Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Book-trotter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Book-trotter. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 lutego 2014

Przeczytane w busie - część czwarta

W kolejnej czytelniczej zbiorówce zagości powieść obyczajowa, kryminał i sensacja w wersji młodzieżowej.

"Magiczna chwila" Kristin Hannah trafiła do mnie w ramach wędrujących biblionetkowych książek. Zapisałam się na nią trochę bezmyślnie, bo te hamerykańskie arcydzieła literatury kobiecej to trochę nie moja bajka, ale jak już książka do mnie dotarła to wzięłam się za czytanie. 

Julia Cates jest wziętym psychiatrą dziecięcym w Los Angeles. Niestety jedna z jej młodocianych pacjentek zastrzeliła czworo swoich kolegów i popełniła samobójstwo. Pomimo, że sąd nie dopatrzył się winy lekarki, z dnia na dzień traci ona pacjentów i ciężko zapracowaną opinię świetnego fachowca.
Tymczasem w rodzinnych stronach Julii, w niewielkim miasteczku na Alasce dochodzi do niezwykłego wydarzenia - pojawia się tam mała dziewczynka z wilkiem. Dziecko jest dzikie, nie mówi a jego ciało pokryte jest bliznami. Ellie, komendantka miejscowej policji, a prywatnie siostra pechowej pani doktor, przejęta losem dziewczynki zwraca się do Julii z prośbą o pomoc.
Powrót do rodzinnego miasta stanowi dla Julii nie lada wyzwanie, bowiem jej stosunki z siostrą nigdy nie układały się poprawnie, a poza tym wraca w atmosferze skandalu. Z drugiej strony przypadek "dzikiej dziewczynki" stanowi dla niej niesamowite wyzwanie zawodowe, a gdyby udało się ją przywrócić normalnemu społeczeństwu byłby to niewątpliwie ogromny krok do odzyskania dawnej pozycji w świecie medycyny.

Autorka wykorzystała w swojej powieści całą masę sprawdzonych chwytów - nieszczęśliwe dziecko, lekarka po przejściach, siostrzany konflikt, którego korzenie tkwią w dawnych latach, skrywane uczucie do przyjaciółki z dzieciństwa, przystojniak z tajemniczą przeszłością i jeszcze kilka innych, które sprawiają, że całe tłumy czytelniczek wzruszają się do łez, a powieść zostaje okrzyknięta bestsellerem.
Na szczęście oszczędziła nam Kristin Hannah rozwiązań w stylu hollywoodzkiej superprodukcji, gdzie wszystko się cudownie rozwiązuje, a samą książkę czyta się dosyć przyjemnie.

Może ta historia nie jest to arcydziełem, ale powinna się sprawdzić w ramach relaksu po długim, ciężkim dniu...

************************************************

Komisarz Richard Jury, główny bohater cyklu kryminałów Marthy Grimes stał się już jednym z moich ulubionych stróżów prawa. Dzięki Viv po raz kolejny miałam możliwość obserwować go przy pracy - tym razem los (i wredny przełożony) rzucił go na wrzosowiska Yorkshire.

W nadmorskiej miejscowości Rackmoor zamordowana zostaje Gemma Temple, młoda kobieta, która przybyła tu kilka dni wcześniej z Londynu. Jednak jej tożsamość nie jest do końca pewna - niektórzy widzą w niej Dillys March, wychowanicę sir Titusa Creala, która uciekła stąd wiele lat temu.
Morderstwo zostało dokonane przy pomocy jakiegoś bliżej nieokreślonego narzędzia, osoby, które od biedy mogłyby mieć jakiś motyw do popełnienia zbrodni mają również całkiem niezłe alibi, a jakby tego było mało miejscowy szef policji wcale nie jest zadowolony z pomocy londyńskiego kolegi...
Na szczęście dla Jury'ego z wizytą u sir Titusa przebywa Melrose Plant (jakimś cudem udało mu się przyjechać tu bez ciotki Agathy), więc inspektor może liczyć na jego wsparcie.
Również wieczny hipochondryk sierżant Wiggins stoi przy boku swego przełożonego i, ku zdumieniu Jury'ego, zdarza mu się błysnąć dowcipem i intelektem.

Richard Jury przypomina mi czasami Herkulesa Poirot, bo podobnie jak belgijski detektyw rozwiązuje zagadki dzięki szarym komórkom, łączy ze sobą w zgrabną całość zupełnie oderwane wątki i z żelazną logiką dociera do sprawcy przestępstwa. Jest jednak Jury znacznie sympatyczniejszy niż bohater Agathy Christie i, co ważne, zupełnie pozbawiony zarozumialstwa. Więcej - Jury potrafi znaleźć z każdym wspólny język, a także bezinteresownie pomóc, jeżeli komuś dzieje się krzywda.

Kolejna ciekawa i godna polecenia lektura dla każdego wielbiciela kryminałów.

*******************************************************

John Grisham to znany i uznany twórca literatury sensacyjnej, autor takich hitów jak choćby "Klient", "Firma" czy "Raport Pelikana" - nawet jeśli ktoś nie czytał, to pewnie oglądał ich ekranizacje z największymi gwiazdami srebrnego ekranu.
Nie ma się więc co dziwić, że kiedy wśród propozycji lektur DKK znalazło się "Uprowadzenie" jego autorstwa zdecydowałyśmy się na na lekturę tej książki. I nie wiem jak inni, ale ja mam wrażenia mocno mieszane...

Theo Boone ma 13 lat, chodzi do szkoły, odrabia lekcje, grywa w futbol i marzy o tym, żeby w przyszłości zostać prawnikiem. Nie ma sie co dziwić - obydwoje rodzice są prawnikami, rat mamy również, chłopiec niemal mieszka w kancelarii adwokackiej, a każdą wolną chwilę spędza w sądzie.
Pewnej nocy znika jego najbliższa przyjaciółka April i Leo, będący ostatnią osobą, z która dziewczyna rozmawiała, automatycznie znajduje się w centrum zainteresowania policji.
Samo uprowadzenie jest nieco dziwne, porywacze nie żądają okupu, zresztą nawet gdyby żądali to i tak niewiele by pewnie wskórali - rodzina April była biedna, rodzice żyli w separacji i obydwoje nie mieli stałego miejsca zatrudnienia.
Jako, że policja działa nieco opieszale, młodociany detektyw postanawia wziąć sprawę we własne ręce...

Zdaję sobie sprawę, że nie jestem docelowym targetem tej książki, bo jest to pozycja skierowana do młodzieży - ale mimo wszystko potrafię odróżnić książkę ciekawą od nudnej. I niestety "Uprowadzenie" kwalifikuje się do tej drugiej kategorii. Nijaki główny bohater, mało dynamiczna akcja - to moje główne zarzuty wobec tej książki. Nie znam amerykańskich nastolatków, ale za polskich mogę do pewnego stopnia się wypowiedzieć "Szału nie ma":(



środa, 29 stycznia 2014

Gdzieś na krańcach Europy...

Co jakiś czas, bądź to wśród blogerów, bądź to użytkowników różnego rodzaju portali poświęconych szeroko rozumianej literaturze, pojawiają się nawoływania do czytania dzieł szacownych noblistów. Najczęściej w takich wypadkach eksploatowani są ci w miarę współcześni, co jest poniekąd zrozumiałe - komunikat, że przeczytało się wszystkie dzieła Marqueza będzie robił wrażenie na postronnych, natomiast informacja, że czytam właśnie świetną książkę Halldóra Laxnessa przejdzie raczej bez echa (żeby nie było - sprawdzone na pewnej grupie respondentów z mojego bliższego i dalszego otoczenia). Tymczasem wspomniany Halldór Laxness jest islandzkim pisarzem, który został laureatem Nagrody Nobla w 1955 roku. 
Laxness urodził się w 1902 roku, zmarł w 1998, jest autorem przeszło 50 powieści oraz licznych wierszy i artykułów prasowych. Większość życia spędził na swojej rodzinnej wyspie, tam też osadził akcję swoich utworów.
Na jego trylogię pt. "Dzwon Islandii" ("Dzwon Islandii", "Jasna dziewczyna", "Pożar Kopenhagi") trafiłam trochę przez przypadek i przyznaję, że był to przypadek bardzo miły.

Akcja książki (w moim wydaniu wszystkie trzy części zebrano w jednym tomie) toczy się na przełomie XVII i XVIII wieku. Islandia była wtedy częścią królestwa Danii, jednak władca nie był zainteresowany rozwojem gospodarczym wyspy, przez co mieszkańcy w większości cierpieli biedę. Restrykcyjne przepisy prawa nakazywały Islandczykom odstawianie płodów rolnych tylko do wyznaczonych magazynów, oraz zaopatrywania się w najpotrzebniejsze towary tylko u duńskich kupców, którzy z kolei wykorzystując ten monopol dostarczali na wyspę towar gorszej jakości lub wręcz nienadający się do użytku. Istotnym problemem był też niedobór pewnych towarów, m.in. sznurów z których można było zrobić wędki.
Jednego z trójki głównych bohaterów, Jóna Hreggviðssona poznajemy w chwili, kiedy zostaje uwięziony za kradzież kawałka takiego właśnie sznura. Na skutek niefortunnego zbiegu okoliczności Jón zostaje oskarżony o zabójstwo i, pomimo braku niepodważalnych dowodów skazany na śmierć. Cudem udaje mu się uniknąć wykonania wyroku i przez kolejne lata będzie walczył o sprawiedliwość. Perypetie Jóna stanowią główną treść pierwszej części książki, czyli "Dzwonu Islandii". W części drugiej na pierwsze miejsce wysuwa się Snæfríður, córka sędziego i żona właściciela ziemskiego. Poznajemy tu jej małżeńskie perypetie oraz dalszy ciąg historii Jóna, który walczy o cofnięcie niesprawiedliwego wyroku wydanego przez ojca dziewczyny. Wreszcie głównym wątkiem trzeciej części książki są losy  Arnasa Arnæusa, kochanka Snæfríður, królewskiego przyjaciela, badacza islandzkiej literatury, który po śmierci swojego królewskiego protektora popada w niełaskę i zapomnienie.

Książka napisana jest w konwencji sagi, bohaterowie mówią kwiecistym, poetyckim językiem, a prócz zdarzeń realnych zdarzają się (aczkolwiek niezmiernie rzadko) wydarzenia fantastyczne. Autor bardzo obrazowo i realistycznie odmalował ciężkie warunki życia na Islandii, biedę, która doprowadzała wiele rodzin do tego, że sprzedawały Holendrom niektóre z dzieci, aby z tak uzyskanych pieniędzy utrzymać resztę rodziny. 
Niejako dla kontrastu poznaje czytelnik życie warstw uprzywilejowanych - sędziego, przedstawicieli wyższego duchowieństwa, właścicieli większych gospodarstw. Oni przynajmniej nie cierpią głodu i zimna, ale Duńczycy traktują ich niewiele lepiej niż biedotę.

Cieszę się, że ta książka trafiła w moje ręce - nie tylko dlatego, że mogę odhaczyć kolejnego noblistę (chociaż to może trochę też) ale przede wszystkim dlatego, że to kawał dobrej literatury.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Gdy własne ciało staje się najgorszym wrogiem

Z czym kojarzy się Wam Słowacja?
Tatry Wysokie, baseny termalne, Janosik - i to pewnie by było na tyle. No może wielbiciele hokeja na lodzie dorzuciliby jeszcze jakieś nazwiska. 

A literatura słowacka? 
No, właśnie... Niby nasi bezpośredni sąsiedzi, niby bracia Słowianie, niby bardzo podobne języki, a znajomość słowackiej literatury jest w naszym narodzie szczątkowa. Tu przyznaję się bez bicia - przeczytałam jak dotąd 1 (słownie: jedną) książkę słowackiego autora... A przed świętami skończyłam drugą. A ponieważ "Bellevue" do najłatwiejszych lektur nie należy, musiałam sobie dać kilka dni na wyciszenie i poukładanie emocji.

Ivana Dobrakovova jest absolwentką translatoryki na Uniwersytecie Bratysławskim, autorką kilkunastu opowiadań, które zyskały sobie uznanie słowackiej krytyki a jej samej przyniosły prestiżową nagrodę im. Jana Johanidesa (przyznawaną pisarzom, którzy wnieśli istotny wkład w rozwój słowackiej prozy), zajmuje się tłumaczeniami z języka włoskiego i francuskiego. Przeczytany przeze mnie "Bellevue" to jej debiut powieściowy, który ukazał się w 2010 roku, natomiast do Polski trafiła ta książka w bieżącym roku dzięki wydawnictwu Słowackie Klimaty.

Narratorką, a zarazem główną bohaterką książki jest Blanka, studentka z Koszyc, która w ramach wakacyjnej przygody zgłasza się jako wolontariuszka do ośrodka dla niepełnosprawnych położonego na obrzeżach Marsylii. Dziewczyna podchodzi do projektu bardzo entuzjastycznie - zrobi coś dla innych, podszkoli znajomość języka francuskiego, pozna nowych ludzi i, co najważniejsze, zamieni słowacką nudę na ekscytujące życie francuskiego kurortu. 

Bardzo szybko okazuje się, że wyobrażenia Blanki o życiu w Bellevue nijak się mają do rzeczywistości. Obsługa pacjentów może nie jest ciężką fizyczną pracą ale niesamowicie oddziałuje na psychikę. Ciągłe obcowanie z chorobą i cierpieniem, brak jakiejkolwiek intymności, konieczność pomagania podopiecznym w czasie czynności fizjologicznych, obserwacja tego jak nie mogą zapanować nad własnym ciałem, to wszystko przytłacza dziewczynę i doprowadza ją nieomal do szaleństwa. Zaczyna obawiać się, że kiedyś jej własne ciało może ją zdradzić, a ona sama stanie się taka jak jej podopieczni: bezradna i skazana na pomoc innych.

Książka Iwany Dobrakovovej ukazuje nam proces pogrążania się w depresji, odrzucania własnej cielesności, wątpienia w sens życia. Te przypadłości dosięgają młodą dziewczynę, zaledwie stającą u progu dorosłości, wrażliwą i niepewną własnej wartości. Co szczególnie bolesne, to fakt, że nikt z otoczenia Blanki nie zauważa jej problemów. Nie może spać? Proszę bardzo dostaje środek nasenny. Zapomina o swoich obowiązkach, bądź też pracuje chociaż  z grafiku wynika, że ma wolne? Trudno, każdy może się pomylić. Ma nudności, zawroty głowy, zdarza się jej stracić przytomność? Widocznie tak reaguje na upalną pogodę i przegrzane samochody. Dręczą ją koszmary? Każdemu może się zdarzyć...
I to wszystko dzieje się w placówce leczniczej, gdzie dziewczyna przebywa niemal cały czas na widoku. Że objawów choroby nie dostrzegają inni wolontariusze to jeszcze można zrozumieć, ale personel medyczny?

Autorka świetnie operuje językiem, niemal widać w którym momencie Blanka popada w obłęd - konkretne i logiczne wypowiedzi z początku tekstu zmieniają się powoli w słowotok pozbawiony kropek i innych znaków przestankowych kończących zdanie. Pisarka używa prostego języka, nie bawi się w eufemizmy, ale też nie epatuje wulgaryzmami. W realistyczny, czy wręcz naturalistyczny, sposób opisuje świat ludzi niepełnosprawnych, przez co zmusza nas do przemyślenia własnego stosunku do choroby, cierpienia czy niepełnosprawności.

Książka, chociaż niezbyt obszerna objętościowo, niesie za sobą ogromny ładunek emocjonalny i nie pozwala o sobie łatwo zapomnieć. Pomimo przygnębiającej tematyki warto jednak po nią sięgnąć.
Szczerze polecam.


piątek, 15 listopada 2013

Przeczytane w busie - część pierwsza

Przez większość życia cierpiałam na swego rodzaju chorobę lokomocyjną - mogłam jechać na każdą dowolną odległość, każdym środkiem lokomocji i nic mi się nie działo dopóki nie zaczynałam czegoś czytać. Nie wiem czy to była kwestia dziurawych dróg, byle jakich pojazdów czy jeszcze jakichś innych powodów - nie dawałam rady i już...
Od kilku tygodni (z racji pobierania nauk) soboty i niedziele spędzam w Krakowie i sporo czasu zajmuje mi podróżowanie "tam i z powrotem" - około godzinę w jedną stronę. Ogromna strata czasu... Kiedy jechałam na pierwsze zajęcia zabrałam (bez większego przekonania) książkę i albo mi się organizm przestawił, albo okoliczności przyrody się zmieniły, dość na tym, że udało mi się kilkadziesiąt stron przeczytać. 
I tak oto, dzięki tym wyjazdom, kilka książek, które od jakiegoś czasu na swoją kolej czekało, zostało przeczytane. Oczywiście nie każda literatura nadaje się do busa relacji "Miechów-Kraków" - zdecydowanie najlepiej się sprawdzają kryminały i sensacje. 

Jako, że czasu mi nie starcza na jakieś długie elaboraty to w skrócie o trzech książkach przeczytanych w autobusie będzie - chociażby dlatego, że wszystkie zasługują na uwagę. Dwie z nich to świeżynki są, jedna ma już trochę wieku, autorzy są różnej płci i narodowości, prezentują różne style - tak więc do wyboru do koloru.

Kolejność nieprzypadkowa, bo alfabetyczna;)

******************************************

Czy jest ktoś, kto przynajmniej nie słyszał o Danie Brownie? Podejrzewam, że nikt, albo bardzo niewiele osób. Nawet jeśli nie pałacie jakimś specjalnym nabożeństwem do książek tego autora, to może widzieliście filmy nakręcone na podstawie dwóch jego powieści, gdzie główną rolę profesora Roberta Langdona gra Tom Hanks. Brown łączy w swoich powieściach wątek sensacyjny z historią, akcja toczy się w zawrotnym tempie, a czytelnik oprócz rozrywki może się również czegoś ciekawego dowiedzieć - ja tak miałam na okoliczność włoskiego rzeźbiarza Berniniego, o którym pojęcie miałam dosyć mętne, a którego dzieła są motywem przewodnim "Aniołów i demonów". Oczywiście wspomniana książka nie stała się dla mnie jedynym źródłem wiedzy na temat artysty, ale stanowiła inspirację do poszukania bardziej fachowej literatury.
Tym razem Robert Langdon znajduje się we Florencji do której sprowadziła go sprawa... No właśnie, nie do końca wiadomo kto, dlaczego i w jaki sposób przemieścił pana profesora przez pół świata, w jednym ubraniu i bez dokumentów - niemalże na początku pobytu, w wyniku napadu Langdon traci pamięć. Przed oczami pojawiają mu się koszmarne wizje inspirowane jednym z najsłynniejszych dzieł literackich, a mianowicie "Boską Komedią" Dantego, a konkretnie pierwszą jej częścią noszącą tytuł "Piekło". Skojarzenie jest jak najbardziej na miejscu - Florencja to rodzinne miasto tego pisarza. Ze strzępków wspomnień wyłania się straszna prawda - ktoś spróbuje rozprzestrzenić niezwykle groźnego wirusa, aby za jego pomocą rozwiązać problem przeludnienia na świecie.
Profesor Langdon w (jak zwykle) atrakcyjnym damskim towarzystwie po raz kolejny rusza na ratunek, tyle, że tym razem nie będzie to akcja ku czci jednej lub kilku osób, a całej ludzkości...

"Inferno" to czwarta z kolei książka o Robercie Langdonie. "Anioły i demony" oraz "Kod Leonarda da Vinci" podobały mi się, "Zaginiony symbol" przeczytałam właściwie tylko siłą woli i przyznam szczerze, że przed lekturą tego tomu miałam pewne obawy - tym bardziej, że książka stanowiła prezent na Dzień Nauczyciela od mojej kochanej klasy IIIB. Na szczęście "Inferno" wpisuje się w klimat dwóch pierwszych tomów i czyta się go z przyjemnością. 
Uczciwie trzeba przyznać, że Dan Brown stworzył sobie pewien schemat i jest on w tej książce widoczny, ale z drugiej strony, jeśli coś się sprawdza, to dlaczego tego nie wykorzystać?

Jak dla mnie całkiem sprawnie napisany i wciągający kawałek literatury sensacyjnej.

******************************************************

O Tatianie Polakowej już zdarzyło mi się już pisać dwukrotnie na okoliczność jej cyklu o przygodach dwóch zwariowanych przyjaciółek Żeni i Anfisy, a teraz kolejna, trzecia już odsłona serii, czyli "Niezidentyfikowany obiekt chodzący".
Anfisa w dalszym ciągu pozostaje małżonką pułkownika specnazu Romana, który to mąż jest o swoją żonę niezwykle zazdrosny, co utrudnia jej życie i kontakty towarzyskie (nawet najbardziej niewinne) z płcią przeciwną. Po kolejnej awanturze w miejscu publicznym Anfisa ma już tego dosyć i postanawia zazdrośnika ukarać - ucieka z domu i razem z Żenią szuka miejsca gdzie mogłaby się ukryć na kilka dni. Jakby na zamówienie Żenia, pracująca w jednej z miejscowych gazet, zostaje wysłana w teren, do wioski gdzie mówiąc obrazowo "diabeł mówi dobranoc". 
Lipatowo jest dosłownie odcięte od świata - położone między rzeką a bagnami, zupełnie niedostępne dla normalnych samochodów (można się do niego dostać wozami terenowymi, a i to z wielkim trudem), pozbawione łączności telefonicznej, a żeby było jeszcze weselej, w dniu kiedy docierają do niego nasze przyjaciółki ktoś kradnie fragment trakcji elektrycznej i wieś zostaje bez prądu.
Tymczasem w okolicy dzieją się dziwne rzeczy - giną ludzie, na bagnach straszą upiory, a po wsi błąka się nocami tajemniczy zwierz (Anfisa uważa, że to zdziczały owczarek kaukaski, ale autochtoni upatrują w nim wilkołaka). Do tego coś się dzieje w pensjonacie w którym zamieszkały kobiety, a wszyscy jego goście mają coś do ukrycia...

Jako, że mam już pewne porównanie jeśli chodzi o książki tej autorki muszę przyznać, że jakoś mnie ta książka nie rzuciła na kolana - tzn. całkiem niezła, jest kilka fajnych momentów, czyta się gładko i sprawnie, ale brak tego czegoś co zachwyciło mnie w poprzednich tomach. 
Mam nadzieję, że to tylko chwilowy spadek formy tej autorki i kolejne jej książki trafią w moje czytelnicze gusta;)

***********************************************

Kilka dni temu pisałam o przedostatniej książce Joanny Chmielewskiej, a dzisiaj słów parę o ostatniej, noszącej tytuł "Zbrodnia w efekcie".

Była sobie działka. Taka zwykła, pracownicza, na której  rosły sobie kwiatki i krzewy owocowe, ktoś od czasu do czasu posiał marchewkę i buraczki a w altance trzymano rozmaite narzędzia ogrodnicze. Sprawa własności działki była nieco zagmatwana, ale ponieważ całe stado użytkowników egzystowało we względnej zgodzie nie zachodziła konieczność stosowania sankcji prawnych. Jedną z użytkowniczek działki była niejaka Marzenka, dziewczę zafiksowane na ziołolecznictwo oraz z dobrą ręką do roślinek. Zdarzyło się jej zasadzić na owej działce kawałek bambusa, który jest rośliną niezwykle inwazyjną i kiedy w pośpiechu usiłowała go usunąć okazało się, że pod korzeniem spoczywają jakieś zwłoki... Co dziwne, był to tułów pozbawiony głowy (że o dokumentach nie wspomnę) w związku z czym nie było możliwości identyfikacji denata.
Kilka lat później Barbara Rościszewska, właścicielka działki leżącej naprzeciwko miejsca pochówku bezgłowego tułowia postanowiła sprzedać swój areał i w czasie trzebienia zaniedbanych krzewów dokonała makabrycznego odkrycia - w krzakach leżała ludzka czaszka...
Zawezwani stróże prawa szybko dodali do siebie te dwa znaleziska i wreszcie można było ruszyć śledztwo z miejsca - odtworzyć rysy twarzy zamordowanego osobnika, ustalić personalia, motyw zabójstwa i odnaleźć sprawcę. Niestety, śledczy prowadzący sprawę szybko doszedł do wniosku, że nadmiar świadków może być gorszy niż niedobór. A że jedną ze znajomych denata była Joanna to już wiadomo, że problemy będą się mnożyć lawinowo.

Trochę trudno pisać krytycznie o książce kogoś, kto zmarł ledwie kilka tygodni temu, kogo wszystkie powieści pochłaniało się niemal jednym tchem, kto miał znaczący wpływ również na nasze życie - niektóre określenia pani Joanny, chociażby słynny "mężczyzna wzrostu siedzącego psa", na stałe zagościły w moim słowniku, a kiedy mam chandrę biorę "Wszystko czerwone", otwieram na przypadkowej stronie i po kilku zdaniach humor się poprawia i płaczę, ale ze śmiechu.
"Zbrodnia w efekcie" nie jest złą książką, ale niestety arcydziełem też nie jest. Mam nadzieję, ze duch pani Joanny, który tam pewnie szaleje gdzieś w niebieskim kasynie, wybaczy mi, ale mam wrażenie, że powieść jest trochę na siłę pozlepiana z wątków obecnych w innych jej kryminałach - przykład pierwszy z brzegu: postać Feliksa ze wszystkimi jego obsesjami jest niezwykle podobna do kreacji Przemysława z "Szajki bez końca". Dlatego przy czytaniu miałam odczucie pewnej wtórności i braku nowych pomysłów.
Książkę czyta się jednak całkiem przyjemnie - dla fanów Joanny Chmielewskiej pozycja zapewne obowiązkowa, dla nie-fanów całkiem zbędna, dla wahających się... No cóż, wahającym się (w sensie "być albo nie być" fanem Chmielewskiej) doradzałabym zapoznanie się z tą akurat powieścią dopiero wtedy, kiedy zostaną zdeklarowanymi wielbicielami pisarki;)


A ponieważ jutro i pojutrze znów jadę do szkół, więc idę szukać kolejnej busowej lektury...

czwartek, 31 października 2013

Na zbójeckim zamku i w czarodziejskim lesie

Jesienne wieczory sprzyjają rozmaitym wspominkom, także tym literackim - i tak oto spędziłam kilka popołudniowo-wieczornych godzin w towarzystwie niezwykle sympatycznej dziewczynki imieniem Ronja. Po raz pierwszy z tą córeczką zbója Mattisa, wymyśloną przez szwedzka pisarkę Astrid Lindgren, spotkałam się wiele lat temu, za sprawą radiowego teatru dla dzieci. Powiem szczerze, że nie pamiętam, czy później "Ronję córkę zbójnika" przeczytałam, czy po prostu słuchowisko było tak dobre, że sporo faktów w mojej głowie pozostało. Jakby nie było z pewnością przeczytałam ją dzisiaj.

Ronja przyszła na świat pewnej niezwykle burzliwej nocy. Jej ojciec Mattis był hersztem zbójeckiej bandy, którego bali się wszyscy jego ludzie, jednak maleńka córeczka z miejsca przejęła nad nim władzę. Banda mieszkała w zamku położonym na wysokiej górze, która to góra (razem z położonym na niej budynkiem) rozpękła się tej samej nocy kiedy urodziła się dziewczynka. Pomiędzy południową częścią zamku w której mieszkała Ronja z rodzicami i resztą bandy a opuszczoną północną częścią powstała niezgłębiona Diabelska Czeluść. 
Mattis nie był jedynym zbójcą w okolicy. W sąsiednim lesie działała banda Borki, z którym Mattis był śmiertelnie skłócony. Jakaż była jego wściekłość, kiedy okazało się, że konkurencyjna banda wprowadziła się do północnej części zamku. Ronja podziela uczucia ukochanego ojca, ale równocześnie jest zaintrygowana nowo poznanym Birkiem, synem Borki, który przyszedł na świat dokładnie tej samej nocy co ona.
Jak potoczą się losy zbójeckiego zamku i jego skonfliktowanych mieszkańców i jaki wpływ będzie miała na te wydarzenia mała Ronja? Po odpowiedź odsyłam do książki i od razu zaręczam, że będzie ciekawie. 

Astrid Lindgren osadziła akcję "Ronji" w niezwykle bogatych dekoracjach - tajemniczy i ogromny zamek  (pewnego razu jeden ze zbójników zabłądził wśród licznych pokojów i korytarzy, a odnalazł się dopiero po czterech dniach - i to tylko dlatego, że jego kompani podczas uczty głośno śpiewali), ogromny, mroczny las pełen zwierząt i fantastycznych, niebezpiecznych stworów. Szmaragdowa trawa, krystalicznie czysta rzeka, ogromne drzewa i słoneczne polany to obraz może trochę kiczowaty, ale niezwykle malowniczy, czasem przyjazny, ale także bardzo niebezpieczny. Ronja  to dziecko natury, rozumie i szanuje przyrodę, zna zasady życia w lesie i stara się ich przestrzegać - wie, że ich złamanie może się skończyć tragicznie.

Ronja to dziewczynka niezwykła - ciekawa świata, odważna i samodzielna. Bezgranicznie kocha swojego ojca, ale kiedy robi on coś, co w jej ocenie jest niewłaściwe nie boi się go skrytykować. Co więcej, potrafi bronić swoich przekonań, nawet wtedy kiedy wie, że urazi w ten sposób Mattisa. Lojalna wobec rodziny i przyjaciela nie chce wybierać kto jest dla niej ważniejszy. Uparta i trochę samowolna dziewczynka jest bardzo podobna do swojego taty - dzięki temu świetnie się rozumieją, ale równocześnie bardzo silnie przeżywają wzajemne nieporozumienia. 

"Ronja, córka zbójnika" to powieść dla dzieci, ale również dla dorosłych - promuje takie wartości jak przyjaźń, lojalność, wierność własnym zasadom i poświecenie. A wszystko to w otoczeniu dzikiej i tajemniczej przyrody, w towarzystwie przeróżnych bajkowych stworów - Szaruchów, Wietrzydeł  i moich ulubionych Pupiszonów z ich wiecznie zdumionym "A cemu una tak lobi?"
No właśnie - cemu?

piątek, 23 sierpnia 2013

Obyś żył w ciekawych czasach...

Dawno, dawno temu, w dzielnicy biedaków w Tebach żył lekarz imieniem Senmut i jego żona Kipa. Pomimo, że już od dawna byli małżeństwem nie mieli dzieci. Bogowie jednak byli dla nich łaskawi i oto pewnego dnia Kipa znalazła w Nilu łódeczkę z sitowia w której płakał maleńki chłopczyk. Ucieszona przyniosła go do swojego domu, nadała mu imię Sinuhe i postanowiła wychować jak własne dziecko. Kiedy chłopiec podrósł rodzice oddali go do świątyni Amona aby tam uczył się zawodu lekarza. Niedoświadczony i naiwny chłopiec wchodzi w świat dorosłych, poznaje tajniki egipskiej medycyny, udaje mu się zostać pomocnikiem królewskiego trepanatora, ale równocześnie obserwuje codzienne życie w murach świątyni, które stanowi dla niego ogromne rozczarowanie i mocno podkopuje jego wiarę w bogów i szacunek dla kapłanów. W czasie pobytu w świątyni poznaje przypadkowo dwóch młodych ludzi - Amenhotepa, następcę egipskiego tronu oraz Horemheba, wojownika, który przybył do Teb szukać szczęścia. Los splata ścieżki życia tych trzech chłopców na kolejne lata i niejednokrotnie wystawi na próbę łączącą ich przyjaźń...

"Egipcjanin Sinuhe" to najsłynniejsza powieść fińskiego pisarza Miki Waltariego. Swoją premierę miała w 1945 roku i niemal natychmiast stała się światowym bestsellerem - przetłumaczono ją na kilkadziesiąt języków, a w 1954 roku została zekranizowana przez Michaela Curtiza.
Akcja powieści rozgrywa się w XIV w. przed Chrystusem, za panowania ostatnich władców XVIII dynastii - Amenhotepa IV (bardziej znanego jako Echnaton) i jego następcy Tutenchamona, oraz w okresie przejściowym po śmierci tego ostatniego.  

Książka ma formę pamiętnika, który Sinuhe spisuje pod koniec swojego bogatego w przygody życia - okresy powodzenia i bogactwa przeplatają się z latami ubóstwa, większość życia upływa mu na podróżach po sąsiednich krajach, wiele decyzji podejmuje pod wpływem emocji i w związku z tym niejednokrotnie wplątuje się w niebezpieczne przygody.
Chociaż sam Sinuhe jest postacią fikcyjną, to większość ludzi z którym się styka to osoby jak najbardziej realne, które wpływały na losy ówczesnego świata. Na drodze tebańskiego lekarza stają faraonowie Echnaton i Tutenchamon, słynna królowa Nefretete,władca Hetytów Supiliuliuma, król Babilonii Burna-Buriasz oraz panujący w Syrii Aziru. Postacią historyczną jest również Horemheb - wódz wojsk faraona, prowadzący zwycięskie wojny z Hetytami, plemionami izraelskimi i Syrią. 

Mika Waltari maluje w swojej powieści obraz egipskiego społeczeństwa - prowadzi czytelnika do świątyń poszczególnych bóstw i do Złotego Domu faraona, do bogatych i biednych tebańskich domów, opisuje winiarnie, targi, sklepiki, port i leżące poza murami Miasto Umarłych. W swoich wędrówkach Sinuhe odwiedza również inne części kraju - towarzyszy wojskom Horemheba w czasie walk na pustyni, przebywa jakiś czas w Memfis, a kiedy Echnaton przenosi swoją stolicę do nowo wybudowanego Achetaton również on zmienia miejsce zamieszkania. Jednak królewski lekarz nigdzie nie zagrzewa długo miejsca - okoliczności tak się układają, że większość czasu spędza poza granicami rodzinnego kraju - wędruje po Syrii, Mitanii i Babilonie, odwiedza kraje Hetytów i Kananejczyków, a nawet udaje się na Kretę. W czasie tych podróży doskonali swoją sztukę lekarską, nawiązuje cenne przyjaźnie oraz poznaje życie codzienne, obyczaje, religię i kulturę odwiedzanych krain. Jego pamiętnik stanowi bogaty w szczegóły, barwny i niezwykle ciekawy obraz przedstawiający najstarsze cywilizacje, które powstały na terenie Bliskiego Wschodu.

"Obyś żył w ciekawych czasach" - to chińskie powiedzonko doskonale pasuje do czasów w których toczy się akcja powieści. Panowanie Echnatona i jego reforma religijna to jeden z największych wstrząsów jaki stał się udziałem starożytnego Egiptu - wprowadzenie monoteistycznego kultu Atona w miejsce wielu wyznań, zajęcie majątków świątynnych oraz pacyfistyczny wydźwięk nowej religii stały się przyczyną niepokojów społecznych, osłabienia władzy faraona i ogromnego kryzysu gospodarczego, który poważnie zachwiał podstawami państwa. Jeżeli dołożyć do tego liczne konflikty zbrojne z sąsiadami to niezaprzeczalnie żył bohater książki w bardzo ciekawych czasach.

Zdarza się często, że autorzy tego typu powieści tworząc swoje książki największy wysiłek wkładają w tło historyczne ze szkodą dla charakterystyki postaci. Na szczęście Waltari nie popełnił tego błędu - Sinuhe to postać wielowymiarowa, która ewoluuje na naszych oczach: naiwny i niedoświadczony młody człowiek pod wpływem gorącej namiętności łamie wszystkie zasady, które wpoili mu rodzice i dopuszcza się wielu niegodnych czynów; pozbawiony środków do życia ima się najbardziej pogardzanej pracy, aby przynajmniej częściowo odpokutować swoje uczynki; przekonany przez faraona staje się gorliwym krzewicielem nowego kultu, dla którego nie zawaha się poświęcić całego swojego majątku; w imię dobra kraju postępuje niezgodnie z własnym sumieniem, aby pod koniec życia, jako zgorzkniały i wypalony starzec dojść do wniosku, że życie to marność, proch i nic więcej...

"Egipcjanin Sinuhe" to ciekawa, wielowątkowa, napisana pięknym językiem powieść nie tylko dla wielbicieli historii. To książka, którą po prostu trzeba przeczytać.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Lektury małoletniej Ani - odc. 8

Nie wiem jak to się stało, że jeszcze nie pojawiła się w tych wspominkach jedna z najukochańszych autorek mojego (i pewnie nie tylko mojego) dzieciństwa, kanadyjska pisarka Lucy Maud Montgomery... Czas wiec nadrobić to zaniedbanie, tym bardziej, że co jakiś czas sięgam do jej książek - stoją sobie na osobnej półce i na pierwszy rzut oka widać po nich wytężoną eksploatację.

Jako, że z twórczością tej akurat autorki wszyscy spotkaliśmy się w szkole podstawowej ("Ania z Zielonego Wzgórza" nie daje się już od lat reformatorskim zabiegom i tkwi sobie spokojnie na liście lektur dla klasy VI, co więcej, pomimo, że książka uznana jest za "dziewczyńską" to i chłopcy czytają ją bez większych oporów) to chyba nie ma potrzeby wypisywania tu jakiejś szczegółowej biografii. Przypomnę tylko, że przyszła na świat w 1874 roku w Clifton na Wyspie Księcia Edwarda, jej matka zmarła kiedy dziewczynka miała niespełna 2 lata, a ojciec oddał ją na wychowanie teściom i wyjechał. Lucy przez pół życia związana była z wioską Cavendish - mieszkała w niej aż do czasu swojego zamążpójścia w 1911 roku. Po ślubie przeniosła się do Leaskdale w Ontario gdzie jej mąż objął obowiązki pastora. Lucy Maud resztę życia spędziła poza Wyspą Księcia Edwarda, dopiero kiedy zmarła w 1942 roku powróciła w rodzinne strony - jej grób znajduje się na cmentarzu w Cavendish.

Najbardziej znanymi utworami tej kanadyjskiej pisarki jest oczywiście cykl powieści o rudowłosej Ani Shirley znanej jako "Ania z Zielonego Wzgórza". Bardzo popularny jest również cykl o "Emilce ze Srebrnego Nowiu", oraz jedyna w dorobku autorki powieść dla dorosłych czyli "Błękitny Zamek". Lucy Maud Montgomery napisała jeszcze kilka innych książek, ale ich popularność jest już dużo mniejsza. A szkoda, bo to utwory godne uwagi - moim zdaniem szczególnie opowieść o  małej Jance ze Wzgórza Latarni.

Jedenastoletnia Janina Wiktoria Stuart mieszka wraz z matką w rezydencji swojej babki przy ulicy Wesołej w Toronto. Źle się czuje w tym domu, podświadomie czuje, że babka jej nie lubi, nie ma przyjaciół, jest niezdarną, zakompleksioną i bardzo wrażliwą dziewczynką. Niespodziewanie jej życie wywraca się do góry nogami - okazuje się, że jej ojciec, o którym była przekonana, że zmarł wiele lat temu, jednak żyje. Co więcej żąda, aby dziewczynka przyjechała do niego na wakacje na Wyspę Księcia Edwarda. Początkowo Janka nie chce spotkać się z człowiekiem o którym nic nie wie, jednak nie ma wyboru - matka przygotowuje ją do podróży i pewnego czerwcowego dnia dziewczynka rusza na spotkanie ojca. Szybko okazuje się, że jej strach nie miał żadnych podstaw i niemal od pierwszej chwili pomiędzy nią o jej tatą powstaje silna więź. I tak oto zaczyna się dla Janki cudowne lato, które zmieni ją w zupełnie inną osobę...

Bohaterki Lucy Maud Montgomery to najczęściej dziewczynki z rozbitych rodzin czy wręcz sieroty, zdane na łaskę krewnych bądź opieki społecznej. Wrażliwe, z bogatą wyobraźnią, szybko zyskują sobie sympatię tak czytelnika jak i otoczenia, a obdarzone przyjaźnią odpłacają lojalnością i wiernością. Ich postawa ma niejednokrotnie wpływ również na dorosłych - rodzice Janki muszą dla jej dobra odrzucić stare urazy i podjąć kilka ważnych a zarazem trudnych decyzji.

"Jana ze Wzgórza Latarni" to jedna z ostatnich książek, które wyszły spod pióra Lucy Maud - powstała w 1937 roku, więc siłą rzeczy warstwa obyczajowa różni się od historii o Ani czy Emilce, które powstały na początku wieku - krótsze sukienki, coraz więcej samochodów, udogodnienia w życiu codziennym (chociażby coraz powszechniejsze telefony) to tylko niektóre przykłady. Co jednak widać wyraźnie w tej książce to większa swoboda, którą dysponują kobiety - rzecz dzieje się w okresie międzywojennym. Szczególnie jest to widoczne w sposobie bycia  matki Janki oraz jej starszej siostry. Ciotka Gertruda to osoba z poprzedniej epoki, ograniczona konwenansami stara panna, zależna od matki i brata. Ona nigdy nie zdobyłaby się na bunt wobec rodziny tak jak to zrobiła matka Janki poślubiając Andrzeja Stuarta. I choć później jej małżeństwo się rozpadło to jednak pozostał w niej nikły płomyk wolności, który, w sprzyjających warunkach być może jeszcze raz zapłonie...

Historia o Jance jest wzruszająca, ale równocześnie zabawna - dziewczynka ma charakterek, który niejednokrotnie da się we znaki otoczeniu. Ma też przeróżne pomysły i talent do przyciągania  przygód.
Mam nadzieję, że jeśli jeszcze nie znacie Janki Stuart to te kilka zdań zachęci was do zawarcia znajomości z tą niezwykle sympatyczną dziewczynką i spędzicie miło czas w jej towarzystwie.

niedziela, 30 czerwca 2013

99 lat temu w c.k. monarchii...

28 czerwca 1914 roku w Sarajewie z rąk serbskiego nacjonalisty zginął następca tronu Austro-Węgier arcyksiążę Franciszek Ferdynand Habsburg. Dokładnie miesiąc później, 28 lipca, Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Serbii, która w kilka dni przekształciła się w konflikt ogólnoeuropejski, a następnie światowy. W przeciągu kilku tygodni pod broń powołano kilka milionów mężczyzn, którzy przez następne cztery lata walczyli, odnosili rany i ginęli "za Boga, cesarza i ojczyznę" - oficjalne źródła podają, że mobilizacji podlegało 7,8 mln obywateli c.k. monarchii z czego aż 7 mln (90%) ucierpiało w wyniku działań wojennych (zabici, ranni, jeńcy i zaginieni).

Jednym z tych, którzy latem 1914 roku rozpoczęli swój szlak bojowy był prażanin Józef Szwejk. Mężczyzna już nie najmłodszy, cierpiący na reumatyzm nawet w wojennych warunkach niespecjalnie nadawał się na frontowego bohatera, co w miarę normalna administracja powinna dosyć szybko ustalić. Niestety administrację austriacką z początku XX wieku można określać różnymi przymiotnikami, jednak z pewnością nie była ona normalna... I tak oto Szwejk rusza na wojnę - początkowo pęta się po policji, sądzie, szpitalu wojskowym aż wreszcie zostaje pucybutem wojskowego kapelana. Służba ta nie trwa jednak zbyt długo - kapelan Katz przegrywa Szwejka w karty i tak oto dzielny wojak trafia do porucznika Lukasza, z którym po różnych perypetiach rusza wreszcie na front.

Jarosław Haszek, autor "Przygód dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej" zawarł w swojej książce ironiczny obraz "kolosa na glinianych nogach" - monarchii austriackiej, której potęga należy już do historii; zlepku kultur i narodów, które tylko czekają aby się uwolnić od władzy Wiednia (np. pułki  czeskie, które w czasie działań w Galicji masowo przechodzą na stronę Rosjan); zbiurokratyzowanej i przestarzałej armii, trawionej korupcją, złodziejstwem i niekompetencją. Haszek opisywaną rzeczywistość znał z autopsji - był jednorocznym ochotnikiem w 11 kompanii marszowej 91 pułku budziejowickiego, a nie widząc sensu w walce za Austrię dał się schwytać w niewolę Rosjanom i do końca wojny przebywał w Kijowie. 

W powieści występuje wiele postaci autentycznych, natomiast można się domyślać, ze bohaterowie niehistoryczni swoje pierwowzory mieli wśród współtowarzyszy Haszka z czasów służby w 91 pułku. Sam dobry wojak stanowi swego rodzaju autoportret autora. 
Szwejk to człowiek niezwykle łagodny, optymistycznie nastawiony do świata, z pogodą ducha przyjmuje wszystkie przeciwności losu. Uznany za "notorycznego idiotę" nie przejmuje się tą niezbyt pochlebną opinią, ze stoickim spokojem wysłuchuje inwektyw, którymi częstują go panowie oficerowie i na każdy temat ma odpowiednią anegdotkę, której nie omieszka wygłosić, budząc tym samym jeszcze większą wściekłość przełożonych. I czytelnik, nawet niespecjalnie wnikliwy, bardzo szybko się orientuje, że chociaż Szwejk ma na piśmie stwierdzony idiotyzm to jest to jedna z nielicznych rozsądnych osób jakie spotkamy na kartach tej książki...

Józef Szwejk bardzo szybko stał się jedną z najbardziej znanych postaci kultury popularnej, na kanwie powieści Haszka nakręcono kilka filmów i seriali, powstały przedstawienia teatralne i słuchowiska radiowe. Wielbiciele książki tworzą stowarzyszenia szwejkologów (najbardziej znanym polskim szwejkologiem jest krakowski dziennikarz Leszek Mazan) a od kilku lat można wędrować specjalnym szlakiem turystycznym "Śladami dobrego wojaka Szwejka" z Pragi do Kijowa, część tego szlaku przebiega przez Polskę, m.in. przez Sanok.

Książka bardzo mi się podobała i tylko żałuję, że tak długo musiała czekać na mojej półce... Jeżeli będziecie mieli możliwość sięgnąć po tę opowieść to serdecznie zachęcam. Naprawdę warto. 

czwartek, 23 maja 2013

Podróż w głąb buszu może stać się podróżą w głąb siebie

Australijscy Aborygeni - najstarsza kultura istniejąca na Ziemi. Udało im się przetrwać przez wieki, ale ostatnie dwa stulecia nie były dla nich zbyt łaskawe. Kiedy biały człowiek odkrył ten kontynent dosyć szybko wprowadził tam swoje rządy, spychając rdzennych mieszkańców do roli taniej siły roboczej. Pomimo, że dzisiaj istnieje wiele organizacji charytatywnych jak i urzędów niosących pomoc Aborygenom,  ich sytuacja nadal nie jest najlepsza. Przy okazji niszczeje wielowiekowa kultura - starsi wymierają, a młodzi nie są specjalnie zainteresowani podtrzymywaniem tradycji.

Ros Moriarty przyszła na świat na Tasmanii, ale swoje dorosłe życie związała z północną Australią. Z tamtego rejonu pochodzi bowiem jej mąż John, syn Aborygenki i Irlandczyka, przedstawiciel tzw. skradzionego pokolenia.
W połowie ubiegłego wieku rząd i kościół anglikański przeprowadziły akcję odbierania aborygeńskim rodzinom dzieci pochodzących z mieszanych związków. Czteroletni John został porwany i wywieziony w nieznanym kierunku. Matka odnalazła go niemal cudem dopiero po 11 latach - niewiele dzieci miało tyle szczęścia co on. John przeżył piekło misyjnego sierocińca, musiał walczyć o środki do życia, ale to go tylko wzmocniło. Kiedy dorósł rozpoczął pracę na rzecz swoich współrodaków. Małżeństwo Ros i Johna przeżywało ciężkie chwile, bywało, że nie było co do garnka włożyć, ale w końcu udało im się wyjść na prostą, aktualnie prowadzą studio designu a ich produkty można znaleźć w butikach na całym świecie.

Ros, wychodząc za mąż za Aborygena, stała się członkiem jego plemienia - początkowe obawy szybko ustąpiły na skutek serdecznego przyjęcia przez najbliższych Johna. Również trójka dzieci państwa Moriarty, chociaż wychowywana w mieście, nie traci kontaktu z żyjącymi w buszu krewniakami.

Dla Aborygenów niezwykle ważne są wszelkiego rodzaju rytuały, pieśni i obrzędy. Część z nich jest tajna i dopuszczenie do nich białej kobiety, nawet jeśli jest żoną członka plemienia, świadczy o wielkim szacunku i miłości. W 2006 roku Ros została zaproszona przez kobiety z rodziny Johna do odbycia wspólnej podróży i uczestnictwie w ceremonii, na którą ściągnęły kobiety z całego Terytorium Północnego. Owocem tej podróży, oprócz duchowych przeżyć, jest "Pieśń Aborygenki", niezwykle osobisty reportaż z tych kilku majowych i czerwcowych dni, wzbogacony rozważaniami na temat kultury, tradycji i historii plemienia oraz wspomnieniami autorki i jej bliskich. 

Warto się zatrzymać na chwilę nad tą historią - historią ludzi, którzy gnębieni przez dziesięciolecia potrafili zachować swój świat, i pomimo tego, że mieliby pełne prawo nienawidzić białego człowieka są do niego nastawieni przyjaźnie i pokojowo.

wtorek, 30 kwietnia 2013

W krainie zimnych fiordów i gorących uczuć

Norwegia - kraj znany mi tylko z kolorowych zdjęć, z podręczników historii czy wreszcie z filmów o Wikingach. Kraj gdzie jeszcze dzisiaj człowiek musi zmagać się z groźną choć piękną przyrodą i jedno z ostatnich miejsc w Europie gdzie owa przyroda nie została zdominowana przez ludzką działalność.
Może kiedyś uda mi się zobaczyć fiordy w naturze, ale na razie muszę się zadowolić ich literackim portretem, który wyszedł spod pióra i z serca Sigrid Undset, wybitnej norweskiej pisarki, laureatki Nagrody Nobla z 1928 roku.

"Krystyna, córka Lavransa" to trzytomowa, wielowątkowa opowieść o miłości i nienawiści, powołaniu i odpowiedzialności za własne czyny, poświęceniu i namiętnościach. Tytułową bohaterkę poznajemy jako kilkuletnie dziecko, stojące u progu życia i towarzyszymy jej do śmierci. Poznajemy jej najbliższych, rodziców, przyjaciół, ludzi z którymi przyjdzie jej spędzić długie lata i tych spotkanych przelotnie w różnych punktach jej życiowej drogi.

Rodzice Krystyny to ludzie zamożni, pochodzący ze starych i szanowanych rodów, i chociaż od lat osiadli w swoim gospodarstwie w dolinie Jorund, to szanowani przez sąsiadów oraz mający pewne znaczenie także poza rodzinnymi stronami. Dziewczynka jest ulubienicą ojca, który na wiele jej pozwala, ale wychowuje ją zgodnie z religią i tradycją. Zaręczona z Szymonem synem Andrzeja dziewczyna zostaje wysłana na rok do klasztoru w Oslo, aby tam pod okiem zakonnic zyskać dodatkowe wykształcenie i ogładę. Przypadkowo poznaje Erlenda syna Mikołaja i jest to punkt zwrotny w jej życiu. Niepomna na posłuszeństwo winne rodzicom, na narzeczonego i własny honor Krystyna daje się ponieść namiętności. Zdaje sobie sprawę z tego, ze Erlend to człowiek z przeszłością, który uwiódł cudzą żonę, ma z nią dwójkę nieślubnych dzieci i był skazany na wygnanie; ma świadomość, że ukochany również wobec niej nie postępuje zbyt honorowo, jest przecież przyrzeczona innemu - uczucie jest jednak silniejsze i Krystyna wbrew wszystkim postanawia walczyć o swoje szczęście. Jednak nie zawsze to czego najbardziej pragniemy jest dla nas najlepsze...

Krystyna i Erlend to dwoje ludzi kochających się z ogromną siłą i namiętnością, to przykład związku, gdzie jedna osoba nie potrafi żyć bez drugiej. Równocześnie jest to stadło ze wszech miar niedobrane charakterologicznie - pomimo, że on jest od niej kilka lat starszy i bardziej doświadczony życiowo to właśnie Krystyna jest osobą bardziej odpowiedzialną, to ona w przeciwieństwie do lekkomyślnego małżonka przyjmuje na siebie większość obowiązków, to ona również bierze na siebie brzemię ich wspólnego grzechu.
Czytając książkę przez cały czas miałam wrażenie, że chociaż akcja umiejscowiona jest w XIV wieku to Krystyna jest niezwykle współczesna ze swoimi problemami i wyborami życiowymi. To niezwykle silna osobowość, świadoma własnych pragnień, mająca odwagę wystąpić przeciwko obowiązującym normom i obyczajom, a równocześnie potrafiąca przyznać się do własnych błędów.

Książka Sigrid Undset to również niezwykle piękny i plastyczny hymn na cześć przyrody norweskiej oraz ludzi, którzy żyli w tych niezwykle trudnych warunkach. Opisy niedostępnych gór i zamieszkałych dolin, zmieniający się cykl pór roku, walka o zapewnienie godziwych warunków bytowania, ale również piękno romańskich budowli, rytuały uroczystości religijnych, uczty i zabawy dające choćby chwilowe odprężenie od codziennych kłopotów - to wszystko sprawia, że historia Krystyny, Lavransa, Erlenda i ich bliskich czyta się z ciekawością, pomimo, że powieść do najkrótszych nie należy.

Jeśli ktoś jeszcze nie zna 'Krystyny, córki Lavransa" to zachęcam do jak najszybszego nawiązania znajomości.

Zdecydowanie warto.


sobota, 30 marca 2013

O buddyzmie, uczuciach i życiowej drodze

Moje pokolenie kiedy usłyszy określenie "buddyjski klasztor" w większości ma jedno skojarzenie - klasztor Shaolin, mnisi - wojownicy o nadludzkich zdolnościach, chodzący po ścianach, robiący wymyślne ewolucje w powietrzu, nieczuli na ból i rany. To zasługa (lub wina) przemysłu filmowego, który w latach 80-tych promował kino kopane o azjatyckich korzeniach a my łykaliśmy te filmy, jak gęś gotowanego ziemniaka - przyznam, że do dzisiaj lubię sobie do tych filmów wrócić i durną młodość powspominać...

Nic więc dziwnego, że kiedy szukałam (na okoliczność wyzwania Book-trotter) jakiejś książki o chińskim rodowodzie i rzucił mi się w oczy tekst wydawcy, że to o mniszkach buddyjskich będzie szybko podjęłam decyzję - biorę to. Nie chodziło mi oczywiście o historię jak ze wspomnianego już Shaolin, a raczej o opowieść o tym, jak się żyje w takim miejscu i dlaczego ludzie wybierają taki a nie inny sposób na życie. Czy to dostałam? I tak, i nie...
Ale po kolei.

Bohaterką książki Mingmei Yip "Płatki z nieba" jest Meng Ning, trzydziestoletnia Chinka, urodzona w Hongkongu, doktorantka paryskiej Sorbony, piękna i nieco zagubiona dziewczyna. Jeszcze będąc dzieckiem, pod wpływem traumatycznych przeżyć postanawia zostać mniszką, w czym utwierdza ją jej duchowa przewodniczka. Zanim jednak podejmie ostateczną decyzję postanawia wziąć udział w siedmiodniowych medytacjach na terenie jednego z buddyjskich ośrodków w Hongkongu. Wyratowana z pożaru sali medytacyjnej przez amerykańskiego lekarza Michaela Fullera, zakochuje się w swoim wybawcy i staje przed dylematem - co tak naprawdę jest jej życiowym powołaniem? 

Początek książki zapowiadał ciekawą historię, autorka w przystępny sposób wprowadza czytelnika w rzeczywistość buddyjskiego klasztoru, maluje postacie osób tam przebywających, wprowadza elementy chińskiej sztuki i filozofii - a wszystko to podane w prostej formie. Poznajemy historię Meng Ning, wydarzenia które ją ukształtowały i jej przemyślenia na temat tego co przeżyła i co chce zrobić dalej ze swoim życiem. Wyłania się z tej opowieści wrażliwa, nieco zagubiona i niezbyt szczęśliwa kobieta, dla której klasztor będzie tak naprawdę ucieczką przed życiem. I ta część książki jest zdecydowanie najlepsza.

Niestety dalej już tak dobrze nie jest... Meng Ning wyjeżdża do Nowego Jorku i z dnia na dzień się zmienia. W ciągu kilku dni niewinna, niemal święta przyszła mniszka traci gdzieś wszystkie swoje zasady i zahamowania. Wystarczy, że Michael wyjeżdża z miast na dwa dni a ona już lepi się do kogo popadnie (płeć nie jest żadną przeszkodą...), w przerwach walczy z wyrzutami sumienia i kompleksami wobec snobistycznego otoczenia w którym obraca się Michael. Nie będę może spojlerować o tym co było dalej - jak ktoś ciekawy to sobie sam przeczyta.

Liczyłam na książkę, która wniesie w moje czytelnicze życie coś nowego, na obraz świata, którego, z racji chociażby odległości, zupełnie nie znam. Początek spełniał taką role, niestety zbyt szybko zmienił się w tanie i banalne romansidło.

Szkoda, bo potencjał był. Ale się zbył...



środa, 27 lutego 2013

O Meksykance, która została królową przemytników

Arturo Perez-Reverte to hiszpański pisarz i dziennikarz. Jego książki są w naszym kraju dosyć popularne i często pojawiają się na blogach - jakoś do tej pory osobiście się z tym akurat pisarzem nie spotkałam, ale na podstawie lektury Waszych opinii utrwalił mi się pogląd, że jest to autor powieści historyczno - sensacyjnych (jakkolwiek by to nie brzmiało). Tymczasem jakież było moje zaskoczenie, kiedy się okazało, że oprócz przygodówek osadzonych w odległych wiekach pisze również powieści współczesne.

"Królowa Południa" to historia Teresy Mendoza, Meksykanki, która poprzez splot okoliczności zmuszona jest uciekać ze swojego kraju aż do Hiszpanii. Udaje się jej dostać pracę w barze, a kiedy okazuje się, że dziewczyna ma talent do rachunków właściciel powierza jej zarządzanie lokalem. Dla Teresy jednak praca w barze nie jest szczytem marzeń, szczególnie jeśli chodzi o związane z tym zajęciem zarobki. Przypadkowo poznaje przemytnika, Santiago Fisterrę i zostaje jego wspólniczką.  Niestety po raz kolejny okoliczności sprzysięgły się przeciw niej do tego stopnia, że Teresa ląduje w więzieniu, jednak jest na tyle inteligentna (i ma sporo szczęścia, jeśli chodzi o współlokatorkę celi), że nie marnuje tych kilkunastu miesięcy spędzonych w odosobnieniu. Teresa pochłania książki, w pewnym stopniu uzupełnia swoje wykształcenie, a kiedy kończy się wyrok, więzienne mury opuszcza całkiem inna osoba. Świat narkobiznesu wkrótce się przekona, że pojawiła się w nim nowa osoba, z którą trzeba się liczyć.

Młoda Meksykanka szybko udowadnia, że ma talent i energię, jest twardą negocjatorką, dokładnie planuje swoje poczynania ale potrafi być kreatywna i, co ważne, cechuje ją zawodowa uczciwość. Ale czy to wystarczy aby utrzymała się w tym światku zdominowanym przez mężczyzn?

Z niejakim wstydem muszę przyznać, że szczerze i serdecznie kibicowałam Teresie - pomimo, że jest ona postacią co najmniej kontrowersyjną. Już sam jej sposób zarabiania na życie powinien budzić niechęć - handel narkotykami, przemyt i inne działania niezgodne z prawem to wystarczające argumenty przeciwko tej postaci. Jednak nie można odmówić Teresie determinacji oraz siły woli. Miejsce i czas, w którym przyszło jej spędzić dzieciństwo i młodość ukształtowało jej osobowość - Teresa nie miała innych wzorców postępowania. Trochę trudno ją więc obarczać winą za to, że stała się tym, kim się stała.

Książkę pochłania się niemal jednym tchem, co jest zasługą zarówno tempa akcji jak i postaci wykreowanych przez autora. Bo bohaterowie Pereza-Reverte'a to postacie nieszablonowe, świetnie skonstruowane, niejednoznaczne, a przez to jeszcze bardziej ciekawe.

Serdecznie zachęcam do lektury.

wtorek, 29 stycznia 2013

Od A do...

Tak jak Sherlock Holmes miał swojego doktora Watsona, tak wielki Herkules Poirot miał kapitana Hastingsa. Co prawda po ślubie Hastings wyjechał do Argentyny, ale od czasu do czasu odwiedzał Anglię oraz swojego belgijskiego przyjaciela i jeśli nadarzyła się okazja brał udział w prowadzonych przez niego śledztwach.

Kiedy po raz kolejny kapitan odwiedza ojczyznę wiosną 1935 roku wszystko wskazywało na to, że przed Herkulesem pojawiło się kolejne wielkie wyzwanie. Otrzymał bowiem detektyw list informujący go o miejscu i dacie mającego nastąpić przestępstwa. Nadawca listu podpisał go trzema literami - A. B. C..
Poirot przyjmuje ten list jako wyzwanie dla siebie osobiście, ale powiadamia o nim Scotland Yard - policja traktuje jednak sprawę dosyć sceptycznie. Wszystko się zmienia, kiedy w wyznaczonym dniu i miejscu (miasteczko Andover) dochodzi do morderstwa. Ofiarą jest starsza kobieta, prowadząca niewielką trafikę pani Ascher - zginęła w swoim sklepiku, morderca nic z niego nie zabrał, zaś na ladzie zostawił kolejowy rozkład jazdy, potocznie nazywany ABC, bowiem wszystkie stacje były tam ułożone w kolejności alfabetycznej. 
Bardzo szybko okazuje sie, że zabójstwo w Andover to zaledwie początek serii - kilkanaście dni później Poirot otrzymuje kolejny list z datą i nazwą miejscowości - tym razem na literę B...
Rozpoczyna sie wyścig  - czy alfabetyczny zabójca zdoła dojść do litery Z, czy Herkules wcześniej go schwyta?

W "A.B.C." Poirot ma godnego siebie przeciwnika, kogoś kto choć uznany za szaleńca, zaskakuje niezwykłą precyzją w działaniu dowodzącą jasnego i analitycznego umysłu. Oprócz Herkulesa sprawą zajmuje się również policja - wyznaczony do niej młody stażem, ale już ze znaczącymi osiągnięciami na koncie, inspektor Crome jest chyba jeszcze bardziej zadufany w sobie niż Poirot i nie ma zbyt wielkiego mniemania o metodach śledczych stosowanych przez starszego kolegę.

Kolejna świetna historia, która wyszła spod pióra Agathy Christie, rozwiązanie sprawy po raz kolejny zaskakuje czytelnika, chociaż muszę się pochwalić, że nie dałam się złapać na pewien bardzo oczywisty ślad, który jak się później okazało miał za zadanie wprowadzić w błąd detektywa i uchronić mordercę przed zasłużoną karą. To takie małe pocieszenie, dla mojego ego - bo niestety, znów nie udało mi sie wydedukować kto zabił...

środa, 16 stycznia 2013

Dziewczynka, która rozmawia ze zwierzętami

Chyba nie ma takiego dziecka, które nie chciałoby umieć rozmawiać ze zwierzętami. Nie inaczej ma się sprawa z siedmioletnią Molly Smith. Dziewczynka ma na co dzień kontakt z różnymi zwierzątkami bowiem jej rodzice prowadzą klinikę weterynaryjną Larkfield położoną na skraju niewielkiego miasteczka. Molly, gdyby tylko mogła to każdą wolną chwilę spędzałaby w klinice - przecież dzieje się tam tyle ciekawych rzeczy.
Pewnego wrześniowego dnia w klinice pojawiła się mieszkająca nieopodal kliniki Sara, która przyniosła ze sobą ślicznego, małego kotka, Iskierka. Kotek przybłąkał się na podwórko Sary i kobieta zaopiekowała się nim, nie może go jednak zostawić u siebie, bo jej trzy kocury zupełnie nie akceptują nowego domownika. Między Molly a Iskierkiem niemal od razu nawiązuje się nić porozumienia. Szybko też okazuje się, że Iskierek nie jest zwyczajnym małym kotkiem...

Holly Webb to autorka wielu książek dla dzieci, których bohaterami są zwierzęta - dużą popularność przyniósł jej cykl "Zaopiekuj się mną".
"Kotek czarownicy" to pierwsza książeczka z sześciotomowej serii o przygodach Molly Smith - pierwsze dwa tomiki już można znaleźć w księgarniach, a kolejne cztery pojawią się w lutym i marcu. 
Molly, z racji profesji rodziców, ma stały kontakt ze zwierzętami, ale aż do spotkania z Iskierkiem nie zdaje sobie sprawy ze swoich niezwykłych umiejętności, które początkowo troszkę ją peszą. Postanawia jednak pomóc zwierzątku, pomimo, że wcale nie będzie to prosta sprawa.
Autorka przy okazji historii Iskierka porusza ważny temat jakim jest odpowiedzialność i przestrzeganie zasad - kotek zgubił się, ponieważ nie posłuchał swojej właścicielki i zbytnio oddalił się od domu a Molly musi wymyślić jak pomóc Iskierkowi  nie łamiąc przy okazji reguł obowiązujących w jej rodzinie.
Oczywiście autorka nie stosuje jakiejś namolnej dydaktyki - temat poruszony jest przy okazji i może stanowić świetny punkt zaczepienia do rozmowy z dzieckiem na temat tego co można a czego nie powinno się robić.

Na koniec dodam, że książeczkę czytałam w towarzystwie dwóch mężczyzn w słusznym wieku lat ośmiu i sześciu. Początkowo byli oporni, bo jak różowa okładka to pewnie "dziewczyńska książka" i poważny facet nawet nie powinien patrzeć w jej stronę. Na szczęście dali się przekonać i w skupieniu, co bardzo rzadko się im zdarza, wysłuchali do końca kwitując lekturę stwierdzeniem: "Różowa, ale bardzo fajna!".

W związku z tym, opierając się na tej jakże profesjonalnej opinii, polecam lekturę wszystkim dzieciakom, nie tylko tym marzącym o pogawędce z własnym pieskiem lub kotkiem.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Pobożne życzenia czasem się spełniają

W wiosce St. Mary Mead wszyscy wszystko o sobie wiedzą. Niemała w tym zasługa kilku starszych pań żywo interesujących się tym co się dzieje u sąsiadów - nawet Mosad i FBI razem wzięte nie mają takich mocy przerobowych jak pani Ridley, panna Wetherby, panna Hartnell i panna Marple. 
Niestety, panie nie mają zbyt wielkich możliwości wykazania się swoim wywiadowczym talentem, bo życie w wiosce jest przeraźliwie wręcz spokojne. Niejakie zamieszanie wprowadza jedynie ogólnie nielubiany właściciel Starego Dworu, pułkownik Protheroe - osobnik niezwykle trudny we współżyciu i apodyktyczny, z rodzaju tych, co to zawsze mają rację. Za pułkownikiem nie przepada również miejscowy proboszcz - do tego stopnia, że pewnej środy, wyraża pogląd "że każdy, kto zamorduje pułkownika Protheroe, odda światu wielką przysługę".  

Słowa proboszcza okazały się prorocze - następnego dnia późnym popołudniem w gabinecie proboszcza znalezione zostają zwłoki pułkownika. Gołym okiem widać, że popełniono morderstwo. Przybyły na miejsce przedstawiciel policji,  inspektor Slack rozpoczyna śledztwo, a na komisariat zgłaszają się dwie osoby przyznające się do popełnienia zbrodni.
Sprawa wydaje się zakończona, jednak panna Marple ma wątpliwości - jak się okazuje całkiem słusznie...

"Morderstwo na plebanii" to jeden z pierwszych kryminałów, których bohaterką jest Jane Marple. Poznajemy ją przez pryzmat opinii proboszcza i jego żony, inspektora Slacka i jego szefa pułkownika Melchetta oraz mieszkańców wsi. Początkowo nikt specjalnie się nie przejmuje uwagami starszej damy, jednak w miarę upływu czasu okazuje się, że panna Marple jest niezwykle bystrą obserwatorką, świetnie kojarzy fakty i wyciąga logiczne wnioski. Ma również własną "metodę śledczą", mianowicie uważa, że ludzie postępują według pewnych schematów, więc do każdego problemu można znaleźć wytłumaczenie analizując podobne przypadki z przeszłości.
Dodać należy, że panna Marple jest osobą niezwykle skromną, a swoje detektywistyczne sukcesy traktuje jako coś zupełnie zwyczajnego. Bywa niekiedy wścibska, jednak nie jest złośliwą plotkarą, co zaskarbia jej sympatię mieszkańców plebanii oraz pułkownika Melchetta. Na marginesie dodam, że jeszcze nie raz przyjdzie im się spotkać przy okazji spraw kryminalnych, chociażby wspomnieć sprawę morderstwa młodej fordanserki opisaną w tomie "Noc w bibliotece".

Kolejność czytania kryminałów Agathy Christie nie ma jakiegoś specjalnego znaczenia, bowiem każdy opisuje inną sprawę, jednak, jeśli ktoś nie zna jeszcze panny Marple to proponuję rozpocząć znajomość z nią od tego właśnie tomu.

niedziela, 30 grudnia 2012

Judasz - czy aby na pewno zdrajca?

Szalony plan brytyjskiego arystokraty lorda Arthura Pembroke'a połączył na przełomie XIX i XX wieku losy zbankrutowanego uczonego, włamywacza z talentem malarskim, notorycznego hazardzisty i artystki cyrkowej tworząc z nich zespół, którego zadaniem miało być odnalezienie pewnego niezwykle cennego, starożytnego rękopisu. Ów manuskrypt to Ewangelia Judasza - pismo, które może zupełnie odmienić losy ludzkości, rzucające nowe światło na istotę Jezusa oraz na rolę Judasza w dziele zbawienia.

Czwórka ludzi, których więcej dzieli niż łączy, początkowo nastawiona dosyć wrogo do siebie nawzajem musi połączyć wysiłki aby wykonać narzucone sobie zadanie i aby, co ważniejsze, wyjść cało z opresji. Szybko bowiem okazuje się, że tropem zaginionego papirusu podąża ktoś jeszcze. Ktoś nie mniej zdeterminowany niż wysłańcy lorda Arthura i używający wszelkich środków aby przechwycić notatki wskazujące miejsce ukrycia cennego rękopisu. 

Rainer M. Schröder to pisarz pochodzący z Niemiec, chociaż od pewnego czasu mieszkający w Stanach Zjednoczonych. Na polskim rynku ukazały sie jak dotąd dwie jego książki (obydwie nakładem wydawnictwa Telbit) a mianowicie "Dni ciemności" (opinia TUTAJ) oraz "Świadectwo Judasza".

"Świadectwo" to książka z gatunku przygodowo-sensacyjnego, chociaż nie brak w niej elementów grozy. Główni bohaterowie muszą radzić sobie z rozmaitymi (bywa, że i nadprzyrodzonymi) problemami a konieczność współpracy, wymuszone zaufanie do towarzyszy niedoli przeradza się wkrótce w przyjaźń. Każdy z nich posiada pewne szczególne umiejętności, które okażą się pomocne w ich długiej i niebezpiecznej podróży przez kraje i kontynenty. 
Lektura jest wciągająca, chociaż sporo w niej informacji na temat historii, teologii, sztuki i kryptologii. Szczególnie owa kryptologia jest ciągle obecna na kartach książki, bowiem nasi bohaterowie nie szukają Ewangelii Judasza po omacku - rolę ich przewodnika pełni  notes Mortimera Pembroke'a, starszego brata sir Arthura, który zakodował w nim miejsce ukrycia rękopisu. 
Autor wykonał ogromną pracę jeśli chodzi o realia - opisuje miejsca w których toczy się akcja powieści, życie codzienne w tamtych czasach, ubiory, rozrywki czy wreszcie środki lokomocji. Bohaterowie podróżują Orient Ekspressem, mają możliwość zobaczyć jedną z pierwszych łodzi podwodnych, używają telefonu a równocześnie zmuszeni są do wyprawy w miejsca gdzie można dotrzeć jedynie konno lub wręcz na piechotę.

Przy okazji lektury powieści można się natknąć na miejsca, wydarzenia czy postacie znane z innych lektur - ot, chociażby na belgijskiego detektywa podróżującego Orient Ekspressem. To dodatkowa przyjemność przy lekturze - wyszukiwanie nawiązań do mniej lub bardziej znanych dzieł literatury, sztuki czy filmu. Ale czyż może być inaczej w książce gdzie jeden z głównych bohaterów nosi imię Byron a nazwisko innego brzmi Alistair McLean?

Serdecznie zachęcam do przeczytania tej książki - szczególnie wielbiciele Indiany Jonesa, profesora Roberta Langdona czy naszego skromnego Pana Samochodzika powinni być usatysfakcjonowani.

sobota, 29 września 2012

Dwa w jednym czyli klasyka literatury rosyjskiej

Książeczka o której dzisiaj słów parę chcę napisać stanowi realizację dwóch wyzwań - na okoliczność Trójki e-pik miałam przeczytać coś z klasyki obcej, natomiast Book-trotter na tn miesiąc zalecał jakąś pozycję z literatury rosyjskiej. A obydwa te wyzwania spełnia... no "Anny Kareniny" ani "Wojny i pokoju" nie dałam rady przeczytać, ale niewielki zbiorek pt. "Śmierć urzędnika i inne opowiadania" autorstwa Antoniego Czechowa w obydwie kategorie się wpasowuje.

Antoni Czechow to jeden z najważniejszych pisarzy rosyjskich i aż wstyd się przyznać, że do ostatnich dni znany mi jedynie z nazwiska i skrótowej biografii. Z wykształcenia lekarz, z zamiłowania pisarz i dramaturg, żył zaledwie 44 lata ale zostawił po sobie całkiem sporą spuściznę - kilka dramatów ("Wiśniowy sad", "Wujaszek Wania", "Trzy siostry" - żeby wymienić te najbardziej znane), jedną powieść oraz  kilkadziesiąt nowel i opowiadań. W zbiorku, który czytałam znalazło się osiem utworów - tytułowa "Śmierć urzędnika" oraz "Kameleon", "Końskie nazwisko", "Kapral Priszibejew", "Dyplomata", "Romans w kontrabasie", "Bezbronna istota" oraz "Człowiek w futerale". Wszystkie historie (oprócz ostatniego utworu) są bardzo króciutkie, 3-4 strony, ponieważ autor uważał, że "sztuka pisania jest sztuką skracania a zwięzłość jest siostrą talentu".

Kierując się tą dewizą pomija Czechow w swoich utworach wszelkie opisy czy to przyrody, czy wnętrz w których toczy się akcja, nie znajdzie tam czytelnik właściwie żadnej charakterystyki bohaterów zarówno  zewnętrznej jak i  wewnętrznej, brak też jakiegokolwiek odautorskiego komentarza - to trochę tak, jakby ktoś opowiadał jakąś anegdotkę, bez zbędnego rozbudowywania wątku, bez większego zaangażowania w opowiadaną historią, najkrótszą drogą do puenty a ewentualne komentarze zostawia w gestii słuchacza, czy w tym wypadku czytelnika.
Czechow był doskonałym obserwatorem życia i ludzi - jego opowiadania to nieco ironiczny obraz ludzkich wad i śmiesznostek, głównie tych prezentowanych przez carskich urzędników, nadmiernie drobiazgowej biurokracji, zacofania, ludzkiej głupoty i podłości. Rosja w ktorej przyszło żyć pisarzowi to kraj ogromnych kontrastów - z jednej strony rozrzutność warstw posiadających a z drugiej skrajne ubóstwo chłopstwa i nienajlepsza sytuacja drobnego mieszczaństwa. 

Nie ukrywam, że do pewnego momentu opowiadania Czechowa mnie śmieszyły. Dopiero później przyszła refleksja, że autor pokazuje, może w nieco przerysowany sposób, prawdziwe życie mieszkańców imperium rosyjskiego końca XIX wieku. I że zwykli ludzie musieli stykać się z bezdusznymi, aroganckimi, leniwymi czy przekupnymi urzędnikami, że niżsi urzędnicy byli często pogardzani i prześladowani przez swoich zwierzchników, że policja brutalnie traktowała obywateli a sprawiedliwość wyroku była zależna od pozycji społecznej osób pośrednio lub bezpośrednio zainteresowanych w sprawie. I wtedy stało się to mniej śmieszne a bardziej straszne...

piątek, 31 sierpnia 2012

Groch z kapustą...

Niniejszym donoszę, że żyję i nawet nie najgorzej mi się wiedzie a chwilowy zastój na blogu wyniknął z faktu, że już w poniedziałek rozpoczyna się kolejny rok szkolny;) Dzieciaki celebrowały ostatni tydzień wolności, ale nauczycielska brać już tak dobrze nie miała... Egzaminy poprawkowe, konferencje, komisje, rozkłady, plany - do wyboru do koloru. Uczciwie przyznaję, że to jest właściwie jedna rzecz, której w moim zawodzie szczerze i serdecznie nie znoszę - tworzenie, albo przynajmniej kopiowanie tony papierzysk, których i tak nikt później nie czyta...
A oprócz tego moje własne dziecię rozpoczyna naukę w szkole podstawowej i należało go na tę okoliczność obsprawić - kupić ekwipunek, odzież, obuwie i inne takie. Na szczęście nie wpadło mi do głowy, żeby być zapobiegliwym na początku wakacji, bo Piotrek przez te dwa miesiące śmignął w górę prawie 10 cm i spodnie kupione w czerwcu zyskały awangardową długość nieco ponad kostkę... Jeszcze tylko ostrzępiona koszulinka, słomiany kapelutek i wypisz wymaluj Janko Muzykant.

No ale nie o modowych wpadkach mojego dziecka miało być. Żeby nadgonić nieco zaległości to dzisiaj taka zbiorcza notatka o dwóch książkach przeczytanych w ostatnim tygodniu i jednej trochę dawniejszej lekturze.

Zacznę od tej najdawniejszej, a mianowicie od przeczytanej jeszcze w lipcu w ramach DKK książki "Po zmierzchu" autorstwa Haruki Murakamiego. Wpadła mi gdzieś w oko informacja, że dosyć wysoko obstawiana jest szansa na to aby japoński prozaik otrzymał w tym roku Nagrodę Nobla, więc jakby co poprawię sobie statystyki jeśli chodzi o lekturę dzieł noblistów.
Narażę się pewnie wielbicielom  pisarza, ale jak dla mnie najlepsza w tej książce jest... okładka. Jeśli chodzi o treść to najprościej mówiąc jest to opis kilku godzin, jednej tokijskiej nocy, która splotła ze sobą losy kilku osób - dwójki studentów, kierowniczki "love hotelu", pobitej chińskiej prostytutki, gangstera, pracującego w nocy informatyka, dziewczyny ukrywającej się przed jakimiś nieokreślonymi prześladowcami. O tym co się z nimi działo przed tą konkretną nocą wiemy niewiele lub zgoła nic - tyle ile sami powiedzą, nie wiemy też co się z nimi dalej będzie działo, bowiem akcja urywa się o świcie. Powieść Murakamiego to takie "tu i teraz", przypadkowy wycinek z życia tych kilkorga ludzi. Bohaterów cechuje pewien neurotyzm (mam wrażenie, że to jakby znak rozpoznawczy autora), tym bardziej, że noc to taka pora kiedy różne fobie, lęki, wątpliwości są bardziej odczuwalne niż w świetle dnia. Autor bardzo drobiazgowo analizuje szczegóły wyglądu, zachowania, reakcji opisywanych osób nie zagłębiając się w ich psychikę - to w pewien sposób podnosi wiarygodność opowiadanej historii, potęguje odczucie przypadkowości. I ta część autentycznie mi się podobała poprzez oszczędność formy i naturalizm. Piszę "ta część" ponieważ w "Po zmierzchu" mamy do czynienia z dwoma przeplatającymi się głównymi wątkami. Drugi z nich, mocno nierzeczywisty ukazuje dziewczynę, Eri, która z jakichś sobie tylko wiadomych przyczyn odgradza się od świata i zapada w rodzaj śpiączki. I tu przyznaję się, że poległam - takie to jakieś przegadane, przeintelektualizowane, przerost formy nad treścią. Chociaż może to nie wina książki tylko ja do niej zwyczajnie nie dojrzałam.
Podsumowując albo książka dla mnie za głęboka albo ja dla niej za płytka jestem. Trzeciej możliwości chyba nie ma niestety...

O francuskiej pisarce Annie Gavalda słyszałam już jakiś czas temu, ale jakoś się nie złożyło spotkać z jej książkami. Do czasu aż zakupiłam sobie w Weltbildzie jej powieść "Ostatni raz". Powiedziałabym, że to takie bardziej rozbudowane opowiadanie niż powieść - lektura na dwie, góra trzy godziny.
Rodzeństwo Simon, Lola i Garance jadą na ślub kuzyna. Kiedy jednak docierają na miejsce postanawiają uciec z rodzinnej uroczystości i odwiedzić najmłodszego brata Vincenta, który opiekuje się starym zamkiem położonym w pobliskiej miejscowości. Rodzeństwo jest ze sobą niezwykle silnie związane, a ten spontaniczna ucieczka jest tylko jednym z dowodów na potwierdzenie tej tezy. Pomimo, że już dawno rozpoczęli dorosłe życie a Simon i Lola założyli własne rodziny nie potrafią rozluźnić wzajemnych więzi, co doprowadza do konfliktowych sytuacji z żoną Simona.
Kilkanaście godzin spędzonych razem staje się pretekstem do wspomnień, żartów, niemal dziecięcej zabawy. Muszą jak najlepiej wykorzystać ten czas swobody, bo w końcu trzeba będzie wrócić do codzienności - pedantycznej żony, dzieci, problemów z byłym mężem, nie do końca satysfakcjonującej pracy, samotności...
Książka Anny Gavalda niesie za sobą dużą dawkę optymizmu i radości życia. Autorka przekonała mnie do siebie - z pewnością do niej wrócę.

Ostatnia książka o której chcę napisać parę słów to "Wszystkie moje randki" Debbie Macomber. Sięgnęłam po nią ze względu na pochlebne opinie na temat autorki pojawiające się na wielu blogach. Od razu zastrzegam, że moja opinia może nie być do końca miarodajna, bo zasadniczo za romansami nie przepadam a ta powieść ten gatunek reprezentuje.
Hallie to 30-latka,  właścicielka agencji reklamowej. Jest spełniona zawodowo ale w pewnej chwili przestaje jej to wystarczać i postanawia w ciągu roku wyjść za mąż. Wspiera ją w tym zamiarze najbliższa przyjaciółka, która również dojrzała do założenia rodziny, co więcej, poczyniła już w tym kierunku pewne kroki rejestrując się w agencji matrymonialnej.
Hallie początkowo umawia się na randki z mężczyznami rekomendowanymi przez swoich znajomych, jednak w końcu i ona decyduje się na pomoc profesjonalistów.
A tymczasem do sąsiedniego domu wprowadza się atrakcyjny rozwodnik z dwójką dzieci, które natychmiast zaprzyjaźniają się z Hallie. Tymczasem Steve stara się odzyskać byłą żonę ale w międzyczasie zaprzyjaźnia się z sąsiadką, z rozbawieniem obserwuje jej kolejne próby znalezienia męża i kilkakrotnie ratuje ją z tarapatów w które ją wpędzają owe zabiegi...
Książka ma kilka zabawnych momentów, ale generalnie taka sobie. Jakoś nie przypadł mi do gustu styl autorki, taki trochę "drewniany", nie polubiłam jej bohaterów a i historia dosyć banalna i przewidywalna. Nie mówię jednak nie - może jeszcze kiedyś sięgnę po coś pióra Debbie Macomber, chociażby, żeby sprawdzić czy "Wszystkie moje randki" nie były tylko jednorazową wpadką tej autorki.