczona przez kilka lat miała swoją codzienną audycje w Radio Białystok), jednak najważniejszą część jej pracy stanowiły rozmowy z ludźmi znającymi zmarłą w 2007 profesor Simonę Kossak.

Z tych rozmów wyłania się obraz kobiety, która całe życie walczyła - najpierw o akceptację swojej osoby, później o spełnienie życiowych planów, wreszcie (i to była jej najważniejsza batalia) o dobro Puszczy Białowieskiej i zamieszkujących ją zwierząt. Pani Kossak nie była jakimś zwariowanym ekologiem, rozumiała konieczność prowadzenia planowej gospodarki leśnej, jednak jeśli uważała, że puszczy lub jej mieszkańcom dzieje się krzywda była nieprzejednana. W kąt szły więzi przyjaźni, potrafiła zaryzykować swoją karierę naukową, a nawet w ekstremalnych przypadkach własne bezpieczeństwo - przyroda była najważniejsza. Co ważne, Simona Kossak nie chroniła przyrody zza biurka. Owszem, pracowała w Instytucie Badań Leśnych, jednak punktem centralnym jej egzystencji była leśniczówka "Dziedzinka". Był to drewniany budynek w środku lasu, bez prądu i bieżącej wody, w którym oprócz gospodyni mieszkały przeróżne zwierzęta - właściwie można powiedzieć, że to Simona mieszkała kątem u swoich zwierzaków.

Książka Anny Kamińskiej podzielona jest na dwie części noszące tytuł "Kraków" i "Białowieża". Autorka starała się o zachowanie chronologii w swojej pracy - zdarzają się co prawda jakieś dygresje, jednak opowieść mocno trzyma się ram czasowych.
Ponieważ Simona Kossak była naukowcem, czytelnik znajdzie w tej książce sporo informacji na temat jej badań - jednak "Simona" to przede wszystkim biografia nietuzinkowej kobiety. Anna Kamińska stara się odtworzyć klimat "Dziedzinki", opisać codzienność jej mieszkańców (leśniczówka miała jeszcze jednego stałego lokatora - Lecha Wilczka, znanego fotografika, autora licznych albumów ze zdjęciami zwierząt), ich pasje, radości i smutki. Trzeba przyznać, że autorka ma wyjątkowy talent gawędziarski, książka wręcz sama się czyta, w tekście jest sporo anegdot, są też fragmenty budzące wzruszenie, a wszystko to napisane piękna, poprawną polszczyzną. Tekst ilustrowany jest pięknymi zdjęciami, które pokazują (oczywiście oprócz głównej bohaterki) piękno białowieskiej przyrody, o którą tak zapamiętale walczyła Simona Kossak.

Serdecznie zachęcam do zapoznania się z tą książką - moim zdaniem to wymarzona letnia lektura.



sobota, 28 lutego 2015

Jedna z ostatnich prawdziwych gwiazd światowego kina

20 września 1934 roku na oddziale dla niezamężnych matek jednego z rzymskich szpitali przyszła na świat dziewczynka. Jej rodzice nigdy nie zalegalizowali swojego związku, aczkolwiek tato, pod presją niedoszłej teściowej, dał dziecku swoje nazwisko. Mała Sofia Scicolone nie miała łatwego dzieciństwa - wychowywała się u dziadków w niewielkim mieście koło Neapolu, w domu było bardzo biednie a i piętno nieślubnego dziecka też nie ułatwiało życia. Kiedy Sofia miała 6 lat wybuchła wojna i sytuacja jeszcze się pogorszyła - kolejne lata to okres głodu i strachu o życie swoje i najbliższych. Kiedy wreszcie skończyła się wojna matka Sofii postanowiła zrealizować poprzez córkę swoje młodzieńcze marzenia o sławie i zgłosiła siedemnastolatkę do odbywającego się w Neapolu konkursu piękności, a później wyjechała z nią do Rzymu, gdzie obydwie starały się statystować przy kręconych tam filmach. Jednym z pierwszych filmów w których wystąpiła panna Scicolone była amerykańska superprodukcja "Qvo vadis" - nikt, nawet sama zainteresowana, nie zdawał sobie sprawy, że tak oto rozpoczyna się oszałamiająca kariera jednej z największych gwiazd światowego kina...

Sofia Scicolone bardziej znana jako Sophia Loren to wybitna aktorka, dwukrotna zdobywczyni Oscara, laureatka wielu innych filmowych nagród. O życiu i pracy aktorki rozpisywała się światowa prasa, powstało całe mnóstwo wywiadów, artykułów i opracowań, włoska telewizja nakręciła również kilkanaście lat temu film biograficzny, natomiast w ubiegłym roku światło dzienne ujrzała autobiografia artystki pt. "Wczoraj, dziś, jutro. Moje życie".

Sofia Loren przedstawiła w tej książce dzieje swojej artystycznej kariery, ale równocześnie starała się pokazać swoje drugie, prywatne oblicze: córki, żony, matki i babci. Pomimo sławy i bycia na tzw. świeczniku zawsze starała się prowadzić w miarę normalne życie, mieć przy sobie najbliższych, spotykać się z przyjaciółmi czy przygotowywać domowe obiady. Jej dom był zawsze otwarty dla przyjaciół, a gdy zachodziła taka potrzeba Sophia potrafiła rzucić wszystko i biec z pomocą i wsparciem.
Wydawać by się mogło, że życie gwiazdy to niekończące się pasmo szczęścia. Cóż, o ile z zawodowego punktu widzenia Sophia Loren była prawdziwą szczęściarą (miała ogromnego farta tak do reżyserów jak i filmowych partnerów) o tyle w życiu prywatnym już tak kolorowo nie było. Przez wiele lat związana z producentem Carlo Pontim nie mogła zalegalizować tego związku, bowiem prawo włoskie nie dopuszczało wówczas możliwości rozwodu - dopiero kiedy obydwoje zrezygnowali z włoskiego obywatelstwa i przenieśli się do Francji mogli wreszcie wziąć ślub, jednak przez długi czas nie mogli legalnie wrócić do ojczyzny. W swojej książce Sophia opisuje również inne potyczki z włoskim wymiarem sprawiedliwości i swój pobyt w więzieniu w związku ze sprawami podatkowymi, zamach (na szczęście nieudany) na jej męża czy problemy zdrowotne.
Z ogromną miłością aktorka wypowiada się o swoich dziadkach, mamie, siostrze, dzieciach i wnukach - widać, że rodzina jest dla niej dobrem nadrzędnym i gdyby w przeszłości przyszło jej wybierać pomiędzy karierą a rodziną, to kino poniosłoby dużą stratę...

Sophia Loren to prawdziwa Włoszka z południa - w jej książce widać emocje, ekspresyjną naturę i pasję życia. Przytacza wiele anegdot na swój temat (co ważne potrafi podejść z humorem do własnej osoby), wspomina spotkania z wybitnymi postaciami świata kultury i sztuki, opowiada o ciężkiej pracy przy realizacji jej kinowych przebojów ale również o zabawnych chwilach po zakończeniu zdjęć. Książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością - to zasługa ciekawego tematu, ale również stylu i języka autorki. Po przeczytaniu zaledwie kilku akapitów nie byłam w stanie oderwać się od opowieści artystki.
W książce znajdzie również czytelnik bogaty materiał fotograficzny - są to fotosy z filmów ale również prywatne zdjęcia artystki i jej bliskich, które w doskonały sposób dopełniają tekst wspomnień. Widać na nich jak z brzydkiego kaczątka wyrasta piękna kobieta, jak ewoluuje (w zależności od mody) i dojrzewa jej uroda.
Sophia Loren skończyła kilka miesięcy temu 80 lat, ale w dalszym ciągu jest czynna zawodowo. Spełnia się również jako babcia czwórki wnucząt i po lekturze tej autobiografii odniosłam wrażenie, że swoją książkę napisała głównie z myślą o nich. A my możemy się z nią zapoznać tak  trochę przy okazji...

I uważam, że warto z tej okazji skorzystać.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Wakacyjne czytanie

Na początku przypominam o konkursie - jeszcze jest kilka chwil na zgłoszenie :)

Połowa wakacji już za nami... A wydaje się jaky dopiero wczoraj moje dziecko wróciło z ostatniej lekcji w klasie drugiej i z dziką radością rzuciło plecakiem w kąt (ani plecak, ani piórnik nie wytrzymały kontaktu z podłogą i następną godzinę Młody spędził na wyciąganiu kredek i innych sprzętów spod łóżka). Tymczasem w piątek udaliśmy się na pierwsze z serii szkolnych zakupów przeznaczonych dla trzecioklasisty. Bo teraz to już z górki będzie...
Gdyby podsumować ten miesiąc czytelniczo, to całkiem nieźle było - przeczytałam 11 książek, o czterech już pisałam, o trzech pisać nie będę, bo to jednolite odmóżdżacze były i romansidła skończone (zdarzają mi się takie, ale im reklamy robić nie będę), o jednej kiedy indziej (to dzieciowe dobranocne czytanie) a tu kilka słów o pozostałych czterech. Niestety post zbiorowy, bo ostatnimi czasy internet mi wariował i bywał w godzinach dopołudniowych, a wieczorem już nie...
Ale do rzeczy.

Katarzyny Grocholi nikomu chyba nie trzeba specjalnie przedstawiać - to jedna z najbardziej znanych współczesnych autorek i już dwa razy na tym blogu gościła, chociaż czytałam większość jej książek (tyle, że to w czasach przedblogowych było). Tym razem wpadła mi w ręce najbardziej chyba osobista książka tej autorki, a mianowicie "Zielone drzwi". 
Książka to swoisty pamietnik pisarki - kilka faktów z dzieciństwa, dosyć dużo o szkole, nauczycielach, przyjaciołach, trochę na temat małżeństwa i innych związków czy wreszcie opowieść o tym jak się zostaje pisarką. A wszystko to podane z właściwym pani Katarzynie poczuciem humoru oraz dystansem do siebie i świata. Ale to tylko połowa prawdy, bowiem życie to nie tylko radosne chwile. Tych chwil smutniejszych (lub wręcz tragicznych) w życiu Katarzyny Grocholi też było niemało. Pierwsze bolesne zderzenie z prawdziwym życiem zaliczyła zaraz po maturze, kiedy pracowała kilka miesięcy jako salowa w szpitalu - ubzdurała sobie bowiem, że wszyscy sławni literaci zaczynali jako lekarze więc ona też musi iść tą drogą. A żeby w latach siedemdziesiątych dostać się na medycynę nie wystarczyło zdać egzaminu - trzeba było mieć albo punkty za pochodzenie (w jej wypadku ta opcja odpadała) albo przepracować rok w szpitalu, oczywiście na najniższych stanowiskach. Młoda, idealistycznie nastawiona dziewczyna musiała zmierzyć się z chorobą, śmiercią, obojętnością na cierpienie - wytrzymała tam tylko cztery miesiące...
Drugie, o wiele bardziej traumatyczne spotkanie z placówką medyczną zaliczyła kilka lat później, kiedy okazało się, że jest bardzo powaźnie chora. Obraz szpitalnej rzeczywistości oddziału onkologicznego jest bardzo poruszający, chociaż pisarka nie epatuje jakimiś szczególnie drastycznymi opisami, więcej - można powiedzieć, że stara się jak najoszczędniej dawkować emocje. I chyba ta oszczędność i lapidarność  opisu sprawiają, że ta część książki zapada głęboko w czytelnika.

Książka światło dzienne ujrzała już kilka lat temu, więc pewnie większość ją zna, ale jakby jeszcze ktoś nie czytał to serdecznie polecam.

******************************************

Jak dotąd czytałam trzy książki Marii Ulatowskiej i, niestety, niespecjalnie mi się podobały. Po czwartą pewnie bym nie sięgnęła, gdyy nie fakt, że nic innego pod ręką nie było, a ja musiałam przez kilkadziesiąt minut czekać na trenującego piłkę nożną Piotrka. Szału może nie ma, ale "Domek nad morzem" jest najlepszą książką tej autorki (oczywiście z tych, które czytałam).

Główna bohaterka to Ewa - warszawianka, której największym marzeniem jest "córeczka i domek nad morzem". Urodzona kilka lat po wojnie, już w wieku kilku lat przeżywa ogromną tragedię - umiera jej mama. Tata co prawda jest, ale to oderwany od życia naukowiec, więc dziewczynką opiekują się dziadkowie, a po ich śmierci siostra matki.
Ewa ma dwie bliskie sercu osoby - przyjaciółkę Grażynę oraz przyszywanego brata Maćka (ojciec Ewy ożenił się po raz drugi), grono znajomych i kolegów, ale najważniejsze sprawy powierza swojemu pamiętnikowi. To tam zapisuje swoje wątpliwości, uczucia i marzenia.
Mamy możliwość towarzyszyć jej przez ponad 50 lat życia, w zmieniających sie warunkach społecznych i politycznych, w wesołych i tragicznych chwilach jej życia. Nie wszystkie plany się spełniają, ale czasami zwykły przypadek pomoże spełnic najskrytsze marzenia...

"Domek nad morzem" pokazuje jaką długą drogę przebyła autorka od czasów "Sosnowego dziedzictwa". Owszem, to dalej literatura popularna (lub jak kto woli czytadło) ale pochłania się to bez bólu zębów od nadmiernej słodyczy. Nadal mamy tu trochę nieistotnych szczegółów, ale to również jest do przeskoczenia. I przyznam się, że chyba sobie wypożyczę z biblioteki "Przypadki pani Eustaszyny". No, raczej nie w najbliższych dniach, ale za jakiś czas z pewnością.

************************************************

Długi czas sądziłam, że Alex Kava to mężczyzna. Tymczasem się okazało, że to kobieta, która pisze całkiem niezłe powieści sensacyjno-kryminalne. I od razu dodam, że dosyć krwawe.

Do Pensacoli na Florydzie zbliża się huragan. Straż przybrzeżna ma masę pracy przy patrolowaniu Zatoki Meksykańskiej  ale takiego znaleziska zupełnie się nie spodziewano. Z wody zostaje wyciągnięta rybacka lodówka wypełniona... fragmentami ludzkich zwłok. Znalezisko zostaje odtransportowane na miejscowy posterunek, a szeryf zawiadamia FBI. Na miejsce zostaje oddelegowana agentka Maggie O"Dell. W skrajnie trudnych warunkach musi wyjaśnić kto i dlaczego zgubił w morzu tę makabryczną przesyłkę. I wcale nie jest łatwiej kiedy okazuje sie, że tors znaleziony w lodówce należy do mężczyzny, który zaginął ponad 600 mil od Pensacoli...
W tym samym czasie kiedy Maggie próbuje rozwiązać zagadkę rybackiej lodówki, do bazy sił powietrznych w Pensacoli zostaje wezwany jej przyjaciel, lekarz wojskowy Benjamin Platt. W bazie wybuchła tajemnicza epidemia i tylko on jest w stanie odkryć o co chodzi.

Tak Maggie jak i Ben działają na oślep, w zupełnie niesprzyjających warunkach atmosferycznych, w czasie ewakuacji tak bazy wojskowej jak i znajdującego się nieopodal miasta i kurortu. Tylko przypadek sprawi, że uda się znaleźć jakieś poszlaki...

"Kolekcjoner" to typowa powieść kryminalna z wątkiem sensacyjnym, ale trzeba przyznać, że całkiem nieźle napisana. Pomimo, że mniej więcej w połowie wiadomo czyja jest lodówka i o co chodzi z jej niecodzienną zawartością to do końca trzyma w napięciu, o wiedzieć to jedno, ale ująć przestępcę to coś zupełnie innego...

Okładka dosyć makabryczna jest, ale zapewniam, że książka zapewni kilka godzin dobrej rozrywki.

****************************************

Sherlock Holmes to jedna z tych postaci literackich, która, dzięki popularności wśród czytelników, zaczęła żyć własnym życiem. Ojcem njasłynniejszego detektywa wszechczasów był Arthur Conan Doyle, angielski lekarz i autor licznych powieści i opowiadań.
Pierwszy raz Sherlock Holmes pojawił się w 1887 roku w powieści "Studium w szkarłacie" i przez następne 6 lat czytelnicy z niecierpliwością oczekiwali kolejnych opowiadań z  nim w roli głównej. W roku 1893 Conan Doyle uśmiercił swojego detektywa, jednak osiem lat później przywrócił go do życia. Dlaczego to zrobił nie wiadomo. Być może jakieś światło na to mogłyby rzucić jego dzienniki, które pisał przez całe życie. Niestety, dziennik z przełomu 1900 i 1901 roku zaginął, i pomimo wysiłków wielbicieli Holmsa z całego świata nigdy się nie odnalazł.

Na świecie istnieje wiele towarzystw i klubów wielbicieli Sherlocka. Graham Moore, amerykański pisarz, bohaterem swojej powieści "Sherlockista" uczynił członka jednego z takich klubów, nosząceo nazwę "Chłopcy z Baker Street".
W czasie dorocznego spotkania organizacji zebranych elektryzuje wiadomość, że oto jeden z ich grona odnalazł zaginiony dziennik Conan Doyle'a. Zanim jednak pokazał go na forum pulicznym został zamordowany a dziennik zniknął ponownie. Harold White, młody entuzjasta wielkiego detektywa, postanawia przeprowadzić własne śledztwo używając metod stworzonych przez Sherlocka Holmesa. W jego poszukiwaniach towarzyszy mu Sarah, dziennikarka, która uważa sprawę za świetny temat reportażu. Niestety śladami dziennika podąża ktoś jeszcze...

Akcja książki toczy sie w dwóch planach czasowych - współcześnie oraz pod koniec roku 1900. Wędrujemy po Londynie współczesnym oraz tym z przełomu wieków, odwiedzamy z Doylem ciemne i niebezpieczne uliczki, uczestniczymy w zebraniu sufrażystek, wizytujemy Scotland Yard a nawet więzienie Newgate - być może takie przeżycia wpłynęły na pisarza i doprowadzily do wskrzeszenia jego najpopularniejszego bohatera. Tym bardziej, że charakter detektywa po reaktywacji zasadniczo różni sie od tego co znamy z pierwszych utworów o nim.
Wizja Grahama Moore'a jest ciekawa, powieść ma kilka ciekawych momentów zwrotnych, a wielbiciele Holmesa znajdą w niej sporo nawiązań do utworów, które wyszły spod pióra doktora Arthura Conan Doyla.

poniedziałek, 26 maja 2014

Z kobietami wielka bieda lecz bez nich jeszcze większa...

Jeremiasz ma 32 lata, jest operatorem filmowym (aktualnie bezrobotnym) i kilka tygodni wcześniej rozstał się z Martą. Wyprowadził się już jakiś czas temu od mamy (ojciec nie żyje od dawna), ale chadza do niej na obiadki, przywozi wałówkę na kolejne dni a w zamian wozi jej swoje pranie. Ma kilku sprawdzonych kumpli, ale najbliższa jest mu Alina, koleżanka jeszcze z czasów studiów. Mieszka w kupionej na kredyt kawalerce, ale spokój burzy mu złośliwa sąsiadka z dołu, pieszczotliwie zwana Szarą Zmorą. 
To tylko kilka kobiet, które przewijają się przez  jego życie - jest ich znacznie więcej i każda w pewien sposób wywiera wpływ na jego życie.

Jeremiasz jest (a w każdym razie tak się wydaje, że jest) głównym bohaterem powieści Katarzyny Grocholi noszącej tytuł "Houston, mamy problem". Przez pół roku pokazuje nam swój świat i dzieli się przemyśleniami na temat życia, pracy, marzeń i kobiet, bowiem moim zdaniem książka wcale nie jest o facecie, a właśnie o kobietach widzianych męskim okiem. 
I cóż to męskie oko dostrzega? No niby nic nowego - że kobiety i mężczyźni to dwa całkiem odrębne gatunki są. Faceci myślą, kobiety czują; facet idzie prostą drogą do celu a kobitka wiecznie się zapuszcza w jakieś boczne ścieżki; facet bierze świat takim jaki jest, kobieta doszukuje się we wszystkim drugiego dna - można by mnożyć jeszcze te różnice, ale sens jest jeden: jesteśmy inni i najczęściej zupełnie się nie rozumiemy. A to prowadzi do mniej lub bardziej zabawnych nieporozumień - najlepsza scena w książce to ta, kiedy Jeremiasz z kolegami podsłuchują przez przypadek rozmowę swoich partnerek... No miodzio po prostu.

Sam Jeremiasz jest postacią niejednoznaczną, pełną niespodzianek - początkowo jakoś wcale mi się nie podobał, ale z kolejnymi rozdziałami zyskiwał moją coraz większą sympatię. Zresztą kreacja postaci jest jedną z mocniejszych stron tej książki - bohaterowie ewoluują, pokazują ciągle nowe twarze i właściwie do końca trzeba się wstrzymać z ich oceną - bo na to kim są teraz wpływ miało wiele wydarzeń z przeszłości. One też, a właściwie ich całkiem odmienna interpretacja stanowią mur pomiędzy Jeremiaszem a jego matką - dopiero kiedy obydwoje szczerze ze sobą porozmawiają będą potrafili się zrozumieć.

Powieść Katarzyny Grocholi, chociaż całkiem sporych rozmiarów czyta się nie wiadomo kiedy - zasługa w tym klarownej, nieco żartobliwej narracji, chociaż kilkakrotnie łza się w oku zakręciła. Z tym wszystkim to idealna wakacyjna lektura. Polecam

A tak przy okazji - pewnie większość już zna tego pana, ale jak dla mnie gość jest genialny:




niedziela, 30 marca 2014

Oejrzane <-> przeczytane: "Ranczo"

Od kilku już lat nie oglądam telewizji - wyjątek stanowią niektóre transmisje sportowe oraz jeden serial naszej rodzimej produkcji, a mianowicie "Ranczo" w reżyserii Wojciecha Adamczyka. Bardzo mnie zatem ucieszyła wiadomość, że pierwszy sezon tego telewizyjnego hitu doczekał się wersji książkowej, której autorami są scenarzyści serialu, czyli Robert Brutter i Jerzy Niemczuk.

Wilkowyje to niewielka gmina na tzw. "ścianie wschodniej", nieopodal Radzynia Podlaskiego - raczej biedna, trochę zaniedbana, taki kąt gdzie diabeł mówi dobranoc... Pewnego dnia powieje tu jednak wielkim światem, bowiem do wsi przybywa prawdziwa Amerykanka. Lucy Wilska urodziła się co prawda w USA, jednak jej babcia miała w Wilkowyjach  niewielki dworek. Staruszka zmarła a wnuczka przyjeżdża aby objąć spadek. Na miejscu okazuje się, że dom jest zaniedbany i wymaga remontu, ale jest na niego poważny kupiec - sam wójt gminy. Lucy postanawia jednak zostać w Polsce i tak zaczyna się jej przygoda z polsko-wilkowyjską rzeczywistością.
Lucy to osoba wrażliwa, prostolinijna, szczera i otwarta na świat. Jednak życie w ojczyźnie przodków niejednokrotnie ją przerasta, a powszechne tłumaczenie "bo u nas tak już jest" zupełnie jej nie przekonuje.
Lucy obserwuje wieś i mieszkańców, ale i sama jest obserwowana. Niektórzy, szczególnie wójt, który nie może jej darować odmowy sprzedaży domu, są do niej nastawieni niezbyt przychylnie, inni są zwyczajnie ciekawi jak sobie poradzi, jeszcze inni starają się z nią zaprzyjaźnić - najczęściej nie do końca bezinteresownie.
Oczywiście Lucy jest pierwszoplanową postacią tak serialu jak i książki, jednak mamy tu jeszcze trzech innych głównych bohaterów. Kusy to miejscowy pijaczek, człowiek żyjący na marginesie, jednak pod wpływem Lucy stara się zmienić - przy okazji wychodzi na jaw, że skrywa w sobie niejedną tajemnicę. Piotr Kozioł to miejscowy proboszcz, a Paweł Kozioł to wspomniany już wójt gminy Wilkowyje - zbieżność nazwisk nieprzypadkowa, bowiem panowie są braćmi bliźniakami. Wójt i pleban, ateista i duchowny, skłóceni jeszcze w łonie matki, skazani na siebie w niewielkim wiejskim światku - ich największym nieszczęściem jest chyba jednak to, że mają bardzo podobne charaktery. Uparci jak przysłowiowe kozły (nazwisko zobowiązuje...), przekonani o własnej wyższości, nie zawsze w zgodzie z głoszonymi zasadami, potrafią jednak wypracować kompromis.

Jako, że jestem wielką fanką serialu miałam co do książki duże oczekiwania, ale również pewne wątpliwości - bo jednak pomysł przełożenia filmu na książkę jest dosyć ryzykowny. Na szczęście okazały się one bezpodstawne, a książka wciągnęła mnie od pierwszych stron. I wcale mi nie przeszkadzało, że wiedziałam co będzie dalej;)
W niedzielne wieczory możemy oglądać kolejną, już 8 serię "Rancza", nic wiec dziwnego, że przyzwyczaiłam się do grających w nim aktorów i czytając miałam ich przed oczami, a w głowie rozbrzmiewały głosy Cezarego Żaka, Ilony Ostrowskiej, Pawła Królikowskiego, Katarzyny Żak, Marty Lipińskiej, Artura Barcisia czy nieodżałowanego Leona Niemczyka. To też w pewien sposób świadczy o tym, że książka w żaden sposób nie ustępuje swojemu filmowemu pierwowzorowi.

Dla wszystkich wielbicieli serialu (a jeśli wierzyć rozmaitym rankingom jest nas kilka milionów) ta książka powinna być świetną rozrywką. Polecam ją również tym, którzy jeszcze nie znają Wilkowyj i ich mieszkańców, lub dołączyli do widowni "Rancza" przy okazji którejś z późniejszych serii - warto zobaczyć jak to wszystko się zaczęło. A ja mam nadzieję, że niedługo ukażą się książkowe wersje dalszych perypetii Lucy, Kusego i reszty.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości 


niedziela, 29 grudnia 2013

Święta z książkami

Boże Narodzenie A.D. 2013 to już przeszłość... Spędzone w domu, pod kocykiem i z książkami - czyli pełnia szczęścia:)

A oto co w czasie świąt udało się przeczytać:

"Tysiąc dni w Toskanii" Marleny de Blasi to jedna z tych książek, które od dawna czekały na przeczytanie. Zaczęłam ją już jakiś czas temu, ale początkowo szło mi dosyć opornie, więc odkładałam na lepsze czasy. Wreszcie w tych dniach udało mi się zakończyć tę lekturę. 
Marlena i Fernando sprzedają mieszkanie w Wenecji i przeprowadzają sie do Toskanii. W miasteczku San Casciano wynajmują dom i rozpoczynają nowe życie - z dala od zgiełku i pośpiechu, zgodne z rytmem pór roku, wśród prostych i szczerych ludzi - niemal raj na ziemi. Znajdują tam wielu nowych znajomych, ale przede wszystkim dwójkę przyjaciół - Florianę i Barlozzo. To oni będą najważniejszymi przewodnikami Marleny i Fernanda po Toskanii.
Książka podzielona jest na cztery części odpowiadające porom roku, nowi mieszkańcy San Casciano starają się szanować miejscowe zwyczaje i, o ile to możliwe, brać udział we wszystkich lokalnych wydarzeniach. Można by odnieść wrażenie, że najważniejszą sprawą dla mieszkańców Toskanii jest jedzenie. Poczynając od codziennych posiłków, poprzez towarzyskie spotkania a na świątecznych przyjęciach kończąc, Toskańczycy ciągle myślą o jedzeniu - o jego przygotowaniu, sposobie podania, przyprawach, jak również o ciekawych historiach związanych z przygotowaniem poszczególnych potraw. W książce jest zresztą kilka przepisów na najbardziej charakterystyczne potrawy tamtego regionu.
Marlena i Fernando (czasami trochę na siłę) starają się wtopić w tło i żyć tak jak miejscowi - zbierają zioła, uprawiają trochę warzyw, budują specjalny piec do wypieku chleba i, co bardzo ważne, słuchają tego, co ludzie mają im do powiedzenia.

Książkę, pomimo początkowych trudności pochłonęłam niemal jednym tchem. Historia Marleny de Blasi urzeka prostotą i autentyzmem oraz talentem autorki do opisywania otaczającej ją przyrody i stosunków międzyludzkich. Serdecznie polecam.

"Przesyłka dla kameleona" to trzeci z kolei kryminał rosyjskiej pisarki Darii Doncowej, którego główną bohaterką jest Eulampia Romanowa, gosposia w domu lekarki Katii Romanowej i detektyw-amator.
Przygoda rozpoczyna się kiedy Julka, synowa Katii, łamie nogę i trafia do szpitala. Razem z nią w sali leży Nastia, która ma obsesję na punkcie własnego bezpieczeństwa - sądzi, że mąż i teściowa chcą ją otruć. Początkowo nikt nie bardzo wierzy w jej słowa, ale kilka dni później kobieta umiera. Przed śmiercią przekazuje jednej z pacjentek kluczyk do skrytki bankowej, a ta ostatnia prosi Eulampię, aby zajrzała do owego sejfu. W skrytce znajduje się 30 tysięcy dolarów i list w którym Nastia prosi o przekazanie pieniędzy bratu. Lampka podejmuje się odnalezienia Jegora, ale szybko dociera do niej, że zadanie tylko z pozoru jest proste - nikt nigdy o nim nie słyszał... 

Po raz kolejny, za sprawą zwariowanej Eulampii, oglądam współczesną Moskwę - tym razem Lampka wizytuje stołeczne szpitale, redakcje kilku czasopism, sklepy i bazary a także zawiera bliższą znajomość z byłymi pracownikami KGB. I chociaż akcja jest wartka, Lampa wciąż pakuje się w nowe tarapaty, a i zwariowana rodzinka Katii Romanowej też swoje dokłada, to chwilami działała na mnie ta książka bardzo przygnębiająco. Pomijając już nawet wspomnienia o problemach ze służbami bezpieczeństwa w latach poprzedzających pierestroikę, zawarła w tej książce Daria Doncowa bardzo gorzki obraz współczesnej Rosji - bieda, alkoholizm, powszechna korupcja, zanik więzi rodzinnych. I to sprawia, że chociaż książka pomyślana była jako kolejny "kryminał z przymrużeniem oka" to znacznie odbiega od swoich poprzedniczek - jest bardziej serio i smutno.
I jeszcze jedno - niemal od razu domyśliłam się gdzie jest poszukiwany Jegor. Hmm... Albo mnie się poprawił zmysł detektywistyczny, albo autorka utkała słabszą intrygę.
Ale pomimo wszystko książki pani Darii Doncowej, to kawałek bardo dobrej literatury.

Trzecia ze świątecznych lektur to również kryminał - "Obserwator", którego autorką jest niemiecka pisarka Charlotte Link. Zupełnie inny niż książka Doncowej - "Obserwator" ma mroczny klimat, jest kilka zbrodni, wielkie emocje, strach i depresja, czyli to co powinien mieć dobry kryminał.
Samson jest bezrobotny, mieszka z bratem i bratową w miasteczku niedaleko Londynu i ma bardzo oryginalne hobby - obserwuje sąsiadów a swoje spostrzeżenia notuje w pliku na komputerze. 
Na początku grudnia znalezione zostają zwłoki starszej, mieszkającej samotnie kobiety, którą ktoś zamordował ze szczególnym okrucieństwem. Kilka dni później ginie kolejna mieszkająca samotnie starsza pani, a wszystko wskazuje, że mordercą jest ta sama osoba. Policja szuka sprawcy, a Samson doskonale się wpisuje w profil psychologiczny mordercy.

Lubię takie kryminały. Akcja nie gna na złamanie karku a napięcie buduje się powoli, bohaterów ogarnia coraz większy niepokój i właściwie nie wiadomo komu można zaufać. tu jeszcze dodatkowo nastrój potęguje sceneria - grudniowe dni są krótkie i szare, a wieczory długie, wprost idealne warunki, że by zadziałać na psychikę ofiary. Morderca bowiem zanim przystąpi do działania obserwuje swoje ofiary i stara się je przestraszyć, co zresztą wcale nie jest trudne...

Ma ta książka jednak jedną zasadniczą wadę - jest za długa. Wydaje mi się, że gdyby ją nieco skrócić i wyrzucić kilka nie wnoszących nic nowego fragmentów wyszłoby to książce na dobre...

środa, 18 września 2013

Prowansja po raz kolejny...

Ostatnio było o Prowansji sprzed stu lat a dzisiaj też o tym samym regionie, tyle że współcześnie.

Patricia Atkinson mieszkała wraz z mężem w Londynie. Dzieci już dorosły i się usamodzielniły, zarówno ona jak i James mieli dobrą pracę więc mogliby spokojnie żyć i czekać co przyniesie los. Ale własnie wtedy James postanowił coś zmienić w swoim życiu. Jak postanowił tak zrobił - małżonkowie sprzedali wszystko co mieli i kupili winnicę w wiosce leżącej w dolinie Bergerac na południu Francji. Swoje wspomnienia z pierwszych lat życia we Francji Patricia Atkinson zawarła w książce "W dojrzewającym słońcu. O kobiecie, która stworzyła winnicę".

To był skok na głęboką wodę -  nie mieli żadnego doświadczenia jeśli chodzi o prowadzenie winnicy czy życie na wsi a Patricia nawet nie mówiła po francusku. Początki były bardzo trudne, tym bardziej, że James kilka dni w tygodniu spędzał w Anglii. Na szczęście mieszkańcy wioski serdecznie przyjęli przybyszów i pomagali im przy pierwszych zbiorach. Niestety, James jeszcze nie do końca zaaklimatyzował się we Francji kiedy okazało się, że jest poważnie chory i musi na stałe wrócić do Anglii. Patricia została sama... Jakby tego było mało okazało się, że wino z pierwszych zbiorów zepsuło się i zyski na które liczyła przepadły. Nikt pewnie nie miałby jej za złe gdyby rzuciła wszystko w diabły, sprzedała winnicę i wróciła do Anglii. Ale właśnie zaczęła się recesja, szanse na znalezienie kupca były minimalne i winnica stała sie dla niej jednym źródłem dochodu.

Niepowodzenia nie załamały Patricii, co więcej wyglądało na to, że im większe kłody los rzucał jej pod nogi, tym silniejsza stawała się jej determinacja i wola walki. Starała się jak najszybciej nauczyć języka i opanować przynajmniej podstawy winiarstwa. Nie miała pieniędzy, aby wynająć kogoś do pomocy, więc wszystkie prace pielęgnacyjne przy winnicy musiała wykonywać sama. A kiedy nadszedł czas zbiorów nie miała właściwie funduszy aby zatrudnić robotników, na szczęście przyjaciele nie zawiedli i można było rozpocząć winobranie...

W ostatnich latach mamy prawdziwy wysyp książek mówiących o tym jak ktoś goniąc za marzeniami wyjeżdża w jakiś atrakcyjnie dziki zakątek naszego globu, kupuje tam zrujnowaną chatę i tworzy w niej raj na ziemi. Żyje świeżym powietrzem i kozim serem, słońce świeci dla niego cały rok, trawa jest szmaragdowa, tubylcy darzą przybysza wieczną przyjaźnią a jakiś szczególnie atrakcyjny krajowiec (ewentualnie krajowczyni - zależy od płci głównego bohatera) jest tym jedynym na całe życie . Błeee...
Nie powiem pierwszą i drugą taką "rozlewiskopodobną" książkę nawet mi się fajnie czytało, ale później nastąpiło przesłodzenie organizmu. 
Nic dziwnego, że kiedy zobaczyłam okładkę to pierwsze wrażenie nie było zbyt pozytywne - tzn. okładka ładna tylko sugerowała taką właśnie historyjkę a'la "Rozlewisko". Tymczasem książka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie - Prowansja może i śliczna, ale praca w winnicy to już inna rzecz i siniaki, odciski, przemoczone kończyny lub schodząca płatami skóra to rzecz normalna, a po całym dniu pracy człowiek marzy tylko o wygodnym łóżku a nie towarzysko-kulinarnych atrakcjach. 
"W dojrzewającym słońcu" stanowi też swego rodzaju podręcznik winiarstwa - autorka opisuje kolejne czynności przy uprawie, zbiorach i przetwarzaniu winogron, mówi o własnych błędach i chwali się sukcesami, które w końcu nadeszły.
Książka napisana jest prostym językiem, autorka nie sili się na wielką literaturę, to po prostu garść wspomnień z kilku lat, które całkowicie zmieniły jej życie - warto po nią sięgnąć. Przy okazji nadmienię, że dalszy ciąg wspomnień Patricii Atkinson można znaleźć w tomie "sezon na winobranie".

niedziela, 25 sierpnia 2013

O zwierzętach w dwóch odsłonach

Wakacje na finiszu...
Już zaczynamy z Piotrkiem przygotowania do nowego roku szkolnego - głównie zakupowe, bo potrzebne są bloki, farby, kredki, flamastry, kapcie i 101 innych rzeczy, a jakby tego było mało prawie nowy piórnik (kupiony w maju) okazał się masochistą i sam siebie przebił na wylot śrubokrętem (tak przynajmniej zeznaje podejrzany o tę zbrodnię młodociany Piotr N.) i też trzeba kupić kolejny...
Odwiedziłam już zakład pracy, zajrzałam do biblioteki, poplotkowałam z panią sekretarką i panią woźną, oddałam honory dyrekcji i przypomniano mi o konferencji w najbliższą środę. Czyli definitywnie nowy rok szkolny nadchodzi wielkimi krokami. 
Te wakacje były zdecydowanie domowe, leniwe i czytelnicze. Pisanie szło mi trochę gorzej, więc parę zaległości się zrobiło, staram się je nadrobić i dlatego o dwóch książkach teraz będzie. Ich cechą wspólną jest język oryginału (nasz rodzimy) oraz tematyka (zwierzaki). Różnią się formą (wywiad i powieść) oraz moją oceną (bardzo dobra i taka sobie).
Ale do rzeczy.

"O psach, kotach i aniołach" to zebrane w jednym tomie wywiady z ludźmi kultury i sztuki, których na okoliczność ich pupilów przepytywał Jan Strzałka. Autor rozmawiał z Anną Dymną, Katarzyną Grocholą, Markiem Kondratem, Wojciechem Mannem, Moniką Olejnik, Olgą Tokarczuk, Grzegorzem Turnauem, księdzem Janem Twardowskim i Stanisławem Tymem. W rozmowach nierzadko brali udział czworonożni przyjaciele artystów - można powiedzieć, że na bieżąco autoryzowali opowieści na swój temat. A historie te dotyczyły zarówno aktualnych jak i dawniejszych zwierzaków - kotów, psów, ale również kóz, ślimaków i jaszczurek. 
Mogłoby się wydawać, że znani i sławni mają w swoich domach psią i kocią arystokrację - nic bardziej mylnego. Najczęściej wymienianą w książce psią rasą  jest kundelek, a większość kocich bohaterów to pospolite dachowce... 

Bo liczy się uczucie a nie wygląd pupila - to motyw obecny w każdym z wywiadów. Co z tego, że terier Marka Kondrata nie został nagrodzony na wystawie bo za bardzo zawadiacko nosił ogon? Najważniejsze, że tym ogonem wyrażał radość i przywiązanie do swoich właścicieli. I cóż, że Kaśka, kotka Anny Dymnej szła w tango ze wszystkimi kocurami wałęsającymi się po krakowskich Plantach? Najważniejsze, że kochała swoją panią jak nikogo na świecie, a swoje uczucie wyrażała poprzez układanie upolowanych gryzoni na łóżku aktorki. Takich przykładów jest w książce mnóstwo.

Wywiady są różne - jedne bardziej poważne w tonie, inne mniej (no, bo czy ktoś potrafi sobie wyobrazić poważnego Stanisława Tyma?), ale wszystkie przepełnione są miłością do zwierząt.

Bardzo sympatyczna książka - a dla psiarzy i kociarzy, którzy o swoich pupilach potrafią rozprawiać godzinami to pozycja wręcz obowiązkowa.

**************************************************

Maria Nurowska jest jedną z najpopularniejszych obecnie polskich pisarek, jej bibliografia liczy coś koło trzydziestu tytułów, z których do tej pory poznałam dwa - "Panny i wdowy" oraz "Księżyc nad Zakopanem" i obydwie te książki dosyć mi się podobały. I kiedy okazało się, że książką sierpnia w naszym DKK jest powieść "Nakarmić wilki" nastawiłam się na ciekawą lekturę. 

Katarzyna po ukończeniu studiów wyjeżdża w Bieszczady, aby tam obserwować wilki. W leśnej chatce spotyka dwóch innych badaczy i przez kilka miesięcy razem prowadzą obserwacje. Kaśka jest zakochana w wilkach i jej największym marzeniem jest kontakt i obserwacja tych mieszkańców lasu. Niestety miejscowi żywią do jej ulubieńców zgoła inne uczucia...

Moje spotkania z wilkami zamykają się w kilku wizytach w ZOO i tak już raczej pozostanie, ponieważ budzą one we mnie obawę i raczej nie chciałabym takiego zwierza spotkać na swojej drodze. Akcja powieści toczy się w Bieszczadach. To góry, które kocham miłością wielką (co jest o tyle dziwne, że byłam w nich tylko raz w życiu), więc tym bardziej byłam ciekawa jak przedstawiła je pani Nurowska.

I niestety, ryzykując nawet to, że wielbicielki pisarki w ogólności, a tej książki w szczególności, się na mnie obrażą z żalem stwierdzam, że ta książka jest mocno taka sobie...
Bieszczadów tyle co kot napłakał, bohaterowie drewniani, akcja poszarpana - to najważniejsze mankamenty tej powieści. Najlepsze fragmenty to te mówiące o zachowaniu wilków - autorka dziękuje na końcu książki trójce badaczy wilczych zwyczajów, więc zakładam, że powstały one na podstawie ich badań. I śmiem twierdzić, że chyba znacznie ciekawsza byłaby lektura dziennika obserwacji wilków niż ta książka...

poniedziałek, 29 lipca 2013

Lektury małoletniej Ani - odc. 8

Nie wiem jak to się stało, że jeszcze nie pojawiła się w tych wspominkach jedna z najukochańszych autorek mojego (i pewnie nie tylko mojego) dzieciństwa, kanadyjska pisarka Lucy Maud Montgomery... Czas wiec nadrobić to zaniedbanie, tym bardziej, że co jakiś czas sięgam do jej książek - stoją sobie na osobnej półce i na pierwszy rzut oka widać po nich wytężoną eksploatację.

Jako, że z twórczością tej akurat autorki wszyscy spotkaliśmy się w szkole podstawowej ("Ania z Zielonego Wzgórza" nie daje się już od lat reformatorskim zabiegom i tkwi sobie spokojnie na liście lektur dla klasy VI, co więcej, pomimo, że książka uznana jest za "dziewczyńską" to i chłopcy czytają ją bez większych oporów) to chyba nie ma potrzeby wypisywania tu jakiejś szczegółowej biografii. Przypomnę tylko, że przyszła na świat w 1874 roku w Clifton na Wyspie Księcia Edwarda, jej matka zmarła kiedy dziewczynka miała niespełna 2 lata, a ojciec oddał ją na wychowanie teściom i wyjechał. Lucy przez pół życia związana była z wioską Cavendish - mieszkała w niej aż do czasu swojego zamążpójścia w 1911 roku. Po ślubie przeniosła się do Leaskdale w Ontario gdzie jej mąż objął obowiązki pastora. Lucy Maud resztę życia spędziła poza Wyspą Księcia Edwarda, dopiero kiedy zmarła w 1942 roku powróciła w rodzinne strony - jej grób znajduje się na cmentarzu w Cavendish.

Najbardziej znanymi utworami tej kanadyjskiej pisarki jest oczywiście cykl powieści o rudowłosej Ani Shirley znanej jako "Ania z Zielonego Wzgórza". Bardzo popularny jest również cykl o "Emilce ze Srebrnego Nowiu", oraz jedyna w dorobku autorki powieść dla dorosłych czyli "Błękitny Zamek". Lucy Maud Montgomery napisała jeszcze kilka innych książek, ale ich popularność jest już dużo mniejsza. A szkoda, bo to utwory godne uwagi - moim zdaniem szczególnie opowieść o  małej Jance ze Wzgórza Latarni.

Jedenastoletnia Janina Wiktoria Stuart mieszka wraz z matką w rezydencji swojej babki przy ulicy Wesołej w Toronto. Źle się czuje w tym domu, podświadomie czuje, że babka jej nie lubi, nie ma przyjaciół, jest niezdarną, zakompleksioną i bardzo wrażliwą dziewczynką. Niespodziewanie jej życie wywraca się do góry nogami - okazuje się, że jej ojciec, o którym była przekonana, że zmarł wiele lat temu, jednak żyje. Co więcej żąda, aby dziewczynka przyjechała do niego na wakacje na Wyspę Księcia Edwarda. Początkowo Janka nie chce spotkać się z człowiekiem o którym nic nie wie, jednak nie ma wyboru - matka przygotowuje ją do podróży i pewnego czerwcowego dnia dziewczynka rusza na spotkanie ojca. Szybko okazuje się, że jej strach nie miał żadnych podstaw i niemal od pierwszej chwili pomiędzy nią o jej tatą powstaje silna więź. I tak oto zaczyna się dla Janki cudowne lato, które zmieni ją w zupełnie inną osobę...

Bohaterki Lucy Maud Montgomery to najczęściej dziewczynki z rozbitych rodzin czy wręcz sieroty, zdane na łaskę krewnych bądź opieki społecznej. Wrażliwe, z bogatą wyobraźnią, szybko zyskują sobie sympatię tak czytelnika jak i otoczenia, a obdarzone przyjaźnią odpłacają lojalnością i wiernością. Ich postawa ma niejednokrotnie wpływ również na dorosłych - rodzice Janki muszą dla jej dobra odrzucić stare urazy i podjąć kilka ważnych a zarazem trudnych decyzji.

"Jana ze Wzgórza Latarni" to jedna z ostatnich książek, które wyszły spod pióra Lucy Maud - powstała w 1937 roku, więc siłą rzeczy warstwa obyczajowa różni się od historii o Ani czy Emilce, które powstały na początku wieku - krótsze sukienki, coraz więcej samochodów, udogodnienia w życiu codziennym (chociażby coraz powszechniejsze telefony) to tylko niektóre przykłady. Co jednak widać wyraźnie w tej książce to większa swoboda, którą dysponują kobiety - rzecz dzieje się w okresie międzywojennym. Szczególnie jest to widoczne w sposobie bycia  matki Janki oraz jej starszej siostry. Ciotka Gertruda to osoba z poprzedniej epoki, ograniczona konwenansami stara panna, zależna od matki i brata. Ona nigdy nie zdobyłaby się na bunt wobec rodziny tak jak to zrobiła matka Janki poślubiając Andrzeja Stuarta. I choć później jej małżeństwo się rozpadło to jednak pozostał w niej nikły płomyk wolności, który, w sprzyjających warunkach być może jeszcze raz zapłonie...

Historia o Jance jest wzruszająca, ale równocześnie zabawna - dziewczynka ma charakterek, który niejednokrotnie da się we znaki otoczeniu. Ma też przeróżne pomysły i talent do przyciągania  przygód.
Mam nadzieję, że jeśli jeszcze nie znacie Janki Stuart to te kilka zdań zachęci was do zawarcia znajomości z tą niezwykle sympatyczną dziewczynką i spędzicie miło czas w jej towarzystwie.

środa, 10 kwietnia 2013

I kudłate, i łaciate, pręgowane i skrzydlate...

Kiedy byłam dzieckiem, bardzo lubiłam nadawany w poniedziałkowe popołudnia program dla dzieci i młodzieży pt. "Zwierzyniec". Pamiętam prowadzącego go Michała Sumińskiego - postawny, z charakterystycznymi wąsami, zawsze w mundurze leśniczego, w niezwykle barwny sposób opowiadał o swoich spotkaniach z leśnymi zwierzętami. Kiedy wiele lat później, już jako osoba całkiem dorosła trafiłam na inny program o zwierzętach, był to "Zwierzowiec" prowadzony przez panią Dorotę Sumińską, myślałam, że córka, pod nieco zmienionym tytułem, kontynuuje program stworzony przez ojca.
Szybko się okazało, że to przypadkowa zbieżność nazwisk, ale państwa Sumińskich łączy poza tym jeszcze znajomość świata zwierząt, chociaż poznawali go w różny sposób - pani Dorota jest lekarzem weterynarii a pan Michał był (zmarł w 2011 roku) zapalonym myśliwym.
Pierwsze literackie spotkanie z Dorotą Sumińską zaliczyłam przy okazji "Jak wychować dziecko, psa, kota... i faceta" a w tych dniach miałam możliwość przeczytania kolejnej książki jej autorstwa. Książki szczególnej, bo autobiograficznej.

"Autobiografia na czterech łapach" to historia życia autorki, ale również jej rodziców, dziadków i pradziadków.
Korzeni rodu Sumińskich jak i Fersterów (to rodowe nazwisko matki pani Doroty) szukać należy na Kresach Wschodnich - tych pierwszych na Wołyniu, tych drugich na Wileńszczyźnie. Wojenna zawierucha rzuciła obydwie rodziny do Warszawy, gdzie w czasie studiów przecięły się drogi Edwarda Sumińskiego i Zofii Ferster.
Zwierzęta były nieodłączną częścią życia tak dziadków jak i rodziców Doroty Sumińskiej, nic więc dziwnego, że dziewczynkę od najmłodszych lat otaczały psy i koty, ale i bardziej egzotyczni przedstawiciele fauny - np. Tora, wilczyca, którą dziadek Piotr Sumiński znalazł w lesie i uratował od pewnej śmierci. Kiedy Dorota dorosła postanowiła wzorem ojca studiować weterynarię i połączyć zainteresowania z pracą zawodową.

Chociaż książka jest historią życia autorki to na pierwsze miejsce wysuwają się jednak historie zwierzaków - tych domowych, które przez wiele lat żyły razem z nią i jej rodziną, ale również tych, z którymi los przypadkowo zetknął Dorotę Sumińską, czy to z racji obowiązków zawodowych, czy w zaprzyjaźnionych domach, czy wreszcie w czasie podróży lub pracy nad kolejnymi odcinkami "Zwierzowca".

Książkę czyta się z ogromną przyjemnością - autorka ma prosty, jasny styl i niewątpliwy talent gawędziarski. Dodatkowo każda historia wzbogacona jest licznymi fotografiami  z archiwum autorki, tak, że poznajemy ie tylko krewnych ale również rodzinne zwierzaki. Z każdej kartki, z każdego niemal zdania wręcz bije miłość do przyrody, do naszych braci mniejszych.
Niestety jest również kilka smutnych historii o zwierzakach skrzywdzonych przez ludzkie okrucieństwo, złośliwość czy chociażby brak wyobraźni...

Serdecznie polecam lekturę tej opowieści:)

czwartek, 28 marca 2013

Nowy, wspaniały (czy aby na pewno?) świat

W 1932 roku brytyjski pisarz Aldous Huxley wydał swoją najbardziej znaną powieść "Nowy wspaniały świat". Książka szybko stała się światowym bestsellerem (w Polsce wydana po raz pierwszy w 1933 roku) i do dnia dzisiejszego jest jedną z najpopularniejszych powieści fantastyczno - naukowych.

Akcja powieści toczy się w 2540 roku, lub, jeśli przyjąć datowanie używane w książce w 650 AF. Ludzkość żyje w powszechnej szczęśliwości, której wyznacznikami są wspólność, identyczność i stabilność. Wyeliminowane zostały starość, choroby, ból, cierpienie, brud i bieda. Zniknęły również sztuka, religia, uczucia oraz więzy rodzinne. Ludzie "produkowani" są w Ośrodkach Rozwoju i Warunkowania - sztuczne zapłodnienie, klonowanie na poziomie embrionalnym, inżynieria genetyczna to tylko niektóre formy ingerencji w organizmy ludzkie w okresie płodowym. Kiedy już dziecko się urodzi, a właściwie "wybutluje", bowiem płody rozwijają się w specjalnych naczyniach, poddawane jest warunkowaniu poprzez hipnozę, kształtowanie odruchów oraz brak jakiejkolwiek intymności - "każdy jest własnością każdego" - to hasło najlepiej oddaje model więzi społecznej tworzonej w tym świecie przyszłości.

Nie wszędzie jednak dociera cywilizacja - na obrzeżach tego nowoczesnego świata istnieją rezerwaty Dzikich, którzy żyją tak jak społeczeństwa sprzed wieków. Kontakt z tymi rezerwatami jest jednak bardzo utrudniony, aby sie tam dostać trzeba otrzymać specjalne pozwolenie. Co się jednak stanie, jeśli ktoś z "nowego świata" będzie zmuszony żyć w rezerwacie? A jak sobie poradzi mieszkaniec rezerwatu w "nowym wspaniałym świecie"?

"Nowy wspaniały świat" to antyutopia, to wizja świata przyszłości, który opiera się na ograniczaniu prawa jednostki do wolności, do własnych przekonań i do indywidualizmu. Każde, nawet najmniejsze odstępstwo od normy jest tępione w zarodku, a osobniki, które nie potrafią, bądź nie chcą poddać się normatywom są zsyłane "na wyspy", gdzie mogą egzystować nie zakłócając powszechnego porządku.

Do tej pory wydawało mi się, że najlepszą antyutopią jest "Rok 1984" Orwella - opowieść niezwykle mroczna, zahaczająca wręcz o horror. Teraz uważam, że o wiele bardziej przerażająca jest wizja Huxley'a z jej powszechną radością, młodością, pięknem i szczęściem. Bo nawet jeśli ktoś nie jest szczęśliwy znajdzie się na to rada - soma, cudowna substancja, której pół grama wystarczy aby zniknęły wszystkie problemy. Społeczeństwo jest w takim stopniu zniewolone, że zupełnie nie dostrzega swojego niewolnictwa. Dla osoby z zewnątrz jest to szaleństwo w czystej postaci - co więcej taki ktoś nie ma przed sobą praktycznie żadnej alternatywy - albo akceptacja "szaleństwa zbiorowego", albo jego negacja i odrzucenie prowadzące do "szaleństwa samotności". A wszystko to w sterylnych warunkach, przy dźwiękach syntetycznej muzyki, w woni świeżych kwiatów i w towarzystwie szczęśliwych i entuzjastycznie nastawionych do świata współobywateli.

Jeszcze bardziej przerażające jest to, że wizje Huxleya, przynajmniej niektóre, zaczynają się spełniać na naszych oczach...  

sobota, 16 lutego 2013

Nocna lektura czyli znów "Ta Michalak"...

Mam oczy na mokrym miejscu. Nie raz i nie dwa razy zdarzyło mi się zalać łzami nad perypetiami książkowych bohaterów, bywało, że publicznie, np. w środkach komunikacji masowej bądź w kolejce do lekarza - dlatego, nauczona doświadczeniem poza domem czytam jedynie literaturę faktu, jakieś biografie lub książki podróżnicze. Ma to dobre strony, bowiem w oczach otoczenia uchodzę za czytelnika z aspiracjami, co to byle powieścidła w ręce nie bierze... Beletrystykę zaś połykam li tylko w domowym zaciszu - mąż i syn już się przyzwyczaili, że zdarza mi się mieć królicze oczka przy czytaniu. Jest jednak pisarka, której kolejne książki połykam wyłącznie nocną porą, bowiem leję nad nimi łzy rzęsiste, a nie chcę straszyć dziecka, które bardzo się tym moim pochlipywaniem przejmuje.

Moją prywatną wyciskaczką łez jest Katarzyna Michalak, a ostatniej nocy popłakałam sobie na okoliczność "Wiśniowego Dworku", który dostałam jakiś czas temu w ramach prezentu podchoinkowego.

Danka i Danusia - tak różne, a zarazem tak podobne. Danka to warszawianka, szefowa oddziału dużej zagranicznej firmy, przebojowa, niezależna, ambitna bizneswomen. Poświęca się pracy, nie ma prawie wcale życia prywatnego, ciągle w biegu, często nie ma nawet czasu aby zjeść porządny posiłek. Jej przeciwieństwem jest Danusia - młoda wiejska nauczycielka, mieszkanka Wiśniowego Dworku leżącego w zagubionym gdzieś w mazurskich lasach Milewie. Pełna pomysłów i determinacji jeśli chodzi o jej małych podopiecznych, nieśmiała i zdystansowana do otoczenia, podporządkowana swojemu ojcu, schorowanemu, apodyktycznemu starcowi.
Danka i Danusia nie znają się, jest jednak ktoś kto wie o nich prawie wszystko, kto je bacznie obserwuje i doprowadza do tego, aby wreszcie te dwie młode kobiety stanęły ze sobą oko w oko...

Jakie będą skutki tego spotkania, kim jest tajemniczy mężczyzna, który steruje ich losami i najważniejsze, jakie są jego intencje? Cóż, kto ciekawy odsyłam do lektury.

"Wiśniowy Dworek" to kolejna, czwarta już książka z "Serii owocowej". Po raz kolejny autorka serwuje nam słodko-gorzką historię z wyrazistymi bohaterami, z dynamiczną akcją, z pokaźną dozą humoru ale i ze szczyptą wzruszeń, natomiast pewną nowością w stosunku do pozostałych książek jest tutaj dosyć rozbudowany wątek sensacyjno-kryminalny. Katarzyna Michalak stara się w swoich powieściach poruszać poważniejsze tematy, tak jest i tym razem - koszty kariery w korporacji, mafijne porachunki, brak akceptacji ze strony rodziców, planowana przez lata zemsta, codzienność popegeerowskiej wsi czy wreszcie życie w domu dziecka to tylko niektóre problemy z jakimi przyjdzie się zmierzyć bohaterom książki.

Powieść Katarzyny Michalak stanowi wymarzoną lekturę na zimowy czas - za oknem śnieg, lub ewentualnie roztopy, ciemno, zimno a z książki emanuje ciepło, gałęzie wiśni uginają się pod owocami, brzęczą pszczoły i śpiewają ptaki. Aż szkoda odkładać przeczytany tom na półkę. Mam nadzieję, że autorka nie każe nam długo czekać na kolejną odsłonę "Owocowej Serii" i już niedługo będziemy mogli poznać bohaterów "Jabłoniowego Wzgórza"...

piątek, 15 lutego 2013

A miało być tak pięknie...

Pytanie o ulubionego autora zawsze wprowadza mnie w swego rodzaju konsternację - bo właściwie nie potrafię wybrać jednej jedynej osoby - chociażby z tego powodu, że w różnych okresach życia fascynowała mnie różna literatura, a i świat nie stoi w miejscu, i co roku pojawiają się nowi autorzy, którzy mają szansę mnie zachwycić. Więc kiedy muszę się określić na okoliczność literackich uwielbień to zawsze pada kilka nazwisk, a jedno z nich to Lucy Maud Montgomery.

Z autorką zetknęłam się po raz pierwszy przy okazji "Błękitnego zamku", później jak miliony dziewcząt na świecie pokochałam "Anię z Zielonego Wzgórza", polubiłam "Emilkę ze Srebrnego Nowiu", "Jankę ze Wzgórza Latarni", "Kilmeny ze starego sadu" i jeszcze kilka innych, trochę mniej znanych bohaterek, które narodziły się w wyobraźni najsłynniejszej kanadyjskiej pisarki. Większość jej książek można znaleźć w mojej domowej biblioteczce i z zasady są to te najbardziej zaczytane egzemplarze...

Kilka lat temu wielbicieli talentu pani Montgomery zelektryzowała wiadomość o nieznanym rękopisie zmarłej przed 60 laty pisarki mającym być podsumowaniem cyklu o Ani Shirley. I tak oto w 2009 roku miała miejsce światowa premiera "Ani z Wyspy Księcia Edwarda", a dwa lata później doczekaliśmy się jej polskiego wydania.
Jakoś się tak stało, że nie kupiłam sobie dotąd tej książki i udało mi się z nią zapoznać tylko dzięki uprzejmości pewnej biblionetkowiczki. I cóż... Po przeczytaniu już wiem, że raczej ta książka domowych zbiorów nie wzbogaci...

"Ania z Wyspy Księcia Edwarda" to zbiór opowiadań podzielonych na dwie grupy ze względu na czas akcji. Pierwsza część książki to utwory, których akcja toczy się w mniej więcej w tym samym czasie co akcja "Doliny Tęczy", natomiast część druga umiejscowiona jest po zakończeniu I wojny światowej. Całość jest przeplatana wierszami autorstwa Ani oraz jej syna Waltera - dodam, że choć nie jestem może znawczynią poezji, to uważam, że nie są one zbyt wysokich lotów, niestety...

Co do samych opowiadań to są one mocno nierówne, niektóre rozwleczone do granic wytrzymałości, niektóre przewidywalne od pierwszych linijek, chociaż, uczciwie trzeba przyznać, że kilka jest naprawdę na poziomie. Ale te akurat są w zdecydowanej mniejszości. Najbardziej przypadły mi do gustu dwie opowieści - chyba najsmutniejsze z całego zbiorku "Oszukane dziecko" o osieroconym chłopczyku, który musi sam zdecydować u kogo będzie mieszkać (krewni starają się zdobyć jego względy, bowiem z opieką nad Patem związana jest pokaźna roczna renta) oraz nieco ironiczna "Penelope i jej teorie" o znawczyni dziecięcej psychologii, która musi teoretyczne wiadomości wykorzystać w praktyce opiekując się dwoma ośmioletnimi chłopcami.

Ma ta książka jeszcze jeden mankament, a mianowicie polskie tłumaczenie imion własnych. Wydawało mi się, że z racji kilkukrotnego przeczytania całego cyklu znam głównych bohaterów. Tymczasem okazuje się, że nie do końca - dobrą chwilę zastanawiałam się "Kim u licha jest Kuba Blythe???". I dopiero po dłuższym namyśle dotarło do mnie, że przecież najstarszy syn Ani nosił imię Jakub. Aczkolwiek we wszystkich innych książkach chłopiec występuje jako Jim. Pewnie dla równowagi Rozalia Meredith w tym tomie nosi imię Rosamund, zaś narzeczonym Rilli jest Keneth Ford (wolałam go jednakowoż jako Krzysia). Może nie mam racji, ale wydaje mi się, że jeżeli się tłumaczy kolejny tom z cyklu to wypadałoby zostawić imiona, nazwy geograficzne i inne nazwy własne w takiej formie do jakiej czytelnik przywykł w poprzednich częściach.  

Cóż, trochę rozczarowała mnie ta książka. Blythe'owie występują w niej jako tło (jeśli nie liczyć wspomnianych wcześniej sesji poetyckich), najczęściej chyba pojawia się Gilbert, zaś Ania przywoływana jest w rozmowach lub przemyśleniach bohaterów jak swoisty punkt odniesienia - "Co też powiedziałaby o tym pani doktorowa?". Może wybrzydzam i jestem niesprawiedliwa dla autorki, ale mam wrażenie, jakby ta książka nie była pisana z potrzeby serca, a tylko dla jakiegoś doraźnego zysku.

Bo przecież Ania Shirley-Blythe to uznana marka i jej wielbiciele wszystko kupią.
Jak widać nie wszyscy...

sobota, 23 czerwca 2012

Mały, biały, bez łap czyli lato zaczynam w Poziomce:)

Wczoraj oficjalnie zaczęło się lato a za tydzień, równie oficjalnie rozpoczną się wakacje, na które w tym roku czekam z wyjątkowym utęsknieniem. Powodem tego stanu jest 27 diabląt w dokumentacji występujących jako klasa Ib Gimnazjum Publicznego. Same diablęta stanowią dosyć sympatyczne stadko ale papierzyska, które na ich cześć muszę odrobić już takie przyjemne nie są:( Siedzę nad tą papierologią od kilku godzin i  odczuwam już znaczne przegrzanie zwojów mózgowych objawiające się m.in. tym, że dodawanie w zakresie 20 zaczyna mnie przerastać...

Postanowiłam sobie dać chwilę oddechu i napisać słów parę na temat mojej wczorajszej lektury. Książka, którą zainaugurowałam mój osobisty letni sezon czekała na swoją kolej od ponad pół roku. Nabyta drogą kupna w czasie Targów Książki w Krakowie, opatrzona dedykacją autorki, obeszła już chyba większość rodzinnych opłotków i wreszcie wróciła "na ojczyzny łono". 

"Powrót do Poziomki" Katarzyny Michalak jest kontynuacją "Roku w Poziomce", o którym pisałam TUTAJ. Po raz kolejny spotykamy Ewę Złotowską i jej najbliższych - męża Witolda, córeczkę Julijkę, najbliższego przyjaciela Andrzeja, który wraz z żoną Karoliną oczekuje właśnie narodzin bliźniąt oraz poziomkowy zwierzyniec, czyli Pepsi, Gapę i Tosię. Poznajemy też nowe osoby - Jasię, nianię Julci, leśniczego Lipę, aspiranta Skałę z miejscowego posterunku oraz... a nie tego już nie powiem, żeby za dużo nie zdradzić ale zapewniam, że wielkim światem powieje. Nie zabraknie również "Tej Michalak", która kilka razy znacząco wpłynie na losy mieszkańców Poziomki.

Ci, którzy znają pierwszą część przygód Ewy Złotowskiej wiedzą, że jest to osoba niezwykle spontaniczna, optymistycznie nastawiona do świata, kochająca wszystkie żywe istoty (no, może z wyjątkiem krwiożerczych meszek) i niesamowicie wręcz roztrzepana. I faktycznie można odnieść wrażenie, że macierzyństwo i małżeństwo nie wpłynęło nic a nic na Ewusin charakterek - bo tylko tak można tłumaczyć fakt, że sama sobie... ukradła samochód. Nie brakuje Ewie również wyobraźni, która działa z siłą wodospadu i nawet niewinnie rzucony żarcik przetwarza w mrożącą krew w żyłach historię. 

Wydawać by się mogło, że Ewie nic do szczęścia nie brakuje - ma swój ukochany domek, męża i córeczkę, odnalazł się jej ojciec, własna firma daje jej utrzymanie, czyli żyć nie umierać. Niestety, jak to najczęściej bywa szczęście nie trwa wiecznie - jej wydawnictwo zaczyna mieć kłopoty finansowe, mąż wyjeżdża do pracy aż do Korei a Andrzej musi uciekać przed Urzędem Skarbowym i prokuraturą, zostawiając Karolinę i bliźniaki w Poziomce. 
Ewa z dnia na dzień staje się odpowiedzialna za dwie rodziny, a to jeszcze nie koniec, bo los i Ta Michalak szykują dla niej jeszcze jedno odpowiedzialne zadanie...

Kolejna książka Katarzyny Michalak, którą czyta się z uśmiechem na twarzy ale i z łezką w oku (chociaż więcej tu do śmiechu niż do płaczu), idealna na letnie popołudnie, chociaż jak to często w książkach tej autorki bywa pomiędzy wierszami przemycony jest jakiś ważny problem, nad którym nie można się nie zatrzymać, zastanowić i, być może, spróbować coś zmienić.

Serdecznie zapraszam na wizytę w Poziomce i okolicach a ja wracam do liczenia frekwencji, średnich, czytelnictwa i już sama nie wiem czego...


wtorek, 3 stycznia 2012

O wychowaniu słów kilka

Co ma ze sobą wspólnego pies, kot, dziecię płci obojętnej i facet płci wiadomej?
Wiele wspólnych cech by się znalazło, ale jedna najważniejsza jest taka, że trzeba to całe towarzystwo wychowywać, w niektórych bardziej drastycznych przypadkach posuwać się wręcz do tresury, a działanie takowe należy prowadzić całodobowo, 7 dni w tygodniu, 365 dni w roku (w tym roku o jeden dzień dłużej jako, że mamy rok przestępny...)

Nie przemawia przeze mnie żadna feministyczna ideologia a jeno życiowe doświadczenie - mąż i pies od 10 lat ci sami, dziecię płci męskiej nieco tylko krócej, bo od lat siedmiu, kota w swojej szczodrobliwości natura mi poskąpiła, ale kilka mruczków w zaprzyjaźnionych domach się znajduje.
Obciążona takim bagażem życiowym zapożyczyłam się u Agnieszki i przeczytałam w ciągu jednego popołudnia i wieczoru przesympatyczną książkę "Jak wychować dziecko, psa, kota... i faceta" będącą zapisem dyskusji pani Ireny Stanisławskiej z psychologiem Dorotą Krzywicką oraz lekarzem weterynarii i psychologiem zwierzęcym Dorotą Sumińską.

Trzy panie rozmawiają jak w tytule, czyli o wychowaniu, ale też o uczuciach, posiadaniu własnego kawałka podłogi, karmieniu i przekarmianiu, potrzebie stabilizacji, podróżach, prywatności, zwyczajach i rytuałach, pracy i czasie wolnym - generalnie o życiu...
Dyskusja skrzy się humorem, padają przykłady z życia interlokutorek, panie są niezwykle bezpośrednie - po kilku kartkach czułam się jakbyśmy się znały od dawna i właśnie spotkały się na cotygodniowych plotach.
Czytając książkę chichotałam sobie w kąciku, co, jak rzadko, zwróciło uwagę mojego ślubnego szczęścia - zobaczywszy tytuł oprotestował się, ze nie trzeba go wychowywać... Towarzystwo czworonogów jakoś go mniej obeszło...

Książka nie jest w żadnym wypadku typowym poradnikiem (na co dosyć jednoznacznie wskazuje tytuł) ale ja znalazłam tam kilka ciekawych rad, które postaram się wprowadzić w nasze domowe życie:) Bo niby nie jest najgorzej (w końcu mama stosowne wykształcenie posiada;-)) ale jeżeli coś można poprawić to dlaczego nie?

Serdecznie polecam wszystkim psiarom, kociarom, mamom mniejszych i większych dzieci i generalnie wszystkim kobietom - nigdy nie wiadomo kiedy i kogo będziemy musiały wychowywać...


niedziela, 20 listopada 2011

Ślubuję ci miłość...

Nie wiem czy nie stracę w oczach osób odwiedzających tego bloga ale przyznaję się uczciwie, że lubię książki Katarzyny Grocholi. Utarła się bowiem jakaś taka obiegowa opinia, że to literatura drugiego, albo i dalszego sortu, taka pisanina dla kucharek (serdecznie przepraszam przedstawicielki tego zawodu - ale nie ja wymyśliłam to określenie), no generalnie miernota. 
Tymczasem ja bardzo polubiłam Sarę, bohaterkę "Kryształowego anioła" oraz Judytę z "Nigdy w życiu" i "Ja wam pokażę" - no, tu głównie z powodu Danuty Stenki, bo najpierw widziałam film a dopiero później sięgnęłam po książkę.
Jakby nie było, wiele osób uważa, że czytanie powieści Katarzyny Grocholi jest w nie najlepszym guście. Ale nawet ci najbardziej negatywnie nastawieni do pisarki przyznają, że jest w jej dorobku jedna książka, którą trzeba przeczytać, a mianowicie "Trzepot skrzydeł".

 Niewielka objętościowo, pisana w formie listu, bardzo oszczędna jeśli chodzi o środki stylistyczne opowieść zdrowo mną potrząsnęła. Bohaterką i narratorką tej historii jest Hania - młoda kobieta, która przeżyła piekło małżeńskiej przemocy, bicia i poniżania. Na pozór ma sielskie życie - niezłą pracę, elegancki dom, przystojnego i czarującego męża, bezgranicznie ją uwielbiającego. Na pozór, bo w czterech ścianach mieszkania mąż zmienia się w tyrana maltretującego fizycznie i psychicznie najbliższą osobę. Ile jest w stanie wytrzymać ofiara takiego traktowania i co musi się stać, żeby zaczęła walczyć o siebie? I czy nie będzie już za późno?

Czytając książkę zastanawiałam się przez cały czas dlaczego Hanka godzi się na swój los - przecież to nie dawne czasy, kiedy żona była niemal własnością męża, pozbawioną środków do życia, rozwód czy separacja nie wchodziły w grę, bo żadna rodzina nie przyjęłaby w ten sposób zhańbionej córki pod swój dach. Co więcej - odniosłam wrażenie, że gdyby rodzice znali choćby część prawdy o jej życiu stanęliby za nią murem.
Tymczasem Hania cierpi w milczeniu, pozwala żeby mąż stopniowo uzależniał ją od siebie, zrywa kontakty z przyjaciółkami, a każdy gest i słowo stają się swoistym egzaminem - czy to mu się spodoba, a jeśli nie to jak na to zareaguje. Czy tylko na nią nawrzeszczy, czy posunie się do rękoczynów? 
Jest w psychologii takie określenie "syndrom sztokholmski" - stan, kiedy ofiara porwania lub zakładnik zaczyna sympatyzować ze swoim oprawcą a nawet mu pomaga. Jest pewnie jakieś analogiczne określenie takiego zachowania jeśli chodzi o przemoc w rodzinie - i historia Hanki jest najlepszym tego przykładem. Ona  przyczyn tego co ją spotyka szuka przede wszystkim w sobie, stara się usprawiedliwić męża, wytłumaczyć jego zachowanie swoimi błędami. 
Wydaje mi się, że bohaterka to osoba niezwykle wrażliwa a co za tym idzie niepewna siebie i swojej wartości. A takie osoby stanowią wymarzony cel dla różnego rodzaju psychopatów.

Książka pomimo wspomnianej wcześniej oszczędnej formy jest niezwykle emocjonująca i nie da się łatwo przejść do porządku po jej lekturze. Bo tak naprawdę taką Hanką może być ktoś nam bardzo bliski - siostra, mama, przyjaciółka... Ile szczęśliwych, zdawałoby się, związków skrywa w sobie tragiczną tajemnicę? A jak ja postąpiłabym będąc na miejscu Hanki?

Na szczęście to ostatnie pytanie mnie nie dotyczy...