Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 stycznia 2018

Obejrzane - przeczytane: Alistair MacLean razy trzy

Nie przepadam za kinem wojennym, aczkolwiek wśród moich ulubionych filmów jest kilka, których akcja osadzona jest w czasach drugiej wojny światowej. Są to głównie historie przygodowo-wojenne, a najukochańszą z nich jest "Parszywa dwunastka" z Lee Marvinem i Charlesem Bronsonem w rolach głównych.

Alistair MacLean to szkocki pisarz, autor powieści sensacyjnych, wojennych i kryminalnych z których wiele zostało przeniesione na kinowe ekrany. Oglądałam trzy takie ekranizacje, a mianowicie "Działa Nawarony", "Komandosi z Nawarony" i "Tylko dla orłów". Nie zdarzyło mi się jednak do tej pory przeczytać ani jednej książki tego autora więc postanowiłam to nadrobić. I to od razu hurtem.



Glównymi bohaterami "Dział Nawarony" i "Komandosów z Nawarony" jest dwóch przyjaciół - nowozelandczyk Keith Mallory, światowej sławy alpinista i grecki partyzant Andrea Stavros oraz kapral Dusty Miller, specjalista od materiałów wybuchowych, natomiast w "Tylko dla orłów" pierwsze skrzypce grają brytyjski oficer wywiadu major John Smith oraz amerykański ranger  porucznik Morris Schaffer.

"Działa Nawarony"
Wszystkie trzy książki opierają się na tym samym wzorcu. Oto jest misja do wykonania - typowa "mission impossible" - zniszczenie ogromnych dział, wysadzenie potężnej tamy, wdarcie się do umiejscowionej na niedostępnym szczycie niemieckiej bazy, a każda z tych lokalizacji jest pilnie strzeżona przez świetnie wyszkolone niemieckie oddziały. Na wykonanie zadania bohaterowie mają zaledwie kilkadziesiąt godzin, przeważnie nocnych, a pogoda ich nie rozpieszcza...
Dowództwo opracowuje szczegółowy plan A, który oczywiście, mówiąc potocznie, bierze w łeb, więc trzeba wprowadzić w życie plan B, plan C albo najzwyczajniej pod słońcem zacząć improwizować.
Akcja, jak to w tego typu powieściach bywa, pędzi na łeb, na szyję a każdy szczegół jest ważny. Bohaterowie są zróżnicowani, w większości obdarzeni poczuciem humoru, miewają gorsze momenty, ale stają na wysokości zadania. Dają się lubić, co sprawia, że czytając książki kibicujemy ich działaniom, cieszymy się z sukcesów i przeżywamy niepowodzenia.

"Komandosi z Nawarony"
Często się zdarza, że autorzy takich wojennych historii ukazują tych "dobrych" (to znaczy Anglików, Amerykanów czy innych aliantów) jako ludzi obdarzonych niezwykłą inteligencją natomiast ich przeciwników jako bezradnych półgłówków - swoją drogą, gdyby to była prawda, to II wojna trwałaby tydzień a nie prawie sześć lat... Na szczęście MacLean nie poszedł tą drogą i przeciwnicy naszych bohaterów to ludzie zdeterminowani i inteligentni, a na ostateczne zwycięstwo trzeba ciężko zapracować.

A teraz słów kilka na temat przełożenia książek na język filmu. Te powieści to niemal gotowy materiał filmowy (co nie dziwi - MacLean oprócz powieści pisał również scenariusze) więc nic dziwnego, że różnic nie ma wiele, aczkolwiek kilka jest. Szczególnie jest to widoczne przy "Działach" i "Komandosach". Otóż zakończenie "Dział" powieściowych jest nieco inne niż filmowych. I nic by się nie działo, gdyby nie to, że napisani kilka lat później "Komandosi", których akcja rozpoczyna się właściwie w chwili zakończenia "Dział", nawiązują do końcówki filmu a nie książki. I jeśli ktoś filmu nie widział może nie rozumieć o co chodzi.

"Tylko dla orłów"
I na koniec jeszcze kilka uwag na temat obsady - zdecydowanie najwięcej szczęścia miały "Działa Nawarony" - Gregory Peck jako Mallory, Anthony Quinn jako Andrea oraz David Niven jako Miller to obsadowy strzał w dziesiątkę. W "Komandosach" Pecka zastąpił Robert Shaw, Dusty'ego Millera gra Edward Fox, postać Andrei została całkiem pominięta a niejako na jego miejsce pojawia się podpułkownik Mike Barnsby grany przez Harrisona Forda   - jest całkiem nieźle ale euforii nie ma.
Najmniej entuzjazmu wzbudzają we mnie odtwórcy głównych ról w "Tylko dla orłów" - Richard Burton jako Smith i Clint Eastwood jako Schaffer.
Burton wygląda (i zachowuje się) jakby robił łaskę, że tu w ogóle jest, bolały go wszystkie zęby i miał mega kaca. Żeby było jasne - powieściowy Smith był człowiekiem poważnym ale sympatycznym natomiast filmowy sympatii zupełnie nie budzi. Clint Eastwood powiela swoje najbardziej znane filmowe oblicze - milczący twardziel obserwujący wszystko i wszystkich z nieodgadnioną miną. Tymczasem ten z książki to typ jowialnego, prostodusznego chłopaka z farmy czyli ktoś zupełnie inny niż Clint (który jest bardzo dobrym aktorem, ale tu pasuje jak pięść do nosa).

Niemniej wszystkie książki warto przeczytać a filmy obejrzeć. W jakiejkolwiek kolejności ;)

czwartek, 14 grudnia 2017

Obejrzane - przeczytane: Wiktoria serialowa i książkowa

Jak już niejednokrotnie pisałam, uważam, że jeśli mamy do czynienia z książką i jej ekranizacją, to najlepiej rozpocząć od wersji pisanej a dopiero później wziąć się za wersję filmową. Niestety, nie zawsze tak można - chociażby z tego powodu, że wersja pisana powstaje później - tak było chociażby ze"Stowarzyszeniem Umarłych Poetów". 

Podobnie rzecz się ma z "Wiktorią", której autorką jest Daisy Goodwin, scenarzystka serialu o tym samym tytule, którego drugi sezon właśnie można oglądać na HBO.
Telewizji właściwie nie oglądam, od czasu do czasu transmisje sportowe, ewentualnie jakiś film, na którym nie było mi dane być w kinie (chociażby ostatnio najnowszą wersję "Pięknej i Bestii"). Seriali również nie śledzę - zwyczajnie jest tego za dużo. Na "Wiktorię" trafiłam przypadkiem, obejrzałam pierwszy odcinek i całkowicie się zauroczyłam.

Serial opowiada o jednej z najbardziej znanych władczyń europejskich, brytyjskiej królowej Aleksandrynie Wiktorii Hanowerskiej.
Pierwszy sezon serialu obejmuje lata 1837 - 1840, czyli od wstąpienia na tron do urodzenia pierwszego dziecka. Akcja książki obejmuje nieco krótszy okres, kończy się bowiem zaręczynami młodej władczyni i jej kuzyna księcia Alberta.

Autorka ma bardzo lekkie pióro, fantastycznie snuje swoją opowieść, nie zanudza szczegółami historycznymi, chociaż widać, że ma obszerną wiedzę i dokładnie maluje tło epoki.
Postacie są żywe, pełnokrwiste, ich emocje są wiarygodne, jedni od razu budzą sympatię, inni wręcz przeciwnie, do niektórych trzeba się przekonywać, bowiem pierwsze wrażenie może być mylne - czyli wszystko układa się jak w prawdziwym życiu.
Książka jest wciągająca, chociaż, znając wcześniej serial, doskonale wiedziałam co będzie dalej. Więcej - przy lekturze przed oczami pojawiały mi się kolejne sceny zapamiętane z telewizyjnego ekranu.

Jeżeli ktoś nie widział serialu a ma możliwość najpierw przeczytać książkę to serdecznie doradzam taką właśnie kolejność. W drugą stronę też oczywiście działa i potrafi zachwycić, czego sama jestem najlepszym przykładem.

sobota, 21 marca 2015

Szwarc, mydło i powidło, czyli notka o wszystkim i o niczym

Miałam takie piękne plany, żeby pisać tak chociaż co drugi dzień, tym bardziej, że byłoby o czym. Jednakże życie się na mnie uwzięło i funduje mi rozmaite przypadłości (najczęściej chorobowo-rodzinne), a jak już wydawało się, że wszystkie możliwości pechowe zostały wyczerpane to przywaliło z drugiej strony. Znaczy się z zawodowej. Bo oto zawisło nade mną (i nad całym naszym gimnazjum) złowrogie widmo ewaluacji zewnętrznej. Kto nauczyciel, ten wie o co mi chodzi, kto nie wie, niech się cieszy, że nie musi tego paskudztwa przechodzić. Produkuję aktualnie jakieś papierzyska nikomu na nic nie potrzebne, zastanawiam się co może być w ankietach, które będzie trzeba wypełniać i noszę się z zamiarem ofiarowania gustownej świecy św. Judzie Tadeuszowi (któren jest, jak wiadomo, patronem od spraw beznadziejnych), żeby mnie nie wylosowano do hospitacji...

A tu się tyle dzieje w naszym blogowym zakątku. Chociażby dyskusje nad naszą blogerską przyszłością i nad jej ewentualnym rozwojem. Wyłapałam trzy wpisy - Szyszki, Oisaja i Elenoir, ale pewnie jest tego więcej. Na razie nie mam głowy do zmian (i prawdę mówiąc nie bardzo widzę potrzeby takowych), ale jak się w pracy gorący okres przewali, a mój młodszy siostrzeniec będzie miał chwilę czasu, to może coś z wyglądem pokombinujemy? Chociaż mnie się te niebieskości bardzo podobają.

No dobra, ponarzekałam, a teraz się pochwalę - kupiłam sobie na urodziny kilka powieści, przede wszystkim "Do trzech razy Natalie" Olgi Rudnickiej i odrabiam się z "recenzyjnymi" książkami, żeby zobaczyć co wymyśliły Sucharskie. Bardzo jestem ciekawa :)


Czytałam ostatnio do posiłków (wiem, że to nieelegancko, ale nie umiem się odzwyczaić) "Wnuczkę do orzechów" - najnowszy tom "Jeżycjady" Małgorzaty Musierowicz. Książka ma różne opinie, chociaż wydaje mi się, ze przeważają te w tonie negatywnym. Mnie się raczej podobała, chociaż mało w niej mojej ulubionej Gabrysi. Momentami wesoła, chwilami nostalgiczna historia Dorotki Rumianek i jej znajomości z dwoma przedstawicielami najmłodszego pokolenia Borejków (właściwie to już nie Borejkowie, tylko Stryba i Pałys) toczy się leniwie jak gorące wakacyjne dni, przerywana od czasu do czasu burzą z piorunami (nic dziwnego, skoro stałym elementem krajobrazu jest Ida z Borejków Pałysowa). Jedno mnie jednak w tej książce drażniło, a mianowicie Ignacy Grzegorz. Już w poprzednich tomach był postacią wzbudzającą we mnie mieszane uczucia, ale tam był jeszcze dzieckiem, a młodocianemu wiele można wybaczyć. Jednak teraz IG jest dorosłym facetem, studentem historii sztuki a zachowuje się jak ostatnia rozmemłana łajza... Małe Rojki są dojrzalsze od niego.Jakim cudem Gabrysia,rozsądna i rzeczowa, wychowała takiego niezgułę? Czekam na sugestie;)

Byłam w tym tygodniu dwa razy w kinie - raz z dzieckiem własnym na "Osiedlu bogów", kolejnej  (tym razem animowanej) odsłonie przygód Asterixa i Obelixa, a raz z dzieckami cudzymi na "Disco Polo".


Film pierwszy serdecznie polecam - tak dzieciakom, jak i ich rodzicom. Galowie w formie, Rzymianie też, Julek Cezar momentami demoniczny (ach, Piotr Fronczewski to ma cudny głos...) - ogólnie fajne i bawiliśmy się świetnie.



Co do filmu drugiego - to przyznaję, że też się całkiem nieźle bawiłam. Początki disco polo świetnie pamiętam, bo w latach 90-tych była już osobą całkiem dorosłą, więc trochę liczyłam na taką podróż w przeszłość. No, wspominek może wiele nie było, ale i tak sporo symboli tamtych lat wyłapałam.

Już po obejrzeniu filmu poszperałam w necie na okoliczność recenzji i szczęka opadła mi z wrażenia. Ja odebrałam film jako pastisz, satyrę na polską wizję "amerykańskiego snu", zabawę konwencją i możliwość pokazania fenomenu muzyki, która pomimo spychania jej gdzieś zupełnie na bok i wręcz udawania, że wcale nie istnieje, ma się całkiem dobrze i cały czas się rozwija (w sensie, że wciąż powstają nowe zespoły). Tymczasem niektórzy recenzenci doszukują się w tym filmie jakiejś misji i filozofii,mało nie porównują z "Idą" czy "Bogami" - no w tym drugim przypadku można ewentualnie porównywać kreacje aktorskie Tomasza Kota czy Piotra Głowackiego. W jednym z artykułów (bodajże z "Wyborczej") autor pastwi się nad tekstami piosenek i odsyła ich twórców na konsultacje do polonisty ze szkoły oraz bije na alarm, że dzieci powinno się chronić przed tego typu muzyką. Chyba szanowny pan dziennikarz nie ma dzieci, bo jakby miał to by wiedział, że one raczej disco polo nie słuchają, tylko hip-hop i rap. A tak przy okazji - już chyba wolałabym, żeby Piotrek wracając ze szkoły wył "Ja uwielbiam ją" niż "Hera, koka, hasz", bo tej zaangażowanej pieśni nauczył się ostatnio od kolegów i z dumą ją zaprezentował w domu. Rozmowa była długa i poważna...

czwartek, 8 stycznia 2015

Przeczytane <=> obejrzane : Hobbit

Zdarzyło się to wiele lat temu.
Był początek maja 1988 roku i jak wielu moich rówieśników zaczęłam gorączkowe przygotowania do matury. Pewnego wieczoru, kiedy siedziałam obłożona książkami i zastanawiałam się czy powtarzać polski, rosyjski, historię czy może propedeutykę (jako uczennica klasy o profilu klasycznym nie zdawałam matematyki), do mojego internatowego pokoju zajrzał kolega i przedstawił mi propozycję nie do odrzucenia. Miał oto do pożyczenia na kilka dni świetną książkę - po prawdzie nigdy o tym "Władcy Pierścieni" nie słyszałam, ale wszystko było lepsze niż walka z podręcznikami...
I tak, zamiast kuć wiedzę zanurzyłam się w świat tolkienowskiego Śródziemia, poznanie przygód Froda i spółki zajęło mi 5 dni i tyleż zarwanych nocy, na pisemną maturę poszłam zielona jak szczypiorek na wiosnę, ale ponieważ Bóg czuwa nad dziećmi i wariatami, nawet nieźle mi te egzaminy poszły.

Kilka lat później przeczytałam "Hobbita" - sympatyczna lektura, ale nie porwała mnie tak jak "Władca". Próbowałam też ogarnąć "Silmarillion", ale temu już nie dałam rady. Tak przy okazji - ostatnio rozmawiałam o tej książce z moim siostrzeńcem, który skwitował ją tak: "Ciocia, to tak jakbyś chciała encyklopedię przeczytać." Coś w tym jest, aczkolwiek nie tracę nadziei, że jednak uda mi się przez ten "Silmarillion"przebrnąć.
Obejrzałam oczywiście ekranizację "Władcy Pierścieni" i zachwyciłam się po raz kolejny. Jednak, kiedy kilka lat temu świat obiegła wieść, że Peter Jackson będzie ekranizował "Hobbita" i planowane są dwie części (które później rozrosły się do trzech) to nieco mnie to zdziwiło. Jak z niewielkiej objętościowo i średnio przeładowanej akcją książki wycisnąć kilka godzin filmu?

Okazuje się, że można. Co więcej, osoby, które nie znają literackiego pierwowzoru twierdzą, że film trzyma w napięciu, jest ciekawy, sprawnie zrobiony, chociaż momentami przesadzono jeśli chodzi o efekty specjalne. Ja akurat wiedziałam "jak się skończy", ale to w żadnym wypadku nie przeszkadzało śledzić z zaciekawieniem tego co się działo na ekranie.

Tak się szczęśliwie złożyło, że miałam możliwość w przeciągu kilku dni przypomnieć sobie "Niezwykłą podróż" i "Pustkowie Smauga"oraz obejrzeć ostatnią część trylogii czyli "Bitwę Pięciu Armii", więc potraktuję te trzy filmy jako jedną całość. Historia grupy krasnoludów, które chcą odzyskać swoją ojczyznę zagarniętą przez okrutnego smoka jest raczej znana, więc nie będę się rozwodzić nad szczegółami fabuły, natomiast chciałam napisać słów kilka na temat samego filmu i jego twórców.
Po pierwsze aktorzy - Richard Armitage jako Thorin i Martin Freeman jako Bilbo to obsadowy strzał w dziesiątkę.
Armitage podobał mi się od samego początku, ale uważam, że na wyżyny wspiął się w ostatniej części - jego bohater jest coraz bardziej uzależniony od złota, niesprawiedliwy, a momentami nawet okrutny wobec swoich towarzyszy, ale równocześnie ma w sobie jeszcze iskierkę dawnego Thorina, dla którego honor i przyjaźń były najważniejsze.
Z kolei Bilbo właściwie cały czas wygląda jakby był z całkiem innej bajki - idzie na wyprawę z krasnoludami, pomaga im, zdarza się, że ratuje niektórym skórę, ale mimo wszystko jest obok. Freeman genialnie ukazał jego ewolucję z lubiącego dobrze zjeść, unikającego życiowych wstrząsów domatora w poszukiwacza przygód, który dla przyjaciół gotów jest do bohaterskich czynów. Który dla ratowania Thorina jest gotów narazić się nawet na jego gniew i odrzucenie. Bilbo walczy po stronie krasnoludów, ale pozostaje sobą - hobbitem, który źle się czuje z bronią w ręku, który tęskni za domem, dla którego złoto nigdy nie będzie ważniejsze od przyjaciela.

W ostatniej części do tej świetnej dwójki dołączył jeszcze jeden aktor - Lee Pace. Jego Thranduil jest kwintesencją elfa - wyniosły, zimny, pozbawiony uczuć (chciałam napisać "pozbawiony ludzkich uczuć", ale to przecież elf a nie człowiek...), ma za nic problemy innych. Krasnoludów nienawidzi niemal na równi z orkami, a ludźmi gardzi - owszem przywozi im jedzenie, ale przecież nie za darmo. Thranduilowi są potrzebni sprzymierzeńcy do ostatecznego starcia z Thorinem. Rzadko się zdarza, żeby tak antypatyczna postać budziła we mnie podziw. A jednak ;)

W filmie Jacksona oprócz postaci znanych z "Władcy Pierścieni", które faktycznie występowały w "Hobbicie" czyli Golluma, Elronda i Gandalfa, pojawiają się jeszcze inni bohaterowie - Galadriela, Saruman, Legolas. Ortodoksyjni wielbiciele prozy Tolkiena bardzo krytykują ten zabieg, ale moim zdaniem jest to świetne nawiązanie do "Władcy", taka zapowiedź tego, co w Śródziemiu wydarzy się za 60 lat. A jeśli obejrzymy film kilka razy, to takich nawiązań zauważymy jeszcze więcej - uwielbiam scenę kiedy Legolas ogląda medalion należący do Gloina, w którym ten ostatni ma portret swojego synka Gimliego.

Morze atramentu rozlało się na okoliczność postaci Tauriel i jej "romansu" z Kilim. Cóż, w powieści nie ma żadnych kobiet, ale świat filmu rządzi się swoimi prawami i czymś dziewczyny do kina przyciągnąć trzeba. A co się sprzedaje lepiej niż związek, które nie ma prawa się zrealizować? I tak mamy przystojnego krasnoluda i uczuciową elfkę, którzy wprowadzają do baśniowego świata nieco romantyzmu. Mnie jakoś specjalnie nie przeszkadza, tym bardziej, że summa summarum wątek Kiliego kończy się tak jak w książce. A to jest najważniejsze.

Tym co może razić w "Hobbicie" jest przeładowanie efektami komputerowymi - walka Barda ze Smaugiem na szczycie drewnianej wieży, Legolas kpiący sobie w żywe oczy z grawitacji, olbrzymy w czasie bitwy czy to "coś' co wygryzało tunele w górach (wyglądało jak czerwie z "Diuny") to, mówiąc delikatnie, przesada. Aczkolwiek zsynchronizowane ruchy elfiego wojska wyglądają bardzo efektownie.

Nie można też zapomnieć o cudnej urody plenerach. Nowa Zelandia po raz kolejny pokazała swoje niezwykłe baśniowe oblicze i chociażby dla niej warto film zobaczyć.

Podsumowując ten nieco przydługi wywód - "Hobbit" mi się podobał, choć nie wszystkie filmy tak samo. Zdecydowanie najlepsza była pierwsza część, natomiast druga i trzecia porównywalne, chociaż momentami przegadane, a przez to słabsze. Nie wiem, czy nie lepiej było poprzestać na dwóch filmach (jak planowano początkowo), a nie rozciągać na siłę. Nie sądzę żeby film stracił na wartości gdyby bitwa była nieco krótsza...
Jest jednak rzecz, która zdecydowanie mi się nie podobała - zakończenie. Tzn. było niby zgodne z pierwowzorem: kto miał zginąć ten zginął, kto miał przeżyć przeżył, ale... Kto czytał ten wie o co mi chodzi. Kto nie czytał niech doczyta ;) I jeszcze to pożegnanie Bilba z krasnoludami - też do kitu.

Co nie zmienia faktu, że do filmu jeszcze pewnie niejeden raz powrócę.


czwartek, 20 marca 2014

Przeczytane <-> obejrzane: Kamienie na szaniec

Byłam ci ja dzisiaj w kinie... 
Fakt, bohaterstwo żadne, tysiące ludzi chodzi i nie robią z tego jakiegoś wielkiego halo. Ja akurat rzadko bywam, bo na wsi nie ma, a wyjazd do miasta to już wyprawa na pół dnia, więc najczęściej na wycieczki z moją klasą się łapię. Tak było i tym razem - cała szkoła wybrała się na "Kamienie na szaniec". Dzieciątkom trzeba przyznać, że zachowywały się nadzwyczaj godnie, ekscesów żadnych nie było, parę dziewcząt się spłakało, kilku chłopców jeszcze dobrze z kina nie wyszło jak już dopominali się "prawdy historycznej" na temat tego co zobaczyli, a moi trzecioklasiści porównywali wersję filmową z literackim oryginałem. Padło również sakramentalne pytanie: "Jak się pani podobało?"
Otóż powiem szczerze, że odczucia mam mocno mieszane...

Czego dotyczy książka (a i film przy okazji) wiedzą pewnie wszyscy, wszak "Kamienie na szaniec" od lat są lekturą szkolną. Co więcej z mojego bibliotekarskiego doświadczenia wynika, że jest to jedna z nielicznych lektur czytana przez młodzież dosyć chętnie i oceniana jako "fajna". Historia przyjaciół, których życie przerwała wojna ciekawi i inspiruje kolejne pokolenia, chociaż trzeba uczciwie przyznać, że w dzisiejszych czasach coraz mniej mamy kandydatów na bohaterów takich jak Rudy, Zośka czy Alek.

Robert Gliński, reżyser filmowej wersji tej historii podjął się zadania dosyć karkołomnego - bo z jednej strony musiał się trzymać prawdy historycznej a równocześnie chciał "uwspółcześnić" swoich bohaterów, tak by stali się bliżsi dzisiejszej młodzieży. I jeszcze film dobrze nie wszedł na ekrany, kiedy podniosła się fala krytyki, że "szargane są narodowe świętości", że reżyser obraża pamięć tych, którzy już sami nie mogą się bronić, że erotyka w takim filmie jest całkiem nie na miejscu, itd., itd... Nie ze wszystkimi zarzutami się zgadzam, aczkolwiek coś jest na rzeczy.
Pierwsze sceny filmu przedstawiają akcje małego sabotażu: napisy na murach, zrywanie flag, "gazowanie" kin czy wybijanie szyb w zakładach fotograficznych - wygląda to jak świetna zabawa, ryzykanctwo, możliwość zaimponowania dziewczynom. To jednak tylko początek, później nastrój zabawy znika, a bohaterowie muszą wykazać się odpowiedzialnością i odwagą niejednokrotnie przerastającą ich młody wiek. I w tym momencie wyraźnie widać, że to nie postacie z pomnika tylko zwyczajni młodzi ludzie, którzy mają wątpliwości, czasem się zwyczajnie boją czy popełniają błędy. "Uczłowieczeniu" (ewentualnie obaleniu tezy o rzekomym homoseksualizmie lansowanej przez pewną uczoną) Rudego i Zośki miały chyba również służyć wątki damsko-męskie, które budzą kontrowersje w niektórych środowiskach. Nie do końca rozumiem o co chodzi - po pierwsze sceny "erotyczne" (w sumie 2) nie są jakoś specjalnie szokujące (w popołudniowych serialach bywa więcej golizny), a po drugie to przecież byli dorośli ludzie (rocznik 1921, czyli w chwili wybuchu wojny mieli po 18 lat) więc chyba normalne, że mieli jakieś sympatie. A fakt, że nikt nie znał dnia i godziny, oraz życie w ciągłym stresie też miały wpływ na intensywność tych związków...

Co mi się zdecydowanie w filmie podobało to muzyka Łukasza Targosza - podkreśla dramaturgię, wzrusza i stanowi świetne uzupełnienie obrazu. Na pochwałę zasługuje również kreacja aktorska Danuty Stenki (matka Rudego), szczególnie scena kiedy po śmierci syna pokazuje jego zdjęcia Zośce - bardzo oszczędna, a przez to niezwykle tragiczna. Andrzej Chyra, Krzysztof Globisz czy Artur Żmijewski również stanęli na wysokości zadania - ich postacie, choć drugoplanowe, zapadają w pamięć.
Jeśli chodzi o młodych aktorów to już tak dobrze nie jest. Niezaprzeczalnie najlepszy jest Tomasz Ziętek grający Rudego. Z niezwykłym wyczuciem stworzył swojego bohatera, zarówno jego wrażliwość, wątpliwości, wewnętrzny opór przed stosowaniem przemocy jak i heroiczną postawę w czasie śledztwa. Może za bardzo wybiegam w przyszłość, ale myślę, że na naszych oczach rodzi się gwiazda. Z kolei Marcel Sabat jako Zośka zupełnie mnie nie przekonał - sztywny, momentami wręcz drewniany, rzucający powłóczyste, mroczne spojrzenia i zaciskający szczęki miał być pewnie bardzo męski, a wyszedł taki sobie. Ale wychowanym na wampirach nastolatkom pewnie się spodoba, bo taki trochę w typie nieumarłym jest.

Ktoś mógłby mi zarzucić, że ciągle tylko Rudy i Zośka, a przecież "Kamienie na szaniec" mają jeszcze trzeciego pierwszoplanowego bohatera czyli Alka. Owszem książka tak, natomiast film już nie. Oczywiście nie można go było pominąć, ale powiem szczerze, że przez kilkanaście minut zastanawiałam się, który z migających na ekranie chłopaków jest Alkiem - przyznaję, nie widziałam żadnego zwiastuna, a i plakatowi się jakoś dokładnie nie przyjrzałam, więc miałam poważne problemy z jego zidentyfikowaniem. A jak już wyłapałam "który to", to trochę mi się przykro zrobiło, bo Kamil Szeptycki był tak doskonale nijaki, że już chyba bardziej się nie dało. Co więcej momentami sprawiał wrażenie jakby był nie do końca przytomny...

Jako że film jest ekranizacją lektury, więc siłą rzeczy robiony jest pod młodzież gimnazjalną. Widać to też trochę w sposobie filmowania - krótkie ujęcia, dynamika wideoklipu, ciągłe zmiany planu i perspektywy mogą męczyć oczy widza przyzwyczajonego do nieco bardziej "klasycznie" prowadzonej kamery. I jeszcze jakaś taka dziwna ołowiana kolorystyka scen kręconych na ulicach Warszawy - nie wiem czemu to miało  służyć... Ale młodym (przynajmniej mojej klasie) się podobało.

Reasumując - film nie jest zły, ale szału nie ma... 

P.S. Koleżanka zwróciła mi uwagę na plakat - czy Wam też przypomina "Zmierzch"?

sobota, 8 czerwca 2013

5 filmów, które są moimi równolatkami

Miałam napisać o książkach, które ostatnio przeczytałam, ale coś brak weny... Zobaczyłam jednak na pewnym blogu taki ciekawy wpis i postanowiłam zrobić własne zestawienie moich filmowych rówieśników.
Zanim jednak o filmach  to parę słów o tym, co jeszcze zdarzyło się w roku 1969.
Najważniejszym wydarzeniem były oczywiście moje narodziny pewnego niedzielnego, marcowego poranka;)
A cztery miesiące później Neil Armstrong odcisnął ślad swojej stopy na Księżycu...

Dla polskiej literatury ten rok nie był zbyt łaskawy - urodziła się co prawda Katarzyna Michalak, jednak odeszli Kazimierz Wierzyński, Marek Hłasko i Witold Gombrowicz. 
Swoją premierę miały takie, klasyczne już, książki: "Ojciec chrzestny" M. Puzo, "Ubik" P.K. Dicka, "Rozmowa w katedrze" M. V. Llosy. Nagroda Nobla w dziedzinie literatury powędrowała do Samuela Becketta.

Muzyka - to przede wszystkim Festiwal w Woodstock od 15 do 18 sierpnia. W grudniu natomiast zadebiutował Michael Jackson (w rodzinnym zespole "The Jackson 5"). Skaldowie śpiewali "Cała jesteś w skowronkach" a Beatlesi "Yellow Submarine"...
Urodzili się: Jennifer Lopez, Maciej Miecznikowski, Gwen Stefani i Jay-Z. Zmarli: Grażyna Bacewicz, Krzysztof Komeda i Judy Garland.

I wreszcie film:)

Oskara dla najlepszego filmu zdobył "Nocny kowboj", jego twórca John Schlesinger otrzymał nagrodę za reżyserię, zaś w kategoriach aktorskich triumfowali John Wayne i Maggie Smith za role pierwszoplanowe oraz Gig Young i Goldie Hawn za drugoplanowe.
Zbyt wcześnie odeszli - Bogumił Kobiela, Sharon Tate, Robert Taylor i Tadeusz Kalinowski.  Natomiast swój pierwszy występ w roli uroczych bobasków zanotowali m.in. Cate Blanchett, Catherine Zeta-Jones, Jennifer Aniston, Renee Zellweger, Julie Delpy, Renata Dancewicz i Matthew McConaughey.

Dobrych filmów powstało kilka, nie wszystkie udało mi się zobaczyć, ale może jeszcze zdążę to nadrobić. A teraz wybrana piątka:



"Czyż nie dobija się koni?"
reż. Sydney Pollack

Historia ludzi biorących udział w maratonie tanecznym w czasach wielkiego kryzysu. Wstrząsający obraz samotności, braku perspektyw, upadku wartości. Zapada w umysł na zawsze.



Butch Cassidy i Sundance Kid"
reż. George Roy Hill

Zawsze lubiłam westerny, a ten jest jednym z lepszych jakie widziałam. A jeszcze do tego jeden z moich ulubionych aktorów, czyli Robert Redford. Za Newmanem nie przepadam, ale podobały mi się jego dwie role, obydwie zagrane w duecie z Redfordem właśnie - tutaj i w "Żądle" H. Gondorffa.



"Easy Rider"
reż. Dennis Hopper

Film o poszukiwaniu wolności i swojego miejsca na Ziemi. Dwaj motocykliści przemierzają Stany Zjednoczone (wcielają się w nich Peter Fonda i Dennis Hopper) z Los Angeles w kierunku Florydy. Początkowo wygląda to na świetną przygodę, jednak im dalej na wschód tym spotyka ich więcej kłopotów, a podróż staje się coraz bardziej niebezpieczna...



"Pan Wołodyjowski"
reż. Jerzy Hoffman

Tu nawet dużo pisać nie trzeba - Tadeusz Łomnicki, Magdalena Zawadzka, Jan Nowicki i Daniel Olbrychski to gwiazdy pierwszej wielkości. A i w tle też sporo świetnych kreacji aktorskich się znajdzie.
Sienkiewicz to niezwykle wdzięczny materiał dla filmowców, a ja filmy historyczne baaardzo lubię.



"Rzeczpospolita babska"
reż. Hieronim Przybył

Żeby nie było, że tylko poważne filmy w 1969 roku powstawały. Komedia o grupie wojskowych osadniczek może nie jest najwyższych lotów, ale bardzo ją lubię:) A jak spojrzeć na obsadę, to co nazwisko to gwiazda...

Z kronikarskiego obowiązku dodam, że powstały wtedy jeszcze m.in. takie filmy:
  • "Wszystko na sprzedaż" A. Wajda
  • "Struktura kryształu" K. Zanussi
  • "Polowanie na muchy" A. Wajda
  • "Dzika banda" S. Peckinpah
  • "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości" R. Hunt - chyba najgorszy film o Bondzie...
  • "Zmierzch bogów" L. Visconti

poniedziałek, 25 marca 2013

Podwójna dawka Virginii Wolff

Dwa miesiące temu pisałam TU o "Godzinach", książce Michaela Cunninghama inspirowanej życiem i twórczością Virginii Wolff. Dzięki uprzejmości Agnes miałam możliwość obejrzeć film nakręcony według tej książki.


Nicole Kidman jako Virginia Wolff
Do film podchodziłam z dużymi oczekiwaniami i nie zawiodłam się. 
Że Meryl Streep wielką aktorką jest wiedziałam już dawno - to jedna z najwybitniejszych artystek naszych czasów. 
Julianne Moore jakoś nigdy mnie nie przekonywała i tym razem też jej kreacja do mnie nie przemówiła - jakaś taka sztuczna, nieprawdziwa ta jej Laura. Ogólnie te fragmenty dotyczące wątku Laury niespecjalnie mi się podobały. 
Oczarowała mnie natomiast zupełnie Nicole Kidman jako Virginia. Od charakteryzacji rozpoczynając - w życiu bym nie powiedziała, że to ona jest... Patrząc na nią widziałam nie aktorkę grającą jakąś postać a prawdziwą osobę, ogarniętą nieuleczalną chorobą, nie potrafiącą sobie radzić w realnym świecie, a równocześnie mającą świadomość swoich problemów i przerażoną tym co się z nią dzieje. 
Podobała mi się też bardzo ścieżka dźwiękowa, która współgrała z obrazem i jeszcze potęgowała emocje. 
Film nie najłatwiejszy w odbiorze (podobnie jak książka) ale z pewnością do niego wrócę. 

***********************************************

"Godziny" ściśle związane są z najbardziej chyba znaną powieścią Virginii Wolff, mianowicie z "Panią Dalloway". W dniu, który przedstawiony jest w "Godzinach" Virginia zaczyna pisać tę akurat książkę, dla Laury jej lektura stanowi impuls do podjęcia ważnych życiowych decyzji, a losy Clarissy to współczesna wersja dziejów jej powieściowej imienniczki. Dostęp do owej osławionej "Pani Dalloway" jest dosyć utrudniony, jednak dzięki pewnej dobrej duszy udało mi się tę książkę przeczytać.

Akcja powieści zamyka się w jednym czerwcowym dniu w 1923 roku. To jeden z wielu zwyczajnych dni, kiedy nic specjalnego się nie dzieje - ulicami przelewają się tłumy ludzi, w parku niańki pilnują swoich bawiących się podopiecznych, politycy dyskutują nad nowymi przepisami prawnymi a znajomi podczas lunchu omawiają najnowsze nowinki.
Klarysa Dalloway wydaje wieczorem w swoim domu przyjęcie, jej mąż Ryszard został zaproszony na lunch do lady Bruton, z Indii przyjeżdża Piotr Walsh, przyjaciel Klarysy z lat młodości, Recja i Septimus Warren Smith spacerują w parku, panna Kilman odwiedza Elżbietę, córkę pani Dalloway - to tylko kilka osób, które los lub przypadek zetknął ze sobą w ten ciepły londyński dzień.
Ale ta zwyczajność to tylko cienka wierzchnia warstwa pod którą kłębią się uczucia i emocje, mogące w każdej chwili wybuchnąć i zniszczyć ustabilizowany, wydawałoby się, świat. Wizyta Piotra wyzwala w Klarysie falę wspomnień z ich wspólnej przeszłości, daje impuls do pewnego podsumowania dotychczasowego życia. Dla Piotra spotkanie z dawną ukochaną również stanowi punkt wyjścia do analizy własnych wyborów i uzmysławia mu, że jego życie dalekie jest od ideału. Septimus Warren Smith zapada coraz głębiej w swoje psychotyczne wizje, jego żona Lukrecja pomimo starań nie jest mu w stanie pomóc, a wizyta antypatycznego lekarza wyzwala walczące w młodym mężczyźnie demony. .Chociaż świat Klarysy i świat Septimusa to dwie diametralnie różne sprawy to jednak mają ze sobą styczność i nawzajem na siebie oddziaływają - można je porównać do bilardowych kul, które potrącają się nawzajem, pozostają w chwilowej styczności a następnie każda biegnie swoim torem.

Atmosferę powieści buduje sposób w jaki Virginia Wolff prowadzi swoich bohaterów. Autorka zastosowała tu technikę zwaną strumieniem świadomości - opis przeżyć, myśli, wspomnień, skojarzeń bohaterów powieści przeplatają się nawzajem dając z jednej strony całościowy obraz postaci, ale z drugiej strony podkreślają swego rodzaju chaos jaki wprowadzają w ich życie pozornie błahe wypowiedzi, gesty czy skojarzenia.
Większość czytelników, którzy przebrnęli przez tę książkę (a nie jest to najłatwiejsza lektura) zachwyca się światem wykreowanym przez angielską pisarkę. U mnie wywołała ona może nie zachwyt, ale uważam, że jest to jedna z lepszych książek jakie zdarzyło mi się czytać.

czwartek, 15 grudnia 2011

Wigilijna magia

Pamiętacie klasowe mikołajki?
Ustalanie zasad, losowanie, kompletowanie paczuszki, wyczekiwanie na swój prezent i... no niestety, bywało, że zamiast radości zdarzało się rozczarowanie...
Mając w pamięci różne okołomikołajkowe historie staram się tak wpłynąć na swoich uczniów aby zamiast robienia paczek zafundowali sobie jakąś przyjemność ogólnoklasową:)

Nie inaczej było w tym roku - moje pierwszaczki świetnie dały się zmanipulo... znaczy się doceniły argumentację pani wychwawczyni i zadecydowały, że jedziemy do kina. A że jesteśmy bardzo towarzyscy to wyjazd organizowaliśmy z równoległą IA. Po przeprowadzeniu burzy mózgów (to huragan normalnie był...) udało się osiągnąć porozumienie i padło na"Listy do M.".
Z przyczyn obiektywnych zaliczyliśmy pewien poślizg w czasie i wreszcie wczoraj mikołajkowy wyjazd doszedł do skutku.

O czym jest film to pewnie większość wie, ale jakby się zdarzył ktoś kto jeszcze nie widział tej komedii świąteczno-romantycznej to powiem, że najogólniej mówiąc jest to film o miłości. I to o miłości w najróżniejszych odmianach. 
Mikołaj pracuje w radiu, jest wdowcem i samotnym ojcem kilkuletniego Kostka, który chciałby, żeby jego tato się zakochał i był szczęśliwy. Doris marzy o wielkiej miłości, która spadnie na nią niespodziewanie i dosłownie zwali ją z nóg. Wychowana w domu dziecka Tosia szuka kogoś kto ją pokocha i przyjmie do swojej rodziny. Mel to z kolei wyrachowany cwaniak dla którego miłość jest wprost proporcjonalna do stanu majątkowego wybranki. Wladi odnosi sukcesy zawodowe nie ma jednak dziewczyny, którą mógłby zaprosić na uroczystą kolację u rodziców. Szczepan i Karina kiedyś się kochali, ale już nawet nie potrafią ze sobą rozmawiać. Betty oczekuje przyjścia na świat dziecka i  kocha swojego nienarodzonego Kazika ogromną matczyną miłością. Małgorzata i Wojciech to wykształceni, majętni i kulturalni ludzie, których życie jest przeraźliwie puste i zimne. Jeszcze Maja, Kacper, Florian, Malina...
W ten jeden wyjątkowy, wigilijny dzień i wieczór ich los się odmieni.

Jak to z komediami romantycznymi bywa jest sporo śmiechu, są momenty wzruszające - generalnie całkiem niezła rozrywka. Duża w tym zasługa aktorów - Maćka Stuhra, Tomasza Karolaka, Agnieszki Dygant, Piotra Adamczyka, Agnieszki Wagner, Wojciecha Malajkata, Beaty Tyszkiewicz czy Leonarda Pietraszaka. Na uznanie zasługują grające w filmie dzieciaki - Julka Wróblewska, Adam Tyniec a przede wszystkim rewelacyjny Kuba Jankiewicz w roli Kostka.

A dla niezdecydowanych zwiastun "Listów do M."