piątek, 9 marca 2018

Przeczytane w czasie ferii - część II

Od ferii minęło już prawie dwa tygodnie, za oknem zaczynają się pojawiać pierwsze nieśmiałe przebłyski wiosny a ja jeszcze nie odrobiłam zimowych zaległości recenzyjnych.
Dzisiaj pora na literaturę tzw. sensacyjną. I kolejne trzy książki przeczytane w czasie ferii.

"Złote wrota" Alistaira MacLeana to opowieść o dwóch dniach z życia prezydenta Stanów Zjednoczonych i jego, pochodzących z Półwyspu Arabskiego, gości.
W San Francisco trwa spotkanie w sprawie budowy nowej rafinerii. Spotkanie jest na najwyższym szczeblu bo uczestniczy w nim jeden prezydent, jeden król, jeden książę, jeden burmistrz, jeden szef sztabu generalnego i jeszcze kilku pomniejszych gości.
O poranku dostojni goście wybierają się na wizję lokalną terenu pod rafinerię, a wraz z nimi całkiem spora grupa dziennikarzy. Trasa przejazdu prowadzi poprzez most Golden Gate i właśnie na środku mostu czeka na wszystkich nieprzyjemna niespodzianka. Otóż niejaki Branson wybiera to miejsce i czas aby urządzić porwanie dla okupu. Na szczęście pomiędzy bracią dziennikarską znajduje się tajny agent Revson...
I już w zasadzie wiadomo co dalej będzie, ale czyta się tę książkę całkiem fajnie. Bohaterowie jak zawsze u MacLeana są inteligentni i pomysłowi. Akcja toczy się szybko, szala zwycięstwa przechyla się to na jedną to na drugą stronę, więc lektura trzyma czytelnika w napięciu właściwie do samego końca. 

To kolejna książka tego autora, którą mogę polecić z czystym sumieniem.

************************************************************

Trylogia "Dary anioła" Cassandry Clare powstała równo dziesięć lat temu, ale dopiero teraz trafiła w moje ręce. Trochę przez przypadek, bo jednak nie jestem docelowym odbiorcą tych książek, ale jak już znalazła sie w domu to po nią sięgnęłam. Na razie po tom pierwszy, ale nie będę się zbytnio opierać przed lekturą kolejnych tomów.
Clary Fray jest przeciętną nowojorską nastolatką. Mieszka z mamą, jej tato zmarł kiedy była malutkim dzieckiem, ma przyjaciela Simona i właśnie przeżywa okres młodzieńczego buntu. Jedna noc postawi na głowie jej cały świat...
Clary dowiaduje się, że wcale nie jest taka zwyczajna jak sądzi. Pochodzi bowiem z rasy Nocnych Łowców, klanu, którzy od lat toczą walkę z krwiożerczymi demonami. Jace, Alec i Isabelle to trójka młodych ludzi, których Clary spotyka w dyskotece o wdzięcznej nazwie "Pandemonium". Co ciekawe, nikt oprócz Clary ich nie widzi. Co więcej, kiedy dziewczyna wraca do domu nie zastaje w nim matki a ją samą napada jakieś potworne monstrum.
Clare trafia do Instytutu, gdzie poznaje prawdę o swoim pochodzeniu a także zostaje wciągnięta w niebezpieczną akcję poszukiwania legendarnego Kielicha Anioła od którego zależy pokój lub wojna pomiędzy demonami a nocnymi Łowcami. Pojawia się bowiem ktoś o kim wszyscy sądzili, że już dawno nie żyje...

Książka to typowe młodzieżowe fantasty. Bohaterka odkrywa, że posiada niezwykłe moce i musi z nich skorzystać aby uratować swoich bliskich. Pojawia się też motyw młodzieńczego uczucia, które nie do końca może być spełnione. Jeśli chodzi o istoty nadprzyrodzone mamy tu całkiem sporą różnorodność - od wampirów i wilkołaków poprzez elfy i ifryty na bezkształtnych i bezcielesnych demonach kończąc.
Niby wszystko to już było, ale w wersji Cassandry Clare zyskują te znane motywy nową jakość i świeżość. I fajnie się to czyta.

***********************************************************

W najbliższych dniach pojawi się nowy, siódmy już tom przygód mecenas Joanny Chyłki autorstwa Remigiusza Mroza, a ja własnie przeczytałam tom piąty - zrobił mi się mały poślizg, który muszę nadrobić.
Głównym motywem "Inwigilacji" jest historia zaginionego w Egipcie chłopaka, który odnajduje się po kilku latach w Warszawie. Rodzice rozpoznają w nim swojego syna, jednak on uparcie twierdzi, że ich nie zna. Młody człowiek przeszedł na islam i kiedy pojawiły się zarzuty, że przygotowuje zamach terrorystyczny znalazł się na celowniku służb specjalnych. W tej sytuacji zwraca się o pomoc do mecenas Chyłki.
Pani adwokat nie jest zachwycona swoim nowym klientem (jej poglądy na temat "obcych" są bardzo wyraziste i bardzo nieprzychylne), co więcej uważa, że nie mówi wszystkiego i faktycznie może być terrorystą...

Podobnie jak w poprzednich tomach autor nawiązuje do spraw o których można usłyszeć w wiadomościach czy przeczytać w serwisach internetowych. Zamachy bombowe, które miały miejsce w wielu miastach Europy, a także problemy z rzeszą imigrantów zalewających Europę sprawiają, że większość z nas tak a nie inaczej postrzega ludzi o nieco innym kolorze skóry. Chyłka podejmując się obrony człowieka oskarżonego o udział w organizacji zamachu terrorystycznego stąpa po bardzo kruchym lodzie i nie ma co liczyć na sympatię opinii publicznej. 
A i w jej życiu prywatnym dzieje się bardzo wiele, wracają sprawy z przeszłości, przyszłość nie napawa optymizmem, a pani adwokat musi się przygotować do całkiem nowej roli...

Bardzo lubię Joannę Chyłkę i towarzyszącego jej Zordona, mam na półce również wszystkie wydane do tej pory tomy o prowadzonych przez nich sprawach. Nie wiem jakie jest "Oskarżenie", ale uważam, że "Inwigilacja" jest obok "Kasacji" najlepszym tomem cyklu.

wtorek, 27 lutego 2018

Przeczytane w czasie ferii - cz. I

Większość ferii zimowych spędziłam na zimowisku w Wiśle - fajnie było, pogoda super, atrakcji wyżej kokardy, dzieciaki w miarę ogarnięte, nawet czas na czytanie się znalazł i tylko z internetem było krucho. Tak więc ciągu najbliższych kilku dni pojawi się relacja z tych feryjnych lektur.

Na początek literatura tzw. kobieca. Co prawda niewiele książek tego typu czytam, ale tym razem skusiłam się aż na trzy.

Z pisarstwem Agnieszki Krawczyk zetknęłam się kilka lat temu - spotkanie było jednorazowe, ale dosyć miłe, więc po "Magiczny wieczór" sięgnęłam nastawiając się na dobrą zabawę. 
Książka stanowi kolejny (bodajże czwarty) tom serii "Czary codzienności". Nie czytałam poprzednich tomów, ale właściwie bez problemu weszłam w akcję.
Zmysłów to niewielkie miasteczko gdzieś w górach. Mieszkają tu trzy siostry - Agata, Daniela i mała Tosia. Jest początek grudnia, trwają przygotowania do ślubu Danieli, który ma się odbyć tuż przed sylwestrem. Przez kawiarnię prowadzoną przez siostry przewijają się znajomi i przyjaciele, pojawiają się również osoby wrogo nastawione, ale atmosfera panująca w lokalu i magia zbliżających się świąt sprawiają, że nawet najtwardsze serca topnieją...
"Magiczny wieczór" to typowa literatura świąteczna. Czytana w lutym może już nie mieć tego uroku, aczkolwiek tym razem warunki pogodowe za oknem były mocno sprzyjające - śnieg, mróz, rozgwieżdżone niebo i wszechobecna cisza. Dało radę i nawet mi się podobało.

**************************************************

Gabriela Gargaś świeci triumfy na różnych znajomych blogach, wiele koleżanek zachwyca się tą pisarką, więc i ja postanowiłam spróbować. Trafiła mi się też książka ze świętami w tle, a mianowicie "Wieczór taki jak ten".

Michalina mieszka w małym górskim miasteczku Złotkowie. Jej mama zmarła, ojciec buja gdzieś po świecie a ona jako osiemnastolatka musiała wziąć odpowiedzialność za maleńkiego braciszka. Na szczęście przy jej boku stoi babcia, właścicielka kawiarni "Cynamonowy Raj". 
Od tamtej pory minęło dziewięć lat, Miśka szukając dodatkowych funduszy postanawia wynająć kilka pokojów turystom. Jednym z gości jest Artur - zgorzkniały mężczyzna po czterdziestce, rozwodnik, pracoholik i zdecydowany wróg świąt i magicznej atmosfery z nimi związanej. Zwabiony anonsem o spokojnym pensjonacie na prowincji trafia w sam środek wioski Świętego Mikołaja... Wszechobecne Mikołaje, elfy, choinki, kolędy, światełka i dekoracje doprowadzają go do szału...

I powiem szczerze, że mnie również. Właściwie lubię święta i ich atmosferę, ale co za dużo to nie zdrowo. Miało być pewnie klimatycznie i bajkowo ale dla mnie nie było. Bo niestety Złotkowo z tą bożonarodzeniową celebrą od pierwszych dni grudnia bardzo przypomina centrum handlowe (tam też święta trwają kilka tygodni). Miało być fajnie, ale nie wyszło.
Bohaterowie też są nijacy - niby mają jakieś życie wewnętrzne, ale zupełnie nie przekonują do siebie. Myślałam, że Artur wprowadzi trochę zamieszania - pierwszego dnia pobytu w Złotkowie zachowywał się wręcz gburowato, niestety już drugiego zmienił się nie do poznania i okazał się słodkim "ciachem" a jego anty świąteczne nastawienie zniknęło jak sen jaki złoty. Mózg mu wyprali w nocy czy co?
Poza tym poszarpana fabuła i istny potop życiowych mądrości (miejscami miałam wrażenie, że czytam polską wersję Paulo Coelho) zdecydowanie mi przeszkadzały.

Nie wiem, może miałam pecha i trafiłam na słabszą książkę pani Gargaś, może też nie jestem wymarzona czytelniczką tego typu powieści. Jakby nie było tej akurat nie polecam.

***********************************************

Beata Majewska to prawdziwe nazwisko niejakiej Augusty Docher pisarki która kojarzyła mi się z literaturą fantastyczną, skierowaną do młodzieży. Trochę wiec mnie zdziwiło, że w jej dorobku znalazła się książka "Konkurs na żonę" - obyczajówka, trochę romans, w każdym razie tzw. "babskie czytadło". 

Hugo Hajdukiewicz jest prawnikiem, zawodowo powodzi mu się świetnie, prywatnie może trochę gorzej, ale właściwie nie ma na co narzekać. Niestety pojawia się problem - musi przed trzydziestką postarać się o żonę i dziecko, taki bowiem warunek postawił w testamencie jego wuj. W innym wypadku milionowa fortuna dostanie się komuś innemu a Hugo co prawda nie trafi pod most, ale jednak z wielu rzeczy będzie musiał zrezygnować.
Razem z przyjacielem wpadają na iście szatański pomysł - organizują konkurs literacki dla studentów (właściwie interesują ich wyłącznie studentki) a spośród uczestniczek wyłonią przyszłą panią Hajdukiewicz.
W konkursie bierze udział Łucja Maśnik, studentka pierwszego roku, zdobywa drugą nagrodę oraz wygrywa nieoficjalny casting na żonę pięknego Hugona. Bo oczywiście on jest przystojny i nieco tajemniczy a ona śliczna i młodziutka...
Co się dalej dzieje to już pewnie wszyscy się domyślają (zresztą wydawca reklamuje książkę jako hollywoodzką komedię romantyczną) ale nie można odmówić tej pozycji pewnej pomysłowości i próby nowego spojrzenia na oklepany schemat.

Książkę przeczytałam w ciągu jednego popołudnia i wieczoru (żeby było jasne - już po powrocie z zimowiska) - czyta się fajnie, bohaterowie są różnorodni, akcja idzie równym tempem, jest trochę wzruszeń, idealna lektura na wieczorny relaks.

I jeszcze jeden jak dla mnie plus tej książki - rzecz dzieje się w Krakowie, bohaterowie (a wraz z nimi i czytelnicy) kręcą się po mieście, bywają w znanych mi miejscach - lubię wiedzieć gdzie toczy się akcja ;)

"Konkurs na żonę" to pierwszy tom trylogii - pomimo, że mam już wizję jak to się dalej potoczy sięgnę po kontynuację. Już się nawet zapisałam do kolejki w bibliotece...

niedziela, 25 lutego 2018

Historia opiera się na kobietach

Iwona Kienzler to autorka kilkudziesięciu książek, głównie historyczno-obyczajowych. Zajmuje się głównie rolą kobiet w historii, ich wpływowi na bieg wydarzeń jako żon i przyjaciółek władców i znanych polityków, jak również losami pań bezpośrednio dzierżących ster władzy. Wśród bohaterek jej książek znajdzie czytelnik wierne i oddane żony, ale również mniej lub bardziej znane skandalistki, które swoimi wdziękami skutecznie zawracały w głowach mężczyznom, czy wreszcie kobiety z kręgu szeroko pojętej kultury.

W swojej najnowszej książce noszącej tytuł "Kochanki, księżne, królowe. Kobiety, które dały początek Polsce" autorka próbuje odpowiedzieć na pytanie - jakie były kobiety stojące u boku naszych pierwszych władców. To dosyć duży problem, jako że zachowało się bardzo niewiele źródeł pisanych z okresu pierwszych lat naszej historii, a i w tych które znamy sprawa żon czy córek władców (nie mówiąc już o nieformalnych związkach) praktycznie nie istnieje. Ba, nawet z tak ważną historycznie postacią jak żona Mieszka I badacze mają podstawowy problem - jak ona właściwie miała na imię? Dąbrówka? Dobrawa? A może jeszcze inaczej?

Autorka w swojej pracy opiera się na tekstach średniowiecznych kronik i relacji, chociaż jak sama przyznaje, bardzo często wprowadzają one zamęt - kronikarze zapisują niedokładnie imiona, zdarza im się połączyć w jedna postać dwie różne osoby noszące to samo imię, bądź opierając się na zasłyszanych relacjach podawać jako fakt plotkę (kilkakrotnie przekręconą...) Jakby tego było mało trzeba pamiętać jeszcze o tym, że w rodzinach panujących powszechny był zwyczaj nadawania tych samych imion...

Coś jednak o tych naszych przodkiniach udało się odnaleźć i ustalić i te ustalenia, oraz trochę różnorakich teorii, stanowią treść omawianej pozycji. 
Autorka ułożyła swoją pracę w kolejności chronologicznej poczynając od szerszego kontekstu, czyli położenia kobiet w plemionach słowiańskich, w dalszej części pojawiają się wiadomości na temat żeńskich bóstw słowiańskich oraz... Amazonek, które ponoć miały zamieszkiwać tereny dzisiejszego Mazowsza.
Każde dziecko w szkole słyszało z pewnością o królewnie Wandzie, co nie chciała Niemca oraz niejakiej Rzepisze vel Rzepce, która miała być towarzyszką życia Piasta, protoplasty naszej pierwszej dynastii - o tych  postaciach traktują dwa kolejne rozdziały kończące część legendarną ksiązki. 
Kolejne panie to już postacie historyczne - Dobrawa/Dąbrówka, czyli żona Mieszka I, kobiety Bolesława Chrobrego, Rycheza, żona Mieszka II i wreszcie Gertruda, córka tej ostatnie pary, pierwsza polska pisarka (autorka licznych modlitw spisanych w tzw. "Kodeksie Gertrudy").

Iwona Kienzler niewątpliwie potrafi pisać książki popularnonaukowe - prosty styl i nienapuszony język, ciekawe ujecie tematu, powstrzymanie się od czysto akademickich dywagacji to najważniejsze cechy jej prac. Owszem, bywa kontrowersyjna (jak chociażby w książce o Marii Konopnickiej) jednak potrafi zaciekawić czytelnika nawet tak odległą tematyką jak prezentowana w tej akurat książce. 
I jeszcze jedno, co dla mnie jest akurat szczególnie ważne, stara się przedstawić swoje bohaterki całościowo - tak dobre jak i złe cechy, próbuje też uświadomić współczesnemu czytelnikowi, że w dawnych czasach panowała inna obyczajowość niż dzisiaj, że ludzie (a już osoby będące u władzy w szczególności) musieli się kierować zasadami nie do końca zrozumiałymi czy akceptowanymi przez nas, osoby żyjące tu i teraz. To ważne, żeby na postać historyczną patrzeć w kontekście jej czasów, bo tylko wtedy można właściwie ocenić jej postępowanie.

Serdecznie polecam.

Książka bierze udział w wyzwaniu "Łów słów"

środa, 31 stycznia 2018

Dawno, dawno temu w odległym Sródziemiu

Dziecię czyta właśnie w ramach lektury szkolnej "Hobbita" więc ja dla towarzystwa sięgnęłam po dawno już planowaną inną książkę Tolkiena, a mianowicie po "Dzieci Hurina".

Historię tę Tolkien pisał przez większość swojego życia i, niestety, nie udało mu się jej ukończyć - uczynił to dopiero jego syn Christopher. Pierwsze wydanie ukazało się w roku 2007, czyli ponad 30 lat po śmierci autora.
Akcja powieści umiejscowiona jest około 6500 lat przed wydarzeniami opisanymi we "Władcy Pierścieni" w Beleriandzie, rozległych ziemiach za Szarymi Przystaniami. To czas kiedy na północy powiększa się potęga pierwszego Czarnego Władcy Morgotha.

Hurin Thalion był jednym z najsławniejszych ludzkich wojowników Pierwszej Ery i jednym z nielicznych ludzi, którym dane było gościć w Gondolinie., ukrytym królestwie elfów. Walczył z siłami Morgotha, a kiedy został przez niego schwytany Czarny Władca rzucił okrutną klątwę na jego ród a samego Hurina uwięził na zboczu góry. Dziećmi Hurina byli Turin i Niënor i to ich  tragiczne losy opisuje ta książka.

Turin jako młody chłopiec musi opuścić dom rodzinny i ukryć się pod opieką elfów w królestwie Doriathu. Zdobywa tam umiejętności bojowe, jest traktowany niemal jak syn i stara się jak najlepiej odwdzięczać swoim opiekunom. Niestety nie trwa to długo. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności dochodzi do konfliktu pomiędzy Turinem i królem Thingolem i młodzieniec opuszcza Doriath. Dalsze jego losy to pasmo klęsk i niepowodzeń, naznaczone krwią przyjaciół i innych osób, które miały nieszczęście stanąć na jego drodze. Turin ma świadomość ciążącej na nim klątwy i stara się ją przechytrzyć zatajając swoje prawdziwe imię, jednak, jak słusznie zauważa jeden z bohaterów książki, przeznaczenie związane jest z człowiekiem a nie jego mianem. Zarówno Thurin jak i jego siostra mają się o tym bardzo boleśnie przekonać...

Thurin to człowiek niezwykle dumny, zapalczywy i porywczy. I te cechy, może nawet bardziej niż klątwa Morgotha, pieczętują jego los. Przy lekturze miałam nieodparte wrażenie, że Tolkien mocno inspirował się tu tragedią antyczną, chociażby historią rodu Edypa - wszechwładne fatum, niemożność zmiany swojego losu, tragiczne pomyłki i tajemnice wyznaczające bohaterom drogę do samozagłady.
Wrażenie potęguje język powieści - podniosły, wręcz patetyczny wprowadza czytelnika w grozę Mrocznych Dni a cała historia nabiera cech legendy.

Warto przeczytać, pomimo że nie jest to najweselsza lektura.

niedziela, 28 stycznia 2018

Obejrzane - przeczytane: Alistair MacLean razy trzy

Nie przepadam za kinem wojennym, aczkolwiek wśród moich ulubionych filmów jest kilka, których akcja osadzona jest w czasach drugiej wojny światowej. Są to głównie historie przygodowo-wojenne, a najukochańszą z nich jest "Parszywa dwunastka" z Lee Marvinem i Charlesem Bronsonem w rolach głównych.

Alistair MacLean to szkocki pisarz, autor powieści sensacyjnych, wojennych i kryminalnych z których wiele zostało przeniesione na kinowe ekrany. Oglądałam trzy takie ekranizacje, a mianowicie "Działa Nawarony", "Komandosi z Nawarony" i "Tylko dla orłów". Nie zdarzyło mi się jednak do tej pory przeczytać ani jednej książki tego autora więc postanowiłam to nadrobić. I to od razu hurtem.



Glównymi bohaterami "Dział Nawarony" i "Komandosów z Nawarony" jest dwóch przyjaciół - nowozelandczyk Keith Mallory, światowej sławy alpinista i grecki partyzant Andrea Stavros oraz kapral Dusty Miller, specjalista od materiałów wybuchowych, natomiast w "Tylko dla orłów" pierwsze skrzypce grają brytyjski oficer wywiadu major John Smith oraz amerykański ranger  porucznik Morris Schaffer.

"Działa Nawarony"
Wszystkie trzy książki opierają się na tym samym wzorcu. Oto jest misja do wykonania - typowa "mission impossible" - zniszczenie ogromnych dział, wysadzenie potężnej tamy, wdarcie się do umiejscowionej na niedostępnym szczycie niemieckiej bazy, a każda z tych lokalizacji jest pilnie strzeżona przez świetnie wyszkolone niemieckie oddziały. Na wykonanie zadania bohaterowie mają zaledwie kilkadziesiąt godzin, przeważnie nocnych, a pogoda ich nie rozpieszcza...
Dowództwo opracowuje szczegółowy plan A, który oczywiście, mówiąc potocznie, bierze w łeb, więc trzeba wprowadzić w życie plan B, plan C albo najzwyczajniej pod słońcem zacząć improwizować.
Akcja, jak to w tego typu powieściach bywa, pędzi na łeb, na szyję a każdy szczegół jest ważny. Bohaterowie są zróżnicowani, w większości obdarzeni poczuciem humoru, miewają gorsze momenty, ale stają na wysokości zadania. Dają się lubić, co sprawia, że czytając książki kibicujemy ich działaniom, cieszymy się z sukcesów i przeżywamy niepowodzenia.

"Komandosi z Nawarony"
Często się zdarza, że autorzy takich wojennych historii ukazują tych "dobrych" (to znaczy Anglików, Amerykanów czy innych aliantów) jako ludzi obdarzonych niezwykłą inteligencją natomiast ich przeciwników jako bezradnych półgłówków - swoją drogą, gdyby to była prawda, to II wojna trwałaby tydzień a nie prawie sześć lat... Na szczęście MacLean nie poszedł tą drogą i przeciwnicy naszych bohaterów to ludzie zdeterminowani i inteligentni, a na ostateczne zwycięstwo trzeba ciężko zapracować.

A teraz słów kilka na temat przełożenia książek na język filmu. Te powieści to niemal gotowy materiał filmowy (co nie dziwi - MacLean oprócz powieści pisał również scenariusze) więc nic dziwnego, że różnic nie ma wiele, aczkolwiek kilka jest. Szczególnie jest to widoczne przy "Działach" i "Komandosach". Otóż zakończenie "Dział" powieściowych jest nieco inne niż filmowych. I nic by się nie działo, gdyby nie to, że napisani kilka lat później "Komandosi", których akcja rozpoczyna się właściwie w chwili zakończenia "Dział", nawiązują do końcówki filmu a nie książki. I jeśli ktoś filmu nie widział może nie rozumieć o co chodzi.

"Tylko dla orłów"
I na koniec jeszcze kilka uwag na temat obsady - zdecydowanie najwięcej szczęścia miały "Działa Nawarony" - Gregory Peck jako Mallory, Anthony Quinn jako Andrea oraz David Niven jako Miller to obsadowy strzał w dziesiątkę. W "Komandosach" Pecka zastąpił Robert Shaw, Dusty'ego Millera gra Edward Fox, postać Andrei została całkiem pominięta a niejako na jego miejsce pojawia się podpułkownik Mike Barnsby grany przez Harrisona Forda   - jest całkiem nieźle ale euforii nie ma.
Najmniej entuzjazmu wzbudzają we mnie odtwórcy głównych ról w "Tylko dla orłów" - Richard Burton jako Smith i Clint Eastwood jako Schaffer.
Burton wygląda (i zachowuje się) jakby robił łaskę, że tu w ogóle jest, bolały go wszystkie zęby i miał mega kaca. Żeby było jasne - powieściowy Smith był człowiekiem poważnym ale sympatycznym natomiast filmowy sympatii zupełnie nie budzi. Clint Eastwood powiela swoje najbardziej znane filmowe oblicze - milczący twardziel obserwujący wszystko i wszystkich z nieodgadnioną miną. Tymczasem ten z książki to typ jowialnego, prostodusznego chłopaka z farmy czyli ktoś zupełnie inny niż Clint (który jest bardzo dobrym aktorem, ale tu pasuje jak pięść do nosa).

Niemniej wszystkie książki warto przeczytać a filmy obejrzeć. W jakiejkolwiek kolejności ;)

wtorek, 16 stycznia 2018

Niełatwo być córką papieża

Lukrecja Borgia - tradycja nie obeszła się z nią zbyt łaskawie. Do legendy przeszła jako uwodzicielka i trucicielka połączona kazirodczym związkiem z ojcem i bratem. Taka opina o pięknej Lukrecji panowała przez kilkaset lat i dopiero w drugiej połowie XIX wieku została zrehabilitowana przez historiografię. Niemniej jednak w dalszym ciągu powstawały (i powstają) dzieła kultury, które przedstawiają ją w bardzo niepochlebnym świetle.

Na szczęście dla Lukrecji pojawiają się utwory, które są dla niej bardziej przychylne i przedstawiają ją nie jako bezwzględną femme fatale ale młodą kobietę uwikłaną w bezwzględną politykę. Jednym z autorów, którzy przedstawiają te drugą wersję losów Lukrecji jest Christopher W. Gortner - historyk i autor kilku powieści opartych na biografiach znanych kobiet, m.in. Marleny Dietrich, Coco Chanel, Katarzyny Medycejskiej czy Elżbiety I.

Akcja powieści "Księżniczka Watykanu" rozpoczyna się w 1492 roku (Lukrecja kończy wtedy 12 lat, a jej ojciec Rodrigo Borgia zostaje wybrany papieżem i przyjmuje imię Aleksandra VI) i trwa do roku 1501 kiedy umiera drugi mąż papieskiej córki.
Te dziewięć lat to okres największego wywyższenia hiszpańskiej rodziny Borgiów. Papieska korona dla Rodriga, książęcy tytuł dla jego starszego syna Juana, kardynalski kapelusz dla młodszego Cezara, wreszcie perspektywa intratnego zamążpójścia dla Lukrecji - to robi wrażenie. Niestety z bliska nie wygląda to już tak dobrze - Juan nie ma zdolności politycznych ani wojskowych, Cezar nienawidzi roli jaką wyznaczył mu ojciec, a małżeństwo Lukrecji okazuje się totalną porażką...

Lukrecja szybko i boleśnie przekonuje się, że ukochani ojciec i brat (Cezar, bowiem Juana nie darzyła zbytnią sympatią) bez skrupułów poświęcą ją dla swoich celów, oraz, że bycie córką jednego z najważniejszych europejskich dostojników nie uchroni jej przed niebezpieczeństwem. Ta młoda kobieta, właściwie jeszcze dziecko, musi z dnia na dzień dorosnąć i sama zadbać o siebie - nie może liczyć absolutnie na nikogo.

Gortner stworzył porywający obraz Rzymu przełomu XV i XVI wieku, wraz z bohaterami powieści przemierzamy jego ulice i place, odwiedzamy Watykan i wille zamieszkałe przez rodzinę Lukrecji, uczestniczymy w uroczystościach religijnych i rodzinnych, w audiencjach papieskich i wystawnych ucztach ale śledzimy również codzienne zajęcia rzymskiej arystokracji.
Autor podaje mnóstwo szczegółów dotyczących warunków życia, mieszkania, ubioru czy potraw, które podawano na ówczesne stoły - te informacje dopełniają obrazu czasów w których żyła piękna Lukrecja.
Powieść ma szybką akcję, jest napisana barwnym językiem i pomimo całkiem sporej dawki historii  jest niezwykle wciągająca.

Serdecznie polecam :)

niedziela, 7 stycznia 2018

Jeszcze jeden kamień rzucony na szaniec

"Kamienie na szaniec" Aleksandra Kamińskiego to jedna z nielicznych lektur lubianych przez uczniów i czytanych niemal przez wszystkich. Opowieść o grupie młodzieży skupionej w "Szarych szeregach" powstała na podstawie notatek Tadeusza Zawadzkiego "Zośki"po raz pierwszy ukazała się jeszcze w czasie wojny, w lipcu 1943 roku (miesiąc przed akcją w Sieczychach w której poległ Zawadzki). Rok później ukazało się drugie wydanie uzupełnione o relację na temat tejże akcji i śmierci "Zośki".
Pierwszoplanowi bohaterowie "Kamieni" to oczywiście "Rudy", "Alek" i "Zośka", ale oprócz nich czytelnik poznaje wielu innych młodych konspiratorów. Jednym z tych bohaterów dalszego planu jest "Anoda" - to on rzuca pierwszą butelkę z benzyną pod Arsenałem, to on jest świadkiem śmierci "Zośki", to jemu udaje się przeżyć powstanie warszawskie i całą wojnę. A kiedy już wydawało się, że to co złe bezpowrotnie minęło, w wigilię 1948 roku "Anoda" zostaje aresztowany przez UB i w pierwszych dniach stycznia umiera w niewyjaśnionych okolicznościach...

Jan Rodowicz ps. "Anoda" jest głównym bohaterem książki Piotra Lipińskiego pt. "Anoda. Kamień na szańcu". 
Autor jest dziennikarzem i reporterem, zainteresowanym powojenną historią Polski, a w/w książka to efekt dziennikarskiego śledztwa dotyczącego jednego z najbardziej zagadkowych zgonów w pierwszych latach po II wojnie światowej.
Piotr Lipiński nie ograniczył się tylko do powojennych losów Rodowicza. Rozmawiał z rodziną "Anody", z jego kolegami i koleżankami z konspiracji a także z powojennymi znajomymi (np. znany prezenter telewizyjny Jan Suzin studiował razem z Janem Rodowiczem architekturę na Politechnice Warszawskiej).
Powstał w ten sposób w miarę dokładny portret młodego człowieka który swoje najlepsze lata oddał w służbę zniewolonej ojczyzny. Wszyscy rozmówcy zgodnie potwierdzają odwagę Anody, jego lojalność i odpowiedzialność, otwarty umysł i zimną krew, ale również niezwykłe poczucie humoru, umiejętność bycia duszą towarzystwa, pomysłowość i fantazję.

Niestety, z rekonstrukcją ostatnich dni życia "Anody" już tak łatwo nie poszło. Lipiński sprawdza masę tropów, szuka kontaktu ze świadkami (gro z nich to pracownicy UB), jednak wersje które poznaje nie pokrywają się ze sobą, niektóre wręcz się wykluczają, a i świadkowie okazują się niewiarygodni. Właściwie tylko ubecy, z którymi udaje się porozmawiać (wśród nich przesłuchujący Rodowicza Wiktor Herer) przedstawiają taką samą wersję śmierci - samobójstwo. Według nich "Anoda" wykorzystał otwarte okno na korytarzu i wyskoczył przez nie ponosząc śmierć na miejscu. Okno znajdowało się na czwartym piętrze...

Książka Piotra Lipińskiego przybliża czytelnikowi postać "Anody" i czasy w których przyszło mu żyć. Jest dobrze udokumentowana, autor starał się w miarę możliwości zweryfikować pojawiające się wersje dotyczące śmierci bohatera, niestety na dzień dzisiejszy nie ma stuprocentowej pewności w jaki sposób zginął Janek Rodowicz.

Jeżeli chodzi o samo wydanie to należy podkreślić, że tekst uzupełniony jest bogatym materiałem fotograficznym pochodzącym z archiwum rodziny Rodowiczów oraz przyjaciół "Anody".

Serdecznie polecam tę książkę wszystkim osobom zainteresowanym najnowszą historią Polski.