Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Klin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Klin. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 lutego 2017

Oddać czy zostawić? Oto jest pytanie! (cz. 1)

To, że jestem uzależniona od książek wiem już od dawna. Wie to również moja rodzina i większość znajomych. Nie mam pojęcia ile książek jest w domu, ale mąż mój Robert prorokuje, że w końcu strop nie wytrzyma obciążenia makulaturą i któregoś ranka weźmie się i zarwie, a my obudzimy się u mojej mamy (mama mieszka na parterze a my na piętrze)... 
Żeby zminimalizować zagrożenie katastrofą budowlaną (to wersja oficjalna, nieoficjalna jest taka, że potrzebuję miejsca na nowe tomy) od jakiegoś czasu część moich zbiorów oddaję naszej gminnej bibliotece. Obydwie strony są zadowolone - ja, bo mam twardy dowód dla szanownego małżonka, że poważnie przejmuję się jego opiniami, a biblioteka to wiadomo - każda nowa książka mile widziana.
Na moich półkach sporo jest takich książek, które kupiłam w porywie chwili, bo bardzo chciałam je przeczytać, a później tak mi jakoś zeszło i albo o nich zapomniałam, albo nie miałam nastroju - no dość na tym, że pokrył je kurz i pajęczyny.
I tu dochodzimy do sedna sprawy - wybierając książki do przekazania dla biblioteki trafiam na te nieprzeczytane bidulki i muszę zdecydować co z nimi zrobić A żeby podjąć decyzję trzeba przecież książkę przeczytać, prawda? I tak się zrodził pomysł na cykl "Oddać czy zostawić?", czyli notatki (bo to jednak nie będą recenzje czy opinie w pełnym tego słowa znaczeniu) o tych odkurzonych skarbach.

Joanna Chmielewska "Byczki w pomidorach"

Joanna Chmielewska to moja najulubieńsza kryminalistka. Uwielbiam jej starsze książki (z wyjątkiem "Lesia"), niestety z tymi nowszymi mam pewien problem. Bo niby większość bohaterów ta sama, miejsca też dobrze znane, ale historie już tak nie porywają, komizm taki trochę na siłę, a i z językiem (który moim zdaniem jest największym atutem książek pani Joanny) też się coś niedobrego porobiło...
"Byczki w pomidorach" przenoszą czytelnika do Danii, gdzie w domu Alicji roi się od mniej lub bardziej zaprzyjaźnionych osób i gdzie zatrzymuje się pewna kłopotliwa para z Polski. Pani Julia i pan Wacław od pierwszej chwili podpadają stałym bywalcom kuchni i ogrodu, ale prawdziwy kłopot powstaje kiedy Wacław najpierw zaginie, a następnie odnajdzie się w charakterze zwłok. Policja policją, Joanna i spółka postanawiają na własną rękę rozwikłać tajemnicę zejścia pana Buckiego. 

Książka raczej przeciętna, typowy dla Chmielewskiej galimatias zmienia się w chaos niekontrolowany, głodomór Marianek (który w zamyśle miał chyba śmieszyć) wywołuje swoją bezdenną głupotą tylko i wyłącznie zgrzytanie zębami, inni bohaterowie też specjalnie nie zachwycają... W szkolnej skali ocen 3+.

Pomimo, że nie zachwyca to jednak zostaje - Chmielewskiej (nawet najgorszej) nie oddam!

Clive Cussler "Sahara"

"Sahara" to jedenasta książka z Dirkiem Pittem w roli głównej, a druga która została zekranizowana. Przyznaję się od razu, że film widziałam już dawno (właściwie mi się podobał, chociaż grający główną rolę Matthew McConaughey to jakaś pomyłka) a po książkę sięgnęłam dopiero teraz. I jak to przy adaptacjach bywa film od książki rożni się zasadniczo.
Dirk i jego najbliżsi przyjaciele, Al Giordino i  Rudi Gunn zajmują się niepokojącym rozrostem pewnego rodzaju glonów, które występują u wybrzeży Afryki. Jeżeli nie uda się zahamować tego zjawiska światu grozi kataklizm. Trop prowadzi do Mali, rządzonego przez generała Kazima. Również do Mali trafia doktor Eva Rojas, która wraz z grupą pracowników WHO szuka źródła epidemii dziesiątkującej miejscową ludność. Na miejscu okazuje się, że w sprawę zamieszany jest francuski multimilioner Yves Massarde, który dla zysku nie cofnie się przed niczym...

"Sahara" to jedna z najlepszych książek Cusslera jaką do tej pory czytałam. Ma wszystkie atuty powieści sensacyjnej - wciągającą intrygę, wartką akcję, pomysłowych i przebojowych bohaterów. Pomimo, że mnie więcej wiedziałam o co chodzi czytało mi się świetnie.

Zdecydowanie zostaje - Cusslera, podobnie jak Chmielewskiej, nie oddam.

Asa Hellberg "Ostatnia wola Sonji"

Literatura szwedzka kojarzyła mi się jak dotąd wyłącznie z Astrid Lindgren oraz ze współczesnymi kryminałami.  "Ostatnia wola Sonji" trafiła do mnie podczas którychś targów książki, nazwisko autorki nic mi nie mówiło, tytuł sugerował jakąś ostateczność a okładka... No cóż nie grała mi zupełnie z tytułem ani z krajem powstania...
Książka rozpoczyna się od pogrzebu - umiera Sonja Gustavsson. Jej trzy przyjaciółki - Susanne, Rebecka i Maggan dowiadują się od adwokata, że zmarła posiadała ogromny majątek a one są jej jedynymi spadkobierczyniami, bowiem Sonja nie miała rodziny. Jednak przejęcie spadku obwarowane jest pewnymi warunkami - wszystkie trzy kobiety muszą podjąć wyzwania jakie przygotowała dla nich pani Gustavsson. Muszą porzucić swoje dotychczasowe życie a nawet kraj, bowiem Sonja zaplanowała dla nich zadania w Paryżu, Londynie oraz na Majorce. Co więcej - żadna nie może się wyłamać - żeby otrzymać spadek muszą wszystkie podjąć grę...

Książka może nie jest najwyższych lotów, ale czyta się ją całkiem przyjemnie. Bohaterki to kobiety po przejściach, z bagażem doświadczeń i lat, którym trudno jest zmienić przyzwyczajenia i zmierzyć się z nieznanym, jednak wszystkie podejmują wyzwanie Sonji. "Ostatnia wola Sonji" to powieść obyczajowa, chociaż nieznacznie dryfująca w stronę romansu, doskonała jako relaks po długim pracowitym dniu.

Wędruje do biblioteki - chociaż sympatyczna, to raczej drugi raz po nią nie sięgnę. Niech trafi do innych czytelników.

wtorek, 26 stycznia 2016

Siedem w jednym, czyli kompendium wiedzy o Joannie Chmielewskiej

Że Joannę Chmielewską darzę uwielbieniem wielkim nie jest chyba dla czytelników tego bloga żadną tajemnicą. Czytałam zdecydowaną większość jej powieści, czytałam również wydaną w latach 1994-2008 siedmiotomową "Autobiografię".

W ostatnich dniach, na okoliczność naszego DKK powróciłam w pewien sposób do wspomnianej wyżej serii, a to za sprawą książki "Życie (nie)całkiem spokojne". Tom składa się z siedmiu rozdziałów odpowiadających kolejnym częściom "Autobiografii", a ich treść to skrót tekstu tamtego wydawnictwa. Wyjątek stanowi rozdział VII pt. "Okropności" uzupełniony o wydarzenia, które miały miejsce już po publikacji ostatniego tomu "Autobiografii".

Joanna Chmielewska nigdy nie ukrywała, że większość postaci z jej książek wzorowana jest na osobach z jej otoczenia. Co więcej, sporo przygód, które przydarzają się jej najpopularniejszej bohaterce Joannie miało miejsce w rzeczywistości. Na kartach "Życia" spotkamy więc Alicję, Diabła, blondyna życia czyli Marka, Lesia, Martusię oraz członków najbliższej rodziny pisarki, na czele z rodzicami oraz Teresą i Lucyną, siostrami jej matki. Ba, nawet "zwierzę z pralni" ("Krokodyl z kraju Karoliny") to postać mająca swój żywy pierwowzór. 

Cechą charakterystyczną utworów Joanny Chmielewskiej (no, może oprócz tych, których akcja dzieje się w dawniejszych czasach) jest język, po którym nawet czytając niewielki fragment tekstu można właściwie bezbłędnie rozpoznać kto jest autorem dzieła. Tu przy okazji dowie się czytelnik jaki był kontekst powstania niektórych określeń znanych z powieści.

Uważam, że każdy fan pisarki powinien przeczytać jej biografię - czy to w wersji skondensowanej (czyli "Życie") czy to w wersji pełnej siedmiotomowej. Bo prawdziwe życie pisarki było nie mniej ciekawe niż to kreowane na potrzeby książek.


piątek, 15 listopada 2013

Przeczytane w busie - część pierwsza

Przez większość życia cierpiałam na swego rodzaju chorobę lokomocyjną - mogłam jechać na każdą dowolną odległość, każdym środkiem lokomocji i nic mi się nie działo dopóki nie zaczynałam czegoś czytać. Nie wiem czy to była kwestia dziurawych dróg, byle jakich pojazdów czy jeszcze jakichś innych powodów - nie dawałam rady i już...
Od kilku tygodni (z racji pobierania nauk) soboty i niedziele spędzam w Krakowie i sporo czasu zajmuje mi podróżowanie "tam i z powrotem" - około godzinę w jedną stronę. Ogromna strata czasu... Kiedy jechałam na pierwsze zajęcia zabrałam (bez większego przekonania) książkę i albo mi się organizm przestawił, albo okoliczności przyrody się zmieniły, dość na tym, że udało mi się kilkadziesiąt stron przeczytać. 
I tak oto, dzięki tym wyjazdom, kilka książek, które od jakiegoś czasu na swoją kolej czekało, zostało przeczytane. Oczywiście nie każda literatura nadaje się do busa relacji "Miechów-Kraków" - zdecydowanie najlepiej się sprawdzają kryminały i sensacje. 

Jako, że czasu mi nie starcza na jakieś długie elaboraty to w skrócie o trzech książkach przeczytanych w autobusie będzie - chociażby dlatego, że wszystkie zasługują na uwagę. Dwie z nich to świeżynki są, jedna ma już trochę wieku, autorzy są różnej płci i narodowości, prezentują różne style - tak więc do wyboru do koloru.

Kolejność nieprzypadkowa, bo alfabetyczna;)

******************************************

Czy jest ktoś, kto przynajmniej nie słyszał o Danie Brownie? Podejrzewam, że nikt, albo bardzo niewiele osób. Nawet jeśli nie pałacie jakimś specjalnym nabożeństwem do książek tego autora, to może widzieliście filmy nakręcone na podstawie dwóch jego powieści, gdzie główną rolę profesora Roberta Langdona gra Tom Hanks. Brown łączy w swoich powieściach wątek sensacyjny z historią, akcja toczy się w zawrotnym tempie, a czytelnik oprócz rozrywki może się również czegoś ciekawego dowiedzieć - ja tak miałam na okoliczność włoskiego rzeźbiarza Berniniego, o którym pojęcie miałam dosyć mętne, a którego dzieła są motywem przewodnim "Aniołów i demonów". Oczywiście wspomniana książka nie stała się dla mnie jedynym źródłem wiedzy na temat artysty, ale stanowiła inspirację do poszukania bardziej fachowej literatury.
Tym razem Robert Langdon znajduje się we Florencji do której sprowadziła go sprawa... No właśnie, nie do końca wiadomo kto, dlaczego i w jaki sposób przemieścił pana profesora przez pół świata, w jednym ubraniu i bez dokumentów - niemalże na początku pobytu, w wyniku napadu Langdon traci pamięć. Przed oczami pojawiają mu się koszmarne wizje inspirowane jednym z najsłynniejszych dzieł literackich, a mianowicie "Boską Komedią" Dantego, a konkretnie pierwszą jej częścią noszącą tytuł "Piekło". Skojarzenie jest jak najbardziej na miejscu - Florencja to rodzinne miasto tego pisarza. Ze strzępków wspomnień wyłania się straszna prawda - ktoś spróbuje rozprzestrzenić niezwykle groźnego wirusa, aby za jego pomocą rozwiązać problem przeludnienia na świecie.
Profesor Langdon w (jak zwykle) atrakcyjnym damskim towarzystwie po raz kolejny rusza na ratunek, tyle, że tym razem nie będzie to akcja ku czci jednej lub kilku osób, a całej ludzkości...

"Inferno" to czwarta z kolei książka o Robercie Langdonie. "Anioły i demony" oraz "Kod Leonarda da Vinci" podobały mi się, "Zaginiony symbol" przeczytałam właściwie tylko siłą woli i przyznam szczerze, że przed lekturą tego tomu miałam pewne obawy - tym bardziej, że książka stanowiła prezent na Dzień Nauczyciela od mojej kochanej klasy IIIB. Na szczęście "Inferno" wpisuje się w klimat dwóch pierwszych tomów i czyta się go z przyjemnością. 
Uczciwie trzeba przyznać, że Dan Brown stworzył sobie pewien schemat i jest on w tej książce widoczny, ale z drugiej strony, jeśli coś się sprawdza, to dlaczego tego nie wykorzystać?

Jak dla mnie całkiem sprawnie napisany i wciągający kawałek literatury sensacyjnej.

******************************************************

O Tatianie Polakowej już zdarzyło mi się już pisać dwukrotnie na okoliczność jej cyklu o przygodach dwóch zwariowanych przyjaciółek Żeni i Anfisy, a teraz kolejna, trzecia już odsłona serii, czyli "Niezidentyfikowany obiekt chodzący".
Anfisa w dalszym ciągu pozostaje małżonką pułkownika specnazu Romana, który to mąż jest o swoją żonę niezwykle zazdrosny, co utrudnia jej życie i kontakty towarzyskie (nawet najbardziej niewinne) z płcią przeciwną. Po kolejnej awanturze w miejscu publicznym Anfisa ma już tego dosyć i postanawia zazdrośnika ukarać - ucieka z domu i razem z Żenią szuka miejsca gdzie mogłaby się ukryć na kilka dni. Jakby na zamówienie Żenia, pracująca w jednej z miejscowych gazet, zostaje wysłana w teren, do wioski gdzie mówiąc obrazowo "diabeł mówi dobranoc". 
Lipatowo jest dosłownie odcięte od świata - położone między rzeką a bagnami, zupełnie niedostępne dla normalnych samochodów (można się do niego dostać wozami terenowymi, a i to z wielkim trudem), pozbawione łączności telefonicznej, a żeby było jeszcze weselej, w dniu kiedy docierają do niego nasze przyjaciółki ktoś kradnie fragment trakcji elektrycznej i wieś zostaje bez prądu.
Tymczasem w okolicy dzieją się dziwne rzeczy - giną ludzie, na bagnach straszą upiory, a po wsi błąka się nocami tajemniczy zwierz (Anfisa uważa, że to zdziczały owczarek kaukaski, ale autochtoni upatrują w nim wilkołaka). Do tego coś się dzieje w pensjonacie w którym zamieszkały kobiety, a wszyscy jego goście mają coś do ukrycia...

Jako, że mam już pewne porównanie jeśli chodzi o książki tej autorki muszę przyznać, że jakoś mnie ta książka nie rzuciła na kolana - tzn. całkiem niezła, jest kilka fajnych momentów, czyta się gładko i sprawnie, ale brak tego czegoś co zachwyciło mnie w poprzednich tomach. 
Mam nadzieję, że to tylko chwilowy spadek formy tej autorki i kolejne jej książki trafią w moje czytelnicze gusta;)

***********************************************

Kilka dni temu pisałam o przedostatniej książce Joanny Chmielewskiej, a dzisiaj słów parę o ostatniej, noszącej tytuł "Zbrodnia w efekcie".

Była sobie działka. Taka zwykła, pracownicza, na której  rosły sobie kwiatki i krzewy owocowe, ktoś od czasu do czasu posiał marchewkę i buraczki a w altance trzymano rozmaite narzędzia ogrodnicze. Sprawa własności działki była nieco zagmatwana, ale ponieważ całe stado użytkowników egzystowało we względnej zgodzie nie zachodziła konieczność stosowania sankcji prawnych. Jedną z użytkowniczek działki była niejaka Marzenka, dziewczę zafiksowane na ziołolecznictwo oraz z dobrą ręką do roślinek. Zdarzyło się jej zasadzić na owej działce kawałek bambusa, który jest rośliną niezwykle inwazyjną i kiedy w pośpiechu usiłowała go usunąć okazało się, że pod korzeniem spoczywają jakieś zwłoki... Co dziwne, był to tułów pozbawiony głowy (że o dokumentach nie wspomnę) w związku z czym nie było możliwości identyfikacji denata.
Kilka lat później Barbara Rościszewska, właścicielka działki leżącej naprzeciwko miejsca pochówku bezgłowego tułowia postanowiła sprzedać swój areał i w czasie trzebienia zaniedbanych krzewów dokonała makabrycznego odkrycia - w krzakach leżała ludzka czaszka...
Zawezwani stróże prawa szybko dodali do siebie te dwa znaleziska i wreszcie można było ruszyć śledztwo z miejsca - odtworzyć rysy twarzy zamordowanego osobnika, ustalić personalia, motyw zabójstwa i odnaleźć sprawcę. Niestety, śledczy prowadzący sprawę szybko doszedł do wniosku, że nadmiar świadków może być gorszy niż niedobór. A że jedną ze znajomych denata była Joanna to już wiadomo, że problemy będą się mnożyć lawinowo.

Trochę trudno pisać krytycznie o książce kogoś, kto zmarł ledwie kilka tygodni temu, kogo wszystkie powieści pochłaniało się niemal jednym tchem, kto miał znaczący wpływ również na nasze życie - niektóre określenia pani Joanny, chociażby słynny "mężczyzna wzrostu siedzącego psa", na stałe zagościły w moim słowniku, a kiedy mam chandrę biorę "Wszystko czerwone", otwieram na przypadkowej stronie i po kilku zdaniach humor się poprawia i płaczę, ale ze śmiechu.
"Zbrodnia w efekcie" nie jest złą książką, ale niestety arcydziełem też nie jest. Mam nadzieję, ze duch pani Joanny, który tam pewnie szaleje gdzieś w niebieskim kasynie, wybaczy mi, ale mam wrażenie, że powieść jest trochę na siłę pozlepiana z wątków obecnych w innych jej kryminałach - przykład pierwszy z brzegu: postać Feliksa ze wszystkimi jego obsesjami jest niezwykle podobna do kreacji Przemysława z "Szajki bez końca". Dlatego przy czytaniu miałam odczucie pewnej wtórności i braku nowych pomysłów.
Książkę czyta się jednak całkiem przyjemnie - dla fanów Joanny Chmielewskiej pozycja zapewne obowiązkowa, dla nie-fanów całkiem zbędna, dla wahających się... No cóż, wahającym się (w sensie "być albo nie być" fanem Chmielewskiej) doradzałabym zapoznanie się z tą akurat powieścią dopiero wtedy, kiedy zostaną zdeklarowanymi wielbicielami pisarki;)


A ponieważ jutro i pojutrze znów jadę do szkół, więc idę szukać kolejnej busowej lektury...

niedziela, 3 listopada 2013

Wirująca anatomia panny Emilki

Kilka tygodni temu odeszła najpopularniejsza współczesna pisarka - Joanna Chmielewska. Pozostawiła po sobie ogromny dorobek pisarski - ponad 60 książek dla dorosłych, dzieci i młodzieży. Pisała głównie kryminały, powieści obyczajowe z wątkiem sensacyjnym ale również poradniki "z przymrużeniem oka". Pisarka miała liczne grono oddanych wielbicieli i sporą grupę zaciętych adwersarzy - jedno jest pewne, każdy kto przynajmniej raz zetknął się z jej twórczością nie pozostawał wobec niej obojętny.
Ja osobiście zaliczam się do grona fanów Chmielewskiej, chociaż uczciwie przyznaję, że najlepsze są według mnie jej starsze powieści, te z lat 60-tych i 70-tych, natomiast te bardziej współczesne gdzieś zatraciły wdzięk i lekkość, chociaż w dalszym ciągu czyta się je całkiem nieźle.

"Krwawa zemsta" - przedostatni utwór, który wyszedł spod pióra pani Joanny, ujrzał światło dzienne w ubiegłym roku. Przyznam, że podchodziłam do niego z pewną obawą, mając w pamięci całkowicie nieudany "Gwałt" (poprzednia książka tej autorki)... Na szczęście okazało się, że może nie jest to arcydzieło na miarę "Wszystko czerwone" (moja ulubiona Chmielewska) ale książka jest całkiem udana.

Postacią wokół której obraca się cała intryga jest niejaka Emilka vel Dulcynea vel Kręcidupcia - dziewczę niebrzydkie, aczkolwiek bez szaleństwa, posiadające intelekt w stanie szczątkowym i mające ambicję zostać "kimś" poprzez udany mariaż - taka "pani kierownikowa" brzmi całkiem nieźle, nieprawdaż? Niestety większość kierowników posiada już zaplecze w postaci żony i dziatek, ale od czego instytucja rozwodu? I tak oto pannica zarzuca sieci na niejakiego Dominika, architekta, kierownika zespołu konstruktorów w wielobranżowym przedsiębiorstwie, szczęśliwego męża dekoratorki Majki i ojca dwójki bardzo udanych dzieci. 
Wydawać by się mogło, że małżeństwo Majki i Dominika jest nie do ruszenia przez osobę pokroju Emilki - niestety ma ona pewien atut, który z perfidią wykorzystuje dla przeprowadzenia własnych planów. Otóż panna potrafi tak kręcić odwłokiem, że zawróci w głowie nawet najinteligentniejszemu facetowi - jak się okazuje Dominik nie jest odosobnionym przypadkiem i staje się kolejną ofiarą Kręcidupci. Majka natomiast powieksza grono pań pałających żądzą zemsty w stosunku do tej gimnastyczki-amatorki. W jej głowie, podobnie jak w głowach Luizy i Anusi, rodzą się kolejne pomysły jakby tu uspokoić raz na zawsze wirującą anatomię rywalki - bo z męża Majka nie ma zamiaru rezygnować.

"Krwawa zemsta" nie jest powieścią kryminalną, choć na samym początku pojawiają się damskie zwłoki. To powieść obyczajowa z  wątkami kryminalnymi, bo różne osoby, nie tylko wymienione wyżej panie próbują "usadzić" Emilkę. Tło do tych działań stanowi pracownia architektoniczna oraz (co daje zdecydowanie więcej możliwości) plac budowy, na którym ma powstać wesołe miasteczko. 

Że Chmielewska ma specyficzny język, rozpoznawalny zaledwie po kilku zdaniach o tym pisać nie muszę. Że bohaterowie lubią sobie golnąć coś mocniejszego (aczkolwiek w granicach rozsądku) to też żadna nowość. Że dialogi oparte są na przeróżnych skojarzeniach skaczących jak koniki polne to również wszyscy wielbiciele pisarki wiedzą. Wszystko to w "Krwawej zemście" jest, ale... No cóż, autorka przyzwyczaiła nas  przez lata do czegoś zupełnie innego i teraz każda słabsza pozycja przyjmowana jest z rozczarowaniem.

Jest w tej powieści jednak coś co do mnie kompletnie nie przemawia, pomimo tego, że zawsze do historii wymyślonych przez panią Joannę podchodziłam z pewnym przymrużeniem oka i dystansem. Otóż całkiem niewiarygodna jest dla mnie Majka, żona usidlonego przez Kręcidupcię Dominika. Kiedy ogłupiały małżonek zwraca się do niej z propozycją rozwodu Majka odmawia... ponieważ bardzo go kocha, nawet pomimo jego zdrady. Rozumiem, gdyby odmówiła tego rozwodu na okoliczność podkładania kłód pod nogi rozszalałego uczucia Dominika i Emilki, ale z miłości? Nijak mi się to w głowie nie mieści, tym bardziej, że Dominik charakter miał dosyć chimeryczny i jakiejś wielkiej odpowiedzialności za dom nie przejawiał - tzn. pracował i zarobki przynosił, w prace domowe się angażował jednak wszystkie bardziej uciążliwe sprawy składał na barki Majki. No ale może się mylę i take postawienie sprawy (czyli niech zdradza, ja go i tak kocham i wszystko wybaczę) jest aktualnie na topie i świadczy o nowoczesnym podejściu do związku?

Cóż, pomimo wszelkich minusów uważam, że "Krwawa zemsta" to całkiem poprawna powieść i warto ją przeczytać - aczkolwiek nie na pierwsze spotkanie z pisarką, bo jeśli ktoś się zniechęci to już nigdy nie sięgnie po najlepsze Chmielewskie - "Wszystko czerwone", "Wszyscy jesteśmy podejrzani" czy "Romans wszech czasów"