Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura szwedzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura szwedzka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 maja 2018

Pokwietniowe remanenty

Druga połowa kwietnia obfitowała w moim życiu w różnego rodzaju przypadki, głównie natury zawodowej. Były oczywiście egzaminy gimnazjalne klas trzecich, były próbne egzaminy klas drugich, rozmaite szkolne i klasowe sprawy, które trzeba było rozwiązać natychmiast, tu i teraz, moje własne dziecię nieodwołalnie weszło w okres "burzy i naporu" i zaczynam mieć wrażenie, że któreś z nas tego nie przeżyje, wreszcie, i to było chyba najważniejsze, ważyły się losy mojej pracy na rok przyszły... 
Na szczęście większość problemów już poza mną, etat (CAŁY!!!) mam, a Piotrek, no cóż najwyżej się go uroczyście wyrzeknę.
Relaks polegał oczywiście na czytaniu, ale już pisać to mi się zupełnie, ale to zupełnie nie chciało. Tak więc majówka (spędzana w domu) upłynie mi chyba na nadrabianiu pisarskich zaległości. Na początek trzy tytuły.



O Małgorzacie Rogali zdarzyło mi się słyszeć jakiś czas temu, natomiast dopiero teraz miałam możliwość zapoznać się z jej książką "Zapłata". Powieść stanowi pierwszy tom kryminalnego cyklu, którego bohaterami jest dwójka policjantów - Agata Górska i Sławek Tomczyk. 

W toalecie warszawskiego klubu zostaje zamordowany syn znanego adwokata. Mariusz Leśniak zginął w bardzo nietypowy sposób - otruty igłami cisa. Dla Agaty to śledztwo nie jest takie jak inne - tym razem w zbrodnię może być zamieszana jej najbliższe przyjaciółka, Justyna Lipiec. Przed laty Leśniak był oskarżony o śmiertelne pobicie narzeczonego Justyny - nigdy nie został skazany, bo sąd nie miał wiarygodnych dowodów. Justyna bardzo przeżyła śmierć Filipa i doskonale zna się na roślinach i ich właściwościach. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy niedługo potem, również otruty ginie Igor Kawecki, przyjaciel Mariusza Leśniaka, podobnie jak on uczestniczący w pobiciu sprzed lat...

"Zapłata" nie jest może typowym kryminałem, chociaż jest zbrodnia a policjanci prowadzą śledztwo. Autorka położyła bowiem największy nacisk na wątpliwości targające Agatą - z jednej strony policjantka chce dobrze wykonać swoją pracę i schwytać zabójcę, z drugiej strony, zwyczajnie i po ludzku uważa, że Leśniaka i Kaweckiego spotkało to na co zasłużyli. Do tego dochodzi jeszcze obawa, że być może to Justyna postanowiła po latach wymierzyć sprawiedliwość - dylemat pomiędzy byciem policjantką a przyjaciółką męczy Agatę, ale wpływa również na Sławka, który musi zadecydować czy odsunąć partnerkę od śledztwa, czy ukryć jej osobiste zaangażowanie i ryzykując własną karierą pomóc jej oczyścić przyjaciółkę.
Tak więc kryminał, ale z dużą dawką powieści psychologicznej.
Dodam jeszcze, że bardzo podoba mi się styl pani Małgorzaty Rogali i jej sposób prowadzenia narracji, a szczególnie poczucie humoru, które jest widoczne w powieści. Sprawa jest bowiem bardzo poważna, ale główni bohaterowie to zwyczajni ludzie, którzy mają swoje wady i zalety, zdarza im się popełniać błędy, ale starają się w miarę możliwości odreagowywać śmiechem napięcie jakie niesie ze sobą ich praca. Czasami najpierw coś robią a dopiero później myślą co prowadzi do zabawnych zdarzeń - jak chociażby historia z nożem do chleba.
O co chodzi? A to już odsyłam do książki...

***************************************************

"Między tęsknotą lata a chłodem zimy" to pierwsza część "Trylogii policyjnej" autorstwa Leifa GW Perssona, szwedzkiego profesora kryminologii, byłego komisarza policji i pisarza. Książka odstała już na mojej półce całkiem sporo czasu (jakoś tak 6-7 lat) i wreszcie sytuacja dojrzała aby ją przeczytać.
"Trylogia policyjna" to praca w której Persson chciał przedstawić własną wersję wydarzeń związanych z nierozwikłaną do dnia dzisiejszego zagadką morderstwa szwedzkiego premiera Olofa Palmego w 1986.
historia rozpoczyna się od tajemniczej śmierci amerykańskiego dziennikarza, który pewnego jesiennego wieczoru wypadł z okna akademika, gdzie od kilkunastu dni zajmował pokój. Wszystko wskazuje na to, że było to samobójstwo, ale kiedy śledczy przyglądają się sprawie bliżej, pojawia się coraz więcej wątpliwości...

Książka była swego czasu bardzo reklamowana i porównywana z trylogią "Millenium" Stiega Larssona i chyba to porównanie stanowiło impuls do zakupu tej pozycji.
Tak więc pewnego kwietniowego wieczoru wzięłam tę całkiem pokaźną cegłę (ponad 600 stron) i zaczęłam czytać. I tak jakoś nie zaiskrzyło...
Pamiętając swoje doświadczenia z "Millenium" (zaskoczyło gdzieś dopiero w połowie pierwszego tomu) drążyłam temat dalej, i dalej, i dalej... No i niestety, przebrnęłam ostatkiem sił do końca i raczej po kolejne tomy nie sięgnę. Nuda i chaos, chaos i nuda, zupełnie nieprzyswajalni bohaterowie - swoją drogą jak na mój gust za dużo ich, bo kilkakrotnie musiałam wracać do już przeczytanego rozdziału, żeby wyłapać kto, z kim i dlaczego?
Czytając tę książkę można odnieść wrażenie, że zdecydowana większość policjantów i agentów tajnych służb (bo oprócz stróżów prawa pojawia się w książce również wywiad) to zdegenerowani alkoholicy o ilorazie inteligencji stułbi szarej, a pozostała reszta to z kolei prawicowi ekstremiści czy wręcz neonaziści.
Książka jest przegadana, mnóstwo w niej opisów i wątków pobocznych, które nie dość, że nic nowego do sprawy nie wnoszą to jeszcze ją gruntownie zaciemniają.

Tak więc z żalem, ale nie polecam.

********************************************************

"Miasto szkła" - trzeci tom trylogii "Dary anioła" Cassandry Clare pochłonęłam w dwa wieczory. Kolejna odsłona opowieści o Nocnych Łowcach nie zawiodła mnie - czytało się świetnie, akcja wciągała, ostateczne rozwiązanie było spektakularne, a stworzone przez autorkę uniwersum nadal potrafi zaskoczyć.

Nocni Łowcy muszą podjąć decyzję co do ewentualnego sojuszu z Podziemnymi (wampiry, wilkołaki, itp.) w zbliżającym się starciu z Valentinem i chociaż niby mają wspólne cele nie jest to wcale takie proste.

Clary i Jace nie mogą być razem ale również nie są w stanie funkcjonować osobno, Simon próbuje sobie radzić ze swoją nową tożsamością - właściwie jest czymś pośrednim między człowiekiem a wampirem (tym bardziej, że z jakiegoś powodu może przebywać na słońcu i z tego powodu zyskał sobie nawet przydomek "Chodzący za dnia"). Alec ma coraz większe kłopoty z ukrywaniem swoich uczuć, Isabelle jest w dalszym ciągu zabójczo piękna i równie zabójczo skuteczna w walce z demonami. A na scenie pojawia się jeszcze jeden tajemniczy bohater imieniem Sebastian...

Brzmi to trochę jak podrzędne romansidło, ale o dziwo nic z tych rzeczy. Są oczywiście wielkie uczucia, ale to co w "Mieście szkła" jest moim zdaniem najważniejsze to fakt dojrzewania głównych bohaterów, zmiany jakie w nich zachodzą, podejmowanie życiowych decyzji i całkiem dorosłe (chociaż według prawa Nocnych Łowców dorosły jest tylko Alec) podejście do życia. Młodzi bohaterowie udowadniają dorosłym, że mają swoje zdanie, potrafią go bronić a w chwili zagrożenia można na nich liczyć.

Początkowo seria miała się kończyć na tym tomie, ale ze względu na jej popularność autorka dopisała jeszcze trzy tomy. Ciekawa jestem co z tego wyszło, bo "Miasto szkła" stanowi całkiem zgrabne zakończenie trylogii i rozwiązuje właściwie wszystkie problemy. Chociaż z drugiej strony jest parę spraw, które można różnie interpretować, więc istnieją całkiem mocne punkty zaczepienia od których można rozpocząć kolejne wątki...

Mam nadzieję szybko się przekonać co będzie dalej.

wtorek, 28 marca 2017

Dwie biografie - jedna świetna, druga nie

Raz na kilkanaście lat dopada mnie choroba - taka, że domowe sposoby nie wystarczają i trzeba się udać do lekarza. Tym razem synek mój kochany sprzedał mi wyjątkowo uciążliwe zapalenie oskrzeli i zafundował mamusi półtora tygodnia zwolnienia lekarskiego.Doskonała okazja, żeby nadrobić czytelnicze zaległości - plon ostatnich kilku dni to cztery kryminały, dwie obyczajówki i dwie biografie. Nieźle, co?
Te dwie biografie to przykład jak się powinno i nie powinno pisać o życiu znanych osób. Jedna bowiem, napisana arcyciekawie, dotyczyła osoby średnio interesującej i przeczytałam ją niemal jednym tchem, druga zaś, co do której miałam ogromne oczekiwania, była zwyczajnie nudna, chociaż bohaterka była jedna z najznakomitszych pisarek XX wieku.

Przez kilka piątkowych wieczorów wróciłam do oglądania telewizji, a to za sprawą biograficznego serialu o początkach panowania królowej Wiktorii. Ponieważ serial bardzo mi się spodobał (już czekam na drugą serię, która ma się ponoć pojawić jesienią) postanowiłam rozejrzeć się za jakąś biografią angielskiej władczyni. Jeden z moich ulubionych biografów, George Bidwell, napisał takową, więc wybór był prosty: czytam "Wiktorię żonę Alberta".
Już sam tytuł sugeruje jak wyglądało królewskie stadło - Wiktoria była władczynią całego imperium, ale w domu pierwsze skrzypce grał Albert. To on narzucił swój styl, pedanterię i drobiazgowość (bardziej naturalne dla rodziny mieszczańskiej niż królewskiej) swojej chimerycznej małżonce. To on, nawet po swojej przedwczesnej śmierci, był tym, z którego opiniami królowa liczyła się najbardziej. Wiktoria jaką znamy bez Alberta by nie istniała...
Można by odnieść wrażenie, że autor nie przepada za swoją bohaterką - Wiktoria z książki Bidwella to osoba o bardzo przeciętnej inteligencji, uparta i samowolna, której obca jest sztuka dyplomacji. Pomimo iż od samego początku wiadomo było, że zasiądzie natronie Zjednoczonego Królestwa nie odebrała należytego wykształcenia, otaczała się Niemcami oraz, co szczególnie przysporzyło jej niechęci poddanych, wyszła za mąż za Niemca i dosyć jawnie popierała niemieckie interesy.
Wiktorią dosyć łatwo było sterować, jeśli tylko darzyła sympatią swojego mentora - początkowo był to lord Melbourne, później Albert a po jego śmierci dwóch premierów - Palmerston i Disraeli.
Patrząc na wieloletnie panowanie Wiktorii trzeba przyznać rację autorowi książki - faktycznie królowa nie przysłużyła się jakoś szczególnie ani swojej ojczyźnie ani światu. Jest to tym bardziej widoczne poprzez porównanie jej życia do historii innej kobiety - młodszej o rok Florence Nightingale, która mając o wiele mniejsze możliwości zasłużyła się ludzkości nieporównywalnie bardziej niż Wiktoria Hanowerska.

++++++++++++++++++++++++++

Astrid Lindgren to jedna z najbardziej znanych pisarek XX wieku. Niewiele jest chyba na świecie dzieci, które nie znałyby chociażby jednej z jej książek. Dzieci z Bullerbyn, Fizia Pończoszanka, bracia Lwie Serce czy Ronja córka zbójnika to znani i lubiani bohaterowie dziecięcych lektur.
Biorąc do ręki książkę "Astrid Lindgren. Opowieść o życiu i twórczości", której autorką jest Margareta  Strömstedt miałam nadzieję na fascynującą podróż literacką, tym bardziej, że obie panie znały się dobrze a nawet przyjaźniły.
Niestety srodze się zawiodłam. Książka jest nudna, większą jej część stanowi interpretacja poszczególnych powieści Lindgren - szukanie pierwowzorów bohaterów, rozkładanie na czynniki pierwsze "co autor miał na myśli"oraz doszukiwanie się przekazu społecznego. Owszem, Astrid Lindgren pchnęła literaturę dziecięcą na całkiem nowe tory - odeszła od wszechobecnego w połowie XX wieku moralizatorstwa, jej bohaterowie są ciekawi, spontaniczni i często zwariowani. W swoich utworach promuje tezę, że dziecko to też człowiek, tylko mały, więc należą mu się takie same względy jak dorosłemu. To wszystko prawda, ale przecież w biografii chodzi chyba o coś innego.

Czego mi w takim razie zabrakło w tej historii?
Otóż przede wszystkim codzienności pisarki, która przecież przez duża część swojego życia nie tylko pisała książki, ale również pracowała zawodowo i wychowywała dzieci. Jak udawało się jej to wszystko pogodzić? Czy nigdy nie miała chwili zwątpienia? Czytając tę książkę można odnieść wrażenie, że Lindgren to dziecko szczęścia - wszystko czego się tknie zamienia się w sukces. 
Dalej - na początku książki autorka wspomina, że Astrid była silnie związana z rodzicami i rodzeństwem. Tymczasem o jej siostrach i bracie nie ma tu prawie nic. O najbliższej przyjaciółce też jest tylko kilka zdań pomimo, że Astrid poznała ją w szkole a znajomość trwała nieprzerwanie przez kilkadziesiąt lat.
W tej biografii po prostu nie ma Astrid. Jest tylko jej twórczość - fakt, że wspaniała, godna uwagi i cały czas aktualna, ale to tylko książki, a ja chciałam poznać człowieka, który za nimi stoi.

Tak więc z przykrością, ale raczej nie polecam :(

wtorek, 14 marca 2017

Lotta jest uparta jak kozioł

Jonas, Mia-Maria i Lotta to rodzeństwo mieszkające wraz rodzicami w niewielkim domku usytuowanym przy ulicy Garncarzy. Jednak ich tatuś twierdzi, że dzieciaki robią taki harmider, że należałoby zmienić nazwę na ulicę Awanturników.

"Przygody dzieci z ulicy Awanturników" to zbiorowe wydanie dwóch książek Astrid Lindgren przeznaczonych dla najmłodszych, a mianowicie "Dzieci z ulicy Awanturników" oraz "Lotta z ulicy Awanturników".
Chociaż książka opowiada o całej trójce młodych Nymanów to jednak bohaterką pierwszoplanową jest najmłodsza z rodzeństwa, czteroletnia Lotta. Dziewczynka jest dosyć uparta i stara się zawsze postawić na swoim, chociaż często obraca się to przeciwko niej. Na szczęście rodzeństwo jest ze sobą silnie związane, i nawet jeśli starszą dwójkę irytują wybryki Lotty, to jednak jej wybaczają, bo, jak często powtarza Mia, "Ona jest taka słodka".

Podobnie jak w innych książkach Astrid Lindgren dorośli stanowią postacie drugoplanowe. Rodzice oraz sąsiadka pani Berg raczej nie wtrącają się w zabawy dzieci, ale gdy wymaga tego potrzeba mali Nymanowie mogą na nich liczyć. Widać to szczególnie w drugiej części książki, kiedy Lotta postanawia odejść z domu i zamieszkać u pani Berg. Starsza pani bez zmrużenia oka przyjmuje czterolatkę pod swój dach, daje jej pokoik w którym dziewczynka będzie mogła zamieszkać i w żaden sposób nie namawia jej na powrót do domu - Lotta sama dochodzi do wniosku, że jednak chce wrócić do rodziców. Podobnie rodzice - dają dziewczynce swobodę (tym bardziej, że u sąsiadki nic jej nie grozi), pozwalają przeżyć pierwszy poważny bunt i samodzielnie zadecydować o swoim losie. W tym fragmencie wyraźnie uwidaczniają się poglądy samej autorki, która przez całe swoje dorosłe życie była orędowniczką tezy, że dzieciom należy się taki sam szacunek jak dorosłym. Bo dziecko to taki sam człowiek jak dorosła osoba.

Książeczka jest pięknie wydana - twarda okładka, gruby papier, kolorowe ilustracje autorstwa Ilon Wikland sprawią. że może być ozdobą niejednej dziecięcej biblioteczki.
Książka skierowana jest do dzieci w wieku 5-9 lat, a ponieważ napisana jest dosyć dużą czcionką a rozdziały są raczej krótkie może stanowić doskonałą propozycję do samodzielnej lektury dla dziecka.

Serdecznie polecam.

sobota, 11 lutego 2017

Oddać czy zostawić? Oto jest pytanie! (cz. 1)

To, że jestem uzależniona od książek wiem już od dawna. Wie to również moja rodzina i większość znajomych. Nie mam pojęcia ile książek jest w domu, ale mąż mój Robert prorokuje, że w końcu strop nie wytrzyma obciążenia makulaturą i któregoś ranka weźmie się i zarwie, a my obudzimy się u mojej mamy (mama mieszka na parterze a my na piętrze)... 
Żeby zminimalizować zagrożenie katastrofą budowlaną (to wersja oficjalna, nieoficjalna jest taka, że potrzebuję miejsca na nowe tomy) od jakiegoś czasu część moich zbiorów oddaję naszej gminnej bibliotece. Obydwie strony są zadowolone - ja, bo mam twardy dowód dla szanownego małżonka, że poważnie przejmuję się jego opiniami, a biblioteka to wiadomo - każda nowa książka mile widziana.
Na moich półkach sporo jest takich książek, które kupiłam w porywie chwili, bo bardzo chciałam je przeczytać, a później tak mi jakoś zeszło i albo o nich zapomniałam, albo nie miałam nastroju - no dość na tym, że pokrył je kurz i pajęczyny.
I tu dochodzimy do sedna sprawy - wybierając książki do przekazania dla biblioteki trafiam na te nieprzeczytane bidulki i muszę zdecydować co z nimi zrobić A żeby podjąć decyzję trzeba przecież książkę przeczytać, prawda? I tak się zrodził pomysł na cykl "Oddać czy zostawić?", czyli notatki (bo to jednak nie będą recenzje czy opinie w pełnym tego słowa znaczeniu) o tych odkurzonych skarbach.

Joanna Chmielewska "Byczki w pomidorach"

Joanna Chmielewska to moja najulubieńsza kryminalistka. Uwielbiam jej starsze książki (z wyjątkiem "Lesia"), niestety z tymi nowszymi mam pewien problem. Bo niby większość bohaterów ta sama, miejsca też dobrze znane, ale historie już tak nie porywają, komizm taki trochę na siłę, a i z językiem (który moim zdaniem jest największym atutem książek pani Joanny) też się coś niedobrego porobiło...
"Byczki w pomidorach" przenoszą czytelnika do Danii, gdzie w domu Alicji roi się od mniej lub bardziej zaprzyjaźnionych osób i gdzie zatrzymuje się pewna kłopotliwa para z Polski. Pani Julia i pan Wacław od pierwszej chwili podpadają stałym bywalcom kuchni i ogrodu, ale prawdziwy kłopot powstaje kiedy Wacław najpierw zaginie, a następnie odnajdzie się w charakterze zwłok. Policja policją, Joanna i spółka postanawiają na własną rękę rozwikłać tajemnicę zejścia pana Buckiego. 

Książka raczej przeciętna, typowy dla Chmielewskiej galimatias zmienia się w chaos niekontrolowany, głodomór Marianek (który w zamyśle miał chyba śmieszyć) wywołuje swoją bezdenną głupotą tylko i wyłącznie zgrzytanie zębami, inni bohaterowie też specjalnie nie zachwycają... W szkolnej skali ocen 3+.

Pomimo, że nie zachwyca to jednak zostaje - Chmielewskiej (nawet najgorszej) nie oddam!

Clive Cussler "Sahara"

"Sahara" to jedenasta książka z Dirkiem Pittem w roli głównej, a druga która została zekranizowana. Przyznaję się od razu, że film widziałam już dawno (właściwie mi się podobał, chociaż grający główną rolę Matthew McConaughey to jakaś pomyłka) a po książkę sięgnęłam dopiero teraz. I jak to przy adaptacjach bywa film od książki rożni się zasadniczo.
Dirk i jego najbliżsi przyjaciele, Al Giordino i  Rudi Gunn zajmują się niepokojącym rozrostem pewnego rodzaju glonów, które występują u wybrzeży Afryki. Jeżeli nie uda się zahamować tego zjawiska światu grozi kataklizm. Trop prowadzi do Mali, rządzonego przez generała Kazima. Również do Mali trafia doktor Eva Rojas, która wraz z grupą pracowników WHO szuka źródła epidemii dziesiątkującej miejscową ludność. Na miejscu okazuje się, że w sprawę zamieszany jest francuski multimilioner Yves Massarde, który dla zysku nie cofnie się przed niczym...

"Sahara" to jedna z najlepszych książek Cusslera jaką do tej pory czytałam. Ma wszystkie atuty powieści sensacyjnej - wciągającą intrygę, wartką akcję, pomysłowych i przebojowych bohaterów. Pomimo, że mnie więcej wiedziałam o co chodzi czytało mi się świetnie.

Zdecydowanie zostaje - Cusslera, podobnie jak Chmielewskiej, nie oddam.

Asa Hellberg "Ostatnia wola Sonji"

Literatura szwedzka kojarzyła mi się jak dotąd wyłącznie z Astrid Lindgren oraz ze współczesnymi kryminałami.  "Ostatnia wola Sonji" trafiła do mnie podczas którychś targów książki, nazwisko autorki nic mi nie mówiło, tytuł sugerował jakąś ostateczność a okładka... No cóż nie grała mi zupełnie z tytułem ani z krajem powstania...
Książka rozpoczyna się od pogrzebu - umiera Sonja Gustavsson. Jej trzy przyjaciółki - Susanne, Rebecka i Maggan dowiadują się od adwokata, że zmarła posiadała ogromny majątek a one są jej jedynymi spadkobierczyniami, bowiem Sonja nie miała rodziny. Jednak przejęcie spadku obwarowane jest pewnymi warunkami - wszystkie trzy kobiety muszą podjąć wyzwania jakie przygotowała dla nich pani Gustavsson. Muszą porzucić swoje dotychczasowe życie a nawet kraj, bowiem Sonja zaplanowała dla nich zadania w Paryżu, Londynie oraz na Majorce. Co więcej - żadna nie może się wyłamać - żeby otrzymać spadek muszą wszystkie podjąć grę...

Książka może nie jest najwyższych lotów, ale czyta się ją całkiem przyjemnie. Bohaterki to kobiety po przejściach, z bagażem doświadczeń i lat, którym trudno jest zmienić przyzwyczajenia i zmierzyć się z nieznanym, jednak wszystkie podejmują wyzwanie Sonji. "Ostatnia wola Sonji" to powieść obyczajowa, chociaż nieznacznie dryfująca w stronę romansu, doskonała jako relaks po długim pracowitym dniu.

Wędruje do biblioteki - chociaż sympatyczna, to raczej drugi raz po nią nie sięgnę. Niech trafi do innych czytelników.

czwartek, 26 maja 2016

Młodociani detektywi na tropie

Rasmus i Pontus mają po jedenaście lat i chodzą do czwartej klasy. Na świecie króluje wiosna, a oni muszą siedzieć w szkole, chociaż serce wyrywa im się do Wszawego Dołka, do którego właśnie zjechało wesołe miasteczko. 

Tak zaczyna się książka Astrid Lindgren pt. "Rasmus, Pontus i pies Toker" - powieść powstała w 1957 roku, a jej najnowsze wydanie sygnowane jest przez Naszą Księgarnię.

Największą sensacją wesołego miasteczka jest Alfredo, słynny połykacz noży. Chłopcy bardzo chcą obejrzeć jego występ ale brakuje im pieniędzy, więc postanawiają wejść bez biletu. Plan mają całkiem niezły, jednak nie udaje się go zrealizować, przypadkowo przerywają występ i stają oko w oko z rozzłoszczonym Alfredem. Nie mają pojęcia, że to spotkanie będzie miało daleko idące skutki...
Można powiedzieć, że pechowe spotkanie z połykaczem noży rozpoczęło wyjątkowo urozmaicony okres w życiu chłopców, bowiem następnej nocy są świadkami kradzieży i, oczywiście, postanawiają samodzielnie schwytać złoczyńców.

Rasmus i Pontus to sympatyczne, inteligentne i pomysłowe dzieciaki. Ich przyjaźń jest z gatunku tych prawdziwych, od serca - kiedy Rasmus chce pomóc swojej starszej siostrze  Pontus idzie "na akcję" razem z nim, nie bacząc na fakt, że plan przyjaciela zakłada potajemne nocne wejście do obcego domu. 
Chłopcy mają fantazję, poczucie humoru, potrafią wywołać bójkę na ulicy, ale potrafią się również wykazać odwagą i lojalnością. Mają dobry kontakt ze swoimi rodzicami, chociaż jak każdy młody człowiek w ich wieku uważają, ze rodzina nie zawsze traktuje ich poważnie.

Powieść, jak na kryminalną historię przystało, ma kilka nagłych zwrotów akcji, znajdzie się jakiś niewielki zbieg okoliczności, a dobro oczywiście zwycięży.

"Rasmus, Pontus i pies Toker" to, podobnie jak wiele innych książek Astrid Lindgren, powieść ponadczasowa, która pomimo dosyć słusznego już wieku spodoba się współczesnym dzieciakom. Bo niezależnie od czasów w których przyszło nam żyć przyjaźń i lojalność nigdy nie stracą na wartości.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Odświeżona znajomość z dzieciństwa

Astrid Lindgren - nazwisko tej autorki jest dla mnie synonimem literatury dla dzieci na najwyższym poziomie. "Dzieci z Bullerbyn", "Ronja, córka zbójnika", "Fizia Pończoszanka" do dzisiaj tkwią w mojej pamięci i cieszy mnie, że bohaterowie tych książek zyskali uznanie również w oczach mojego dziecka. Nie znam niestety całej twórczości tej szwedzkiej pisarki, ale dzięki wydawnictwu Nasza Księgarnia, które od jakiegoś czasu wydaje jej kolejne książki nadrabiam "braki z dzieciństwa".

W jednej ze sztokholmskich kamienic mieszkają rodzice z trójką dzieci. Najmłodszy z rodzeństwa jest chłopiec pieszczotliwie zwany Braciszkiem. Rodzice, brat i siostra bardzo go lubią, on ich również, ale od czasu do czasu chłopiec czuje się bardzo samotny. Jego największym marzeniem jest posiadanie psa, jednak rodzice nie chcą się zgodzić na nowego domownika. I oto pewnego popołudnia, kiedy Braciszek siedzi troszkę smutny w swoim pokoju pojawia się przed nim jakiś dziwny jegomość - jest niewielkim okrąglutkim i sympatycznie wyglądającym mężczyzną, wyposażonym w niewielkie śmigło (to dzięki niemu wleciał przez otwarte okno) i przedstawia się jako Karlsson z dachu. 
Karlsson mieszka w niewielkim domku ukrytym sprytnie za kominem i nikt nie ma pojęcia o jego istnieniu. Pomiędzy nim a Braciszkiem szybko nawiązuje się nic sympatii, chociaż trzeba przyznać, że początkowo ta znajomość wpędzała chłopca w tarapaty. Nikt poza nim nie widział Karlssona i wszelkie psoty oraz nieprzewidziane katastrofy wynikające z niefrasobliwego stylu bycia jego nowego przyjaciela przypisywano Braciszkowi...

Astrid Lindgren napisała trzy książeczki o przygodach Karlssona i Braciszka: "Braciszek i Karlsson z Dachu",  "Karlsson z Dachu lata znów" oraz "Latający szpieg czy Karlsson z Dachu", które w najnowszym wydaniu sygnowanym przez Naszą Księgarnię połączono w jeden tom zilustrowany przez Monikę Pollak. Ilustracje są biało-czarne, wykonane jakby od niechcenia i zgrabnie wkomponowane w tekst. Moim zdaniem świetnie oddają ducha powieści.
Z Karlssonem spotkałam się po raz pierwszy wiele lat temu przy okazji oglądanej w dzieciństwie bajki na dobranoc. Niewiele z niej pamiętałam, ale ogólne wrażenie było raczej pozytywne. Jakie więc było moje zdumienie, kiedy po lekturze pierwszych kilku rozdziałów dotarło do mnie, że Karlsson zwyczajnie mnie drażni... Głupiutki, uważający się za specjalistę od wszystkiego, zapatrzony w siebie, posuwający się do ewidentnych oszustw, wykorzystujący naiwność małego chłopca i jego potrzebę przyjaźni - to tylko część z wad, które Karlsson zaprezentował na samym początku. A później się jeszcze rozwinął...
Czytałam dalej i zastanawiałam się czym kierowała się autorka tworząc tak niesympatyczną postać i czyniąc ją tytułowym bohaterem książki dla dzieci. I w pewnej chwili dotarło do mnie, że chociaż Karlsson tkwi w tytule, to najważniejszy jest Braciszek. Karlsson jest lekarstwem na jego samotność, to dzięki niemu nieco nudna egzystencja małego chłopca zmienia się w ekscytującą przygodę - latanie, spacer po dachach, straszenie siostry to tylko kilka przykładów tego, co Braciszek przeżywa z Karlssonem. A kiedy mama musi wyjechać i chłopcem ma się opiekować panna Cap to Karlsson staje się prawdziwym wybawieniem dla tęskniącego i osamotnionego dziecka. I chociaż latający samochwała dalej mnie drażnił to jednak zrozumiałam, że dzieciom taki bohater może się podobać, a ja z niego najzwyczajniej pod słońcem wyrosłam.
Za podsumowanie niech więc posłuży zdanie umieszczone na okładce książki "Karlsson zachwyca dzieci i jest największym utrapieniem dorosłych!".


niedziela, 19 kwietnia 2015

Od slamsów Johannesburga do pałacu szwedzkich królów, czyli kolejny bestseller Jonasa Jonassona

O matko sadzonko... Wracam między żywych...
Ewaluacja szczęśliwie już się zakończyła, tzn. najazd na szkołę się skończył, teraz to co sobą zaprezentowaliśmy zostanie przepuszczone przez system i za dwa tygodnie dowiemy się co ów system ma do powiedzenia na nasz temat. No, ale na to, to już całkiem nie mamy wpływu. Swoją drogą jest to z lekka przerażające: komputer ocenia żywego człowieka. Normalnie Matrix.
Nic - zapominamy o rzeczach mało przyjemnych a wracamy do tych milszych, czyli do książek :)

Trzy lata temu czytelnicy w naszym pięknym kraju usłyszeli o niejakim Jonasie Jonassonie, a to za sprawą jego debiutanckiej powieści "Stulatek, który wyskoczył przez okno  i zniknął". Książka niemal natychmiast została okrzyknięta bestsellerem (jedna z nielicznych, które rzeczywiście zasługują na to określenie) a  autor zyskał sobie potężne grono wielbicieli, do którego zalicza się również moja skromna osoba. Możecie więc sobie wyobrazić moją uciechę, kiedy w zapowiedziach wydawniczych na ten rok zobaczyłam kolejną książkę tego szwedzkiego pisarza. I tak oto kilka tygodni temu dotarła do mnie "Analfabetka, która umiała liczyć" i zapewniła mi kilka godzin wspaniałej rozrywki.

Tytułowa analfabetka nazywa się Nombeko Mayeki. Miała potężnego pecha bowiem urodziła się w latach sześćdziesiątych w RPA. Pech był tym większy, że dziewczynka była czarnoskóra. Ojciec był jakimś mitycznym bytem, który rozwiał się zaraz po tym jak obdarzył rodzicielkę Nombeko swoim brzemiennym w skutki zainteresowaniem, a matka zmarła kiedy dziewczynka miała dziesięć lat. Nombeko nigdy nie chodziła do szkoły, a od wczesnego dzieciństwa musiała ciężko pracować. Szybko okazało się, że dziewczynka ma niezwykły talent matematyczny, a kiedy jeszcze udało się jej nauczyć czytać stała się najlepiej wykształconą analfabetką w swojej dzielnicy. Panna Mayeki rozzuchwaliła się do tego stopnia, że postanowiła wybrać się do biblioteki w Pretorii, aby tam poświęcić się czytaniu i poznawaniu świata. Niestety już na samym początku podróży jej pech dał o sobie znać i wpadła pod samochód, a ponieważ udowodniono jej winę (szła chodnikiem, po którym pewien pijany w sztok biały inżynier urządził sobie rajd swoim oplem admirałem) musiała odpracować karę w pewnym bardzo tajnym i odosobnionym obiekcie wojskowym. 
Wypadek zniweczył plany dotarcia do biblioteki w Pretorii (do której Nombeko najprawdopodobniej nawet by nie wpuszczono) ale w dalszej perspektywie pozwolił młodej Murzynce wyrwać się z rodzinnego kraju i dotrzeć aż na północ Europy, spotkać wiele wpływowych osobistości współczesnego świata, wreszcie poznać kogoś, kto stał się dla niej niesłychanie ważny, a kto oficjalnie w ogóle nie istniał...

Jeżeli ktoś czytał poprzednią książkę Jonassona to ma mniej więcej rozeznanie w temacie warsztatu pisarskiego tego autora jak również w jego oryginalnym poczuciu humoru. "Analfabetka" to kolejne dzieło, w którym autor przedstawia absurdalną (chociaż teoretycznie możliwą) historię zwykłych ludzi rzuconych w wir wydarzeń mających decydujący wpływ na losy świata. Nombeko, a my razem z nią, ogląda RPA z czasów apartheidu, uczestniczy w programie jądrowym, rzuca wyzwanie jednemu z najlepszych wywiadów świata, czyli izraelskiemu Mosadowi, wreszcie trafia do Szwecji, kraju szczycącego się tolerancją i poszanowaniem wolności obywatelskich, z których, niestety, nie może w pełni korzystać...
Mocną stroną tej książki są kreacje bohaterów, zwłaszcza drugoplanowych. Jonasson stworzył ich czerpiąc z panujących stereotypów (przy okazji obśmiewając owe stereotypy) dodając każdej z postaci jakieś cechy szczególne. Mamy więc białych obywateli RPA uważających się za coś lepszego tylko i wyłącznie z powodu koloru własnej skóry, mamy chińska rodzinę wykorzystującą w wielce oryginalny sposób prawa popytu i podaży na rynku antyków, mamy wreszcie szwedzkich przeciwników monarchii i anarchistów (swoją drogą trudno być anarchistą w kraju, gdzie bez problemu można protestować przeciwko wszystkim i wszystkiemu). Bohaterowie "Analfabetki" to ludzie różnych profesji, biedni i bogaci, mądrzy i "mądrzy inaczej", sympatyczni i aroganccy. Co ważne, nawet ci, którzy mają do odegrania rolę czarnych charakterów mogą budzić, jeśli nie sympatię, to chociaż uśmiech. Ich uczynki nie są podyktowane złośliwością czy okrucieństwem, ale raczej ograniczeniem umysłowym, żeby nie powiedzieć, że najzwyklejszą głupotą...

Serdecznie zachęcam do poznania historii Nambeko, szczególnie tych, którzy nie znają "Stulatka". Bo jeśli ktoś przeczytał i pokochał pierwszą powieść Jonassona, to jego zachęcać nie trzeba.

poniedziałek, 9 marca 2015

Przeszłość zawsze nas znajdzie

Mariana, Elena i Karolina to trzy siostry zamieszkujące nadmorskie miasteczko. Mariana prowadzi sklep z książkami i zabawkami, Elena jest mistrzynią cukierniczych wypieków, natomiast Karolina swój talent plastyczny wykorzystuje przy... malowaniu trumien. Nad ich życiem ciąży tragedia z przeszłości - trzydzieści lat wcześniej ich ojciec został zamordowany, a sprawców nigdy nie schwytano.
Siostry są bohaterkami powieści "Córki marionetek", której autorką jest szwedzka pisarka Maria Ernestam.

Na pierwszy rzut oka nadmorskie miasteczko to oaza spokoju - takie miejsce gdzie wszyscy się znają a czas płynie zgodnie z rytmem przyrody. Jednak kiedy do miasta przyjeżdża amerykański dziennikarz Amnon Goldstein wszystko się zmienia. 
Ojciec Amnona mieszkał tu jako dziecko w czasie wojny - był niemieckim Żydem, któremu udało się wyjechać z nazistowskich Niemiec. Amnon kupuje budynek starej piekarni i szybko zyskuje zaufanie większości mieszkańców miasteczka - Amerykanin chce napisać książkę o miejscu i ludziach dzięki którym jego ojcu udało się przeżyć.
Jest jednak ktoś, kto nie ufa przybyszowi - Jan, miejscowy polityk, uważa, że "obcy" zburzy panujący porządek i będzie miał zły wpływ na życie miasteczka. Zdarzenia, które następują w ciągu kilku następnych tygodni zdają się potwierdzać obawy Jana - ktoś rozbija szybę w sklepie Mariany i podrzuca w jej szopie krowie oczy, pies należący do niewidomego mężczyzny wpada do dołu z żarzącym się popiołem a Jan znajduje w swojej skrzynce pocztowej zakrwawione końskie serce. W mieście narasta atmosfera strachu i podejrzliwości...

"Córki marionetek" reklamowane są jako "trzymający w napięciu thriller psychologiczny" - cóż moim zdaniem (i nie tylko moim...) takie określenie w stosunku do tej książki jest pewnym nadużyciem - zaczęłam bowiem jej lekturę, przeczytałam kilkadziesiąt stron i nic... Zero napięcia, zero akcji, zero thrillera. Więc jeśli ktoś zdecydował się na zakup tej pozycji wierząc reklamie to się srodze zawiódł.

Czym są więc "Córki marionetek"?
Moim zdaniem jest to przede wszystkim powieść nurtu "rozrachunkowego", która przy okazji może być zakwalifikowana jako powieść psychologiczna. Problematyka wojenna nie jest w Szwecji zbyt popularna, więcej, o pewnych aspektach tamtych czasów Szwedzi woleliby pewnie zapomnieć. Przyjazd Amnona i jego pytania rozgrzebują stare rany, budzą wyrzuty sumienia a czasem agresję. Okazuje się, że Mariana i jej siostry mają z tą historią też wiele wspólnego: Dimitrij, ich ojciec był rówieśnikiem ojca Amnona i podobnie jak on był również "obcy" - jego rodzina (wiele wskazuje, ze byli to Cyganie) także uciekła przed pogromem hitlerowskim i trafiła do nadmorskiego szwedzkiego miasteczka. Być może odtworzenie wojennych losów chłopców rzuci jakieś światło na sprawę zbrodni sprzed lat.

Maria Ernestam pisze pięknym, poetyckim językiem. O wielu rzeczach nie mówi wprost, a poprzez wplecione w tekst baśnie, które Mariana czyta odwiedzającym ją dzieciom. To mroczne historie, które każdy może interpretować po swojemu, jednak pełnią one w utworze rolę podobną do pieśni chóru w antycznej tragedii. Teatralnych odniesień jest tu zresztą dużo więcej - Mariana, jej siostry i matka, jak również przyjaciel imieniem Ivo wyrażają się poprzez przedstawienia lalkowe, a ich widzowie bez problemu mogą rozpoznać w marionetkach samych siebie.

"Córki marionetek" to piękna i mądra książka po którą warto sięgnąć - zachęcam serdecznie.

poniedziałek, 23 lutego 2015

W domu na Czerwcowym Wzgórzu ciągle coś się dzieje

W domu na Czerwcowym Wzgórzu mieszkają dwie małe dziewczynki - Madika ma 7 lat, a jej siostra Lisabeth jest dwa lata młodsza. Właśnie nadeszła jesień i Madika ma po raz pierwszy iść do szkoły - cieszy się z tornistra i nowych przyborów szkolnych, ale równocześnie trochę zazdrości młodszej siostrzyczce, która zostaje w domu i nie ma jeszcze prawie żadnych obowiązków. Ale kiedy Madika wraca po szkole do domu nadrabia zaległości w zabawie. Jej pomysłowość może przyprawić o ból głowy...

Autorką opowieści o przygodach Madiki i jej bliskich jest szwedzka pisarka Astrid Lindgren. "Madika z Czerwcowego Wzgórza" swoją premierę miała w 1960 roku, natomiast 16 lat później, w 1976 roku, powstała kontynuacja tej książki czyli "Madika i berbeć z Czerwcowego Wzgórza". Aktualnie nakładem wydawnictwa Nasza Księgarnia ukazał się tom "Przygody Madiki z Czerwcowego Wzgórza" w którego skład wchodzą obydwie w/w powieści.

Madika to dziewczynka z wielka fantazją - bardzo lubi odgrywać sceny z Biblii, chociaż nie zawsze kończy się to dobrze, np. kiedy Lisabeth jest małym Mojżeszem płynącym w koszyczku (w tym wypadku w balii) po Nilu a Madika jako egipska księżniczka ma ją uratować dziewczynki omal się nie utopiły - uratowały się tylko dzięki przytomności mieszkającego w sąsiednim domu chłopca.
Rodzice dziewczynek dają im sporo swobody, ale równocześnie wymagają, aby córeczki brały odpowiedzialność za swoje czyny. Szczególnie tato, który jest wydawcą miejscowej gazety i ma lewicujące poglądy stara się zaszczepić w córkach szacunek dla innych ludzi, niezależnie od ich pozycji społecznej, rozmawia z Madiką o różnych, nawet trudnych sprawach i kibicuje jej rozmaitym pomysłom.

Astrid Lindgren po raz kolejny stworzyła ciekawą i wiarygodną historię, która, pomimo upływu lat, nie straciła na aktualności. Bohaterki są wesołe, pogodne i zabawne, ale kiedy trzeba potrafią podjąć całkiem dorosłe decyzje (np. oddać wygraną na loterii komuś, kto bardziej potrzebuje pieniędzy). Książka jest pełna humoru tak sytuacyjnego jak i słownego - szczególnie podobała mi się mała Lisabeth powtarzająca co jakiś czas "Ty nie masz dobrze w głowie Madika!". Zresztą młodsza siostra  nie ustępuje wcale Madice, a z pewnością ma o wiele lepiej rozwinięty talent do interesów.

Książka przeznaczona jest dla dzieci w wieku 6-8 lat, ale i starszemu dziecku również powinna przypaść do gustu.
Pozostaje mieć nadzieję, że Madika, która jest trochę mniej znana od innych bohaterów książek Astrid Lindgren stanie się również ulubienicą polskich dzieci podobnie jak Ronja, Pippi oraz dzieciaki z Bullerbyn.

poniedziałek, 13 października 2014

Patologia po szwedzku ;)

Coraz częściej odnoszę wrażenie, że świat oszalał, a patologia goni patologię. Przykład? A proszę - w ciągu ostatnich 3-4 tygodni dotarły do mojej świadomości takie kwiatki: dyskusja nad legalizacją kazirodztwa, oburzenie niemoralnym (choć całkiem zgodnym z naturą) zachowaniem nieszczęsnych osiołków w poznańskim ZOO, elementarz pisany diabelskim językiem (moim prywatnym zdaniem posądzenie diabła o autorstwo tego podręcznika jest dla ogoniastego obraźliwe, bo stać go na coś zdecydowanie lepszego) czy wreszcie sprzyjanie genderowi poprzez zmuszanie chłopców aby po sobie sprzątali... A jakby tego było mało ruszyła kampania wyborcza do samorządów terytorialnych a polscy piłkarze wygrywają z mistrzami świata 2:0...

Żeby odreagować te rozmaite kretyństwa, a także aby uchronić dziecko własne przed jedynką z polskiego wzięliśmy sie z Piotrkiem do czytania "Dzieci z Bullerbyn" Astrid Lindgren. Czytanie było głośne i podzielone sprawiedliwie - na przemian po rozdziale, a ponieważ książka przypadła Młodemu do gustu, to nawet szybko nam poszło. Z sentymentem wspominałam swój pierwszy kontakt z tą książką w mojej zamierzchłej młodości i co bardziej ulubione fragmenty (chociażby ten o kiełbasie dobrze obsuszonej), niektórych przygód zupełnie nie pamiętałam, a inne w dalszym ciągu budzą niepohamowane wybuchy śmiechu. I wiecie jaka mnie myśl naszła po zakończeniu tej ksiązki? No przecież Bullerbyn to dopiero siedlisko patologii co się zowie, a rodzice tytułowych dzieciaków to wogóle się w swojej roli nie sprawdzają...

Dzieciaki w Bullerbyn są wykorzystywane jako tania siła robocza: pracują w polu i w zagrodzie wykonując nawet ciężkie prace, a już szczytem wszystkiego jest dzień, kiedy wszyscy rodzice wyjeżdżają na przyjęcie do pastora a dzieci mają zająć się gospodarstwem (np. Olle ma nakarmić prosiaki i wydoić krowy). Przy tej okazji aż bije po oczach nieodpowiedzialność mamy Ollego, która zostawia swoją maleńką córeczkę (Kerstin ma około roku życia) na kilka godzin z dwoma dziewięciolatkami. A i mama Britty też nie jest lepsza - wyjeżdża, pomimo, że jej córka jest chora. Przecież to się nadaje do zgłoszenia do opieki społecznej...

Generalnie dzieciaki są puszczone samopas, bez jakiejkolwiek dbałości o ich bezpieczeństwo - pływają łodzią po jeziorze, kąpią się bez opieki, są narażone na kontakt z niebezpiecznymi zwierzętami (baran przebywający na wyspie), wspinają się na drzewa, bawią się w niebezpiecznych skałkach, grają w piłkę na drodze, ganiają po lesie czy handlują wiśniami przy ruchliwej szosie.
A nawet jeśli coś robią pod opieką dorosłych to też jest niewiele lepiej: mama pozwalająca dziecku na nocleg w stogu siana, lub tatuś zabierający dzieci na raki nad odległe jeziorko, gdzie muszą spać niemal na gołej ziemi i pod osłoną gałęzi jałowca to przecież gotowy materiał na zaangażowany reportaż interwencyjny.

A ich droga do szkoły? Kilkulatki same wędrują kilka kilometrów w jedną stronę niezależnie od pogody. Taką samą trasę pokonuje siedmioletnia Lisa idąc po sprawunki do sklepu. A jeśli się nadarzy okazja to dzieci bez oporu wsiadają na wóz ledwie znanej osoby - czy nikt im nie wyjaśnił czym to może grozić?

Tak, tak - włos sie jeży na głowie, kiedy się czyta o tych wszystkich nieprawidłowościach mających miejsce w Bullerbyn zamieszkanym przez trzy dysfunkcyjne rodziny... Ale muszę sie przyznać, że strasznie im tej patologii w imieniu mojego zadbanego i zaopiekowanego dziecka zazdroszczę... 

Przy lekturze byliśmy z mężem przepytywani na okoliczność jak to było, kiedy byliśmy mali. Piotrkowi nie mieści się w głowie, że kiedyś nie było komputerów, w telewizji był tylko jeden program, w którym dla dzieci była przeznaczona zaledwie półgodzinna audycja, że wszędzie chodziło sie na nogach a dzieci musiały pomagać rodzicom. Że tato, będąc w jego wieku (9,5 roku) potrafił już kosić trawę kosą, a mama doiła krowy (co prawda przy pomocy elektrycznej dojarki, ale fakt pozostaje faktem), że obydwoje musieliśmy opiekować się młodszym rodzeństwem, a żadnemu z naszych rodziców nawet nie przyszłoby do głowy pilnować nas przy odrabianiu lekcji. 
Że tak naprawdę wiele przygód, które zdarzyły się Lisie, Lassemu, Bossemu i reszcie dzieci z Bullerbyn było również naszym udziałem. I, że niestety, współczesne dzieciaki będą sobie o nich mogły jedynie poczytać i to tylko pod warunkiem, że jakiś nawiedzony reformator oświaty nie dojdzie do wniosku, że książka Astrid Lindgren propaguje patologiczne zachowania... 


czwartek, 31 października 2013

Na zbójeckim zamku i w czarodziejskim lesie

Jesienne wieczory sprzyjają rozmaitym wspominkom, także tym literackim - i tak oto spędziłam kilka popołudniowo-wieczornych godzin w towarzystwie niezwykle sympatycznej dziewczynki imieniem Ronja. Po raz pierwszy z tą córeczką zbója Mattisa, wymyśloną przez szwedzka pisarkę Astrid Lindgren, spotkałam się wiele lat temu, za sprawą radiowego teatru dla dzieci. Powiem szczerze, że nie pamiętam, czy później "Ronję córkę zbójnika" przeczytałam, czy po prostu słuchowisko było tak dobre, że sporo faktów w mojej głowie pozostało. Jakby nie było z pewnością przeczytałam ją dzisiaj.

Ronja przyszła na świat pewnej niezwykle burzliwej nocy. Jej ojciec Mattis był hersztem zbójeckiej bandy, którego bali się wszyscy jego ludzie, jednak maleńka córeczka z miejsca przejęła nad nim władzę. Banda mieszkała w zamku położonym na wysokiej górze, która to góra (razem z położonym na niej budynkiem) rozpękła się tej samej nocy kiedy urodziła się dziewczynka. Pomiędzy południową częścią zamku w której mieszkała Ronja z rodzicami i resztą bandy a opuszczoną północną częścią powstała niezgłębiona Diabelska Czeluść. 
Mattis nie był jedynym zbójcą w okolicy. W sąsiednim lesie działała banda Borki, z którym Mattis był śmiertelnie skłócony. Jakaż była jego wściekłość, kiedy okazało się, że konkurencyjna banda wprowadziła się do północnej części zamku. Ronja podziela uczucia ukochanego ojca, ale równocześnie jest zaintrygowana nowo poznanym Birkiem, synem Borki, który przyszedł na świat dokładnie tej samej nocy co ona.
Jak potoczą się losy zbójeckiego zamku i jego skonfliktowanych mieszkańców i jaki wpływ będzie miała na te wydarzenia mała Ronja? Po odpowiedź odsyłam do książki i od razu zaręczam, że będzie ciekawie. 

Astrid Lindgren osadziła akcję "Ronji" w niezwykle bogatych dekoracjach - tajemniczy i ogromny zamek  (pewnego razu jeden ze zbójników zabłądził wśród licznych pokojów i korytarzy, a odnalazł się dopiero po czterech dniach - i to tylko dlatego, że jego kompani podczas uczty głośno śpiewali), ogromny, mroczny las pełen zwierząt i fantastycznych, niebezpiecznych stworów. Szmaragdowa trawa, krystalicznie czysta rzeka, ogromne drzewa i słoneczne polany to obraz może trochę kiczowaty, ale niezwykle malowniczy, czasem przyjazny, ale także bardzo niebezpieczny. Ronja  to dziecko natury, rozumie i szanuje przyrodę, zna zasady życia w lesie i stara się ich przestrzegać - wie, że ich złamanie może się skończyć tragicznie.

Ronja to dziewczynka niezwykła - ciekawa świata, odważna i samodzielna. Bezgranicznie kocha swojego ojca, ale kiedy robi on coś, co w jej ocenie jest niewłaściwe nie boi się go skrytykować. Co więcej, potrafi bronić swoich przekonań, nawet wtedy kiedy wie, że urazi w ten sposób Mattisa. Lojalna wobec rodziny i przyjaciela nie chce wybierać kto jest dla niej ważniejszy. Uparta i trochę samowolna dziewczynka jest bardzo podobna do swojego taty - dzięki temu świetnie się rozumieją, ale równocześnie bardzo silnie przeżywają wzajemne nieporozumienia. 

"Ronja, córka zbójnika" to powieść dla dzieci, ale również dla dorosłych - promuje takie wartości jak przyjaźń, lojalność, wierność własnym zasadom i poświecenie. A wszystko to w otoczeniu dzikiej i tajemniczej przyrody, w towarzystwie przeróżnych bajkowych stworów - Szaruchów, Wietrzydeł  i moich ulubionych Pupiszonów z ich wiecznie zdumionym "A cemu una tak lobi?"
No właśnie - cemu?

niedziela, 7 października 2012

Inna twarz autorki znanej z dzieciństwa

Astrid Lindgren to szwedzka pisarka znana doskonale dzieciom na całym świecie - także i w Polsce. Któż z nas nie czytał w szkolnych latach "Dzieci z Bullerbyn", które były i nadal są jedną z najbardziej lubianych lektur szkolnych? Wiele osób zna Pippi Långstrump (nie wiedzieć czemu zmienioną u nas na Fizię Pończoszankę) i Emila ze Smalandii - głównie za sprawą seriali nakręconych na podstawie książek opisujących ich przygody, oraz Ronję, bohaterkę ostatniej z książek zmarłej przed jedenastu laty autorki. W książkach Astrid Lindgren młody czytelnik spotka sympatycznych bohaterów, przeżyje ekscytujące i wesołe przygody i generalnie będzie się świetnie bawił.

Na tle tych wesołych i pełnych humoru powieści zdecydowanie wyróżnia się książka "Bracia Lwie Serce", która światło dzienne ujrzała w 1973 roku. Bohaterami książki jest dwóch chłopców - 13-letni Jonathan i 10-letni Karol. Młodszy z chłopców jest śmiertelnie chory a starszy brat, który się nim opiekuje opowiada mu o pięknej krainie Nangijali, do której pójdzie po śmierci. Niestety los decyduje, że to Jonathan trafi tam pierwszy - chłopiec ginie w pożarze. Kilka miesięcy później dołącza do niego Karol. Początkowy zachwyt cudowną krainą musi ustąpić smutnej rzeczywistości - Nangijali grozi niebezpieczeństwo ze strony okrutnego Tengila, wśród mieszkańców ukrywa się zdrajca a Jonathan i Karol stają do walki o wolność, walki w której stawką jest również ich życie.

"Bracia Lwie Serce" to piękna opowieść o poświęceniu, przełamywaniu własnych ograniczeń, o strachu i samotności ale też o dorastaniu do własnych marzeń. Starszy z braci ma jasno wytyczone cele i niezłomne zasady - to prawdziwy rycerz bez skazy. Tymczasem Karol ma wątpliwości, boi się wielu rzeczy, jednak stara się dorównać Jonathanowi - i to on, nawet bardziej niż brat, zasługuje na przydomek "Lwiego Serca".
Powieść pomimo, że skierowana do dzieci podejmuje poważne tematy z którymi często nie radzą sobie dorośli - śmierć, przemijanie, ostateczne wybory przed którymi stają chłopcy to sprawy wymagające pewnej dojrzałości. 

I sama nie wiem czy współcześni dziesięciolatkowie są przygotowani na tę lekturę...

czwartek, 29 marca 2012

Mroczne tajemnice świata sztuki

Po raz kolejny sięgnęłam do niezwykle bogatego zbioru kryminałów powstałych po drugiej stronie Bałtyku.  Zaliczyłam bowiem pierwsze spotkanie z Andersem Knutasem, policjantem ze szwedzkiej wyspy Gotlandii, bohaterem cyklu powieści Mari Jungsted. Książka o której chciałam napisać nosi tytuł "Umierający dandys" i jest czwartym tomem cyklu. Od razu uspokajam - w powieści są co prawda wspominane wcześniejsze losy głównych bohaterów, jednak sama intryga stanowi zamkniętą całość i brak znajomości poprzedzających ją tomów nie stanowi żadnej przeszkody w odbiorze tej książki.

Autorka jest dziennikarką (to chyba jakaś stała cecha skandynawskich "kryminalistów"), ma swój program w szwedzkiej telewizji a przygodę z pisarstwem rozpoczęła w 2003 roku. Wydała jak dotąd siedem powieści.

Egon Wallin jest właścicielem świetnie prosperującej galerii sztuki w Visby, stolicy Gotlandii. Poznajemy go w chwili kiedy organizowana przez niego wystawa młodego litewskiego malarza odnosi sukces a on sam planuje rozpocząć nowe życie - sprzedaje galerię, kupuje mieszkanie w Sztokholmie i postanawia rozwieść się z żoną. Niestety planów tych nie uda mu się nigdy zrealizować - zostaje zamordowany po zakończeniu wernisażu. Był człowiekiem ogólnie lubianym i szanowanym więc policja ma niejakie trudności z ustaleniem powodu morderstwa, tym bardziej, że motyw rabunkowy niemal od początku jest wykluczony. 
Kilka dni później ma miejsce włamanie do jednego z obiektów muzealnych w Sztokholmie. Złodziej wyniósł z niego tylko jedno dzieło sztuki - obraz Nilsa Dardela "Umierający dandys". Okazuje się, że między kradzieżą w Sztokholmie i morderstwem na Gotlandii istnieje jakiś tajemniczy związek...

Powieść nie jest jakoś szczególnie obszerna i czyta się ją dosyć szybko. Po raz kolejny zastanawiam się co jest takiego w tych skandynawskich kryminałach, że przyciągają coraz większe rzesze odbiorców. Akcja toczy się tu w niezbyt szybkim tempie (a czasem wręcz się wlecze), policjanci są zwykłymi ludźmi, z problemami, fobiami i wadami, nie ma nagłych zwrotów akcji ani widowiskowych pościgów czy strzelanin. Ot zwykła, codzienna, żmudna policyjna praca. I może to jest właśnie klucz do sukcesu? Może mamy już dosyć superglin zza wielkiej wody, a ci zwyczajni policjanci są dla nas postaciami realistycznymi? Coś w tym pewnie jest...

O  ile do samej historii zastrzeżeń nie mam, co więcej, miałam poważne trudności z wykryciem "kto zabił?", więc już samo to zwiększa ocenę końcową, to mam parę uwag do wydawcy, którym jest Bellona. Nie znalazłam na szczęście błędów ortograficznych, ale już gramatyczne i interpunkcyjne w oko mi wpadły. Może nie w jakiejś zatrważającej ilości, ale jednak były - czyli korekta się nie spisała.
Mam też zastrzeżenia do pani tłumaczki - nie wiem jak to w oryginale było, ale jak czytam, że 53-letni facet otwarł "buzię" ze zdziwienia, albo, że "buzia" mu posmutniała to mnie skręca... Inny przykład - jeden z bohaterów, również pan, 50-60 lat, nie może spać, wstaje i wkłada "podomkę" - nie wiem, może w Szwecji taka moda, ale chyba chodzi o zwykły, banalny szlafrok. I jeszcze kilka takich "od czapy" określeń by się znalazło - niby nie zaciemniają tekstu, ale zgrzytają jak piasek między zębami.

Pomijając te potknięcia w tłumaczeniu i korekcie książka powinna się spodobać:)

Nils Dardel "Umierający dandys"

sobota, 18 lutego 2012

Czarna seria po raz kolejny

Patrząc na kraje z których pochodzą czytane przeze mnie książki zaczynam zauważać, że coraz wyżej pnie się w rankingu literatura szwedzka. Dzieje się to za przyczyną szwedzkich kryminałów wydawanych przez wydawnictwo Czarna Owca w tzw. "Czarnej Serii". 
Kolejną pozycją z owej serii, którą miałam niekłamaną przyjemność przeczytać jest "Niemiecki bękart" Camilli Läckberg. To piąty tom cyklu, którego głównymi bohaterami są pisarka Erika Falck i policjant Patrik Hedström. A morderstwo wokół którego toczy się akcja książki dotyczy ich niemal bezpośrednio - zamordowany mężczyzna przyjaźnił się w czasie wojny z matką Eriki.

Erika porządkując rzeczy tragicznie zmarłej matki natrafiła na kilka tajemniczych przedmiotów - pamiętnik z okresu drugiej wojny światowej, zakrwawioną niemowlęcą koszulkę oraz niemiecki medal. Z tym ostatnim znaleziskiem udała się do Erika Frankela, emerytowanego nauczyciela historii oraz pasjonata II wojny światowej. Niestety nie uzyskała od niego żadnej informacji, a kilka tygodni później dwóch chłopców, którzy włamali się do domu Frankela odkryło jego rozkładające się zwłoki.
Policja rozpoczyna śledztwo a coraz więcej poszlak wskazuje na to, że śmierć starszego pana jest związana z jego wojenną przeszłością.

"Niemiecki bękart" to kolejna książka w której spotkałam się z rozważaniami na temat roli Szwecji w czasie II wojny światowej. Podręczniki szkolne przedstawiają Szwecję jako kraj neutralny. Ta neutralność dotyczyła polityki, bo jeżeli chodzi o gospodarkę to już nie obowiązywała i szwedzkie firmy prowadziły interesy zarówno z Anglikami jak i Niemcami. I mam takie wrażenie, że te kontakty gospodarcze z reżimem hitlerowskim stanowią dla współczesnych Szwedów niezacieralną plamę na ich narodowym honorze. 
Autorka poruszyła również temat organizacji neonazistowskich i rasistowskich - to też taki dyżurny temat w szwedzkiej literaturze współczesnej, a w każdym razie w tej części z którą miałam się przyjemność zapoznać.

Jest jeszcze jedna sprawa, która mnie w książce pani Läckberg uderzyła i co tu dużo mówić zwyczajnie rozbawiła. Otóż Erika i Patrik są rodzicami rocznej Mai. Erika właśnie skończyła swoją część urlopu wychowawczego i wraca do pracy (pisze książkę) natomiast Patrik rozpoczyna urlop ojcowski. Nie jestem, broń Boże, przeciwniczką brania urlopu wychowawczego przez tatusia, uważam, że dla dziecka kontakt z tatą jest bardzo ważny, ale zachowanie Eriki to już trochę przesada. Erika robi z siebie męczennicę, która przez rok była uwiązana z dzieckiem w domu, więc kiedy opiekę nad Mają przejmuje Patrik zupełnie się od pomocy przy dziecku odcina. I jeszcze się oburza, bo on był 2 godziny na zakupach a ona musiała zająć się dzieckiem w tym czasie - a to przecież jego obowiązek. Pewnie powinien dzieciaka zabrać do tego supersamu, apteki, warzywniaka i gdzie tam jeszcze był - bo przecież nie dobro dziecka jest najważniejsze a to, że tatuś ma się nim opiekować... 
Nie jestem jakąś Matką-Polką poświęcającą się dla dziecka, mój mąż pomagał przy synku, ale zawsze stawialiśmy na rozsądek a nie na superrównouprawnienie. I już wiem, że pani Eriki Falck to ja raczej nie polubię, bo na czoło jej cech, przynajmniej w moim odczuciu, wysuwa się egoizm.

Książka jest wielowątkowa, historia przeplata się ze współczesnością, a rozwiązanie zagadki kryminalnej do samego końca nie jest oczywiste. Autorka obdarzyła swoich bohaterów nie tylko zaletami, mają liczne słabostki, przez co stają się nam bliżsi i budzą sympatię. Historia wciąga właściwie od pierwszej strony i co ważne, oprócz intrygi kryminalnej mamy ciekawe tło a policjanci przedstawiani są także poza pracą. Autorka wykazała się też poczuciem humoru, szczególnie tworząc szefa posterunku policji Bertila Mellberga.

I pomimo niechęci do pani Falck uważam, że to świetna książka a tym samym zachęcam wszystkich do jej lektury:)

środa, 8 lutego 2012

Być dziennikarzem śledczym

Liza Marklund to szwedzka dziennikarka i pisarka, znana z serii książek o Annice Bengtzon, reporterce kryminalnej w jednej ze szwedzkich popołudniówek - właśnie skończyłam czytać 4 z kolei tom z tego cyklu, a mianowicie "Zamachowca" (ukazał się w Polsce również w innym wydaniu i pod innym tytułem -  "Rewanż"). Ta książka to moje pierwsze spotkanie z tą pisarką i mam nadzieję, że nie ostatnie. 

Tydzień przed wigilią Sztokholmem wstrząsa (i to dosłownie) wiadomość, że na stadionie olimpijskim wybucha bomba. Szybko się okazuje, że w wybuchu zginęła jedna z najbardziej rozpoznawalnych kobiet Szwecji - Christiana Furhage, przewodniczącą komitetu olimpijskiego (za kilka miesięcy Sztokholm ma być gospodarzem Letnich Igrzysk). Początkowe spekulacje na temat ataku terrorystycznego zostają odrzucone a coraz więcej poszlak wskazuje na motywy osobiste. W czasie dziennikarskiego śledztwa Annika odkrywa, że nikt tak naprawdę nie znał Christiany Furhtage - oficjalny wizerunek, aczkolwiek niezwykle świetlisty okazuje się być całkowicie nieprawdziwy, a kolejne osoby odkrywają coraz więcej sekretów pani przewodniczącej.

Niejako w tle poszukiwania osoby odpowiedzialnej za morderstwo możemy obserwować styl pracy dziennikarzy gazety codziennej. Jakże różny od pracy chociażby Mikaela Blomkvista z miesięcznika "Millenium" (bohatera innego szwedzkiego kryminału - trylogii "Millenium" S. Larssona). 
Tu nie ma czasu na długotrwałe poszukiwanie materiałów do artykułów, planowanie o czym będzie sie pisać za kilka dni - Annika i jej współpracownicy pracują na najwyższych obrotach, często po godzinach i w ogromnym stresie. Stres jest tym większy, że Annika, chociaż młoda wiekiem i stażem awansowała na szefa działu kryminalnego, co niezbyt się podoba jej starszym i bardziej doświadczonym kolegom. Tak więc oprócz codziennych obowiązków młoda kobieta musi się zmagać z niechęcią części współpracowników.
Styl pracy nie pozostaje też bez wpływu na życie rodzinne bohaterki. Annika ma dwójkę dzieci w wieku przedszkolnym i bywa, że maluchy nie widzą matki przez cały dzień, a i mąż też jest zmęczony tą sytuacją. To nie jest tak, że Annika nie kocha swoich dzieci - wręcz przeciwnie, stara się być dobrą matką, ale praca jest dla niej równie ważna...
Po raz kolejny doszłam przy tej lekturze do wniosku, że jestem ogromną szczęściarą, bo pracuję w tym samym czasie, kiedy moje dziecko jest w szkole (chociaż czasem musimy korzystać z dobrodziejstwa świetlicy), mam wolne soboty i niedziele, a do tego jeszcze wakacje...

Szybka akcja, sporo dialogów, ciekawe kreacje bohaterów - to wszystko składa się na to, że książkę czyta się bardzo dobrze. I dlatego polecam jej lekturę wielbicielom kryminałów, ale też wszystkim tym, którzy marzą o pracy w gazecie codziennej - marzenie piękne, ale konfrontacja z rzeczywistością może być bolesna...

wtorek, 31 stycznia 2012

Co pociąga czytelników w skandynawskich kryminałach?

Co jest takiego w skandynawskich kryminałach, że zdobywają sobie coraz nowe rzesze czytelników?
Nad odpowiedzią na to pytanie zastanawiam się już od jakiegoś czasu, tym bardziej, że już kilka takich książek przeczytałam a następne czekają na moich półkach. 
Bo nie ma w nich jakichś supergliniarzy, brawurowych pościgów, nagłych i niespodziewanych zwrotów akcji czy cudownych zbiegów okoliczności do czego przyzwyczaiły nas czytelników (a także widzów) literackie i filmowe hity zza oceanu.

Po raz kolejny nad fenomenem literatury naszych północnych sąsiadów zastanawiałam się przy lekturze książki "Taniec z aniołem" autorstwa szwedzkiego pisarza Åke Edwardsona. Autor jest jednym z najpopularniejszych pisarzy w swoim kraju, cieszy się również międzynarodowym uznaniem, jego książki przetłumaczono na ponad 20 języków a za swoją twórczość był wielokrotnie nagradzany. Książka o której mowa jest pierwszym tomem z liczącego 10 części cyklu, którego głównym bohaterem jest komisarz policji z Göteborga Erik Winter - trzydziestosiedmioletni kawaler, wielbiciel muzyki Johna Coltrane'a, piwa i piłki nożnej, snob uznający tylko obuwie szyte na miarę, kubańskie cygara i koszule z Jermyn Street w Londynie.

W hoteliku na południu Londynu policja znajduje zmasakrowane zwłoki młodego Szweda. Kilka dni później niemal identycznego odkrycia dokonują policjanci z  Göteborga - różnica polega na tym, że zamordowany jest Anglikiem. Winter i jego współpracownicy zastanawiają się nad ewentualnym związkiem między tymi dwoma morderstwami i wszystko wskazuje, że takowy istnieje. Badając krwawe ślady na miejscu zbrodni policjanci mają wrażenie, że w pokoju odbył się jakiś makabryczny taniec. Taniec z aniołem śmierci...


Powieść Edwardsona to nie tylko kryminał. Niejako w tle śledztwa poznajemy samego komisarza Wintera, jego rodzinę, przyjaciół i współpracowników. Autor stworzył wielowymiarowych bohaterów - z ich wątpliwościami, przemysleniami, bagażem doświadczeń. Ukazuje ich w pracy ale i w domowym zaciszu oraz w chwilach relaksu. Policjanci z ekipy Wintera mają swoje wady i tajemnice, nie są kryształowymi bohaterami - jeden z nich ma wkrótce zostać ojcem i nie do końca radzi sobie z tą sytuacją, inny, z wyraźnie rasistowskimi poglądami, zmuszony jest współpracować z czarnoskórą koleżanką - przykłady można by mnożyć.


Lektura nie należy do najłatwiejszych - sporo w niej psychologizowania, dygresji, które na pierwszy rzut oka niewiele mają wspólnego z prowadzonym śledztwem. Książka ma bardzo mroczny klimat - dosyć szybko okazuje się, że zbrodnie mają podtekst seksualny i śledczy muszą zgłębić takie peryferia sex-biznesu o których woleliby udawać, że nie istnieją. Pomimo to książkę czytało mi się dosyć szybko i co ważne do końca nie mogłam rozwiązać kryminalnej zagadki - a zakończenie było dla mnie dosyć dużym zaskoczeniem. 

czwartek, 29 grudnia 2011

Larsson po raz trzeci i niestety ostatni:(

Po raz trzeci i niestety ostatni spotkałam się z dorobkiem literackim szwedzkiego dziennikarza Stiega Larssona - przeczytałam bowiem trzeci tom sagi "Millenium" czyli "Zamek z piasku, który runął".
O ile dwa pierwsze tomy to raczej kryminały są o tyle tom trzeci to jedna z lepszych książek sensacyjnych jakie zdarzyło mi się czytać.

Tak jak pisałam przy okazji "Dziewczyny, która igrała z ogniem"- tom drugi skończył się tak jakby się nie skończył, właściwie nic się nie wyjaśniło więc rzuciłam się na ten tom trzeci jak diabeł na grzeszną duszę.
Bo tak - Lisbeth ciężko ranna ląduje w szpitalu i nadal jest podejrzana o dokonanie trzech zabójstw a Mikael jest co prawda wolny, ale w dalszym ciągu nie potrafi udowodnić niewinności dziewczyny. Jedyny ślad prowadzi do służb specjalnych ale komuś bardzo zależy, żeby sprawę zatuszować. I wszystko wskazuje, że po raz kolejny w jej niespełna trzydziestoletnim życiu Lisbeth Salander  będzie przysłowiowym kozłem ofiarnym.
Okazuje się jednak, że dziewczyna pomimo swojej neurotycznej osobowości i ogólnego nieprzystosowania ma kilkoro znajomych, którzy zrobią wszystko żeby jej pomóc.

Zachwycałam się przy okazji pierwszego i drugiego tomu kompozycją, pomysłem, bohaterami - ogólnie całością przedsięwzięcia, więc nie będę się tutaj powtarzać. Powiem tylko, że gdybym musiała wybrać, który tom jest najlepszy to byłby to właśnie "Zamek z piasku, ..." Pochwalę się, że lektura tych prawie ośmiuset stron zajęła mi niecałe dwa dni - to chyba o czymś świadczy:)

Przy okazji taka historyjka z życia wzięta:

"Dziewczynę, która igrała z ogniem" zaczęłam nieopatrznie czytać w czwartek przed świętami, a ponieważ jeszcze jakieś resztki przyzwoitości we mnie drzemią i coś na święta trzeba było przygotować, więc trochę mi z nią zeszło i  kończyłam ją w Wigilię po kolacji - moje chłopaki niezdrowe nieco były, więc po zaaplikowaniu tabletek i syropów ułożyli się przed telewizorem i odpadli niemal natychmiast. Ja sobie książeczkę skończyłam, a że do wyjścia na Pasterkę miałam jeszcze trochę czasu to złapałam za "Zamek". Po powrocie z kościoła jeszcze sobie do 3-ciej poczytałam ale w końcu doszłam do wniosku, że nie ma co przeginać i choć co się trzeba przespać.
W Boże Narodzenie obiadu nie trzeba było gotować (opychaliśmy się różnymi smakołykami ..) więc troszkę lekturę podgoniłam, ale w świąteczny poniedziałek byliśmy zaproszeni do teściowej. Generalnie bardzo się z Mamą Jolą (tak się jakoś utarło, że aby odróżnić o której mamie mówimy dodajemy zawsze imię) lubimy ale tak nie do końca na rękę była mi ta wizyta...
No, ale obiecaliśmy więc trzeba było jechać. Teściowa oczywiście ugościła nas po staropolsku, usadziła pod choinką i ogólnie bardzo miło było ale mnie skręcało od środka, no bo tam książka w domu samotnie leży...  Ale co zauważyłam - teściowa niby z nami rozmawia, ale taka jakaś rozkojarzona i tęsknie na kuchnię spogląda. Zajrzałam do tej kuchni a tam na stole leżą... "Zajezierscy" czyli pierwszy tom "Cukierni pod Amorem", których jej przed świętami pożyczyłam...
Okazało się, że przerwaliśmy jej lekturę w jakimś ekscytującym momencie i ona bidula cieszyła się z naszych odwiedzin ale z drugiej strony nie mogła się doczekać kiedy sobie pojedziemy, bo chciała do książki wracać.
Uśmiałyśmy się z siebie dokładnie, teść i mój mąż coś tam mruczeli na temat jakichś wariatek i szybko zebraliśmy się do domu umawiając się na poświąteczne spotkanie, kiedy już obydwie będziemy wiedzieć "co było dalej..."
Tak teściowa, która rozumie wariactwo synowej to jest skarb najprawdziwszy... 


niedziela, 25 grudnia 2011

Blomkvist i Salander po raz drugi

Dobra, wiem, że to nie najbardziej trafna lektura na święta, ale nieopatrznie zaczęłam ją czytać trzy dni temu i po prostu MUSIAŁAM się dowiedzieć jak to się skończy... A teraz leży przede mną tom trzeci "Millenium", cieszy oko swoją milusią opasłością i niweczy świąteczne plany czytelnicze. Bo miały być święta z Patrycją Marynowską (w tłumaczeniu: seria "Poczekajkowa" Katarzyny Michalak) na przemian z "Mieczami i mroczną magią" od Fenrira ale niestety "Dziewczyna, która igrała z ogniem" skończyła sie tak jakby się nie skończyła, więc przede mną jeszcze kilkaset stron "Zamku z piasku, który runął"...

Druga część przygód Mikaela Blomkvista i Lisbeth Salander rozgrywa się rok po zakończeniu akcji w "Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet". Przez ten rok Mikael wrócił do pracy i stał się medialną gwiazdą, jego gazeta zyskała nowych czytelników i zniknęło sprzed niej widmo likwidacji. Jedyne co martwi dziennikarza to nagłe i zupełnie dla niego niezrozumiałe zerwanie znajomości przez Lisbeth. Mikael próbował się z nią skontaktować jednak bez rezultatu.
Tymczasem Lisbeth wyjeżdża ze Szwecji, decyduje się na kilka zabiegów z dziedziny chirurgii plastycznej a następnie podróżuje po świecie. Po roku wraca do Sztokholmu i niemal natychmiast wplątuje się w aferę kryminalną - policja ma dosyć jednoznaczne dowody na to, że dziewczyna jest sprawczynią trzech morderstw popełnionych z zimną krwią. Ponieważ dwie zamordowane osoby były związane pośrednio z "Millenium" a Mikael nie wierzy ani przez chwilę w winę Lisbeth to oczywiście dziennikarz-detektyw zaczyna prowadzić swoje prywatne śledztwo.  Szybko się okazuje, że zamieszanie wokół Lisbeth wcale nie jest dziełem przypadku, ale żeby wyjaśnić kryminalną zagadkę trzeba będzie pogrzebać w przeszłości dziewczyny.

Spotkałam się z wieloma opiniami, że "Dziewczyna..." to najsłabsza część cyklu, że przegadana (to akurat chyba cecha charakterystyczna całej sagi), że zakończenie całkiem nieprawdopodobne a i cała akcja mocno naciągana. Moim skromnym zdaniem książka utrzymuje poziom pierwszej części i może nie jest od niej lepsza ale z pewnością nie jest słabsza. To nieszczęsna "przegadanie", które, przyznaję, dokuczyło mi przy lekturze początkowych rozdziałów pierwszego tomu, teraz już miałam niejako oswojone i właściwie mi nie przeszkadzało. Co więcej dało mi pełniejszy obraz kraju i jego struktur - tak jak w części pierwszej Larsson podaje gorzką prawdę o szwedzkiej opiece społecznej, tak tutaj rozprawia się niejako z policją i służbami specjalnymi. Trzeba cały czas pamiętać, że autor przede wszystkim był dziennikarzem a dopiero potem pisarzem. Sposób kreślenia tła społecznego daje pewien obraz jego warsztatu i metodyki w  pracy zawodowej - i chociażby przez to widać, że Larsson był świetnym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości. 
A że naciągane niektóre sceny i zakończenie? No kochani przecież to kryminał z sensacyjnym wątkiem a nie literatura faktu...

Jakby nie było książka świetna, ale pomna własnego przykładu ostrzegam - po przeczytaniu "Dziewczyny, ..." natychmiast trzeba łapać za tom trzeci "Milenium" czyli "Zamek z piasku, który runął" więc radzę sobie zarezerwować więcej czasu na tę lekturę:)

niedziela, 11 grudnia 2011

Czy warto grzebać w przeszłości?

Przyznaję, że zastanawiałam się przez chwilę czy jest sens pisać o książce, którą czytali już niemal wszyscy i o której większość recenzentów wyrażała się z dużym uznaniem - tym bardziej, że i moja opinia się z tego trendu nie wyłamie. Ale z drugiej strony przypominanie o dobrych książkach nie jest niczym zdrożnym - być może znajdzie się jeszcze ktoś, kto rzeczonego tekstu nie czytał i to właśnie moja opinia go do tej lektury zachęci.
Książka o której mowa to kryminalna powieść Stiega Larssona "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" stanowiąca pierwszą część liczącego trzy tomy cyklu "Millenium".
Autor był jednym z bardziej znanych szwedzkich dziennikarzy, zajmował się przede wszystkim skrajnie prawicowymi oraz antydemokratycznymi organizacjami politycznymi i był uznanym specjalistą w tej dziedzinie. Zmarł nagle w 2004roku mając 50 lat niemal w przededniu swojego największego sukcesu jakim było pojawienie się na szwedzkim rynku wydawniczym cyklu "Millenium" (2005). Książka, podobnie jak jej kontynuacja szybko stał się bestsellerem a swój sukces powtórzyła na rynkach europejskich i światowych.
Do Polski trafiła dopiero po czterech latach od szwedzkiej premiery ale podobnie jak w innych krajach zyskała sobie rzesze wielbicieli.

"Millenium" to wydawany w Sztokholmie miesięcznik o tematyce gospodarczej. Może nie jest najpopularniejszym periodykiem ale przynosi swoim właścicielom oprócz oczywiście satysfakcji, nienajgorsze zyski. Niestety główny udziałowiec a zarazem wydawca i dziennikarz Mikael Blomkvist daje się wplątać w intrygę - pisze demaskatorski reportaż o pewnym znanym przedsiębiorcy. Już po publikacji okazuje się, że nie jest w stanie udowodnić opisanych w artykule faktów, zostaje oskarżony o pomówienie i skazany na grzywnę i więzienie. Aby uratować wiarygodność gazety Mikael rezygnuje ze stanowiska w zarządzie. Do bezrobotnego dziennikarza zgłasza się przedstawiciel niejakiego Henrika Vangera i proponuje mu pracę - Mikael ma przeprowadzić śledztwo w sprawie morderstwa sprzed 40 lat a w zamian za to Vanger dostarczy mu dowodów na poparcie tez zawartych w artykule, który pogrążył Blomkvista. Dziennikarz nie bardzo wierzy w sens rozgrzebywania dawnej sprawy, tym bardziej, że wydaje się, że śledztwo policyjne wyczerpało wszystkie możliwości ale w końcu podejmuje wyzwanie. 
W dziennikarskim śledztwie Mikaelowi pomaga Lisbeth Salander - dwudziestokilkuletnia pracownica firmy ochroniarskiej. Lisbeth jest genialną researcherką ale też osobą niezwykle tajemniczą i skomplikowaną. Pomiędzy nią i Mikaelem rodzi się coś na kształt zażyłości - z pozoru nudne zadanie staje się coraz bardziej niebezpieczne i zagłębiając się w historię rodziny Vangerów nie przypuszczają nawet jakie tajemnice skrywają jej członkowie.

Od razu powiem, że zabierałam się do tej książki jak przysłowiowy pies do jeża. Zaczynałam lekturę kilkakrotnie i po przeczytaniu kilku kartek odkładałam zachodząc w głowę czym tak naprawdę wszyscy się zachwycają. Mnie wydała się zwyczajnie nudna.
Wreszcie postawiłam sobie i książce ultimatum - czytam do setnej strony i jeśli mnie nie wciągnie to żegnamy się ostatecznie i nieodwołalnie. I kiedy już przebrnęłam przez pierwsze rozdziały sama nie wiem jak i kiedy dotarłam do końca. A co najdziwniejsze nie jestem w stanie napisać co mnie urzekło do tego stopnia, że zaliczyłam nieprzespaną noc z piątku na sobotę, a mój mąż i dziecko musieli przebyć sobotę na suchym prowiancie, bo nie miałam kiedy ugotować obiadu...
Autor stworzył  ciekawych bohaterów - Blomkvist to zwykły facet, żaden superbohater, popełnia błędy, daje się kilka razy wywieść w pole ale wzbudza ogromną sympatię. Z kolei Lisbeth początkowo nie zyskała może mojej sympatii ale w miarę lektury coraz lepiej ją rozumiałam.
Ważnym tematem poruszonym w książce jest problem przemocy wobec kobiet oraz działanie opieki społecznej w Szwecji, które to państwo zawsze jawiło mi się jako bardzo przyjazne dla rodziny a książka burzy ten idylliczny obraz.
Wydaje mi się, że najważniejszą zaletą jest mocne umiejscowienie akcji powieści w realiach. Widać tu rękę dziennikarza, dobrego dziennikarza doskonale znającego świat o którym pisze - począwszy od historii (niezbyt chlubne związki z nazistami, chociaż Szwecja starała się zachować neutralność) poprzez gospodarkę (dzieje imperium Vangerów) na opiniotwórczej roli mediów kończąc.

Czy ma ta książka wady? Pewnie jakieś ma, ale mnie specjalnie nie rzuciły się w oczy. No może odrobina kryptoreklamy, bo faktycznie jeżeli mowa o jakimś sprzęcie elektronicznym to zawsze wymieniana jest marka, podawane są również nazwy istniejących firm czy placówek handlowych ale może w Szwecji takie reklamowanie określonych produktów jest w dobrym tonie?

Jakby nie było na nocnej szafce czeka już drugi tom "Millenium"...