poniedziałek, 9 stycznia 2012

Iceman - niekoronowany król hakerów

Kevin Poulsen to jedno z najbardziej znanych nazwisk jeśli chodzi o przestępczość komputerową. Włamywał się do komputerów gwiazd filmowych, Pentagonu i FBI. Zatrzymany przez przypadek w 1994 roku w czasie zakupów w supermarkecie i skazany na 51 miesięcy więzienia po odsiedzeniu kary został redaktorem na jednym z internetowych serwisów. Zdarza mu się współpracować z organami ścigania - np. w 2006 roku pomógł ująć pedofila umieszczającego w sieci zdjęcia z dziecięcą pornografią.
Wiosną 2011 roku wydał Poulsen biografię innej sławy amerykańskiego hackingu Maxa Butlera alias Maksa Vision'a, znanego jako Iceman. W Polsce biografia Icemana ukazała się jesienią 2011 roku nakładem wydawnictwa Znak.

Max Butler - człowiek, który w pewnym momencie stał się niekoronowanym królem hakerów nie miał zbyt łatwego życia. Pochodził z niezbyt zamożnej rodziny, kiedy miał kilkanaście lat jego rodzice się rozwiedli, zanim to jednak nastąpiło chłopak zdążył zainteresować się komputerami i możliwościami jakie daje internet - jego ojciec prowadził niewielki sklep ze sprzętem elektronicznym. Dosyć szybko wszedł w konflikt z prawem ale jego talent informatyczny został zauważony i otrzymał możliwość pracy dla FBI. Niestety obie strony trochę inaczej wyobrażały sobie współpracę i Max trafił do więzienia. Zraziło go to do instytucji państwowych, więc kiedy wyszedł na wolność skierował swój talent i wiedzę przeciwko nim. Szybko zadomowił się wśród carderów - zaczął tworzyć oprogramowania umożliwiające dostęp do terminali płatniczych w sklepach i restauracjach skąd uzyskiwał dane tysięcy klientów umożliwiające produkcję fałszywych kart bankomatowych oraz innych dokumentów. FBI przez wiele miesięcy nie była w stanie zidentyfikować Icemana - udało się to dzięki niefrasobliwości jego wspólnika Chrisa Aragona. W czasie procesu Butler został skazany na 13 lat więzienia - wyjdzie na wolność w grudniu 2018 roku.

Lubię biografie więc decyzja o sięgnięciu po "Hakera" była przemyślana - zainteresował mnie człowiek, który nie ruszając się z wynajętego pokoju ukradł dane blisko 2 milionów osób, który podporządkował sobie tysiące oszustów z całego świata i stał się głową cybermafii. O hakerach jako takich nie miałam zbyt wielkiej wiedzy, a i ta, którą posiadałam pochodziła raczej z filmu i literatury (chociażby "Matrix" i "Millenium") i w związku z tym nie była raczej zbyt rzetelna.
Początkowe rozdziały książki przeczytałam dosyć szybko, jednak w pewnym momencie zupełnie utknęłam. Książkę o hakerze pisze człowiek niejako "z branży" więc siłą rzeczy używa specjalistycznej terminologii, która laikowi niewiele mówi... I to jest chyba największy minus tej książki - opisy sprzętu, procedur oraz zastosowanego oprogramowania są zrozumiałe dla informatyka, natomiast dla przeciętnego czytelnika niekoniecznie. Jednak nie trzeba się tym zrażać ponieważ to właściwie jedyna wada tej książki. Poulsen pisze bardzo klarownie, rekonstruuje wydarzenia, nie bawi się w dygresje - jego książka to naprawdę bardzo dobra biografia. Z jej kart wychodzi do czytelnika człowiek o skomplikowanej osobowości - sympatyczny i nieco naiwny Max, który stając się swoim wirtualnym alter ego czyli Icemanem zmienia się w bezwzględnego przestępcę.

Wydaje mi się, że jest to książka godna uwagi, chociażby ze względu na tematykę. Współczesny świat nie jest w stanie istnieć bez komputerów i internetu. I jakiekolwiek zabezpieczenia wymyślą producenci kart bankomatowych czy oprogramowania to zawsze znajdzie się ktoś kto będzie próbował je obejść. I pewnie nie jednemu się to uda.
Nikt nie jest w stanie zapewnić całkowitego bezpieczeństwa danych osobowych przechowywanych w różnego rodzaju bazach w internecie. Ale czasami wystarczy chwila zastanowienia zanim otworzymy maila od nieznanego nadawcy czy klikniemy w nadesłany link.
Bo cyberprzestępcy to często geniusze komputerowi ale przede wszystkim osoby potrafiące manipulować innymi ludźmi i wykorzystywać ich nieuwagę czy zaniedbanie.

niedziela, 8 stycznia 2012

Jak kończyły się spory pomiędzy książętami...

Po ponad czteromiesięcznej przerwie wracam do lektury cyklu "Dzieje Polski" Józefa Ignacego Kraszewskiego. Tak długa przerwa spowodowana była problemem natury, że tak to określę, technicznej. Nie mogłam  bowiem zdobyć "Waligóry" czyli 9 tomu tego cyklu, a z drugiej strony uparłam się czytać po kolei. Na szczęście dzięki zaangażowaniu rodziny i znajomych udało mi się do rzeczonego tomu dotrzeć i oto dzisiaj szczęśliwie zakończyłam jego lekturę.

Tym razem autor skupił się na konflikcie pomiędzy książętami dzielnicowymi: krakowskim Leszkiem Białym, wrocławskim Henrykiem Brodatym i wielkopolskim Władysławem Laskonogim z jednej strony a mazowieckim Konradem (to ten od Krzyżaków), kaliskim Władysławem Odonicem i pomorskim Światopełkiem z drugiej. Czas akcji obejmuje nieco ponad rok, gdyż rozpoczyna się latem 1226 roku a kończy w listopadzie roku następnego tragicznym zjazdem w Gąsawie w czasie którego Leszek zostaje zamordowany, Henryk ciężko ranny a jedynie Laskonogiemu udaje się wyjść z niego bez większego uszczerbku. Gąsawa ostatecznie kończy okres senioratu - Leszek Biały był ostatnim księciem krakowskim, który miał, ograniczoną co prawda, władzę nad pozostałymi książętami piastowskimi.

Na tle intryg politycznych kreśli Kraszewski tragiczne dzieje fikcyjnego ziemianina Mszczuja Odrowąża, z racji ogromnej siły zwanego Waligórą, zdeklarowanego wroga wszystkiego co niemieckie, wdowca i ojca córek-bliźniaczek.
Do Białej Góry, będącej siedzibą Mszczuja, przybywa jego brat biskup Iwo Odrowąż (biskup w rzeczywistości miał brata, jednak nie znamy jego imienia) z żądaniem aby stary rycerz wybrał się z  nim do Krakowa - Odrowążowie konkurują bowiem od wielu lat z rodem Jaksów o wpływy na dworze i o władzę. Mszczuj bardzo niechętnie opuszcza dom i córki ale nie potrafi odmówić bratu. Podczas jego nieobecności do gródka dostaje się dwóch rannych Niemców - ich spotkanie z Halką i Halą rozpoczyna ciąg dramatycznych wydarzeń...

To chyba najbardziej ponura i pozbawiona jakiejkolwiek nadziei powieść Kraszewskiego - losy prawie wszystkich bohaterów - i tych historycznych i tych fikcyjnych kończą się śmiercią lub klęską ich planów. W powieści mamy też bardzo niepochlebny obraz Kościoła tamtego okresu - hierarchowie, których wyrazicielem jest biskup Iwo nie widzą potrzeby zjednoczenia państwa, wręcz przeciwnie - w słabości władzy książęcej widzą dogodną sytuację dla siebie i tak naprawdę to oni rządzą krajem poprzez powolnych sobie książąt.
Kraszewski jak zwykle maluje w swojej powieści niezwykle dokładne tło obyczajowe - mamy m.in. obraz życia w gródku średniozamożnego ziemianina, sceny z życia codziennego we Wrocławiu, obyczaje panujące na dworze krakowskim, organizację obozu książęcego pod Gąsawą.
Również jeśli chodzi o bohaterów mamy ogromną różnorodność - butni Krzyżacy, okrutny Konrad Mazowiecki, nieudolny Laskonogi, sprawiedliwy ale słaby Leszek Biały, antyniemiecki Mszczuj (jego zachowanie było wręcz ksenofobiczne), rozpasany Jaszko Jaksa, święta księżna Jadwiga - można by wymieniać w nieskończoność...

Książkę pomimo, że niezwykle pesymistyczna w wymowie czyta się dosyć szybko, akcja jest wciągająca a opisy, jak to u Kraszewskiego, niezwykle plastyczne. Może nieco szokować podejście ówczesnych ludzi do spraw wiary - umartwienia graniczące z masochizmem, zamykanie w klasztorze osób zupełnie się do takiego życia nie nadających, nawracanie wg zasady "jeśli nie chce przyjąć chrztu to lepiej żeby zginął niż żył w bałwochwalstwie", śluby czystości pomiędzy małżonkami, nieograniczona wiara w moc relikwii - ale taki już był urok średniowiecza... I my ludzie XXI wieku raczej tego nie zrozumiemy.

sobota, 7 stycznia 2012

Dlaczego lubię czytać kryminały?

Wydawałoby się, że odpowiedź na pytanie zadane w tytule tego posta jest łatwa. 

Lubię czytać kryminały bo... lubię i już:)

Jasne, wiem, że takie postawienie sprawy nic nie wnosi i w ten sposób nie przekonam nikogo do sięgnięcia po książki z tego konkretnego gatunku. Ale żeby powiedzieć dlaczego lubię kryminały muszę napisać jak to się stało, że w ogóle sięgnęłam po tę literaturę.

A. Zaorski, B. Ludwiżanka i I. Kwiatkowska w spektaklu
pt. "Arszenik i stare koronki" z 1975 roku
Znajomość z kryminałami zaczęła się w moim przypadku nie od książek ale od telewizji. Młodzież pewnie tego nie pamięta, ale co czwartek o 20.00 nadawana była tzw. "Kobra" czyli Teatr Sensacji. Nie wiem czy moi rodzice byli tak pobłażliwi czy uważali, że jest to, jakby nie było, kontakt z kulturą (występowali w tych przedstawieniach najwybitniejsi polscy aktorzy) - dość na tym, że 10-latka z wypiekami na twarzy oglądała "Arszenik i stare koronki", "Upiora w kuchni" czy "Kłopoty to moja specjalność", że wspomnę tylko te trzy tytuły. W tym samym czasie do Polski trafiły świetne seriale telewizyjne (dzisiaj to już klasyka kryminału) - "Colombo", "Kojak", "Święty" czy "Aniołki Charliego", które również pozwolono mi oglądać. A na dodatek nasz polski super milicjant czyli komisarz Sławek Borewicz, bohater serialu "07 zgłoś się"...

I moja czytelnicza przygoda z kryminałem zaczęła się właśnie od pięknego Sławka, a właściwie od serii zeszytowych powieści pod wspólnym tytułem "Ewa wzywa 07", które były oparte na w/w serialu. Później przyszła pora na Conan Doyla, A. Christie i J. Chmielewską - to trójka moich ulubionych autorów kryminałów, chociaż staram się poznawać twórczość nowych autorów. I tak np. ostatnio rozpoczęłam przygodę z kryminałem skandynawskim - niesamowite "Millenium" pochłonięte w ciągu kilku dni, a kolejne książki już czekają na swoją kolej.

Co takiego jest w tych książkach, że sięgam po nie, a jak już zacznę czytać to często nie zauważam upływu czasu i tego co się wokół mnie dzieje? Przede wszystkim zagadka - im bardziej zagmatwana tym lepiej. Czytając staram się sama rozwiązać problem i jestem przeszczęśliwa jeśli uda mi się to przed końcem książki. Aczkolwiek z drugiej strony to o wielkości kryminału świadczy poziom trudności zagadki - jak dotąd nigdy nie udało mi się wpaść na rozwiązanie problemów wymyślanych przez Agathę Christie... 
Równie ważni są bohaterowie - nawet jeśli jakiegoś detektywa nie darzę sympatią (nie przepadam ze Eberhardem Mockiem na ten przykład) to mu kibicuję w jego zmaganiach z przestępcami. Chociaż czasem się zdarza, że moja sympatia jest po stronie przestępcy - ot, choćby genialny włamywacz Arsene Lupin;) Generalnie bohaterowie powieści kryminalnych są niezwykle wyraziści, dynamiczni i często tak kreowani, żeby czytelnik się z nimi utożsamiał.
I trzecia ważna sprawa - akcja. Kryminał nie może się wlec jak karawan, chociaż ten akurat środek lokomocji często w tego typu książkach występuje;) Szybka akcja i jej nagłe zwroty, pościgi i strzelanina, czasami niesamowity zbieg okoliczności sprawiają, że od książki nie sposób się oderwać.

Reasumując - lubię czytać kryminały bo są doskonałą intelektualną rozrywką, dają szansę sprawdzenia własnych zdolności z zakresu dedukcji, występują w nich interesujące postacie (zarówno czarne jak i białe charaktery), mają wciągającą akcję oraz można je czytać w każdej niemal sytuacji - dobry kryminał potrafi wciągnąć tak, że nie wiadomo kiedy minie nam 4 godziny w kolejce u lekarza, nie będziemy się nudzić w pociągu dalekobieżnym, który urządził sobie postój na jakimś odludziu a nieprzespana noc przy ząbkującym dziecku minie jak z bata strzelił. Wszystkie trzy sytuacje sprawdziłam osobiście...




piątek, 6 stycznia 2012

Stosik pierwszy w tym roku

Dzisiaj po raz pierwszy byłam na spotkaniu biblionetkowym w Krakowie. Może nie było nas przesadnie dużo ale nie liczy się ilość ale jakość:) Przy okazji spotkałam się z Oisaj i uskuteczniliśmy małą wymiankę książek - wszystkich do domu nie dowiozłam, bo jak już w czasie spotkania wyjęłam je na stół to trzy poszły na pożyczki. Ale i ja sobie pożyczyłam coś dla siebie;)

A oto książki, które zasiliły moją biblioteczkę w pierwszym styczniowym tygodniu:



Od dołu:
  • "Ostatni templariusz" R. Khoury - z Targu z książkami
  • "Klucz do Rebeki" K. Follett - wymiana na BiblioNETce
  • "13 anioł" A. Kańtoch - wymiana z Oisaj
  • "Liżąc ostrze" J. Ćwiek - j.w.
  • "Gaumardżos!" A. Dziewitt-Meller, M. Meller - pożyczka ze spotkania B-NETkowego
  • "Tatami kontra krzesła" R. Tomański - j.w.

czwartek, 5 stycznia 2012

Science fiction zza naszej południowej granicy

W ramach akcji czytania własnych książek pochłonęłam w ciągu tego tygodnia 5 tomów cyklu JFK autorstwa duetu Miroslav Žamboch i Jiří W. Procházka (pierwsze cztery tomy) oraz Tomáša Němeca (tom piąty). I żeby od razu wyjaśnić wszelkie nieporozumienia nie jest to w żadnym wypadku opowieść o pewnym amerykańskim prezydencie zastrzelonym w Dallas.

Bohaterem książek jest bowiem John Francis Kovař były żołnierz służb specjalnych i prywatny detektyw. W chwili kiedy go poznajemy kończy z wielkim hukiem pracę w straży pożarnej - zdecydowanie nie potrafi podporządkować się przełożonym... Równocześnie jego kobieta ma już dosyć życia w ciągłym strachu o niego i odchodzi. Do stojącego u progu nowego życia (w sensie bez pracy i bez Lindy) mężczyzny zgłasza się tajemnicza para, młoda kobieta i niezwykle atletyczny Murzyn, z propozycją pracy w ich agencji. Zanim jednak Monika i Frank wyjaśnili Johnowi o co chodzi cała trójka jest zmuszona uciekać przed tajemniczymi prześladowcami. W czasie tej ucieczki przenoszą się do świata równoległego. Świata w którym Czesi wygrali wojnę z Hitlerem, nie ma telefonów komórkowych ani komputerów a policji i służbach specjalnych zatrudniani są ludzie z parapsychologicznymi umiejętnościami. John musi sobie poradzi w nowych warunkach i znaleźć przejście do swojego świata. Zupełnie nieświadomie też staje na drodze pracownikom owej tajemniczej agencji, która w dalszym ciągu widzi możliwość współpracy z niepokornym zabijaką.

Cykl "JFK" reklamowany jest jako pierwsze czeskie s-f. I jeśli prawdą jest to co mówią wydawcy to ten debiut naszych południowych sąsiadów należy uznać za udany. Może bez przesadnych zachwytów i fajerwerków, ale używając szkolnej skali ocen jest to cykl na solidną czwórkę. Zaznaczam od razu, że książki są nieco nierówne - pierwszy tom był nieco toporny, natomiast trzy kolejne już trzymały poziom. Tom piąty, jak wspomniałam na początku, ma innego autora ale jeżeli chodzi o styl nie ma jakichś ogromnych różnic. Autorzy wykorzystali wzory obecne w s-f od lat - podróże w czasie, rzeczywistość równoległa, różnego rodzaju mutanty, świat po zagładzie nuklearnej, zaburzenie czasoprzestrzeni, nowoczesne technologie, itd. Oczywiście wrzucenie tego wszystkiego do jednego kotła mogłoby zakończyć się dla nieszczęsnego czytelnika co najmniej niestrawnością dlatego całkiem na miejscu było stworzenie cyklu książeczek. Dodam, że seria liczy 7 książek - w każdym razie tyle wydano w Polsce.

Przyznaję, że całkiem dobrze się bawiłam przy lekturze, ale doskwierała mi jedna rzecz. Nie wiem oczywiście jak to w oryginale wyglądało i do kogo mieć pretensje - czy do panów autorów czy do pana tłumacza ale kością w gardle mi stawał używany nagminnie rzeczownik "chłop". Rozumiem, że są pewne związki frazeologiczne (chociażby "chłop na schwał") gdzie tego słowa nie da się zastąpić innym, ale w innych wypadkach można chyba użyć jakiegoś synonimu, chociażby mężczyzna, człowiek, gość, osobnik, facet, koleś, że wymienię te najpopularniejsze...
Możliwe, że się czepiam, ale mnie to akurat przeszkadzało...

Zdaję sobie sprawę, że koneserów gatunku książka nie powali na kolana, ale osobom, które podobnie jak ja z fantastyką naukową mają kontakt sporadyczny powinno się spodobać.


wtorek, 3 stycznia 2012

O wychowaniu słów kilka

Co ma ze sobą wspólnego pies, kot, dziecię płci obojętnej i facet płci wiadomej?
Wiele wspólnych cech by się znalazło, ale jedna najważniejsza jest taka, że trzeba to całe towarzystwo wychowywać, w niektórych bardziej drastycznych przypadkach posuwać się wręcz do tresury, a działanie takowe należy prowadzić całodobowo, 7 dni w tygodniu, 365 dni w roku (w tym roku o jeden dzień dłużej jako, że mamy rok przestępny...)

Nie przemawia przeze mnie żadna feministyczna ideologia a jeno życiowe doświadczenie - mąż i pies od 10 lat ci sami, dziecię płci męskiej nieco tylko krócej, bo od lat siedmiu, kota w swojej szczodrobliwości natura mi poskąpiła, ale kilka mruczków w zaprzyjaźnionych domach się znajduje.
Obciążona takim bagażem życiowym zapożyczyłam się u Agnieszki i przeczytałam w ciągu jednego popołudnia i wieczoru przesympatyczną książkę "Jak wychować dziecko, psa, kota... i faceta" będącą zapisem dyskusji pani Ireny Stanisławskiej z psychologiem Dorotą Krzywicką oraz lekarzem weterynarii i psychologiem zwierzęcym Dorotą Sumińską.

Trzy panie rozmawiają jak w tytule, czyli o wychowaniu, ale też o uczuciach, posiadaniu własnego kawałka podłogi, karmieniu i przekarmianiu, potrzebie stabilizacji, podróżach, prywatności, zwyczajach i rytuałach, pracy i czasie wolnym - generalnie o życiu...
Dyskusja skrzy się humorem, padają przykłady z życia interlokutorek, panie są niezwykle bezpośrednie - po kilku kartkach czułam się jakbyśmy się znały od dawna i właśnie spotkały się na cotygodniowych plotach.
Czytając książkę chichotałam sobie w kąciku, co, jak rzadko, zwróciło uwagę mojego ślubnego szczęścia - zobaczywszy tytuł oprotestował się, ze nie trzeba go wychowywać... Towarzystwo czworonogów jakoś go mniej obeszło...

Książka nie jest w żadnym wypadku typowym poradnikiem (na co dosyć jednoznacznie wskazuje tytuł) ale ja znalazłam tam kilka ciekawych rad, które postaram się wprowadzić w nasze domowe życie:) Bo niby nie jest najgorzej (w końcu mama stosowne wykształcenie posiada;-)) ale jeżeli coś można poprawić to dlaczego nie?

Serdecznie polecam wszystkim psiarom, kociarom, mamom mniejszych i większych dzieci i generalnie wszystkim kobietom - nigdy nie wiadomo kiedy i kogo będziemy musiały wychowywać...


poniedziałek, 2 stycznia 2012

Nie zawsze korzystanie ze świetnych wzorców jest gwarancją sukcesu...

Przez przypadek odnaleziony zostaje pewien wiekowy artefakt. O odczytanie znajdującej się na nim inskrypcji zostaje poproszony wybitny amerykański uczony. Szybko okazuje się, że znaleziskiem interesuje się pewien watykański hierarcha. Rozpoczyna się wyścig w którym stawką jest życie profesora i związanych z nim osób a także losy całego świata.

Jeżeli ktoś po przeczytaniu tego wstępu doszedł do wniosku, że będzie to recenzja któregoś bestsellera Dona Browna (ze wskazaniem na „Anioły i demony”) to jest w błędzie – aczkolwiek przy lekturze często miałam wrażenie, że autor czytanej przeze mnie książki zalicza się do wielbicieli twórcy postaci Roberta Langdona.

Autorem „Kodu Atlantydy”, bo o tej książce mowa, jest amerykański pisarz Charles Brokaw. Jak przeczytałam w notce biograficznej zamieszczonej w książce prowadzi bardzo aktywne życie. Był wykładowcą uniwersyteckim, nauczycielem, trenerem a nawet występował na rodeo. Gościnnie wykłada m.in. w Akademii West Point, zdarzają mu się odczyty dla CIA. Bardzo dużo podróżuje, jest pasjonatem lotnictwa, polityki międzynarodowej i nowoczesnej broni. Z oficjalnej strony pisarza dowiedziałam się, że „Kod Atlantydy” to jego debiutancka powieść, a na fali jej popularności powstały dwa kolejne tomy przygód przystojnego i uwodzicielskiego Thomasa Lourdsa – wybitnego profesora lingwistyki.

Tak jak napisałam we wstępie Lourdes zostaje poproszony o ekspertyzę znalezionego w Aleksandrii starożytnego artefaktu – glinianego dzwonka pokrytego niezrozumiałymi inskrypcjami. Szybko się okazuje, że niepozorny przedmiot ma dla kogoś ogromną wartość – grupa świetnie wyszkolonych najemników kradnie dzwonek, ale na szczęście Lourds zdążył go wcześniej sfotografować. Tymczasem w oddalonym o setki kilometrów Riazaniu rosyjska archeolog Julia Hapajew bada tajemnicze znalezisko – gliniany talerz pokryty tajemniczymi inskrypcjami. Uczona zostaje zamordowana przez zawodowych zabójców, którzy kradną talerz. Ich tropem rusza siostra zabitej Natasza, która jest oficerem służb specjalnych oraz profesor Lourds (Julia była jego przyjaciółką) i dwójka brytyjskich dziennikarzy – reporterka Leslie i kamerzysta Gary. Ich pełna przygód podróż prowadzi przez Europę i Afrykę aż do mitycznej Atlantydy, a właściwie do tego co po niej pozostało.

Autorowi nie można odmówić pomysłowości – odkrycie Atlantydy, pradawne instrumenty będące kluczem do największych tajemnic, tajne bractwo strzegące równie tajemnej biblioteki – wszystko to mogłoby być podstawą świetnej powieści sensacyjnej. No właśnie mogłoby być ale nie jest. Brokaw jakby się przestraszył, że wymyślił coś oryginalnego i szybko powędrował śladami swojego słynnego kolegi po piórze czyli wspomnianego wcześniej Browna. „Kod Atlantydy” nie jest na szczęście kalką „Kodu Leonarda da Vinci” i „Aniołów i demonów” ale jeśli ktoś czytał te książki to szybko wychwyci analogie.

Nie popisał się też autor jeśli chodzi o konstrukcję głównych bohaterów – Lourds to taki trochę Indiana Jones, chociaż zdecydowanie mniej sympatyczny, Natasza to wręcz jakiś cyborg, prawie jak rosyjskie agentki z filmów o Jamesie Bondzie, a Leslie to rozkapryszona blond Barbie o inteligencji, no może nie chełbi modrej, ale niewiele wyższej. Przyszło mi do głowy, że autor starał się korzystać ze sprawdzonych filmowych i literackich wzorów jednak nie do końca mu się to udało. Ale w kilku fragmentach widać potencjał i mam nadzieję, że przy kolejnych książkach uwierzył we własne możliwości i stworzył coś bardziej godnego uwagi niż ta, niestety mocno przeciętna, powieść. W każdym razie jeżeli któraś z tych książek doczeka się polskiego wydania chętnie się z nią zapoznam, żeby zobaczyć czy autor się rozwija i czy robi to w dobrym kierunku.

I na koniec jeszcze bardzo niepochlebna uwaga co do polskiej edycji. „Kod Atlantydy” wydany został przez „Bellonę”, wydawałoby się dosyć dobre wydawnictwo. Niestety w wypadku tej książki poniosło porażkę. Tylu literówek, błędów gramatycznych, interpunkcyjnych a nawet ortograficznych dawno już nie widziałam. Początkowo nawet sobie zaznaczałam co bardziej rzucające się w oczy błędy, ale szybko przestałam, kiedy na jednej kartce zmuszona byłam użyć trzech spinaczy. Nie wiem co robiła przy tej książce korekta (a w metryczce informację o takowej znalazłam) – ale raczej nie sprawdzała tekstu przed publikacją…

Generalnie książka dla bezkrytycznych wielbicieli gatunku, ewentualnie dla osób, które nie czytały jeszcze zbyt dużo literatury sensacyjnej – dla nich opisywane wydarzenia będą czymś nowym i ciekawym…

Książkę przeczytałam dzięki serwisowi Na Kanapie