wtorek, 16 października 2012

Lektury małoletniej Ani - odc.6

Jesienna pogoda sprzyja jednakowoż wspominkom...

Kolejny z zapomnianych już dzisiaj francuskich mistrzów "płaszcza i szpady", którego książka rozpalała  wyobraźnię nastolatki to Paul Feval.
Przyszedł na świat w 1817 roku, z pochodzenia był Bretończykiem a z zawodu prawnikiem. Nie zrobił jednak kariery sądowej i musiał imać się rozmaitych zajęć aby mieć z czego żyć. Spróbował też swoich sił w dziedzinie literatury i to okazało się strzałem w dziesiątkę. Już jego debiutancka nowelka pt. "Klub fok" zyskała duże uznanie wśród czytelników "Paryskiego Przeglądu" a młody autor miał otwarte drzwi do największych francuskich czasopism. Kolejne utwory potwierdzają talent dwudziestokilkuletniego adwokata i skutkują propozycją wydania powieści. Feval miał początkowo obiekcje, bo wydawca zażyczył sobie powieści, której akcja toczyć się miała w ówczesnym Londynie - tymczasem pisarz niemal zupełnie nie znał angielskich realiów. W końcu przyjął propozycję a "Tajemnice Londynu" stały się ogromnym sukcesem wydawniczym. Odtąd Feval zaliczony został do grona najwybitniejszych pisarzy francuskich a wszystkie jego powieści były rozchwytywane przez zachwyconych czytelników co przełożyło się również na zdecydowaną poprawę jego warunków materialnych. Niestety wskutek nieprzemyślanych inwestycji pisarz utracił niemal cały majątek, wkrótce zmarła jego żona a on sam został sparaliżowany, a co za tym idzie niezdolny do pisania. Ten uwielbiany przez współczesnych pisarz zmarł w biedzie w 1887 roku jako pensjonariusz jednego z paryskich hospicjów.

Mój domowy egzemplarz nosi liczne
ślady obcowania z czytelnikami;)
Największą część twórczości Fevala stanowią kryminały, ale nie gardził też innymi gatunkami literackimi - można go uznać (obok Brama Stockera) za ojca powieści "wampirycznych", pisał utwory obyczajowe, religijne oraz historyczno-przygodowe. I to te ostatnie, a właściwie jeden z nich, przyniosły mu ponadczasową sławę.
Utwór o którym mowa to "Kawaler de Lagardere", znany również pod tytułem "Garbus" - książka wydana została w 1857 roku a pierwsze polskie wydanie datuje się na rok 1914.

Tytułowy bohater to dziecko paryskiej ulicy, sierota bez nazwiska (Lagardere to nazwa pałacu w którego ruinach pomieszkiwał), niezwykle uzdolniony szermierz, zabijaka i utracjusz, chodzący własnymi drogami, łamiący serduszka romantycznych dam i ich pokojówek, szczęściarz, który potrafił wyjść cało z największych opresji. Przypadkiem wplątuje się w konflikt pomiędzy dwoma z najpotężniejszych ludzi we Francji księcia Gonzagi i księcia de Nevers, a kiedy ten ostatni umiera na skutek ran odniesionych w pojedynku Lagardere bierze na siebie odpowiedzialność za jego dziecko, maleńką Aurorę, owoc tajemnego związku łączącego Neversa z narzeczoną Gonzagi...
Wagabunda musi zmienić swoje życie, porzucić nazwisko, ukrywać się przed mściwym i potężnym magnatem i zająć się wychowaniem i ochroną powierzonego mu niemowlęcia...

"Kawaler de Lagardere" to przede wszystkim opowieść "płaszcza i szpady" gdzie znajdziemy liczne pojedynki, galopady, ucieczki, porwania i cudowne ocalenia, będzie też wątek uczuciowy, chociaż w nieco innej formie niż ta do której przyzwyczaił nas mistrz gatunku Aleksander Dumas. Ale książka Fevala promuje takie cechy jak przyjaźń, odpowiedzialność, dotrzymywanie danego słowa, poświęcenie i odwagę. Zaznaczam jednak od razu, że nie jest to niestrawne moralizatorstwo - autor potrafi mówić o tych wartościach niejako przy okazji, mimochodem, ale tak, że zapada to głęboko w serce i umysł czytelnika.

Książka Fevala doczekała się kilku ekranizacji, ostatnio w 1997 roku powstał film "Na ostrzu szpady" w reżyserii P. de Broca. Jak dla mnie najlepsza jest jednak wersja z 1959 roku (film nosił tytuł "Garbus") gdzie główną rolę grał ówczesny niekwestionowany amant francuskiego kina Jean Marais.

Jean Marais jako Lagardere

niedziela, 14 października 2012

O spotkaniu, na którym byłam w ubiegłą niedzielę


Ani lipcowy skwar ani jesienna ulewa nie są straszne dla prawdziwego biblionetkowicza, w każdym razie dla krakowskiego biblionetkowicza. Ci, którzy spotkali się w ubiegłą niedzielę, 7 października, są na to najlepszym dowodem. Miejsce naszego kolejnego spotkania to księgarnio-kawiarnia "Bona" przy ulicy Kanoniczej, kilka kroków od Wawelu. Miejsce niezwykle przytulne i klimatyczne - przy filiżance kawy, herbaty czy niezwykle gęstej czekolady można posiedzieć porozmawiać i... poczytać, bowiem goście mogą wybrać coś z półki i oddać się lekturze przy kawiarnianym stoliku. Dodam, że "Bona" to również wydawnictwo, specjalizujące się w literaturze dla dzieci i młodzieży, a ja osobiście jestem mu dozgonnie wdzięczna za wydaną w tym roku "Tajemnicę Abigail" M. Szabo - książkę, której poszukiwałam bezskutecznie od wielu już lat.

W "Bonie" stawili się niemal wszyscy, którzy zgłaszali chęć spotkania:
Tynulec
Jurczak
Sherlock
Jelonka
Szaraczek
Firmin
Lenia z koleżanką
Alouette
Anek7
Natii
oraz dwie nowe osoby, czyli

Nie od dzisiaj wiadomo, że czas pod Wawelem płynie inaczej niż w innych rejonach kraju, więc i święty Mikołaj przychodzi wcześniej o czym przekonała się na własnej skórze Tynulec - sympatyczny święty zostawił dla niej książkowy prezent, który przekazała jej pani kelnerka. Chyba Tynulec była wyjątkowo grzeczna w tym roku:)
Niestety nie stworzyliśmy żadnej konstrukcji architektonicznej z naszych książek, ponieważ było ich zwyczajnie za dużo - zajmowały większość miejsca na stolikach. Wpływ na to miała m.in. obecność Ktryy, która przywiozła walizkę książek (dosłownie!) i tym samym wprowadziła nową jakość na nasze spotkanie. 
Liczyłam (nie tylko ja...), że wyjadę z Krakowa z mniejszym bagażem niż do niego przyjechałam ale się pomyliłam - tytuły były tak kuszące, że nie mogłam się oprzeć.

A przy oglądaniu, przekładaniu, wymienianiu, oddawaniu i pożyczaniu książek rozmawialiśmy o
- domowych zwierzątkach, zwłaszcza o królikach, które o ile dobrze zrozumiałam przechodzą jakieś szkolenia prenatalne pozwalające im bezbłędnie rozpoznawać, który kabelek przegryzać najpierw aby uniknąć porażenia prądem;
- o problemach ze sprzętem komputerowym i niecodziennych metodach jego reaktywacji;
- o spotkaniu ogólnopolskim w Wiśle;
- o twórczości Murakamiego;
- o studiach, które niektórzy właśnie skończyli (to o Jurczak) lub akurat zaczynają (Ktyra na ten przykład);
- oryginalnych sposobach magazynowania książek (bagażnik i takie tam);
- o problemach z dziećmi 
i o stu innych sprawach.

Spotkanie jak zwykle było zbyt krótkie ale przecież spotkamy się po raz kolejny już niedługo, prawda?

piątek, 12 października 2012

"Raz tylko w życiu..."

Duma nas przy tym wielka rozpiera
Bo pomijając względy wszelakie
Pamiętać trzeba, że raz tylko w życiu
Stajesz się stuprocentowym pierwszakiem:)


niedziela, 7 października 2012

Inna twarz autorki znanej z dzieciństwa

Astrid Lindgren to szwedzka pisarka znana doskonale dzieciom na całym świecie - także i w Polsce. Któż z nas nie czytał w szkolnych latach "Dzieci z Bullerbyn", które były i nadal są jedną z najbardziej lubianych lektur szkolnych? Wiele osób zna Pippi Långstrump (nie wiedzieć czemu zmienioną u nas na Fizię Pończoszankę) i Emila ze Smalandii - głównie za sprawą seriali nakręconych na podstawie książek opisujących ich przygody, oraz Ronję, bohaterkę ostatniej z książek zmarłej przed jedenastu laty autorki. W książkach Astrid Lindgren młody czytelnik spotka sympatycznych bohaterów, przeżyje ekscytujące i wesołe przygody i generalnie będzie się świetnie bawił.

Na tle tych wesołych i pełnych humoru powieści zdecydowanie wyróżnia się książka "Bracia Lwie Serce", która światło dzienne ujrzała w 1973 roku. Bohaterami książki jest dwóch chłopców - 13-letni Jonathan i 10-letni Karol. Młodszy z chłopców jest śmiertelnie chory a starszy brat, który się nim opiekuje opowiada mu o pięknej krainie Nangijali, do której pójdzie po śmierci. Niestety los decyduje, że to Jonathan trafi tam pierwszy - chłopiec ginie w pożarze. Kilka miesięcy później dołącza do niego Karol. Początkowy zachwyt cudowną krainą musi ustąpić smutnej rzeczywistości - Nangijali grozi niebezpieczeństwo ze strony okrutnego Tengila, wśród mieszkańców ukrywa się zdrajca a Jonathan i Karol stają do walki o wolność, walki w której stawką jest również ich życie.

"Bracia Lwie Serce" to piękna opowieść o poświęceniu, przełamywaniu własnych ograniczeń, o strachu i samotności ale też o dorastaniu do własnych marzeń. Starszy z braci ma jasno wytyczone cele i niezłomne zasady - to prawdziwy rycerz bez skazy. Tymczasem Karol ma wątpliwości, boi się wielu rzeczy, jednak stara się dorównać Jonathanowi - i to on, nawet bardziej niż brat, zasługuje na przydomek "Lwiego Serca".
Powieść pomimo, że skierowana do dzieci podejmuje poważne tematy z którymi często nie radzą sobie dorośli - śmierć, przemijanie, ostateczne wybory przed którymi stają chłopcy to sprawy wymagające pewnej dojrzałości. 

I sama nie wiem czy współcześni dziesięciolatkowie są przygotowani na tę lekturę...

piątek, 5 października 2012

Spotkanie niegdysiejszej dziewczyny z przyszłą staruszką

Jade ma 30 lat, jest dziennikarką i mieszka w Paryżu. Jej babcia Jeanne ma lat 80, mieszka w Sabaudii, kilka lat temu owdowiała, a ponieważ ma pewne kłopoty ze zdrowiem córki postanawiają umieścić ją w domu starców. Kiedy Jade dowiaduje się o tym, spontanicznie postanawia zabrać ukochaną Babunię do siebie - nie konsultując się z ciotkami jedzie do rodzinnego domu Jeanne i "porywa" ja na dzień przed planowaną przeprowadzką do domu opieki. I tak zaczyna się piękna historia wspólnych miesięcy babci i wnuczki. Miesięcy w których dowiedzą się o sobie nawzajem więcej niż w ciągu całego dotychczasowego życia. Miesięcy, które pozwolą im obu spojrzeć z dystansem na samą siebie i swoje życie.

Nie od dzisiaj wiadomo, że starsi ludzie są dla młodszego pokolenia kopalnią wiedzy, przede wszystkim o życiu. I jeżeli tylko będziemy umieli słuchać to niejednokrotnie zadziwią nas swoimi opiniami i przemyśleniami. Jade potrafi słuchać - może to zasługa zawodu, który wykonuje, w końcu jako reporterka niejednokrotnie musi rozmawiać z ludźmi, wyciągać od nich opinie i  zwierzenia, w zalewie słów i zdań znaleźć to co najistotniejsze. I tak krok po kroku wnuczka ze zdziwieniem odkrywa, że jej babcia, prosta góralka, w młodości pracownica fabryki, później gospodyni domowa i opiekunka do dzieci ma swoje ukryte drugie życie. Nikt z najbliższego otoczenia, nawet mąż z którym Jeanne przeżyła ponad 50 lat, nie zdawał sobie sprawy z tego, że była zapaloną czytelniczką. Przez przypadek zaczęła wędrówkę po świecie literatury, która wciągnęła ją później bez reszty. Zwykła, wiejska kobieta, ledwie potrafiąca czytać zmieniła się w ciągu kilkudziesięciu lat w wytrawną bibliofilkę. Jade odkrywa to nowe, nieznane oblicze Babuni i powierza jej bardzo odpowiedzialne zadanie - Jeanne ma przeczytać rękopis debiutanckiej powieści swojej wnuczki i ocenić jego wartość literacką.
Ale nie tylko Jade się uczy. Babunia poznaje świat wielkiego miasta, uczy się obsługi komputera, próbuje zrozumieć życie współczesnej młodej kobiety, nawiązuje nowe znajomości. Poznawanie świata w którym żyje jej wnuczka jest dla niej ekscytującą przygodą.

Frederique Deghel, autorka "Babuni" stworzyła piękną, baśniową historię z niezwykle zaskakującą puentą. Książka pełna jest ciepła, miłości i szacunku. Ukazuje jak literatura może wzbogacić życie codzienne, wprowadzić w nowe, nieznane światy i stać się pomostem łączącym pokolenia. To powieść dla kobiet w każdym wieku (dla mężczyzn zresztą też...) - bo każda z nas musi przejść tę drogę od dziewczyny do staruszki. I oby każdej/każdemu z nas udało się to tak jak babuni Jeanne.


środa, 3 października 2012

Kiedy dzwoni przeznaczenie...

Joanna pracuje w firmie specjalizującej się w szkoleniach dla kadry menadżerskiej i  jest świetna w tym co robi. Młoda, zdolna, ambitna, zawsze dyspozycyjna i niemal zupełnie pozbawiona życia osobistego.   Pewnej nocy odbiera telefon od zdesperowanej znajomej - Elżbieta musi wyjechać służbowo na kilka dni i nie ma z kim zostawić dzieci. Joanna, być może na okoliczność nagłego wybudzenia ze snu, wyraża zgodę na trzydniową opiekę nad 14-letnią Asią i 6-letnim Łukaszem. Jednak po upływie umówionego terminu Elżbieta nie wraca, a do drzwi puka policja...

"Chichot losu" Hanki Lemańskiej to kolejna książka, która dotarła do mnie w ramach akcji "Włóczykijka". O książce usłyszałam przy okazji serialu, który jakiś czas temu emitowany był w telewizji - w rolę Joanny wcieliła się Marta Żmuda-Trzebiatowska. Serialu nie widziałam, ale z osłuchania wiedziałam mniej więcej o co chodzi i myślałam, że wiem czego mogę się po książce spodziewać. Trochę się obawiałam, łzawej bajki, gdzie wszystko jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki się udaje, a Joanna z marszu staje się wzorcową mamuśką dla Asi i Łukasza, łączącą w śpiewający sposób pracę i opiekę nad obcymi, było nie było, dziećmi.
I tu spotkało mnie miłe rozczarowanie - Joanna nie radzi sobie z narzuconymi przez los obowiązkami, nie potrafi pogodzić swojego dotychczasowego stylu życia z nowymi wyzwaniami, miewa liczne chwile zwątpienia, a i z dzieciakami nie bardzo się potrafi dogadać. Pomimo, że to ona jest osobą dorosłą miałam niejednokrotnie wrażenie, że Asia jest o wiele dojrzalsza i odpowiedzialna od swojej opiekunki. Natomiast Joanna musi przewartościować swoje życie, odpowiedzieć na szereg trudnych pytań i sam zdecydować co jest dla niej najważniejsze. I nic nie przychodzi łatwo...

Książka, może nieco powierzchownie, ale jednak pokazuje życie dzisiejszych trzydziestolatek nastawionych na karierę, nieźle sytuowanych, spełniających się zawodowo i niesamowicie wręcz samotnych. Joanna nie marzy o założeniu rodziny, odpowiada jej bycie singielką - ma co prawda kogoś na stałe, ale w żadnym wypadku nie można mówić o wielkim uczuciu pomiędzy nią a Markiem. To raczej układ biznesowy - spotkanie raz w tygodniu, kolacja, wspólna noc i do następnego weekendu. Nie zawracamy sobie głowy problemami partnera, nie angażujemy się - Joanna boleśnie przekonuje się, że zupełnie nie znała człowieka z którym spędziła większość sobót w ciągu ostatnich pięciu lat.

Hanka Lemańska była z wykształcenia psychologiem i trenerem umiejętności menadżerskich i psychologicznych - można więc sądzić, że materiału do książki dostarczyła jej własna praca. Jak dla mnie "Chichot losu" można traktować jako książkę o wartości terapeutycznej - bo pomimo trudności i niepowodzeń niesie nadzieję. Nadzieję dzięki której można się uporać nwet z najbardziej złośliwie chichoczącym losem.

poniedziałek, 1 października 2012

"Cukier krzepi!" a Wańkowicz jeszcze lepiej:)

Jakiś czas temu w "Płaszczu zabójcy" pojawił sie fragment listu Krystyny Wańkowiczówny (kto nie czytał może zajrzeć TUTAJ) i w dyskusji pod tymże listem wykrystalizował się pomysł akcji czytelniczej  związanej z twórczością tego oto pana, czyli Melchiora Wańkowicza.



Lojalnie uprzedzałam, że z organizacją to u mnie różnie bywa, a już jeśli chodzi o grafikę komputerową to nawet głąb kapuściany, który w moich stronach jest synonimem najgorszej tępoty, przerasta mnie o trzy poziomy więc nie ma co liczyć na jakies banerki czy insze gadżety...
Jednak pomimo tych niedostatków zostałam obdarzona ogólnym zaufaniem i tak oto uroczyście zapraszam wszystkich chętnych do udziału w wyzwaniu czytelniczym pod tytułem

JESIEŃ I ZIMA Z WAŃKOWICZEM

Wystarczy przeczytać chociażby jedną książkę autorstwa Melchiora Wańkowicza - pełna lista znajduje się TUTAJ (podaję link do BiblioNETki, bo ich katalogowi ufam najbardziej), napisać o niej choćby kilka zdań a następnie pod tym postem wkleić link do swojej opinii.
A ja ze swojej strony obiecuję na koniec pięknie akcję podsumować:)

Przy okazji mam ogromną prośbę o zareklamowanie tego wyzwania na Waszych blogach - niestety graficznie Was nie wspomogę, ale może ktoś inny, bardziej biegły w tej dziedzinie, mógłby skomponować jakiś banerek na cześć Kinga?