niedziela, 30 listopada 2014

Takie małe expose

Na internetach od jakiegoś czasu wałkowany jest temat blogerów książkowych, ich wpływu na postrzeganie literatury przez szerokie grono czytelników, rzeczywistego wpływu na kształtowanie literackich gustów społeczeństwa oraz, a może przede wszystkim, jakości tworzonych przez nich (znaczy tych blogerów) tekstów. W temacie wypowiadają się tak sami blogerzy, jak i autorzy i, co mnie osobiście bardzo razi, ci ostatni są coraz bardziej agresywni. I nie chodzi mi tu wcale o Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Czytając niektóre z tych wypowiedzi (czy to na blogach, czy na FB) dochodzę do wniosku, że nam blogerom przydałoby się nieco więcej dystansu do siebie, ale i autorom takoż... 
Każdy, kto coś tam gdzieś tam publikuje MUSI się liczyć z tym, że nie wszystkim się to spodoba. I albo mamy skórę jak hipopotam i wszystko się od niej odbija a my robimy swoje, albo rezygnujemy z literatury (czy jakiejś innej twórczości - bo to samo jest z filmem, muzyką, itd.) i zabieramy się za uprawę kapusty albo inszej rzodkiewki. 



Kilka dni temu w Tramwaju ukazała się notka (moim zdaniem żartobliwa, ale może ja mam jakieś zwichrowane poczucie humoru) na temat tych autorów, którzy potrafią przyjąć "na klatę" krytykę swojej twórczości. Na reakcję nie trzeba było długo czekać - na FB zawrzało, autorzy podnieśli larum, że jak można coś takiego, że blogerom się w głowach przewraca, że autor postu to sfrustrowany blogerzyna z jakiegoś marnego blogaska... A i jeszcze, że na blogach nie ma profesjonalnych recenzji.

No i chyba tu jest przysłowiowy pies pogrzebany - my blogerzy (poza nielicznymi wyjątkami) nie piszemy recenzji sensu stricto. My piszemy subiektywne opinie. I tyle. A jeśli to moja opinia to proszę darować, ale mam prawo napisać, że książka mi się niespecjalnie podobała, że główna bohaterka to wredna jędza, a główny bohater jest maminsynkiem i pantoflarzem. Jakby do kogoś to jeszcze nie dotarło, to w Polsce od dosyć długiego czasu mamy ponoć demokrację, a co za tym idzie wolność słowa... Wolno mi krytykować książkę czy jej fabułę, wolno autorowi krytykować niepochlebną opinię  na blogu, ale, do licha, na tym koniec. Niedopuszczalne jest atakowanie (bywa, że wulgarne) stojącego za takim tekstem człowieka. 

A potem ktoś się dziwi, że blogerzy nie piszą o książkach współczesnych polskich autorów. A po co mamy pisać? Ja osobiście nie jestem masochistką i nie mam zamiaru wystawiać się na ataki jakiegoś sfrustrowanego autora. Aczkolwiek ja akurat sporo o polskiej piszę, chociaż raczej omijam beletrystykę.

I pomimo nagonki na blogerów dalej pisać będę te swoje nieprofesjonalne opinie :)

20 komentarzy:

  1. Wydaje mi się, że gdyby w internecie pojawiały się i były czytane recenzje pisane przez profesjonalnych krytyków, ci nerwowi pisarze byliby jeszcze bardziej niezadowoleni, ponieważ profesjonalni krytycy mają taką nieprzyjemną cechę, że w swoich recenzjach bez uprzedzenia zdradzają wszystkie najważniejsze wątki i zakończenie utworu. I czytelnicy już nie sięgaliby po zrecenzowaną w ten sposób powieść, bo po co? :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie - po co? Tym bardziej, że niektóre opisy okładkowe też zdradzają za wiele...
      Wydaje mi się, że problemem jest to, że o większości współczesnej literatury polskiej (tej bardziej popularnej, żeby nie powiedzieć "czytadłowej") profesjonalni krytycy nawet nie słyszeli, albo słyszeli, ale pisanie o niej jest poniżej ich godności. Przykład trochę może od czapy, ale jedna z popularniejszych na blogach autorek, czyli Agnieszka Lingas-Łoniewska nie doczekała się chyba jak dotąd żadnego profesjonalnego krytyczno-literackiego tekstu.
      A przecież tych autorów są całe rzesze. I jakby na to nie patrzeć dla większości z nich to właśnie blogi czy portale poświęcone książce są miejscem gdzie mogą zaistnieć. To na dzień dzisiejszy jedna z ważniejszych (a być może nawet i najważniejsza) form reklamy...

      Usuń
    2. O to, to, Aniu - święta racaj! Ciekawe, co by robili bez tych amatorszczyków :P Na bank 98% tych książek nie omawiałaby Xiegarnia czy Książki :P O innych mediach nie wspominając. Ciekawe, że tego jakoś nie widzą :>

      Usuń
    3. No właśnie ja tego zupełnie pojąć nie mogę...
      Bo przecież bloger to w większości przypadków najlepszy sojusznik pisarza. Część autorów to rozumie i buduje sobie całkiem niezłe zaplecze wśród blogujących fanów (choćby wspomniana wyżej Agnieszka Lingas-Łoniewska czy Katarzyna Michalak), spora grupa stara się zachować dobre stosunki z blogerami udzielając wywiadów, przekazując książki na rozmaite konkursy czy wręcz proponując swoje powieści do recenzji (bo nie ma to tamto - ważne żeby ktoś o tych dziełkach napisał), ale jest też całkiem spora grupa, która nie uznaje jakiejkolwiek krytyki swojej twórczości... A później jęczą, że ludzie kupują badziew (w domyśle powieści innych autorów) a ich ambitne dzieła nie mają jakoś wzięcia.

      Nie mówię, żeby autor się płaszczył przed blogerem, co to to nie. Ale niechże w nim zobaczy partnera w biznesie książkowym. To obydwu stronom wyjdzie na dobre.

      Usuń
  2. Ania będzie nas co najmniej dwójka w tym pisaniu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiedziałam, że na Ciebie zawsze można liczyć :)

      Usuń
  3. Jeśli chodzi o ostatnie zdanie to ja się podpisuję wszystkimi rękami i nogami!
    Bo co do reszty to się nie wypowiem, mam dosyć już tych afer i tyle. Szkoda mi czasu - wolę poczytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też staram się być obok tego bagienka, które nam się o jakiś czas tworzy w blogowym światku, ale tym razem już nie wytrzymałam...

      Usuń
  4. nie dogodzisz wszystkim, to spięcie zawsze będzie. to internet, więc można szybko reagować, stąd te wszystkie spory. gdyby to był tekst w prasie - troszkę trudniej wywołać podobną dyskusję, mniej osób będzie jej świadomych. a tak wystarczy dać komentarz pod recenzją/opinią i się zaczyna. szkoda słów, ale wszyscy musimy nabrać trochę dystansu i przestać się przejmować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie o ten dystans mi chodzi - może się mylę, ale kiedy prawie cztery lata temu zakładałam bloga to jakoś tak fajniej było, spokojniej i kulturalniej...

      Usuń
  5. Masz rację, rzadko piszemy recenzje z prawdziwego zdarzenia, a częściej opinie. Jednak komu to przeszkadza? Uważam, że blogerzy, osoby które piszą bo w ten sposób się w jakiś sposób spełniają mają do tego prawo i nikt za to nie powinien ich sądzić. I to, że nie każda książka im się spodoba też nie powinno być problemem. Nie podoba mi się zachowanie niektórych autorów. Choć osobiście jeszcze na takich nie wpadłam i mam nadzieję, że tak zostanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja osobiście też nie miała takich spięć, ale to chyba zasługa tego, że mało polskiej beletrystyki opiniuję. Książki podróżnicze czy popularno-naukowe to jednak trochę inna literatura i ich autorzy nie wymyślają fabuły, a tylko opisują świat rzeczywisty. I przy ich lekturze nie zastanawiam się czy lubię bohaterów i czy podobają mi się ich przygody. Mogę się co najwyżej przyczepić do tego, że autor nie ma talentu gawędziarskiego, który w tym akurat wypadku jest bardzo ważny.

      Usuń
  6. Przyznaję, że o panu, Którego Imienia nie Wolno Wymawiać ( dobre :D ) dowiedziałam się z tej całej afery po recenzji jego książki. Wydaje mi się, że ten autor zrobił to celowo - w celach autoreklamy (może się mylę...). Mnie okładka jego ostatniej książki opatrzyła się już na tyle, że wchodząc do księgarni na pewno wyłowię ją wzrokiem. Nie wiem, czy miałabym ochotę ją kupić, czy nie, ale na pewno będzie dla mnie rozpoznawalna. Czy nie tak działa reklama?
    Przyznam, że dla mnie całą ta sytuacja, a szczególnie wypowiedzi autora była tak nierealna, ze aż po prostu zabawna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Określenie niestety nie moje, a zasłyszane na TK w Katowicach :)

      Racja - to może być bardzo oryginalny sposób na promocję. Szkoda tylko, że kilka osób dało się wciągnąć w tę, pożal się Boże, polemikę...

      Usuń
    2. Ale czy ja wiem, czy skuteczne? ja też nie znałam Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać przed cała aferą, też teraz rozpoznaję jego ksiązki, gdzie bym nie weszla, ale nie mam ŻADNEJ ochoty, by je kupić, wypożyczyć, przeczytać, a już zrecenzować to bogi mnie brońcie. Tym bardziej, że ja co prawda nie bloger książkowy, nie można mi zarzucic na przykład pozyskiwania nowości od wydawnictw, ale to nawet gorzej w sumie, bo już totalny laik ze mnie i w dodatku mamuska z mozgiem kwoki ;). Szkoda mojego zdrowia i czasu, by się narażać na "polemiki" z panem autorem, to raz, a dac mu zarobić kupując jego książkę po to, by on potem mógł mnie obrzucać k... i innym słownictwem - no, nie, jeszcze nie zwariowalam.

      Ale polską literaturę będę czytać i nawet recenzować :).

      Usuń
    3. Chyba jednak skutecznie - nic tak nie wpływa na popularność jak atmosfera skandalu...
      Ty, Królowo Matko, nie będziesz wchodzić w polemiki z panem autorem, ja również nie (chociaż fantastykę akurat lubię) i jeszcze pewnie kilka innych osób też sobie darują tę książkę. Ale stawiam moją półroczną pensję (no wiem, że nie cuda, ale na więcej mnie nie stać...), że powieść ma lepsze wyniki sprzedaży po awanturach na blogach i FB niż przed nimi...

      Recenzuj, recenzuj, a ja z dziką radością będę czytać te recenzje :)

      Usuń
  7. O, znów coś przegapiłam;-)

    Mówiliśmy o tym na spotkaniu w Kato, prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda :)
      I wspomniany przeze mnie tekst w Tramwaju powstał jako pewne podsumowanie naszej targowej rozmowy.

      Usuń
  8. Są takie momenty, kiedy mam ochotę rzucić to wszystko w diabły, bo jako bloger niekiedy jestem postrzegana jak ćwok, niespełnione coś tam i w ogólnie pół-analfabeta.
    Ale dalej robię to, co robię i staram się robić to coraz lepiej.

    Przy okazji zapraszam po Libster Blog Award:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba każdy z nas ma takie momenty :(

      Usuń

Posty anonimowe będą kasowane - proszę podpisz się:)