Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Zielona Sowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Zielona Sowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 czerwca 2015

Wakacyjne podróże w czasie i przestrzeni

Wakacje, znowu są wakacje :D



Co prawda jeszcze mam co nieco papierologii do odrobienia, ale już widać światełko w tunelu. Tradycyjnie wakacje spędzam w domu, więc pewnie częściej będę coś pisać, bo książek całkiem pokaźny stosik czeka na te wolne dni. Ciekawe, jaką aurę zafunduje nam tegoroczne lato - u nas wczoraj i dzisiaj padało... A jeśli na dworze plucha to można poczytać :)
Dzisiejsze rekomendacje co prawda dotyczą książek dla młodszej młodzieży, ale i dorosły może po te książki sięgnąć.

O cyklu "Kroniki Archeo" Agnieszki Stelmaszyk zdarzyło mi się już pisać kilkakrotnie (TU, TU i TU). Niedawno w moje ręce trafił kolejny tom przygód Ostrowskich i Gardnerów pt. "Szyfr Jazona".
W Ratyzbonie, podczas prac budowlanych zostaje odnaleziony grobowiec tajemniczej księżniczki. Znaleziskiem, oprócz archeologów, interesuje się kilka osób - szczególne emocje wzbudza zwierciadło z wygrawerowanymi symbolami. Wszystko wskazuje, że na lusterku jest zaszyfrowana jakaś ważna informacja...
Tym razem obydwie rodziny, panna Ofelia oraz "kasztelan" Ryszard Ostrowski przyjeżdżają do Paryża. Już na samym początku ktoś podmienia walizkę panny Ofelii, właściciel domu w którym rodziny wynajęły pokoje jest bardzo tajemniczy, a i sam dom okazuje się mieć swoje tajemne skrytki...
Gardnerowie i Ostrowscy (i ich dzieci również) zostają wplatani w niebezpieczną rywalizację pomiędzy grupami starającymi się odczytać symbole ze zwierciadła i odnaleźć mityczny skarb - złote runo z opowieści o Jazonie i wyprawie argonautów. Trop wiedzie z Paryża do Normandii, a następnie na Lazurowe Wybrzeże...

Tak jak poprzednie tomy książka charakteryzuje się wartką akcją, przygody są niebezpieczne (niektóre nawet bardzo), ale dzieciaki mają ogromne szczęście i z każdej opresji wychodzą cało. Dorosłemu mogą zgrzytać pewne nieścisłości, ale dzieciakom to nie przeszkadza.
Lektura w sam raz na deszczowy wakacyjny dzień :)

Więcej informacji  o tym co się działo z bohaterami książki można znaleźć na blogu Jima i Martina Gardnerów - http://www.tropiciele.tajemnic.pl/


Druga książka, którą chciałabym polecić również stanowi kontynuację powieści, którą czytałam kilkanaście miesięcy temu. Otóż "Starcie potworów" to drugi tom przygód rodzeństwa Walkerów, z którymi po raz pierwszy spotkałam się przy okazji "Domu Tajemnic".

Sytuacja finansowa rodziny znacznie się poprawiła, wiec młodzi Walkerowie mogą uczęszczać do najlepszej (a przy okazji najbardziej snobistycznej) szkoły w mieście. Niestety same pieniądze to nie wszystko - Eleanor i Brendan nie radzą sobie w nowym środowisku. Kordelii udaje się co prawda zasymilować w nowej szkole, ale i ona ma zmartwienia - młody lotnik, którego poznała w czasie przygód opisanych w "Domu Tajemnic" zniknął...
Jakby tego wszystkiego było mało okazuje się, że Wichrowa Wiedźma nadal żyje a jej ojciec, Król Burz, zrobi wszystko aby odnaleźć córkę oraz "Księgę życzeń i zagłady". Rodzeństwo po raz kolejny będzie musiało stawić czoła niebezpieczeństwom, które kryją się w książkach Denvera Kristoffa. Los rzuci ich w sam środek rzymskiego amfiteatru, znajdą się w samym centrum walk z nazistami, wreszcie trafią do tybetańskiego klasztoru...

Spora dawka adrenaliny, trochę magii i fantastyki (miejscami naukowej), nieco dobrego humoru - to sprawdzona recepta na sukces. Zadziałało przy poprzednim tomie, zadziałało i teraz, tylko... Mam wrażenie, że w kilku miejscach autorzy zabrnęli za daleko w  wymyślaniu fantastycznych perypetii i nie bardzo wiedzieli jak wybrnąć z opresji. Tak, że niektóre rozwiązania mocno naciągane są. Ale ogólnie może być - 12-15 latkom powinno się podobać.

piątek, 22 listopada 2013

Młodzi archeolodzy znów w akcji

Bartek i Ania Ostrowscy oraz Mary Jane, Jim i Martin Gardnerowie to główni bohaterowie cyklu "Kronik Archeo", którego autorką jest Agnieszka Stelmaszyk. Ich rodzice są światowej sławy archeologami, więc dzieci od zawsze miały styczność z historią. Do tej pory powstało sześć książek o ich przygodach, a w ostatnim czasie pojawił się siódmy tom pt. "Przepowiednia Synów Słońca". 
W poprzednich tomach dzieciaki szukały już zaginionego grobowca egipskiej królowej, złotego posągu greckiego boga, krzyżackiego skarbu, japońskiego wachlarza dającego swojemu właścicielowi nieśmiertelność oraz Diamentowej Doliny, świętego miejsca australijskich Aborygenów. Tym razem los (i fantazja autorki) funduje im wyprawę w głąb południowoamerykańskiej dżungli...

To miały być spokojne wakacje w angielskim zamku - młodzi Ostrowscy i Gardnerowie przebywają z wizytą u lady Ginevry Carnarvon, natomiast ich rodzice prowadzą prace wykopaliskowe w Chinach. Pewnej nocy Bartek odbiera rozpaczliwy telefon od panny Ofelii Łyczko - młoda kobieta znajduje się w Peru i najprawdopodobniej została porwana. Dzieciaki  postanawiają ruszyć na ratunek - oczywiście muszą mieć opiekę, więc razem z nimi wybiera się lady Ginevra oraz słynny londyński detektyw Gordon Archer. Z Polski ma dojechać stryj Bartka i Ani, jednak okazuje się, że nie tylko panna Ofelia znalazła się w poważnych kłopotach. 
W dalekich Chinach kończą się wykopaliska w których uczestniczą polscy i angielscy archeologowie - w ostatnim dniu pani Beata Ostrowska odnajduje tajemniczą skrzynkę ze złotą rzeźbą przedstawiającą tratwę z inkaskimi wojownikami. W nocy w obozie wybucha pożar, znika chiński profesor i tajemnicze znalezisko, a Ostrowscy i Gardnerowie trafiają do więzienia z zarzutem popełnienia morderstwa, za które grozi im kara śmierci... 

Książkę przeczytałam w jedno popołudnie i mam trochę mieszane uczucia jeśli o nią chodzi... Odbiorcą docelowym jest czytelnik w wieku około 10 lat, więc w książce musi się sporo dziać, bohaterowie mają cudem unikać niebezpieczeństw i ostatecznie wszystko musi się skończyć dobrze - i to wszystko tu jest, więc niby w porządku. Ale tylko niby, bowiem nawet książka dla dzieci (o ile nie jest to czysta fantastyka) powinna się chociaż trochę trzymać realiów. A z tym w "Przepowiedni Synów Słońca" jest bardzo różnie. 
Już na samym początku mamy taki obrazek - Bartek po odebraniu telefonu od panny Ofelii decyduje, że muszą jechać do Peru i już trzeciego dnia lądują w Limie... Nawet jeśli Polacy nie muszą mieć wiz aby odwiedzić Peru (bo nie wiem czy muszą czy nie muszą), to jednak Ostrowscy są nieletni, tak samo jak ich angielscy przyjaciele i chyba podróż na antypody wymaga jakiejś zgody rodziców, albo co... 
Dalej wcale nie jest lepiej - dzieci praktycznie nie znają języka hiszpańskiego, ale bez problemów dogadują się z krajowcami, w ciągu niecałej godziny znajdują informację na temat rejonu kraju gdzie zaginęła panna Ofelia oraz przewodnika, który niemal się narzuca z chęcią pomocy, pomimo, że chodzi o wyprawę w niezwykle niebezpieczne okolice. A następnie dzieciaki (praktycznie bez przygotowania) ruszają w podzwrotnikową dżunglę... 
A tak z drugiej strony, może się czepiam, bo jestem dorosła i inaczej patrzę na świat niż dziesięciolatki? I to co mnie drażni dla nich jest zupełnie nieistotne? Muszę chyba przetestować tę lekturę na docelowej grupie wiekowej.

Podobnie jak to było z poprzednimi książkami z cyklu, na marginesach znajdują się objaśnienia trudniejszych słów oraz biogramy sławnych postaci wspominanych w tekście, więc przy okazji lektury młody człowiek może się czegoś nauczyć.
Dla wszystkich wielbicieli "Kronik Archeo" jest to pozycja obowiązkowa, a ja, pomimo pewnych obiekcji, myślę, że młodemu czytelnikowi ta historia się spodoba. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości 



poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Na tropie skarbu Wikingów

Jeśli spojrzymy na mapę Pomorza Zachodniego bez trudu zauważymy u ujścia Odry dwie wyspy - Wolin i Uznam. Według staronordyckich legend na Wolinie istniała w średniowieczu warowna osada zwana Jomsborgiem. Założyć miał ją duński król Harald Sinozęby, a pierwszym jarlem (dowódcą) miał być Palnatoki (najprawdopodobniej jest to postać fikcyjna). Istnienie Jomsborga jest sprawą dyskusyjną, ale prawdą jest to, że wyspę często nawiedzali Wikingowie - świadczą o tym artefakty odnajdowane przez archeologów. Pamiątki po morskich rozbójnikach znajdują się również na innych bałtyckich wyspach - nic dziwnego, bowiem północne wybrzeża Bałtyku stanowiły ojczyznę Wikingów.

Skarby Wikingów (podobnie jak i zaginione bogactwa templariuszy) rozpalają wyobraźnię różnego autoramentu poszukiwaczy, archeologów amatorów czy zwyczajnych złodziei, którzy na handlu kradzionymi dziełami sztuki zbijają całkiem niezłą kasę. Zwłaszcza ci ostatni stanowią istną plagę dla naukowców badających ślady przeszłości ukryte w ziemi.

Kolejny tom "Kronik Archeo", cyklu powieści przygodowych dla dzieci autorstwa Agnieszki Stelmaszyk, osnuty jest wokół legendarnego skarbu, który ukrył Palantoki. Na jego ślad wpadł duński profesor Ragnar Storm, jednak odkryciem zainteresował się ktoś jeszcze i uczony został uprowadzony. Udało mu się na szczęście ukryć notes z wynikami swoich badań, a informację o zapiskach przekazał swojemu doktorantowi Christianowi Bjerregaardowi. Niestety również on jest ścigany przez bezwzględnych złoczyńców - starając się zmylić pogoń trafia na wyspę Bornholm, gdzie przekazuje cenne notatki grupce przypadkowo spotkanych dzieci. Sam nie wie jakie ma szczęście - notes przekazał bowiem dzieciom wybitnych archeologów, którzy na wyspie przebywają na wakacjach. Młodzi Ostrowscy i Gardnerowie postanawiają rozwiązać zagadkę tajemniczego notatnika, tym bardziej, że ma on najprawdopodobniej związek z dziwnymi zdarzeniami na Wolinie, gdzie kilka dni wcześniej rodzice Bartka i Ani uczestniczyli w wykopaliskach.

Podobnie jak w poprzednich tomach serii dzieciaki przeżywają ekscytujące i niebezpieczne przygody, udaje im się jednak wyjść z  nich w miarę cało. Akcja powieści toczy się na Wolinie i na Bornholmie - oprócz fabuły autorka przekazuje sporo ciekawostek na temat tych dwóch wysp, opisuje ciekawe miejsca, tak, że gdyby ktoś chciał ruszyć śladami młodych archeologów może posiłkując się książką zaplanować trasę wycieczki. 
Jeśli chodzi o trudniejsze zwroty, czy postacie historyczne to to tak jak poprzednio są one wyjaśnione na marginesie, a definicje wzbogacone są rysunkami, tak, że młody czytelnik, bez problemu powinien sobie dać radę z lekturą, a prócz rozrywki dostanie też pewną ilość wiedzy. 
Być może stanie się to dla niego początkiem bliższej znajomości z historią i kulturą Wikingów?




wtorek, 4 czerwca 2013

Rodzic archeolog to prawdziwy skarb

Co jakiś czas różne mądre osobistości załamują ręce nad stanem czytelnictwa wśród dzieci i młodzieży. Aby podnieść poziom tegoż organizowane są rozmaite szkolenia, projekty, granty czy coś tam jeszcze - oczywiście dla dorosłych. Chyba po to, żeby liczba zawodzących nad nieczytatym młodym pokoleniem się zwiększyła, bo w grupie to zawsze przyjemniej jojczyć...
O tym, że lektury nie do końca przystają do tego co dzieci interesuje, o tym, że niestety, nie wszyscy nauczyciele potrafią zarazić pasją czytania, o tym, że biblioteki nie mają funduszy na zakup nowości to wiadomo powszechnie i nie ma się nad czym rozwodzić, bo choćbym tu nie wiadomo jaki elaborat napisała to i tak tego nie zmienię. 
Co zatem robić? Cóż, trzeba szukać, szukać, szukać aż się znajdzie wśród oferty wydawniczej coś co naszego milusińskiego zainteresuje. Nie ma lekko;)

Zupełnym przypadkiem, za namową pewnego znajomego księgarza, kupiłyśmy w ubiegłym roku do naszej szkolnej biblioteki cztery tomy "Kronik Archeo" autorstwa Agnieszki Stelmaszyk. Starannie wydane, w twardych, kolorowych okładkach bardzo ładnie prezentowały się na półce, tyle, że jakoś  nie było tłumu chętnych poznać je czytelników. Karta się odwróciła, kiedy, trochę na siłę, wcisnęłyśmy pierwszy tom jednemu z naszych stałych bywalców. Po weekendzie chłopak przyszedł i poprosił o kolejny tom wszem i wobec głosząc, że bardzo fajna ta książka. Zaraz znalazł się inny chętny i od tej pory "Kroniki" są w ciągłym ruchu, a my zostałyśmy zmuszone do zakupu tomu piątego;)

Tak wygląda target docelowy "Kronik"
po wysłuchaniu pierwszego tomu
Bohaterami cyklu jest piątka dzieci: Bartek i Ania Ostrowscy oraz Mary Jane, Jim i Martin Gardnerowie. Państwo Ostrowscy oraz pan Gardner są światowej sławy archeologami, specjalizującymi się w historii starożytnego Egiptu, często razem pracują, więc nic dziwnego, że ich dzieci znają się i przyjaźnią. zdarza się też, że dzieciaki mają możliwość obserwować pracę rodziców, a przy okazji przeżyć wspaniałe, choć niebezpieczne przygody. Młode pokolenie jest niezwykle przedsiębiorcze, potrafi mocno zewrzeć szyki i bez większego problemu pokonać nie tylko groźnych przestępców i złodziei dzieł sztuki, ale nawet dają radę wywieść w pole pannę Ofelię Łyczko, najbardziej zasadniczą spośród opiekunek.
W pierwszym tomie swoich przygód dzieciaki szukają grobowca królowej Nefertiti, w drugiej złotej rzeźby pochodzącej z mitycznej Atlantydy, w kolejnej krzyżackiego skarbu, czwarty tom przenosi ich do Japonii, gdzie kilka osób toczy zawziętą walkę o wachlarz młodości, wreszcie w tomie piątym ruszają przez Australię, tropem zbiega z kolonii karnej, który miał ponoć dotrzeć do Diamentowej Doliny. Dla porządku dodam, że właśnie ukazał się tom szósty, którego akcja osnuta jest wokół skarbu Wikingów.

"Kroniki Archeo" przeznaczone są właściwie dla dzieciaków w wieku 8-10 lat, aczkolwiek bardzo chętnie czytali je również gimnazjaliści. Ich największą zaletą jest wartka akcja, przygoda, trochę niebezpieczeństwa i sporo uśmiechu, a to głównie za sprawą Jima i Martina.
Jako, że książki siłą rzeczy dotyczą historii to sporo w nich określeń, nazw czy nazwisk o których przeciętny 10-latek raczej nie słyszał. Nie stanowi to jednak żadnego problemu - w tekście umieszczone jest mnóstwo ilustracji, a na marginesach można znaleźć przystępne objaśnienie nieznanych pojęć.

Kilka dni temu Bazyl na swoim blogu pisał o pierwszym tomie "Kronik" i przy okazji wspomniał o ilustracjach, że są w typie "martynkowym" - cóż nie każdy taki typ plastycznej ekspresji lubi. Mnie jakoś specjalnie w zębach nie zgrzytają, aczkolwiek, nie ma co ukrywać, są kiczowate. A tak przy okazji - w pewnym momencie zaczęłam mieć całkiem niezłą zabawę, odgadując do jakich gwiazd ekranu są podobne osoby uwiecznione na obrazkach. Rozpoznałam m.in. Edytę Olszówkę i Collina Firtha...

Piotrkowi, który wysłuchał pierwszego tomu jak na razie się podoba, mnie właściwie też, chociaż tom czwarty to trochę chyba za bardzo odjechany jest. Ale z drugiej strony ja sama niedługo zacznę być zabytkiem, więc się może nie powinnam wypowiadać na temat literatury nie dla mnie przeznaczonej...

Dzieć, czyli target docelowy, mówi, że fajne - i tego będziemy się trzymać:)


sobota, 29 września 2012

Dwa w jednym czyli klasyka literatury rosyjskiej

Książeczka o której dzisiaj słów parę chcę napisać stanowi realizację dwóch wyzwań - na okoliczność Trójki e-pik miałam przeczytać coś z klasyki obcej, natomiast Book-trotter na tn miesiąc zalecał jakąś pozycję z literatury rosyjskiej. A obydwa te wyzwania spełnia... no "Anny Kareniny" ani "Wojny i pokoju" nie dałam rady przeczytać, ale niewielki zbiorek pt. "Śmierć urzędnika i inne opowiadania" autorstwa Antoniego Czechowa w obydwie kategorie się wpasowuje.

Antoni Czechow to jeden z najważniejszych pisarzy rosyjskich i aż wstyd się przyznać, że do ostatnich dni znany mi jedynie z nazwiska i skrótowej biografii. Z wykształcenia lekarz, z zamiłowania pisarz i dramaturg, żył zaledwie 44 lata ale zostawił po sobie całkiem sporą spuściznę - kilka dramatów ("Wiśniowy sad", "Wujaszek Wania", "Trzy siostry" - żeby wymienić te najbardziej znane), jedną powieść oraz  kilkadziesiąt nowel i opowiadań. W zbiorku, który czytałam znalazło się osiem utworów - tytułowa "Śmierć urzędnika" oraz "Kameleon", "Końskie nazwisko", "Kapral Priszibejew", "Dyplomata", "Romans w kontrabasie", "Bezbronna istota" oraz "Człowiek w futerale". Wszystkie historie (oprócz ostatniego utworu) są bardzo króciutkie, 3-4 strony, ponieważ autor uważał, że "sztuka pisania jest sztuką skracania a zwięzłość jest siostrą talentu".

Kierując się tą dewizą pomija Czechow w swoich utworach wszelkie opisy czy to przyrody, czy wnętrz w których toczy się akcja, nie znajdzie tam czytelnik właściwie żadnej charakterystyki bohaterów zarówno  zewnętrznej jak i  wewnętrznej, brak też jakiegokolwiek odautorskiego komentarza - to trochę tak, jakby ktoś opowiadał jakąś anegdotkę, bez zbędnego rozbudowywania wątku, bez większego zaangażowania w opowiadaną historią, najkrótszą drogą do puenty a ewentualne komentarze zostawia w gestii słuchacza, czy w tym wypadku czytelnika.
Czechow był doskonałym obserwatorem życia i ludzi - jego opowiadania to nieco ironiczny obraz ludzkich wad i śmiesznostek, głównie tych prezentowanych przez carskich urzędników, nadmiernie drobiazgowej biurokracji, zacofania, ludzkiej głupoty i podłości. Rosja w ktorej przyszło żyć pisarzowi to kraj ogromnych kontrastów - z jednej strony rozrzutność warstw posiadających a z drugiej skrajne ubóstwo chłopstwa i nienajlepsza sytuacja drobnego mieszczaństwa. 

Nie ukrywam, że do pewnego momentu opowiadania Czechowa mnie śmieszyły. Dopiero później przyszła refleksja, że autor pokazuje, może w nieco przerysowany sposób, prawdziwe życie mieszkańców imperium rosyjskiego końca XIX wieku. I że zwykli ludzie musieli stykać się z bezdusznymi, aroganckimi, leniwymi czy przekupnymi urzędnikami, że niżsi urzędnicy byli często pogardzani i prześladowani przez swoich zwierzchników, że policja brutalnie traktowała obywateli a sprawiedliwość wyroku była zależna od pozycji społecznej osób pośrednio lub bezpośrednio zainteresowanych w sprawie. I wtedy stało się to mniej śmieszne a bardziej straszne...

piątek, 10 sierpnia 2012

Lektury małoletniej Ani - odc. 5

Kolejna wyprawa w przeszłość - tym razem sprowokowana książeczką czytaną z Piotrusiem, bo staram się aby i on poznał najpiękniejsze książki mojego dzieciństwa.

Frances Hodgson Burnett to brytyjska pisarka urodzona w 1849 roku w Manchesterze. W wieku 16 lat wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych, w których mieszkała do końca życia - zmarła w 1924 roku w Plandome w stanie Nowy Jork.

Była autorką opowiadań i powieści dla dorosłych, ale największą popularność i nieśmiertelną sławę przyniosły jej książki dla dzieci. Napisała ich kilkanaście, większość była w różnych okresach wydawana w Polsce, natomiast do dzisiaj na bibliotecznych półkach znajdują  się właściwie tylko trzy - "Mały lord", "Mała księżniczka" i "Tajemniczy ogród".
Wszystkie one były adaptowane na potrzeby teatru, filmu a nawet musicalu, tłumaczono je na wiele języków i na stałe wpisały się do kanonu literatury dziecięcej.

"Mały lord" to historia siedmioletniego Cedryka mieszkającego wraz z matką w Nowym Jorku. Pewnego dnia okazuje się, że na skutek kilku nieszczęśliwych wypadków chłopczyk staje się jedynym spadkobiercą tytułu hrabiowskiego należącego do jego dziadka ze strony ojca. Aby objąć dziedzictwo musi udać się do Anglii i zamieszkać z dziadkiem - starym, zgorzkniałym, schorowanym arystokratą. Sytuację komplikuje fakt, że dziadek nienawidzi matki chłopca, uważa, że podstępem wdarła się do szlacheckiej rodziny i zabrania jej przekroczenia progu swojego domu - ma ona zamieszkać w niewielkim domku w sąsiedztwie  hrabiowskiego zamku a synek będzie ją mógł odwiedzać.
Mały chłopiec, swoją dobrocią, miłością i szlachetnością szybko podbija serca zamkowej służby i okolicznych dzierżawców, a i stary hrabia nie potrafi się oprzeć jego urokowi...

Bohaterką "Małej księżniczki" jest siedmioletnia Sara Crewe, umieszczona przez ojca w londyńskiej pensji dla dziewcząt kierowanej przez pannę Marię Minchin. Panna Minchin wiedząc, że kapitan Ralf Crewe jest człowiekiem szalenie bogatym traktuje małą Sarę z  niezwykłą pobłażliwością i spełnia wszystkie jej zachcianki. Kiedy Sara kończy 11 lat okazuje się, że ojciec dziewczynki umarł a majątek przepadł - dziewczynka  z dnia na dzień zostaje zdegradowana do roli służącej, musi ciężko pracować na swoje utrzymanie, mieszka w nędznej izdebce na poddaszu i bardzo często chodzi głodna i przemarznięta. Jednak Sara nie załamuje się tak drastyczną odmianą swojego losu w czym pomaga jej bogata wyobraźnia oraz przyjaciółki: pensjonarki - Ermengarda i Lotka, służąca Rózia a także oswojony szczur Melchizedek.

Jednak najpopularniejszą książką tej autorki jest chyba "Tajemniczy ogród", a to za sprawą nastrojowej ekranizacji z 1993 roku, którą reżyserowała Agnieszka Holland a także z tego powodu, że jest to lektura szkolna...

Mary Lennox to urodzona i wychowana w Indiach 10-latka, której rodzice umierają w czasie epidemii. Dziewczynka zostaje wysłana do Anglii, gdzie ma zamieszkać w domu nieznanego jej wuja. Jak się okazuje krewny większość czasu spędza w podróżach i dziewczynka przebywa praktycznie sama w wielkim domu. Rozpieszczona i samolubna Mary musi się przyzwyczaić do zwyczajów panujących w starym domu. Idzie jej to z trudem, ale wszystko się zmienia kiedy zaprzyjaźnia się z wiejskim chłopcem Dickiem oraz dokonuje dwóch niesamowitych odkryć - pierwsze z nich to zaniedbany, ogrodzony wysokim murem różany ogród a drugim jest jej kuzyn Colin, chory chłopiec zamknięty w jednym z licznych pokojów ogromnego domu. 
Mary, Dick i Colin, już we trójkę przeżywają niezapomniane lato w tajemniczym ogrodzie...

Bohaterami tych książek są dzieci, które muszą stawić czoła poważnym problemom, pod ciężarem których zdarza sie polec dorosłym. Jednak Cedryk, Sara i Mary nie poddają się, zwyciężają przeciwności i mają przy tym zbawienny wpływ na swoje otoczenie. Cedryk i Sara to wręcz anioły w postaci dzieci, bohaterowie bez wad i co tu dużo mówić mało rzeczywiści. Oczywiście czytając o spotykających ich nieszczęściach płakałam rzewnymi łzami (szczególnie nad Sarą) i nie było ważne, że doskonale wiem jak się książka skończy. Mój egzemplarz "Małej księżniczki" wchłonął tyle łez, że wyglądał jak podtopiony...
Zupełnie inaczej ma się sprawa z Mary Lennox - początkowo to taki, używając dosadnego określenia,  "rozwydrzony bachor". Jak się jednak czytelnik może przekonać Mary jest mądrą i wrażliwą dziewczynką, wystarczyło tylko trochę uwagi, którą poświeciła jej Marta, jedna ze służących, która mając kilkoro młodszego rodzeństwa potrafiła trafić do bardzo samotnego i nieszczęśliwego w gruncie rzeczy dziecka. I własnie Mary, ze swoimi wadami i nawykami jest bohaterką na wskroś prawdziwą, z którą młody czytelnik może się identyfikować.

Ale jakby nie było - te trzy powieści Francis Hodgson Burnett to żelazny repertuar dla dzieciaków w wieku 8-12 lat. 
A i dla tych starszych też;)

środa, 18 stycznia 2012

Ostatnie spotkanie z Tomkiem i Huckiem

Mam dla Was takie zadanie - wymieńcie tytuły książek Marka Twaina przeznaczonych dla dzieci. I pewnie się wiele nie pomylę zgadując, że padną trzy tytuły: "Książę i żebrak", "Przygody Tomka Sawyera" i "Przygody Hucka". Do niedawna i ja byłam przekonana, że tych książek jest tylko tyle. Ale kilka dni temu szukając czegoś w mojej szkolnej bibliotece natknęłam się na dwie nieznane mi książeczki o Tomku i Hucku a mianowicie "Wielką podróż Tomka Sawyera" oraz "Tomek Sawyer detektywem".

Pierwsza z książeczek opowiada o tym jak Tomek, Huck oraz Murzyn Jim wybrali się do St. Louis aby obejrzeć start balonu. Zanim on nastąpił publiczność mogła od środka obejrzeć gondolę i oczywiście chłopcy nie przepuścili takiej okazji. Zanim jednak zdążyli z niej wysiąść balon wystartował a podróżujący nim szalony naukowiec nie chciał nawet słyszeć o wypuszczeniu nadprogramowych pasażerów. W wyniku nieszczęśliwego wypadku właściciel balonu ginie a chłopcy i Jim już sami kontynuują podróż. 
Książka jest czymś na pograniczu opowieści fantastycznej i przesiąkniętej dydaktyzmem opowiastki. Balon osiąga niesamowitą (nawet na dzisiejsze możliwości) szybkość, unosi się na niebotyczną wysokość, tak, że widać z niego, że Ziemia jest kulą, z Kairu do St. Louis można dotrzeć w ciągu kilku godzin, itp. Z kolei Tomek z sympatycznego wisusa zmienił się w przemądrzałego nastolatka, wywyższającego się nad Hucka i Jima. Usiłuje im wpoić wiedzę z zakresu geografii, literatury, historii natomiast jego przyjaciele przedstawieni są jako ograniczeni prostaczkowie. Co szczególnie mnie raziło to takie przedstawienie Hucka - o którym różnie można było myśleć, ale zdecydowanie nie można było chłopcu odmówić wrodzonego sprytu i inteligencji...
Niestety, pomimo ogromnej sympatii dla autora, muszę stwierdzić, że książka była miejscami nudnawa i nie ma tego uroku co pierwszy i drugi tom serii o przygodach Tomka i Hucka.

Druga książeczka jest, jak twierdzi autor oparta na faktach - opisana zbrodnia oraz proces sądowy miały miejsce w Anglii. Mark Twain przeniósł miejsce akcji do miasteczka, w okolicy którego mieszkają wuj Silas  i ciotka Sally - czytelnicy mogli ich poznać na kartach "Przygód Hucka". Tomek i Huck płynąc parowcem w odwiedziny do krewnych spotykają ukrywającego się złodzieja, którego łupem padły dwa cenne diamenty. Po przybyciu na miejsce niemal od razu wplatują się w kryminalną aferę - zginął zatrudniany przez wuja Silasa człowiek a sam wuj staje się głównym podejrzanym w śledztwie. Chłopcy starają się dowieść jego niewinności i odnaleźć prawdziego zabójcę.
Tę książeczkę czyta się nieco lepiej niż wspomnianą wyżej "Wielką podróż" jednak i jej daleko do "Przygód Tomka" i "Przygód Hucka". Intryga kryminalna jest tak przejrzysta, że chłopcy musieliby być całkowicie pozbawieni inteligencji żeby ją rozwiązać - głowią się nad nią jednak przez kilka tygodni...

Generalnie te dwie powieści Marka Twaina nieco mnie rozczarowały - być może powodem tego "spadku formy" jest fakt, że powstały te książeczki kilkanaście lat po dwóch pierwszych tomach. Miejscami miałam wrażenie, że historia powstała tylko po to, żeby opowiedzieć młodemu czytelnikowi o strefach czasowych, zjawiskach klimatycznych czy historii Egiptu - powód jak najbardziej chwalebny, ale czy trzeba było w to angażować Tomka i Hucka, urwisów z miasteczka St. Petersburg nad Missisipi? 

Bo gdyby to byli inni, nie znani mi bohaterowie to może i odbiór książki byłby inny - tymczasem spodziewałam się kontynuacji zabawnych przygód znajomych urwisów a otrzymałam, może i wartościową pod względem dydaktycznym, nudnawą historyjkę ze szkolnych wypisów.

Aczkolwiek może innym fanom Tomka i Hucka przypadnie ona do gustu...

niedziela, 3 lipca 2011

Wśród lasów i uroczysk nasze początki...

W czasach kiedy uczęszczałam do szkoły podstawowej "Stara Baśń" była lekturą uzupełniającą bodajże w VII klasie. Jako wzorowa uczennica i nałogowa czytelniczka nie wyobrażałam sobie, że mogę nie przeczytać jakiejś lektury. Wypożyczyłam więc rzeczoną książkę z biblioteki, rozpoczęłam czytanie i... w połowie II rozdziału poległam. Zwyczajnie nie mogłam tego czytać, na sam widok okładki dostawałam ataku ziewania - no klęska totalna. Nadmieniam, że nie była to broń Boże pierwsza książka Kraszewskiego, którą czytałam, co więcej te poprzednie bardzo mi się podobały...

Drugie podejście (również nieudane) zaliczyłam w 2003 roku - chciałam przeczytać książkę przed obejrzeniem filmu J. Hoffmana. Nie przeczytałam, film obejrzałam, dosyć mi się podobał i doszłam do wniosku, że moja znajomość "Starej Baśni" będzie się opierać na filmie li tylko...

No ale okazuje się, że powiedzenie "do trzech razy sztuka" ma swoje głębokie uzasadnienie:) Latem ubiegłego roku w mojej ulubionej BiblioNETce narodziła się akcja "Czas na Klasykę czyli czytamy prewersalki".(Dla niewtajemniczonych  "prewersalka" to książka powstała przed 1919 rokiem, czyli przed podpisaniem traktatu wersalskiego.) Do akcji przystąpiłam z założeniem "oswojenia" Kraszewskiego i jego cyklu "Dzieje Polski", którego "Stara Baśń" jest pierwszym tomem - zawzięłam się, przebrnęłam przez pierwsze kilka rozdziałów i... sama nie wiem kiedy przeczytałam te piękną historię...

O czym jest "Stara Baśń" to pewnie większość z Was, drodzy czytelnicy tego tekstu, doskonale wie, więc nie będę się na ten temat rozpisywać. Historia Domana i Dziwy wpleciona w baśń o Piaście i Popielu urzekła mnie wartką nieomal sensacyjną akcją (te podstępy, szpiedzy, porwania i potyczki - wspaniałe), plastycznymi opisami ale przede wszystkim piękną polszczyzną i dbałością o szczegóły. Podziwiam Kraszewskiego, który stworzył taką ogromną ilość książek w czasach kiedy pisarz miał do dyspozycji jedynie pióro, atrament i papier a szukając potrzebnych informacji musiał spędzać godziny w bibliotekach i archiwach. Opisy grodu w Kruszwicy, zwyczajów i życia codziennego w czasach wczesnosłowiańskich, ówczesnych wierzeń i obrzędów religijnych mają swoje umocowanie w zapiskach kronikarskich oraz poziomie wiedzy historyczno-archeologicznej w drugiej połowie XIX wieku.

Niektórzy zarzucają Kraszewskiemu rozwlekłość opisów - a ja bym zapytała czy wczytali się w te opisy dokładnie? W niemal każdym słowie można dostrzec fascynację autora dziejami własnego kraju, miłość do przyrody i wrażliwość na jej piękno. JIK jak niewielu potrafi malować słowem - ja w każdym razie czytając jego opisy miałam przed oczami obrazy puszczy, uroczyska, chramu na jeziorze i upojnej nocy Kupały.

Zdaję sobie sprawę, że ten tekst nie do końca jest recenzją - w każdym razie w formalnym znaczeniu. Obiecuję, że na dniach pojawi się już "prawdziwa" recenzja kolejnego tomu "Dziejów Polski" czyli książki pt. "Lubonie".  

czwartek, 14 kwietnia 2011

Miłość w jeszcze dawniejszym Paryżu - "Historia Manon Lescaut i kawalera des Grieux"

 
Jakiś czas temu recenzowałam na tym blogu powieść Aleksandra Dumasa syna pt. „Dama kameliowa”. Dosyć istotną rolę w tej książce pełni XVIII-wieczny romans księdza Antoniego Prevosta „Historia Manon Lescaut i kawalera des Grieux”. Kiedy odkryłam, że w mojej gminnej bibliotece jest ta książka postanowiłam ją przeczytać.
Zanim przejdę do treści książki wypadałoby powiedzieć kilka słów o autorze, którego życie mogłoby być fabułą nie jednego a kilku romansów. Urodzony pod koniec XVII wieku w szlacheckiej rodzinie, ukończył kolegium jezuickie i postanowił zostać księdzem. Dosyć szybko jednak zmienia plany i wstępuje do wojska. Tam również nie zagrzewa długo miejsca, wraca do klasztoru, znów z niego ucieka do wojska gdzie zdobywa patent oficerski aby wreszcie zdecydować się ostatecznie na karierę duchowną. Niestety jego przełożeni nie do końca mu ufają, tak, że w wyniku nieporozumienia ksiądz Prevost ucieka do Anglii a stamtąd przeprawia się do Holandii, gdzie wydaje swoje pierwsze dzieła. Z powodu skandalu opuszcza Holandię i przez Anglię wraca do Francji gdzie udaje mu się uzyskać przebaczenie dawnych grzechów. Jego awanturnicza natura daje jeszcze raz znać o sobie i po raz kolejny musi opuścić ojczyznę. Po kilkuletnim pobycie w Brukseli i Frankfurcie wraca, tym razem już ostatecznie, do Francji, zostaje przeorem w Saint-Georges-de-Gesne gdzie w spokoju pędzi ostatnie lata swego życia.

Antoni Prevost napisał kilkadziesiąt powieści, jednak najsłynniejszym jego dziełem jest „Historia Manon Lescaut i kawalera des Grieux”. Narratorem jest tytułowy kawaler, opowiadający historię swej tragicznej miłości do pięknej acz płochej Manon. Autor wyposażył swojego bohatera w pewne szczegóły swojej biografii – des Grieux planuje bowiem karierę duchowną z której rezygnuje po poznaniu Manon, razem z kochanką i jej bratem prowadzi rozrywkowe życie w Paryżu, a gdy w sakiewce zaczyna brakować pieniędzy zdobywa je przy karcianym stoliku. Bezgraniczna miłość jaką Manon ponoć darzy swojego kawalera nie przeszkadza jej w poszukiwaniu zamożniejszego protektora. Jej odejście załamuje kochanka, który jednak dosyć szybko wybacza niewiernej i już w zupełnej zgodzie i harmonii planują jak oszukać bogatego wielbiciela wdzięków dziewczyny. Dalsze losy Manon i kawalera to ciąg wzlotów i upadków, które zmierzają do tragicznego finału.

Książka napisana jest pięknym, barwnym językiem. Autor nie ustrzegł się niestety przed nadmierną egzaltacją – te wszystkie omdlenia, potoki łez, tkliwe uczucia i najszczersza przyjaźń ze strony osób widzianych po raz pierwszy w życiu mogą być dla współczesnego czytelnika śmieszne, jednak w czasach kiedy powieść powstała były czymś zupełnie normalnym. Powieść ma wartką  akcję, bohaterowie ciągle pakują się w nowe kłopoty, jesteśmy świadkami pojedynków, ucieczek z więzienia i gwałtownych rodzicielskich interwencji.
I jedyne co mnie drażniło to ten nieszczęsny kawaler – przecież on zwyczajnie się prosił, żeby go robić w konia. Manon nie jest szczególnie inteligentna ale okłamuje go na każdym kroku a ten fajtłapa przyjmuje wszystkie jej krętactwa za dobrą monetę. Wie, że dziewczyna go zdradza i zamiast machnąć na nią ręką leje strumienie łez i tylko czeka żeby do niego wróciła. Książka ujrzała światło dzienne w 1731 roku a więc 280 lat temu. Mimo wszystko jednak jakoś nie mogę uwierzyć, że ówczesne kobiety mogły szaleć za mężczyznami pokroju kawalera des Grieux…

 Czytając zastanawiałam się czy Manon go kiedykolwiek kochała i doszłam do wniosku, że może na początku znajomości była oczarowana nim i jego uwielbieniem ale dość szybko jej przeszło. Pięknymi słowami i najgorętszymi nawet zapewnieniami miłości nie można się najeść, pięknie ubrać czy zabawić a to było dla Manon najważniejsze. Bo tak naprawdę to panna Lescaut kochała siebie i tylko siebie.

sobota, 26 marca 2011

Huck Finn - przyjaciel Tomka Sawyera

Jakiś czas temu pisałam o „Przygodach Tomka Sawyera” Marka Twaina a dzisiaj słów parę o kolejnej książce tego autora a mianowicie o „Przygodach Hucka”, które są niejako kontynuacją poprzedniej.
Głównym bohaterem jest Huckelberry Finn, włóczęga i półsierota, który razem z Tomkiem znalazł skarb a przy okazji stał się bohaterem miasteczka St. Petersburg. Huckiem zaopiekowała się wdowa Douglas jednak dla chłopca nie przyzwyczajonego do żadnych obowiązków i zorganizowanego życia jest to prawdziwa męczarnia. Huck stara się sprostać stawianym sobie wymaganiom jednak kiedy już wydaje się, że wszystko dobrze się potoczy pojawia się jego ojciec. Finn senior dowiedział się bowiem, że syn jest posiadaczem znacznego majątku i postanawia to wykorzystać dla swoich celów. Huckowi udaje się jednak uciec i po sfingowaniu własnej śmierci postanawia popłynąć tratwą w dół rzeki Missouri aby z dala od ojca rozpocząć nowe życie. Okazuje się, że podobny pomysł ma Jim, Murzyn należący do miss Watson, siostry pani Douglas, który chce się dostać do jednego ze stanów w których nie ma niewolnictwa. Ich podróż obfituje w przeróżne przygody, niektóre naprawdę groźne jednak pomysłowość i odwaga Hucka pomaga im wyjść z nich obronną ręką.
Książka pomimo że bardzo pogodna i wesoła dotyka bardzo poważnego problemu a mianowicie niewolnictwa. Akcja toczy się bowiem na południu Stanów Zjednoczonych w czasach przed wojną secesyjną. Huck lubi Jima jednak dopiero po dosyć długim okresie spędzonego razem czasu zaczyna w nim widzieć człowieka. Ponieważ bohaterowie cały czas znajdują się w podróży mamy możliwość obserwować różnorodne zjawiska społeczne i typy ludzkie. Razem z Huckiem jesteśmy świadkami zabójstwa, próby linczu, obławy na zbiegłych niewolników, występów różnej maści szarlatanów, waśni rodowych i innych.
Huck kilkakrotnie jest zmuszony podjąć bardzo trudne decyzje z którymi kłopot miałaby dorosła osoba a cóż dopiero mówić o kilkunastoletnim chłopcu. Stara się jednak nikogo nie ranić i nawet jeśli zdarzy mu się pomyłka to natychmiast podejmuje próbę naprewy zaistniałej sytuacji. Twain troszkę za bardzo idealnie przedstawia Hucka, no ale z drugiej strony to książka dla młodego czytelnika więc powinna nieść ze sobą pozytywne przesłanie.
Podobnie jak w przypadku „Przygód Tomka Sawyera” serdecznie polecam lekturę „Przygód Hucka” – z pewnością nie będzie to czas stracony.  

poniedziałek, 28 lutego 2011

Smak dzieciństwa


Nie wiem jak to się stało, że przy tak wielkiej liczbie książek czytanych w okresie dzieciństwa nie miałam okazji poznać się bliżej z bohaterem książki Marka Twaina pt. "Przygody Tomka Sawyera". Ale teraz dzięki akcji klasycznej w BiblioNETce oraz kilku biblionetkowym konkursom zmobilizowałam się i w ciągu dwóch wieczorów przeczytałam tę uroczą książeczkę.
Bohater książki,  kilkunastoletni Tomek, mieszka u swojej ciotki w małym miasteczku nad Missisipi. Zajmuje się tym samym co inni chłopcy w jego wieku - chodzi do szkoły (nader niechętnie), prowadzi rozmaite interesy ze swoimi kolegami (ma zadatki na prawdziwego rekina biznesu) i ciągle wpada w jakieś tarapaty. Jednak wszystkie jego problemy przestają być ważne wobec wydarzenia którego świadkiem staje się przez przypadek . Otóż wraz ze swoim przyjacielem Huckiem Finnem postanawia pewnego dnia wypróbować niezawodny środek na likwidację kurzajek na rękach. Aby nie było zbyt łatwo chłopcy musza odprawić skomplikowany rytuał a żeby ich działania zakończyły się sukcesem ceremonia musi być dopełniona o północy na cmentarzu. Jak się okazuje nie tylko Tomek i Huck załatwiają na owym cmentarzu swoje interesy a co gorsza chłopcy stają się świadkami zabójstwa. Jak postąpią, czy będą na tyle odważni aby stanąć po stronie sprawiedliwości i ujawnić tożsamość mordercy i jakie będą konsekwencje ich decyzji? Cóż, ci z was którzy czytali książeczkę już to wiedzą a tym którzy jeszcze nie znają odpowiedzi na te pytania nie będę odbierać przyjemności z samodzielnej lektury.
 Mark Twain to wielki mistrz pióra i genialny obserwator otaczającego go świata. Swoich bohaterów opisuje z nieco kpiarskim uśmiechem ale i z ogromną sympatią. Chłopcy z jego powieści to łobuziaki o złotych sercach i szalonych głowach w których rodzą się najbardziej zwariowane pomysły. Perypetie Tomka, Hucka i ich kolegów bawią ale i wzruszają czytelników w każdym wieku gdyż jest to co prawda książka dla dzieci ale i dorośli znajdą tu coś dla siebie i może uda im się choć na chwilę wrócić do beztroskich dni dzieciństwa.
A ja w najbliższych tygodniach jak już uporam się z książkowymi zaległościami sięgam po kolejny tom opowieści o chłopcach z miasteczka St. Petersburg a mianowicie po "Przygody Hucka".