Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przeczytane - obejrzane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przeczytane - obejrzane. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 stycznia 2015

Przeczytane <=> obejrzane : Hobbit

Zdarzyło się to wiele lat temu.
Był początek maja 1988 roku i jak wielu moich rówieśników zaczęłam gorączkowe przygotowania do matury. Pewnego wieczoru, kiedy siedziałam obłożona książkami i zastanawiałam się czy powtarzać polski, rosyjski, historię czy może propedeutykę (jako uczennica klasy o profilu klasycznym nie zdawałam matematyki), do mojego internatowego pokoju zajrzał kolega i przedstawił mi propozycję nie do odrzucenia. Miał oto do pożyczenia na kilka dni świetną książkę - po prawdzie nigdy o tym "Władcy Pierścieni" nie słyszałam, ale wszystko było lepsze niż walka z podręcznikami...
I tak, zamiast kuć wiedzę zanurzyłam się w świat tolkienowskiego Śródziemia, poznanie przygód Froda i spółki zajęło mi 5 dni i tyleż zarwanych nocy, na pisemną maturę poszłam zielona jak szczypiorek na wiosnę, ale ponieważ Bóg czuwa nad dziećmi i wariatami, nawet nieźle mi te egzaminy poszły.

Kilka lat później przeczytałam "Hobbita" - sympatyczna lektura, ale nie porwała mnie tak jak "Władca". Próbowałam też ogarnąć "Silmarillion", ale temu już nie dałam rady. Tak przy okazji - ostatnio rozmawiałam o tej książce z moim siostrzeńcem, który skwitował ją tak: "Ciocia, to tak jakbyś chciała encyklopedię przeczytać." Coś w tym jest, aczkolwiek nie tracę nadziei, że jednak uda mi się przez ten "Silmarillion"przebrnąć.
Obejrzałam oczywiście ekranizację "Władcy Pierścieni" i zachwyciłam się po raz kolejny. Jednak, kiedy kilka lat temu świat obiegła wieść, że Peter Jackson będzie ekranizował "Hobbita" i planowane są dwie części (które później rozrosły się do trzech) to nieco mnie to zdziwiło. Jak z niewielkiej objętościowo i średnio przeładowanej akcją książki wycisnąć kilka godzin filmu?

Okazuje się, że można. Co więcej, osoby, które nie znają literackiego pierwowzoru twierdzą, że film trzyma w napięciu, jest ciekawy, sprawnie zrobiony, chociaż momentami przesadzono jeśli chodzi o efekty specjalne. Ja akurat wiedziałam "jak się skończy", ale to w żadnym wypadku nie przeszkadzało śledzić z zaciekawieniem tego co się działo na ekranie.

Tak się szczęśliwie złożyło, że miałam możliwość w przeciągu kilku dni przypomnieć sobie "Niezwykłą podróż" i "Pustkowie Smauga"oraz obejrzeć ostatnią część trylogii czyli "Bitwę Pięciu Armii", więc potraktuję te trzy filmy jako jedną całość. Historia grupy krasnoludów, które chcą odzyskać swoją ojczyznę zagarniętą przez okrutnego smoka jest raczej znana, więc nie będę się rozwodzić nad szczegółami fabuły, natomiast chciałam napisać słów kilka na temat samego filmu i jego twórców.
Po pierwsze aktorzy - Richard Armitage jako Thorin i Martin Freeman jako Bilbo to obsadowy strzał w dziesiątkę.
Armitage podobał mi się od samego początku, ale uważam, że na wyżyny wspiął się w ostatniej części - jego bohater jest coraz bardziej uzależniony od złota, niesprawiedliwy, a momentami nawet okrutny wobec swoich towarzyszy, ale równocześnie ma w sobie jeszcze iskierkę dawnego Thorina, dla którego honor i przyjaźń były najważniejsze.
Z kolei Bilbo właściwie cały czas wygląda jakby był z całkiem innej bajki - idzie na wyprawę z krasnoludami, pomaga im, zdarza się, że ratuje niektórym skórę, ale mimo wszystko jest obok. Freeman genialnie ukazał jego ewolucję z lubiącego dobrze zjeść, unikającego życiowych wstrząsów domatora w poszukiwacza przygód, który dla przyjaciół gotów jest do bohaterskich czynów. Który dla ratowania Thorina jest gotów narazić się nawet na jego gniew i odrzucenie. Bilbo walczy po stronie krasnoludów, ale pozostaje sobą - hobbitem, który źle się czuje z bronią w ręku, który tęskni za domem, dla którego złoto nigdy nie będzie ważniejsze od przyjaciela.

W ostatniej części do tej świetnej dwójki dołączył jeszcze jeden aktor - Lee Pace. Jego Thranduil jest kwintesencją elfa - wyniosły, zimny, pozbawiony uczuć (chciałam napisać "pozbawiony ludzkich uczuć", ale to przecież elf a nie człowiek...), ma za nic problemy innych. Krasnoludów nienawidzi niemal na równi z orkami, a ludźmi gardzi - owszem przywozi im jedzenie, ale przecież nie za darmo. Thranduilowi są potrzebni sprzymierzeńcy do ostatecznego starcia z Thorinem. Rzadko się zdarza, żeby tak antypatyczna postać budziła we mnie podziw. A jednak ;)

W filmie Jacksona oprócz postaci znanych z "Władcy Pierścieni", które faktycznie występowały w "Hobbicie" czyli Golluma, Elronda i Gandalfa, pojawiają się jeszcze inni bohaterowie - Galadriela, Saruman, Legolas. Ortodoksyjni wielbiciele prozy Tolkiena bardzo krytykują ten zabieg, ale moim zdaniem jest to świetne nawiązanie do "Władcy", taka zapowiedź tego, co w Śródziemiu wydarzy się za 60 lat. A jeśli obejrzymy film kilka razy, to takich nawiązań zauważymy jeszcze więcej - uwielbiam scenę kiedy Legolas ogląda medalion należący do Gloina, w którym ten ostatni ma portret swojego synka Gimliego.

Morze atramentu rozlało się na okoliczność postaci Tauriel i jej "romansu" z Kilim. Cóż, w powieści nie ma żadnych kobiet, ale świat filmu rządzi się swoimi prawami i czymś dziewczyny do kina przyciągnąć trzeba. A co się sprzedaje lepiej niż związek, które nie ma prawa się zrealizować? I tak mamy przystojnego krasnoluda i uczuciową elfkę, którzy wprowadzają do baśniowego świata nieco romantyzmu. Mnie jakoś specjalnie nie przeszkadza, tym bardziej, że summa summarum wątek Kiliego kończy się tak jak w książce. A to jest najważniejsze.

Tym co może razić w "Hobbicie" jest przeładowanie efektami komputerowymi - walka Barda ze Smaugiem na szczycie drewnianej wieży, Legolas kpiący sobie w żywe oczy z grawitacji, olbrzymy w czasie bitwy czy to "coś' co wygryzało tunele w górach (wyglądało jak czerwie z "Diuny") to, mówiąc delikatnie, przesada. Aczkolwiek zsynchronizowane ruchy elfiego wojska wyglądają bardzo efektownie.

Nie można też zapomnieć o cudnej urody plenerach. Nowa Zelandia po raz kolejny pokazała swoje niezwykłe baśniowe oblicze i chociażby dla niej warto film zobaczyć.

Podsumowując ten nieco przydługi wywód - "Hobbit" mi się podobał, choć nie wszystkie filmy tak samo. Zdecydowanie najlepsza była pierwsza część, natomiast druga i trzecia porównywalne, chociaż momentami przegadane, a przez to słabsze. Nie wiem, czy nie lepiej było poprzestać na dwóch filmach (jak planowano początkowo), a nie rozciągać na siłę. Nie sądzę żeby film stracił na wartości gdyby bitwa była nieco krótsza...
Jest jednak rzecz, która zdecydowanie mi się nie podobała - zakończenie. Tzn. było niby zgodne z pierwowzorem: kto miał zginąć ten zginął, kto miał przeżyć przeżył, ale... Kto czytał ten wie o co mi chodzi. Kto nie czytał niech doczyta ;) I jeszcze to pożegnanie Bilba z krasnoludami - też do kitu.

Co nie zmienia faktu, że do filmu jeszcze pewnie niejeden raz powrócę.


niedziela, 30 marca 2014

Oejrzane <-> przeczytane: "Ranczo"

Od kilku już lat nie oglądam telewizji - wyjątek stanowią niektóre transmisje sportowe oraz jeden serial naszej rodzimej produkcji, a mianowicie "Ranczo" w reżyserii Wojciecha Adamczyka. Bardzo mnie zatem ucieszyła wiadomość, że pierwszy sezon tego telewizyjnego hitu doczekał się wersji książkowej, której autorami są scenarzyści serialu, czyli Robert Brutter i Jerzy Niemczuk.

Wilkowyje to niewielka gmina na tzw. "ścianie wschodniej", nieopodal Radzynia Podlaskiego - raczej biedna, trochę zaniedbana, taki kąt gdzie diabeł mówi dobranoc... Pewnego dnia powieje tu jednak wielkim światem, bowiem do wsi przybywa prawdziwa Amerykanka. Lucy Wilska urodziła się co prawda w USA, jednak jej babcia miała w Wilkowyjach  niewielki dworek. Staruszka zmarła a wnuczka przyjeżdża aby objąć spadek. Na miejscu okazuje się, że dom jest zaniedbany i wymaga remontu, ale jest na niego poważny kupiec - sam wójt gminy. Lucy postanawia jednak zostać w Polsce i tak zaczyna się jej przygoda z polsko-wilkowyjską rzeczywistością.
Lucy to osoba wrażliwa, prostolinijna, szczera i otwarta na świat. Jednak życie w ojczyźnie przodków niejednokrotnie ją przerasta, a powszechne tłumaczenie "bo u nas tak już jest" zupełnie jej nie przekonuje.
Lucy obserwuje wieś i mieszkańców, ale i sama jest obserwowana. Niektórzy, szczególnie wójt, który nie może jej darować odmowy sprzedaży domu, są do niej nastawieni niezbyt przychylnie, inni są zwyczajnie ciekawi jak sobie poradzi, jeszcze inni starają się z nią zaprzyjaźnić - najczęściej nie do końca bezinteresownie.
Oczywiście Lucy jest pierwszoplanową postacią tak serialu jak i książki, jednak mamy tu jeszcze trzech innych głównych bohaterów. Kusy to miejscowy pijaczek, człowiek żyjący na marginesie, jednak pod wpływem Lucy stara się zmienić - przy okazji wychodzi na jaw, że skrywa w sobie niejedną tajemnicę. Piotr Kozioł to miejscowy proboszcz, a Paweł Kozioł to wspomniany już wójt gminy Wilkowyje - zbieżność nazwisk nieprzypadkowa, bowiem panowie są braćmi bliźniakami. Wójt i pleban, ateista i duchowny, skłóceni jeszcze w łonie matki, skazani na siebie w niewielkim wiejskim światku - ich największym nieszczęściem jest chyba jednak to, że mają bardzo podobne charaktery. Uparci jak przysłowiowe kozły (nazwisko zobowiązuje...), przekonani o własnej wyższości, nie zawsze w zgodzie z głoszonymi zasadami, potrafią jednak wypracować kompromis.

Jako, że jestem wielką fanką serialu miałam co do książki duże oczekiwania, ale również pewne wątpliwości - bo jednak pomysł przełożenia filmu na książkę jest dosyć ryzykowny. Na szczęście okazały się one bezpodstawne, a książka wciągnęła mnie od pierwszych stron. I wcale mi nie przeszkadzało, że wiedziałam co będzie dalej;)
W niedzielne wieczory możemy oglądać kolejną, już 8 serię "Rancza", nic wiec dziwnego, że przyzwyczaiłam się do grających w nim aktorów i czytając miałam ich przed oczami, a w głowie rozbrzmiewały głosy Cezarego Żaka, Ilony Ostrowskiej, Pawła Królikowskiego, Katarzyny Żak, Marty Lipińskiej, Artura Barcisia czy nieodżałowanego Leona Niemczyka. To też w pewien sposób świadczy o tym, że książka w żaden sposób nie ustępuje swojemu filmowemu pierwowzorowi.

Dla wszystkich wielbicieli serialu (a jeśli wierzyć rozmaitym rankingom jest nas kilka milionów) ta książka powinna być świetną rozrywką. Polecam ją również tym, którzy jeszcze nie znają Wilkowyj i ich mieszkańców, lub dołączyli do widowni "Rancza" przy okazji którejś z późniejszych serii - warto zobaczyć jak to wszystko się zaczęło. A ja mam nadzieję, że niedługo ukażą się książkowe wersje dalszych perypetii Lucy, Kusego i reszty.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości 


czwartek, 20 marca 2014

Przeczytane <-> obejrzane: Kamienie na szaniec

Byłam ci ja dzisiaj w kinie... 
Fakt, bohaterstwo żadne, tysiące ludzi chodzi i nie robią z tego jakiegoś wielkiego halo. Ja akurat rzadko bywam, bo na wsi nie ma, a wyjazd do miasta to już wyprawa na pół dnia, więc najczęściej na wycieczki z moją klasą się łapię. Tak było i tym razem - cała szkoła wybrała się na "Kamienie na szaniec". Dzieciątkom trzeba przyznać, że zachowywały się nadzwyczaj godnie, ekscesów żadnych nie było, parę dziewcząt się spłakało, kilku chłopców jeszcze dobrze z kina nie wyszło jak już dopominali się "prawdy historycznej" na temat tego co zobaczyli, a moi trzecioklasiści porównywali wersję filmową z literackim oryginałem. Padło również sakramentalne pytanie: "Jak się pani podobało?"
Otóż powiem szczerze, że odczucia mam mocno mieszane...

Czego dotyczy książka (a i film przy okazji) wiedzą pewnie wszyscy, wszak "Kamienie na szaniec" od lat są lekturą szkolną. Co więcej z mojego bibliotekarskiego doświadczenia wynika, że jest to jedna z nielicznych lektur czytana przez młodzież dosyć chętnie i oceniana jako "fajna". Historia przyjaciół, których życie przerwała wojna ciekawi i inspiruje kolejne pokolenia, chociaż trzeba uczciwie przyznać, że w dzisiejszych czasach coraz mniej mamy kandydatów na bohaterów takich jak Rudy, Zośka czy Alek.

Robert Gliński, reżyser filmowej wersji tej historii podjął się zadania dosyć karkołomnego - bo z jednej strony musiał się trzymać prawdy historycznej a równocześnie chciał "uwspółcześnić" swoich bohaterów, tak by stali się bliżsi dzisiejszej młodzieży. I jeszcze film dobrze nie wszedł na ekrany, kiedy podniosła się fala krytyki, że "szargane są narodowe świętości", że reżyser obraża pamięć tych, którzy już sami nie mogą się bronić, że erotyka w takim filmie jest całkiem nie na miejscu, itd., itd... Nie ze wszystkimi zarzutami się zgadzam, aczkolwiek coś jest na rzeczy.
Pierwsze sceny filmu przedstawiają akcje małego sabotażu: napisy na murach, zrywanie flag, "gazowanie" kin czy wybijanie szyb w zakładach fotograficznych - wygląda to jak świetna zabawa, ryzykanctwo, możliwość zaimponowania dziewczynom. To jednak tylko początek, później nastrój zabawy znika, a bohaterowie muszą wykazać się odpowiedzialnością i odwagą niejednokrotnie przerastającą ich młody wiek. I w tym momencie wyraźnie widać, że to nie postacie z pomnika tylko zwyczajni młodzi ludzie, którzy mają wątpliwości, czasem się zwyczajnie boją czy popełniają błędy. "Uczłowieczeniu" (ewentualnie obaleniu tezy o rzekomym homoseksualizmie lansowanej przez pewną uczoną) Rudego i Zośki miały chyba również służyć wątki damsko-męskie, które budzą kontrowersje w niektórych środowiskach. Nie do końca rozumiem o co chodzi - po pierwsze sceny "erotyczne" (w sumie 2) nie są jakoś specjalnie szokujące (w popołudniowych serialach bywa więcej golizny), a po drugie to przecież byli dorośli ludzie (rocznik 1921, czyli w chwili wybuchu wojny mieli po 18 lat) więc chyba normalne, że mieli jakieś sympatie. A fakt, że nikt nie znał dnia i godziny, oraz życie w ciągłym stresie też miały wpływ na intensywność tych związków...

Co mi się zdecydowanie w filmie podobało to muzyka Łukasza Targosza - podkreśla dramaturgię, wzrusza i stanowi świetne uzupełnienie obrazu. Na pochwałę zasługuje również kreacja aktorska Danuty Stenki (matka Rudego), szczególnie scena kiedy po śmierci syna pokazuje jego zdjęcia Zośce - bardzo oszczędna, a przez to niezwykle tragiczna. Andrzej Chyra, Krzysztof Globisz czy Artur Żmijewski również stanęli na wysokości zadania - ich postacie, choć drugoplanowe, zapadają w pamięć.
Jeśli chodzi o młodych aktorów to już tak dobrze nie jest. Niezaprzeczalnie najlepszy jest Tomasz Ziętek grający Rudego. Z niezwykłym wyczuciem stworzył swojego bohatera, zarówno jego wrażliwość, wątpliwości, wewnętrzny opór przed stosowaniem przemocy jak i heroiczną postawę w czasie śledztwa. Może za bardzo wybiegam w przyszłość, ale myślę, że na naszych oczach rodzi się gwiazda. Z kolei Marcel Sabat jako Zośka zupełnie mnie nie przekonał - sztywny, momentami wręcz drewniany, rzucający powłóczyste, mroczne spojrzenia i zaciskający szczęki miał być pewnie bardzo męski, a wyszedł taki sobie. Ale wychowanym na wampirach nastolatkom pewnie się spodoba, bo taki trochę w typie nieumarłym jest.

Ktoś mógłby mi zarzucić, że ciągle tylko Rudy i Zośka, a przecież "Kamienie na szaniec" mają jeszcze trzeciego pierwszoplanowego bohatera czyli Alka. Owszem książka tak, natomiast film już nie. Oczywiście nie można go było pominąć, ale powiem szczerze, że przez kilkanaście minut zastanawiałam się, który z migających na ekranie chłopaków jest Alkiem - przyznaję, nie widziałam żadnego zwiastuna, a i plakatowi się jakoś dokładnie nie przyjrzałam, więc miałam poważne problemy z jego zidentyfikowaniem. A jak już wyłapałam "który to", to trochę mi się przykro zrobiło, bo Kamil Szeptycki był tak doskonale nijaki, że już chyba bardziej się nie dało. Co więcej momentami sprawiał wrażenie jakby był nie do końca przytomny...

Jako że film jest ekranizacją lektury, więc siłą rzeczy robiony jest pod młodzież gimnazjalną. Widać to też trochę w sposobie filmowania - krótkie ujęcia, dynamika wideoklipu, ciągłe zmiany planu i perspektywy mogą męczyć oczy widza przyzwyczajonego do nieco bardziej "klasycznie" prowadzonej kamery. I jeszcze jakaś taka dziwna ołowiana kolorystyka scen kręconych na ulicach Warszawy - nie wiem czemu to miało  służyć... Ale młodym (przynajmniej mojej klasie) się podobało.

Reasumując - film nie jest zły, ale szału nie ma... 

P.S. Koleżanka zwróciła mi uwagę na plakat - czy Wam też przypomina "Zmierzch"?

wtorek, 21 maja 2013

Obejrzane <-> przeczytane: Dom duchów.

Isabel Allende to chilijska pisarka, autorka licznych książek z nurtu tzw. realizmu magicznego, z których najbardziej chyba znany jest "Dom duchów", a to za sprawą filmowej adaptacji pod nieco zmienionym tytułem "Dom dusz". Przy okazji - moim zdaniem tytuł filmu jest bardziej adekwatny do treści niż tytuł książki;)         
Ekranizację oglądałam już wiele lat temu, zachwyciły mnie kreacje Meryl Streep, Jeremy'ego Ironsa i Glenn Close - tej ostatniej nie darzę jakoś specjalną sympatią, ale w tym filmie była świetna. Obok nich wystąpiła stojąca u progu kariery Winona Ryder oraz, niezbyt jeszcze znany w Hollywood przybysz z Hiszpanii, Antonio Banderas.   

"Dom duchów" to historia rodziny Trueba od czasu zakończenia I wojny światowej aż do lat 70-tych ubiegłego wieku. 
Esteban Trueba i Clara del Valle to ludzie z dwóch różnych światów. On niezwykle ambitny, twardo stąpający po ziemi, podnosi z ruiny rodzinny majątek i zmienia go we wzorcowe gospodarstwo. Ma wybuchowy charakter i konserwatywne poglądy, w obronie których nie zawaha się poświęcić osób z najbliższego otoczenia. Ona to obdarzona magicznymi zdolnościami marzycielka, nieco oderwana od rzeczywistości, widzi przyszłość, rozmawia z duchami, ale kiedy zachodzi potrzeba potrafi radzić sobie z twardą rzeczywistością. 
Wydawać by się mogło, że jakikolwiek związek tej dwójki nie ma żadnych szans, jednak pobierają się, mają trójkę dzieci i ich małżeństwo jest w miarę stabilne.
W życiu Estebana Trueby ogromną rolę odgrywa polityka - sukces ekonomiczny, który udało mu się odnieść, daje mu wysoką pozycję w państwie, czyni go jedną z najważniejszych postaci chilijskiej partii konserwatywnej i otwiera drogę do senatu. Kariera polityczna oddala go od żony i dzieci, które wybierając życiową drogę stają w opozycji do poglądów głoszonych przez ojca, co doprowadza do licznych spięć i konfliktów gmatwających i tak już niełatwe stosunki rodzinne.

Książka Allende równie dobrze mogłaby nosic tytuł "Dom kobiet", bo chociaż Esteban jest kreowany na głównego bohatera to jego los zależny jest od otaczających go kobiet - obłożnie chorej matki, nadopiekuńczej siostry, zgwałconej chłopki z jego majątku, zmarłej narzeczonej, bujającej w obłokach żony, buntowniczej córki czy ukochanej wnuczki. To one są siłą, która kieruje życiem Estebana.

Historia Trueby wpleciona jest w losy państwa,  jego historię. Obok bohaterów fikcyjnych znajdzie w niej uważny czytelnik postacie istniejące w rzeczywistości - wielkiego poetę Pablo Nerudę, generała Augusto Pinocheta czy prezydenta Salvatore Allende (bliskiego krewnego pisarki). Esteban i jego bliscy zostaną wciągnięci w tryby historii i będą musieli wybrać po której stronie barykady stanąć.

Książka Isabel Allende to piękna, poetycka wizja świata. To historia o uczuciach, o ludzkich wyborach, o nadziei i wierności własnym przekonaniom. Na kartach powieści mieszają się radość i smutek, rozpacz i nadzieja, gniew i przebaczenie. To obraz Chile na przestrzeni niemal całego XX wieku, ale ta historia mogłaby się zdarzyć właściwie w każdym zakątku Ziemi. Bo tak naprawdę losy Ameryki, Europy czy Azji w ubiegłym wieku mają wiele punktów wspólnych...

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Obejrzane<->przeczytane: "Lampart"

Moja młodość durna i chmurna przypadała na lata 80-te ubiegłego wieku. W telewizji dominowało nasze rodzime kino, przeplatane z kinematografią bratnich narodów Europy południowo-wschodniej, a od czasu do czasu (najczęściej w sobotę wieczorem) pojawiały się filmy ze zgniłego Zachodu. Amerykańskich produkcji (poza serialami kryminalnymi) jakoś nie pamiętam, natomiast w pamięć wbiły mi się filmy francuskie - głównie przygodowe, tzw. "płaszcza i szpady", komedie i kryminały. 

Niekwestionowanymi gwiazdorami tamtego okresu byli Jean-Paul Belmondo i Alain Delon. Mnie szczególnie podobał się ten drugi i starałam się oglądać filmy z jego udziałem. W ten sposób poznałam jeden z bardziej znaczących filmów w jego karierze, powstałego w 1963 roku "Lamparta", którego reżyserował Luchino Visconti. Delon zagrał tam Tankreda, cynicznego siostrzeńca głównego bohatera, a partnerowali mu m.in. Burt Lancaster i Claudia Cardinale.
Dopiero później dowiedziałam się, że film jest ekranizacją powieści pod tym samym tytułem, której autorem był włoski pisarza Tomasi di Lampedusa. Musiało minąć jeszcze kilka lat i oto jestem świeżo po lekturze tej książki.

Głównym bohaterem jest książę Fabrizio Salina, stojący na czele jednego z najznamienitszych sycylijskich rodów. Akcja powieści toczy się w niezwykle ważnym dla Włoch okresie, w czasie działań dążących do zjednoczenia wszystkich ziem włoskich w jedno państwo. 
Salina zdaje sobie sprawę, że na jego oczach pada stary świat feudalny, a razem z nim stara arystokracja, której on sam jest przedstawicielem. W walce i ogniu rodzi się nowy porządek społeczny, a szlachetnie urodzonych zastępują ludzie bez rodowodu, ale za to z pieniędzmi. Książę z jednej strony czuje wewnętrzny bunt przeciwko tej sytuacji, ale z drugiej strony zdaje sobie sprawę z tego, że zmian nie da się już cofnąć - symbolem jego pogodzenia się z losem jest zgoda na małżeństwo siostrzeńca Tankreda z piękną i bogatą, ale pochodzącą z nizin, Angeliką.

Książkę Lampedusy można rozpatrywać na różnych płaszczyznach. To powieść historyczna, bowiem pojawiają się w niej postacie autentyczne, opisuje również wydarzenia, które miały miejsce na Sycylii w latach 60-tych XIX wieku. Jest to również powieść psychologiczna obrazująca przemianę zachodzącą w starym księciu. Wreszcie jest to również, a może przede wszystkim, świetna historia obyczajowa prezentująca ludzi, przyrodę, obyczaje i życie codzienne mieszkańców południowych Włoch - od arystokracji, poprzez burżuazję na biedocie kończąc. Pisarz maluje przed naszymi oczami sycylijskie krajobrazy spalone letnim słońcem lub zalewane jesiennymi i zimowymi deszczami, biedne miasteczko czy wreszcie siedzibę Salinów w Donnafugacie - na pozór monumentalną budowlę, a w rzeczywistości nieco zaniedbaną i popadającą w ruinę.

Chociaż książka bardzo dobra, to uczciwie trzeba przyznać, że czyta się ciężkawo - głównie tym, którzy, podobnie jak ja, nie przepadają za zbyt wydłużonymi opisami przyrody. Ale wydaje mi się, że warto sięgnąć po tę lekturę.

poniedziałek, 25 marca 2013

Podwójna dawka Virginii Wolff

Dwa miesiące temu pisałam TU o "Godzinach", książce Michaela Cunninghama inspirowanej życiem i twórczością Virginii Wolff. Dzięki uprzejmości Agnes miałam możliwość obejrzeć film nakręcony według tej książki.


Nicole Kidman jako Virginia Wolff
Do film podchodziłam z dużymi oczekiwaniami i nie zawiodłam się. 
Że Meryl Streep wielką aktorką jest wiedziałam już dawno - to jedna z najwybitniejszych artystek naszych czasów. 
Julianne Moore jakoś nigdy mnie nie przekonywała i tym razem też jej kreacja do mnie nie przemówiła - jakaś taka sztuczna, nieprawdziwa ta jej Laura. Ogólnie te fragmenty dotyczące wątku Laury niespecjalnie mi się podobały. 
Oczarowała mnie natomiast zupełnie Nicole Kidman jako Virginia. Od charakteryzacji rozpoczynając - w życiu bym nie powiedziała, że to ona jest... Patrząc na nią widziałam nie aktorkę grającą jakąś postać a prawdziwą osobę, ogarniętą nieuleczalną chorobą, nie potrafiącą sobie radzić w realnym świecie, a równocześnie mającą świadomość swoich problemów i przerażoną tym co się z nią dzieje. 
Podobała mi się też bardzo ścieżka dźwiękowa, która współgrała z obrazem i jeszcze potęgowała emocje. 
Film nie najłatwiejszy w odbiorze (podobnie jak książka) ale z pewnością do niego wrócę. 

***********************************************

"Godziny" ściśle związane są z najbardziej chyba znaną powieścią Virginii Wolff, mianowicie z "Panią Dalloway". W dniu, który przedstawiony jest w "Godzinach" Virginia zaczyna pisać tę akurat książkę, dla Laury jej lektura stanowi impuls do podjęcia ważnych życiowych decyzji, a losy Clarissy to współczesna wersja dziejów jej powieściowej imienniczki. Dostęp do owej osławionej "Pani Dalloway" jest dosyć utrudniony, jednak dzięki pewnej dobrej duszy udało mi się tę książkę przeczytać.

Akcja powieści zamyka się w jednym czerwcowym dniu w 1923 roku. To jeden z wielu zwyczajnych dni, kiedy nic specjalnego się nie dzieje - ulicami przelewają się tłumy ludzi, w parku niańki pilnują swoich bawiących się podopiecznych, politycy dyskutują nad nowymi przepisami prawnymi a znajomi podczas lunchu omawiają najnowsze nowinki.
Klarysa Dalloway wydaje wieczorem w swoim domu przyjęcie, jej mąż Ryszard został zaproszony na lunch do lady Bruton, z Indii przyjeżdża Piotr Walsh, przyjaciel Klarysy z lat młodości, Recja i Septimus Warren Smith spacerują w parku, panna Kilman odwiedza Elżbietę, córkę pani Dalloway - to tylko kilka osób, które los lub przypadek zetknął ze sobą w ten ciepły londyński dzień.
Ale ta zwyczajność to tylko cienka wierzchnia warstwa pod którą kłębią się uczucia i emocje, mogące w każdej chwili wybuchnąć i zniszczyć ustabilizowany, wydawałoby się, świat. Wizyta Piotra wyzwala w Klarysie falę wspomnień z ich wspólnej przeszłości, daje impuls do pewnego podsumowania dotychczasowego życia. Dla Piotra spotkanie z dawną ukochaną również stanowi punkt wyjścia do analizy własnych wyborów i uzmysławia mu, że jego życie dalekie jest od ideału. Septimus Warren Smith zapada coraz głębiej w swoje psychotyczne wizje, jego żona Lukrecja pomimo starań nie jest mu w stanie pomóc, a wizyta antypatycznego lekarza wyzwala walczące w młodym mężczyźnie demony. .Chociaż świat Klarysy i świat Septimusa to dwie diametralnie różne sprawy to jednak mają ze sobą styczność i nawzajem na siebie oddziaływają - można je porównać do bilardowych kul, które potrącają się nawzajem, pozostają w chwilowej styczności a następnie każda biegnie swoim torem.

Atmosferę powieści buduje sposób w jaki Virginia Wolff prowadzi swoich bohaterów. Autorka zastosowała tu technikę zwaną strumieniem świadomości - opis przeżyć, myśli, wspomnień, skojarzeń bohaterów powieści przeplatają się nawzajem dając z jednej strony całościowy obraz postaci, ale z drugiej strony podkreślają swego rodzaju chaos jaki wprowadzają w ich życie pozornie błahe wypowiedzi, gesty czy skojarzenia.
Większość czytelników, którzy przebrnęli przez tę książkę (a nie jest to najłatwiejsza lektura) zachwyca się światem wykreowanym przez angielską pisarkę. U mnie wywołała ona może nie zachwyt, ale uważam, że jest to jedna z lepszych książek jakie zdarzyło mi się czytać.

czwartek, 21 marca 2013

Przeczytane <-> obejrzane: My, dzieci z Dworca ZOO.

Nie raz i nie dwa razy zdarzyło mi się trafić na gorące dyskusje - co lepsze: Książka czy jej filmowa wersja? Jest też całkiem sporo książek, których nie czytałam a znam tylko ekranizację i staram się  dotrzeć do ich pierwowzorów literackich. Ale jest i tak, że czytałam książkę i chcę sobie skonfrontować swoje wyobrażenie o danej pozycji z wizją speców od srebrnego ekranu. 
I tak przyszedł mi do głowy pomysł na cykl "Przeczytane <-> obejrzane" czyli moje subiektywne porównanie świata książki i filmu. Daruję sobie może tę najbardziej oczywistą oczywistość, czyli ekranizację lektur szkolnych, a skupię się na tych filmach i książkach, które mnie osobiście w jakiś sposób zachwyciły, poruszyły czy... zniesmaczyły.

Na pierwszy ogień pójdzie historia Christiane F. "My, dzieci z Dworca ZOO" sfilmowana w 1981 roku przez niemieckiego reżysera Uli Edela. 
Autobiograficzną opowieść nastoletniej narkomanki przeczytałam jakieś 10 lat temu. Nie powiem, wstrząsnęła mną ta lektura bardzo, do dzisiaj pamiętam co bardziej drastyczne momenty.
Pochodząca z rozbitej rodziny 12 letnia Christiane wchodzi w krąg osób uzależnionych od narkotyków. Zaczyna okazyjnie palić haszysz, później sięga po mocniejsze używki, takie jak LSD, valium a wreszcie zaczyna brać heroinę. Na efekty nie trzeba było długo czekać - szybko przychodzi uzależnienie, najważniejszym celem staje się zdobycie pieniędzy na kolejną dawkę narkotyku. 14-letnia Christiane zostaje prostytutką - na klientów czeka w okolicach tytułowego dworca.

Książka jest zapisem rozmów, jakie z Christiane oraz innymi narkomanami prowadzili dwaj dziennikarze - Kai Herrmann i Horst Rieck. Planowany na 2 godziny wywiad rozrósł się do 2 miesięcy, a zamiast artykułu powstała książka mówiąca o problemie nasilającej się na początku lat 70-tych narkomanii wśród dzieci i młodzieży.
Historia opowiadana jest w narracji pierwszoosobowej i ma to ogromny wpływ na odbiór książki. Christiane opowiada o swoich przyjaciołach, których już nie ma wśród żywych, którzy odeszli z przedawkowania lub odebrali sobie życie, opowiada o próbach zerwania z nałogiem i powrotach do starych przyzwyczajeń, o uczuciu do Detlefa, o powolnym staczaniu się, utracie godności i szacunku do samej siebie. Co znamienne, Christiane opowiada o sobie i o swoim życiu w sposób beznamiętny, niemal wyprany z emocji, tak jakby relacjonowała jakieś nieistotne wydarzenia a nie swoją tragiczną historię. I paradoksalnie, takie podejście do tematu wzbudza w czytelniku ogromne emocje - złość, żal, ale i współczucie. To jedna z tych książek obok których nie można przejść obojętnie.

Chociaż film powstał niemal w tym samym czasie co książka i w Polsce można go było obejrzeć też już dosyć dawno, to ja zapoznałam się z nim dopiero w ubiegłym tygodniu - i to tylko dlatego, że miała go oglądać moja klasa, a ja, znając książkę, wolałam wiedzieć jak wygląda jej filmowa wersja.
Uważam, że film jest dobrze zrobiony (chociaż zdecydowanie mniej drastyczny niż książka) - ponad dwie godziny projekcji mija nie wiadomo kiedy. Nastrój dodatkowo potęguje muzyka, której autorem był David Bowie, ulubiony artysta Christiane.
Na uznanie zasługuje również grająca główną rolę piętnastoletnia Natja Brunckhorst, która w bardzo sugestywny sposób przedstawiła zmiany jakie zachodziły w jej bohaterce - od niewinnej, wrażliwej dziewczynki do zdesperowanej narkomanki, gotowej na wszystko aby tylko zdobyć kilkanaście marek na kolejną działkę.

Tak jak wspomniałam film po raz pierwszy obejrzałam w ubiegłym tygodniu, a dwa dni temu oglądałam go po raz drugi, tym razem z moimi uczniami. Początkowo miałam pewne obawy jak przyjmą tę historię, ale w większości wykazali się ogromną dojrzałością. Pomimo, że są bardzo rozgadani i często trudno ich opanować, przez większość filmu siedzieli w absolutnej ciszy. Na najbliższej lekcji wychowawczej planuję z nimi omówić ten film, ale po kilku uwagach jakie usłyszałam po wyjściu z sali filmowej wnioskuję, że seans spełnił swoje zadanie.

Nie jestem prorokiem i nie potrafię przewidzieć czy kiedyś, w przyszłości, nie dadzą się omamić złudnej wolności i szczęściu jaki mają ponoć dawać narkotyki - mam nadzieję, że nie. W każdym razie ja ze swojej strony staram się robić jak najwięcej, żeby ich uchronić przed losem Christiane, Detlefa, Axela, Babsi i innych...