Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na Kanapie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na Kanapie. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 listopada 2012

Miało być śmiesznie... ale mnie chyba poczucie humoru się stępiło niestety:(


Izabela Pietrzyk to szczecinianka, wykładowczyni języka rosyjskiego na Uniwersytecie Szczecińskim. Jej pierwsza powieść pt. „Babskie gadanie” ukazała się w 2011 roku i została bardzo dobrze przyjęta przez czytelników. „Wieczór panieński” stanowi w pewnym sensie kontynuację tego debiutu, gdyż po raz kolejny mamy okazję śledzić losy grupy przyjaciółek, czterdziestolatek mieszkających i pracujących w Szczecinie. Aczkolwiek od razu pragnę rozwiać obawy – można tę książkę czytać bez znajomości poprzedniego tomu.

Tym razem Iza, Renia i Dorota wybierają się na drugi koniec Polski, aby w Krakowie uczestniczyć w wieczorze panieńskim ich przyjaciółki Eli. Podróż nocnym pociągiem przebiega bez większych zakłóceń, jednak kiedy kobiety chcą zameldować się w hotelu okazuje się, że Renia zgubiła portfel z dokumentami. Na szczęście szybko okazuje się, że zguba trafiła do pewnego pana wracającego tym samym pociągiem do Szczecina, a który to pan, korzystając ze znalezionej w portfelu wizytówki, dotarł do przyjaciółki Reni – Małgosi. Kurtuazyjny telefon z podziękowaniami rozpoczyna wielce obiecującą znajomość, Krzysztof wydaje się być panem idealnym, tyle, że Renia z doświadczenia wie, że ideały nie istnieją. Z drżeniem serca czeka na powrót do domu i spotkanie twarzą w twarz…

Powieść przeczytałam dosyć szybko, aczkolwiek odczucia co do niej mam mocno mieszane. Temat poszukiwania „drugiej połówki” to chyba najpopularniejszy motyw w literaturze kobiecej i trochę trudno wymyślić tu coś nowego, aczkolwiek uczciwie muszę przyznać, że takiego rozwiązania jak w przypadku Renaty i Krzysztofa zupełnie się nie spodziewałam – może ono i  oryginalne, ale naciągnięte do granic możliwości.

Bohaterki Izabeli Pietrzyk to kobiety dojrzałe, mające już pewien bagaż doświadczeń, takie, które z niejednego pieca chleb jadły. Mają swoje pasje, zainteresowania i potrafią cieszyć się tym co ofiaruje im los a przede wszystkim mają siebie i swoją przyjaźń. Rozmaite problemy nie stępiły w nich radości życia i swoistego poczucia humoru, chociaż trzeba przyznać, że dla wielu osób niektóre ich „występy” mogą się wydać nieco rażące – faktem jest, że kiedy dojrzałe kobiety zachowują się jak gimnazjalistki to nie wygląda to najlepiej. W moim odczuciu przestaje być śmieszne a zaczyna być żałosne.

Największym jednak mankamentem „Wieczoru panieńskiego” jest jego niespójność. To właściwie nie jest jednolity tekst a kilka mocno wydłużonych scen, po kilkanaście lub kilkadziesiąt stron każda - aż się prosi aby wprowadzić rozdziały. Kolejna sprawa – nie jestem zwolenniczką zbyt długich i kwiecistych opisów przyrody, ale nie należy też przesadzać w drugą stronę, a niektóre dialogi ciągną się jak debata sejmowa i tak jak ona niczego do akcji powieści nie wnoszą. Przy okazji muszę stwierdzić, że jak dla mnie fragment dotyczący samego wieczoru panieńskiego nosi niestety znamiona plagiatu – w tekst wkomponowane są duże fragmenty utworu „Kopciuszek” autorstwa Jana Brzechwy (to taka sztuka teatralna przeznaczona dla dzieci), co nieco podrasowane, ale łatwe do rozpoznania i nigdzie nie ma nawet słówka o tym kto był inspiracją dla radosnej twórczości bohaterek, które podają się za autorki dziełka. Wydaje mi się, że na miejscu byłby przynajmniej jakiś przypis ewentualnie informacja na końcu książki – uważnie szukałam ale nigdzie takiej informacji nie znalazłam.

Jeśli chodzi o plusy tej książki to są właściwie dwa: poboczny wątek znajomości Doroty z pewnym taksówkarzem (o niebo lepiej skonstruowany niż wątek główny) oraz „reklama” jaką autorka robi kilku krakowskim lokalom gastronomicznym – wszystkie istnieją w rzeczywistości i w czasie wizyty w podwawelskim grodzie warto je odwiedzić.

Czy polecam? Hmm… Nie bardzo potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Może tak – czytajcie na własną odpowiedzialność. Bo może dostrzeżecie w tej historii coś więcej niż ja?


 Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu nakanapie.pl


poniedziałek, 16 lipca 2012

Wakacyjne podróże: Podlasie z Kalinowskimi z Kalinówki

Obserwując naszą rodzimą literaturę doszłam już jakiś czas temu do wniosku, że podobnie jak w innych dziedzinach życia również tutaj co jakiś czas pojawiają się nowe trendy i jeżeli czytelnicy zachwycą się jakimś tematem to szybko pojawiają się kolejne pozycje ów motyw wykorzystujące. Tak było z porzucaniem życia i kariery w wielkim mieście i szukania swojego miejsca na ziemi na zapadłej wsi (im bardziej dziko tym lepiej), tak było z zakładaniem pensjonatu (najlepiej nad jakimś akwenem wodnym) a aktualnie coraz bardziej widoczna jest moda na literaturę dworkową, tzn. kilkutomową sagę rodzinną, obejmującą okres kilkudziesięciu lat (najlepiej, żeby gdzieś od powstania styczniowego) i z dworem szlacheckim w tle.
Taką właśnie dworkową sagę stworzył Marian Piotr Rawinis, dziennikarz i pisarz pochodzący z Białostocczyzny, przez wiele lat związany z Częstochową a aktualnie osiadły na Suwalszczyźnie. Swoją karierę literacką rozpoczął w latach 80-tych, początkowo tworzył kryminały, natomiast w latach 2001 – 2003 powstało jego najbardziej znane dzieło pt. „Saga rodu z Lipowej”, historyczno – obyczajowa opowieść z przełomu XIV i XV wieku.
Kolejny cykl pt. „Dworek pod malwami” światło dzienne ujrzał w 2011 roku, kolejne tomiki ukazywały się co tydzień, początkowo miało ich być 52, ale ostatecznie powstało 60. Książka, którą mam przed sobą zawiera pierwsze cztery tomy z serii.
Tytułowy dworek to położony nieopodal Białegostoku majątek Kalinówka. Jego właścicielem jest Michał Kalinowski, wdowiec w średnim wieku, ojciec dwóch dorastających synów Ignacego i Stanisława, jednak prawdziwą władzę sprawuje jego matka, pani Katarzyna Kalinowska, która podejmuje najważniejsze decyzje we wszystkich sprawach, łącznie z życiem prywatnym syna. I właśnie postanowiła, że Michał powinien się po raz drugi ożenić. Co więcej znalazła już kandydatkę na nową panią Kalinowską – jest nią panna Justyna Nowacka, jedyna córka właściciela sąsiedniego majątku, co prawda już z piętnem „starej panny” i niezbyt ładna, ale te wady równoważy bogaty posag oraz fakt, że po śmierci swojego ojca odziedziczy Topolany, jeden z bogatszych majątków w okolicy. Starsza pani musi tylko wpłynąć na syna aby oświadczył się pannie Justynie.
Marian Rawinis stworzył barwną, wielowątkową opowieść z przeszłości. Oprócz właścicieli Kalinówki i ich sąsiadów czytelnik pozna mieszkańców okolicznych wsi, szczególnie rodzinę Józefa Lulewicza, którego najstarsza córka Franciszka stanie się przyczyną konfliktu pomiędzy panią Katarzyną i jej synem, będzie miał możliwość zajrzeć do żydowskich sklepików w pobliskim Zabłudowie, zobaczyć jak wyglądało życie drobnej inteligencji oraz obserwować działanie rosyjskiej policji, której funkcjonariusze przez cały czas szukają dowodów na antypaństwową działalność Polaków.
Co ważne, wiele z opisywanych osób to rzeczywiste postacie, autor tworzył swoją opowieść opierając się na faktach z życia dziadka ze strony matki, prawdziwe są też prawie wszystkie nazwy geograficzne - jedynie Kalinówki próżno szukać na mapie, wszystkie inne miejscowości leżą w obrębie gminy Zabłudów koło Białegostoku. Ma to niewątpliwy wpływ na wiarygodność historii, widać, że Rawinis zanim zaczął pisać swoją sagę dokładnie sprawdził materiały źródłowe. Oczywiście „Dworek pod malwami” to nie praca historyczna ale chwali się autorowi dbałość o realia przedstawianego świata.
Powieść napisana jest współczesnym językiem, co początkowo trochę mnie dziwiło, jednak później doszłam do wniosku, że może to i lepiej, bo nie trzeba szukać po słownikach znaczenia jakichś archaizmów. Z tego też pewnie powodu i powieściowi chłopi nie mówią gwarą a literacką polszczyzną, co zdecydowanie ułatwia odbiór tekstu i sprawia, że książkę czyta się niemal jednym tchem.
Przyznam, że początek w którym autor przedstawiał swoich bohaterów oraz powiązania między nimi trochę mi się dłużył, jednak później poszło już jak z płatka, co więcej akcja została przerwana w bardzo ciekawym momencie i już nie mogę się doczekać kiedy poznam dalsze losy Kalinowskich z Kalinówki.
Na szczęście drugi tom sagi będzie dostępny w księgarniach już we wrześniu…
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości serwisu Na Kanapie

wtorek, 27 marca 2012

O czytaniu uszami czyli moje doświadczenia z audiobookami.

Nie raz i nie dwa wypowiadałam się na temat swojego stosunku do audiobooków. Najkrócej rzecz ujmując - jest to zapewne świetny sposób na poznawanie kolejnych powieści, ale nie dla mnie niestety. A to z powodu takiego, że jestem wzrokowcem, a jeżeli czegoś słucham bez obrazu to po kilku minutach się niestety wyłączam. 

W połowie lutego na portalu Na Kanapie ruszyło radio z audiobookami - w pasku bocznym jest wklejka, przez którą można przejść na stronę tegoż radia. Codziennie w kanapowym radiu można słuchać fragmentu powieści - jeśli mamy czas i cierpliwość to w ten sposób można zapoznać się z oferowanymi książkami w odcinkach lub, po przesłuchaniu fragmentu, zdecydować się na ewentualny zakup audiobooka do domowych zbiorów.

Pomimo takiego a nie innego nastawienia do audiobooków postanowiłam spróbować. Początki były beznadziejne - dwudziestominutowy fragment słuchałam na trzy-cztery razy, czasem po dwa razy dziennie (na szczęście u nas wtedy ferie były i miałam czasu więcej) ale jakoś szło - najlepiej z tekstem, który już znałam - np. "Kolor magii" T. Pratchetta.

Prawdziwy egzamin audiobookowy zdałam w ciągu ostatnich tygodni, kiedy to słuchałam książki Roberta Marshalla "W kanałach Lwowa". Temat nielekki, wzbudzający ogromne emocje a co najważniejsze zupełnie nie moje klimaty. W związku z traumą z dzieciństwa (dziesięciolatka zapoznała się z albumem fotografii z obozu oświęcimskiego i odchorowała to) chyba trochę podświadomie omijam tematykę martyrologii i holocaustu szerokim łukiem a egzamin z historii najnowszej na studiach wspominam jako najgorszy koszmar. Bałam się tego tekstu jak mało czego, ale postanowiłam "Dam radę dosłuchać - świetnie. Nie dam rady - to trudno. Głowy mi nikt za to nie urwie". Przyznaję, były momenty, że chciałam zrezygnować - na szczęście podział na odcinki dawał czas na wyciszenie i uporządkowanie emocji. Dałam radę, aczkolwiek nakręconego na podstawie książki filmu "W ciemności" raczej nie obejrzę.

Przy okazji wynalazłam nowy i całkowicie autorski sposób na książki audio - słucham uszami a oczkami wgapiam się w tekst książki - tak poznaję w tej chwili "Kwiaty na poddaszu"V.C. Andrews, które chciałam już dawno przeczytać, tylko tak jakoś schodziło...

Przysłuchując się audiobookom doszłam do wniosku, że ogromną rolę odgrywa to kto czyta te książki. I tak wg mnie na uznanie zasługuje Andrzej Ferenc ("W kanałach Lwowa"), Krzysztof Tyniec (mistrzowskie wykonanie "Koloru magii") czy Jarosław Boberek (moje dziecko uwielbia czytane przez niego "Kocie historie"). Początkowo trochę denerwowała mnie nieco przesadna maniera Kamili Baar interpretującej "Kwiaty na poddaszu" ale później doszłam do wniosku, że egzaltowana nastolatka (a takowa jest narratorką tej historii) tak by się właśnie zachowywała opowiadając o przypadkach jakie spotkały ją i jej rodzeństwo. 
Na tym tle dosyć blado wypadają czytający autorzy - Mariusz Szczygieł jest świetnym publicystą ale już lektorem niekoniecznie, że o Beacie Pawlikowskiej nie wspomnę. Jej świergot drażnił mnie bardziej niż ciągłe bębnienie - bo w niektórych audiobookach oprócz tekstu są inne efekty dźwiękowe.

I żeby nie było - w kanapowym radiu można słuchać nie tylko książek wydanych przed kilku laty - w przyszłym tygodniu rozpocznie się emisja "Stulatka, który wyskoczył z okna i zniknął" J. Jonassona czyli tegorocznej premiery.

Podsumowując - audiobooki nigdy nie zastąpią w moim domu normalnych książek. Ale od czasu do czasu coś sobie poczytam uszami;)


wtorek, 28 lutego 2012

Na szlaku pierwszej krucjaty

Paul Doherty to brytyjski historyk i pedagog, dyrektor jednej z większych szkół średnich w kraju oraz pisarz mający w swoim dorobku literackim niemal 100 książek. Przez wiele lat publikował je pod różnymi pseudonimami (CL Grace, Michael Clynes, Ann Dukthas, Paul Harding, Anna Apostolou i Vanessa Alexander) jednak już od kilku lat wydaje swoje prace tylko pod własnym nazwiskiem.

Pisarz zajmuje się szeroko pojętą historią – jego książki osadzone są w realiach starożytnego Egiptu, klasycznej Grecji, średniowieczu jak również w czasach panowania dynastii Tudorów. Doherty tworzy zarówno prace popularnonaukowe jak i beletrystykę. Na polskim rynku ukazały się dwie jego książki – „Templariusz” i „Templariusz czarownik” (obydwie nakładem wydawnictwa Bellona) będące częścią planowanej trylogii o losach najsłynniejszego ale również najbardziej tajemniczego zakonu rycerskiego.
„Templariusz” pomyślany jest jako kronika pierwszej krucjaty, która wyruszyła do Ziemi Świętej w 1096 roku i po trzech latach, w lipcu 1099 roku, zajęła Jerozolimę. Autorką kroniki jest Eleonora de Payens, siostra Hugona de Payens i przyjaciółka Gotfryda z St. Omer – krzyżowców i założycieli Zakonu Ubogich Rycerzy Świątyni, popularnie zwanych templariuszami. Znakomita większość bohaterów książki to postacie znane z kart historii, opisywane wydarzenia miały miejsce w rzeczywistości a autor pisząc swoją książkę opierał się na autentycznych dokumentach i relacjach uczestników krucjaty oraz na opracowaniach historycznych.

Oczami Eleonory oglądamy przygotowania do wyprawy, trudności jakie musieli pokonywać krzyżowcy wędrując przez południową Europę i Bizancjum a przede wszystkim krwawe bitwy toczone z Saracenami, roczne walki o Antiochię a wreszcie oblężenie Jerozolimy i ostateczne zwycięstwo rycerstwa europejskiego nad muzułmanami. Eleonora to młoda kobieta, ogarnięta, podobnie jak wiele osób tamtej epoki, zapałem religijnym podsycanym przez duchowieństwo. Początkowo naiwnie wierzy, że wszystkimi uczestnikami krucjaty powodują religijne pobudki, ale dosyć szybko zaczyna dostrzegać inne, nie mniej ważne, powody dla których tysiące ludzi porzuciło swoje dotychczasowe życie i wyruszyło w nieznane – chociażby chęć zysku, ucieczkę przed sprawiedliwością czy poszukiwanie przygód. W miarę upływu czasu Eleonora traci swój idealizm i zaczyna wątpić w słuszność sprawy oraz boską opiekę nad Armią Boga.

Warto nadmienić, że autor nie ograniczył się tylko do opisu krucjaty – w opowieści mamy przygodę, tajemnicę, poszukiwanie skarbu a także wątek romansowy, które wzbogacają fabułę i pomagają odetchnąć od opisów okrucieństw wobec wrogów stosowanych przez obydwie strony konfliktu.

Książka Paula Doherty’ego jest bardzo trudna do sklasyfikowania w jakimś jednym gatunku literackim. Nie jest bowiem pozycją popularnonaukową, gdyż występują w niej osoby fikcyjne (choćby sama Eleonora) a jak na powieść historyczną jest napisana zbyt poważnym językiem. W filmowym żargonie jest takie określenie „fabularyzowany dokument” i „Templariusz” jest takim właśnie utworem – to zbeletryzowana wersja pracy naukowej. Czy to dobrze? Uważam, że tak, gdyż daje nieco inne spojrzenie na jeden z najpopularniejszych motywów literackich.

Legenda krucjat, zakonów rycerskich w ogóle a templariuszy w szczególe to temat wielu książek i filmów. I niestety obraz który możemy w nich znaleźć bardzo często jest wyidealizowany a przez to zwyczajnie przekłamany. Doherty pokazuje krzyżowców i ich wyprawę w całkiem innym świetle – krucjata to nie rycerska przygoda, którą można opiewać w utworach trubadurów, to wędrówka, często w głodzie i chłodzie, to krwawe walki, nieludzkie wręcz okrucieństwo wobec wrogów, stosy niepogrzebanych ciał, brak żywności prowadzący nawet do aktów kanibalizmu. A i uczestnicy wyprawy niewiele mają wspólnego z idealnymi bohaterami na miarę Cyda czy Rolanda – to, jakże często, ludzie pozbawieni zasad, okrutni, mściwi, zachłanni, skłóceni między sobą, bez skrupułów wykorzystujący innych do swoich celów.

„Templariusz” nie jest kolejną rozrywkowo-sensacyjną historią o rycerzach-zakonnikach. To pozycja, która zmusza do refleksji, nie tylko nad historią, ale również, a może przede wszystkim nad ludzką naturą. Bo jak wytłumaczyć, że w imię Chrystusa, głosiciela pokoju i miłosierdzia popełniano najokrutniejsze zbrodnie i mordowano niewinnych w imię woli bożej?
Na to pytanie sami musimy spróbować znaleźć odpowiedź…

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu Na Kanapie


poniedziałek, 2 stycznia 2012

Nie zawsze korzystanie ze świetnych wzorców jest gwarancją sukcesu...

Przez przypadek odnaleziony zostaje pewien wiekowy artefakt. O odczytanie znajdującej się na nim inskrypcji zostaje poproszony wybitny amerykański uczony. Szybko okazuje się, że znaleziskiem interesuje się pewien watykański hierarcha. Rozpoczyna się wyścig w którym stawką jest życie profesora i związanych z nim osób a także losy całego świata.

Jeżeli ktoś po przeczytaniu tego wstępu doszedł do wniosku, że będzie to recenzja któregoś bestsellera Dona Browna (ze wskazaniem na „Anioły i demony”) to jest w błędzie – aczkolwiek przy lekturze często miałam wrażenie, że autor czytanej przeze mnie książki zalicza się do wielbicieli twórcy postaci Roberta Langdona.

Autorem „Kodu Atlantydy”, bo o tej książce mowa, jest amerykański pisarz Charles Brokaw. Jak przeczytałam w notce biograficznej zamieszczonej w książce prowadzi bardzo aktywne życie. Był wykładowcą uniwersyteckim, nauczycielem, trenerem a nawet występował na rodeo. Gościnnie wykłada m.in. w Akademii West Point, zdarzają mu się odczyty dla CIA. Bardzo dużo podróżuje, jest pasjonatem lotnictwa, polityki międzynarodowej i nowoczesnej broni. Z oficjalnej strony pisarza dowiedziałam się, że „Kod Atlantydy” to jego debiutancka powieść, a na fali jej popularności powstały dwa kolejne tomy przygód przystojnego i uwodzicielskiego Thomasa Lourdsa – wybitnego profesora lingwistyki.

Tak jak napisałam we wstępie Lourdes zostaje poproszony o ekspertyzę znalezionego w Aleksandrii starożytnego artefaktu – glinianego dzwonka pokrytego niezrozumiałymi inskrypcjami. Szybko się okazuje, że niepozorny przedmiot ma dla kogoś ogromną wartość – grupa świetnie wyszkolonych najemników kradnie dzwonek, ale na szczęście Lourds zdążył go wcześniej sfotografować. Tymczasem w oddalonym o setki kilometrów Riazaniu rosyjska archeolog Julia Hapajew bada tajemnicze znalezisko – gliniany talerz pokryty tajemniczymi inskrypcjami. Uczona zostaje zamordowana przez zawodowych zabójców, którzy kradną talerz. Ich tropem rusza siostra zabitej Natasza, która jest oficerem służb specjalnych oraz profesor Lourds (Julia była jego przyjaciółką) i dwójka brytyjskich dziennikarzy – reporterka Leslie i kamerzysta Gary. Ich pełna przygód podróż prowadzi przez Europę i Afrykę aż do mitycznej Atlantydy, a właściwie do tego co po niej pozostało.

Autorowi nie można odmówić pomysłowości – odkrycie Atlantydy, pradawne instrumenty będące kluczem do największych tajemnic, tajne bractwo strzegące równie tajemnej biblioteki – wszystko to mogłoby być podstawą świetnej powieści sensacyjnej. No właśnie mogłoby być ale nie jest. Brokaw jakby się przestraszył, że wymyślił coś oryginalnego i szybko powędrował śladami swojego słynnego kolegi po piórze czyli wspomnianego wcześniej Browna. „Kod Atlantydy” nie jest na szczęście kalką „Kodu Leonarda da Vinci” i „Aniołów i demonów” ale jeśli ktoś czytał te książki to szybko wychwyci analogie.

Nie popisał się też autor jeśli chodzi o konstrukcję głównych bohaterów – Lourds to taki trochę Indiana Jones, chociaż zdecydowanie mniej sympatyczny, Natasza to wręcz jakiś cyborg, prawie jak rosyjskie agentki z filmów o Jamesie Bondzie, a Leslie to rozkapryszona blond Barbie o inteligencji, no może nie chełbi modrej, ale niewiele wyższej. Przyszło mi do głowy, że autor starał się korzystać ze sprawdzonych filmowych i literackich wzorów jednak nie do końca mu się to udało. Ale w kilku fragmentach widać potencjał i mam nadzieję, że przy kolejnych książkach uwierzył we własne możliwości i stworzył coś bardziej godnego uwagi niż ta, niestety mocno przeciętna, powieść. W każdym razie jeżeli któraś z tych książek doczeka się polskiego wydania chętnie się z nią zapoznam, żeby zobaczyć czy autor się rozwija i czy robi to w dobrym kierunku.

I na koniec jeszcze bardzo niepochlebna uwaga co do polskiej edycji. „Kod Atlantydy” wydany został przez „Bellonę”, wydawałoby się dosyć dobre wydawnictwo. Niestety w wypadku tej książki poniosło porażkę. Tylu literówek, błędów gramatycznych, interpunkcyjnych a nawet ortograficznych dawno już nie widziałam. Początkowo nawet sobie zaznaczałam co bardziej rzucające się w oczy błędy, ale szybko przestałam, kiedy na jednej kartce zmuszona byłam użyć trzech spinaczy. Nie wiem co robiła przy tej książce korekta (a w metryczce informację o takowej znalazłam) – ale raczej nie sprawdzała tekstu przed publikacją…

Generalnie książka dla bezkrytycznych wielbicieli gatunku, ewentualnie dla osób, które nie czytały jeszcze zbyt dużo literatury sensacyjnej – dla nich opisywane wydarzenia będą czymś nowym i ciekawym…

Książkę przeczytałam dzięki serwisowi Na Kanapie


czwartek, 25 sierpnia 2011

Geolog ratuje świat

Uwielbiam  wszelkiej maści sensacje a moim ulubionym autorem z tego nurtu jest Clive Cussler.  Dlatego też znane mi jest również nazwisko Jacka du Brula, który jest współautorem jego 5 książek z serii „Oregon”.
Tym razem jednak w moje ręce dostała się książka „Operacja Przystań Charona”, która jest samodzielnym dziełem tego pisarza i stanowi 2 tom serii opisującej przygody pewnego niezwykłego geologa nazwiskiem Philip Mercer. Dodam jeszcze, że większość książek z Mercerem Jack du Brul napisał jeszcze przed nawiązaniem współpracy z Cusslerem i że ten ostatni zwrócił uwagę na młodszego kolegę po piórze właśnie dzięki tym powieściom.

Akcja książki, która powstała w 1999 roku toczy się gdzieś pod koniec pierwszej dekady XXI wieku. Prezydent USA przedstawia nowatorski plan uniezależnienia Stanów Zjednoczonych od dostaw ropy z Bliskiego Wschodu proponując w zamian wykorzystanie krajowych zasobów tego surowca znajdujących się na Alasce oraz paliw alternatywnych. Gdyby udało się wprowadzić ten plan w życie państwa arabskie straciłyby zupełnie wpływ na światową gospodarkę a firmy zajmujące się handlem z nimi odnotowałyby ogromne straty. Przeciwko pomysłowi protestują również organizacje ekologiczne, gdyż prace wiertnicze na Alasce naruszą tamtejszy ekosystem. Jeżeli znajdzie się ktoś, kto skoordynuje działania niezadowolonych powstałą sytuacją to USA stanie przed największym kryzysem w swojej historii. A jeżeli jeszcze tym kimś będzie były agent KGB, który przed rozpadem Związku Radzieckiego wszedł w posiadanie planów i kodów dostępu pewnej operacji dywersyjnej to może to być cios po którym Stany Zjednoczone mogą się już nie podnieść.

Tymczasem Philip Mercer po zakończeniu testów nowego wiertła górniczego odpoczywa łowiąc wraz ze znajomymi ryby u wybrzeży Alaski. W czasie wyprawy ich kuter trafia na łódź na której doszło do jakiejś tragedii. Ciała załogi są na wpół spalone, a zniszczenia na pokładzie sugerują potężny wybuch. Znalezisko zostaje zgłoszone do Straży Wybrzeża a Mercer i towarzyszące mu osoby wracają do swoich domów. Kilka dni później okazuje się, że wszyscy towarzysze Philipa z owej rybackiej wycieczki nie żyją a na niego samego zostaje zorganizowane dwa zamachy, z których tylko cudem udaje się mu wyjść cało. Ślady prowadzą na Alaskę a kilka szczegółów wskazuje, że ze sprawą ma coś wspólnego Iwan Kierikow, dawny agent KGB i zaciekły wróg Mercera…

Książkę podobnie jak inne z tego gatunku czyta się z zapartym tchem. Szybkie tempo, zwroty akcji, niesamowite przygody, niezniszczalny, główny bohater stanowiący połączenie Jamesa Bonda z Dirkiem Pittem i zawikłana intryga to niepodważalne atuty tej historii. Jack du Brul stworzył sympatycznego, choć nie pozbawionego wad bohatera, który ma analityczny umysł, jest ekspertem w swojej dziedzinie, jest atrakcyjny, wytrzymały, odważny aż do brawury, niesamowicie inteligentny ale kiedy przeholuje z napojami wyskokowymi to jak normalny facet cierpi na ”syndrom dnia następnego”…

Jedynym, jak dla mnie, mankamentem tej książki była zbytnia rozwlekłość opisów w kilku miejscach tekstu. Wiadomo, muszą być zarysowane realia kreowanego świata, odniesienia społeczne i polityczne jednak jest to powieść sensacyjna i moim zdaniem zbyt duże rozbudowanie tych partii tekstu tylko spowalnia akcję. Właściwie to bardzo mnie ciekawi jak wyglądałaby ta książka gdyby autor pisał ją już po okresie współpracy z Cusslerem, u którego te właśnie wątki są skrócone do niezbędnego minimum.

Jest to jednak niedogodność na tyle drobna, że można ją wybaczyć autorowi a samą książkę serdecznie polecić fanom powieści sensacyjnej – to naprawdę świetna historia i warto po nią sięgnąć.

Książkę do recenzji otrzymałam z serwisu Na Kanapie.


wtorek, 19 lipca 2011

Nie sądź nigdy po pozorach...

Zdarza się Wam oceniać książkę po okładce? Przyznam się, że staram się unikać takich ocen, bo pozory często mylą, ale bywa tak, że zanim jeszcze zacznę czytać jestem zauroczona zewnętrznym wyglądem trzymanego w ręce tomu. Tak też było przy okazji „Letniego przesilenia”, najnowszej książki  Robyn Carr. A kiedy zaczęłam czytać tylko się umocniłam w pozytywnej ocenie, tym bardziej, że było to moje pierwsze spotkanie z tą autorką i nie miałam pojęcia czego się spodziewać.

Robyn Carr to uznana i wielokrotnie nagradzana pisarka amerykańska, od ćwierć wieku tworząca powieści obyczajowe i romanse historyczne. Na polskim rynku jest nieco mniej znana – dotychczas nakładem Wydawnictwa Mira wydana została jej trylogia „W cieniu sekwoi” oraz właśnie „Letnie przesilenie”.

Akcja książki obejmuje jedno lato z życia czterech przyjaciółek – Cassie, Julie, Marty i Beth. Wszystkie są tuż przed trzydziestką i mieszkają w Sonomie, niewielkim mieście w Kalifornii.  Na pierwszy rzut oka wszystkie prowadzą szczęśliwe życie. Jednak kiedy popatrzymy uważniej to okazuje się, że to tylko pozory. Pielęgniarka Cassie nie potrafi stworzyć szczęśliwego związku. Zwłaszcza ostatnia znajomość omal nie zakończyła się tragicznie – na szczęście z opresji wyratował ją Walt Arneson, długowłosy i wytatuowany motocyklista. Pomimo, że przy bliższym poznaniu Walt okazuje się sympatycznym i odpowiedzialnym człowiekiem, Cassie nie wyobraża sobie, że mogliby zostać parą.    Niepracująca zawodowo Julie i jej mąż to kochające małżeństwo z trójką dzieci i ogromnymi kłopotami finansowymi – pomimo, że Billy oprócz etatu w straży podejmuje jeszcze prace dorywcze nie jest w stanie utrzymać swojej rodziny. Marty, właścicielka zakładu fryzjerskiego i matka jednego syna, nie może narzekać na swój status materialny – jej zakład przynosi niezłe dochody, mąż Joe jest strażakiem i też dobrze zarabia ale i jej życie nie jest sielanką. Mąż, który w okresie narzeczeństwa był romantycznym adoratorem po ślubie zmienił się w niechlujnego, spoconego bałaganiarza, najchętniej spędzającego czas na kanapie przed telewizorem, nie biorącego pod uwagę potrzeb żony. Czwarta przyjaciółka lekarka Beth bardzo chce mieć dziecko – okazuje się jednak, że musi się zmierzyć z bardzo poważnym problemem zdrowotnym. Choroba przez którą przechodziła kilka lat wcześniej znów daje o sobie znać.
Trzy letnie miesiące staną się dla tych czterech młodych kobiet sprawdzianem ich przyjaźni. Czy uda im się rozwiązać swoje problemy? Po odpowiedź odsyłam do książki.

Czytając tę powieść zastanawiałam się przez cały czas nad pewną sprawą. A mianowicie czy wśród przyjaciół jest miejsce na sekrety. Pytanie o tyle adekwatne do sytuacji, że początkowo, pomimo łączącej je więzi, żadna z kobiet nie odkrywa się do końca przed innymi, największe problemy zachowując dla siebie. I doszłam do wniosku, podobnie jak bohaterki książki, że takie sekrety to nic dobrego. Przyjaciel po to jest, żeby można mu się zwierzyć z kłopotów – nawet jeśli nie oczekujemy od niego pomocy czy porady. Często wystarczy sama świadomość, że ktoś jest przy nas i trzyma za rękę – to niewiele, ale czasem znaczy więcej niż jakieś wielkie gesty. Jest również tak, że inna osoba patrząca z boku na nasze problemy jest w stanie dostrzec wyjście z sytuacji, którego sami nie zauważamy.

Książka stanowi świetną rozrywkę ale również może być materiałem do przemyśleń na temat istoty przyjaźni, tego co w życiu jest najważniejsze i dokonywanych wyborów.  Bo pomimo, że Cassie, Julie, Marty i Beth żyją gdzieś w dalekiej Kalifornii to każda z nas może w nich odkryć cząstkę siebie, swoje problemy i podejmowane decyzje. I oby każda z nas, drogie czytelniczki, miała w krytycznym momencie swojego życia tak oddanych przyjaciół jak to się stało udziałem bohaterek powieści. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości serwisu Na Kanapie

piątek, 24 czerwca 2011

Na nich wzorowali się Larsson i Mankell

Od jakiegoś czasu można zaobserwować duże zainteresowanie kryminałem w skandynawskim wydaniu. Pomimo, że jest to jeden z moich ulubionych gatunków literackich jakoś do tej pory nie miałam okazji przeczytać żadnej kryminalnej historii z tej akurat części Europy. Zmieniło się to za sprawą Maj Sjöwall i Pera Wahlöö - dwójki szwedzkich pisarzy, a zarazem partnerów życiowych, których wspólnym dziełem była 10-tomowa seria kryminałów z życia sztokholmskiej policji. Książki powstały w latach 1965-1975 a ich głównym bohaterem jest komisarz Martin Beck.

Tak się składa, że znajomość z komisarzem Beckiem rozpoczęłam od książki pt. „Twardziel z Säffle”, która jest w kolejności 7 tomem serii, ale mogę wszystkich uspokoić – w żaden sposób nie przeszkadza to w lekturze.
Martin Beck to policjant diametralnie różny od tych, których spotykamy na kartkach bardziej współczesnych kryminałów czy na ekranach kinowych. Przede wszystkim to zwyczajny facet, trochę już zmęczony życiem, raczej samotnik, rozwiedziony ojciec dwójki dzieci, wielbiciel muzyki poważnej i miniaturowych modeli okrętów, które sam konstruuje. Nie jest niezniszczalnym superbohaterem ani też superprzystojniakiem łamiącym kobiece serca, nie nosi też przy sobie broni. Poznajemy go w piątkową noc, kiedy po kolacji z córką marzy już tylko o odpoczynku. Niestety, nie będzie mu dane przespać się tej nocy…
W tym samym bowiem czasie w jednym ze sztokholmskich szpitali ktoś w bestialski sposób morduje pacjenta. Okazuje się, że zamordowany to Stig Nyman, emerytowany komisarz policji znany ze swoich brutalnych i nie zawsze zgodnych z prawem metod pracy. Pierwsza wersja przyjęta przez przybyłych na miejsce zbrodni policjantów zakłada, że mordercą jest jakiś szaleniec zbierający bagnety – tym bowiem narzędziem Nyman został zaszlachtowany, a wręcz przecięty wpół. Beck jednak uważa, że sprawa nie jest wcale taka prosta, a przeczucie mówi mu, że morderca nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Rozpoczyna się wyścig z czasem…

Książka opisuje realia pracy w szwedzkiej policji na przełomie lat 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku. Obraz jaki się z niej wyłania nie jest zbyt przychylny dla tej instytucji – brutalność, naginanie faktów dla własnych potrzeb, kumoterstwo to tylko niektóre nieprawidłowości o jakich piszą Maj Sjöwall i Per Wahlöö. Powodem takiego a nie innego przedstawiania jednej z najważniejszych instytucji praworządnego państwa może być fakt, że autorzy prezentowali skrajnie lewicowe poglądy a co za tym idzie krytykowali panujący w Szwecji socjaldemokratyczny model państwa. Nie przeszkodziło im to jednak w tworzeniu kolejnych książek, stali się wręcz klasykami szwedzkiego kryminału, jedna z najważniejszych nagród literackich w tej kategorii nazwano imieniem Martina Becka, a na ich książkach wzorują się takie tuzy skandynawskiego powieściopisarstwa jak Henning Mankell czy Stieg Larsson.

Książkę czyta się szybko, akcja jest wciągająca, tak, że trudno się od niej oderwać. Może jedynym mankamentem, który mnie osobiście trochę przeszkadzał była dziwna maniera pani tłumaczki (Halina Thylwe), która okręgi policyjne określa mianem parafii. Nie znam języka szwedzkiego i być może takie nazewnictwo tam funkcjonuje, jednak dla polskiego czytelnika słowo to zarezerwowane jest jednak dla administracji kościelnej. Tym bardziej, że zaintrygowana tym akurat określeniem dotarłam do pierwszego polskiego wydania tej książki w tłumaczeniu Marii Olszańskiej i w tamtej wersji używane jest słowo „okręg” lub „komisariat”. Ale to tylko taka drobna usterka, na którą większość czytelników pewnie nawet nie zwróci uwagi.

Generalnie uważam, że jest to świetnie napisana książka po którą powinni sięgnąć nie tylko wielbiciele skandynawskiej literatury kryminalnej.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości serwisu Na Kanapie


czwartek, 31 marca 2011

Jak zniszczyć życie dziecka

Dianne Dixon jest scenarzystką telewizyjną i dziennikarką radiową a przez pewien czas uczyła twórczego pisania w jednym z kalifornijskich uniwersytetów. Dzięki uprzejmości serwisu nakanapie.pl miałam możliwość zapoznać się z jej debiutancką powieścią pt. "Język sekretów".

Bohaterem powieści jest Justin Fisher kierujący jednym z londyńskich hoteli, który dostaje propozycję pracy w Santa Monica w Kalifornii. Justin urodził się w Los Angeles, mieszkał wraz z rodzicami i dwoma siostrami w jednorodzinnym domku przy Lima Street 822 ale odkąd zaraz po maturze wyjechał na studia do Bostonu a później do pracy w Europie zerwał wszystkie kontakty z rodziną. Teraz po powrocie w rodzinne strony Justin namawiany przez żonę Amy postanawia odbudować zerwane więzi z najbliższymi. Jednak okazuje się to bardzo trudne – jego dawny dom został sprzedany a jedyny trop prowadzi do domu opieki w którym przebywa ojciec Justina. Tam dowiaduje się, że ojciec zmarł dwa tygodnie wcześniej. Na cmentarzu znajduje groby obydwojga rodziców oraz, co wprawia go w uzasadnione przerażenie, swój własny nagrobek z którego wynika, że… zmarł w wieku czterech lat.


Justin nie może sobie poradzić z zaistniałą sytuacją, podejmuje nawet próbę samobójczą z której ratuje go sąsiad, jak się okazuje lekarz psychiatra. Przy jego pomocy Justin rozpoczyna wędrówkę w głąb siebie oraz we własną przeszłość – to co tam znajdzie na zawsze zmieni jego życie ale też w znaczący sposób wpłynie na stosunki z najbliższymi.
Dzieje Justina i jego rodziny poznajemy niejako dwutorowo – z punktu widzenia jego samego i tego co sobie przypomni w czasie psychoterapii oraz poprzez historię jego rodziców. Narracja przenosi czytelnika w czasie pomiędzy rokiem 2005 a latami siedemdziesiątymi ubiegłego wieku. Taka kompozycja utworu znacząco wpływa na jego dramaturgię i trzyma w napięciu aż do końcowego, jak dla mnie zupełnie zaskakującego, rozwiązania.
             
Książka ma wartką akcję, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że widać, że pisała to osoba związana ze światem kina – to świetny materiał na scenariusz filmowy. Postacie bohaterów są wielowymiarowe, nie ma tych zdecydowanie dobrych czy tych zdecydowanie złych, targają nimi emocje, dokonują nie zawsze słusznych wyborów i ponoszą ich konsekwencje. Pod fasadą szczęśliwej i kochającej rodziny Fisherowie kryją swoje mroczne tajemnice i zadawnione konflikty, skomplikowane relacje z przyjaciółmi oraz ze sobą nawzajem. Taka sytuacja nie może obyć się bez ofiar o czym najboleśniej przekonuje się Justin – kilkuletnie dziecko jest bez szans w wojnie prowadzonej przez dorosłych…
             
Powieść Dianne Dixon ogromnie mnie poruszyła i pomimo iż zdaję sobie sprawę, że to fikcja literacka nie mogę się z niej nadal otrząsnąć. Być może jest tak dlatego, że sama mam małe dziecko i czytając książkę oczami wyobraźni widziałam na miejscu Justina mojego synka. Chwilami nie potrafiłam opanować wzruszenia ale były też momenty gdzie targała mną autentyczna wściekłość na dorosłych traktujących dziecko jak mało wartościowy przedmiot w swoich prywatnych przepychankach. Niestety życie pokazuje, że takie sytuacje nie są jedynie literacką kreacją czy pomysłem scenarzysty filmowego.
             
Uważam, że książka jest piękną, choć trudną lekturą (szczególnie dla tych bardziej wrażliwych czytelników)  i dlatego szczerze ją polecam.


piątek, 25 lutego 2011

Wystrzegaj się takich przyjaciółek...





Jaki jest najlepszy wiek na debiut literacki? Na to pytanie nie ma chyba dobrej jednoznacznej odpowiedzi. Bywają oczywiście osoby, które debiutowały w bardzo młodym wieku i osiągnęły sukces jednak najczęściej aby napisać wartościową książkę trzeba mieć jakiś bagaż doświadczeń życiowych i poprzez ich pryzmat spoglądać na otaczający świat. Taką późną debiutantką jest  australijska pisarka Rebecca James – publikując swoją pierwszą powieść miała bowiem 39 lat. Z dnia na dzień bezrobotna matka czwórki dzieci staje się sławna na całym świecie a wydawcy z kilkudziesięciu krajów walczą o możliwość wydania jej książki. W 2009 roku Rebecca i jej "Piękna ZŁAlicja" stały się sensacją targów książki we Frankfurcie – w samych Niemczech sprzedano w ciągu trzech tygodni od premiery 55 tysięcy egzemplarzy tej powieści.
Rzadko się zdarza aby tytułowy bohater umierał na samym początku książki ale w tym wypadku tak właśnie jest. Autorka od razu w pierwszym zdaniu informuje czytelnika o pogrzebie Alicji. Jednak pomimo sugerującego co innego tytułu  główną bohaterką i narratorką książki jest Katherine Petterson vel Katie Boydell, którą poznajemy  jako dwudziestotrzyletnią samotną matkę kilkuletniej Sary.  Katherine przeżyła w przeszłości ogromny dramat – kiedy miała siedemnaście lat jej młodsza siostra Rachel została brutalnie zamordowana. Dziewczyna cały czas uważa, że rodzice pomimo iż nie mówią o tym wprost mają do niej żal z powodu tej tragedii, zresztą ona sama uważa się za współwinną tego co się stało – gdyby nie zabrała siostrzyczki na podejrzaną imprezę ta dalej by żyła… Wydarzenie to rozbiło uporządkowane życie rodziny Boydellów - Katie zmienia nazwisko, wyprowadza się z rodzinnego Melbourne i rozpoczyna naukę w maturalnej klasie Drummond High, prestiżowego liceum w Sydney. Pewnego dnia w jej życie wkracza piękna i przebojowa Alicja - najpopularniejsza dziewczyna w szkole. Luźna znajomość dosyć szybko się zacieśnia, a zafascynowana Alicją Katherine nie zauważa, że nowa przyjaciółka wciąga ja w jakąś mroczną grę.
Akcja powieści toczy się niejako w trzech planach czasowych, które się nawzajem przeplatają. Katherine wspomina okoliczności śmierci Rachel oraz analizuje historię toksycznej przyjaźni, która połączyła ją z Alicją oraz jej chłopakiem Robbiem. W tych wspomnieniach Alicja przybiera kształt pięknego i egzotycznego ale szalenie niebezpiecznego kwiatu, który przyciąga owady swą urodą i zapachem aby kiedy już znajdą się zbyt blisko zniszczyć je. Kiedy Katherine próbuje wyzwolić się z pod wpływu Alicji ta zamienia jej życie w piekło. Kto wygra w tej walce, jakie były motywy postępowania Alicji – po odpowiedź na te oraz szereg innych pytań odsyłam do lektury.
Rebecca James w fascynujący sposób przedstawiła wzajemne relacje zachodzące pomiędzy bohaterami. Alicja ma wpływ nie tylko na rówieśników. Używa swojego wyjątkowego czaru i podporządkowuje sobie ojca Robbiego i rodziców Katherine aby następnie użyć ich przeciwko własnym dzieciom. Można by snuć rozważania która z dziewcząt jest bardziej tragiczną postacią – wykorzystywana Katherine czy wykorzystująca ją Alicja. Tak na prawdę nie ma dobrego zakończenia tej historii. Alicja ma wpływ na Katherine nawet po swojej śmierci.
Książka jest wciągająca, kiedy już wejdziemy w jej świat trudno się z niego wyrwać, jednak nie nazwałabym jej łatwą lekturą. Mroczny sekret Katherine, intencje Alicji wobec niej, beznadziejne uczucie Robbiego to wszystko tworzy gęstą pajęczynę wokół czytelnika z której bardzo ciężko jest mu się wydostać. Powieść przeczytałam niemal jednym tchem jednak aby napisać tę recenzję musiałam ochłonąć i uporządkować swoje wrażenia i emocje. Uważam, że jest to świetna lektura nie tylko dla młodych ludzi dopiero wkraczających w dorosłe życie ale również dla osób dojrzałych. Bo taka historia jaka stała się udziałem Katherine może spotkać każdego z nas.
I chyba w tym tkwi fenomen „Pięknej ZŁAlicji”.

Książkę do recenzji otrzymałam z serwisu Na Kanapie. 

 

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Tajemnica błękitnego zamczyska

Nie tak dawno Pablo na swoim blogu wyraził opinię, że mało się pisze o literaturze dla dzieci. Przyznaję Mu rację bo obserwując kilkanaście blogów książkowych relacje o twórczości skierowanej do najmłodszych znalazłam zaledwie na kilku. Może wiąże się to z tym, że większość blogujących to osoby młode, nie obarczone jeszcze przychówkiem, więc ten rodzaj literatury jest niejako poza ich nurtem zainteresowań. A może przyczyny są jeszcze inne? Nie wiem…
Ale ad rem.
                Ponieważ jestem mamą młodego człowieka w wieku lat prawie sześciu to siłą rzeczy jestem taką literaturą zainteresowana i od czasu do czasu coś o książeczkach dla dzieci napiszę.
 Trafiła ostatnio  w moje ręce „Tajemnica błękitnego zamczyska” autorstwa Beaty Wieczorek.  Gdybym musiała zakwalifikować jakoś tę opowieść to miałabym chyba problem – najbliżej prawdy byłoby określenie jej jako powieści obyczajowej z elementami fantasy. Główna bohaterka to kilkunastoletnia Magdalena (właśnie Magdalena – nie Magda czy Madzia), która od roku mieszka wraz z rodzicami we wsi nieopodal tajemniczych ruin zamku. Właśnie zaczęły się wakacje i Magdalena ma w planach wizytę w ruinach. Dziewczynki nie powstrzymują ani ostrzeżenia sąsiadów ani wyraźny zakaz rodziców. Zanim jednak Magdalena ma możliwość wprowadzić swój plan w życie przyjeżdża na kilka dni Anita - niezbyt lubiana kuzynka z miasta. Wykorzystując nieobecność rodziców Magdalena ze swoim szkolnym kolegą Radkiem oraz marudzącą Anitą jadą na rowerach w kierunku zamku. Zamek jest pełen czarów i niebezpieczeństw a dzieci muszą się wykazać odwagą i pomysłowością aby wyjść obronną ręką z tej przygody.
                Nie  znalazłam nigdzie innych śladów twórczości pani Beaty Wieczorek zakładam więc, że jest to jej literacki debiut. I gdybym miała go oceniać „po szkolnemu” to dałabym tej książce solidną czwórkę. Intryga jest nieźle pomyślana, historia jest spójna, część realna nie przytłacza fantastycznej – powiedziałabym wręcz, że epizody baśniowe są o wiele lepsze od obyczajowych. I właśnie w związku z warstwą obyczajową mam kilka „zarzutów” do autorki.
                Może się czepiam, ale Magdalena jest dla mnie troszkę sztuczna i na siłę wzorowa. Już od samego imienia zaczynając – dzieci mają tendencję do zdrobnień czy wręcz przeinaczeń swoich imion więc ta „Magdalena” mi zgrzyta, poza tym dziewczynka używa słów, których raczej u dziecka nie usłyszymy, np. mówi o Anicie, że jest „zadufana”. Pomimo, że Anita jest wobec niej po prostu niegrzeczna Magdalena znosi to z cierpliwością i pogodą ducha – ponad 20 lat pracuję w szkole i nie zdarzyło mi się spotkać takiego anioła w ciele dziecka. No, ale może nie miałam szczęścia… Wydaje mi się, że autorka chciała stworzyć historię z przesłaniem i troszkę przedobrzyła.
                Książka jest starannie wydana, ma piękne ilustracje wykonane przez samą autorkę i twardą oprawę. Pomimo pewnego dydaktyzmu mojemu dziecku się podobała – jest w niej trochę strachu, przygoda, tajemnicze i magiczne przedmioty czyli to co dzieci lubią.  Tak więc mogę właściwie z czystym sumieniem polecić tę książkę dla kilkuletniego czytelnika.

Książkę otrzymałam z portalu nakanapie.pl

środa, 26 stycznia 2011

Opowieść o strzelcu wyborowym

 

Stephen Hunter to amerykański krytyk filmowy, dziennikarz, ale przede wszystkim autor bestsellerowych thrillerów. "Strzelec" to chyba najsłynniejszy z nich, nagrodzony w 1994 roku Nagrodą Pulitzera. Na polski rynek książka ta trafiła dopiero jesienią 2010 roku razem ze swoją kontynuacją, powieścią pt. „47 samuraj”. Książka posłużyła za podstawę do scenariusza hollywoodzkiego filmu pod tym samym tytułem, gdzie główną rolę zagrał Mark Walhberg.
 Powieść Huntera wydana została przez wydawnictwo Mayfly w serii „360̊. Człowiek na krawędzi”. Wydawca dołączył do książki wkładkę „Arsenał strzelca”, w której przedstawiono fotografie najbardziej znanych typów broni używanej przy strzelaniu precyzyjnym wraz z opisami i ciekawostkami ich dotyczącymi. Przedmowę do „Strzelca” napisał ppłk Marek Czerwiński, oficer WP, autor m.in. „Czasu snajperów”.

Chociaż wydarzenia opisane w książce są fikcją literacką, autor na kartach swojej powieści nawiązał do problemów z przeszłości swojego kraju, takich jak wojna w Wietnamie czy zabójstwo prezydenta Keennedy’ego, z którymi Amerykanie tak naprawdę jeszcze nie do końca się uporali, chociaż minęło od nich już wiele lat. Porusza również sprawy bardziej współczesne – zaangażowanie Ameryki w konflikty w państwach Trzeciego Świata czy nie do końca uczciwe działania służb specjalnych.
 Głównym bohaterem powieści, tytułowym strzelcem, jest Bob Lee Swagger, zwany Gwoździarzem. Bob jest urodzonym na amerykańskim Południu synem policjanta, weteranem wojny w Wietnamie, człowiekiem zamkniętym w sobie i samotnym. To typowy „dobry Amerykanin” patriota, wierzący w sprawiedliwość i szanujący prawo. Jego przeżycia z wojny miały decydujący wpływ na jego osobowość.  Odizolował się od świata, mieszka samotnie w przyczepie w górach w stanie Arkansas, nie ma przyjaciół, a jego jedynym towarzyszem jest Mike – pies przybłęda. Zdawać by się mogło, że świat o nim zapomniał i że poza kilkoma fanami strzelania precyzyjnego nikt już nie pamięta o jego istnieniu.
Tymczasem pewnego dnia do Boba zgłasza się płk William A. Bruce, przedstawiciel firmy produkującej amunicję z prośbą o konsultację i wypróbowanie jego pocisków. Bob niezbyt chętnie, ale jednak wyraża zgodę na przeprowadzenie testów dla Accutech Industries Inc. Ta wydawałoby się mało znacząca propozycja współpracy stanie się dla Swaggera początkiem całego ciągu wydarzeń, które przewrócą do góry nogami jego uporządkowaną egzystencję. Jak się bowiem dosyć szybko okazuje, zleceniodawcy Boba nie są tymi za których się podają, jego umiejętności strzeleckie zostaną wykorzystane niekoniecznie zgodnie z prawem a on sam będzie musiał walczyć o swoje życie.
„Strzelec” ma jeszcze jednego bohatera, może trochę drugoplanowego ale bardzo ważnego. To agent nowoorleańskiego oddziału FBI Nick Memphis. Nick to miły facet, którego największym życiowym marzeniem jest służba i kariera w FBI i który dla tej kariery jest gotów znosić różnego rodzaju niedogodności i upokorzenia. W pracy jest lubiany, ale kiedy okoliczności sugerują, że popełnił błąd może liczyć na pomoc tylko jednej osoby – pracującej w archiwum Sally.
Losy tych dwóch ludzi splatają się w momencie gdy Bob ścigany przez policję i FBI bierze Nicka za zakładnika. Początkowa nieufność, a wręcz wrogość ustępuje a obydwaj mężczyźni nawiązują coś na kształt przyjaźni.

Książkę pomimo jej objętości (ponad 600 stron) czyta się szybko. Autor świetnie buduje dramaturgię dzięki niespodziewanym zwrotom akcji – właściwie do samego końca trzyma w napięciu, a samo zakończenie jest bardzo pomysłowe. Postacie są wyraziste – zarówno te na pierwszym planie, jak i te mające epizodyczną rolę. Pewnym mankamentem jest dosyć wyraźnie zaznaczona granica między „dobrymi” i „złymi”, od razu i bez większego wysiłku można rozpoznać kto jest kto – ale to z drugiej strony niejako wymóg gatunku do którego przypisany jest „Strzelec”. Autor propaguje w swojej powieści prawdziwą przyjaźń, lojalność, wiarę w ostateczną sprawiedliwość i nagrodę za dobre uczynki.
Pomimo, że w książce jest dosyć dużo szczegółów fachowych na temat broni, amunicji i techniki strzeleckiej, to nie jest to w żadnym wypadku podręcznik snajpera. Autor prezentuje dużą znajomość tematu, jednak szczegóły techniczne nie przytłaczają akcji książki.

Wydaje mi się, że jest to świetna lektura nie tylko dla wielbicieli strzelania, ale dla wszystkich lubiących przygodę, prawdziwą przyjaźń, dreszcz emocji i szybką akcję w sensacyjnym wydaniu.

Książkę do recenzji otrzymałam z serwisu nakanapie.pl
 




czwartek, 20 stycznia 2011

Włócznia przeznaczenia



Craig Smith to autor, który na czytelniczym rynku pojawił się stosunkowo niedawno – jego pierwsza książka pt. „Przeklęty zakon” ujrzała światło dzienne w 2007 roku, a kolejna, czyli „Włócznia przeznaczenia” została wydana rok później . Na polski rynek obydwie książki trafiły w bieżącym roku.
Z krótkiej notki umieszczonej w książce możemy się dowiedzieć, że autor jest doktorem filozofii i wykładał język angielski i inne przedmioty humanistyczne na University of North Colorado. Czas przeszły w tej notce może sugerować, że postanowił zająć się zawodowo czymś innym, być może pisarstwem…


„Włócznia przeznaczenia” to książka sensacyjna, której akcja toczy się w dwóch planach czasowych – okresie międzywojennym i w czasach współczesnych. Punktem wyjścia w obydwu przypadkach jest tragedia w górach.
Otóż 16 marca 1939 roku w Alpach u podnóża góry Wilder Kaiser grupa żołnierzy SS znajduje ciało Otto Rahna, naukowca zatrudnionego przez Himmlera do poszukiwania cennych artefaktów, m.in. Świętego Graala.
58 lat później, 24 marca 1997 roku w ramach podróży poślubnej, zapaleni alpiniści lord Robert Kenyon i jego młoda żona Kate, postanawiają zdobyć Eiger, jeden z niebezpieczniejszych alpejskich szczytów. Do obozujących na skalnej półce wspinaczy dołączają w pewnym momencie dwaj Austriacy, którzy po kilku minutach rozmowy mordują przewodnika, Kate strącają w przepaść, a następnie zrzucają tam też ciało jej męża. Kate udaje się jednak cudem uratować i zemścić na zabójcach męża. Nie rozumie powodów tej zbrodni i przysięga sobie znaleźć zleceniodawców zamachu.
W dalszej części powieści poznajemy losy Otto Rahna młodego naukowca, zafascynowanego średniowiecznymi dziejami francuskiej Langwedocji, ze szczególnym uwzględnieniem tzw. „Kościoła Katarów”. Była to organizacja religijna działająca na tamtych terenach w średniowieczu, tępiona przez Kościół Katolicki do tego stopnia, że zorganizowano nawet krucjatę przeciw katarom. Legendy głosiły, że w posiadaniu katarów były szczególnie cenne relikwie związane z Jezusem , a więc Święty Graal, włócznia, którą miał być przebity Chrystus na krzyżu czy wreszcie płótno w które zawinięto ciało Chrystusa po śmierci. Rahn, który nie posiada zbyt wielu funduszy poznaje latem 1931 roku niemieckie małżeństwo Elizę i Dietera Bachmanów i zostaje ich przewodnikiem po okolicy. Luźna znajomość przeradza się w przyjaźń i kiedy Hitler dochodzi do władzy Bachman poleca Rahna Himmlerowi jako obiecującego naukowca i poszukiwacza skarbów. Młody człowiek, który do tej pory trzymał się z daleka od polityki znajduje się w samym jej centrum i musi wybrać po której stronie stanie.
Wątek historyczny przez cały czas przeplata się ze współczesną historią poszukiwań zabójcy Roberta Kenyona. Od jego śmierci minęło 11 lat, Kate wyszła drugi raz za mąż i razem z mężem Ethanem oraz przyjacielem Thomasem Malloy’em, byłym pracownikiem CIA jest bardzo bliska rozwiązania zagadki. Malloy, który pomimo odejścia z CIA podejmuje się czasem prac na zlecenie szuka amerykańskiego biznesmena, który zniknął po zdefraudowaniu majątku swoich kilku przedsiębiorstw. Jest wiele dowodów na to, że te dwie sprawy się łączą a wszystkie nici prowadzą do Hamburga, a następnie do Zurychu.
Autor wykonał świetną pracę, jeżeli chodzi o przedstawienie kultury katarów i ich dziejów. Trzyma się faktów historycznych, a równocześnie nie nudzi, nie tworzy podręcznika akademickiego. Zresztą cała część międzywojenna jest nieźle skomponowana, pokazuje na przykładzie jednostek problemy i wybory jakie musiało podjąć całe społeczeństwo niemieckie po dojściu Hitlera do władzy. Natomiast część współczesna, to już trochę inna sprawa. Wiadomo powieść sensacyjna rządzi się swoimi prawami. Ale i tu są pewne granice. I wydaje mi się, że autor trochę przeszarżował – bohaterowie noszą ze sobą tony sprzętu i amunicji, które w żaden sposób nie utrudniają im ruchów, Malloy pomimo skończonych pięćdziesięciu lat nie ustępuje sprawnością fizyczną i wytrzymałością młodszej o 20 lat Kate, która pomimo wcześniejszych obrażeń i świeżo przestrzelonej nogi bez problemu wdrapuje się na piętrowy budynek… przykłady można mnożyć w nieskończoność.
I jeszcze jedno zastrzeżenie – obydwa wątki żyją swoim życiem i właściwie nie bardzo wiadomo co mają ze sobą wspólnego. Wyjaśnienie przychodzi w ostatnim rozdziale i jest, jak dla mnie, trochę kulawe. Wygląda jakby autor przypomniał sobie, że jakoś trzeba je ze sobą związać, żeby uzasadnić ich współistnienie w jednej powieści.
Pomimo tych zastrzeżeń książka mi się podobała, ma wartką akcję, obie części są spójne, nie ma zalewu technicznych szczegółów, historii jest tyle ile trzeba i to podanej w prostej, zrozumiałej formie. Idealna lektura na długie jesienne wieczory.
Ponieważ „Włócznia” stanowi sequel „Przeklętego zakonu” to pewnie i po tamtą książkę sięgnę, ale nie jest to postanowienie z kategorii: „Muszę to mieć natychmiast!”, ale raczej „Pewnie kupię kiedyś przy okazji…”.

Książka wygrana w konkursie na portalu nakanapie.pl

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Współczesna wersja Jane Austen



Na początku chciałam zaznaczyć, że książka trafiła do mnie niejako przez pomyłkę, gdyż nie jestem, z racji wieku, jej docelowym „targetem” (brr… okropne określenie). Przeczytałam jednak i zdaję sobie sprawę, że jako osoba już dosyć dawno dorosła mogę ją odbierać inaczej niż nastolatki do których jest skierowana. Ale do rzeczy.
Anna Eliot poznała kiedyś i pokochała Feliksa Wentwortha, a następnie pod wpływem rodziny zerwała z nim. Teraz dowiaduje się, że jej ukochany powraca z wojny i być może los da im jeszcze jedną szansę…
Brzmi znajomo?
Dla wielbicieli Jane Austen z pewnością. Tak rozpoczynają się „Perswazje” – jej ostatnia powieść. Jedyna zauważalna różnica to inne imię głównego bohatera – u Austen Wentworth ma na imię Fryderyk.
Jane Austen, pomimo, że napisała tylko kilka powieści i nie żyje już prawie od 200 lat jest jedną z najbardziej znanych i lubianych angielskich pisarek. Jej książki są chętnie czytane przez ludzi w różnym wieku, a dla wielu autorów jej twórczość stanowi inspirację. Tak jest z Rosie Rushton autorką „Ech miłości”. Pisarka ta postawiła sobie za zadanie przełożenie na język współczesny tych XIX-wiecznych powieści. Zabieg nieco ryzykowny, zwłaszcza, że chodzi o tak znaną i lubianą literaturę. I wydaje mi się, że w przypadku tej konkretnej powieści udało się jej wyjść obronną ręką. Rushton nie trzyma się kurczowo literackiego pierwowzoru, a książka nie jest kalką tekstu Austen. Bohaterowie mają podobne cechy charakteru, konfiguracje rodzinno-towarzyskie, podejmują podobne wybory jednak autorka dopasowała to wszystko do oczekiwań współczesnego czytelnika. W książce mamy do czynienia z problemami, które dotyczą dzisiejszej młodzieży – pierwsza miłość , potrzeba akceptacji, zderzenie młodzieńczych ideałów ze światem dorosłych, rozdarcie pomiędzy uczuciem a obowiązkiem, poszukiwanie własnej życiowej drogi, itp. Oprócz tego autorka wplotła w swoją historię, na szczęście bez przesadnej dydaktyki, tak ważne społeczne problemy jak rasizm, niepełnosprawność fizyczna czy „uczciwość” poglądów głoszonych przez polityków starających się o głosy wyborców. To wszystko jest jednak tłem na którym możemy obserwować rozwój osobowości Anny Eliot. Główna bohaterka zmienia się na naszych oczach z cichej, podatnej na wpływy, posłusznej dziewczynki w świadomą swoich potrzeb i życiowych pragnień młodą kobietę.
Widać, że Rosie Roshton lubi swoich młodych bohaterów, pomimo, że nie wszyscy są idealni. Natomiast niezbyt pozytywnie przedstawiają się dorośli – ojciec Anny i matka Feliksa. Tak naprawdę żadne z nich nie może być oparciem dla tych młodych ludzi, co więcej nie zawahają się wykorzystać uczuć swoich dzieci dla własnych korzyści.
Musze przyznać, że nie przepadam za różnego rodzaju remake’mi, bo najczęściej są one gorszej jakości niż oryginalne dzieła. Tym razem byłam jednak pozytywnie zaskoczona. Książka podobała mi się i czytałam ją z przyjemnością. Jest spójna, intryga pomimo pewnych ograniczeń jest przemyślana i zgrabnie przeprowadzona, zakończenie jest dosyć pomysłowe chociaż przewidywalne (szczególnie dla tych którzy czytali „Perswazje”). Z chęcią przeczytam pozostałe utwory pani Roshton, bo bardzo jestem ciekawa jak w jej wydaniu wyglądają pozostałe powieści Jane Austen, szczególnie moja ukochana „Duma i uprzedzenie”.
I na koniec mam taką cichą nadzieję, że młode czytelniczki po przeczytaniu „Ech miłości” sięgną po ich klasyczny już pierwowzór.

Książkę otrzymałam z portalu nakanapie.pl

czwartek, 13 stycznia 2011

Flashback

Nie mam zbyt dobrych doświadczeń czytelniczych, jeśli chodzi o polskie kryminały, dlatego z pewną rezerwą sięgnęłam po "Flashback" Eugeniusza Dębskiego. Pobieżne przekartkowanie uświadomiło mi, że akcja powieści dzieje się w przyszłości, niezbyt może odległej, jakieś 50 lat, ale jednak... No cóż, przyznam, że nie jestem zbyt wielkim fanem s.f., więc i to nie działało na korzyść tej powieści. Ale nie należy oceniać książki przed przeczytaniem... Zaczęłam więc czytać - oto główny bohater, były prywatny detektyw Owen Yeates, po przejściu w stan spoczynku zajmuje się pisaniem kryminałów. Kiedy jednak dostaje jakąś ciekawą propozycję, to z większymi lub mniejszymi oporami ją przyjmuje. Tym razem zlecenie pochodzi od bogatego i wpływowego prawnika, Guylorda, którego ktoś usiłuje zabić, a jakiś inny tajemniczy ktoś go ochrania. Ponieważ Owen nie bardzo pali się do przyjęcia zlecenia, zostaje zmotywowany maleńkim szantażykiem - ma żonę i synka... Po kilku pierwszych rozdziałach, które szły mi trochę opornie, dałam się wciągnąć powieściowej intrydze do tego stopnia, że czytałam do trzeciej nad ranem, żeby dowiedzieć się, jakie jest rozwiązanie zagadki i nie było ważne, że to środek tygodnia i następnego dnia trzeba wstać do pracy...


Owen to typowy powieściowy twardziel - świetnie radzi sobie z bronią, jeździ jak rajdowiec, jest wysportowany, żywi się wyłącznie energetycznymi napojami, piwem i koniakiem, czasem dla uniknięcia monotonii sięga po jakiegoś wymyślnego drinka, pali jak smok i ma cierpkie poczucie humoru. Jest inteligentny, błyskotliwy, choć czasami bywa naiwny, jeśli zachodzi taka potrzeba - potrafi być brutalny. Po tym opisie można dojść do wniosku, że autor w kwestii bohatera kryminału nie wymyślił niczego nowego. Może i tak, ale w tym wypadku muszę się zgodzić z zasłyszanym gdzieś zdaniem, że w literaturze nie chodzi o to, o czym się pisze, ale jak się pisze. I w tym miejscu chylę czoło przed umiejętnościami literackimi autora. Świetny styl, dbałość o szczegóły, umiejętne dawkowanie napięcia - wszystko to sprawiło, że książkę przeczytałam jednym tchem, a po jej zakończeniu miałam ochotę jęknąć: "To już koniec... szkoda...".

Z okładki dowiedziałam się jednak, że Eugeniusz Dębski popełnił cały cykl książek o Owenie Yeatesie - więc "Chcę jeszcze!!!"



Książka wygrana w konkursie na portalu nakanapie.pl