Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura niemiecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura niemiecka. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 kwietnia 2014

Przeczytane w busie - część piąta (i jak na razie ostatnia...)

Uff....
Zakończyłam pobieranie nauk i od dwóch tygodni jestem kwalifikowanym nauczycielem przedmiotu o wdzięcznie brzmiącej nazwie "Wychowanie do życia w rodzinie". Skończyły się tym samym moje wyprawy do Krakowa i czytanie w środkach komunikacji zbiorowej. 
Dzisiaj ostatnia porcja moich busowych lektur.

Z radosną twórczością Stephena Clarke'a spotkałam się już jakiś czas temu przy okazji okrzykniętej bestsellerem książki "Merde! Rok w Paryżu". Od razu powiem, że owo dzieło zupełnie nie przypadło mi do gustu, poczucie humoru autora do mnie nie trafiło i nie miałam w planach kolejnego spotkania z tym mieszkającym we Francji angolem. Niestety życie miało nieco inne plany niż ja i w ramach naszego DKK czytałyśmy w ubiegłym miesiącu jego "Paryż na widelcu".
Książka stanowi rodzaj przewodnika po stolicy Francji przeznaczonego dla obcokrajowców - moim zdaniem głównie Anglików chcących na własnej skórze przekonać się jakie z tych Francuzów (ze szczególnym wskazaniem na rodowitych paryżan) gbury i tępaki, a przez to podbudować opinię o własnej kulturze i obyciu.
Książka podzielona jest na rozdziały opowiadające o najważniejszych symbolach stolicy Francji, a więc poczytamy o jedzeniu, modzie, miłości, seksie, kinie i sztuce. Parę stron poświęcił również autor paryskim ulicom, Sekwanie, mieszkaniom i środkom komunikacji (tu głównie o metrze pisał). Clarke stara się puszczać oko do swoich czytelników, ale to taki dowcip na poziomie Jasia Fasoli (którego organicznie wręcz nie znoszę).

Żeby być sprawiedliwym dla książki i jej autora przyznaję, że dowiedziałam się kilku nowych rzeczy o "mieście świateł", ale do wizyty w nim  to dziełko w żaden sposób mnie nie zachęciło...

******************************************************

Elżbieta Cherezińska to jedna z tych osób, które pisząc o historii robią to naprawdę dobrze. Miałam okazję przeczytać dwie pierwsze książki z cyklu "Północna Droga" a teraz przyszła pora na część trzecią czyli "Pasję według Einara".

Główny bohater to jedyne dziecko kapłana i wróżbity Tjostara. Mieszka wraz z ojcem na niewielkiej wysepce Vikna. Swojej prawdziwej matki nie zna, a jej miejsce zajmują coraz to nowe kobiety. Czasy dzieciństwa Einara przypadają na okres panowania króla Haakona Dobrego, który planował wprowadzenie w Norwegii chrześcijaństwa. Niestety większość jarlów, szczególnie na północy, nie chce porzucić starych bogów, a ich ofiarą pada Tjostar, który uważa, że czasy Odyna i Thora już się skończyły, a nowej wiary nie da się uniknąć.
Po śmierci ojca Einar zostaje w tajemnicy wywieziony z kraju i trafia do opactwa benedyktynów w Yorku. Dla potomka Wikingów, przyzwyczajonego do swobody i życia w zgodzie z naturą, zamknięcie w klasztornych murach jest ogromnym szokiem. Życie według benedyktyńskiej reguły "Ora et labora" (módl się i pracuj), brak wolnej chwili dla siebie i zdecydowana wrogość innych podopiecznych zakonu sprawiają, że nie jest mu łatwo - na szczęście zdobywa sobie przyjaźń Oswalda, jednego z oblatów a przy okazji krewnego arcybiskupa Canterbury.
Einar przyjmuje chrześcijaństwo, uczy się w klasztornej szkole, a przełożeni widząc jego inteligencję i gorliwość wciągają go w działalność tajnego bractwa, którego celem jest m.in. chrystianizacja Skandynawii. Po latach jako dorosły mężczyzna wraca do ojczyzny, aby przygotować grunt pod nowe idee...

Postać Einara pojawiła się już w poprzednich tomach - jest krewnym Sigrun, a z Haldred połączyło go gorące uczucie, jednak dopiero teraz mamy możliwość poznać go bliżej i zrozumieć motywy jego postępowania.
Einarowi nie jest łatwo - tragiczny koniec dzieciństwa, dorastanie we wrogim otoczeniu, konieczność ukrywania własnych myśli, pragnień i opinii, postępowanie wbrew wpojonym wcześniej regułom sprawiają, że jest to człowiek wewnętrznie rozdarty. Symboliczny jest też fakt, że pomimo długich i gruntownych przygotowań oraz prawdziwej wiary w Chrystusa przez wiele lat nie udaje mu się przyjąć święceń kapłańskich - zupełnie jakby sam Bóg dawał mu szansę na zawrócenie z drogi. Bo chociaż Einar zdecydowany jest zostać księdzem i nieść słowo boże do swoich rodaków, to równocześnie nie potrafi oderwać się od spraw doczesnych - szczególnie znajomość z Haldred wystawia na próbę jego powołanie.

Przy okazji mam taką refleksję - pierwszy tom czyli "Saga Sigrun" bardzo mi się podobał, choć sama główna bohaterka taka trochę nudnawa była.  Tom drugi czyli "Ja jestem Haldred" był nieco mroczny, pełen namiętności i trzymający w napięciu - po prostu świetny. Tymczasem "Pasja według Einara" jest jeszcze lepsza - niezwykle plastyczna, uczuciowa, pełna pasji i emocji. Przede mną lektura ostatniej książki, zamykających cykl "Trzech młodych pieśni" - aż się boję co będzie...

************************************************

O Annie Szepielak usłyszałam już jakiś czas temu, przy okazji jej debiutanckiej powieści "Zamówienie z Francji", która gościła na kilku odwiedzanych przeze mnie blogach. Tamtej książki nie udało mi się jak dotąd przeczytać, ale ciekawość pozostała i kiedy na bibliotecznej półce zauważyłam "Młyn nad Czarnym Potokiem" tej autorki nie namyślałam się długo...

Główną bohaterką jest Marta - z wykształcenia konserwator zabytków, aktualnie niepracująca mama kilkuletniej Uli, żona Adama i siostra robiącej karierę telewizyjną Grażyny. Marta ma wrażenie, że życie przecieka jej między palcami, męża wiecznie nie ma w domu, dziecko jest chorowite i wymaga ciągłej opieki. Nie przyznaje się do tego, ale trochę zazdrości Grażynie, która może się realizować zawodowo, niestety nawet w Warszawie nie ma zbyt wielu propozycji pracy dla konserwatorów sztuki. Jakby tego wszystkiego było mało okazuje się, że Adam uzyskał bardzo ciekawą ofertę pracy, tyle, że w Londynie, i nie konsultując się z Martą zgodził się wyjechać na kilka miesięcy.
Marta pozostawiona sama sobie w mieście, którego nigdy nie lubiła, z dzieckiem uważającym, że to ona jest odpowiedzialna za wyjazd ukochanego tatusia, bez przyjaciół i znajomych zaczyna popadać w depresję. Na szczęście zbliżają się święta wielkanocne i wyjeżdża do rodziców mieszkających w niewielkim miasteczku nieopodal Nowego Sącza. Tam wpada w wir przygotowań około świątecznych, tym większych, że z wizytą przybywają krewne ze Stanów Zjednoczonych.
W rodzinnym domu Marta ma możliwość spojrzeć z dystansu na swoje życie, pozmieniać pewne sprawy, ustalić priorytety i zacząć żyć na nowo. Przy okazji rodzinnych spotkań odkrywa też, że z jej przodkami wiąże się jakaś mroczna tajemnica...

Książkę czytało mi się bardzo dobrze, Marta i jej problemy mogą być bliskie niejednej czytelniczce. Autorka porusza temat emigracji zarobkowej, frustracji spowodowanej brakiem perspektyw, stresujących warunków życia i pracy w telewizji, niedojrzałych życiowo partnerów, egoistycznego nastawienia do życia - można by jeszcze wiele wymieniać.
Jak dla mnie dosyć ciekawy był wątek pradziadków Marty, właścicieli starego młyna  - niestety potraktowany dosyć pobieżnie. A szkoda...

Jak to we współczesnych powieściach obyczajowych ostatnio bywa znajdziemy w "Młynie" kilka przepisów kulinarnych oraz opisów prac domowych - w końcu Wielkanoc zobowiązuje. I tu naszła mnie taka niewesoła myśl - od jakiegoś czasu mam wrażenie, że dla coraz większej  grupy ludzi symbolem zakończonych dopiero co świąt nie jest przeżycie religijne a umyte okno, nowa firanka, góra jedzenia i wszechogarniające zmęczenie...

**********************************************

Ta książka chodziła za mną już od bardzo dawna - wyjmowana z półki i odkładana z powrotem na jakiś wolniejszy czas (objętość bowiem całkiem pokaźną posiada). No ale wreszcie "Miasto Śniących Książek" Waltera Moersa się doczekało mojej w nim wizyty...

Hildegunst Rzeźbiarz Mitów jest jeszcze młodym, bo zaledwie 77-letnim, smokiem, wielbicielem literatury i początkującym pisarzem. Na polecenie swego literackiego opiekuna opuszcza spokojną i bezpieczną Twierdzę Smoków i udaje się w podróż do Księgogrodu, aby odnaleźć tam nieznanego acz niezwykle utalentowanego pisarza. Niestety jego poszukiwania są nie w smak pewnym zamieszkującym miasto istotom i nasz podróżny zostaje wciągnięty w pułapkę, a następnie wrzucony do księgogrodzkich lochów na pewną i okrutną śmierć.
Podziemia te zamieszkane są przez rozmaite najdziwniejsze stwory, z których najniebezpieczniejszy jest Król Cieni mieszkający w najgłębszej czeluści lochów.
Jednak nie tylko mieszkańcy podziemi stanowią zagrożenie dla Hildegunsta. O wiele realniejsze niebezpieczeństwo grozi mu ze strony łowców książek, bezwzględnych i przebiegłych bandytów poszukujących w podziemiach cennych woluminów, które odsprzedają z zyskiem antykwariuszom. Łowcy konkurują między sobą, nierzadko walczą na śmierć i życie, jednak kiedy zachodzi taka potrzeba jednoczą się przeciwko wspólnemu wrogowi.
Ach, i jeszcze jedno niebezpieczeństwo czyha na naiwnego wielbiciela literatury - niektóre książki, które zalegają podziemia mają niezwykle krwiożercze usposobienie...

To książka niezwykła - trochę baśń, trochę powieść sensacyjno-przygodowa, trochę fantastyka i trochę... powieść psychologiczna. Trudno ją zakwalifikować do jakiegoś jednego, konkretnego gatunku. Akcja toczy się leniwie, by w pewnym momencie gwałtownie przyspieszyć i przez chwilę gnać na złamanie karku, a za moment znów się uspokoić. Autor bawi się z czytelnikiem w rozmaite literackie gry - nazwiska części bohaterów to anagramy nazwisk wielkich postaci światowej literatury, w camońskich powieściach odszukamy wątki znane z klasyki europejskiej, nawet nie będąc językoznawcą zauważymy "książkowy" źródłosłów wielu określeń.

Każdy wielbiciel literatury powinien poznać tę książkę:)

niedziela, 29 grudnia 2013

Święta z książkami

Boże Narodzenie A.D. 2013 to już przeszłość... Spędzone w domu, pod kocykiem i z książkami - czyli pełnia szczęścia:)

A oto co w czasie świąt udało się przeczytać:

"Tysiąc dni w Toskanii" Marleny de Blasi to jedna z tych książek, które od dawna czekały na przeczytanie. Zaczęłam ją już jakiś czas temu, ale początkowo szło mi dosyć opornie, więc odkładałam na lepsze czasy. Wreszcie w tych dniach udało mi się zakończyć tę lekturę. 
Marlena i Fernando sprzedają mieszkanie w Wenecji i przeprowadzają sie do Toskanii. W miasteczku San Casciano wynajmują dom i rozpoczynają nowe życie - z dala od zgiełku i pośpiechu, zgodne z rytmem pór roku, wśród prostych i szczerych ludzi - niemal raj na ziemi. Znajdują tam wielu nowych znajomych, ale przede wszystkim dwójkę przyjaciół - Florianę i Barlozzo. To oni będą najważniejszymi przewodnikami Marleny i Fernanda po Toskanii.
Książka podzielona jest na cztery części odpowiadające porom roku, nowi mieszkańcy San Casciano starają się szanować miejscowe zwyczaje i, o ile to możliwe, brać udział we wszystkich lokalnych wydarzeniach. Można by odnieść wrażenie, że najważniejszą sprawą dla mieszkańców Toskanii jest jedzenie. Poczynając od codziennych posiłków, poprzez towarzyskie spotkania a na świątecznych przyjęciach kończąc, Toskańczycy ciągle myślą o jedzeniu - o jego przygotowaniu, sposobie podania, przyprawach, jak również o ciekawych historiach związanych z przygotowaniem poszczególnych potraw. W książce jest zresztą kilka przepisów na najbardziej charakterystyczne potrawy tamtego regionu.
Marlena i Fernando (czasami trochę na siłę) starają się wtopić w tło i żyć tak jak miejscowi - zbierają zioła, uprawiają trochę warzyw, budują specjalny piec do wypieku chleba i, co bardzo ważne, słuchają tego, co ludzie mają im do powiedzenia.

Książkę, pomimo początkowych trudności pochłonęłam niemal jednym tchem. Historia Marleny de Blasi urzeka prostotą i autentyzmem oraz talentem autorki do opisywania otaczającej ją przyrody i stosunków międzyludzkich. Serdecznie polecam.

"Przesyłka dla kameleona" to trzeci z kolei kryminał rosyjskiej pisarki Darii Doncowej, którego główną bohaterką jest Eulampia Romanowa, gosposia w domu lekarki Katii Romanowej i detektyw-amator.
Przygoda rozpoczyna się kiedy Julka, synowa Katii, łamie nogę i trafia do szpitala. Razem z nią w sali leży Nastia, która ma obsesję na punkcie własnego bezpieczeństwa - sądzi, że mąż i teściowa chcą ją otruć. Początkowo nikt nie bardzo wierzy w jej słowa, ale kilka dni później kobieta umiera. Przed śmiercią przekazuje jednej z pacjentek kluczyk do skrytki bankowej, a ta ostatnia prosi Eulampię, aby zajrzała do owego sejfu. W skrytce znajduje się 30 tysięcy dolarów i list w którym Nastia prosi o przekazanie pieniędzy bratu. Lampka podejmuje się odnalezienia Jegora, ale szybko dociera do niej, że zadanie tylko z pozoru jest proste - nikt nigdy o nim nie słyszał... 

Po raz kolejny, za sprawą zwariowanej Eulampii, oglądam współczesną Moskwę - tym razem Lampka wizytuje stołeczne szpitale, redakcje kilku czasopism, sklepy i bazary a także zawiera bliższą znajomość z byłymi pracownikami KGB. I chociaż akcja jest wartka, Lampa wciąż pakuje się w nowe tarapaty, a i zwariowana rodzinka Katii Romanowej też swoje dokłada, to chwilami działała na mnie ta książka bardzo przygnębiająco. Pomijając już nawet wspomnienia o problemach ze służbami bezpieczeństwa w latach poprzedzających pierestroikę, zawarła w tej książce Daria Doncowa bardzo gorzki obraz współczesnej Rosji - bieda, alkoholizm, powszechna korupcja, zanik więzi rodzinnych. I to sprawia, że chociaż książka pomyślana była jako kolejny "kryminał z przymrużeniem oka" to znacznie odbiega od swoich poprzedniczek - jest bardziej serio i smutno.
I jeszcze jedno - niemal od razu domyśliłam się gdzie jest poszukiwany Jegor. Hmm... Albo mnie się poprawił zmysł detektywistyczny, albo autorka utkała słabszą intrygę.
Ale pomimo wszystko książki pani Darii Doncowej, to kawałek bardo dobrej literatury.

Trzecia ze świątecznych lektur to również kryminał - "Obserwator", którego autorką jest niemiecka pisarka Charlotte Link. Zupełnie inny niż książka Doncowej - "Obserwator" ma mroczny klimat, jest kilka zbrodni, wielkie emocje, strach i depresja, czyli to co powinien mieć dobry kryminał.
Samson jest bezrobotny, mieszka z bratem i bratową w miasteczku niedaleko Londynu i ma bardzo oryginalne hobby - obserwuje sąsiadów a swoje spostrzeżenia notuje w pliku na komputerze. 
Na początku grudnia znalezione zostają zwłoki starszej, mieszkającej samotnie kobiety, którą ktoś zamordował ze szczególnym okrucieństwem. Kilka dni później ginie kolejna mieszkająca samotnie starsza pani, a wszystko wskazuje, że mordercą jest ta sama osoba. Policja szuka sprawcy, a Samson doskonale się wpisuje w profil psychologiczny mordercy.

Lubię takie kryminały. Akcja nie gna na złamanie karku a napięcie buduje się powoli, bohaterów ogarnia coraz większy niepokój i właściwie nie wiadomo komu można zaufać. tu jeszcze dodatkowo nastrój potęguje sceneria - grudniowe dni są krótkie i szare, a wieczory długie, wprost idealne warunki, że by zadziałać na psychikę ofiary. Morderca bowiem zanim przystąpi do działania obserwuje swoje ofiary i stara się je przestraszyć, co zresztą wcale nie jest trudne...

Ma ta książka jednak jedną zasadniczą wadę - jest za długa. Wydaje mi się, że gdyby ją nieco skrócić i wyrzucić kilka nie wnoszących nic nowego fragmentów wyszłoby to książce na dobre...

czwartek, 21 marca 2013

Przeczytane <-> obejrzane: My, dzieci z Dworca ZOO.

Nie raz i nie dwa razy zdarzyło mi się trafić na gorące dyskusje - co lepsze: Książka czy jej filmowa wersja? Jest też całkiem sporo książek, których nie czytałam a znam tylko ekranizację i staram się  dotrzeć do ich pierwowzorów literackich. Ale jest i tak, że czytałam książkę i chcę sobie skonfrontować swoje wyobrażenie o danej pozycji z wizją speców od srebrnego ekranu. 
I tak przyszedł mi do głowy pomysł na cykl "Przeczytane <-> obejrzane" czyli moje subiektywne porównanie świata książki i filmu. Daruję sobie może tę najbardziej oczywistą oczywistość, czyli ekranizację lektur szkolnych, a skupię się na tych filmach i książkach, które mnie osobiście w jakiś sposób zachwyciły, poruszyły czy... zniesmaczyły.

Na pierwszy ogień pójdzie historia Christiane F. "My, dzieci z Dworca ZOO" sfilmowana w 1981 roku przez niemieckiego reżysera Uli Edela. 
Autobiograficzną opowieść nastoletniej narkomanki przeczytałam jakieś 10 lat temu. Nie powiem, wstrząsnęła mną ta lektura bardzo, do dzisiaj pamiętam co bardziej drastyczne momenty.
Pochodząca z rozbitej rodziny 12 letnia Christiane wchodzi w krąg osób uzależnionych od narkotyków. Zaczyna okazyjnie palić haszysz, później sięga po mocniejsze używki, takie jak LSD, valium a wreszcie zaczyna brać heroinę. Na efekty nie trzeba było długo czekać - szybko przychodzi uzależnienie, najważniejszym celem staje się zdobycie pieniędzy na kolejną dawkę narkotyku. 14-letnia Christiane zostaje prostytutką - na klientów czeka w okolicach tytułowego dworca.

Książka jest zapisem rozmów, jakie z Christiane oraz innymi narkomanami prowadzili dwaj dziennikarze - Kai Herrmann i Horst Rieck. Planowany na 2 godziny wywiad rozrósł się do 2 miesięcy, a zamiast artykułu powstała książka mówiąca o problemie nasilającej się na początku lat 70-tych narkomanii wśród dzieci i młodzieży.
Historia opowiadana jest w narracji pierwszoosobowej i ma to ogromny wpływ na odbiór książki. Christiane opowiada o swoich przyjaciołach, których już nie ma wśród żywych, którzy odeszli z przedawkowania lub odebrali sobie życie, opowiada o próbach zerwania z nałogiem i powrotach do starych przyzwyczajeń, o uczuciu do Detlefa, o powolnym staczaniu się, utracie godności i szacunku do samej siebie. Co znamienne, Christiane opowiada o sobie i o swoim życiu w sposób beznamiętny, niemal wyprany z emocji, tak jakby relacjonowała jakieś nieistotne wydarzenia a nie swoją tragiczną historię. I paradoksalnie, takie podejście do tematu wzbudza w czytelniku ogromne emocje - złość, żal, ale i współczucie. To jedna z tych książek obok których nie można przejść obojętnie.

Chociaż film powstał niemal w tym samym czasie co książka i w Polsce można go było obejrzeć też już dosyć dawno, to ja zapoznałam się z nim dopiero w ubiegłym tygodniu - i to tylko dlatego, że miała go oglądać moja klasa, a ja, znając książkę, wolałam wiedzieć jak wygląda jej filmowa wersja.
Uważam, że film jest dobrze zrobiony (chociaż zdecydowanie mniej drastyczny niż książka) - ponad dwie godziny projekcji mija nie wiadomo kiedy. Nastrój dodatkowo potęguje muzyka, której autorem był David Bowie, ulubiony artysta Christiane.
Na uznanie zasługuje również grająca główną rolę piętnastoletnia Natja Brunckhorst, która w bardzo sugestywny sposób przedstawiła zmiany jakie zachodziły w jej bohaterce - od niewinnej, wrażliwej dziewczynki do zdesperowanej narkomanki, gotowej na wszystko aby tylko zdobyć kilkanaście marek na kolejną działkę.

Tak jak wspomniałam film po raz pierwszy obejrzałam w ubiegłym tygodniu, a dwa dni temu oglądałam go po raz drugi, tym razem z moimi uczniami. Początkowo miałam pewne obawy jak przyjmą tę historię, ale w większości wykazali się ogromną dojrzałością. Pomimo, że są bardzo rozgadani i często trudno ich opanować, przez większość filmu siedzieli w absolutnej ciszy. Na najbliższej lekcji wychowawczej planuję z nimi omówić ten film, ale po kilku uwagach jakie usłyszałam po wyjściu z sali filmowej wnioskuję, że seans spełnił swoje zadanie.

Nie jestem prorokiem i nie potrafię przewidzieć czy kiedyś, w przyszłości, nie dadzą się omamić złudnej wolności i szczęściu jaki mają ponoć dawać narkotyki - mam nadzieję, że nie. W każdym razie ja ze swojej strony staram się robić jak najwięcej, żeby ich uchronić przed losem Christiane, Detlefa, Axela, Babsi i innych...

niedziela, 30 grudnia 2012

Judasz - czy aby na pewno zdrajca?

Szalony plan brytyjskiego arystokraty lorda Arthura Pembroke'a połączył na przełomie XIX i XX wieku losy zbankrutowanego uczonego, włamywacza z talentem malarskim, notorycznego hazardzisty i artystki cyrkowej tworząc z nich zespół, którego zadaniem miało być odnalezienie pewnego niezwykle cennego, starożytnego rękopisu. Ów manuskrypt to Ewangelia Judasza - pismo, które może zupełnie odmienić losy ludzkości, rzucające nowe światło na istotę Jezusa oraz na rolę Judasza w dziele zbawienia.

Czwórka ludzi, których więcej dzieli niż łączy, początkowo nastawiona dosyć wrogo do siebie nawzajem musi połączyć wysiłki aby wykonać narzucone sobie zadanie i aby, co ważniejsze, wyjść cało z opresji. Szybko bowiem okazuje się, że tropem zaginionego papirusu podąża ktoś jeszcze. Ktoś nie mniej zdeterminowany niż wysłańcy lorda Arthura i używający wszelkich środków aby przechwycić notatki wskazujące miejsce ukrycia cennego rękopisu. 

Rainer M. Schröder to pisarz pochodzący z Niemiec, chociaż od pewnego czasu mieszkający w Stanach Zjednoczonych. Na polskim rynku ukazały sie jak dotąd dwie jego książki (obydwie nakładem wydawnictwa Telbit) a mianowicie "Dni ciemności" (opinia TUTAJ) oraz "Świadectwo Judasza".

"Świadectwo" to książka z gatunku przygodowo-sensacyjnego, chociaż nie brak w niej elementów grozy. Główni bohaterowie muszą radzić sobie z rozmaitymi (bywa, że i nadprzyrodzonymi) problemami a konieczność współpracy, wymuszone zaufanie do towarzyszy niedoli przeradza się wkrótce w przyjaźń. Każdy z nich posiada pewne szczególne umiejętności, które okażą się pomocne w ich długiej i niebezpiecznej podróży przez kraje i kontynenty. 
Lektura jest wciągająca, chociaż sporo w niej informacji na temat historii, teologii, sztuki i kryptologii. Szczególnie owa kryptologia jest ciągle obecna na kartach książki, bowiem nasi bohaterowie nie szukają Ewangelii Judasza po omacku - rolę ich przewodnika pełni  notes Mortimera Pembroke'a, starszego brata sir Arthura, który zakodował w nim miejsce ukrycia rękopisu. 
Autor wykonał ogromną pracę jeśli chodzi o realia - opisuje miejsca w których toczy się akcja powieści, życie codzienne w tamtych czasach, ubiory, rozrywki czy wreszcie środki lokomocji. Bohaterowie podróżują Orient Ekspressem, mają możliwość zobaczyć jedną z pierwszych łodzi podwodnych, używają telefonu a równocześnie zmuszeni są do wyprawy w miejsca gdzie można dotrzeć jedynie konno lub wręcz na piechotę.

Przy okazji lektury powieści można się natknąć na miejsca, wydarzenia czy postacie znane z innych lektur - ot, chociażby na belgijskiego detektywa podróżującego Orient Ekspressem. To dodatkowa przyjemność przy lekturze - wyszukiwanie nawiązań do mniej lub bardziej znanych dzieł literatury, sztuki czy filmu. Ale czyż może być inaczej w książce gdzie jeden z głównych bohaterów nosi imię Byron a nazwisko innego brzmi Alistair McLean?

Serdecznie zachęcam do przeczytania tej książki - szczególnie wielbiciele Indiany Jonesa, profesora Roberta Langdona czy naszego skromnego Pana Samochodzika powinni być usatysfakcjonowani.

niedziela, 26 sierpnia 2012

I ty możesz być ofiarą...

Agatha Christie w swojej "Autobiografii" napisała, że najlepsza objętość dla powieści kryminalnej to około 200 stron. Wątek nie jest wtedy zbyt rozciągnięty, nie ma miejsca na jakieś dygresje a czytelnik nie zdąży się znudzić. Ja do tego jeszcze dodam, że te 200 stron spokojnie można przeczytać w ciągu popołudnia lub wieczoru i nie trzeba zarywać nocy, żeby się dowiedzieć "Kto zabił?".

Hanna Winter to niemiecka dziennikarka i pisarka, autorka dwóch książek , z których jedną pt. "Giń" będzie można już od 1 października znaleźć na księgarnianych półkach. Nie wiem, czy autorka wzięła sobie do serca radę królowej kryminału, czy sama doszła do takiego wniosku - dość na tym, że książka to lektura w sam raz na jedno popołudnie lub wieczór. I dobrze, bo wciąga od samego początku i nie wyobrażam sobie, że musiałabym ją odłożyć przed dobrnięciem do finału...

Berlinem wstrząsa seria makabrycznych morderstw, których ofiarami są młode kobiety. Sprawca porywa je, poddaje okrutnym torturom a następnie zabija przy pomocy noża do filetowania mięsa. Przypadkowe ofiary mają jedną cechę wspólną - podobny typ urody. Kolejną ofiarą "Wypruwacza" miała się stać Lara Simons, właścicielka niewielkiej kawiarni. Lara miała jednak więcej szczęścia niż jej poprzedniczki i udało się jej uwolnić. Niestety morderca wiedział o niej niemal wszystko i jedynym wyjściem dla Lary i jej córeczki stał się program ochrony świadków.

Minęło 6 lat. Lara, teraz Karolina Wöhler, mieszka na Rügen, ułożyła sobie życie z Frankiem Burlacherem właścicielem niewielkiego pensjonatu i stara się zapomnieć o koszmarze sprzed lat. Niestety, przeszłość nie daje się odsunąć w niepamięć, a przypadkowy autostopowicz i znaleziona w starej szopie czapka bejsbolówka sprawiają, że do Lary dociera straszliwa prawda - "Wypruwacz" ją odnalazł...

Akcja książki toczy się w dwóch planach czasowych - wiosną 2011 roku oraz na przełomie lat 70-tych i 80-tych ubiegłego wieku. W tamtym okresie kształtowała się bowiem osobowość przyszłego seryjnego mordercy, wtedy zabił po raz pierwszy, z tej retrospekcji dowiadujemy się dlaczego robi to co robi.
Hanna Winter stworzyła wciągającą, mroczną i trzymającą w napięciu historię. Do samego końca nic nie jest jasne, czytelnik gubi się w domysłach, bo właściwie każdy mężczyzna z którym styka się Lara w ciągu tych kilku dni może być mordercą a pojawiające się kolejne ślady i poszlaki za każdym razem wskazują na kogoś innego...

Jednej rzeczy mi w tej powieści brakowało - psychologiczny portret zabójcy, jest tylko naszkicowany, brak mu pogłębienia, wiemy dlaczego zabija, wiemy jak to robi, ale próżno by szukać informacji o jego reakcji na popełniane zbrodnie. Ale z drugiej strony to kryminał a nie dramat psychologiczny...

Serdecznie polecam, nie tylko wielbicielom gatunku:)

Za książkę serdecznie dziękuję


czwartek, 7 czerwca 2012

W poszukiwaniu idealnego zapachu

Od dawna jestem zwolenniczką teorii, że jeżeli jest powieść i jej ekranizacja to, w miarę możliwości, lepiej najpierw poznać książkę a dopiero potem film – bo wiadomo, że wersja kinowa (chociażby z racji ograniczeń czasowych) może być w stosunku do oryginału okrojona lub co gorsza (co się niestety często zdarza) z pierwowzorem łączy ją jedynie tytuł. Ale nie wszystko w życiu układa się według nawet najlepszych teorii i od czasu do czasu zdarza mi się poznawać jakieś dzieło w odwrotnej kolejności, czyli film przed książką. Tak było w przypadku „Pachnidła” Patricka Süskinda – film widziałam już kilka lat temu, natomiast książkę przeczytałam dopiero teraz, na potrzeby naszego bibliotecznego klubu dyskusyjnego. I od razu powiem, że moim zdaniem ekranizacja nie ustępuje wersji książkowej.
Ale do rzeczy.
„Pachnidło” to historia niezwykłego geniusza – Jan Baptysta Grenouille posiada bowiem węch doskonały. I jest to właściwie jedyny prezent od losu, bo poza tym od pierwszej chwili jego życia spotykają go same trudności. Urodzony pod straganem z rybami i rzucony przez matkę na stertę odpadów tylko zbiegowi okoliczności zawdzięcza, że przeżył. Oddany do przytułku, przechodzi z rąk do rąk, aż trafia do warsztatu garbarskiego. Wykonywał tam pracę ponad siły kilkuletniego dziecka, żył w warunkach urągających jakiejkolwiek żywej istocie, narażony na kontakt z trującymi oparami substancji stosowanych przy garbowaniu skór, wbrew wszystkim przeciwnościom udało mu się przeżyć, a nawet uzyskać pewne polepszenie własnej sytuacji.
Pewnego dnia jego arcyczuły nos wychwytuje nieznany mu cudowną woń, idzie za nią i trafia na podwórze, gdzie spotyka młodziutką dziewczynę – to jej aromat, zapach rozkwitającej kobiecości tak go zachwycił i stał się jego największą obsesją na resztę życia. Grenouille ma bowiem od tej pory jeden cel w życiu – stworzyć perfumy doskonałe, pachnidło, któremu nikt nie będzie się w stanie oprzeć. I tak krok po kroku, nie zważając na przeszkody, dokonując potwornych zbrodni dąży do urzeczywistnienia swoich pragnień.
Książka Süskinda to jedna z tych pozycji, które wciągają od pierwszej kartki, oplatają czytelnika swoimi mackami i nie puszczają dopóki nie przeczyta ostatniego zdania. Nie jestem w stanie ocenić czy „Pachnidło” to literackie arcydzieło czy tylko świetnie napisane czytadło. Wiem jedno – trzeba nie lada umiejętności, żeby napisać tak wciągający tekst, w którym nie ma prawie wcale dialogów, natomiast jest masa opisów – XVIII-wieczny Paryż, brudny i cuchnący, nieskazitelnie czyste ostępy i góry Owernii, aromatyczna Prowansja, perfumeryjne zagłębie Europy. Czytając łapałam się na tym, że zwracam baczniejszą uwagę na zapachy wokół siebie. Nie mam oczywiście nawet ułamka zdolności Jana Baptysty, jednak jeśli zacznie się bardziej świadomie używać zmysłu węchu efekty są widoczne, a raczej wyczuwalne, natychmiast.
Nie podejmuję się również ocenić postępowania bohatera powieści – bo z jednej strony to wręcz wcielenie zła, potwór w ludzkiej skórze, ale z drugiej strony było mi go zwyczajnie żal. Bo jego zachowanie nosi cechy zwyrodnienia i patologii, jednak trzeba pamiętać o tym, że nie miał właściwie żadnych wzorców do naśladowania, a jego dzieciństwo i wczesna młodość to nieustanna walka o życie. I nie wiadomo jakby się potoczyły jego losy gdyby przyszedł na świat w kochającej się rodzinie… 

sobota, 22 października 2011

Piekielny urlop czyli wakacje z tatą

Za oknem późnojesienna pogoda a na mojej podręcznej półce od kilkunastu dni czekała na przeczytanie zdecydowanie letnia lektura.
Czekała i się dzisiaj wreszcie doczekała:)

Na początku muszę przyznać, że z literaturą naszych zachodnich sąsiadów jakoś do tej pory nie było mi po drodze. Owszem, jako dziecko poznałam baśnie spisane przez braci Grimm oraz książki Karola Maya (co do którego przez długi czas byłam przekonana, że był Amerykaninem), gdzieś w latach szkolnych przeczytałam coś tam Goethego czy Schillera i na tym koniec. Tak samo zupełnie mi nie odpowiada niemieckie poczucie humoru - jakieś takie ciężkie i bez polotu...
Zrozumiałe były więc moje obawy kiedy sięgałam po książkę "Wakacje z ojcem" autorstwa Dory Heldt,  na okładce której mogłam przeczytać, że jest to "współczesna powieść przepełniona ciepłym, inteligentnym humorem".
O samej autorce dowiedziałam się, że ma 50 lat, zawodowo związana jest z branżą wydawniczą, swoje książki osadza w realiach własnego życia a jej rodzina i przyjaciele często odnajdują siebie w wykreowanych przez nią postaciach.

Bohaterką książki jest Christine - 45-letnia  rozwódka mieszkająca w Hamburgu. Poznajemy ją w chwili kiedy wraz z przyjaciółką Dorotheą wybierają się na wakacje do ich wspólnej znajomej Marleen mieszkającej na wyspie Norderney. Marleen prowadzi tam pensjonat oraz przeprowadza remont w odziedziczonym po ciotce barze - Christine i Dorothea mają jej pomóc a przy okazji liczą na jakąś ekscytującą miłosną przygodę. Niestety ich plany mogą legnąć w gruzach kiedy okazuje się, że w wyprawie będzie im towarzyszył Heinz, ojciec Christine, ponieważ jej matka musi iść na kilka tygodni do szpitala. Heinz to uroczy pan w wieku siedemdziesięciu kilku lat, niezwykle szarmancki wobec kobiet, chętnie spieszący z pomocą, pomysłowy i... szalenie męczący. Wtrąca się we wszystko, ignoruje zdanie otaczających go osób a kiedy coś zawali beztrosko zrzuca winę na innych. Uważa również, że jego obowiązkiem jest pilnowanie Christiny i Dorothei aby nie wpadły w jakieś podejrzane towarzystwo i zachowywały się jak dziewczęta z dobrego domu - zupełnie nie dociera do niego fakt, że obydwie są już od dawna dorosłe i samodzielne. A tymczasem na horyzoncie pojawia się dwóch interesujących panów...

Moje początkowe obawy co do niemieckiego poczucia humoru szybciutko się rozwiały, co więcej książka mnie szczerze ubawiła. Autorka świetnie wykreowała postacie - na czele z Heinzem, który, aczkolwiek niezwykle denerwujący, daje się lubić. Oprócz głównych bohaterów jest sporo świetnie zarysowanych postaci drugoplanowych - przyjaciel Heinza Kallli, wiecznie głodny elektryk Onno, reporter miejscowej gazety szukający sensacyjnych tematów czy dwie pretensjonalne damy w średnim wieku starające się zaanektować Heinza i Kallego. Wszyscy to pełnokrwiste typy mające swoje wady ale i niepozbawione pewnych zalet.  
Akcja toczy się wartko, jest wątek sensacyjno-kryminalny z tajemniczym oszustem matrymonialnym w roli głównej - jedyne co tej książce można zarzucić to nieco schematyczne zakończenie. Z drugiej strony jednak jest to w pewien sposób zrozumiałe - "Wakacje z ojcem" to lekka, sympatyczna lektura na popołudnie i wieczór więc czytelnik ma prawo oczekiwać szczęśliwego zakończenia.

Serdecznie zachęcam do przeczytania tej sympatycznej książki - szczególnie teraz, kiedy za oknem pochmurno i zimno przyda się taka słoneczna i optymistyczna lektura.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Telbit.


piątek, 30 września 2011

Tajemnica klasztornych murów

Dawno już mi się nie zdarzyło (chyba ostatnio przy czytaniu "Cukierni pod Amorem") żeby zarwać noc nad książką Tym razem na szczęście książka nie była zbyt gruba więc nie trzeba było czytać do świtania ale prawdą jest, że lekturę zakończyłam już po północy. A biorąc pod uwagę fakt, że wstaję przed 6-tą to siedzę teraz z oczami na zapałkach i na świeżo próbuję zapisać moje wrażenia.

Rainer M. Schröder zaistniał na naszym rynku wydawniczym wydaną w ubiegłym roku historyczno-przygodową powieścią "Świadectwo Judasza". W tym roku wydawnictwo Telbit przekazuje w ręce polskiego czytelnika kolejny utwór tego pisarza pt. "Dni ciemności".
Akcja powieści toczy się w klasztorze cystersów w Himmerod nad rzeką Salm w bliżej nieokreślonym czasie. Biorąc pod uwagę, że w pewnym miejscu wspomniane jest, że mnisi czytają gazety to z dużym prawdopodobieństwem można obstawiać wiek XX. 
Narratorem jest mężczyzna przedstawiający się jako brat Thomasius, jednak wiemy, że to nie jest jego prawdziwe imię a on sam nie jest zakonnikiem. Co więcej nie jest osobą wierzącą. Thomasius przybywa do klasztoru na wezwanie przeora Martinusa, bowiem w Himmerod dochodzi do niezrozumiałych i makabrycznych wypadków - organista brat Paulinus najpierw się okalecza a następnie popełnia samobójstwo skacząc z kościelnego chóru, opiekujący się ogrodem brat Niklaus popada w szaleństwo a z posągu św. Leona znika figurka gołębia (co jest tym dziwniejsze, że rzeźba wykonana była z jednego kawałka drewna. Mnisi zaś, pomimo obowiązującego ich milczenia, zaczynają szemrać coś o Łowcy Dusz.
Thomasinus nie wierzy w nadprzyrodzone zjawiska, uważa, że wszystkie wypadki można wyjaśnić w racjonalny sposób, a mnisi z racji trybu życia i warunków klasztornych są niezwykle podatni na sugestie i mogą łatwo popadać w histerię. Czy wypadki których będzie świadkiem zachwieją jego pewnością siebie? Tym bardziej, że w klasztornych murach jego własne koszmary wracają ze zdwojoną siłą...


Klasztor w Himmerod istnieje w rzeczywistości. Co więcej  Schröder od kilkunastu lat regularnie go odwiedza i w jego murach pracuje nad swoimi kolejnymi powieściami z których akcję kilku (niestety, jeszcze w Polsce nie wydanych) umieścił w tym obiekcie. Jest to idealna sceneria dla historii takiej jak ta opisana w "Dniach ciemności" - tajemniczej, z elementami grozy i sensacji. 
Lektura jest niezwykle wciągająca, napisana barwnym językiem. Kolejne rozdziały odpowiadają kolejnym częściom tzw. liturgii godzin, czyli modlitwom odprawianym w klasztorach w określonych porach dnia i nocy. 
Pochwalić też trzeba polskiego wydawcę za oprawę graficzną -  mroczna okładka i szkice rozpoczynające każdy z rozdziałów są świetnym uzupełnieniem treści.

Polecam tę książkę wszystkim wielbicielom powieści z dreszczykiem, a sama czekam na możliwość zapoznania się ze "Świadectwem Judasza" a także z każdą następną książką tego autora, która ukaże się na polskim rynku.

Widok na klasztor od strony rzeki Salm


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Telbit.

poniedziałek, 25 lipca 2011

O kacie co ludzkie życie ratował




12 października 1624 roku dwunastoletni Jakub Kuisl po raz pierwszy asystował swojemu ojcu przy pracy. A zajęcie, którym parał się Johannes Kuisl nie należało do zwyczajnych, o nie. Johannes Kuisl był bowiem katem w bawarskim miasteczku Schongau. Jakub, który był najstarszym synem miał objąć posadę po ojcu, więc od najmłodszych lat był przez niego szkolony  – początkowo tylko zajmował się narzędziami pracy kata, obserwował egzekucje a teraz miał przejść chrzest bojowy jako bezpośredni uczestnik wymierzania kary śmierci młodej dzieciobójczyni. Johannes był mistrzem w swoim fachu, jednak i najlepszym trafiają się potknięcia. Tak było w tym wypadku – dopiero trzecie uderzenie mieczem pozbawiło zbrodniarkę życia a Jakub poprzysiągł, że nigdy nie pójdzie w ślady ojca…

Tak rozpoczyna swoją powieść pt. „Córka kata” Oliver Pötzsch, pochodzący  Bawarii i mieszkający w Monachium autor programów radiowych i telewizyjnych. Należało by również wspomnieć, że autor jest potomkiem Kuislów, którzy od XIV do XIX wieku byli najsłynniejszą rodziną katów w Bawarii.

Zasadnicza akcja powieści rozgrywa się w ciągu kilku kwietniowych dni 1659roku. Jedenaście lat wcześniej skończyła się wojna trzydziestoletnia ale niemieckie miasta jeszcze nie do końca podniosły się z wojennej zawieruchy. Handel i rzemiosło podupadły a po lasach wciąż jeszcze włóczą się grupy maruderów napadających na spokojne osiedla. Jakub Kuisl, który po okresie młodzieńczego buntu powrócił do rodzinnego miasta ma 47 lat, żonę, dorosłą córkę Magdalenę i kilkuletnie bliźniaki Georga i Barbarę. Od kilkunastu lat sprawuje też urząd kata.

Pewnego wiosennego dnia spokojnym miastem wstrząsa makabryczne wydarzenie. Z płynącej za murami rzeki Lech zostaje wyłowiony Peter Grimmer – syn miejscowego woźnicy. Na ciele dziecka są ślady tortur, ale największe przerażenie budzi znak namalowany na jego łopatce – jest to tzw. „zwierciadło Wenus”, symbol czarownic. Wzburzony tłum szybko typuje osobę odpowiedzialną za zbrodnię – to miejscowa akuszerka, Marta Stechlin, która przy okazji swojej profesji para się również zielarstwem. Tylko natychmiastowa reakcja kata ratuje kobietę przed samosądem. Zostaje jednak uwięziona i oskarżona o konszachty z diabłem oraz morderstwo. Radzie miejskiej zależy na jak najszybszym wydaniu i wykonaniu wyroku. Kat za pomocą tortur ma zmusić Martę do przyznania się do winy. Problem jednak w tym, że Jakub jest przekonany o niewinności akuszerki. Tymczasem w mieście dochodzi do kolejnych morderstw na dzieciach, a ofiary mają ten sam znak...

Rozpoczyna się wyścig z czasem. Kto w nim zwycięży – rajcy i rozhisteryzowani mieszczanie domagający się spalenia czarownicy czy kilka osób starających się udowodnić niewinność Marty? Czy Jakub Kuisl, jego córka oraz zakochany w niej młody medyk Simon Fronwieser zdołają odnaleźć na czas prawdziwych sprawców okrutnych morderstw? Odpowiedzi na te pytania trzeba szukać na kartach książki.
Kiedy zobaczyłam „Córkę kata” przeraziła mnie jej objętość – prawie 500 stron. Kiedy ja to przeczytam? Okazało się, że wystarczyły dwa wieczory i kawałek nocy. Świetna narracja, zwroty akcji, szybkie tempo – to najważniejsze atuty tego kryminału historycznego. Autor stworzył całą galerię ciekawych postaci – patrycjuszy, rzemieślników oraz miejskiej biedoty. Dopracował też tło społeczno-obyczajowe, wnikliwy czytelnik oprócz głównego wątku kryminalnego znajdzie w tej powieści wiele wiadomości m.in. na temat systemu prawnego czy życia i mentalności XVII-wiecznego mieszczaństwa – większość bohaterów książki to postacie autentyczne – rajcy miejscy, burmistrz czy pisarz miejski (de facto rządzący miastem) jak również Jakub Kuisl i jego rodzina.

Muszę jeszcze napisać kilka słów o fantastycznej okładce – wspaniała kolorystyka, stylizowane litery, wypukły tytuł oraz krople krwi robią niesamowite wrażenie. W środku jest rycina przedstawiająca Schongau  w czasach kiedy toczy się akcja powieści. Są na niej zaznaczone najważniejsze miejsca w których przebywają bohaterowie – dom kata, mieszkanie akuszerki, więzienie i inne. Oprócz ryciny, która stanowi niejako plan sytuacyjny do którego można zerkać w czasie lektury jest jeszcze spis osób występujących w książce – również może być pomocny, jako że przez karty powieści przewija się kilkanaście postaci i każda z nich ma swój udział w przedstawionych wydarzeniach.

Serdecznie polecam tę książkę wszystkim wielbicielom powieści sensacyjno-kryminalnych, jednak ostrzegam, że jest w niej sporo drastycznych opisów dotyczących realiów pracy kata. Pomysłowość naszych praprzodków w dziedzinie zadawani bólu była wręcz niesamowita – nie ma się więc co dziwić, że osoba poddawana takim torturom przyznawała się w końcu do wszystkiego byle tylko skrócić cierpienia. A niestety nie każdemu podejrzanemu trafiał się taki kat jak Jakub Kuisl – myślący, z rozwiniętym poczuciem sprawiedliwości, który nie wahał się położyć na szali nawet własnej „kariery” aby karę poniosła właściwa osoba a nie ta, która była akurat pod ręką. 

Książkę do recenzji otrzymałam od portalu