piątek, 31 października 2014

WC na Dzikim Zachodzie

Każdy kto czytał najsłynniejszą powieść, która wyszła spod pióra Karola Maya, czyli "Winnetou" zna określenie "greenhorn" (czyli w dosłownym tłumaczeniu "zielony róg") używane przez mieszkańców Dzikiego Zachodu. Greenhorn to człowiek niedoświadczony, popełniający mnóstwo gaf i pomyłek, przedmiot kpin lepiej obeznanych z amerykańską rzeczywistością krajowców, a przy tym przekonany o tym, że to on jest w porządku a wszyscy wokoło stanowią odchylenie od normy.
"Winnetou" powstał ponad 100 lat temu i opisywanego w nim Dzikiego Zachodu już dawno nie ma, jednak wciąż istnieją tereny, gdzie ludzie żyją w niewielkich społecznościach, z daleka od wielkich aglomeracji, pośród bezkresnych równin pokrytych ubogą roślinnością, na której wypasają się stada należące do okolicznych ranczerów. I zdarza się, że do takiej społeczności zawita człowiek z zewnątrz, zafascynowany życiem na prerii, chociaż nie do końca mający o nim pojęcie - ot, taki typowy greenhorn...

Wojciech Cejrowski kojarzy nam się przede wszystkim z Ameryką Południową i dżunglą zamieszkałą przez plemiona nieskażone cywilizacją. Właściwie nie ma sie co dziwić - cykl programów telewizyjnych  i bardzo popularne książki opowiadające o jego przygodach w tamtych rejonach świata zrobiły swoje. Tymczasem popularny WC ma również inne, północnoamerykańskie oblicze, o którym opowiada w swojej najnowszej książce pt. "Wyspa na prerii".

Dawno temu, kiedy nikomu nie znany student Wojtek Cejrowski podróżował po Stanach Zjednoczonych, trafił na duże ranczo na pograniczu Arizony i Meksyku. Zakotwiczył tam na jakiś czas i w wyniku splotu pewnych okoliczności stał się właścicielem domu na prerii. Później wyjechał do Polski i dopiero po ponad dwudziestu latach wrócił do swojego amerykańskiego domu, który przez cały czas czekał na swojego egzotycznego (w rozumieniu prerii) właściciela. I tak doświadczony podróżnik, znawca kultur indiańskich i amator życia w dżunglii rozpoczął karierę miejscowego greenhorna. Bo pomimo całego swojego doświadczenia popełnił mnóstwo błędów, które stały się na wiele miesięcy tematem rozmów przy piwie w pobliskim miasteczku. Na szczęście WC ma duże poczucie humoru, które obejmuje również śmiech z samego siebie, więc dosyć szybko udało mu się zyskać sympatię miejscowych i stać się po pewnym czasie członkiem ich społeczności. O której to społeczności potrafi ciekawie opowiadać, co sprawia, że książkę czyta sie z prawdziwą przyjemnością.

Jest w tej książce coś co mnie jednak razi - otóż WC bezkrytycznie wielbi amerykańskie prawo, amerykańskie zwyczaje, amerykańskie markety i firmy czy amerykański system podatkowy. Owszem są rzeczy, których można im pozazdrościć - chociażby prawa do obrony swojej własności czy jakości obsługi klienta w Wolmarcie. Jednak np. łatwość w nabyciu broni budzi moje poważne wątpliwości, tym bardziej, że co jakiś czas media donoszą o masakrach, których sprawcą był szaleniec z automatem...

Kilka dni temu ktoś, widząc w moich rękach tę książkę, zapytał czy "Wyspa na prerii" jest taka dobra jak "Rio Anakonda". Szczerze mówiąc nie potrafię na tak postawione pytanie odpowiedzieć, bowiem tych książek nie da sie porównać. Z pewnością jest to książka ciekawie napisana, opatrzona licznymi fotografiami i pięknie wydana. Ale czy lepsza albo gorsza? Nie wiem. Jest po prostu inna.

Warto sięgnąć po "Wyspę na prerii" i przekonać się jak wygląda dzisiejszy Dziki Zachód, na którym konie zamieniono na samochody terenowe, gdzie przed każdym domem musi być trawnik, a dzieciaki do szkoły wozi żółty autobus. Bo pomimo pewnych zdobyczy cywilizacyjnych preria jest taka sama jak za czasów wspomnianego na początku Winnetou...

Za książkę dziękuję księgarni Gandalf.


7 komentarzy:

  1. Też nie jestem zwolenniczką amerykanizacji i przenoszenia wszystkich amerykańskich zwyczajów na polski grunt. Książkę poszukam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety mnie zdecydowanie nie podoba się ta książka. Kupiłam ją jak tylko się ukazała ( bo jestem fanką Wojciecha Cejrowskiego) i utknęłam w połowie. Znudziła mnie i ten bezkrytycyzm amerykańskiego życia coś okropnego. Tak jak zachwyciłam się książką "Rio Anakonda" i od czasu do czasu do niej zaglądam tak ta pozycja wylądowała na dolnej półce mojego regału, do książek "niewypałów".

    OdpowiedzUsuń
  3. Można lubić poglądy i wypowiedzi Cejrowskiego lub nie, ale trzeba przyznać, że książki pisze znakomite i ma ten gawędziarski styl, przez co czyta się to po prostu świetnie.

    OdpowiedzUsuń
  4. To uwielbienie Ameryki może trochę przeszkadzać. Ale bardzo lubię sposób, w jaki pan Cejrowski opowiada. I myślę, że mimo wszystko lektura może okazać się przyjemna. I bardzo zabawna;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Cejrowski potrafi opowiadać o różnych rzeczach z humorem, dzięki czemu zjednuje sobie ludzi (bywa też, że wrogów). Ciekawa jestem jak przedstawia USA, chociaż jak wynika z Twojej recenzji gloryfikuje wiele aspektów...
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Z Cejrowskim zawsze chętnie wyruszam w podróż...

    OdpowiedzUsuń
  7. Takiej historii o Cejrowskim nie słyszałam. Polak to jednak potrafi się zakręcić tak, że zbierze jakieś profity ;)
    Ameryka kiedyś była dla nas "och" i "ach", kiedy jeszcze dobrze jej nie znaliśmy. Tam wszystko odbywa się na wyższych obrotach, nie jak u nas.

    OdpowiedzUsuń

Posty anonimowe będą kasowane - proszę podpisz się:)