poniedziałek, 6 listopada 2017

Nie tylko Krystyna Skarbek, czyli polskie "Igły"

Krystyna Skarbek - Giżycka na Zachodzie znana również jako Christine Granville, nazywana często ulubioną agentką Churchilla to jedna z tych postaci naszej historii, które, pomimo swoich niezaprzeczalnych zasług, odeszły w zapomnienie i dzisiaj o ich istnieniu pamiętają jedynie najzagorzalsi pasjonaci drugiej wojny światowej. A szkoda, bo według wielu znawców tematu była jedną z najlepszych (bądź wręcz najlepszą) tajną agentką działającą w czasie wojny.

Krystyna Skarbek nie doczekała się żadnej biografii w języku polskim ale Maria Nurowska w pewien sposób wypełniła tę lukę książką "Miłośnica". Jest to fabularyzowana biografia, oparta na wspomnieniach Włodzimierza Ledóchowskiego oraz na nietłumaczonej na język polski angielskiej biografii "Christine" autorstwa Madeleine Masson, jak również na wspomnieniach ojca autorki, który znał przed wojną hrabiego Jerzego Skarbka, ojca Krystyny.
Główna bohaterka książki to Ewa, polska dziennikarka, która chce napisać książkę o Krystynie i w poszukiwaniu materiałów wyjeżdża do Londynu gdzie pomocą służy jej mieszkający tam Arek - ta dwójka to jedyni fikcyjni bohaterowie opowieści, pozostali to bez wyjątku osoby, które istniały i w różnych okolicznościach stanęły na drodze Krystyny.
Ewa odkrywa kolejne rewelacje na temat bohaterki swojej książki, spotyka się z jej znajomymi, poznaje prywatne i służbowe losy Krystyny, ma wrażenie, że mentalnie się z nią zaprzyjaźnia. Nie zawsze rozumie i akceptuje jej wybory, ale co do jednego ma niezachwianą pewność - Krystyna Skarbek to niezwykła osoba.

"Miłośnica" to dobra książka, pomimo oczywistych wątków fabularnych ma znamiona ciekawej i w miarę wnikliwej biografii (piszę "w miarę" bo mimo wszystko Maria Nurowska historykiem nie jest), moja wiedza o ulubionej agentce Churchilla pogłębiła się i za to jestem autorce wdzięczna.
Nie zmienia to jednak faktu, że Krystyna Skarbek zasłużyła sobie na profesjonalne zbadanie i opisanie swojego życia i poniesionych dla wyższego dobra zasług. I na taką profesjonalną jej biografię czekam.

************************************************************

Przy okazji lektury "Miłośnicy" trafiłam w naszej bibliotece na jeszcze jedną książkę w której postaci Krystyny Skarbek poświęcone jest sporo miejsca. Jest to praca Marka Łuszczyny pt. "Igły. Polskie agentki, które zmieniły historię". 

Autor w swojej książce przedstawił dziesięć Polek, które w czasie drugiej wojny światowej pełniły służbę wywiadowczą po obydwu stronach konfliktu. Albowiem obok świetlanych postaci, które tak jak wspominana już Krystyna Skarbek, Halina Szwarc czy Elżbieta Zawacka z poświęceniem walczyły z okupantem wśród bohaterek książki znalazła Malwina Gerlet, oskarżona przez Brytyjczyków o szpiegostwo na rzecz Niemiec.

Bohaterki książki pochodzą z różnych środowisk, niektóre nawet nie są Polkami z pochodzenia, ale w pewnym momencie swojego życia Polska (bądź jakiś konkretny Polak) stała się dla nich najważniejsza. Różni je właściwie wszystko: pochodzenie, wiek, majątek, wykształcenie ale jedno łączy - odwaga i determinacja potrzebna do wykonania zadania.

Książka napisana jest bardzo ciekawie, autor ma zacięcie gawędziarskie i właściwie w każdym biogramie widać, że podchodzi do swoich bohaterek niezwykle emocjonalnie, chociaż trzyma się prawdy historycznej.

Serdecznie polecam lekturę  tej książki nie tylko pasjonatom II wojny światowej. I tak sobie myślę, że gdyby w szkole na lekcjach historii uczono o Krystynie i innych agentkach to lekcje tego znienawidzonego przez większość uczniów przedmiotu zyskałyby zdecydowanie.

czwartek, 2 listopada 2017

Emilia z krakowskiego antykwariatu

 Emilia to taka niedzisiejsza dziewczyna - uwielbia książki, nie interesuje się modą, poza Igą nie ma żadnych przyjaciół, nie bywa w modnych lokalach i marzy o wielkiej romantycznej miłości. Pracuje w niewielkim antykwariacie na krakowskiej starówce, mieszka z mamą z którą zupełnie nie może znaleźć wspólnego języka a od czasu do czasu wyjeżdża do ojca i jego drugiej żony mieszkających w niewielkiej nadmorskiej miejscowości. 

Emilia jest bohaterką najnowszej powieści Doroty Gąsiorowskiej noszącej tytuł "Antykwariat spełnionych marzeń". Książka opowiada o trzech miesiącach z życia młodej kobiety - miesiącach, które do góry nogami wywróciły jej poukładane i nudne bytowanie, które odsłoniły wiele spraw skrytych w mroku i zapomnieniu i które wreszcie dały nadzieję na spełnienie najskrytszych pragnień.

Po tym opisie wydawać by się mogło, że książka jest wręcz wymarzoną lekturą na długi jesienny czy zimowy wieczór, tym bardziej, że z twórczością pani Doroty zdarzyło mi się już spotkać przy okazji "Primabaleriny" i tamtą książką byłam oczarowana.
Zaczęłam czytać no i niestety trochę się zawiodłam...

Najpierw może to co mnie w tej powieści ujęło, a mianowicie niezwykle plastyczny obraz mojego ukochanego Krakowa. Autorka ma talent do tworzenia opisów, które nie zanudzają czytelnika. Krakowski rynek, staromiejskie uliczki, wreszcie niewielki antykwariat pana Franciszka opisane są tak urokliwie, że człowiek ma ochotę natychmiast wsiąść w samochód i jechać w opisywane miejsca - nawet mając świadomość, że to najważniejsze, czyli sklep w którym pracuje Emilia, tak naprawdę nie istnieje...
Bardzo poruszył mnie również wpleciony w historie wątek wojennej przyjaźni dwóch małych dziewczynek - Polki i Żydówki: wzruszający ale bez patosu, najlepszy fragment tej książki.
To byłoby tyle dobrego. Co więc na minus?

Przede wszystkim relacje między bohaterami - tu będzie trochę spojlerów, więc czytacie to na własną odpowiedzialność ;)
Iga, niby najlepsza przyjaciółka głównej bohaterki a robi jej okropne świństwo albowiem wysyła powieść Emilii na konkurs podpisując ją SWOIM nazwiskiem - plagiat, kradzież czy jak to nazwać...; grafik Mikołaj spotyka ze dwa razy Emilię (i to w przelocie) i dochodzi do wniosku, ze to najlepsza osoba jaką zdarzyło mu się poznać - jasnowidz czy co?; pan Franciszek nachalnie swatający Emilkę z Mikołajem pomimo, że jak twierdzi szanuje jej prywatność a autorka przedstawia go jako człowieka taktownego i niezwykle kulturalnego; pisarz Szymon który pojawia się i znika jak meteor a Emilia nic o nim nie wiedząc obdarza go gorącym uczuciem i łyka jego co najmniej naciągane tłumaczenia jak gęś gotowanego kartofla - a ponoć taka rozsądna i staromodna...

Sami bohaterowie też nie do końca mnie przekonują - większość jest po prostu papierowa i przewidywalna. Najlepiej prezentują się tu dwie bohaterki będące w zamyśle autorki czarnymi charakterami wspomniana już oszukańcza przyjaciółka Iga oraz toksyczna mamuśka imieniem Lili - one przynajmniej mają w sobie jakieś życie, cele i pragnienia do realizacji których dążą.

I jeszcze coś co mnie akurat w powieściach bardzo drażni - zupełny brak indywidualizacji języka. Wszyscy (no może za wyjątkiem Lili) przemawiają z namaszczeniem, okrągłymi, nieskazitelnymi pod względem gramatyki, zdaniami - to co u przedwojennego pokolenia jest całkiem normalne to w ustach współczesnych młodych ludzi razi. Przez lata zmieniło się chociażby słownictwo, którego używamy. I nie chodzi mi tu bynajmniej o gwarę czy slang młodzieżowy - najzwyczajniej pod słońcem język ewoluuje i ja mówię inaczej niż moja babcia czy moi młodsi o 20 lat siostrzeńcy...

Tak więc nie mogę tej książki polecić z czystym sumieniem, bo mnie nie przekonała. Chociaż z drugiej strony muszę przyznać, że ma masę pozytywnych opinii, a mojej mamie i teściowej bardzo się podobała. Tak więc może nie jestem odpowiednim czytelnikiem dla tej akurat lektury?
Najlepiej przekonajcie się sami

środa, 1 listopada 2017

Światełko dla tych co odeszli...



W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy odeszli:

07.11.2016  Leonard Kohen

15.03.2017 Wojciech Młynarski

17.03.2017 Derek Walcott

21.03.2017 Colin Dexter

24.04.2017 Robert Pirsig

29.04.2017 Wiktor Osiatyński

27.06.2017 Michael Bond

14.07.2017 Julia Hartwig

02.08.2017 Wanda Chotomska

10.08.2017 Halina Popławska

19.08.2017 Brian Aldiss

19.08.2017 Janusz Głowacki

26.08.2017 Grzegorz Miecugow

27.08.2017 Maria Szypowska

niedziela, 29 października 2017

O Targach w Krakowie słów kilka i zdjęć też kilka

W Krakowie właśnie zakończyły się kolejne Targi Książki.
Podobnie jak w ubiegłym roku byłam na nich z moimi gimnazjalnymi dzieciakami. Na szczęście są już na tyle duże, że mogłam ich puścić samopas (chociaż co jakiś czas spotykaliśmy się i dzielili wrażeniami) i coś samej też zobaczyć. 

Kto raz był na Targach ten wie jak to jest - duszno, ciasno i gorąco, tłumy ludzi, wąziutkie alejki i inne tego typu przyjemności. Ale pomimo tych wszystkich niedogodności co roku wracam bo to przecież Targi - niesamowita atmosfera, tysiące książek, które tylko czekają żeby je wziąć do ręki i czytać, czytać, czytać...
I tylko jedna rzecz nurtuje mnie już od trzech lat - jakim trzeba być mózgowcem, żeby budynek w którym odbywa się taka impreza zlokalizować na takim zadupiu, bez dojazdu (bo tę uliczkę to trudno nazwać dojazdem) i z parkingiem mniejszym niż pod byle marketem. Aż strach pomyśleć co by się działo gdyby wybuchł pożar czy jakiś inny wypadek się przydarzył. 

Po raz drugi towarzyszył mi mój syn - głównie ze względu na Ewę Wachowicz, która jest jego ulubioną telewizyjną kucharką. Ale ogólnie młody załapał w ubiegłym roku bakcyla więc nawet gdyby pani Ewy nie było to i tak na Kraków by pojechał.

Wyjazd z młodzieżą ma jeden niezaprzeczalny plus - jechaliśmy autokarem, więc dojechaliśmy pod samą halę. Chwilę poczekaliśmy, a wiatrzysko było ogromne, i weszliśmy do budynku. I tu pierwsza niespodzianka - ochrona sprawdziła nasze bagaże, pani wpuszczająca nas do budynku pokrzyczała (do nas, nie na nas) a moje dzieciaki tak skołowało, że jak karnie stały w parach do kontroli tak później równie karnie i w parach podeszły do szatni a następnie bez szmeru (i dalej w parach...) ruszyły w kierunku hali Wisła. Chyba trzeba coś takiego w szkole wprowadzić...

Same wędrówki po sali to wiadomo jak wyglądają, ale na szczęście byliśmy z Piotrkiem świetnie przygotowani - spisane w domu godziny dyżurów autorskich i numerów stoisk ułatwiły nawigację między stoiskami. Jak było widać na zdjęciach:

Gimnazjaliści spokojnie jak baranki stoją parami w kolejce do szatni ;)

"Groch z kapustą" kupiliśmy w czerwcu aż w Pelplinie i wlekliśmy tę cegłę przez pół
Polski do domu. Ale się opłaciło - pani Elżbieta była szczerze zdziwiona, że to mamy,
bo książka aktualnie właściwie nie do zdobycia.

Nie dotykać Zenka!

Renata Piątkowska podpisuje swoją książkę. Będzie prezentem dla mojej siostrzenicy.

Książka Wiesława Drabika również powędruje do Uli.

Państwa Kuźmińskich udało mi się zaskoczyć egzemplarzem jednej  z ich najstarszych
książek czyli "Klątwy Konstantyna"

Po sali krążyły rozmaite maskotki.

Przypadkowe spotkanie zaowocowało nabyciem książki i autografem Davida Gaboriauda

Zdjęcie z Gandalfem to targowa tradycja

Moje chłopaki (syn i siostrzeniec) zaskoczyli pana ze stoiska znajomością historii misia Wojtka


Taki kapelusz ponoć pomaga podróżować w czasie

I wydało się - Thor tak naprawdę jest dziewczyną...

To spotkanie było już od dawna marzeniem Piotrka

Jeden z ulubionych bohaterów dzieciństwa

A to już Ulka z przywiezioną z Targów książeczką

czwartek, 19 października 2017

Dwie propozycje dla młodych czytelników

Nie wiem czy wszystkim czy tylko mnie czas przecieka przez palce w coraz szybszym tempie - dopiero była sobota, już jest czwartek i ani się człowiek nie obejrzy skończy się październik. Przeczytane książki ustawiają się w coraz wyższy stos a ja nie mogę złapać wolnej chwili, żeby coś o nich napisać. Ostatnie posty to najczęściej notatki o kilku książkach - tak będzie i tym razem. 
Oto kilka zdań na temat dwóch książek dla najmłodszych czytelników - obydwie firmuje "Nasza Księgarnia" czyli sprawdzony wydawca literatury dziecięcej.

Po raz czwarty miałam przyjemność wędrować w czasie z bohaterami serii "Ale historia...". Tym razem sympatyczne dzieciaki z klasy pana Cebuli (o ich poprzednich przygodach pisałam TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ) przenoszą się do XVI wieku, a konkretnie w drugą jego połowę, kiedy na polskim tronie zasiada król Zygmunt August. Jest to już okres po śmierci ukochanej żony króla Barbary Radziwiłłówny i jednym z bohaterów książki jest sam mistrz Twardowski, który przybywa do Krakowa aby wywołać dla króla ducha małżonki, jednak tym co najważniejsze jest odpowiedź - kto tak naprawdę rządził ówczesną Polską.?

Przewodniczką po zygmuntowskich czasach jest tym razem Jolka. Dziewczynka ma nietypowe zainteresowania jak na czasy w których żyje - w dobie powszechnej komputeryzacji uwielbia czytać książki. Nic więc dziwnego, że swoje pierwsze kroki w XVI wieku kieruje do drukarni, które w tamtym okresie pojawiły się na ziemiach polskich. Jola i jej przyjaciele szybko dowiadują się, że ówczesna Polska to kraj tolerancyjny, że wspaniale rozwija się kultura i nauka. Jednak to tylko jedna strona medalu. W tym samym czasie dochodzi do bardzo niekorzystnych zmian społecznych - chłopi ubożeją i z ludzi wolnych stają się własnością swoich panów, mieszczaństwo traci większość swoich praw a szlachta ma coraz więcej władzy w swoich rękach. Spada też waga władzy królewskiej a Polska staje się coraz słabsza.

"Zygmuncie, i kto tu rządzi?" nieco się różni od swoich poprzedniczek - jest tu co prawda sporo humoru, jednak dzieci stykają się z niesprawiedliwością i okrucieństwem. Co prawda wszystko dobrze się kończy, ale ta wyprawa nie jest już tak radosna i beztroska jak poprzednie...

Podobnie jak we wszystkich poprzednich częściach, tak i tu tekst Grażyny Bąkiewicz przeplata się z genialnymi ilustracjami Artura Nowickiego. Wszystkie zachwyty wyrażane przy poprzednich książkach pozostają w mocy.

Ta książka to świetna lektura dla młodych adeptów historii - jeśli po jej lekturze nie zapałają uczuciem do naszych dziejów, to już raczej nie ma dla nich nadziei.

**********************************************

Gdzie lepiej mieszkać? Na wsi czy w mieście? Jako wieśniaczka z dziada pradziada optuję oczywiście za wiejskimi klimatami, a jednym z najważniejszych argumentów na poparcie mojego stanowiska jest fakt, że na wsi mamy większe szanse na obserwacje przyrody. Kiedy rankiem wyglądam przez okno mam możliwość oglądać żerujące sarenki, przemykające wśród traw zające i lisy (moi sąsiedzi posiadający kury jakoś nie cieszą się z tego faktu...) oraz niezliczoną ilość ptaków. Większość z nich rozpoznaję, chociaż nie ukrywam, że jest kilka, którym ni w ząb nie jestem w stanie przyporządkować nazw gatunkowych.

"Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków" to przepięknie ilustrowana książeczka dla młodych wielbicieli naszego rodzimego ptactwa. Młodzi ornitolodzy dowiedzą się z niej jak wyglądają najpopularniejsze ogrodowe ptaki, m.in. sroka, dudek, pokrzewka, wilga czy szczygieł. Dowiedzą się również co nieco o ich zwyczajach oraz upodobaniach kulinarnych. W książce znajdują się zdjęcia omawianych ptaszków, ale również ich pisklaków czy charakterystycznych piór.
Jednak tym co najbardziej przyciąga uwagę są niezwykle staranne portrety skrzydlatych bohaterów wykonane ze skrawków kolorowych tkanin. Cieszą oko ale mogą również stanowić inspirację do własnej twórczości młodych czytelników.

Książka ma grube kartki i jest starannie wykończona, może więc stanowić świetną lekturę dla najmłodszych. Jednak moim zdaniem najwięcej wyniosą z niej dzieci 7-10 letnie. I nieważne czy mieszkają na wsi czy w mieście. Bo przecież w parku czy na osiedlowym skwerku również można spotkać srokę czy szpaka, a sikorki równie chętnie stołują się w karmnikach zawieszonych na miejskim balkonie jak i na wiejskim podwórku. 

wtorek, 3 października 2017

Przeczytane we wrześniu

Wrzesień to dla nauczycieli szczególnie trudny czas - początek nowego roku szkolnego generuje tony papierologii (szczególnie teraz, kiedy wdraża się kolejna reforma oświaty...), ogarnięcie starej klasy lub poznanie (jak w moim wypadku) nowej, niekończące się rady, konferencje, komisje. Czas na czytanie znajduje człowiek tylko nocą...
Dzisiaj parę słów o trzech książkach przeczytanych we wrześniowe noce.

Dwa miesiące temu, 2 sierpnia 2017r., zmarła Wanda Chotomska - najpopularniejsza polska autorka pisząca dla dzieci. Nie ma chyba wśród nas kogoś, kto nie znałby przynajmniej kilku jej utworów, bowiem wiersze i proza pani Wandy na stałe zagościły w podręcznikach szkolnych, a ilość publikacji, które ukazywały się od końca lat 50. może budzić podziw.
"Nie mam nic do ukrycia" to wywiad rzeka, który z panią Wandą przeprowadziła w 2007 roku inna pisarka, Barbara Gawryluk.

Książka ma układ chronologiczny - poznajemy naznaczone wojną dzieciństwo i ciężką powojenną młodość, pierwsze dziennikarskie kroki w redakcji "Świata Młodych" oraz początek kariery literackiej. Pisarka wspomina osoby z którymi spotkała się na swojej życiowej i zawodowej drodze - te z pierwszych stron gazet, ale również zwykłych ludzi, rzesze czytelników, tak małoletnich jak i dorosłych. Bo to czytelnicy jej wierszy oraz odbiorcy sztuk telewizyjnych i radiowych słuchowisk byli dla pisarki najważniejsi - to dla nich tworzyła nowe teksty, z nimi spotykała się objeżdżając całą Polskę, dla nich wymyślała osobiste wpisy do książek, kiedy przychodzili z prośbą o autograf.

Nie dane mi było osobiście poznać pani Wandy, chociaż kilka lat temu gościła w naszej gminnej bibliotece. Jednak relacje moich koleżanek uczestniczących w tym spotkaniu są wyjątkowo zgodne - przemiła, ciepła, energiczna osoba. I taka jest też Wanda Chotomska, która mówi do nas z kart tej książki.
Warto przeczytać.

**********************************************************

Pamiętacie Kalinę Radecką? Jej poprzednie przygody opisane są w tomach "I że ci nie odpuszczę" oraz "Kocha, lubi, szpieguje", których autorką jest Joanna Szarańska. Natomiast całkiem niedawno ukazał się trzeci tom przygód tej bohaterki noszący tytuł "Nic dwa razy się nie zdarzy".

Kalina właśnie po raz kolejny przygotowuje się do ślubu. Jednak te przygotowania stanowią zupełną odwrotność tego co działo się kilkanaście miesięcy wcześniej - skromna sukienka, niewielkie przyjęcie dla najbliższych osób, rezygnacja z wieczoru panieńskiego i, co najważniejsze, zupełnie inny pan młody. I kiedy wydaje się, że zły los został odczarowany na Kalinę spada grom z jasnego nieba - po raz drugi jej wymarzony ślub nie dochodzi do skutku... O ile poprzedni narzeczony dopiero w czasie uroczystości okazał się zdrajcą i łobuzem, o tyle ukochany Marek zdecydowanie odniósł poprzeczkę - wcale nie dotarł do kościoła, co więcej przepadł jak kamień w wodę. Zdesperowana Kalina rozpoczyna poszukiwania i nawet znajduje delikwenta w leżącej na obrzeżach miasta willi, jednak on udaje, że jej zupełnie nie zna... Amnezja? Choroba psychiczna? Jeszcze coś innego?

Kalina to taka osoba z którą nie sposób się nudzić. Jej kreatywność nie ma granic, a zwariowane pomysły mogą wbić w kompleksy nawet najbardziej szalonego scenarzystę filmowego. Dom do którego trafia to posiadłość pewnego gangstera o wdzięcznej ksywie "Bazylia" - Kalinka nie ma zupełnie instynktu samozachowawczego, działa impulsywnie i przez cały czas zastanawiałam się ile ten facet jest jeszcze w stanie wytrzymać? Fakt, książka to lekka humorystyczna historyjka z wątkiem kryminalnym, ale główna bohaterka momentami przegina...

Podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich tomów serii "Kalina w malinach" tak i ten stanowi doskonałą lekturę na poprawę humoru i odpoczynek po ciężkim pracowitym dniu.

***********************************************************

Gosława Brzózka, uczennica wiejskiej zielarki, którą poznałam w książce Katarzyny Bereniki Miszczuk "Szeptucha"powraca w kolejnym tomie pt. "Noc Kupały".

Młoda adeptka medycyny naturalnej podejmuje bardzo ryzykowną grę - składa bogom obietnicę, której nie zamierza spełnić. Zarówno Świętowit jak i Weles nie dowierzają jednak Gosi i posyłają w jej kierunku mniej lub bardziej zawoalowane groźby oraz swoich demonicznych wysłanników, którzy mają pilnować aby dziewczyna dotrzymała danego słowa. Jakby tego było mało pojawia się jeszcze jedna boska osoba - Mokosz, Matka - Ziemia, która również wie o przeznaczeniu dziewczyny i chce z niego zrobić użytek.
Ale te wszystkie boskie intrygi bledną wobec tego, co przygotowuje dla Gosi Ote, przedwieczna towarzyszka życia Mieszka. Mężczyzna sądzi, że Ote od wielu wieków nie żyje, jednak prawda jest zupełnie inna.
Życiu Gosi zagraża niebezpieczeństwo, tym większe, że tak naprawdę nie wie kto stoi po jej stronie i komu można zaufać.

Katarzyna Berenika Miszczuk prezentuje w "Nocy Kupały kolejną porcję wierzeń, legend i obrzędowości słowiańskiej. Kolejne demony zrzucają ludzką powłokę i Gosia (a my razem z nią) zagłębiamy się w świat naszej rodzimej mitologii.
I uważam, że to właśnie stanowi jedną z ważniejszych wartości tej książki. Już od dziecka poznajemy mitologię grecką i rzymską - zresztą bardzo słusznie, bowiem stanowią one podstawę naszej europejskiej kultury. Ale równocześnie wiemy niewiele lub zgoła nic o naszej rodzimej słowiańskiej religii i tradycji. Dobrze więc byłoby się z nią zapoznać, chociażby czytając tę książkę jak również pozostałe tomy cyklu "Kwiat paproci".
Dobra zabawa gwarantowana, a to że przy okazji się czegoś nowego dowiemy to tylko dodatkowy bonus.

środa, 27 września 2017

To były piękne dni...

Alpaga, saturator, relaxy - współczesna młodzież najprawdopodobniej miałaby ogromny problem z wyjaśnieniem znaczenia tych słów. Nic dziwnego, gdyż z rzeczonych dóbr doczesnych korzystali młodzi ludzie z poprzedniej epoki, czyli ja i moi rówieśnicy...
Nie powiem nic nowego twierdząc, że każdy z nas ze szczególnym sentymentem wspomina swoją młodość, nawet jeśli przyszło ją przeżywać w trudnych czasach - ani ciężkie lata powojenne będące tłem dorastania moich rodziców ani stan wojenny i problemy lat 80. w których mnie przyszło wchodzić w dorosłość nie odebrały nam optymizmu i radości życia tak charakterystycznych dla młodych ludzi.

PRL - ponad 40 lat naszej historii to dla zdecydowanej większości współczesnych Polaków okres w którym przeżyli dzieciństwo, młodość lub wchodzili w dorosłe życie. I o nich i o czasach w których przyszło im żyć traktuje książka "Ta nasza młodość..." Kazimierza Kunickiego i Tomasza Ławeckiego.

Publikacja, którą firmuje wydawnictwo Bellona to zbiór 21 esejów na temat różnych aspektów życia w PRL-u. Autorzy podjęli się tu dosyć karkołomnego zadania - te 40 lat to tak naprawdę cztery różne pokolenia wchodzące w dorosłość w różnych warunkach - powojennej biedy lat 50., siermiężnych lat 60., małej stabilizacji gierkowskich lat 70. i wreszcie ocienionych stanem wojennym lat 80.. Na szczęście panowie Kunicki  i Ławecki wyszli z tego obronną ręką - każdy esej przedstawia jeden temat w ujęciu chronologicznym. Czytelnik nie tylko poznaje fakty, ale również od razu ma porównanie jak problem wyglądał w poszczególnej dekadzie. Z poszczególnych rozdziałów można się więc dowiedzieć o modzie, rozrywkach, spędzaniu czasu wolnego, problemach mieszkaniowych, pracach społecznych, podwójnych ślubach ( w sensie cywilny i kościelny) czy powszechnym uprawianiu sportu.
Osoby znające PRL z autopsji będą mogły z łezką w oku powspominać nieśmiertelne słomianki z przypiętymi wycinkami z kolorowej prasy zdobiące ściany młodzieżowych pokoi, gumy Donald z komiksem czy ogólnonarodową fascynację Wyścigiem Pokoju, kiedy to w czasie transmisji wyludniały się miejskie ulice i wiejskie opłotki, a wszyscy zaciskali kciuki za Stanisława Królaka czy Ryszarda Szurkowskiego.

Autorzy starają się w swojej publikacji przedstawić zwyczajne życie przeciętnego młodego Kowalskiego, dlatego też nie ma tu jakiejś wielkiej polityki czy rozrachunku z historią. Owszem wspomniane jest o biurokracji, korupcji, powszechnym "załatwianiu" rozmaitych dóbr czy problemach aprowizacyjnych (szczególnie w miastach) ale to była ta codzienność, która dotykała wszystkich Polaków. Autorzy starali się zachować obiektywizm w opisywaniu tamtej rzeczywistości i moim skromnym zdaniem całkiem nieźle im się to udało.

Jeśli miałabym się doszukiwać w tej książce jakichś wad to widzę jedną, ale dla mnie dosyć ważną - brak jakiegokolwiek materiału fotograficznego. Wydaje mi się, że chociażby kilkanaście zdjęć ilustrujących opisywane zjawiska wzbogaciłoby tę publikację, a osobom młodym niepamiętającym tamtego okresu dałoby wgląd w czasy w których żyli ich rodzice lub dziadkowie.

niedziela, 3 września 2017

Lektury na koniec wakacji

Nawet najdłuższe wakacje (w tym roku dzieciaki miały aż 10 tygodni wolnego...) kiedyś się muszą skończyć. Już jutro szkoła ale dzisiaj jeszcze garść lektur z ostatniego tygodnia kanikuły.

Nie wiem jak to jest u małych chłopców, ale pewna jestem, że każda dziewczynka miała w swoim życiu okres fascynacji jakąś gwiazdą szklanego ekranu. Nie inaczej było i ze mną, chociaż mój ideał odbiegał nieco od gustów moich koleżanek, które niemal jak jeden mąż kochały się w Januszu Gajosie, a właściwie to w jego filmowym wcieleniu, czyli Janku Kosie z "Czterech pancernych". Owszem Janek był w porządku (Janusza Gajosa bardzo lubię do dnia dzisiejszego) ale dla mnie takim, jakby to współczesne dziewczyny powiedziały, "mega ciachem" był bohater innego serialu - pułkownik Krzysztof Dowgird czyli Leonard Pietraszak. Serial to oczywiście "Czarne chmury", obejrzałam go po raz pierwszy w wieku sześciu lat, wtedy też zakochałam się na zabój w rzeczonym oficerze i do dzisiaj mi to uczucie nie przeszło.
Trudno się więc dziwić, że z wielkim ukontentowaniem przyjęłam na swoją półkę książkę "Ucho od śledzia", będącą zapisem rozmów jakie z panem Leonardem toczyła dziennikarka Katarzyna Madey.

"Ucho od śledzia" to opowieść o życiu i drodze artystycznej jednego z najbardziej rozpoznawalnych polskich aktorów - od dzieciństwa w ogarniętej wojną Bydgoszczy, poprzez studia w łódzkiej "Filmówce", początki pracy w poznańskich teatrach aż do przeprowadzki do Warszawy i wieloletnich występów na deskach stołecznych teatrów. Bo chociaż rozpoznawalność zawdzięcza Leonard Pietraszak filmowi (wspomniane już "Czarne chmury", "Królowa Bona", "Czterdziestolatek" czy "Vabank", by wymienić te najbardziej znane tytuły) to jednak teatr jest jego wielką miłością i powołaniem. I o teatrze, kolegach aktorach, ulubionych reżyserach może rozmawiać bez końca.
A czym interesuje się poza pracą? Otóż jego hobby to malarstwo współczesne - udało mu się zgromadzić całkiem sporą kolekcję płócien polskich artystów a z wieloma z nich zna się osobiście.
Aktor uchyla też rąbka tajemnicy na temat swojego życia prywatnego, szczerze opowiada o swoim pierwszym nieudanym małżeństwie czy o trudnych relacjach z synem. Przyznaje też, że bywa wybuchowy - zwłaszcza jeśli idzie o pryncypia nie uznaje żadnych kompromisów.

Książkę czyta się wręcz jednym tchem, Leonard Pietraszak jest świetnym gawędziarzem, zna wiele ciekawych anegdot na temat artystycznego światka w którym się obraca i chętnie się nimi dzieli z czytelnikami, wysławia się pięknym językiem, cechuje go takt i wysoka kultura.

I tylko jedno mnie zastanawia - czy on faktycznie jest taki niemal idealny? Bo jeśli tak to moje uczucia do niego jeszcze zyskały na sile.

****************************************************

Nicholas Sparks to jeden z tych autorów, których w normalnych warunkach omijam szerokim łukiem, chociaż zdarzyło mi się przed laty coś ze trzy jego powieści poznać. Tym razem jednak nasz DKK pochylał się nad jego "Najdłuższą drogą", więc aby wziąć udział w dyskusji książkę musiałam przeczytać.

Sophia i Luke poznają się jesienią na imprezie zorganizowanej po rodeo. On jest kowbojem, który wygrał zawody, ona studentką ostatniego roku historii sztuki, którą do udziału w imprezie namówiła współlokatorka z akademika. Na pierwszy rzut oka wszystko ich dzieli - pochodzenie (on chłopak z farmy, ona dziewczyna z miasta), zainteresowania czy plany na przyszłość. Jednak od pierwszej rozmowy widać, że jest między nimi ta przysłowiowa chemia.
Ira Levinson to starszy, zniedołężniały, samotny człowiek. Dziewięć lat wcześniej zmarła jego ukochana żona Ruth a on ciągle nie może się z tym pogodzić. Pewnego lutowego dnia Ira wybiera się do niewielkiego miasta, z którym wiąże się pewne  jego szczególne wspomnienie. Niestety traci panowanie nad kierownicą i wypada z drogi. Unieruchomiony w rozbitym samochodzie, poważnie poraniony starzec nie jest w stanie sam się z niego wydostać - czekając na ratunek lub powolną śmierć snuje wspomnienia o swoim życiu i ogromnej miłości, którą darzył swoją żonę.
Los ma co tej trójki swoje plany...

No więc tak - przeczytałam bez większego bólu, chociaż mojego zdania o twórczości pana Sparksa nie zmieniłam. Nadal uważam, że jest bardzo sprawnym rzemieślnikiem, potrafi wymyślić dosyć ciekawą fabułę, bohaterowie też niczego sobie i tylko jak dla mnie za bardzo to wszystko bajkowe i słodkie - kiedy już się wydaje, że sytuacja jest bez wyjścia to wtedy wkracza na scenę JW Przypadek i wszystko się klaruje jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Dla wielbicielek autora i szczęśliwych zakończeń - jak najbardziej; dla szukających łatwej i przyjemnej lektury po ciężkim dniu również; dla innych - nie mam pojęcia. Najlepiej sprawdzić samodzielnie.

**************************************************

A co by było gdyby Mieszko I (ani również jego następcy) nie przyjął chrztu? Jakby wyglądała nasza współczesność w państwie pogańskim?
Jedna z możliwych alternatywnych rzeczywistości prezentuje Katarzyna Berenika Miszczuk w powieści "Szeptucha" będącej pierwszym tomem cyklu "Kwiat paproci".

Gosława zwana przez najbliższych Gosią kończy właśnie medycynę i wyjeżdża na wieś na roczną praktykę u znachorki czyli szeptuchy - w terenie jest to jedyna pomoc medyczna. Praktyka jest obowiązkowa i dopiero po je zaliczeniu dziewczyna może się starać o pracę w zawodzie. Sęk w tym, że Gosia to typowa "miastowa" - boi się wszelkiej żywizny poczynając od krowy a na mrówkach kończąc, nie uznaje medycyny ludowej a wszelkie schorzenia leczyłaby antybiotykami.
Na szczęście trafia do znachorki, która ma do niej ogromną cierpliwość, ze stoickim spokojem przyjmuje jej kolejne dziwactwa, a wreszcie przekonuje młodą lekarkę, że tradycyjna medycyna wcale nie musi być oszustwem i zabobonem.
Gosia poznaje wiejski świat, a nawet spotyka kogoś, kto wyzwala w niej szybsze bicie serca... 

"Szeptucha" to moje pierwsze spotkanie z pisarstwem Katarzyny Bereniki Miszczuk. Co jest trochę dziwne, bo takie akurat książki dosyć lubię. 
Powieść przeczytałam w dwa wieczory, a objętość ma dosyć pokaźną (414 stron). Jest tu sporo humoru, jest trochę romansu oraz całkiem pokaźna dawka słowiańskiej mitologii. Bowiem chociaż Gosia jest dziewczyną na wskroś nowoczesną, która nie wierzy w żadnych bogów, to ci ostatni nic sobie z tego nie robią i postanawiają ją naocznie przekonać o swoim istnieniu.

Książka świetnie napisana, wciąga od pierwszej kartki i nie wiadomo kiedy człowiek jest już po jej lekturze i od razu chciałby wiedzieć co będzie dalej. Na szczęście drugi tom pt. "Żerca" czeka na nocnej szafce... 




piątek, 25 sierpnia 2017

Lato z kryminałem

Upał nieziemski, żar leje się z nieba, wentylator nie wyrabia a najchłodniejsze miejsce w domu czyli piwnica zajęte przez węgiel na zimę... W takich warunkach trudno wziąć się za coś poważniejszego, bo mózg zwyczajnie nie przyswaja poznawanych treści. Co więc czytać?
Kryminały, proszę państwa, kryminały! Z tym, że też raczej sobie należy darować mroczną Skandynawię a postawić na nasze rodzime historie komediowo - kryminalne. Ze swej strony proponuję książki Olgi Rudnickiej, Joanny Szarańskiej oraz Maryli Szymiczkowej.

"Życie na wynos" to najnowsza powieść autorstwa Olgi Rudnickiej. Jej główną bohaterką jest znana z "Granat poproszę" powieściopisarka Emilia Przecinek. Emilia zdołała się już otrząsnąć z traumy jaką zafundował jej były małżonek, przyzwyczaiła się również do stałej obecności w swoim domu dwóch seniorek - matki oraz teściowej (ta szanowna dama twierdzi, że Emilia rozwiodła się z jej synem a nie z nią...) wydawać by się mogło, że wszystko się wyprostowało. Życie nie znosi jednak próżni i oto pewnego pięknego popołudnia Emilia schodząc do piwnicy po ogórki znajduje w niej męskie zwłoki.
Szybko okazuje się, że zwłoki w żaden sposób nie są związane z zamieszkiwanym przez panią pisarkę apartamentowcem - denat nie jest mieszkańcem kamienicy, a żaden z sąsiadów nie przyznaje się do znajomości z nim. Policja rozpoczyna żmudne śledztwo, ale matka i teściowa Emilii nie ufając organom ścigania postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce. Będzie się działo...
Jak to zwykle u Olgi Rudnickiej bywa akcja toczy się wartko, bohaterowie popadają w coraz to nowe tarapaty a policja, tylko dzięki niebywałej cierpliwości, znajduje rozwiązanie zagadki, którą domorośli detektywi gmatwają do granic możliwości. Pomimo, że główna bohaterką jest Emilia, to na pierwszy plan wysuwają się seniorki. Adela (mama) i Jadwiga (teściowa) wpadają na iście szatański pomysł - ponieważ niemal każdy z sąsiadów ma mniejsze lub większe grzeszki na sumieniu, należy ich skłócić: tu szepnąć słówko, tam rzucić jakąś dwuznaczną uwagę i kiedy wszyscy będą podejrzewać wszystkich morderca się znajdzie. Bo starsze panie co do jednego mają pewność - za śmierć tajemniczego mężczyzny odpowiada ktoś z mieszkańców domu.

"Życie na wynos" to idealna książka na lato - lekka, z poczuciem humoru i sympatycznymi bohaterami, bowiem nawet dwie wścibskie staruszki dają się lubić. A jeśli dodać do tego romansowe perypetie Emilii, która postanawia poznać nową miłość przy pomocy portalu randkowego - dobra zabawa gwarantowana.

*****************************************

Kalina Radecka to bohaterka cyklu "Kalina w malinach" autorstwa Joanny Szarańskiej. Po raz pierwszy spotkałam się z nią rok temu przy okazji lektury "I że ci nie odpuszczę".W ostatnich dniach przeczytałam tom drugi pt. "Kocha, lubi, szpieguje" a na półce czeka kolejna, już trzecia, odsłona cyklu.

Kalina przebolała już nieudany związek z niewiernym Patrykiem, tym bardziej, że w jej życiu pojawił się ktoś nowy. Marka poznała w czasie pierwszej wizyty w Kamionkach i wygląda na to, że jest to ten jedyny.
Pewnej soboty, kiedy Marek pracuje (prowadzi własne biuro detektywistyczne) Kalina wyjeżdża do Kamionek. Spontaniczny wyjazd kończy się katastrofą - w dworku zostaje popełnione morderstwo a dziewczyna jest jedną z podejrzanych. Sytuacji nie poprawia przyjazd Marka - z jakiegoś powodu osobisty detektyw Kaliny staje po stronie jej przeciwników...

Podobnie jak część pierwsza, tak i ten tom obfituje w zabawne sytuacje, Kalina beztrosko pakuje się w kolejne tarapaty wychodząc ze słusznego skądinąd założenia, że jako osoba całkowicie niewinna nie ma się czego obawiać.
Siłą książek Joanny Szarańskiej są doskonale zarysowane postacie drugoplanowe - miejscowy policjant marzący o sławie, pracujące w SPA Kasia zwana Szparką oraz kucharka Nadzieja, wreszcie mama Kaliny to postacie dodające wyjątkowego kolorytu tej powieści.
Dodam jeszcze, że w powieści pojawia się ktoś, kto ma ogromne szanse wejść na stałe do domu Kaliny i Marka - ktoś, komu życie i ludzie (a właściwie jeden człowiek) dało w kość i teraz rysuje się przed nim całkiem ciekawa przyszłość...

Mam nadzieję, że zachęciłam Was do sięgnięcia po tę książkę - zdecydowanie warto. Tym bardziej, że w kolejce czeka trzecia część przygód Kaliny.

*********************************************

Maryla Szymiczkowa to pseudonim literacki za którym kryje się dwójka autorów - Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński, natomiast "Rozdarta zasłona" to kolejny tom, którego główną bohaterką jest krakowska matrona Zofia Szczupaczyńska. Opinię o pierwszym tomie "Tajemnica domu Helclów" znajdziecie TUTAJ.

Od wypadków opisanych w poprzednim tomie minęło kilkanaście miesięcy, pani profesorowa Szczupaczyńska wróciła do codziennej rutyny ale w głębi duszy marzy jej się kolejna zagadka kryminalna, którą mogłaby rozwiązać.
Przewrotny los spełnił jej marzenie...

Pewnej wiosennej nocy na wiślanym brzegu w krakowskich Dębnikach zostaje znalezione ciało młodej dziewczyny. Policja ustala, że denatka to Karolina Szulcówna - służąca państwa Szczupaczyńskich. Kierujący sprawą komisarz Stanisław Jednoróg dosyć szybko znalazł sprawcę morderstwa, który to sprawca zginął w policyjnym pościgu jeszcze zanim został przesłuchany na okoliczność popełnionego przestępstwa. Śledztwo zostaje zamknięte, jednak pani profesorowa nie jest usatysfakcjonowana jego wynikiem - zbyt wiele w nim niejasności i nieudowodnionych poszlak. Postanawia sama jeszcze raz zbadać okoliczności śmierci Karolci - nie zdaje sobie sprawy, że śledztwo zaprowadzi ją w miejsca w których w innych okolicznościach nigdy by się nie znalazła. Ba, sprawa zahacza o takie rejony krakowskiego światka o których szacowna matrona (a taką oczywiście jest pani profesorowa) w ogóle nie powinna mieć bladego pojęcia...

Podobnie jak w tomie poprzednim tak i tutaj autorzy serwują nam obrazki z życia codziennego Krakowa anno domini 1895 oraz z życia domowego w kamienicy Pod Pawiem. Na kartach powieści obok fikcyjnych bohaterów pojawiają się słynni krakowianie - Tadeusz Żeleński (wówczas student medycyny), młody socjalista Ignacy Daszyński, profesor Odo Bujwid i jego żona działaczka społeczna i jedna z pierwszych polskich feministek Kazimiera Bujwidowa czy wreszcie doktor Stanisław Teodor Kurkiewicz prekursor polskiej seksuologii.

Książkę cechuje piękny  język, inteligentny dowcip, odrobina ironii oraz duża dbałość o szczegóły. Dla miłośników Krakowa oraz literatury w stylu retro jest to pozycja wręcz obowiązkowa. Pewien niedosyt mogą odczuć jednak osoby nastawione na typowy kryminał - jest tu co prawda zbrodnia, jest policyjne śledztwo oraz domorosła pani detektyw, jednak zabójstwo Karolci stanowi chwilami zaledwie tło dla problemów krakowskiego półświatka w który to zmuszona jest wejść pani profesorowa Szczupaczyńska.


niedziela, 13 sierpnia 2017

Królewna i jej niania w odmętach wielkiej polityki

Bycie królewską córką nie zawsze gwarantuje szczęśliwe i spokojne dzieciństwo. Na własnej skórze przekonała się o tym Katarzyna de Valois - bohaterka książki Joanny Hickson pt. "Oblubienica z Azincourt.

Katarzyna przyszła na świat 27 października 1401 jako dziesiąte z kolei dziecko francuskiego króla Karola VI Szalonego i jego żony Izabeli Bawarskiej. Jej dzieciństwo nie należało do najszczęśliwszych - ojciec był już człowiekiem bardzo chorym, natomiast matka, zajęta rządami w jego imieniu oraz snuciem intryg nie miała czasu dla swojego potomstwa. Sytuacja Katarzyny (jak i jej rodzeństwa) pogorszyła się jeszcze bardziej w czasie walki o wpływy pomiędzy diukiem Burgundii Janem bez Trwogi a bratem króla Ludwikiem Orleańskim. Królewskie dzieci były dla obu stron niezwykle cenną zdobyczą, bowiem dzięki małżeństwu z nimi można było wejść do rodziny królewskiej - tak zresztą zrobił Jan bez Trwogi, żeniąc swojego syna z królewną Michaliną, natomiast królewiczów Jana i Ludwika związał odpowiednio ze swoją córką i siostrzenicą.
Katarzynie była jednak pisana inna przyszłość - 25 października 2015 roku, dwa dni przed jej czternastymi urodzinami miała miejsce jedna z najkrwawszych bitew średniowiecza - starcie wojsk francuskich i angielskich pod Azincourt. Francuzi ponieśli tam druzgocącą klęskę, natomiast najmłodsza (i jedyna niezamężna) królewska córka stała się ważną kartą przetargową w negocjacjach pokojowych, wtedy bowiem pojawił się projekt zeswatania Katarzyny z angielskim władcą Henrykiem V Lancasterem. Na ślub trzeba było jednak poczekać jeszcze pięć lat, bowiem sytuacja polityczna zmieniała się jak w kalejdoskopie, a wraz z nią losy królewskiego mariażu. Dopiero 2 czerwca 1420 roku Katarzyna i Henryk zostali małżeństwem.

Akcja powieści obejmuje życie Katarzyny od chwili narodzin aż do lutego 1421 roku, kiedy to opuszcza Francję i udaje się do swojej nowej ojczyzny.
Narratorką a zarazem drugą równoprawną bohaterką książki jest Guillaumette Lanier - początkowo mamka, później niańka a wreszcie dama dworu Katarzyny, która spisuje swoje wspomnienia po śmierci ukochanej władczyni. 

Mette trafia do królewskiego pałacu w wieku 15 lat i z niewielkimi przerwami trwa przy królewnie przez kolejne dziewiętnaście, a następnie wyrusza z nią również do Anglii. To ona opowiada o ciężkim dzieciństwie Katarzyny, to ona z czasem staje się najbliższą i najbardziej zaufaną osobą dla nastolatki i młodej kobiety.
Katarzyna jest dla Mette najważniejsza, ale kobieta ma również swoje życie osobiste - męża i dwójkę dzieci. To dzięki temu poznać możemy również warunki życia mniej uprzywilejowanych warstw społeczeństwa francuskiego - chociaż mam wrażenie, że dzieci Mette miały o wiele szczęśliwsze dzieciństwo niż królewska córka...
Katarzyna i Mette są świadkami wielu ważnych wydarzeń z okresu wojny stuletniej oraz wewnętrznych starć pomiędzy zwalczającymi się wielmożami, w książce jest mnóstwo polityki, ale... jak to się czyta! 

Joanna Hickson stworzyła opowieść ściśle opartą na faktach historycznych. Rzadko się zdarza, aby historyczna książka trzymała się faktów a równocześnie była tak ciekawa i wciągająca. Niestety ma ona jedną ogromną wadę - kończy się niejako w połowie... Jest to spowodowane tym, że autorka napisała drugą część pt. "Oblubienica Tudorów", która to książka opowiada o życiu Katarzyny w Anglii - niestety nie wiedzieć czemu Wydawnictwo Literackie, pomimo zapowiedzi, nie wydało tej książki. Wiem oczywiście jak potoczą się dalsze losy Katarzyny, jej męża i francuskiej rodziny, ale chętnie bym je poznała w wykonaniu Joanny Hickson.
Szkoda, wielka szkoda...

środa, 2 sierpnia 2017

Oddać czy zostawić? Oto jest pytanie! (Cz. 2)

Kolejne książki przeczytane przy odgruzowywaniu biblioteczkowych półek - i znów dylemat: zostają czy wędrują do biblioteki...

Ta książka na pewno zostaje! 
Mowa tu o powieści Macieja Grabskiego "Ksiądz Rafał. Niespokojne czasy", stanowiącej drugą część tomu "Ksiądz Rafał", którym zachwycałam się dokładnie 6 lat temu - LINK  I również 6 lat temu książkę zakupiłam, przeczytali ją wszyscy "krewni i znajomi królika", a następnie, jako, że stanowiła moją własność, wylądowała na półce, bo inne książki (czyt. recenzyjne) miały pierwszeństwo...

Akcja powieści rozpoczyna się 17 października 1978 roku. Dzień wcześniej Karol Wojtyła został wybrany na kolejnego papieża, a ksiądz Rafał i jego parafianie dowiedzieli się o śmierci biskupa Jakuba. Obydwa te wydarzenia będą miały ogromny wpływ na gródeckiego proboszcza i jego ludek.

Gródek powoli przestaje być enklawą spokoju gdzieś na uboczu wielkiego świata. I chociaż nikt z miejscowych o to nie zabiega to świat i jego problemy zaczynają wchodzić na parafie i do domów. Ksiądz Rafał zostaje wciągnięty w konflikty personalne w dekanacie i kurii (co jest tym bardziej nieprzyjemne, że nowy ordynariusz nie kryje swojej niechęci do niego) i jest naciskany aby zajął jakieś konkretne stanowisko. Do Gródka docierają również zmiany, które dotknęły wówczas całą Polskę - powstaje "Solidarność", władze robią się coraz bardziej nerwowe aż wreszcie nadchodzi pamiętny 13 grudnia 1981...

Powrót do Gródka to jak ponowne spotkanie z długo niewidzianymi przyjaciółmi - już po kilku chwilach znalazłam się w centrum wiejskiego życia, kibicowałam bohaterom znanym z poprzedniego tomu, poznawałam nowych sąsiadów, razem z nimi przeżywałam radości i zmartwienia.

Zastanawiałam się na czym polega wyjątkowość tej powieści i właściwie nic mądrego nie wymyśliłam. Gródek jest taki trochę baśniowy ale równocześnie bardzo realny i prawdziwy, ludzie nie są idealni, nawet ci najbardziej pozytywni mają swoje wady i uprzedzenia. Chyba najważniejszy jest główny bohater - ksiądz Rafał Nowina to taki duszpasterz, którego życzyłabym każdej parafii, duchowny z powołania i wierny zasadom.

Szkoda, że Maciej Grabski poprzestał tylko na tych dwóch powieściach...

***********************************

Artur Andrus nie należy do moich ulubieńców jeśli chodzi o naszych rodzimych satyryków. Owszem, podobały mi się jego dwie książki poświęcone Marii Czubaszek i Wojciechowi Karolakowi, jednak prawda jest taka, że to były wywiady, więc pan Artur nie miał (biorąc pod uwagę osobowość swojej interlokutorki)zbyt wielkiego pola do popisu... Natomiast jego twórczość sceniczna to nie do końca moje klimaty.
Nic więc dziwnego, że tom "Vietato fumare czyli reszta z bloga i coś jeszcze" (ktoś mnie nim obdarował...) poleżał sobie na półce ponad dwa lata. Teraz wychynął z czeluści zapomnienia i został wreszcie przeczytany.

Jest to zbiór felietonów, które pierwotnie pojawiały się na autorskim blogu pana Artura, w "Gazecie Lekarskiej" oraz miesięczniku "Zwierciadło" - taki trochę groch z kapustą.
Artur Andrus jest mistrzem skojarzeń odbiegających od utartych schematów - jego myśli biegają sobie jak zajączki po zielonej łączce i czytelnik nijak nie może być pewny co z czym zostanie połączone w zgrabną całość. Ma też manierę tworzenia "poezji zaangażowanej" - rytm i rym niejednokrotnie pozostawiają co nieco do życzenia ale już puenta jest zawsze błyskotliwa i trafia w punkt.

Nie ukrywam, że przy kilku tekstach zdarzyło mi się uśmiechnąć, ale jednak mojego nastawienia do tego pana ta książka nie zmieniła. To w dalszym ciągu nie moja bajka, więc książka wędruje do biblioteki.

********************************************

To chyba wie każdy czytelnik - jeżeli książki stanowią cykl należy je czytać po kolei. W innym wypadku, kiedy czytamy "od końca" albo nie połapiemy się w fabule (bo nawiązuje do poprzednich tomów) albo zniknie element zaskoczenia (bo wiemy co będzie dalej).

Tak było w przypadku powieści "Powrót na Staromiejską" Anny Mulczyńskiej. Książka stanowi pierwszy tom opowieści o Weronice Peterson, którą ja poznałam przy okazji "Przyjaciółek ze Staromiejskiej" - LINK, będących jej kontynuacją.

Weronika przez kilka lat mieszkała w Szwecji - tam studiowała, wyszła za mąż, prowadziła wraz z przyjaciółkami niewielki sklepik. Teraz wraca do Polski i w odziedziczonym po dziadku domu zakłada swoją własna firmę - sklep noszący wdzięczną nazwę "Robótkowo" w którym każda wielbicielka rękodzieła poczuje się jak w niebie.

"Powrót" to jedna z ciekawszych książek obyczajowych, jakie dane mi było ostatnio przeczytać - Weronika to osóbka z charakterem - trochę już w życiu przeszła, ale nadal patrzy w przyszłość z optymizmem. W kontaktach z płcią przeciwną jest raczej ostrożna (nauczyło ją tego jej małżeństwo) ale jeśli kogoś polubi i mu zaufa to będzie prawdziwa przyjaźń, a może i coś więcej.

Na Staromiejskiej znajdzie Weronika prawdziwych przyjaciół, trafi też na ludzi, którzy nadwyrężą jej zaufanie, jak to w życiu. Zawróci też w głowie pewnemu właścicielowi restauracji z drugiej strony ulicy...

I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że dokładnie wiedziałam jak się książka skończy, bo znałam już drugi tom. Tak więc powieść godna uwagi, jednak tylko i wyłącznie w odpowiedniej kolejności, czyli najpierw "Powrót na Staromiejską" a dopiero potem "Przyjaciółki ze Staromiejskiej".

A książka wędruje do biblioteki - niech i inni sobie poczytają.

piątek, 7 lipca 2017

Agatha jest dobra na wszystko ;)

Ani się człowiek nie zdążył zabrać za wypoczynek a tu już mija drugi tydzień wakacji... Tegoroczna kanikuła będzie raczej domowa, bo niestety jak się ma wybór pt. "remont i doposażenie niby-salonu kontra wakacyjny wyjazd" to tak jakby się nie miało żadnego wyboru :( 
A jeśli siedzę w domu to najlepiej mi na balkonie z książką w ręku - takie uroki mieszkania na wsi.

Ponieważ nie miałam na podorędziu żadnej (w miarę nieczytanej) Chmielewskiej to przyniosłam sobie z biblioteki dwie książeczki Agathy Christie. Obie panie mają na mnie zbawienny wpływ, chociaż oczywiście każda inny - pani Joanna rozśmiesza już po przeczytaniu połowy stronnicy, natomiast książki lady Agathy są tak wciągające, że przy ich lekturze zapominam o wszystkich przykrościach dnia codziennego.
Te dwie książki, które wybrałam z bibliotecznej półki to "4.50 z Paddington" z panną Marple oraz "Niemy świadek" czyli historia z Herculesem Poirot.
Obie książki traktują o morderstwach, chociaż na pierwszy rzut oka nie jest to do końca oczywiste.

W "4.50 z Paddington" do panny Marple przyjeżdża przyjaciółka. Jest dosyć zdenerwowana, bowiem uważa, że była świadkiem morderstwa, a nikt jej nie wierzy. Rzekoma zbrodnia miała się dokonać w pociągu - mężczyzna udusił przebywającą razem z nim w przedziale kobietę. Pani McGillicuddy widziała to z okna swojego wagonu - obydwa pociągi jechały w tym samym kierunku. Sprawa jest tym bardziej zagadkowa, że nikt nie zgłosił zaginięcia żadnej kobiety a także nigdzie, ani w pociągu ani w pobliżu torów nie znaleziono ciała czy chociażby śladów wskazujących na to, że jakieś zwłoki mogłyby zostać wyrzucone przez okno.
Panna Marple daje wiarę słowom przyjaciółki i postanawia bliżej przyjrzeć się sprawie. Szybko dochodzi do tego gdzie należy szukać jakichś śladów zbrodni, a ponieważ sama nie ma możliwości przeprowadzić czynności śledczych zwraca się o pomoc do swojej znajomej Lucy Eyelesbarrow. Lucy nie odmawia i już kilka dni później pracuje jako gospodyni w Rutherford Hall, a w wolnym czasie szuka śladów morderstwa...

Akcja "Niemego świadka" toczy się w niewielkim miasteczku Market Basing. 1 maja zmarła tam panna Emilia Arundell. Sama śmierć nie wzbudziła większego zainteresowania - była to starsza i schorowana osoba. Jednak tym co przykuło uwagę całej społeczności był testament starszej pani, która cały, dosyć pokaźny, majątek zapisała  pannie Wilhelminie Lawson, swojej damie do towarzystwa, zupełnie pomijając najbliższych krewnych.
Sprawa pewnie by umarła własną śmiercią po jakimś czasie, jednak los chciał inaczej.
Niemal dwa miesiące później Poirot otrzymał list od panny Emilii, w którym starsza pani nie pisze nic konkretnego, ale między wierszami można odczytać, że jest mocno zaniepokojona. Detektyw postanawia ją odwiedzić, a kiedy na miejscu dowiaduje się, że nadawczyni listu nie żyje decyduje się zbadać sprawę bliżej.
Nie może narzekać na brak podejrzanych - najbliżsi krewni (bratanek, bratanica oraz siostrzenica) nie są osobami zbyt zamożnymi, więc spadek po ciotce bardzo by im pomógł. Tym bardziej, że pod koniec kwietnia wszyscy byli jej gośćmi, a rodzinne spotkanie miało niezbyt przyjemną atmosferę. Również panna Lawson miała motyw - panna Arundell zmieniła swój testament na jej korzyść ledwie kilka dni przed śmiercią...

Obydwie powieści mają charakterystyczne cechy większości książek, które wyszły spod pióra Christie - kilkoro podejrzanych, mających powody aby oczekiwać śmierci ofiary, nie do końca wiarygodne alibi, zatajanie przez podejrzanych niewygodnych faktów, nagłe zwroty akcji, nowe dowody, które zamiast rozjaśniać zaciemniają sytuację oraz zaskakujące rozwiązanie. Zarówno panna Marple jak i Herkules Poirot w najwyższej formie - chociaż nieodmiennie (przynajmniej w moim przekonaniu) starsza pani wygrywa w tym pojedynku.

Przyznam się, że już nawet nie próbowałam zgadywać kto zabił, bo na kilkanaście przeczytanych przeze mnie książek Agathy Christie tylko raz udało mi się rozwikłać zagadkę przed końcem lektury. Kładę to oczywiście na karb talentu autorki a nie mojej ewentualnej tępoty...