Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura włoska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura włoska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 lutego 2015

Jedna z ostatnich prawdziwych gwiazd światowego kina

20 września 1934 roku na oddziale dla niezamężnych matek jednego z rzymskich szpitali przyszła na świat dziewczynka. Jej rodzice nigdy nie zalegalizowali swojego związku, aczkolwiek tato, pod presją niedoszłej teściowej, dał dziecku swoje nazwisko. Mała Sofia Scicolone nie miała łatwego dzieciństwa - wychowywała się u dziadków w niewielkim mieście koło Neapolu, w domu było bardzo biednie a i piętno nieślubnego dziecka też nie ułatwiało życia. Kiedy Sofia miała 6 lat wybuchła wojna i sytuacja jeszcze się pogorszyła - kolejne lata to okres głodu i strachu o życie swoje i najbliższych. Kiedy wreszcie skończyła się wojna matka Sofii postanowiła zrealizować poprzez córkę swoje młodzieńcze marzenia o sławie i zgłosiła siedemnastolatkę do odbywającego się w Neapolu konkursu piękności, a później wyjechała z nią do Rzymu, gdzie obydwie starały się statystować przy kręconych tam filmach. Jednym z pierwszych filmów w których wystąpiła panna Scicolone była amerykańska superprodukcja "Qvo vadis" - nikt, nawet sama zainteresowana, nie zdawał sobie sprawy, że tak oto rozpoczyna się oszałamiająca kariera jednej z największych gwiazd światowego kina...

Sofia Scicolone bardziej znana jako Sophia Loren to wybitna aktorka, dwukrotna zdobywczyni Oscara, laureatka wielu innych filmowych nagród. O życiu i pracy aktorki rozpisywała się światowa prasa, powstało całe mnóstwo wywiadów, artykułów i opracowań, włoska telewizja nakręciła również kilkanaście lat temu film biograficzny, natomiast w ubiegłym roku światło dzienne ujrzała autobiografia artystki pt. "Wczoraj, dziś, jutro. Moje życie".

Sofia Loren przedstawiła w tej książce dzieje swojej artystycznej kariery, ale równocześnie starała się pokazać swoje drugie, prywatne oblicze: córki, żony, matki i babci. Pomimo sławy i bycia na tzw. świeczniku zawsze starała się prowadzić w miarę normalne życie, mieć przy sobie najbliższych, spotykać się z przyjaciółmi czy przygotowywać domowe obiady. Jej dom był zawsze otwarty dla przyjaciół, a gdy zachodziła taka potrzeba Sophia potrafiła rzucić wszystko i biec z pomocą i wsparciem.
Wydawać by się mogło, że życie gwiazdy to niekończące się pasmo szczęścia. Cóż, o ile z zawodowego punktu widzenia Sophia Loren była prawdziwą szczęściarą (miała ogromnego farta tak do reżyserów jak i filmowych partnerów) o tyle w życiu prywatnym już tak kolorowo nie było. Przez wiele lat związana z producentem Carlo Pontim nie mogła zalegalizować tego związku, bowiem prawo włoskie nie dopuszczało wówczas możliwości rozwodu - dopiero kiedy obydwoje zrezygnowali z włoskiego obywatelstwa i przenieśli się do Francji mogli wreszcie wziąć ślub, jednak przez długi czas nie mogli legalnie wrócić do ojczyzny. W swojej książce Sophia opisuje również inne potyczki z włoskim wymiarem sprawiedliwości i swój pobyt w więzieniu w związku ze sprawami podatkowymi, zamach (na szczęście nieudany) na jej męża czy problemy zdrowotne.
Z ogromną miłością aktorka wypowiada się o swoich dziadkach, mamie, siostrze, dzieciach i wnukach - widać, że rodzina jest dla niej dobrem nadrzędnym i gdyby w przeszłości przyszło jej wybierać pomiędzy karierą a rodziną, to kino poniosłoby dużą stratę...

Sophia Loren to prawdziwa Włoszka z południa - w jej książce widać emocje, ekspresyjną naturę i pasję życia. Przytacza wiele anegdot na swój temat (co ważne potrafi podejść z humorem do własnej osoby), wspomina spotkania z wybitnymi postaciami świata kultury i sztuki, opowiada o ciężkiej pracy przy realizacji jej kinowych przebojów ale również o zabawnych chwilach po zakończeniu zdjęć. Książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością - to zasługa ciekawego tematu, ale również stylu i języka autorki. Po przeczytaniu zaledwie kilku akapitów nie byłam w stanie oderwać się od opowieści artystki.
W książce znajdzie również czytelnik bogaty materiał fotograficzny - są to fotosy z filmów ale również prywatne zdjęcia artystki i jej bliskich, które w doskonały sposób dopełniają tekst wspomnień. Widać na nich jak z brzydkiego kaczątka wyrasta piękna kobieta, jak ewoluuje (w zależności od mody) i dojrzewa jej uroda.
Sophia Loren skończyła kilka miesięcy temu 80 lat, ale w dalszym ciągu jest czynna zawodowo. Spełnia się również jako babcia czwórki wnucząt i po lekturze tej autobiografii odniosłam wrażenie, że swoją książkę napisała głównie z myślą o nich. A my możemy się z nią zapoznać tak  trochę przy okazji...

I uważam, że warto z tej okazji skorzystać.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Sama przeciw mafii

Jeśli chodzi o pierwsze skojarzenie z określeniem "włoska mafia"to zapewne większość ma tak jak ja - "Ojciec chrzestny" i sycylijska cosa nostra. Po chwili zastanowienia dorzucam jeszcze neapolitańską camorrę. I tyle. Tak więc kiedy otrzymałam możliwość przeczytania książki traktującej o zupełnie nieznanej mi włoskiej organizacji przestępczej nie wahałam się ani chwili.

'Ndrangheta to organizacja mafijna działająca w Kalabrii. I pomimo, że jest zdecydowanie mniej znana od tych wspomnianych wyżej to na przełomie XX i XXI wieku stała się najpotężniejszą włoską organizacją przestępczą. Jej głównym polem działania jest handel narkotykami, jednak w rękach kalabryjskich mafiozów skupia się wiele legalnie dzialających przedsiębiorstw (chociażby firmy zajmujące się gospodarką odpadami komunalnymi).
Rosy Canale pochodzi z Reggio di Calabria, miasta leżącego nad Zatoką Messyńską i od zawsze żyła w cieniu 'ndranghety. Dosyć wcześnie dała o sobie znać jej buntownicza natura, więc rodzice panny Canale mieli z nią poważne kłopoty. W pewnej chwili wydawało się, że dziewczyna wreszcie ma za sobą "okres burzy i naporu" - nieudane małżeństwo i konieczność zadbania o dziecko ujawniły, że Rosy ma całkiem niezłą głowę do interesów, czego dowodem było stworzenie lokalu z dyskoteką, który szybko stał się najmodniejszym miejscem w jej rodzinnym mieście. Było tylko kwestią czasu, kiedy zainteresowali się nią ludzie z 'ndranghety i złożyli propozycję z rodzaju tych nie do odrzucenia - zażądali, aby Rosy przymknęła oko na handel narkotykami na terenie dyskoteki. Kiedy kategorycznie odmówiła podpisała na siebie wyrok - brutalnie pobita ledwie uszła z życiem, a kolejne osiem miesięcy spędziła w szpitalu. Po odzyskaniu zdrowia zamieszkała w Rzymie, jednak nie na długo. W 2007 roku Rosy powróciła do Kalabrii i w miasteczku San Luca, tradycyjnie uznanym za matecznik 'ndranghety założyła stowarzyszenie, którego celem była emancypacja mieszkających tam kobiet. Oczywiście mafia nie czekała z założonymi rękami na efekty jej działalności...

Rosy Canale mieszka aktualnie w Stanach Zjednoczonych - kiedy postanowiła wydać swoją książkę jej rodzina stała się obiektem zastraszeń ze strony mafiozów, więc kobieta wraz z córką opuściła rodzinny kraj. Pomimo obawy o własne życie oraz bezpieczeństwo najbliższych nie zaprzestała działalności na rzecz kalabryjskich kobiet - uważa, całkiem zresztą słusznie, że to matki, żony i córki mafiozów mogą wpłynąć na swoich mężczyzn, i, że w ich rękach leży zmiana panującej na tamtych ziemiach tradycji.

"Prywatna wojna Rosy" to książka niebywale emocjonująca - włoski temperament autorki, jej osobiste przeżycia wpływają na język i styl tej historii. Rosy napisała swoją książkę dla społeczności międzynarodowej, stąd czytelnik znajdzie tu dosyć obszerny szkic porachunków mafijnych z czasów, kiedy autorka była małą dziewczynką jak również objaśnienie powiązań pomiędzy poszczególnymi klanami. Pomoże to choć w części zrozumieć czytelnikom spoza Włoch dlaczego (pomimo, że mamy już XXI wiek) organizacje mafijne mają się tak dobrze na południu Italii i dlaczego walka z nimi jest tak trudna.

Pewnie jeszcze wiele wody upłynie zanim coś zmieni się w kwestii kalabryjskiej mafii, ale Rosy Canale udowadnia, że nawet jedna słaba kobieta może coś zrobić w tej sprawie. I to daje nadzieję, nikłą, ale jednak - kobiety z Kalabrii nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa.

wtorek, 10 lutego 2015

Dwie historie w sycylijskich klimatach

Dzięki użytkownikom BiblioNETki niejednokrotnie miałam możliwość przeczytać książki do których sama z siebie pewnie bym nie zajrzała. Ba, zdarzało się również, że nawet o autorze nigdy wcześniej nie słyszałam, a później okazywało się, że "podszedł" mi styl i tematyka, a literat lądował w gronie tych szczególnie lubianych i chętnie czytanych.
Tak było i tym razem - nazwisko Andrea Camilleri nie mówiło mi zupełnie nic, a zachętą do sięgnięcia po dwie jego książki była informacja, że jest autorem kryminałów. Ponieważ kryminały lubię to zdecydowałam się z panem Camillerim zapoznać. I cieszę się, że to zrobiłam, chociaż po prawdzie tylko jedna książka była kryminałem, natomiast druga to powieść obyczajowa. Ale po kolei.

Andrea Camilleri pochodzi z Sycylii ale większość życia spędził w Rzymie, ma prawie 90 lat (urodziny będzie obchodził we wrześniu), jest reżyserem i pisarzem. Największą popularność przyniósł mu wielotomowy cykl, którego głównym bohaterem jest komisarz Salvo Montalbano. Pracuje on w komisariacie w fikcyjnym sycylijskim miasteczku Vigata, lubi dobrze zjeść i ma poplątane życie osobiste. 

Na obrzeżach miasta znalezione zostają zwłoki inżyniera Luparello, człowieka bardzo wpływowego - lokalnej "szarej eminencji". Wszystko wskazuje, że jego serce nie wytrzymało nadmiaru emocji w czasie erotycznych uciech z tajemniczą blond pięknością... Niby wszystko jasne, ale komisarz Montalbano uważa, że coś tu bardzo nie gra - nietypowe zachowanie ludzi związanych z inżynierem oraz pewne dowody rzeczowe nie do końca pasują do teorii o samoistnym zejściu inżyniera. Montalbano szuka wiec wyjaśnienia swoich wątpliwości...
"Kształt wody" to kryminał, który może nie trzyma przesadnie w napięciu, ale  zmusza czytelnika do myślenia. Autor na przykładzie sennego prowincjonalnego miasteczka ukazuje ciemną stronę władzy, siłę wzajemnych układów i powiązań, bezwzględność wobec tych, którzy nie chcą bądź nie potrafią iść na kompromis. Montalbano zdaje sobie sprawę, że zbytnie drążenie tematu nie jest zbyt bezpieczne, ale stara się jak najlepiej wykonać swoje obowiązki.
Pomimo nieco pesymistycznej wymowy książka warta była poświęconego jej czasu, a jeśli kiedyś na mojej czytelniczej drodze jeszcze raz stanie Salvo Montalbano to z chęcią spotkam się z nim po raz kolejny.

Drugą książką Camilleriego, którą miałam możliwość przeczytać jest "Szary kostium". Głównym bohaterem jest wysoki urzędnik bankowy, który właśnie przeszedł na emeryturę. Już pierwszego dnia w nowej roli nie jest w stanie znaleźć sobie miejsca, czuje się niepotrzebny i zaczyna mieć problemy ze zdrowiem. uważa, ze to skutek diametralnej zmiany jaka zaszła w jego życiu, ale prawda jest o wiele bardziej złożona. Nowa sytuacja zmusza go do popatrzenia wstecz i przemyślenia pewnych życiowych wyborów - jednym z najważniejszych było powtórne małżeństwo (jego pierwsza żona zmarła). Adele jest od niego o dwadzieścia kilka lat młodsza i po pierwszej euforii szybko okazuje się, że związek nie należy do najszczęśliwszych. Kobieta ma niezwykle wybujały temperament, a jej mąż nie jest w stanie sprostać jej wymaganiom. I tak zaczyna się podwójne życie Adele i jej męża - na zewnątrz to idealna żona, udzielająca się w wielu prestiżowych komitetach i organizacjach, a kiedy nikt nie widzi zdradza męża na prawo i lewo, oczywiście z zachowaniem daleko posuniętej dyskrecji...
Najłatwiej powiedzieć, że "Szary kostium" to powieść o kłamstwie, zdradzie i grze pozorów. Równie łatwo osądzać bohaterów - Adele to "czarny charakter", pozbawiona zasad modliszka, której zależy na prestiżu i władzy, zaś jej mąż jest tylko szczeblem po którym ona wspina się do góry (budzi więc współczucie u czytelnika). Jednak, gdy wczytać się głębiej  w tę historię to taki biało-czarny podział przestaje być oczywisty i być może konieczna będzie korekta już wyrobionej opinii. 
Jakby nie było ciekawa historia.

A na koniec dobra rada - jeśli trafią w Wasze ręce te książki to pod żadnym pozorem nie czytajcie opisów na okładce - spojlery jak nie wiem co...

piątek, 16 stycznia 2015

Daj się wciągnąć tej grze

Nie od dzisiaj wiadomo, że gry komputerowe bywają bardzo wciągające - niektórzy wręcz tracą poczucie rzeczywistości uczestnicząc w szczególnie ekscytującej rozgrywce. Ale chyba nie ma bardziej wciągającej gry niż "Hyperversum". Przekonała się o tym grupa przyjaciół, których wspólna rozgrywka dosłownie przeniosła w czasie i przestrzeni...

Cecilia Randall jest włoską pisarką, specjalizującą się w powieściach dla młodzieży. Jej debiut to właśnie "Hyperversum", które ujrzało światło dzienne w 2006 roku (polska premiera 2011). Pisarka ma na swoim koncie jeszcze dwie powieści będące kontynuacją jej debiutu (jedna z nich "Hyperversum. Sokół i lew" ukazała się w Polsce w ubiegłym roku), a najnowsza jej książka przenosi czytelnika do Florencji czasów Wawrzyńca Medyceusza.

Ian, Daniel, Jodie, Martin, Carl i Donna rozpoczynając rozgrywkę nie mieli pojęcia, że gra przerzuci ich ze współczesnego Phoenix w stanie Arizona do trzynastowiecznej Francji (trafiają w okolice miasta Arras). 
Jest wiosna roku pańskiego 1214 - tereny gdzie trafili młodzi Amerykanie leżą na pograniczu francusko-angielskim, które znajduje się w przededniu wojny pomiędzy Filipem Augustem a Janem Bez Ziemi. Młodzi ludzie zostają rozdzieleni - Ian, Daniel, Jodie i Martin trafiają po licznych perturbacjach pod opiekę możnego feudała Jeana de Ponthieu, natomiast po pozostałej dwójce nie ma śladu. Przyjaciele mają jednak szczęście w nieszczęściu - Ian jest historykiem specjalizującym się w dziejach średniowiecznej Francji, a praca doktorska, którą właśnie przygotowywał dotyczy rodów de Ponthieu i de Montmayeur. Siłą rzeczy ma duże wiadomości na temat tradycji  i obyczajów czasów do których trafili, zna łacinę, a ponieważ trenował szermierkę potrafi posługiwać się mieczem. Jego wiadomości, umiejętności oraz siła woli niejednokrotnie ratują życie całej czwórki. Przyjaciele, pomimo, że udaje im się w miarę oswoić w nowych warunkach martwią się losem zaginionej dwójki a także tym jak (i czy w ogóle kiedykolwiek) uda im się wrócić do swoich czasów.

Książka Cecilii Randall reklamowana była jako powieść fantasty i między innymi z tego powodu trafiła na moją półkę. Przeleżała tam stosowny okres czasu, aż wreszcie doczekała się na swoją kolej. I tu spotkała mnie pierwsza niespodzianka - jedyny element fantastyczny to przeniesienie w czasie... Tak więc wielbicieli fantastyki, którzy byliby zainteresowani jej lekturą uczciwie ostrzegam - to nie jest w żadnym wypadku fantasy. 
Już wiadomo czym nie jest ta książka, więc może słów parę na temat tego czym jest w rzeczywistości. Otóż "Hyperversum" to świetna powieść historyczno - przygodowa. Wiele osób występujących w książce to postacie historyczne i ich dzieje w omawianym okresie są odtworzone zgodnie z prawdą. Również w zgodzie z prawdą historyczną przedstawione są wydarzenia z wieńcząca powieść bitwą pod Bouvines na czele. Autorka przedstawia w swojej powieści obyczaje tamtych czasów (np. zwyczaje rycerskie, kulturę dworską, stroje, uzbrojenie, itd.), wygląd zamków, miasteczek i wiosek.
Powieść ma wartką akcję, czytelnik nie powinien się nudzić - osadzenie akcji na pograniczu, konflikty pomiędzy feudałami w które wplątują się bohaterowie, zderzenie dwudziestowiecznej mentalności ze średniowiecznymi realiami, wreszcie wątek romansowy sprawią, że kilkanaście godzin, które trzeba poświęcić na lekturę (prawie 750 stron) minie jak z bicza strzelił.

A ja już wiem co sobie zażyczę na urodziny - oczywiście drugi tom "Hyperversum" :)

Książka bierze udział w wyzwaniu "Grunt to okładka"

sobota, 25 stycznia 2014

Nie wyrzekaj się swoich marzeń

Leonard, dla przyjaciół Leo, ma szesnaście lat, chodzi do szkoły, gra na gitarze, jest kapitanem drużyny futbolowej i uwielbia jazdę na swoim skuterze z popsutymi hamulcami. To przeciętny nastolatek zbuntowany wobec świata dorosłych, nie widzący większego sensu w szkolnej rutynie i szukający, trochę podświadomie, swojego miejsca na ziemi. 
Beatrice jest piękną dziewczyną, ma zielone oczy i rude włosy, świetnie się uczy i jest rok starsza od Leo, który kocha ją pierwszą młodzieńczą miłością.
Niestety, zanim Leo odważy się wyznać swoje uczucia Beatrice przestaje chodzić do szkoły. Od swojej przyjaciółki Silvii Leo dowiaduje się, że jego ukochana jest ciężko chora - ma białaczkę.

Alessandro D'Avenia z zawodu jest nauczycielem, zajmował się również publicystyką. W 2010 roku opublikował swoją pierwszą powieść pt. "Biała jak mleko czerwona jak krew", która niemal natychmiast zyskała we Włoszech status bestselleru, została przetłumaczona na kilkanaście języków, wydano ją w 20 krajach, w tym także w Polsce. 

Powieść zyskała sobie szybko opinię współczesnego "Love story" - jest to poniekąd uzasadnione, bo podobnie jak w książce Ericha Segala mamy motyw miłości, która przegrywa ze śmiertelną chorobą. 
Jednak tym co stanowi największy atut tej książki (i co odróżnia ją od wspomnianego wyżej melodramatu wszech czasów) jest ukazanie procesu dojrzewania głównego bohatera, który poznaje samego siebie, zmienia nastawienie do otaczających go ludzi i, pomimo bólu i cierpienia, których nie szczędzi mu życie, stara się walczyć o swoje marzenia.
Leo przechodzi w ciągu jednego roku kilka etapów: od beztroskiego narwańca szalejącego na skuterze, który wierzy, że wystarczy tylko bardzo chcieć i wszystko będzie dobrze, poprzez okres zwątpienia we wszystko i wszystkich, aż do chwili kiedy stara się zaakceptować to co nieuniknione. To inteligentny i wrażliwy chłopak, który tylko ukrywa się pod maską twardziela.

Leo ma szczęście i na swojej drodze spotyka kilka osób, które pomagają mu w tym ciężkim okresie - sama Beatrice, koleżanka z klasy imieniem Silvia, ksiądz zwany przez wszystkich Gandalfem, jego rodzice oraz Naiwniak, młody nauczyciel na zastępstwie, który z jednej strony potrafi zainteresować swoich uczniów nauczanym przedmiotem a równocześnie staje się kimś w rodzaju przewodnika w drodze ku dorosłości. To on uświadamia Leonardowi, że życie bez marzeń i miłości nie ma sensu, a cierpienie jeszcze podnosi ich wartość. 

Serdecznie polecam tę książkę.

niedziela, 11 sierpnia 2013

Trzy w jednym, czyli wędrujące biblionetkowe książki

Dzisiaj krótko o kilku lekturach, które miałam okazję przeczytać na okoliczność wędrujących biblionetkowych książek, bo zrobiło mi się trochę różnych zaległości i jakoś muszę je ogarnąć...

Kim był Giacomo Casanova pewnie wyjaśniać nie trzeba;) Awanturnik, pisarz i podróżnik, za względu na swoje miłosne podboje, które opisał w kilku tomach pamiętników stał się synonimem uwodziciela.
Pochodził z Wenecji, ale właściwie od najmłodszych lat podróżował - początkowo w celu pobierania nauk, później, kiedy zaczął mieć kłopoty z weneckim wymiarem sprawiedliwości, musiał opuścić na stałe rodzinne miasto. Trasa jego wędrówek (i miłosnych podbojów) wiodła niemal przez wszystkie kraje Europy, w tym również Polskę, a swoje przygody skrzętnie opisywał, a jego "Pamiętniki" (wydawane w całości lub we fragmentach) są oryginalnym obrazem XVIII-wiecznej obyczajowości.

Wydanie "Pamiętników" Casanowy, które dane mi było przeczytać to taka wersja fragmentaryczna, odnosząca się do podróży po Szwajcarii i miastach włoskich w latach 1759 - 1760 i kontaktów autora z przedstawicielkami tych dwóch nacji.
Gołym okiem widać różnicę obyczajów w tych dwóch sąsiadujących ze sobą krajach. Szwajcarki nie są co prawda głuche na czułe słówka, jednak nade wszystko starają się zachować dyskrecję - gdyby jakaś plotka na temat ich nieobyczajnego prowadzenia się trafiła do wiadomości publicznej byłyby na zawsze wykluczone z dobrego towarzystwa. Tymczasem Włoszki w większości niewiele sobie robią z norm moralnych - jeśli tylko amator ich wdzięków jest gotów odwdzięczyć się w brzęczącej monecie to czemu nie? Co więcej, opisuje Casanova kilka przypadków kiedy to matki starały się, aby ich córki zostały kochankami bogatego hulaki...

Autor pisze o swoich podbojach w sposób emocjonalny, zapewnienia gorącej miłości przeplatają się z potokami wylanych łez, przysięgi na wszystko co najświętsze składane są niemal na każdym kroku, tyle, że niewiele to wszystko ma wspólnego z prawdziwymi uczuciami. Tuż po zapewnieniu dozgonnej miłości namawia Casanova jedną ze swoich partnerek do przyjęcia oświadczyn innego wielbiciela, który z kolei doskonale zdaje sobie sprawę ze stosunków łączących tę parę. Trochę to szokujące - a mówi się, że w dzisiejszych czasach zapominamy o moralności... to jak nazwać to co działo się ponad 200 lat temu?

Książka obiektywnie nie jest zła, ale jakoś do mnie za specjalnie nie trafiła. A z pewnością rozbiła mit wspaniałego i niedościgłego kochanka. Może i Casanova był biegły w ars amandi, ale bez porządnie wypchanej sakiewki mógłby sobie ewentualnie pomarzyć o tych tłumach uwiedzionych pań...

***********************************

O ile Casanova był postacią jak najbardziej realną, o tyle bohater drugiej z przeczytanych przeze mnie książek jest wytworem fantazji Brama Stockera. Trzeba nadmienić, że chyba sam autor nie wierzył w wielkie powodzenie swojej książki, pierwsze wydanie ukazało się na marnym papierze i z niezbyt zachęcającą okładką, jednak szybko okazało się, że książka jest prawdziwą żyłą złota, a jej bohater wszedł na zawsze do świata kultury - śmiem twierdzić, że jest to jedna z najlepiej rozpoznawalnych postaci literackich, a ta sława przełożyła się również na kilka mniej lub bardziej znanych ekranizacji.

"Dracula", bo o tej książce mowa, to historia walki grupy przyjaciół z wampirem, który opuścił swój zamek gdzieś w dzikich ostępach Karpat i przbył do Anglii. Powieść napisana jest w formie listów, fragmentów dzienników kilku osób oraz artykułów prasowych, które się nawzajem uzupełniają.
Młody prawnik Jonathan Harker zostaje wysłany przez swojego pryncypała do Rumunii, aby tam sfinalizować umowę kupna pewnej londyńskiej posiadłości. Nabywcą jest hrabia Dracula, a Jonathan niemal od samego początku swej z nim znajomości jest przekonany, że arystokrata skrywa jakieś mroczne tajemnice. Szybko udaje mu się poskładać elementy układanki i odkrywa przerażającą prawdę - dopomógł wampirowi w przeprowadzce do Londynu. Niemal cudem udaje się Jonathanowi opuścić zamek hrabiego i powrócić do rodzinnego kraju. Nim się to jednak stało Dracula zadomowił się w Anglii i znalazł swoje pierwsze ofiary...

Książka Brama Stockera narodziła się z mody na tzw. powieści gotyckie, pełne tajemnic, fantastycznych istot i duchów, opowiadających o walce dobra ze złem. Czytelnik znajdzie tu niebezpieczne przygody, trochę horroru, kilka niesamowitych zbiegów okoliczności i szybką akcję.

Nie jestem wielbicielką wampirów ani horrorów, ale książka wyjątkowo przypadła mi do gustu. No może poza koszmarną okładką, ale przecież nie można mieć wszystkiego...

***************************

Trzecia książka, która trafiła do moich rąk dzięki BiblioNETce to "Cudowni chłopcy", współczesna powieść  amerykańskiego pisarza Michaela Chabona.

Okładkowy opis bł bardzo zachęcający. Obiecywał pełną humoru opowieść, której bohaterem jest Grady Tripp, pisarz i wykładowca akademicki w jednym. Pewnego wiosennego dnia świat zawalił mu się na głowę: żona odchodzi, kochanka, która jest żoną jego szefa, oświadcza, że spodziewa się dziecka, najbardziej obiecujący student chce popełnić samobójstwo, a jakby tego było mało, to z wizytą przyjeżdża wydawca - Grady bowiem od siedmiu lat pisze książkę, maszynopis liczy ponad tysiąc stron (czyli o wiele za dużo) a końca nie widać...
Brzmi niegłupio, prawda?

I zasadniczo wszystko to w książce jest. Tyle, że jakieś to pozbawione humoru...

UWAGA BĘDZIE SPOJLER!
Że spora część bohaterów niemal ciągle jedzie na tzw. miękkich narkotykach? Cóż, ponoć twórcy tak mają i talent im się objawia na haju - nie mnie sądzić, bom nigdy mistrzem pióra nie była i pewnie już nie będę. Że, życie faceta w średnim wieku jest nudne i beznadziejne? Też to może i prawda, aczkolwiek zdecydowana większość moich znajomych to już nie młodziaki i jakoś nie popadają w taki marazm jak profesor Tripp. No, ale my wieśniaki jesteśmy co to wielkiego świata  i jego zwyczajów nie znają... Że małżeństwo się rozpada, bo mąż ma kochankę? Zdarza się niestety, ale jak dla mnie to mało śmieszne jest.
A jeszcze dodajmy do tego dwie kradzieże: tuby z lotniska i żakietu w którym brała ślub Merylin Monroe z sypialni prof. Gaskella, zastrzelenie psa należącego do tegoż profesora i wożenie tych wszystkich fantów w bagażniku przez trzy dni, na siłę wciśniętego transwestytę, też trochę na siłę dołożony wątek homoseksualny a wreszcie karykaturę obrzędów religijnych wyznania mojżeszowego - to najważniejsze z "zabawnych" zdarzeń jakie stają się udziałem Grady'ego w ciągu jednego weekendu.

Cóż, we mnie perypetie tego pana nie wywołały uśmiechu tylko politowanie... Widać nie dorosłam do amerykańskiego poczucia humoru:(

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Obejrzane<->przeczytane: "Lampart"

Moja młodość durna i chmurna przypadała na lata 80-te ubiegłego wieku. W telewizji dominowało nasze rodzime kino, przeplatane z kinematografią bratnich narodów Europy południowo-wschodniej, a od czasu do czasu (najczęściej w sobotę wieczorem) pojawiały się filmy ze zgniłego Zachodu. Amerykańskich produkcji (poza serialami kryminalnymi) jakoś nie pamiętam, natomiast w pamięć wbiły mi się filmy francuskie - głównie przygodowe, tzw. "płaszcza i szpady", komedie i kryminały. 

Niekwestionowanymi gwiazdorami tamtego okresu byli Jean-Paul Belmondo i Alain Delon. Mnie szczególnie podobał się ten drugi i starałam się oglądać filmy z jego udziałem. W ten sposób poznałam jeden z bardziej znaczących filmów w jego karierze, powstałego w 1963 roku "Lamparta", którego reżyserował Luchino Visconti. Delon zagrał tam Tankreda, cynicznego siostrzeńca głównego bohatera, a partnerowali mu m.in. Burt Lancaster i Claudia Cardinale.
Dopiero później dowiedziałam się, że film jest ekranizacją powieści pod tym samym tytułem, której autorem był włoski pisarza Tomasi di Lampedusa. Musiało minąć jeszcze kilka lat i oto jestem świeżo po lekturze tej książki.

Głównym bohaterem jest książę Fabrizio Salina, stojący na czele jednego z najznamienitszych sycylijskich rodów. Akcja powieści toczy się w niezwykle ważnym dla Włoch okresie, w czasie działań dążących do zjednoczenia wszystkich ziem włoskich w jedno państwo. 
Salina zdaje sobie sprawę, że na jego oczach pada stary świat feudalny, a razem z nim stara arystokracja, której on sam jest przedstawicielem. W walce i ogniu rodzi się nowy porządek społeczny, a szlachetnie urodzonych zastępują ludzie bez rodowodu, ale za to z pieniędzmi. Książę z jednej strony czuje wewnętrzny bunt przeciwko tej sytuacji, ale z drugiej strony zdaje sobie sprawę z tego, że zmian nie da się już cofnąć - symbolem jego pogodzenia się z losem jest zgoda na małżeństwo siostrzeńca Tankreda z piękną i bogatą, ale pochodzącą z nizin, Angeliką.

Książkę Lampedusy można rozpatrywać na różnych płaszczyznach. To powieść historyczna, bowiem pojawiają się w niej postacie autentyczne, opisuje również wydarzenia, które miały miejsce na Sycylii w latach 60-tych XIX wieku. Jest to również powieść psychologiczna obrazująca przemianę zachodzącą w starym księciu. Wreszcie jest to również, a może przede wszystkim, świetna historia obyczajowa prezentująca ludzi, przyrodę, obyczaje i życie codzienne mieszkańców południowych Włoch - od arystokracji, poprzez burżuazję na biedocie kończąc. Pisarz maluje przed naszymi oczami sycylijskie krajobrazy spalone letnim słońcem lub zalewane jesiennymi i zimowymi deszczami, biedne miasteczko czy wreszcie siedzibę Salinów w Donnafugacie - na pozór monumentalną budowlę, a w rzeczywistości nieco zaniedbaną i popadającą w ruinę.

Chociaż książka bardzo dobra, to uczciwie trzeba przyznać, że czyta się ciężkawo - głównie tym, którzy, podobnie jak ja, nie przepadają za zbyt wydłużonymi opisami przyrody. Ale wydaje mi się, że warto sięgnąć po tę lekturę.

poniedziałek, 19 marca 2012

Mistrzyni wywiadu w akcji

Kiedy byłam nastolatką marzyło mi się bycie dziennikarką - bo zawód ciekawy, bo ciągle w ruchu i w centrum wydarzeń, bo można spotkać interesujących ludzi i odwiedzić egzotyczne miejsca. Dosyć szybko jednak zrezygnowałam z tych marzeń, bo stało się dla mnie jasne, że kariera Oriany Fallaci nie jest mi raczej pisana a tworzenie notek z otwarcia remizy w Pipidówce Małej było jednak poniżej moich aspiracji...

Oriana Fallaci - jedna z najlepszych reporterek świata, nieustraszona korespondentka wojenna, dociekliwa mistrzyni rozmowy. Dla wielu była przykładem bezkompromisowości i cywilnej odwagi, jej wywiady to były majstersztyki dziennikarskiego rzemiosła. W 1974 roku we Włoszech ukazała się książka zawierająca jej wywiady z najważniejszymi politykami ówczesnego świata, przeprowadzone w latach 1969 - 73. Dzisiaj, po prawie 40 latach publikacja ta trafia w ręce polskiego czytelnika.

Na kartach książki odżywają problemy, którymi w tamtym okresie żył cały świat - wojna w Wietnamie, konflikt pomiędzy Indiami i Pakistanem, walki palestyńsko - izraelskie, ale również zmiany społeczno - polityczne zachodzące w rodzinnym kraju dziennikarki.
Fallaci do swoich rozmówców odnosi się z szacunkiem, ale bez czołobitności - bycie koronowaną głową czy szefem polityki zagranicznej światowego mocarstwa nie stanowi taryfy ulgowej. Każdy rozmówca jest dla niej przede wszystkim człowiekiem, który posiadając władzę jest równocześnie obciążony odpowiedzialnością za kraj i ludzi tej władzy podlegających.

Pytania, które zadaje często są niewygodne dla przepytywanego polityka a jeżeli ktoś wykręca się od  konkretnej odpowiedzi to taktownie, ale stanowczo wymaga zajęcia stanowiska w dyskutowanej kwestii. Zdarza się też, że przywołuje jakąś kontrowersyjną wypowiedź lub decyzję swojego rozmówcy i oczekuje jej skomentowania.
Każda rozmowa poprzedzona jest wstępem w którym autorka pisze o okolicznościach przeprowadzanego wywiadu, przybliża postać swojego rozmówcy, opisuje swoje prywatne odczucia z tych spotkań. Ukazuje mniej znane oblicze ludzi którzy wtedy tworzyli historię, a których my znamy już tylko z podręczników.
Oriana Fallaci stara się być w swoich wywiadach obiektywna, oraz, co mnie szczególnie ujęło, dąży do poznania opinii wszystkich stron konfliktu, np. przy okazji starć izraelsko  - palestyńskich rozmawia zarówno z Goldą Meir (premier Izraela), Jaserem Arafatem (przywódca Organizacji Wyzwolenia Palestyny), George'm Habbaszem (założyciel Arabskiego Ruchu Nacjonalistycznego) jak i królem Husajnem z Jordanii.

Można by powiedzieć, że problemy o których Oriana Fallaci dyskutuje ze swoimi interlokutorami są dzisiaj już nieaktualne, bo minęło tyle lat a sama dziennikarka  i zdecydowana większość jej rozmówców odeszli już z tego świata. Może i tak, ale mimo wszystko uważam, że warto sięgnąć po tę pozycję, chociażby, żeby skonfrontować plany polityków z ich realizacją oraz oczekiwane skutki z tymi, które miały miejsce w rzeczywistości.

Na koniec parę słów o warstwie edytorskiej. Książkę wydał Świat Książki, na podstawie wydania włoskiego z roku 1977, które w stosunku do pierwotnej wersji zostało poszerzone o kilka rozmów z lat 1973-75. Ostatecznie w publikacji znalazło się 28 wywiadów ułożonych w sekwencje tematyczne. Wydawca dołączył do podstawowego tekstu suplement - są w nim biogramy osób, z którymi rozmawiała Oriana Fallaci.
Ma to wydawnictwo niestety jedną wadę - dosyć drobny druk. Rozumiem, że to konieczność spowodowana rozmiarem tekstu - książka ma ponad 600 stron i większa czcionka spowodowałaby jeszcze powiększenie jej rozmiarów, ale fakt pozostaje faktem, że trochę to męczy oczy.

Mam jednak nadzieję, że ten, w sumie drobny, mankament nie zniechęci potencjalnych czytelników i sięgną po "Wywiad z historią". Warto.