niedziela, 3 września 2017

Lektury na koniec wakacji

Nawet najdłuższe wakacje (w tym roku dzieciaki miały aż 10 tygodni wolnego...) kiedyś się muszą skończyć. Już jutro szkoła ale dzisiaj jeszcze garść lektur z ostatniego tygodnia kanikuły.

Nie wiem jak to jest u małych chłopców, ale pewna jestem, że każda dziewczynka miała w swoim życiu okres fascynacji jakąś gwiazdą szklanego ekranu. Nie inaczej było i ze mną, chociaż mój ideał odbiegał nieco od gustów moich koleżanek, które niemal jak jeden mąż kochały się w Januszu Gajosie, a właściwie to w jego filmowym wcieleniu, czyli Janku Kosie z "Czterech pancernych". Owszem Janek był w porządku (Janusza Gajosa bardzo lubię do dnia dzisiejszego) ale dla mnie takim, jakby to współczesne dziewczyny powiedziały, "mega ciachem" był bohater innego serialu - pułkownik Krzysztof Dowgird czyli Leonard Pietraszak. Serial to oczywiście "Czarne chmury", obejrzałam go po raz pierwszy w wieku sześciu lat, wtedy też zakochałam się na zabój w rzeczonym oficerze i do dzisiaj mi to uczucie nie przeszło.
Trudno się więc dziwić, że z wielkim ukontentowaniem przyjęłam na swoją półkę książkę "Ucho od śledzia", będącą zapisem rozmów jakie z panem Leonardem toczyła dziennikarka Katarzyna Madey.

"Ucho od śledzia" to opowieść o życiu i drodze artystycznej jednego z najbardziej rozpoznawalnych polskich aktorów - od dzieciństwa w ogarniętej wojną Bydgoszczy, poprzez studia w łódzkiej "Filmówce", początki pracy w poznańskich teatrach aż do przeprowadzki do Warszawy i wieloletnich występów na deskach stołecznych teatrów. Bo chociaż rozpoznawalność zawdzięcza Leonard Pietraszak filmowi (wspomniane już "Czarne chmury", "Królowa Bona", "Czterdziestolatek" czy "Vabank", by wymienić te najbardziej znane tytuły) to jednak teatr jest jego wielką miłością i powołaniem. I o teatrze, kolegach aktorach, ulubionych reżyserach może rozmawiać bez końca.
A czym interesuje się poza pracą? Otóż jego hobby to malarstwo współczesne - udało mu się zgromadzić całkiem sporą kolekcję płócien polskich artystów a z wieloma z nich zna się osobiście.
Aktor uchyla też rąbka tajemnicy na temat swojego życia prywatnego, szczerze opowiada o swoim pierwszym nieudanym małżeństwie czy o trudnych relacjach z synem. Przyznaje też, że bywa wybuchowy - zwłaszcza jeśli idzie o pryncypia nie uznaje żadnych kompromisów.

Książkę czyta się wręcz jednym tchem, Leonard Pietraszak jest świetnym gawędziarzem, zna wiele ciekawych anegdot na temat artystycznego światka w którym się obraca i chętnie się nimi dzieli z czytelnikami, wysławia się pięknym językiem, cechuje go takt i wysoka kultura.

I tylko jedno mnie zastanawia - czy on faktycznie jest taki niemal idealny? Bo jeśli tak to moje uczucia do niego jeszcze zyskały na sile.

****************************************************

Nicholas Sparks to jeden z tych autorów, których w normalnych warunkach omijam szerokim łukiem, chociaż zdarzyło mi się przed laty coś ze trzy jego powieści poznać. Tym razem jednak nasz DKK pochylał się nad jego "Najdłuższą drogą", więc aby wziąć udział w dyskusji książkę musiałam przeczytać.

Sophia i Luke poznają się jesienią na imprezie zorganizowanej po rodeo. On jest kowbojem, który wygrał zawody, ona studentką ostatniego roku historii sztuki, którą do udziału w imprezie namówiła współlokatorka z akademika. Na pierwszy rzut oka wszystko ich dzieli - pochodzenie (on chłopak z farmy, ona dziewczyna z miasta), zainteresowania czy plany na przyszłość. Jednak od pierwszej rozmowy widać, że jest między nimi ta przysłowiowa chemia.
Ira Levinson to starszy, zniedołężniały, samotny człowiek. Dziewięć lat wcześniej zmarła jego ukochana żona Ruth a on ciągle nie może się z tym pogodzić. Pewnego lutowego dnia Ira wybiera się do niewielkiego miasta, z którym wiąże się pewne  jego szczególne wspomnienie. Niestety traci panowanie nad kierownicą i wypada z drogi. Unieruchomiony w rozbitym samochodzie, poważnie poraniony starzec nie jest w stanie sam się z niego wydostać - czekając na ratunek lub powolną śmierć snuje wspomnienia o swoim życiu i ogromnej miłości, którą darzył swoją żonę.
Los ma co tej trójki swoje plany...

No więc tak - przeczytałam bez większego bólu, chociaż mojego zdania o twórczości pana Sparksa nie zmieniłam. Nadal uważam, że jest bardzo sprawnym rzemieślnikiem, potrafi wymyślić dosyć ciekawą fabułę, bohaterowie też niczego sobie i tylko jak dla mnie za bardzo to wszystko bajkowe i słodkie - kiedy już się wydaje, że sytuacja jest bez wyjścia to wtedy wkracza na scenę JW Przypadek i wszystko się klaruje jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Dla wielbicielek autora i szczęśliwych zakończeń - jak najbardziej; dla szukających łatwej i przyjemnej lektury po ciężkim dniu również; dla innych - nie mam pojęcia. Najlepiej sprawdzić samodzielnie.

**************************************************

A co by było gdyby Mieszko I (ani również jego następcy) nie przyjął chrztu? Jakby wyglądała nasza współczesność w państwie pogańskim?
Jedna z możliwych alternatywnych rzeczywistości prezentuje Katarzyna Berenika Miszczuk w powieści "Szeptucha" będącej pierwszym tomem cyklu "Kwiat paproci".

Gosława zwana przez najbliższych Gosią kończy właśnie medycynę i wyjeżdża na wieś na roczną praktykę u znachorki czyli szeptuchy - w terenie jest to jedyna pomoc medyczna. Praktyka jest obowiązkowa i dopiero po je zaliczeniu dziewczyna może się starać o pracę w zawodzie. Sęk w tym, że Gosia to typowa "miastowa" - boi się wszelkiej żywizny poczynając od krowy a na mrówkach kończąc, nie uznaje medycyny ludowej a wszelkie schorzenia leczyłaby antybiotykami.
Na szczęście trafia do znachorki, która ma do niej ogromną cierpliwość, ze stoickim spokojem przyjmuje jej kolejne dziwactwa, a wreszcie przekonuje młodą lekarkę, że tradycyjna medycyna wcale nie musi być oszustwem i zabobonem.
Gosia poznaje wiejski świat, a nawet spotyka kogoś, kto wyzwala w niej szybsze bicie serca... 

"Szeptucha" to moje pierwsze spotkanie z pisarstwem Katarzyny Bereniki Miszczuk. Co jest trochę dziwne, bo takie akurat książki dosyć lubię. 
Powieść przeczytałam w dwa wieczory, a objętość ma dosyć pokaźną (414 stron). Jest tu sporo humoru, jest trochę romansu oraz całkiem pokaźna dawka słowiańskiej mitologii. Bowiem chociaż Gosia jest dziewczyną na wskroś nowoczesną, która nie wierzy w żadnych bogów, to ci ostatni nic sobie z tego nie robią i postanawiają ją naocznie przekonać o swoim istnieniu.

Książka świetnie napisana, wciąga od pierwszej kartki i nie wiadomo kiedy człowiek jest już po jej lekturze i od razu chciałby wiedzieć co będzie dalej. Na szczęście drugi tom pt. "Żerca" czeka na nocnej szafce... 




piątek, 25 sierpnia 2017

Lato z kryminałem

Upał nieziemski, żar leje się z nieba, wentylator nie wyrabia a najchłodniejsze miejsce w domu czyli piwnica zajęte przez węgiel na zimę... W takich warunkach trudno wziąć się za coś poważniejszego, bo mózg zwyczajnie nie przyswaja poznawanych treści. Co więc czytać?
Kryminały, proszę państwa, kryminały! Z tym, że też raczej sobie należy darować mroczną Skandynawię a postawić na nasze rodzime historie komediowo - kryminalne. Ze swej strony proponuję książki Olgi Rudnickiej, Joanny Szarańskiej oraz Maryli Szymiczkowej.

"Życie na wynos" to najnowsza powieść autorstwa Olgi Rudnickiej. Jej główną bohaterką jest znana z "Granat poproszę" powieściopisarka Emilia Przecinek. Emilia zdołała się już otrząsnąć z traumy jaką zafundował jej były małżonek, przyzwyczaiła się również do stałej obecności w swoim domu dwóch seniorek - matki oraz teściowej (ta szanowna dama twierdzi, że Emilia rozwiodła się z jej synem a nie z nią...) wydawać by się mogło, że wszystko się wyprostowało. Życie nie znosi jednak próżni i oto pewnego pięknego popołudnia Emilia schodząc do piwnicy po ogórki znajduje w niej męskie zwłoki.
Szybko okazuje się, że zwłoki w żaden sposób nie są związane z zamieszkiwanym przez panią pisarkę apartamentowcem - denat nie jest mieszkańcem kamienicy, a żaden z sąsiadów nie przyznaje się do znajomości z nim. Policja rozpoczyna żmudne śledztwo, ale matka i teściowa Emilii nie ufając organom ścigania postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce. Będzie się działo...
Jak to zwykle u Olgi Rudnickiej bywa akcja toczy się wartko, bohaterowie popadają w coraz to nowe tarapaty a policja, tylko dzięki niebywałej cierpliwości, znajduje rozwiązanie zagadki, którą domorośli detektywi gmatwają do granic możliwości. Pomimo, że główna bohaterką jest Emilia, to na pierwszy plan wysuwają się seniorki. Adela (mama) i Jadwiga (teściowa) wpadają na iście szatański pomysł - ponieważ niemal każdy z sąsiadów ma mniejsze lub większe grzeszki na sumieniu, należy ich skłócić: tu szepnąć słówko, tam rzucić jakąś dwuznaczną uwagę i kiedy wszyscy będą podejrzewać wszystkich morderca się znajdzie. Bo starsze panie co do jednego mają pewność - za śmierć tajemniczego mężczyzny odpowiada ktoś z mieszkańców domu.

"Życie na wynos" to idealna książka na lato - lekka, z poczuciem humoru i sympatycznymi bohaterami, bowiem nawet dwie wścibskie staruszki dają się lubić. A jeśli dodać do tego romansowe perypetie Emilii, która postanawia poznać nową miłość przy pomocy portalu randkowego - dobra zabawa gwarantowana.

*****************************************

Kalina Radecka to bohaterka cyklu "Kalina w malinach" autorstwa Joanny Szarańskiej. Po raz pierwszy spotkałam się z nią rok temu przy okazji lektury "I że ci nie odpuszczę".W ostatnich dniach przeczytałam tom drugi pt. "Kocha, lubi, szpieguje" a na półce czeka kolejna, już trzecia, odsłona cyklu.

Kalina przebolała już nieudany związek z niewiernym Patrykiem, tym bardziej, że w jej życiu pojawił się ktoś nowy. Marka poznała w czasie pierwszej wizyty w Kamionkach i wygląda na to, że jest to ten jedyny.
Pewnej soboty, kiedy Marek pracuje (prowadzi własne biuro detektywistyczne) Kalina wyjeżdża do Kamionek. Spontaniczny wyjazd kończy się katastrofą - w dworku zostaje popełnione morderstwo a dziewczyna jest jedną z podejrzanych. Sytuacji nie poprawia przyjazd Marka - z jakiegoś powodu osobisty detektyw Kaliny staje po stronie jej przeciwników...

Podobnie jak część pierwsza, tak i ten tom obfituje w zabawne sytuacje, Kalina beztrosko pakuje się w kolejne tarapaty wychodząc ze słusznego skądinąd założenia, że jako osoba całkowicie niewinna nie ma się czego obawiać.
Siłą książek Joanny Szarańskiej są doskonale zarysowane postacie drugoplanowe - miejscowy policjant marzący o sławie, pracujące w SPA Kasia zwana Szparką oraz kucharka Nadzieja, wreszcie mama Kaliny to postacie dodające wyjątkowego kolorytu tej powieści.
Dodam jeszcze, że w powieści pojawia się ktoś, kto ma ogromne szanse wejść na stałe do domu Kaliny i Marka - ktoś, komu życie i ludzie (a właściwie jeden człowiek) dało w kość i teraz rysuje się przed nim całkiem ciekawa przyszłość...

Mam nadzieję, że zachęciłam Was do sięgnięcia po tę książkę - zdecydowanie warto. Tym bardziej, że w kolejce czeka trzecia część przygód Kaliny.

*********************************************

Maryla Szymiczkowa to pseudonim literacki za którym kryje się dwójka autorów - Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński, natomiast "Rozdarta zasłona" to kolejny tom, którego główną bohaterką jest krakowska matrona Zofia Szczupaczyńska. Opinię o pierwszym tomie "Tajemnica domu Helclów" znajdziecie TUTAJ.

Od wypadków opisanych w poprzednim tomie minęło kilkanaście miesięcy, pani profesorowa Szczupaczyńska wróciła do codziennej rutyny ale w głębi duszy marzy jej się kolejna zagadka kryminalna, którą mogłaby rozwiązać.
Przewrotny los spełnił jej marzenie...

Pewnej wiosennej nocy na wiślanym brzegu w krakowskich Dębnikach zostaje znalezione ciało młodej dziewczyny. Policja ustala, że denatka to Karolina Szulcówna - służąca państwa Szczupaczyńskich. Kierujący sprawą komisarz Stanisław Jednoróg dosyć szybko znalazł sprawcę morderstwa, który to sprawca zginął w policyjnym pościgu jeszcze zanim został przesłuchany na okoliczność popełnionego przestępstwa. Śledztwo zostaje zamknięte, jednak pani profesorowa nie jest usatysfakcjonowana jego wynikiem - zbyt wiele w nim niejasności i nieudowodnionych poszlak. Postanawia sama jeszcze raz zbadać okoliczności śmierci Karolci - nie zdaje sobie sprawy, że śledztwo zaprowadzi ją w miejsca w których w innych okolicznościach nigdy by się nie znalazła. Ba, sprawa zahacza o takie rejony krakowskiego światka o których szacowna matrona (a taką oczywiście jest pani profesorowa) w ogóle nie powinna mieć bladego pojęcia...

Podobnie jak w tomie poprzednim tak i tutaj autorzy serwują nam obrazki z życia codziennego Krakowa anno domini 1895 oraz z życia domowego w kamienicy Pod Pawiem. Na kartach powieści obok fikcyjnych bohaterów pojawiają się słynni krakowianie - Tadeusz Żeleński (wówczas student medycyny), młody socjalista Ignacy Daszyński, profesor Odo Bujwid i jego żona działaczka społeczna i jedna z pierwszych polskich feministek Kazimiera Bujwidowa czy wreszcie doktor Stanisław Teodor Kurkiewicz prekursor polskiej seksuologii.

Książkę cechuje piękny  język, inteligentny dowcip, odrobina ironii oraz duża dbałość o szczegóły. Dla miłośników Krakowa oraz literatury w stylu retro jest to pozycja wręcz obowiązkowa. Pewien niedosyt mogą odczuć jednak osoby nastawione na typowy kryminał - jest tu co prawda zbrodnia, jest policyjne śledztwo oraz domorosła pani detektyw, jednak zabójstwo Karolci stanowi chwilami zaledwie tło dla problemów krakowskiego półświatka w który to zmuszona jest wejść pani profesorowa Szczupaczyńska.


niedziela, 13 sierpnia 2017

Królewna i jej niania w odmętach wielkiej polityki

Bycie królewską córką nie zawsze gwarantuje szczęśliwe i spokojne dzieciństwo. Na własnej skórze przekonała się o tym Katarzyna de Valois - bohaterka książki Joanny Hickson pt. "Oblubienica z Azincourt.

Katarzyna przyszła na świat 27 października 1401 jako dziesiąte z kolei dziecko francuskiego króla Karola VI Szalonego i jego żony Izabeli Bawarskiej. Jej dzieciństwo nie należało do najszczęśliwszych - ojciec był już człowiekiem bardzo chorym, natomiast matka, zajęta rządami w jego imieniu oraz snuciem intryg nie miała czasu dla swojego potomstwa. Sytuacja Katarzyny (jak i jej rodzeństwa) pogorszyła się jeszcze bardziej w czasie walki o wpływy pomiędzy diukiem Burgundii Janem bez Trwogi a bratem króla Ludwikiem Orleańskim. Królewskie dzieci były dla obu stron niezwykle cenną zdobyczą, bowiem dzięki małżeństwu z nimi można było wejść do rodziny królewskiej - tak zresztą zrobił Jan bez Trwogi, żeniąc swojego syna z królewną Michaliną, natomiast królewiczów Jana i Ludwika związał odpowiednio ze swoją córką i siostrzenicą.
Katarzynie była jednak pisana inna przyszłość - 25 października 2015 roku, dwa dni przed jej czternastymi urodzinami miała miejsce jedna z najkrwawszych bitew średniowiecza - starcie wojsk francuskich i angielskich pod Azincourt. Francuzi ponieśli tam druzgocącą klęskę, natomiast najmłodsza (i jedyna niezamężna) królewska córka stała się ważną kartą przetargową w negocjacjach pokojowych, wtedy bowiem pojawił się projekt zeswatania Katarzyny z angielskim władcą Henrykiem V Lancasterem. Na ślub trzeba było jednak poczekać jeszcze pięć lat, bowiem sytuacja polityczna zmieniała się jak w kalejdoskopie, a wraz z nią losy królewskiego mariażu. Dopiero 2 czerwca 1420 roku Katarzyna i Henryk zostali małżeństwem.

Akcja powieści obejmuje życie Katarzyny od chwili narodzin aż do lutego 1421 roku, kiedy to opuszcza Francję i udaje się do swojej nowej ojczyzny.
Narratorką a zarazem drugą równoprawną bohaterką książki jest Guillaumette Lanier - początkowo mamka, później niańka a wreszcie dama dworu Katarzyny, która spisuje swoje wspomnienia po śmierci ukochanej władczyni. 

Mette trafia do królewskiego pałacu w wieku 15 lat i z niewielkimi przerwami trwa przy królewnie przez kolejne dziewiętnaście, a następnie wyrusza z nią również do Anglii. To ona opowiada o ciężkim dzieciństwie Katarzyny, to ona z czasem staje się najbliższą i najbardziej zaufaną osobą dla nastolatki i młodej kobiety.
Katarzyna jest dla Mette najważniejsza, ale kobieta ma również swoje życie osobiste - męża i dwójkę dzieci. To dzięki temu poznać możemy również warunki życia mniej uprzywilejowanych warstw społeczeństwa francuskiego - chociaż mam wrażenie, że dzieci Mette miały o wiele szczęśliwsze dzieciństwo niż królewska córka...
Katarzyna i Mette są świadkami wielu ważnych wydarzeń z okresu wojny stuletniej oraz wewnętrznych starć pomiędzy zwalczającymi się wielmożami, w książce jest mnóstwo polityki, ale... jak to się czyta! 

Joanna Hickson stworzyła opowieść ściśle opartą na faktach historycznych. Rzadko się zdarza, aby historyczna książka trzymała się faktów a równocześnie była tak ciekawa i wciągająca. Niestety ma ona jedną ogromną wadę - kończy się niejako w połowie... Jest to spowodowane tym, że autorka napisała drugą część pt. "Oblubienica Tudorów", która to książka opowiada o życiu Katarzyny w Anglii - niestety nie wiedzieć czemu Wydawnictwo Literackie, pomimo zapowiedzi, nie wydało tej książki. Wiem oczywiście jak potoczą się dalsze losy Katarzyny, jej męża i francuskiej rodziny, ale chętnie bym je poznała w wykonaniu Joanny Hickson.
Szkoda, wielka szkoda...

środa, 2 sierpnia 2017

Oddać czy zostawić? Oto jest pytanie! (Cz. 2)

Kolejne książki przeczytane przy odgruzowywaniu biblioteczkowych półek - i znów dylemat: zostają czy wędrują do biblioteki...

Ta książka na pewno zostaje! 
Mowa tu o powieści Macieja Grabskiego "Ksiądz Rafał. Niespokojne czasy", stanowiącej drugą część tomu "Ksiądz Rafał", którym zachwycałam się dokładnie 6 lat temu - LINK  I również 6 lat temu książkę zakupiłam, przeczytali ją wszyscy "krewni i znajomi królika", a następnie, jako, że stanowiła moją własność, wylądowała na półce, bo inne książki (czyt. recenzyjne) miały pierwszeństwo...

Akcja powieści rozpoczyna się 17 października 1978 roku. Dzień wcześniej Karol Wojtyła został wybrany na kolejnego papieża, a ksiądz Rafał i jego parafianie dowiedzieli się o śmierci biskupa Jakuba. Obydwa te wydarzenia będą miały ogromny wpływ na gródeckiego proboszcza i jego ludek.

Gródek powoli przestaje być enklawą spokoju gdzieś na uboczu wielkiego świata. I chociaż nikt z miejscowych o to nie zabiega to świat i jego problemy zaczynają wchodzić na parafie i do domów. Ksiądz Rafał zostaje wciągnięty w konflikty personalne w dekanacie i kurii (co jest tym bardziej nieprzyjemne, że nowy ordynariusz nie kryje swojej niechęci do niego) i jest naciskany aby zajął jakieś konkretne stanowisko. Do Gródka docierają również zmiany, które dotknęły wówczas całą Polskę - powstaje "Solidarność", władze robią się coraz bardziej nerwowe aż wreszcie nadchodzi pamiętny 13 grudnia 1981...

Powrót do Gródka to jak ponowne spotkanie z długo niewidzianymi przyjaciółmi - już po kilku chwilach znalazłam się w centrum wiejskiego życia, kibicowałam bohaterom znanym z poprzedniego tomu, poznawałam nowych sąsiadów, razem z nimi przeżywałam radości i zmartwienia.

Zastanawiałam się na czym polega wyjątkowość tej powieści i właściwie nic mądrego nie wymyśliłam. Gródek jest taki trochę baśniowy ale równocześnie bardzo realny i prawdziwy, ludzie nie są idealni, nawet ci najbardziej pozytywni mają swoje wady i uprzedzenia. Chyba najważniejszy jest główny bohater - ksiądz Rafał Nowina to taki duszpasterz, którego życzyłabym każdej parafii, duchowny z powołania i wierny zasadom.

Szkoda, że Maciej Grabski poprzestał tylko na tych dwóch powieściach...

***********************************

Artur Andrus nie należy do moich ulubieńców jeśli chodzi o naszych rodzimych satyryków. Owszem, podobały mi się jego dwie książki poświęcone Marii Czubaszek i Wojciechowi Karolakowi, jednak prawda jest taka, że to były wywiady, więc pan Artur nie miał (biorąc pod uwagę osobowość swojej interlokutorki)zbyt wielkiego pola do popisu... Natomiast jego twórczość sceniczna to nie do końca moje klimaty.
Nic więc dziwnego, że tom "Vietato fumare czyli reszta z bloga i coś jeszcze" (ktoś mnie nim obdarował...) poleżał sobie na półce ponad dwa lata. Teraz wychynął z czeluści zapomnienia i został wreszcie przeczytany.

Jest to zbiór felietonów, które pierwotnie pojawiały się na autorskim blogu pana Artura, w "Gazecie Lekarskiej" oraz miesięczniku "Zwierciadło" - taki trochę groch z kapustą.
Artur Andrus jest mistrzem skojarzeń odbiegających od utartych schematów - jego myśli biegają sobie jak zajączki po zielonej łączce i czytelnik nijak nie może być pewny co z czym zostanie połączone w zgrabną całość. Ma też manierę tworzenia "poezji zaangażowanej" - rytm i rym niejednokrotnie pozostawiają co nieco do życzenia ale już puenta jest zawsze błyskotliwa i trafia w punkt.

Nie ukrywam, że przy kilku tekstach zdarzyło mi się uśmiechnąć, ale jednak mojego nastawienia do tego pana ta książka nie zmieniła. To w dalszym ciągu nie moja bajka, więc książka wędruje do biblioteki.

********************************************

To chyba wie każdy czytelnik - jeżeli książki stanowią cykl należy je czytać po kolei. W innym wypadku, kiedy czytamy "od końca" albo nie połapiemy się w fabule (bo nawiązuje do poprzednich tomów) albo zniknie element zaskoczenia (bo wiemy co będzie dalej).

Tak było w przypadku powieści "Powrót na Staromiejską" Anny Mulczyńskiej. Książka stanowi pierwszy tom opowieści o Weronice Peterson, którą ja poznałam przy okazji "Przyjaciółek ze Staromiejskiej" - LINK, będących jej kontynuacją.

Weronika przez kilka lat mieszkała w Szwecji - tam studiowała, wyszła za mąż, prowadziła wraz z przyjaciółkami niewielki sklepik. Teraz wraca do Polski i w odziedziczonym po dziadku domu zakłada swoją własna firmę - sklep noszący wdzięczną nazwę "Robótkowo" w którym każda wielbicielka rękodzieła poczuje się jak w niebie.

"Powrót" to jedna z ciekawszych książek obyczajowych, jakie dane mi było ostatnio przeczytać - Weronika to osóbka z charakterem - trochę już w życiu przeszła, ale nadal patrzy w przyszłość z optymizmem. W kontaktach z płcią przeciwną jest raczej ostrożna (nauczyło ją tego jej małżeństwo) ale jeśli kogoś polubi i mu zaufa to będzie prawdziwa przyjaźń, a może i coś więcej.

Na Staromiejskiej znajdzie Weronika prawdziwych przyjaciół, trafi też na ludzi, którzy nadwyrężą jej zaufanie, jak to w życiu. Zawróci też w głowie pewnemu właścicielowi restauracji z drugiej strony ulicy...

I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że dokładnie wiedziałam jak się książka skończy, bo znałam już drugi tom. Tak więc powieść godna uwagi, jednak tylko i wyłącznie w odpowiedniej kolejności, czyli najpierw "Powrót na Staromiejską" a dopiero potem "Przyjaciółki ze Staromiejskiej".

A książka wędruje do biblioteki - niech i inni sobie poczytają.

piątek, 7 lipca 2017

Agatha jest dobra na wszystko ;)

Ani się człowiek nie zdążył zabrać za wypoczynek a tu już mija drugi tydzień wakacji... Tegoroczna kanikuła będzie raczej domowa, bo niestety jak się ma wybór pt. "remont i doposażenie niby-salonu kontra wakacyjny wyjazd" to tak jakby się nie miało żadnego wyboru :( 
A jeśli siedzę w domu to najlepiej mi na balkonie z książką w ręku - takie uroki mieszkania na wsi.

Ponieważ nie miałam na podorędziu żadnej (w miarę nieczytanej) Chmielewskiej to przyniosłam sobie z biblioteki dwie książeczki Agathy Christie. Obie panie mają na mnie zbawienny wpływ, chociaż oczywiście każda inny - pani Joanna rozśmiesza już po przeczytaniu połowy stronnicy, natomiast książki lady Agathy są tak wciągające, że przy ich lekturze zapominam o wszystkich przykrościach dnia codziennego.
Te dwie książki, które wybrałam z bibliotecznej półki to "4.50 z Paddington" z panną Marple oraz "Niemy świadek" czyli historia z Herculesem Poirot.
Obie książki traktują o morderstwach, chociaż na pierwszy rzut oka nie jest to do końca oczywiste.

W "4.50 z Paddington" do panny Marple przyjeżdża przyjaciółka. Jest dosyć zdenerwowana, bowiem uważa, że była świadkiem morderstwa, a nikt jej nie wierzy. Rzekoma zbrodnia miała się dokonać w pociągu - mężczyzna udusił przebywającą razem z nim w przedziale kobietę. Pani McGillicuddy widziała to z okna swojego wagonu - obydwa pociągi jechały w tym samym kierunku. Sprawa jest tym bardziej zagadkowa, że nikt nie zgłosił zaginięcia żadnej kobiety a także nigdzie, ani w pociągu ani w pobliżu torów nie znaleziono ciała czy chociażby śladów wskazujących na to, że jakieś zwłoki mogłyby zostać wyrzucone przez okno.
Panna Marple daje wiarę słowom przyjaciółki i postanawia bliżej przyjrzeć się sprawie. Szybko dochodzi do tego gdzie należy szukać jakichś śladów zbrodni, a ponieważ sama nie ma możliwości przeprowadzić czynności śledczych zwraca się o pomoc do swojej znajomej Lucy Eyelesbarrow. Lucy nie odmawia i już kilka dni później pracuje jako gospodyni w Rutherford Hall, a w wolnym czasie szuka śladów morderstwa...

Akcja "Niemego świadka" toczy się w niewielkim miasteczku Market Basing. 1 maja zmarła tam panna Emilia Arundell. Sama śmierć nie wzbudziła większego zainteresowania - była to starsza i schorowana osoba. Jednak tym co przykuło uwagę całej społeczności był testament starszej pani, która cały, dosyć pokaźny, majątek zapisała  pannie Wilhelminie Lawson, swojej damie do towarzystwa, zupełnie pomijając najbliższych krewnych.
Sprawa pewnie by umarła własną śmiercią po jakimś czasie, jednak los chciał inaczej.
Niemal dwa miesiące później Poirot otrzymał list od panny Emilii, w którym starsza pani nie pisze nic konkretnego, ale między wierszami można odczytać, że jest mocno zaniepokojona. Detektyw postanawia ją odwiedzić, a kiedy na miejscu dowiaduje się, że nadawczyni listu nie żyje decyduje się zbadać sprawę bliżej.
Nie może narzekać na brak podejrzanych - najbliżsi krewni (bratanek, bratanica oraz siostrzenica) nie są osobami zbyt zamożnymi, więc spadek po ciotce bardzo by im pomógł. Tym bardziej, że pod koniec kwietnia wszyscy byli jej gośćmi, a rodzinne spotkanie miało niezbyt przyjemną atmosferę. Również panna Lawson miała motyw - panna Arundell zmieniła swój testament na jej korzyść ledwie kilka dni przed śmiercią...

Obydwie powieści mają charakterystyczne cechy większości książek, które wyszły spod pióra Christie - kilkoro podejrzanych, mających powody aby oczekiwać śmierci ofiary, nie do końca wiarygodne alibi, zatajanie przez podejrzanych niewygodnych faktów, nagłe zwroty akcji, nowe dowody, które zamiast rozjaśniać zaciemniają sytuację oraz zaskakujące rozwiązanie. Zarówno panna Marple jak i Herkules Poirot w najwyższej formie - chociaż nieodmiennie (przynajmniej w moim przekonaniu) starsza pani wygrywa w tym pojedynku.

Przyznam się, że już nawet nie próbowałam zgadywać kto zabił, bo na kilkanaście przeczytanych przeze mnie książek Agathy Christie tylko raz udało mi się rozwikłać zagadkę przed końcem lektury. Kładę to oczywiście na karb talentu autorki a nie mojej ewentualnej tępoty...

niedziela, 2 lipca 2017

Wakacje z Rincewindem i resztą

Boże, jak ten czas zasuwa - nie było mnie tu już ponad dwa miesiące. Inna rzecz, że gdzie indziej też rzadko bywałam...
To był ciężkawy czas - trochę nerwówki na okoliczność pracy, bo przecież gimnazja do likwidacji i nie do końca było wiadomo czy będę miała etat na przyszły rok. Później, jak się już okazało, że mam, to zaczął się kołowrotek z zakończeniem roku, bo miałam trzecią klasę, więc apel, świadectwa, arkusze, rozmaite bzdurne papiery i inne pochłaniacze czasu. A w międzyczasie jeszcze byłam z tymi moim gimbusami na pięciodniowej wycieczce i też temat był poważny do ogarnięcia...  

No ale teraz wreszcie mam trochę czasu dla siebie, bo to wakacje się zaczęły (mam co prawda jeszcze trochę szkolnej makulatury do ogarnięcia, ale to już sama końcówka...) można poleniuchować, poczytać, pooglądać zaległe filmy i generalnie wrócić między żywych ;)

Jedną z takich nadrabianych zaległości jest cykl "Świat Dysku" którego autorem jest Terry Pratchett. Przez wiele lat, pomimo tego, że czytam bardzo dużo i dosyć lubię fantastykę, w ogóle nie miałam pojęcia, że ktoś taki istnieje. Dopiero, kiedy trafiłam do BiblioNETki usłyszałam po raz pierwszy o autorze i jego książkach. Przyznaję, niejednokrotnie czułam się nawet trochę głupio, bo nie wiedziałam o co chodzi, kiedy znajomi z forum w dyskusjach przerzucali się cytatami czy używali jakichś skrótów myślowych, które mnie nic nie mówiły. 



Pierwsze spotkanie z bohaterami Świata Dysku zaliczyłam dosyć nietypowo, bo w formie filmowej. Zupełnie przypadkiem obejrzałam w telewizji "Piekło pocztowe" - notabene nie mając pojęcia, że to ekranizacja Pratchetta... Później na portalu czytelniczym Na Kanapie trafiłam dwa audiobooki ("Kolor magii" i "Blask fantastyczny") i chociaż nie jestem fanką tego typu poznawania dzieł literackich to wysłuchałam ich z przyjemnością - tu wielkie ukłony w stronę Krzysztofa Tyńca i jego genialnej interpretacji tych książek.

Ale to dalej była ledwie niewielka cząstka serii i, pomimo, że zarówno film jak i owe audiobooki przypadły mi do gustu, nie do końca rozumiałam o co chodzi z tymi zachwytami nad Terrym i jego uniwersum.
Ale Ślepy Io i inni bogowie Dysku nie odpuścili i niewątpliwie pod ich wpływem wydawnictwo Prószyński i S-ka przygotowało edycję całego cyklu. I znów zadziałał przypadek - poszłam do sklepu w celu nabycia proszku do prania i płynu do naczyń a wyszłam z tomem "Straż! Straż!" pod pachą i umową z pracującą tam panią Mariolą, że ma mi odkładać kolejne książki.

I teraz powstał problem - czytać zaraz po zakupie, czy czekać jak już będę mieć wszystkie i wtedy brać się za to hurtem? Przeważyła, pomimo obaw czy dożyję ostatniego tomu, druga opcja i przez prawie dwa lata kolejne książki były z premedytacją odkładane na półkę. I powiem szczerze, że była to jedna z trafniejszych decyzji podjętych w ostatnim czasie. Bowiem zdarzyło się już tak, że kończyłam jeden tom o jakiejś opętanej nocnej godzinie i natychmiast sięgałam po kolejny.

Czytanie zaczęłam w majowy weekend i aktualnie jestem przy tomie 16 - całość składa się z 44 książek, bo niektóre tytuły wydawane były w dwóch częściach i mam nadzieję, że do jesieni się z całością wyrobię.
Wiem, że jest kilka szkół czytania tej serii ja jednak postanowiłam zaufać wydawcy i czytam w takiej kolejności jaką zaproponował. Tak więc za mną już większość książek dotyczących Straży Miejskiej, chyba cały cykl o czarownicach a obecnie wieczory sponsoruje mi Rincewind i pozostała kadra Niewidocznego Uniwersytetu. I chociaż poznałam dopiero 1/3 cyklu to dotarło do mnie o co chodziło tym wszystkim, którzy zachwycali się "Światem Dysku".

Po pierwsze genialni bohaterowie - na tę chwilę uwielbiam Marchewę i babcię Weatherwax, ogromną sympatią darzę Rincewinda, Dwukwiata i Myślaka Stibbonsa oraz podziwiam (chociaż niezbyt lubię) lorda Vetinariego. Nie zarzekam się, że do końca lektury nic się w moich sympatiach nie zmieni - chociażby taki Śmierć, który na razie pojawiał się sporadycznie, bardzo mnie intryguje.

Po drugie ciekawa akcja - nie sposób się nudzić przy lekturze, szybkie tempo i pomysłowe rozwiązanie rozmaitych wątków sprawiają, że czyta się te książki z wypiekami na twarzy. Właściwie, z tych dotąd przeczytanych, to tylko jedna nie do końca przypadła mi do gustu, a mianowicie "Ostatni kontynent". ( Ale to na zasadzie, że gdyby pozostałe ocenić wg szkolnej skali na 5 i 6, to za tę dałabym 4-)

Po trzecie - nawiązania do świata rzeczywistego. To jest coś co w tych powieściach bardzo sobie cenię. Poszukiwanie ukrytych znaczeń czy odnośników do tego co tu i teraz jest dodatkową zabawą przy czytaniu.

Zagorzałych fanów Pratchetta nie trzeba oczywiście namawiać do lektury. Ale jeśli ktoś nie zna to może niech się spróbuje zmierzyć z tematem? Może u niego zaskoczy tak jak u mnie?

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Królowie nie rodzą się wolni...

Nie wiadomo jak wyglądała, jaki miała charakter, co lubiła, co ją interesowało - tak naprawdę to nawet nie do końca wiadomo czy istniała... 

Świętosława, Sigrida Storrada - córka Mieszka I, siostra Boleslawa Chrobrego, królowa Szwecji i Danii, matka króla Anglii Knuta Wielkiego. Losy tej Piastówny od lat są tematem badań i dociekań historyków zajmujących się dziejami średniowiecza i związkami pomiędzy państwem Polan i północnymi królestwami. Ale oprócz naukowców postacią Świętosławy interesują się pisarze, bowiem postać królowej otacza atmosfera romantyzmu, wielkich emocji, przygody i niebezpieczeństwa.

Jedną z autorek, która postanowiła zmierzyć się z legendą Świętosławy - Sigridy jest Elżbieta Cherezińska, pisarka, której twórczość obraca się wokół czasów i miejsc w których żyła jej bohaterka - wystarczy wspomnieć cykl "Północna droga" czy powieść "Gra w kości". Historię polskiej królowej Wikingów opisuje pisarka w dwóch tomach "Harda" i "Królowa".

Swoją podróż śladami Świętosławy rozpoczynamy w Gnieźnie, gdzie spędziła dzieciństwo i skąd wyruszyła na podbój Północy - najpierw jako żona króla Szwecji Eryka Zwycięskiego, a następnie, po jego śmierci, jako małżonka Swena Widłobrodego, władcy Danii i Norwegii. Po latach Świętosława, odprawiona przez męża, wraca do Gniezna. Jednak historia jeszcze się o nią upomni - po śmierci Swena synowie wzywają matkę z powrotem do Danii, a stamtąd wraz z młodszym z nich królowa wyrusza na podbój Anglii, gdzie kończy swoją ziemską wędrówkę.

Tyle suchych, w miarę udokumentowanych, faktów stanowiących osnowę na której Elżbieta Cherezińska tka piękną, wielobarwną historię swojej bohaterki. Świętosława z powieści to kobieta o ogromnej sile charakteru, "harda pani" jak ją nazywają poddani, inteligentna i kreatywna, potrafiąca myśleć perspektywicznie, stawiająca obowiązek wobec państwa i dynastii ponad własne marzenia i pragnienia. To władczyni, która świetnie rozumie na czym polega racja stanu, która potrafi budować sojusze i która wie kiedy należy się wycofać, aby w sprzyjającym momencie uderzyć na niczego niespodziewającego się przeciwnika.

Ale to tylko jedno oblicze królowej, której nieobce były również gorące emocje i namiętności, a szczególnie wielka i nieszczęśliwa miłość do norweskiego władcy Olafa Tryggvassona - ich drogi wciąż się splatały, jednak okoliczności nie pozwoliły im się połączyć...

Książki, pomimo, że dosyć pokaźnych gabarytów, czyta się wręcz jednym tchem. To zasługa pięknego języka oraz niezwykłego talentu narracyjnego, jakim obdarzona jest autorka. Warto nadmienić, że Elżbieta Cherezińska zastosowała ciekawą koncepcję przy konstruowaniu swojej powieści - otóż świat przedstawiony na kartach książki widzimy nie tylko z perspektywy Świętosławy. Autorka dopuszcza do głosu również najważniejsze osoby w jej życiu - obydwu mężów,  synów, brata, ojca, siostrę Astrydę oraz ukochanego Olafa. Pozwala to na stworzenie pełniejszego obrazu czasów w których przyszło żyć Świętosławie.

Warto sięgnąć po tę dylogię - uczciwie jednak ostrzegam, że jeśli już zaczniecie czytać to trudno się będzie od niej oderwać. I tak sobie myślę, że jest to idealna propozycja na zbliżający się majowy weekend, szczególnie jeśli pogoda będzie nam serwować takie niespodzianki jak w czasie ostatnich dni...

wtorek, 28 marca 2017

Dwie biografie - jedna świetna, druga nie

Raz na kilkanaście lat dopada mnie choroba - taka, że domowe sposoby nie wystarczają i trzeba się udać do lekarza. Tym razem synek mój kochany sprzedał mi wyjątkowo uciążliwe zapalenie oskrzeli i zafundował mamusi półtora tygodnia zwolnienia lekarskiego.Doskonała okazja, żeby nadrobić czytelnicze zaległości - plon ostatnich kilku dni to cztery kryminały, dwie obyczajówki i dwie biografie. Nieźle, co?
Te dwie biografie to przykład jak się powinno i nie powinno pisać o życiu znanych osób. Jedna bowiem, napisana arcyciekawie, dotyczyła osoby średnio interesującej i przeczytałam ją niemal jednym tchem, druga zaś, co do której miałam ogromne oczekiwania, była zwyczajnie nudna, chociaż bohaterka była jedna z najznakomitszych pisarek XX wieku.

Przez kilka piątkowych wieczorów wróciłam do oglądania telewizji, a to za sprawą biograficznego serialu o początkach panowania królowej Wiktorii. Ponieważ serial bardzo mi się spodobał (już czekam na drugą serię, która ma się ponoć pojawić jesienią) postanowiłam rozejrzeć się za jakąś biografią angielskiej władczyni. Jeden z moich ulubionych biografów, George Bidwell, napisał takową, więc wybór był prosty: czytam "Wiktorię żonę Alberta".
Już sam tytuł sugeruje jak wyglądało królewskie stadło - Wiktoria była władczynią całego imperium, ale w domu pierwsze skrzypce grał Albert. To on narzucił swój styl, pedanterię i drobiazgowość (bardziej naturalne dla rodziny mieszczańskiej niż królewskiej) swojej chimerycznej małżonce. To on, nawet po swojej przedwczesnej śmierci, był tym, z którego opiniami królowa liczyła się najbardziej. Wiktoria jaką znamy bez Alberta by nie istniała...
Można by odnieść wrażenie, że autor nie przepada za swoją bohaterką - Wiktoria z książki Bidwella to osoba o bardzo przeciętnej inteligencji, uparta i samowolna, której obca jest sztuka dyplomacji. Pomimo iż od samego początku wiadomo było, że zasiądzie natronie Zjednoczonego Królestwa nie odebrała należytego wykształcenia, otaczała się Niemcami oraz, co szczególnie przysporzyło jej niechęci poddanych, wyszła za mąż za Niemca i dosyć jawnie popierała niemieckie interesy.
Wiktorią dosyć łatwo było sterować, jeśli tylko darzyła sympatią swojego mentora - początkowo był to lord Melbourne, później Albert a po jego śmierci dwóch premierów - Palmerston i Disraeli.
Patrząc na wieloletnie panowanie Wiktorii trzeba przyznać rację autorowi książki - faktycznie królowa nie przysłużyła się jakoś szczególnie ani swojej ojczyźnie ani światu. Jest to tym bardziej widoczne poprzez porównanie jej życia do historii innej kobiety - młodszej o rok Florence Nightingale, która mając o wiele mniejsze możliwości zasłużyła się ludzkości nieporównywalnie bardziej niż Wiktoria Hanowerska.

++++++++++++++++++++++++++

Astrid Lindgren to jedna z najbardziej znanych pisarek XX wieku. Niewiele jest chyba na świecie dzieci, które nie znałyby chociażby jednej z jej książek. Dzieci z Bullerbyn, Fizia Pończoszanka, bracia Lwie Serce czy Ronja córka zbójnika to znani i lubiani bohaterowie dziecięcych lektur.
Biorąc do ręki książkę "Astrid Lindgren. Opowieść o życiu i twórczości", której autorką jest Margareta  Strömstedt miałam nadzieję na fascynującą podróż literacką, tym bardziej, że obie panie znały się dobrze a nawet przyjaźniły.
Niestety srodze się zawiodłam. Książka jest nudna, większą jej część stanowi interpretacja poszczególnych powieści Lindgren - szukanie pierwowzorów bohaterów, rozkładanie na czynniki pierwsze "co autor miał na myśli"oraz doszukiwanie się przekazu społecznego. Owszem, Astrid Lindgren pchnęła literaturę dziecięcą na całkiem nowe tory - odeszła od wszechobecnego w połowie XX wieku moralizatorstwa, jej bohaterowie są ciekawi, spontaniczni i często zwariowani. W swoich utworach promuje tezę, że dziecko to też człowiek, tylko mały, więc należą mu się takie same względy jak dorosłemu. To wszystko prawda, ale przecież w biografii chodzi chyba o coś innego.

Czego mi w takim razie zabrakło w tej historii?
Otóż przede wszystkim codzienności pisarki, która przecież przez duża część swojego życia nie tylko pisała książki, ale również pracowała zawodowo i wychowywała dzieci. Jak udawało się jej to wszystko pogodzić? Czy nigdy nie miała chwili zwątpienia? Czytając tę książkę można odnieść wrażenie, że Lindgren to dziecko szczęścia - wszystko czego się tknie zamienia się w sukces. 
Dalej - na początku książki autorka wspomina, że Astrid była silnie związana z rodzicami i rodzeństwem. Tymczasem o jej siostrach i bracie nie ma tu prawie nic. O najbliższej przyjaciółce też jest tylko kilka zdań pomimo, że Astrid poznała ją w szkole a znajomość trwała nieprzerwanie przez kilkadziesiąt lat.
W tej biografii po prostu nie ma Astrid. Jest tylko jej twórczość - fakt, że wspaniała, godna uwagi i cały czas aktualna, ale to tylko książki, a ja chciałam poznać człowieka, który za nimi stoi.

Tak więc z przykrością, ale raczej nie polecam :(

wtorek, 14 marca 2017

Lotta jest uparta jak kozioł

Jonas, Mia-Maria i Lotta to rodzeństwo mieszkające wraz rodzicami w niewielkim domku usytuowanym przy ulicy Garncarzy. Jednak ich tatuś twierdzi, że dzieciaki robią taki harmider, że należałoby zmienić nazwę na ulicę Awanturników.

"Przygody dzieci z ulicy Awanturników" to zbiorowe wydanie dwóch książek Astrid Lindgren przeznaczonych dla najmłodszych, a mianowicie "Dzieci z ulicy Awanturników" oraz "Lotta z ulicy Awanturników".
Chociaż książka opowiada o całej trójce młodych Nymanów to jednak bohaterką pierwszoplanową jest najmłodsza z rodzeństwa, czteroletnia Lotta. Dziewczynka jest dosyć uparta i stara się zawsze postawić na swoim, chociaż często obraca się to przeciwko niej. Na szczęście rodzeństwo jest ze sobą silnie związane, i nawet jeśli starszą dwójkę irytują wybryki Lotty, to jednak jej wybaczają, bo, jak często powtarza Mia, "Ona jest taka słodka".

Podobnie jak w innych książkach Astrid Lindgren dorośli stanowią postacie drugoplanowe. Rodzice oraz sąsiadka pani Berg raczej nie wtrącają się w zabawy dzieci, ale gdy wymaga tego potrzeba mali Nymanowie mogą na nich liczyć. Widać to szczególnie w drugiej części książki, kiedy Lotta postanawia odejść z domu i zamieszkać u pani Berg. Starsza pani bez zmrużenia oka przyjmuje czterolatkę pod swój dach, daje jej pokoik w którym dziewczynka będzie mogła zamieszkać i w żaden sposób nie namawia jej na powrót do domu - Lotta sama dochodzi do wniosku, że jednak chce wrócić do rodziców. Podobnie rodzice - dają dziewczynce swobodę (tym bardziej, że u sąsiadki nic jej nie grozi), pozwalają przeżyć pierwszy poważny bunt i samodzielnie zadecydować o swoim losie. W tym fragmencie wyraźnie uwidaczniają się poglądy samej autorki, która przez całe swoje dorosłe życie była orędowniczką tezy, że dzieciom należy się taki sam szacunek jak dorosłym. Bo dziecko to taki sam człowiek jak dorosła osoba.

Książeczka jest pięknie wydana - twarda okładka, gruby papier, kolorowe ilustracje autorstwa Ilon Wikland sprawią. że może być ozdobą niejednej dziecięcej biblioteczki.
Książka skierowana jest do dzieci w wieku 5-9 lat, a ponieważ napisana jest dosyć dużą czcionką a rozdziały są raczej krótkie może stanowić doskonałą propozycję do samodzielnej lektury dla dziecka.

Serdecznie polecam.

piątek, 10 marca 2017

Damski marzec: Baśka się odchudza

Baśka to typowa trzydziestokilkuletnia kobieta - mężatka, matka dwójki dzieci, pracuje w biurze, na finanse nie narzeka (co prawda nie stać jej na wakacje na Bali, ale w kolejce do MOPS-u też nie stoi), na zdrowie również, czyli średnia krajowa. Baśka ma jednak pewien kłopot, który od kilku lat spędza jej sen z powiek - otóż po dzieciach (a właściwie po ciążach) pozostała jej pamiątka w postaci kilkukilogramowej nadwagi. Stosowała już wszystkie możliwe diety i żadna nie przyniosła efektu. Ten fakt jeszcze bardziej potęguje jej stres, a wiadomo, że najlepszym lekarstwem na zmartwienia jest porcja słodyczy - w przypadku Baśki krówki w ilościach hurtowych...

"Od jutra dieta!" to najnowsza powieść Małgorzaty Mroczkowskiej, autorki m.in. "Angielskiego lata" i "Zanim zrozumiem". Podtytuł "Zapiski niedoskonałej pani domu" doskonale oddaje to co w książce jest najważniejsze. 
Baśce bowiem do doskonałości jest bardzo daleko - ma problemy z ogarnięciem własnego domu, charakteryzuje ją tzw. słomiany zapał, nie bardzo potrafi się dogadać z matką i siostrą, nie ma wyższych aspiracji jeśli chodzi o pracę zawodową, wreszcie, nie potrafi się zdobyć na przeorganizowanie własnego życia pomimo, że zdaje sobie sprawę z tego co powinna zmienić.

Baśka, a wraz z nią jej koleżanki z biura, wypróbowuje na sobie wszystkie możliwe diety, niestety bez większego efektu. Nawet jeśli uda się jej coś tam zrzucić, to na krótko, a potem waga wraca do poprzedniego stanu. Kobieta jest tak pochłonięta odchudzaniem, że nie bardzo ma czas na coś innego - obowiązki domowe nie są jej najmocniejszą stroną, przypalone garnki, przepełniony kosz na śmieci, przeterminowane produkty w lodówce czy pranie trzymane w pralce przez trzy dni to niestety częsty widok w jej mieszkaniu.
Tak przy okazji: dzieci Baśki są już w wieku szkolnym i nie mają żadnych obowiązków, mama ścieli ich łóżka, sprząta pokój, zbiera brudne skarpetki, itp. Mąż właściwie też nie kwapi się do żadnej pomocy, no ewentualnie dokręci obluzowany karnisz po kilku miesiącach przypominania mu o tym. Jak dla mnie sytuacja nie do przyjęcia...

Czy Baśce uda się wreszcie zmienić siebie i swoje nastawienie do świata, a także stosunki panujące w jej rodzinie? Bo tak naprawdę jej kłopoty w dużej mierze wynikają z niskiej samooceny, braku oparcia w najbliższych i przytłoczenia codziennością - Baśka dała się wcisnąć w stereotyp kury domowej i nie wie jak z tego wybrnąć. Od samego początku trzymałam za nią kciuki, żeby się udało, żeby któraś dieta wreszcie zaskoczyła.

Książka jest bardzo przyjemna w odbiorze, dowcipna i napisana pięknym językiem. Myślę, że zdecydowana większość czytelniczek (bo to jednak literatura dla kobiet - facet nie zrozumie dylematów głównej bohaterki) będzie mogła się identyfikować z Basią i to stanowi najważniejszy atut tej książki. A jeśli znajdziecie na jej kartach receptę na własne problemy to będzie to stanowiło dodatkowy bonus.

Serdecznie polecam :)

niedziela, 26 lutego 2017

Przemko i Władysław, czyli jak to było z tym zjednoczeniem Polski po rozbiciu dzielnicowym

Jest w historii naszego kraju okres, o którym, chociaż trwa prawie 200 lat, przeciętny Polak wie niewiele lub zgoła nic. Chodzi mi o czasy rozbicia dzielnicowego, kiedy to Bolesław Krzywousty (działając zresztą w dobrej wierze) dzieli swój kraj pomiędzy synów i trochę naiwnie sądzi, że uniknie przez to bratobójczych wojen, które były jego udziałem we wczesnej młodości...
Przyczyny tego stanu rzeczy (braku wiedzy historycznej) należy upatrywać m.in. w tym, że w szkole tematyka ta jest okrojona do niemożliwości - w gimnazjum na całe rozbicie (w sensie polityki książąt dzielnicowych) oraz próby zjednoczenia państwa jest, bagatela, jedna jednostka lekcyjna. Tak więc przelatuje się przez temat z prędkością światła a w ostatnich sekundach przed dzwonkiem rzuca się informację, że książę poznański Przemysł II koronował się w grudniu 1295 roku, a kilka miesięcy później został zamordowany, i że ta koronacja to początek końca owego rozbicia dzielnicowego. Po Przemyśle mieliśmy, za sprawą jego zięcia Wacława, krótki okres czeski, a później to już bohaterski mały książę  czyli Władysław Łokietek...

Elżbieta Cherezińska podjęła się przybliżenia szerokiemu odbiorcy historii odbudowy państwowości polskiej na przełomie XIII i XIV wieku. Autorka zaplanowała trylogię "Odrodzone królestwo" - aktualnie odstępne są dwa pierwsze tomy ("Korona śniegu i krwi" i "Niewidzialna korona") a trzeci, miejmy nadzieję, ukaże się już wkrótce.

Bohaterem "Korony śniegu i krwi" jest Przemysł II ( 1257 - 1296) - książę poznański, urodzony jako pogrobowiec, wychowany na dworze swojego wuja księcia kaliskiego Bolesława Pobożnego, w późniejszym czasie książę wielkopolski i krakowski, wreszcie król Polski.
Z kolei "Niewidzialna korona" opowiada o walce Władysława Łokietka o tron krakowski i obejmuje lata 1296 - 1306, kiedy to książę kujawski zmaga się z książętami śląskimi, brandenburczykami, królem czeskim Wacławem II a wreszcie ze zniemczonym biskupem krakowskim Janem Muskatą i wójtem Albertem, którzy zamykają przed nim bramy Krakowa.

Autorka starannie odtwarza tło historyczne, ożywia postacie znane z kart historii, ukazuje zagmatwane koligacje i system wciąż zmieniających się sojuszów pomiędzy poszczególnymi gałęziami rodu Piastów. Oprócz władców na kartach książek odżywają przedstawiciele wielkich rodów rycerskich z tamtego okresu, a przede wszystkim jedna z najważniejszych rodzin ówczesnej Wielkopolski - Zarębowie. (To właśnie Zarębowie, wraz z władcami sąsiednie Brandenburgii, byli przez wielu im współczesnych jak również późniejszych badaczy naszych dziejów oskarżani o spisek i zamordowanie w Rogoźnie króla Przemysła II).
Ciekawym zabiegiem jest wprowadzenie do powieści magii i pogańskiej religii. Ludzie Starszej Krwi, wiecznie młode zielone kobiety, ożywające herbowe zwierzęta wzbogacają opowiadaną historię o elementy fantastyczne, co stanowi dodatkowy atut tych książek. (Przy okazji - takie połączenie średniowiecznej kultury i magii nieodparcie przywołuje na myśl "Grę o tron" Martina, chociaż Cherezińską czyta się o niebo lepiej, chociażby ze względu na mniejszą ilość bohaterów...)

Bardzo jestem ciekawa jak zakończy się ta historia - tzn. wiem jak potoczą się dalsze losy Władysława Łokietka, biskupa Jakuba Świnki czy królowej Rikissy, bo to w końcu postacie historyczne. Bardziej chodzi mi o Michała Zarębę i Jemiołę - bohaterów fantastycznych, których los związany jest z Rikissą właśnie. Ciekawa również jestem jak autorka poprowadzi dalej postać Łokietka, bo póki co niewiele ma wspólnego z tym bohaterskim i prawym władcą, którego znamy z podręczników - tzn. na odwadze mu nie zbywa, ale już z rozwagą jest nieco gorzej...

poniedziałek, 20 lutego 2017

Dwóch królów na jednym tronie, czyli o Jadwidze i Jagielle słów kilka

Jak to jest kiedy krajem rządzi równocześnie dwóch królów, a na dodatek jeden z nich jest kobietą? (Tak, to nie pomyłka - Jadwiga, żona Władysława Jagiełły, ukoronowana była na króla - w średniowiecznej Polsce nie istniało pojęcie królowej jako władczyni.) Które z nich Węgierka czy Litwin było lepszym władcą? Kto miał większe zasługi dla swojej przybranej ojczyzny?

Pamiętacie pana Cebulę, nauczyciela historii z serii "Ale historia...", której autorką jest Grażyna Bąkiewicz? Otóż pan Cebula i jego uczniowie powracają w kolejnej opowieści noszącej tytuł "Jadwiga kontra Jagiełło".
Tym razem narratorem jest Gruby, kolega Aleksa i Zuzki, których poznaliśmy przy okazji poprzednich tomów.

Gruby, jak pewnie się domyślacie, jest nieco okrąglejszy od swoich kolegów. Uwielbia słodycze, sam robi sobie landrynki, a w czasie podróży w przeszłość stara się dowiedzieć jakimi łakociami zajadali się ówcześni Polacy. Razem ze swoimi kolegami trafia na zamek wawelski, gdzie poznaje Walerka, pomocnika kucharza. Powszechnie wiadomo, że kuchnia to najlepsze miejsce jeśli chcemy poznać miejscowe nowinki (żeby nie napisać plotki) więc dzieciaki trafiły bardzo dobrze - dowiadują się o tym jak wyglądały początki wspólnego panowania Litwina i Andegawenki, biorą udział w wojennej wyprawie na Ruś Halicką na czele której stoi Jadwiga oraz mają możliwość przekonać, że chociaż królowa jest bardzo młoda to jednak jest osobą niezwykle inteligentną i przewidującą.

I kiedy już Gruby i jego koledzy przygotowują się do powrotu okazuje się, że pan Cebula stawia przed nimi jeszcze jedno zadanie - jeden z ich kolegów zaginął gdzieś w odmętach średniowiecza i trzeba go koniecznie odnaleźć. Podróż po piętnastowiecznej Polsce przedłuża się...

Jadwiga i Jagiełło nie bez przyczyny uważani są za jednych z wybitniejszych naszych władców - małżeństwo z rozsądku i politycznej konieczności wzmocniło Polskę i jej pozycję w średniowiecznej Europie, Jadwiga dbała o rozwój kultury i sztuki, a Jagiełło rozbijając krzyżaków pod Grunwaldem zapewnił krajowi kilkanaście lat spokoju ze strony największego wroga. Przedwczesna śmierć przerwała panowanie Jadwigi - można się tylko domyślać jak wyglądałyby jej dalsze rządy; właściwie można być pewnym tylko jednej rzeczy - nie dopuściłaby do wojny z krzyżakami i pewnie w naszej historii zabrakłoby grunwaldzkiego zwycięstwa...

Grażyna Bąkiewicz zawarła w swojej książce oprócz informacji typowo historycznych mnóstwo ciekawostek dotyczących obojga królów jak i czasów w których żyli. Młody czytelnik może się dowiedzieć z niej o przyzwyczajeniach Jagiełły (np. tego, że władca był abstynentem i do posiłków pijał wyłącznie wodę), o tym jak wyglądały przygotowania do wielkich wypraw wojennych, co jadano w średniowiecznym zamku (ze szczególnym uwzględnieniem konfetów, czyli łakoci) a nawet jak wyglądała toaleta w Malborku.
Podobnie jak w poprzednich tomach ilustracje wyszły spod ręki Artura Nowickiego - biało-czarne, komiczne, utrzymane w komiksowej konwencji rysunki stanowią integralną część historii i w ciekawy sposób przekazują ważne informacje.

Po raz kolejny zachęcam do zainteresowania się książką duetu Bąkiewicz - Nowicki i zaopatrzenia w nią biblioteczki waszych pociech. Nawet dzieciaki nastawione negatywnie do nauki naszych dziejów dają się porwać tym opowieściom - sprawdzone na moim własnym synu ;) 

sobota, 11 lutego 2017

Oddać czy zostawić? Oto jest pytanie! (cz. 1)

To, że jestem uzależniona od książek wiem już od dawna. Wie to również moja rodzina i większość znajomych. Nie mam pojęcia ile książek jest w domu, ale mąż mój Robert prorokuje, że w końcu strop nie wytrzyma obciążenia makulaturą i któregoś ranka weźmie się i zarwie, a my obudzimy się u mojej mamy (mama mieszka na parterze a my na piętrze)... 
Żeby zminimalizować zagrożenie katastrofą budowlaną (to wersja oficjalna, nieoficjalna jest taka, że potrzebuję miejsca na nowe tomy) od jakiegoś czasu część moich zbiorów oddaję naszej gminnej bibliotece. Obydwie strony są zadowolone - ja, bo mam twardy dowód dla szanownego małżonka, że poważnie przejmuję się jego opiniami, a biblioteka to wiadomo - każda nowa książka mile widziana.
Na moich półkach sporo jest takich książek, które kupiłam w porywie chwili, bo bardzo chciałam je przeczytać, a później tak mi jakoś zeszło i albo o nich zapomniałam, albo nie miałam nastroju - no dość na tym, że pokrył je kurz i pajęczyny.
I tu dochodzimy do sedna sprawy - wybierając książki do przekazania dla biblioteki trafiam na te nieprzeczytane bidulki i muszę zdecydować co z nimi zrobić A żeby podjąć decyzję trzeba przecież książkę przeczytać, prawda? I tak się zrodził pomysł na cykl "Oddać czy zostawić?", czyli notatki (bo to jednak nie będą recenzje czy opinie w pełnym tego słowa znaczeniu) o tych odkurzonych skarbach.

Joanna Chmielewska "Byczki w pomidorach"

Joanna Chmielewska to moja najulubieńsza kryminalistka. Uwielbiam jej starsze książki (z wyjątkiem "Lesia"), niestety z tymi nowszymi mam pewien problem. Bo niby większość bohaterów ta sama, miejsca też dobrze znane, ale historie już tak nie porywają, komizm taki trochę na siłę, a i z językiem (który moim zdaniem jest największym atutem książek pani Joanny) też się coś niedobrego porobiło...
"Byczki w pomidorach" przenoszą czytelnika do Danii, gdzie w domu Alicji roi się od mniej lub bardziej zaprzyjaźnionych osób i gdzie zatrzymuje się pewna kłopotliwa para z Polski. Pani Julia i pan Wacław od pierwszej chwili podpadają stałym bywalcom kuchni i ogrodu, ale prawdziwy kłopot powstaje kiedy Wacław najpierw zaginie, a następnie odnajdzie się w charakterze zwłok. Policja policją, Joanna i spółka postanawiają na własną rękę rozwikłać tajemnicę zejścia pana Buckiego. 

Książka raczej przeciętna, typowy dla Chmielewskiej galimatias zmienia się w chaos niekontrolowany, głodomór Marianek (który w zamyśle miał chyba śmieszyć) wywołuje swoją bezdenną głupotą tylko i wyłącznie zgrzytanie zębami, inni bohaterowie też specjalnie nie zachwycają... W szkolnej skali ocen 3+.

Pomimo, że nie zachwyca to jednak zostaje - Chmielewskiej (nawet najgorszej) nie oddam!

Clive Cussler "Sahara"

"Sahara" to jedenasta książka z Dirkiem Pittem w roli głównej, a druga która została zekranizowana. Przyznaję się od razu, że film widziałam już dawno (właściwie mi się podobał, chociaż grający główną rolę Matthew McConaughey to jakaś pomyłka) a po książkę sięgnęłam dopiero teraz. I jak to przy adaptacjach bywa film od książki rożni się zasadniczo.
Dirk i jego najbliżsi przyjaciele, Al Giordino i  Rudi Gunn zajmują się niepokojącym rozrostem pewnego rodzaju glonów, które występują u wybrzeży Afryki. Jeżeli nie uda się zahamować tego zjawiska światu grozi kataklizm. Trop prowadzi do Mali, rządzonego przez generała Kazima. Również do Mali trafia doktor Eva Rojas, która wraz z grupą pracowników WHO szuka źródła epidemii dziesiątkującej miejscową ludność. Na miejscu okazuje się, że w sprawę zamieszany jest francuski multimilioner Yves Massarde, który dla zysku nie cofnie się przed niczym...

"Sahara" to jedna z najlepszych książek Cusslera jaką do tej pory czytałam. Ma wszystkie atuty powieści sensacyjnej - wciągającą intrygę, wartką akcję, pomysłowych i przebojowych bohaterów. Pomimo, że mnie więcej wiedziałam o co chodzi czytało mi się świetnie.

Zdecydowanie zostaje - Cusslera, podobnie jak Chmielewskiej, nie oddam.

Asa Hellberg "Ostatnia wola Sonji"

Literatura szwedzka kojarzyła mi się jak dotąd wyłącznie z Astrid Lindgren oraz ze współczesnymi kryminałami.  "Ostatnia wola Sonji" trafiła do mnie podczas którychś targów książki, nazwisko autorki nic mi nie mówiło, tytuł sugerował jakąś ostateczność a okładka... No cóż nie grała mi zupełnie z tytułem ani z krajem powstania...
Książka rozpoczyna się od pogrzebu - umiera Sonja Gustavsson. Jej trzy przyjaciółki - Susanne, Rebecka i Maggan dowiadują się od adwokata, że zmarła posiadała ogromny majątek a one są jej jedynymi spadkobierczyniami, bowiem Sonja nie miała rodziny. Jednak przejęcie spadku obwarowane jest pewnymi warunkami - wszystkie trzy kobiety muszą podjąć wyzwania jakie przygotowała dla nich pani Gustavsson. Muszą porzucić swoje dotychczasowe życie a nawet kraj, bowiem Sonja zaplanowała dla nich zadania w Paryżu, Londynie oraz na Majorce. Co więcej - żadna nie może się wyłamać - żeby otrzymać spadek muszą wszystkie podjąć grę...

Książka może nie jest najwyższych lotów, ale czyta się ją całkiem przyjemnie. Bohaterki to kobiety po przejściach, z bagażem doświadczeń i lat, którym trudno jest zmienić przyzwyczajenia i zmierzyć się z nieznanym, jednak wszystkie podejmują wyzwanie Sonji. "Ostatnia wola Sonji" to powieść obyczajowa, chociaż nieznacznie dryfująca w stronę romansu, doskonała jako relaks po długim pracowitym dniu.

Wędruje do biblioteki - chociaż sympatyczna, to raczej drugi raz po nią nie sięgnę. Niech trafi do innych czytelników.

piątek, 3 lutego 2017

Celebryta - to brzmi (a właściwie brzmiało) dumnie

Celebryta - kto to taki?
No cóż, najkrócej mówiąc to ktoś znany z tego, że jest znany. Celebryci pojawiają się na tzw. ściankach, zaszczycają wszelkiego rodzaju eventy (nawet jeśli jest to premiera korbowodu do ciągnika), wdzięczą się do fotografów i atakują z okładek prasy kolorowej. Tydzień bez nowego wpisu na Pudelku czy innej Plejadzie jest dla nich czasem straconym, więc prześcigają się z nowymi sensacyjnymi newsami na swój temat.
Z powyższego tekstu można by wnioskować, że nie jest to moja ulubiona grupa społeczna. Fakt, nie przepadam, ale staram się w miarę możliwości ignorować, większości nie kojarzę, no może poza Grycankami, ale to już wina lodów, które uwielbiam. Chociaż takiego wybryku natury jakim była kilka lat temu niejaka Jola Rutowicz to nawet ja nie dałam rady nie zauważyć. I do dzisiaj mnie wstrząsa na samo wspomnienie...

Czyli dzisiejszy celebryta to ktoś raczej mało godny uwagi. Nie to co jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu. Żeby być celebrytą w PRL-u trzeba było sobą coś konkretnego reprezentować. Nawet "Czerwony Książę", czyli Andrzej Jaroszewicz, syn premiera Piotra Jaroszewicza, oprócz znanego nazwiska mógł się pochwalić pasją i osiągnięciami jako kierowca rajdowy. Ówcześni celebryci to ludzie utalentowani i o ugruntowanej pozycji zawodowej, przedstawiciele kultury i sztuki - Zbigniew Cybulski, Kalina Jędrusik, Agnieszka Osiecka, Daniel Olbrychski, Maryla Rodowicz, Stanisław Mikulski, Marek Hłasko czy Leopold Tyrmand. O nich i o wielu jeszcze innych ikonach lat 50., 60. i 70. opowiada książka Aleksandry Szarłat "Celebryci z tamtych lat".

O życiu prywatnym ówczesnych celebrytów przysłowiowy Kowalski wiedział niewiele, no chyba, że sławny człowiek stał się bohaterem jakiegoś skandalu - nie było kolorowej prasy, fotoreporterzy robili zdjęcia tylko podczas oficjalnych imprez (np. festiwali), a znajomi gwiazd odznaczali się wyjątkowa dyskrecją. Co innego tzw. "środowisko" - tu wszyscy się znali, wszyscy o wszystkich plotkowali, ale, co ważne, swoją wiedzę zachowywali dla siebie.

Autorka książki dotarła do wielu gwiazd tamtego okresu i namówiła ich na wspomnienia o sobie, ale także o innych, bowiem wielu gwiazd (dosyć wspomnieć Hłaskę, Osiecką, Jędrusik czy Cybulskiego) od dawna już nie ma między nami. Z tych wspomnień powstał ciekawy przewodnik po celebryckim szlaku.
Tak więc celebryta tamtych czasów miał raczej pogardliwy stosunek do rzeczy materialnych, bogactwem nie grzeszył, a jak już jakaś forsa się mu trafiła to szybciutko zostawiał ją w którymś z kultowych lokali z wyszynkiem. Owszem, od czasu do czasu pozwalał sobie na jakiś ekstrawagancki ciuch, który stawał się potem symbolem, tak jak kurtka Zbigniewa Cybulskiego czy biały kożuch Marka Hłaski. Celebryci nie zważali przesadnie na drobnomieszczańskie konwenanse, chociaż w porównaniu z ich dzisiejszymi odpowiednikami cechowała ich wręcz wzorowa moralność. Mieli styczność z komunistyczną władzą i wszechwładną SB-cją, zdarzało im się iść na układ typu występ na festiwalu piosenki radzieckiej w zamian za paszport na wyjazd do Francji czy USA, niektórzy czerpali z tego wymierne korzyści typu własne M-2 poza kolejką czy talon na małego fiata. Zdarzały się konflikty na tle artystycznym, ale generalnie towarzystwo żyło w miarę zgodnie, spotykano się w warszawskich restauracjach i kawiarniach, jeździło się na te same festiwale, a wakacje spędzało się w Sopocie, na Mazurach bądź w Zakopanem. Najważniejsze, że wszyscy mieli czas na spotkanie, rozmowę czy wreszcie imprezowanie. I właśnie tego, tego wspólnie spędzanego czasu, najbardziej dzisiaj jest brak ówczesnym celebrytom. Ale jak mawiał klasyk - to se ne wrati...

Książkę przeczytałam z ogromnym wzruszeniem - trochę tego PRL-u, w jego schyłkowej formie, pamiętam z dzieciństwa. Dlatego polecam ją szczególnie moim rówieśnikom - to świetny pretekst do podróży w przeszłość. 
Aczkolwiek dla młodych ludzi to może być ciekawa lektura i powód do zastanowienia się nad współczesnymi ikonami stylu. Wystarczy bowiem porównać Natalię Siwiec i Kalinę Jędrusik - obydwie mogą poszczycić się pięknym biustem, z tym że u pani Siwiec jest to jedyny atut, natomiast pani Jędrusik była przy okazji wspaniałą artystką i prawdziwą osobowością polskiej kultury.

środa, 1 lutego 2017

Matka i córka, czyli kulisy Nocy św. Bartłomieja

Katarzyna Medycejska i Małgorzata Walezjuszka (powszechnie znana jako królowa Margot) - matka i córka, których imiona nierozerwalnie związane są z jedną z największych zbrodni czasów nowożytnych: osławioną Nocą św. Bartłomieja.
O ile o samym wydarzeniu wszyscy uczyliśmy się w szkole, o tyle o jego bohaterach nie wiemy najczęściej wiele, bądź zgoła nic. I wielka szkoda, bowiem historia osób zamieszanych w rzeź hugenotów z 1572 roku jest ciekawa, pogmatwana oraz bardzo niejednoznaczna. Tym bardziej, że wokół Katarzyny i Małgorzaty narosło wiele legend, które niejednokrotnie znacznie mijają się z prawdą.

Nancy Goldstone to amerykańska pisarka, autorka powieści biograficznych - jej bohaterkami są m.in. Joanna D'Arc, Joanna królowa Neapolu czy wreszcie córki hrabiego Rajmunda Berenguera z Prowansji, które dzięki małżeństwom zasiadały na tronach Francji, Anglii, Niemiec i Sycylii. 
W Polsce dostępna jest jak na razie jedna jej książka - "Królowe rywalki", którą firmuje Wydawnictwo Prószyński i S-ka.

Już tytuł pracy sugeruje relację jaka łączyła królową Katarzynę z jej najmłodszą córką. Można by się zastanawiać dlaczego Medyceuszka nie darzyła akurat Margot sympatią, tym bardziej, że do pozostałych córek była racze przychylnie nastawiona. Być może spowodowała to wyjątkowa uroda królewny (Katarzyna należała do osób o niezbyt ujmującej powierzchowności); być może sympatia jaką darzył ją ojciec, król Henryk II, który żony ani nie kochał, ani nie szanował; być może inteligencja i samodzielność Małgorzaty - trudno dziś oceniać. Jedno jest pewne: pomiędzy matką i córką próżno się dopatrywać jakichś serdeczniejszych uczuć. Więcej - Katarzyna niejednokrotnie wystawiała córkę na śmiertelne niebezpieczeństwo, nie wahała się poświęcać jej osoby w imię opacznie pojętej racji stanu czy wręcz osobiście czyhać na jej życie.
Małgorzata, która siłą rzeczy nie miała na francuskim dworze tak silnej pozycji jak Katarzyna, uwikłana w niedobrane małżeństwo z Henrykiem z Nawarry, zagrożona zarówno przez matkę jak i brata, króla Henryka III (w nasze historii występującego jako Henryk Walezy) stara się ocalić życie i z tego powodu wikła się w rozmaite nie najszczęśliwsze alianse, nierzadko z podtekstem erotycznym, co staje się podstawą do oskarżeń o niemoralne prowadzenie się.

Wokół Katarzyny i Małgorzaty narosło wiele mitów przedstawiających tę pierwszą jako wybitną władczynię, kierującą Francją w okresie gdy na tronie zasiadało kolejno jej trzech synów, natomiast tej drugiej przypinając łatkę osoby rozwiązłej, niemoralnej, działającej pod wpływem przypadkowych faworytów.
Tymczasem prawda jest zupełnie inna - i tę prawdę serwuje nam Nancy Goldstone w swojej pracy. Autorka opierając się o liczne źródła oraz opracowania maluje nam obraz epoki w której przyszło żyć jej bohaterkom.
Z listów, pamiętników i dyplomatycznych not wyłaniają się nieco inne niż tradycyjne portrety dwóch antagonistek. Okazuje się, że Katarzyna swoją pozycję zawdzięcza nie tyle wyjątkowej inteligencji co zbiegom okoliczności (przedwczesna śmierć męża, słabe zdrowie i również przedwczesna śmierć dwóch starszych synów, gnuśność i brak zainteresowania sprawami państwa cechująca Henryka III, wreszcie współpraca z Gwizjuszami) zaś Małgorzata nie jest aż taką jawnogrzesznicą jak to opisują jej wrogowie, a inteligencja i wykształcenie królewny niejednokrotnie ratuje życie jej samej a nawet znienawidzonemu mężowi (przynajmniej do czasu, kiedy obydwoje jadą na przysłowiowym jednym wózku).

"Królowe rywalki" to oczywiście praca popularnonaukowa, jednak napisana w bardzo przystępny sposób. Autorka stroni od przesadnie naukowego języka, stara się aby swoje bohaterki przedstawić jako żywe, pełnokrwiste kobiety a nie papierowe postacie znane z kart szkolnych podręczników. Na kartach książki odnajdzie czytelnik plastyczny obraz francuskiego dworu, spotka najważniejsze postacie europejskiej polityki tamtego okresu, dowie się jak wyglądało życie codzienne członków rodziny królewskiej. Sporo miejsca poświęciła autorka kwestiom religijnym: nie tylko Nocy św. Bartłomieja, ale również przyczynom i skutkom tego wydarzenia, które położyło się głębokim cieniem na rodzie Walezjuszy i na całej francuskiej historii.
I pomyśleć, że gdyby Katarzyna Medycejska nie zmusiła Margot do ślubu z Henrykiem z Nawarry, hugenoci nie mieli by powodu do tłumnego przyjazdu do Paryża, gdzie czekała na nich śmierć z rąk katolików...