środa, 5 lutego 2014

O Arabelce co miała być nową Alicją

Od czasu do czasu zdarza mi się przyznać do rozmaitych czytelniczych wykroczeń. Nie, nie palę w piecu powieściami, które nie przypadły mi do gustu, nie zawijam śledzi w cenne manuskrypty (w mniej cenne też nie zawijam) i nie rzucam książkami za psem, mężem czy dzieckiem - bardziej chodzi o to, że moje wyznania co do rozmaitych pozycji literackich budzą u moich rozmówców pewną konsternację. No bo jak można nie lubić Kubusia Puchatka, nie współczuć Pinokiowi czy nie rozumieć o co chodzi Alicji z Krainy Czarów?
Z tą Alicją to w ogóle dziwna sprawa jest - przeczytałam (lepiej powiedzieć "przemęczyłam") gdzieś w zamierzchłych podstawówkowych czasach, bo lekturą była i zniechęciłam się do niej straszliwie. I jeśli tylko jakaś książka jest reklamowana jako nowa wersja Alicji to mijam szerokim łukiem. Tymczasem ekranizacja w reżyserii Tima Burtona bardzo mi się podobała - tu ukłony w stronę mojego Piotrka, bo uparł się film obejrzeć, a ja, znając pokręconą fabułę, doszłam do wniosku, że może mu być potrzebne moje towarzystwo.

Dlaczego o Alicji piszę?
A dlatego, że właśnie przeczytałam "Niezwykłe światy Arabelki", książkę Edyty Łaszkiewicz porównywaną przez wydawcę do nieśmiertelnego dzieła Lewisa Carrolla.

Codziennie Arabelka przechodzi koło pewnego tajemniczego, opuszczonego domu. I oto pewnego dnia na podwórku suszy się pranie, na stole leżą jabłka a pod ławką śpi pies. Dziewczyna bez namysłu wchodzi na teren posesji i tak rozpoczyna się jej wielka przygoda. Spotyka tam tajemniczą kobietę imieniem Hariett i razem z nią udaje się w drogę.  W domku zajmowanym przez Hariett i jej siostrę spotyka kilkoro dzieci - interesującą się groźnymi zwierzętami Karolinę, złośliwego i wiecznie spóźnionego Harolda, tworzącego obrazki z makaronu Edwarda, wiecznie śpiącą Lisią Dziewczynkę oraz psotne Trojaczki. Razem z nimi Arabelka wyrusza w podróż do tajemniczego Miasta.

Jeśli ktoś myśli, że Arabelka zachęciła mnie do ponownego przeczytania "Alicji" to jest w błędzie. Podobnie jak literacki pierwowzór nie przekonała mnie ta książka do siebie. Wydaje mi się, że autorka miała niezły pomysł, z pewnością posiada pani Edyta Łaszkiewicz bujną wyobraźnię jednak to trochę za mało. Szczególnie kiedy pisze się dla młodego czytelnika - dzieciaki mają do wyboru tyle przeróżnych rozrywek, że trzeba je bardzo zainteresować, aby chciały spędzić kilka godzin nad książką.

Żeby był porządek to najpierw to co mi się w książce podobało: 
  • zróżnicowani bohaterowie - każde z dzieci jest inne, mają wady i zalety, bywają złośliwe, ale w chwilach próby mogą na siebie liczyć, są też pozytywnie nastawione do świata;
  • ciekawie zarysowane miejsca do których docierają mali podróżnicy;
  • mojemu dziecku podobały się niektóre ilustracje, bo są takie w klimacie "Rodziny Adamsów", a prawie każdy chłopak w jego wieku fascynuje się duchami, strachami i innymi takimi;
Niestety znacznie więcej jest tego co mi nie przypadło do gustu:
  • niemal zupełny brak charakterystyki bohaterów - nie mówię, że ma to być jakaś psychologiczna analiza, ale o tytułowej bohaterce dowiemy się jedynie, że lubi rysować;
  • aby wyruszyć do Miasta dzieci bez drgnienia powieki oszukują swoje opiekunki - powieść jest przeznaczona dla dzieci w wieku ok. 10 lat i mam poważne wątpliwości czy takie rozwiązanie jest na miejscu. Tym bardziej, że książka wygrała pewien konkurs literacki i powinna (chyba, że ja jestem bardziej naiwna niż sądziłam) nieść ze sobą jakieś wartości wychowawcze;
  • narracja jest dosyć chaotyczna, właściwie żaden wątek nie jest skończony;
  • powieść kończy się co najmniej dziwnie (nie będę spojlerować), tak jakby autorce brakło czasu, ewentualnie planowany jest ciąg dalszy - ale to wypadałoby chyba zasygnalizować;
  • i najważniejszy zarzut - przygody Arabelki i jej towarzyszy (bo przyjaciółmi trudno ich nazwać) są nudnawe, nie wywołują dreszczyku emocji, nie zmuszają młodego czytelnika do siedzenia nad książką z ciekawością "co będzie dalej?";
Przyznam się, że dość długo się zastanawiałam co wpłynęło na mnie przy wyborze tej ksiązki do lektury. Z pewnością wydawnictwo - "Skrzat" to jedna z najlepszych polskich oficyn wydających książki dla dzieci i mój Piotrek ma na półce sporo ich pozycji. Jednak najważniejsza była przyciągająca oko okładka, oraz informacja, że autorka sama ilustrowała swoją książkę. Jak się okazuje ilustracje wyszły spod ręki pani Edyty Łuszkiewicz, niestety okładka to już całkiem inna bajka - z notki uczynionej najdrobniejszym możliwym druczkiem dowiedziałam się, że autorem grafiki jest Rosario Rizzo - TU można obejrzeć oryginał okładki a TUTAJ inne prace artysty.

Sama nie wiem co radzić w sprawie tej lektury - dla mnie ta książka jest na "3", ale jak pisałam nie lubię Alicji i jej naśladownictw...



8 komentarzy:

  1. Podoba mi się okładka, Alicję uwielbiam, ale nie lubię naśladownictwa, ale dałabym jej szansę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie właśnie okładka zauroczyła;)

      Usuń
  2. Okładka całkiem ładna, fabuła wydaje się być dość ciekawa. Szkoda tylko, że z wykonaniem było troszkę gorzej. Alicji również nie pojmuję, jakoś z tą książką mi nie po drodze, chociaż wszelkie ekranizacje oglądam. Kubuś Puchatek bardziej mnie zauroczył bajką niż wersją książkową, ale Pinokiowi nie współczułam ani trochę. Tak naprawdę sam zgotował sobie taki los. ;)
    Ale co do Arabelki, być może kiedyś dam jej szansę, w wolnej chwili. Sama lubię wrócić do bajek, więc może, może...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alicja i Kubuś jako filmy faktycznie lepiej trafiają:)

      Usuń
  3. Czytałam niedawno inną recenzję tej książeczki i autorka tekstu ma podobne zdanie do Twojego. W tamtym tekście pokazała jeszcze kilka obrazków ze środka i muszę przyznać, że mi się one wcale, a wcale nie podobały.
    Zarówno tamta recenzja, jak i Twoja utwierdza mnie w przekonaniu, żeby nigdy po nią nie sięgać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też się ta grafika nie podoba, ale ponieważ to raczej moje dziecko jest docelowym odbiorcą to zapytałam Piotrka o zdanie. Nie wiedzieć czemu lubi rodzinę Adamsów...

      Usuń
  4. Trafiłam tu dzięki Irence Bujak, która podrzuciła mi linka :) Jak ja się cieszę, że napisałaś recenzję tej książki i odebrałaś ją w podobny sposób do mnie. Przynajmniej teraz wiem, że nie jestem jakimś odludkiem, który nie rozumie nagrodzonych książek ;) Teraz jestem tylko ciekawa, czy i u Ciebie pojawią się komentarze podpisywane w najróżniejszy sposób, a mające ten sam wydźwięk - w obronie książki, którą miałaś czelność skrytykować :P

    OdpowiedzUsuń

Posty anonimowe będą kasowane - proszę podpisz się:)