wtorek, 20 listopada 2012

Nie ma idealnych małżeństw...

Już od dawna utarło się, że siedem to szczęśliwa liczba - z tego powodu wiele par planuje  ślub w ten sposób, aby w dacie znalazła się choćby jedna "7", co ma gwarantować powodzenie i trwałość związku - sama brałam ślub 27 lipca, czyli mam szczęście niejako podwójne;)
Niestety bywają jednak pechowe "siódemki". 

Tessa i Nick Russo są małżeństwem z siedmioletnim stażem - właśnie świętują rocznicę ślubu. Ona pracowała jako wykładowca uniwersytecki, jednak po urodzeniu dzieci zrezygnowała z pracy zawodowej, on jest cenionym chirurgiem plastycznym i specjalistą od chirurgii dziecięcej. Pobrali się z wielkiej miłości, na początku borykali się z problemami finansowymi, ale już wyszli na prostą, mają dwójkę udanych dzieci, grono przyjaciół, są młodzi, inteligentni i mają w perspektywie jeszcze wiele wspólnych lat.
W czasie, kiedy zasiadają do rocznicowej kolacji kilka przecznic dalej odbywa się urodzinowe przyjęcie pewnego małego chłopca. Jednym z gości jest Charlie Anderson. Chwilowy brak uwagi ze strony pilnujących dzieci dorosłych ma tragiczne skutki - Charlie wpada do palącego się ogniska i doznaje dotkliwych oparzeń.

Nad łóżkiem chorego dziecka przypadek styka dwoje obcych sobie ludzi - Valerie, matkę Charliego i Nicka, jego lekarza. Początkowo połączyła ich troska o dziecko, jednak z czasem ich relacje zmieniają charakter...

"Siedem lat później" Emily Giffin nie jest kolejną sztampową historyjką typu "on poznał ją i dla niej rzuca dom i rodzinę" - to powieść psychologiczna, ukazująca ewolucję związku dwojga ludzi, związku w którym wygasło już pierwsze zauroczenie i do którego zaczyna się wkradać codzienność i rutyna. W trójkącie, który tworzą Tessa, Nick i Valerie nikt nie jest bez winy - najłatwiej oczywiście osądzić Val, to ona jest tą trzecią, oraz Nicka, bo on zdradził, ale czy Tessa nie ma sobie nic do zarzucenia?

Nie chciałabym usprawiedliwiać Nicka i Valerie, zdrada to zdrada, nie ważne z jakich pobudek. Jednak jak dla mnie najbardziej denerwującą postacią była właśnie Tessa - małostkowa, sfrustrowana, sama nie wie czego chce, jakoś nie mogłam jej polubić. Być może bierze się to stąd, że mamy całkowicie różne charaktery - ja stawiam na otwartość, jeżeli coś mi się nie podoba lub mnie niepokoi to wyjaśniam sprawę od razu, natomiast Tessa dusiła wszystko w sobie, rozpamiętywała i... bała się konfrontacji. Nie potrafiłabym też wbrew sobie zrezygnować z pracy, która daje mi satysfakcję i zamknąć się w domu, który by mnie przytłaczał - tym bardziej, że nie było w rodzinie państwa Russo przeciwwskazań do powrotu Tessy na uczelnię, dzieci uczęszczały do przedszkola, a i na ewentualną opiekunkę  mogli sobie pozwolić. I nie powiem pewnie nic nowego, ale satysfakcja i zadowolenie z życia mają wartość nieporównywalnie większą niż wymuskana kuchnia czy wysprzątany "na błysk" salon.

Książkę czyta się szybko, czego zasługą jest z pewnością język, prosty, bez stylistycznych udziwnień, oraz akcja, która toczy się w miarę szybko, nie ma jakichś przeciągających się scen czy dywagacji bohaterów.

 Uważam, że "Siedem lat później" to literatura kobieca z wyższej półki - taka, którą czyta się łatwo i przyjemnie, ale która zmusza nas do pewnych przemyśleń i wniosków. Bo świat jest tak urządzony, że wbrew temu o czym jesteśmy przekonane w dniu ślubu, nic nie trwa wiecznie i nie ma idealnych związków niestety...

niedziela, 18 listopada 2012

Być czarownicą w XXI wieku...

Baśniowe wiedźmy można było poznać z daleka - haczykowaty nos z obowiązkowymi brodawkami, skołtunione, siwe włosy, garb, pętający się w pobliżu kot, szklana kula oraz miotła, ożóg lub poczciwa sztacheta stanowiące ich ulubiony środek lokomocji. Ale jak będzie wyglądać współczesna czarownica? Może tak - glany, bojówki, podkoszulek i ciemne okulary, do tego krótka, nastroszona fryzura, zamiast kota biały szczur, a zamiast szklanej kuli laptop z dostępem do internetu?

Krystyna Szyft, przez najbliższych zwana Reszką otrzymuje niespodziewany spadek po dalekiej krewnej - dom z ogrodem w zapomnianej przez Boga i ludzi okolicy. Kiedy udaje się jej odnaleźć Czcinkę (wieś, której nie ma nawet na mapie) okazuje się, że ciotka Katarzyna miała bardzo nieciekawą opinię u miejscowych. Krótko mówiąc sąsiedzi uważali ją za wiedźmę - w dosłownym tego słowa znaczeniu. Rekonesans po obejściu zdaje się potwierdzać prawdziwość tych opinii - Krystyna znajduje w sadzie zawieszone na drzewach kawałki luster, które tworzą krąg wokół domu, na drzwiach komórki widnieje jakiś dziwny pentagram, a w zabezpieczonej niczym sejf piwnicy odkrywa swoiste "archiwum", stanowiące koronny dowód na to, że poprzednia właścicielka zajmowała się uprawianiem czarów. A gdyby jeszcze Reszka miała wątpliwości co do rodzaju zajęć swojej spadkodawczyni, to ta ostatnia pojawia się przed nią i wyjaśnia dlaczego to ją wybrała na kontynuatorkę swojej misji. Tylko czy Reszka, przyzwyczajona do tego, że sama kieruje swoim życiem, będzie chciała spełniać życzenia nachodzącego ją ducha?

"Wiedźma.com.pl" wchłonęła  mnie od pierwszego rozdziału i nie dała się odłożyć na półkę dopóki nie dotarłam do ostatniej kartki. Ewa Białołęcka stworzyła ciekawą i wciągającą opowieść z pogranicza powieści obyczajowej i fantastyki. Reszka to osoby nieco może zwariowana, ale pełna humoru, inteligentna i otwarta na świat  - nawet ten nierzeczywisty. Początkowe oszołomienie nadnaturalnymi zjawiskami szybko mija i nowa mieszkanka Szyftówki powoli oswaja się z wpadającymi z wizytą duchami (bo nie tylko ciotka Katarzyna ją odwiedza), odkrywa, że sama ma pewne magiczne umiejętności i nawet zaczyna ich używać wobec miejscowych. 
Powieść przesiąknięta jest humorem słownym i sytuacyjnym, szczególnie kiedy pojawiają się najbliżsi Reszki - jej rodzice i sześcioletni syn Jeremi. W ogóle wszyscy bohaterowie Białołęckiej (poza ciocią Katarzyną rzecz jasna) budzą ogromną sympatię - i duchy, i doktor z problemem alkoholowym a nawet miejscowe zakapiory, przy bliższym poznaniu, okazują się całkiem do rzeczy.

Ogromnym plusem powieści jest język - współczesny, przepełniony internetowym slangiem,  miejscami dosadny (ale tylko tam gdzie jest to niezbędne),  a miejscami niezwykle liryczny. Dialogi (jako, że prowadzący je to w zdecydowanej większości ludzie inteligentni) skrzą się dowcipem i ciętymi ripostami. Odkładając książkę było mi autentycznie smutno, że to już koniec...

Gdzieś wyczytałam, że "Wiedźma" przypomina powieści Chmielewskiej. Czy ja wiem? Owszem podobnie jak u pani Joanny wartka akcja, humor, inteligentna i żywiołowa główna bohaterka, ale to chyba jedyne podobieństwo. Natomiast mnie w pewnym stopniu ta książka przywołała na myśl "Dożywocie" Marty Kisiel, chociaż to też takie mocno ulotne podobieństwo.

Jakby nie było książka zdecydowanie warta poświęconego jej czasu. 


piątek, 16 listopada 2012

Zderzenie dziewczęcych marzeń z twardą rzeczywistością...

Zupełnie nie ogarniam jakimi drogami spaceruje rozsądek osób odpowiedzialnych za lektury przeznaczone do omawiania w ramach naszego bibliotecznego DKK. Na początku roku dostałyśmy listę i wybrałyśmy tytuły książek, które chciałybyśmy przeczytać i przedyskutować. I co? Ano to, że nasza lista sobie, a rozdzielnik sobie,  paczki nadchodzące z województwa są dla nas zawsze ogromną niespodzianką, a z naszej pierwotnej listy bodajże trzy tytuły się trafiły. Wszystko jednak przebił fakt, że ostatnio uraczono nas, osoby już dosyć dawno dorosłe, powieścią stricte młodzieżową... Szczęście w nieszczęściu, była to książka pani Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk pt. "Wystarczy, że jesteś".

Autorki, po jej cukiernianym cyklu, specjalnie chyba przedstawiać nie trzeba, w tej chwili coraz głośniej o najnowszej "Róży z Wolskich" (ja ją też już mam, tyle, że najpierw mama i teściowa będą czytać) a i starsze książki wciąż budzą zainteresowanie wśród czytelników.

Weronika, główna bohaterka "Wystarczy, że jesteś" jest uczennicą trzeciej klasy jednego z warszawskich liceów. Wrażliwa, nieco nieśmiała dziewczyna nie ma zbyt dobrego kontaktu z koleżankami z klasy, z rodzicami i z bratem również nie jest zbyt blisko, większość czasu spędza na nauce i czytaniu książek. I jak każda dziewczyna w jej wieku marzy o wielkiej, romantycznej miłości - takiej jaka stała się udziałem Belli Swan, głównej bohaterki "Zmierzchu". Ponieważ jednak na horyzoncie nie pojawia się jak na razie żaden edwardopodobny osobnik Weronika wymyśla sobie pana W. - kwintesencję dziewczęcych marzeń, inteligentnego, romantycznego, opiekuńczego pana Wspaniałego, o którym pisze na swoim blogu.

I oto w życiu Weroniki pojawiają się trzej mężczyźni - Filip, słuchacz Akademii Teatralnej i wschodząca gwiazda filmu, Piotr, psycholog udzielający porad przez internet oraz Marek, dawny znajomy jej brata, student socjologii. Weronika przeżywa swoją pierwszą, wielką, romantyczną i... bardzo niedoskonałą miłość. Następuje zderzenie wyidealizowanego świata powieści z prawdziwym życiem,  zderzenie, które zmusi Weronikę do przeanalizowania swoich uczuć, pragnień i planów, które zmieni nastolatkę w dorosłą kobietę.

Książka nie jest typowym (na szczęście) utworem jakimi w większości zaczytują się współczesne nastolatki. To nie bajka o Kopciuszku, który za dotknięciem czarodziejskiej różdżki staje się piękną księżniczką, bez większego trudu zdobywa i utrzymuje przy sobie wymarzonego księcia a potem żyją długo i szczęśliwie. Sama Weronika nie jest idealną powieściową bohaterką, budzi w czytelniku, a w każdym razie w dorosłej czytelniczce, skrajne uczucia - od irytacji, poprzez pobłażliwość aż do sympatii. Patrząc na jej wybory z perspektywy wieku i doświadczenia życiowego miałam czasami ochotę zdrowo nią potrząsnąć, ale później przychodziła refleksja, że dawno temu, kiedy sama byłam w wieku Weroniki też zdarzało mi się kierować emocjami nie rozsądkiem i jakże często widziałam to co chciałam zobaczyć, a nie to co się działo naprawdę.

Powieść Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk jest bardzo mocno osadzona we współczesnej rzeczywistości - portale społecznościowe, wszechobecne SMS-y, plotkarskie strony internetowe, święcąca triumfy saga "Zmierzch" to gadżety, bez których dzisiejsze nastolatki nie wyobrażają sobie życia a ich obecność jeszcze bardziej uwiarygadnia opisywana historię. Młode dziewczyny mogą się utożsamiać z Weroniką, a w jej losach będą widzieć odbicie własnych przeżyć, bo niejedna z nich chociaż raz w życiu kochała nieszczęśliwie i przeżyła gorycz rozczarowania...


wtorek, 13 listopada 2012

Zagłaskać na śmierć...

Zdarzyło się Wam dostać SMS-a od nieznanej osoby? Prawdopodobnie tak - takie zdarzenia nie są znowu takie odosobnione. A głuche telefony? Też pewnie bywały... I, o ile tego typu przypadki trafiają nam się rzadko, to najczęściej ich nie roztrząsamy i szybciutko o nich zapominamy. Co jednak robić wtedy, kiedy sytuacja się powtarza a wręcz utrudnia nam normalne życie?

Olga Rudnicka to młoda autorka, ale już z całkiem pokaźnym dorobkiem - w ciągu 5 lat wydała siedem książek, które zyskały jej całkiem pokaźne grono czytelników. Specjalizuje się w szeroko pojętej literaturze kryminalnej, ma swój własny styl, chociaż część z jej powieści nasuwa na myśl porównanie do twórczości Joanny Chmielewskiej - szybka akcja, dynamiczne bohaterki i poczucie humoru to największe zalety tych utworów. Autorka nie zamyka się jednak w jednej konwencji, czego dowodem jest jej najnowsza książka, wydany w bieżącym roku "Cichy wielbiciel".

Główna bohaterka, Julia Rogacka jest zwyczajną młodą kobietą i prowadzi w miarę ustabilizowane życie - skończyła studia licencjackie, pracuje w salonie jednej z sieci komórkowych, wyprowadziła się od rodziców i zamieszkała z dwiema koleżankami ze studiów w wynajętym mieszkaniu. Nie jest może zbyt zamożna, ale nie ma problemów finansowych, niebrzydka, zadbana, niebieskooka blondynka, jakich setki chodzą po ulicach polskich miast i wsi. Od roku ma stałego partnera, jednak jest to związek na odległość, bowiem Paweł pracuje jako przedstawiciel handlowy i jest w ciągłych rozjazdach - do rodzinnego Poznania udaje mu się wracać na weekendy (o ile nie ma jakiegoś firmowego szkolenia) i wtedy może spotkać się ze swoją dziewczyną.
Pewnego dnia w pracy na Julię czeka niespodzianka - bukiet pięknych róż z dołączonym poetyckim bilecikiem. Początkowo sądzi, że to Paweł, jednak kiedy okazuje się, że to nie on jest nadawcą tej przesyłki, zaczyna się denerwować, tym bardziej, że na jej służbowej komórce pojawiają się SMS-y z wyznaniami miłości.
Koleżanki Julii, a także jej mama, uważają, że sytuacja jest niezwykle romantyczna i zazdroszczą jej tajemniczego wielbiciela. Jednak kiedy pojawiają się kolejne kwiaty, SMS-y, prezenty a potem głuche telefony, Julia zaczyna się bać, tym bardziej, że okazuje się, że jej "wielbiciel" wie o niej niemal wszystko...

Do niedawna niewiele osób w Polsce wiedziało, co oznacza termin "stalking" i "stalker" a osoby złośliwie i natrętnie nękające innych były praktycznie bezkarne - policja mogła wkroczyć do akcji, kiedy zostało popełnione przestępstwo (np. napaść lub pobicie) lub kiedy ofiara stalkera popełniła samobójstwo, a i to nie zawsze. Zmieniło się to w roku 2011, kiedy sejm znowelizował Kodeks Karny, a stalking został oficjalnie uznany za przestępstwo, za które grozi kara do 10 lat pozbawienia wolności.

Historia Julii i jej cichego wielbiciela to klasyczna opowieść o stalkerze i jego ofierze. Tajemniczy mężczyzna powoli ale zdecydowanie osacza Julię, śledzi jej każdy krok, utrudnia pracę, niszczy przyjaźnie, stara się rozerwać jej związek z Pawłem, wpływa na życie,nie tylko dziewczyny ale również jej rodziców i przyjaciół. Przykre jest to, że początkowo nikt nie zauważa problemu, koleżanki wręcz podejrzewają, że Julia znalazła sobie kogoś za plecami Pawła, matka bagatelizuje obawy dziewczyny a narzeczony, kiedy wreszcie dowiaduje się o całej sprawie, oskarża dziewczynę o kłamstwo i zdradę. Również sama Julia szuka początkowo winy w sobie i swoim zachowaniu. W ciągu kilku miesięcy młoda, otwarta, wesoła dziewczyna zmienia się w znerwicowaną, popadająca w depresję, nadużywającą leków i alkoholu osobę.

Najgorsze jest to, że tak naprawdę każdy z nas może stać się ofiarą stalkera...

poniedziałek, 5 listopada 2012

Być Rockefellerem...

28 lipca 2008 roku w Bostonie dochodzi do porwania dziecka, siedmioletniej Reight Boss. Porywaczem jest ojciec dziewczynki, Clark Rockefeller. Porwaniem zajęła się bostońska policja, jednak szybko się okazało, że sprawa nie należy do typowych - przede wszystkim dlatego, że nikt nie wie kim tak naprawdę jest mężczyzna używający jednego z najbardziej znanych nazwisk na świecie. I faktycznie - bardzo szybko okazuje się, że Clark nie ma numeru ubezpieczenia społecznego,  konta bankowego ani prawa jazdy, nie ma go w żadnej bazie danych, nie można odnaleźć jego aktu urodzenia ani żadnych innych dokumentów, a co najważniejsze - rodzina Rockefellerów zdecydowanie oświadcza, że nigdy o kimś takim nie słyszała. 
W ustaleniu tożsamości mężczyzny pomógł przypadek, a właściwie niechlujstwo, jednego z jego znajomych. Clark odwiedził go dzień przed porwaniem i w czasie wizyty wypił szklankę wody, a ów znajomy nie umył jeszcze tej szklanki. W laboratorium udało się wyodrębnić odciski palców i okazało się, że poszukiwany pochodzi z Niemiec, naprawdę nazywa się Christian Karl Gerhartsreiter a do USA przybył w 1978 aby studiować.
Nagłośnienie sprawy w mediach doprowadziło do odnalezienia porywacza, dziewczynce nic się na szczęście nie stało, ale w dalszym ciągu bez odpowiedzi pozostało pytanie - kim tak naprawdę jest ten człowiek?

Mark Seal jest reporterem, który postanowił przeprowadzić dziennikarskie śledztwo celem którego była rekonstrukcja losów jednego z największych oszustw XX wieku. Dziennikarz wykonał ogromna pracę, podróżując śladami Gerhartsreitera vel Gerharta vel Chichestera vel Crowe'a vel Rockefellera (tych nazwisk używał niemiecki imigrant w kolejnych okresach swojego życia) odwiedził Europę wschodnią, przemierzył USA od zachodniego do wschodniego wybrzeża, rozmawiał z ponad dwustoma osobami oraz przejrzał mnóstwo materiałów źródłowych a efekt swojej pracy zawarł w książce "Dziwny przypadek Rockefellera". 

Wyłania się z niej obraz człowieka mającego jasno sprecyzowane cele, nastawionego na sukces i mającego niesamowitą umiejętność wpływania na najbliższe otoczenie. Budując swoje kolejne wcielenia dbał o ich jak największą wiarygodność - począwszy od akcentu, poprzez dopracowaną biografię na odpowiedniej garderobie kończąc. Zdecydowana większość osób, które miały z nim kontakt przyznaje, że dała się oszukać, a wszelkie ewentualne nieścisłości czy potknięcia składano na karb ekscentryczności związanej z wykonywanym zawodem lub pochodzeniem - Gerhartsreiter kreował się bowiem na filmowca, brytyjskiego arystokratę lub, jak w swoim ostatnim wcieleniu, na członka jednej z najbogatszych rodzin Ameryki. Bezstronnie trzeba przyznać, że był dobry w tym co robił - jego żona przez 12 lat małżeństwa nie zorientowała się, że coś może być nie tak z jej mężem.

Czytając książkę Seala zastanawiałam się jak to się stało, że jeden człowiek potrafił  opętać taką rzeszę ludzi. W kręgach jego znajomych znalazło się wiele wykształconych, inteligentnych i światowych osób - biznesmeni, politycy, ludzie nauki i sztuki. I przyszło mi na myśl, że Rockefellerowi udawało się tak długo ciągnąć swoje oszustwo bo miał doskonałe wyczucie psychologiczne i pokazywał swoim znajomym to co chcieli zobaczyć, otoczkę symbolizującą starą rodzinę i duże pieniądze czyli akcent prestiżowej uczelni, szytą na miarę garderobę, kolekcję obrazów czy działalność charytatywną. 

I nikomu nie przyszło do głowy, że to wszystko może być jedną wielką mistyfikacją...

sobota, 3 listopada 2012

Coś się kończy, coś się zaczyna...

Długo przyszło czekać na kolejną odsłonę przygód poznańskiej rodziny Borejków oraz ich przyjaciół, bo aż cztery lata. I kiedy wreszcie dotarła do mnie ta wytęskniona, wyczekiwana "McDusia" to pochłonęłam ją w ciągu popołudnia... I znów muszę czekać na kolejny tom "Jeżycjady"...

Tytułowa McDusia to Magda Ogorzałka, córka Kreski i prawnuczka profesora Dmuchawca. Pod koniec grudnia 2009 roku przyjeżdża z Wrocławia   do Poznania  aby uporządkować mieszkanie zmarłego kilka miesięcy wcześniej pradziadka. Trafia do gościnnego mieszkania przy ulicy Roosevelta gdzie oprócz przedświątecznej krzątaniny trwają przygotowania do ślubu Laury Pyziak z Adamem Fidelisem. Biorąc pod uwagę tradycyjnego "ślubnego pecha", który nęka panny młode z rodziny Borejków wszyscy niejako podświadomie czekają co zdarzy się tym razem. Spokój zachowuje jedynie szczęśliwa i zakochana bez pamięci Laura - uważa, że wszystko ma pod kontrolą i nie wierzy w rodzinne fatum. Ale czy słusznie? 

Tak jak w poprzednich tomach "Jeżycjady" są w "McDusi" wątki uczuciowe - Magda po przebytym zawodzie miłosnym zwraca uwagę na Józinka Pałysa, nie zauważając początkowo uczuć jakimi darzy ją Ignacy Grzegorz Styrba. Józinek tymczasem przeżywa kłopoty sercowe z powodu Trolli, a właściwie z powodu jej angielskiego narzeczonego i zdecydowanie odrzuca awanse Magdy.  
Magda, trochę pozostawiona sama sobie, obserwuje stosunki panujące w goszczącej ją rodzinie i  ma czas oraz okazję przemyśleć własne życiowe wybory. Dziewczyna znajduje się w okresie buntu, uważa, że najwyższy czas odciąć pępowinę łączącą ją z rodzicami (co jest o tyle łatwiejsze, że reszta rodziny wyjechała do Francji) i stać się wolnym człowiekiem. Tymczasem ze zdziwieniem zauważa, że kochająca   swojego syna Gabrysia wcale nie ogranicza wolności Ignasia i szanuje jego niezależność.

Jednak tym co w "McDusi" jest najważniejsze to przemijanie i swego rodzaju rozrachunek  z przeszłością. Odszedł profesor Dmuchawiec - wielki autorytet, nauczyciel i mentor większości  starszych bohaterów "Jeżycjady". Magda nie miała z pradziadkiem zbyt dobrego kontaktu i dopiero teraz go poznaje -  poprzez wspomnienia Gabrysi, Nutrii, Aurelii, Hajduka i Bebe, dla których wraz z odejściem  starszego pana skończył się pewien okres w życiu.  
Gabrysia bardzo mocno przeżywa zamążpójście i wyprowadzkę Laury (ale i Laura przeżywa chwile wątpliwości i obawy o przyszłość) oraz dorastanie Ignasia, ma wrażenie, że przestaje być potrzebna, Ignacy i Mila zastanawiają się ile jeszcze wspólnych Sylwestrów ich czeka, a Ignaś będzie musiał stanąć do walki w obronie Magdy i z dzieciaka stać się mężczyzną. 
W powieści pojawia się też postać, której od samego początku nie lubiłam - Janusz Pyziak. Ten chyba jedyny prawdziwy "czarny charakter" w całym cyklu, wiarołomny mąż Gabrysi i ojciec jej córek przyjeżdża na ślub Laury. I niejako przy okazji dochodzi do bolesnej, ale szczerej i oczyszczającej rozmowy pomiędzy byłymi małżonkami. I mnie po tej rozmowie zrobiło się zwyczajnie żal Janusza. Nie, nie jestem w stanie go polubić czy zrozumieć jego działania. Ale teraz widzę, że Janusz najbardziej skrzywdził siebie i że Gabrysia tak naprawdę miała dużo szczęścia, że ją zostawił...

"McDusia" to jeden z najpoważniejszych tomów "Jeżycjady" ale są w niej również zabawne i nieco zwariowane momenty - zresztą czego innego się można spodziewać kiedy na scenę wkracza Bernard Żeromski?

Mam świadomość, że "McDusia" nie wszystkim fanom Borejków przypadnie do gustu. Ale moim zdaniem to jedna z lepszych części cyklu i serdecznie polecam jej lekturę:)

piątek, 2 listopada 2012

Wielcy nieobecni



Dzień Zaduszny...
Tradycyjnie wspominamy dzisiaj naszych najbliższych, których nie ma już z nami. Ale jest to również dzień, kiedy nasze myśli kierujemy ku ludziom kultury, sztuki, sportu czy polityki, którzy dzięki swojej działalnosci byli obecni w naszym życiu, dostarczali nam chwil radości i wzruszeń.
W ciągu ostatnich 12 miesięcy świat literatury stał się uboższy, bo odeszli:


Olgierd Budrewicz 20.11. 2011


Anne McCaffrey 21.11.2011


Vaclav Havel 18.12.2011


Wisława Szymborska - 1.02.2012


Carlos Fuentes 15.05.2012


Ray Bradbury 6.06.2012


Maeve Binchy 30.07.2012


Harry Harrison 15.08.2012



Janusz Krasiński 14.10.2012