piątek, 31 sierpnia 2012

Groch z kapustą...

Niniejszym donoszę, że żyję i nawet nie najgorzej mi się wiedzie a chwilowy zastój na blogu wyniknął z faktu, że już w poniedziałek rozpoczyna się kolejny rok szkolny;) Dzieciaki celebrowały ostatni tydzień wolności, ale nauczycielska brać już tak dobrze nie miała... Egzaminy poprawkowe, konferencje, komisje, rozkłady, plany - do wyboru do koloru. Uczciwie przyznaję, że to jest właściwie jedna rzecz, której w moim zawodzie szczerze i serdecznie nie znoszę - tworzenie, albo przynajmniej kopiowanie tony papierzysk, których i tak nikt później nie czyta...
A oprócz tego moje własne dziecię rozpoczyna naukę w szkole podstawowej i należało go na tę okoliczność obsprawić - kupić ekwipunek, odzież, obuwie i inne takie. Na szczęście nie wpadło mi do głowy, żeby być zapobiegliwym na początku wakacji, bo Piotrek przez te dwa miesiące śmignął w górę prawie 10 cm i spodnie kupione w czerwcu zyskały awangardową długość nieco ponad kostkę... Jeszcze tylko ostrzępiona koszulinka, słomiany kapelutek i wypisz wymaluj Janko Muzykant.

No ale nie o modowych wpadkach mojego dziecka miało być. Żeby nadgonić nieco zaległości to dzisiaj taka zbiorcza notatka o dwóch książkach przeczytanych w ostatnim tygodniu i jednej trochę dawniejszej lekturze.

Zacznę od tej najdawniejszej, a mianowicie od przeczytanej jeszcze w lipcu w ramach DKK książki "Po zmierzchu" autorstwa Haruki Murakamiego. Wpadła mi gdzieś w oko informacja, że dosyć wysoko obstawiana jest szansa na to aby japoński prozaik otrzymał w tym roku Nagrodę Nobla, więc jakby co poprawię sobie statystyki jeśli chodzi o lekturę dzieł noblistów.
Narażę się pewnie wielbicielom  pisarza, ale jak dla mnie najlepsza w tej książce jest... okładka. Jeśli chodzi o treść to najprościej mówiąc jest to opis kilku godzin, jednej tokijskiej nocy, która splotła ze sobą losy kilku osób - dwójki studentów, kierowniczki "love hotelu", pobitej chińskiej prostytutki, gangstera, pracującego w nocy informatyka, dziewczyny ukrywającej się przed jakimiś nieokreślonymi prześladowcami. O tym co się z nimi działo przed tą konkretną nocą wiemy niewiele lub zgoła nic - tyle ile sami powiedzą, nie wiemy też co się z nimi dalej będzie działo, bowiem akcja urywa się o świcie. Powieść Murakamiego to takie "tu i teraz", przypadkowy wycinek z życia tych kilkorga ludzi. Bohaterów cechuje pewien neurotyzm (mam wrażenie, że to jakby znak rozpoznawczy autora), tym bardziej, że noc to taka pora kiedy różne fobie, lęki, wątpliwości są bardziej odczuwalne niż w świetle dnia. Autor bardzo drobiazgowo analizuje szczegóły wyglądu, zachowania, reakcji opisywanych osób nie zagłębiając się w ich psychikę - to w pewien sposób podnosi wiarygodność opowiadanej historii, potęguje odczucie przypadkowości. I ta część autentycznie mi się podobała poprzez oszczędność formy i naturalizm. Piszę "ta część" ponieważ w "Po zmierzchu" mamy do czynienia z dwoma przeplatającymi się głównymi wątkami. Drugi z nich, mocno nierzeczywisty ukazuje dziewczynę, Eri, która z jakichś sobie tylko wiadomych przyczyn odgradza się od świata i zapada w rodzaj śpiączki. I tu przyznaję się, że poległam - takie to jakieś przegadane, przeintelektualizowane, przerost formy nad treścią. Chociaż może to nie wina książki tylko ja do niej zwyczajnie nie dojrzałam.
Podsumowując albo książka dla mnie za głęboka albo ja dla niej za płytka jestem. Trzeciej możliwości chyba nie ma niestety...

O francuskiej pisarce Annie Gavalda słyszałam już jakiś czas temu, ale jakoś się nie złożyło spotkać z jej książkami. Do czasu aż zakupiłam sobie w Weltbildzie jej powieść "Ostatni raz". Powiedziałabym, że to takie bardziej rozbudowane opowiadanie niż powieść - lektura na dwie, góra trzy godziny.
Rodzeństwo Simon, Lola i Garance jadą na ślub kuzyna. Kiedy jednak docierają na miejsce postanawiają uciec z rodzinnej uroczystości i odwiedzić najmłodszego brata Vincenta, który opiekuje się starym zamkiem położonym w pobliskiej miejscowości. Rodzeństwo jest ze sobą niezwykle silnie związane, a ten spontaniczna ucieczka jest tylko jednym z dowodów na potwierdzenie tej tezy. Pomimo, że już dawno rozpoczęli dorosłe życie a Simon i Lola założyli własne rodziny nie potrafią rozluźnić wzajemnych więzi, co doprowadza do konfliktowych sytuacji z żoną Simona.
Kilkanaście godzin spędzonych razem staje się pretekstem do wspomnień, żartów, niemal dziecięcej zabawy. Muszą jak najlepiej wykorzystać ten czas swobody, bo w końcu trzeba będzie wrócić do codzienności - pedantycznej żony, dzieci, problemów z byłym mężem, nie do końca satysfakcjonującej pracy, samotności...
Książka Anny Gavalda niesie za sobą dużą dawkę optymizmu i radości życia. Autorka przekonała mnie do siebie - z pewnością do niej wrócę.

Ostatnia książka o której chcę napisać parę słów to "Wszystkie moje randki" Debbie Macomber. Sięgnęłam po nią ze względu na pochlebne opinie na temat autorki pojawiające się na wielu blogach. Od razu zastrzegam, że moja opinia może nie być do końca miarodajna, bo zasadniczo za romansami nie przepadam a ta powieść ten gatunek reprezentuje.
Hallie to 30-latka,  właścicielka agencji reklamowej. Jest spełniona zawodowo ale w pewnej chwili przestaje jej to wystarczać i postanawia w ciągu roku wyjść za mąż. Wspiera ją w tym zamiarze najbliższa przyjaciółka, która również dojrzała do założenia rodziny, co więcej, poczyniła już w tym kierunku pewne kroki rejestrując się w agencji matrymonialnej.
Hallie początkowo umawia się na randki z mężczyznami rekomendowanymi przez swoich znajomych, jednak w końcu i ona decyduje się na pomoc profesjonalistów.
A tymczasem do sąsiedniego domu wprowadza się atrakcyjny rozwodnik z dwójką dzieci, które natychmiast zaprzyjaźniają się z Hallie. Tymczasem Steve stara się odzyskać byłą żonę ale w międzyczasie zaprzyjaźnia się z sąsiadką, z rozbawieniem obserwuje jej kolejne próby znalezienia męża i kilkakrotnie ratuje ją z tarapatów w które ją wpędzają owe zabiegi...
Książka ma kilka zabawnych momentów, ale generalnie taka sobie. Jakoś nie przypadł mi do gustu styl autorki, taki trochę "drewniany", nie polubiłam jej bohaterów a i historia dosyć banalna i przewidywalna. Nie mówię jednak nie - może jeszcze kiedyś sięgnę po coś pióra Debbie Macomber, chociażby, żeby sprawdzić czy "Wszystkie moje randki" nie były tylko jednorazową wpadką tej autorki.

niedziela, 26 sierpnia 2012

I ty możesz być ofiarą...

Agatha Christie w swojej "Autobiografii" napisała, że najlepsza objętość dla powieści kryminalnej to około 200 stron. Wątek nie jest wtedy zbyt rozciągnięty, nie ma miejsca na jakieś dygresje a czytelnik nie zdąży się znudzić. Ja do tego jeszcze dodam, że te 200 stron spokojnie można przeczytać w ciągu popołudnia lub wieczoru i nie trzeba zarywać nocy, żeby się dowiedzieć "Kto zabił?".

Hanna Winter to niemiecka dziennikarka i pisarka, autorka dwóch książek , z których jedną pt. "Giń" będzie można już od 1 października znaleźć na księgarnianych półkach. Nie wiem, czy autorka wzięła sobie do serca radę królowej kryminału, czy sama doszła do takiego wniosku - dość na tym, że książka to lektura w sam raz na jedno popołudnie lub wieczór. I dobrze, bo wciąga od samego początku i nie wyobrażam sobie, że musiałabym ją odłożyć przed dobrnięciem do finału...

Berlinem wstrząsa seria makabrycznych morderstw, których ofiarami są młode kobiety. Sprawca porywa je, poddaje okrutnym torturom a następnie zabija przy pomocy noża do filetowania mięsa. Przypadkowe ofiary mają jedną cechę wspólną - podobny typ urody. Kolejną ofiarą "Wypruwacza" miała się stać Lara Simons, właścicielka niewielkiej kawiarni. Lara miała jednak więcej szczęścia niż jej poprzedniczki i udało się jej uwolnić. Niestety morderca wiedział o niej niemal wszystko i jedynym wyjściem dla Lary i jej córeczki stał się program ochrony świadków.

Minęło 6 lat. Lara, teraz Karolina Wöhler, mieszka na Rügen, ułożyła sobie życie z Frankiem Burlacherem właścicielem niewielkiego pensjonatu i stara się zapomnieć o koszmarze sprzed lat. Niestety, przeszłość nie daje się odsunąć w niepamięć, a przypadkowy autostopowicz i znaleziona w starej szopie czapka bejsbolówka sprawiają, że do Lary dociera straszliwa prawda - "Wypruwacz" ją odnalazł...

Akcja książki toczy się w dwóch planach czasowych - wiosną 2011 roku oraz na przełomie lat 70-tych i 80-tych ubiegłego wieku. W tamtym okresie kształtowała się bowiem osobowość przyszłego seryjnego mordercy, wtedy zabił po raz pierwszy, z tej retrospekcji dowiadujemy się dlaczego robi to co robi.
Hanna Winter stworzyła wciągającą, mroczną i trzymającą w napięciu historię. Do samego końca nic nie jest jasne, czytelnik gubi się w domysłach, bo właściwie każdy mężczyzna z którym styka się Lara w ciągu tych kilku dni może być mordercą a pojawiające się kolejne ślady i poszlaki za każdym razem wskazują na kogoś innego...

Jednej rzeczy mi w tej powieści brakowało - psychologiczny portret zabójcy, jest tylko naszkicowany, brak mu pogłębienia, wiemy dlaczego zabija, wiemy jak to robi, ale próżno by szukać informacji o jego reakcji na popełniane zbrodnie. Ale z drugiej strony to kryminał a nie dramat psychologiczny...

Serdecznie polecam, nie tylko wielbicielom gatunku:)

Za książkę serdecznie dziękuję


sobota, 25 sierpnia 2012

Stos, włóczykijka i ogłoszenia różne

Po pierwsze takie ogłoszenie na temat akcji, która będzie miała miejsce w czasie Katowickich Targów Książki, już za dwa tygodnie:



********************************************************************

Po drugie - dotarła do mnie kolejna książka z akcji "Włóczykijka" - "Chichot losu" Hanki Lemańskiej. Bardzo jestem jej ciekawa, bo słyszałam tak sprzeczne opinie, że zupełnie nie wiem na co mam się przygotowywać...

Śliczne te nowe impresjonistyczne zakładki:)

***************************************************************

Po trzecie stosisko, które budowało się w ciągu ostatnich dwóch tygodni:



Od góry patrząc:
  • "Chichot losu" H. Lemańska - Włóczykijka;
  • "Gra o tron" i "Starcie królów"G.R.R. Martin - z biblioteki;
  • "Planeta według Kreta" J. Kret - niespodziewajka od PWN;
  • "Dobra krew" M. Skopek - od PWN - recenzja już parę dni temu się pojawiła;
  • "Trzy boginie" N. Roberts - od Weltbild Świata Książki - się właśnie czyta:
  • "Szpady kardynała" P. Pevel - od Weltbild Świat Książki
  • "Giń" H. Winter - od Fabryki Słów i Syndykatu ZwB - przeczytane, opinia się pisze;
  • "Czy ten rudy kot to pies" O. Rudnicka - zakup własny;
  • "Ostatni raz" A. Gavalda - kupiony za ułamek ceny w ramach "Szczęśliwej 13-tki" Weltbildu
  • "Zabójcze wibracje" C. Cussler - j.w.
  • "Żywoty świętych w arcydziełach malarstwa" - j.w.
Wszystkie książeczki cieszą oko, ale największy sentyment wzbudzają "Zabójcze wibracje" - to było pierwsze moje spotkanie z Clivem Cusslerem i jego najsłynniejszym bohaterem Dirkiem Pittem.  Od dawna chciałam ją mieć i teraz się udało:)

***************************************************************

Po czwarte:
Co jakiś czas pojawiają się nowe wyzwanie tworzone przez blogerów - o jednym z nich chciałabym tutaj napisać, Jego pomysłodawczynią jest Honorata z bloga Książki Ja i Pan Kot 

Otóż nie da się nie zauważyć, że większość opinii pojawiających się na blogach dotyczy książek najnowszych, premier czy wręcz zapowiedzi wydawniczych, żeby nie być gołosłownym na 9 zrecenzowanych przeze mnie w sierpniu (do dzisiaj oczywiście) książek - 4 to tegoroczne premiery a 2 ujrzały światło dzienne w 2010 roku. A współpracuję raptem z czterema wydawnictwami... Trzy pozostałe nieco równoważą te świeżynki, bo to już klasyki są, ale fakt pozostaje faktem - nowości przeważają. I tak jest na większości blogów...
A przecież jest masa książek napisanych i wydanych kilka, kilkanaście czy wręcz kilkadziesiąt lat temu - część nadal chętnie czytana ale wiele już trochę zapomnianych. 
I po to by przypomnieć te starsze książki zrodził się pomysł "Tygodnia bez nowości" - chodzi o to, aby w pierwszym tygodniu miesiąca przeczytać i zrecenzować dowolną książkę, która ukazała się w Polsce przed 2000 rokiem - za tydzień rozpoczyna się wrzesień, może ktoś z Was drodzy odwiedzacze tego bloga też dołączy z jakąś pasjonującą, choć nieco przykurzoną lekturą?

piątek, 24 sierpnia 2012

Wakacyjne podróże: Grecja z rodziną Mole'ów

Był sobie pewnego razu Anglik imieniem John, który z racji obowiązków służbowych musiał zamieszkać w Grecji. Razem z nim do Aten przeprowadziła sie żona i czworo dzieci. Johna i jego żonę do tego stopnia zauroczył kraj Homera i Heraklesa, że zapragnęli kupić jakiś niewielki domek na prowincji, w którym mogliby spędzać weekendy, a być może kiedyś zamieszkać na stałe. Domek miał być biały, mieć niebieskie drzwi i okiennice, znajdować się miał gdzieś niedaleko plaży i tawerny a wokół niego miały rosnąć dające cień drzewa. Z taką wizją John udał się na wyspę Eubeę i tam, w wiosce Chorio nabył wymarzoną nieruchomość. No, prawie wymarzoną, bo zamiast arkadyjskiego zakątka nabył starą, rozpadającą się stajnię dla kóz, z przegnitym dachem, bez okien i drzwi za to z dzikimi lokatorami w postaci żmij i szerszeni...

Tak rozpoczyna się autobiograficzna opowieść Johna Mole'a pt. "Moja wielka grecka przygoda", w której opisuje on swoje perturbacje przy remoncie zakupionej budowli. A problemów ma tyle co włosów na głowie - począwszy od braku prądu i wody na posesji na kłopotach językowych kończąc. Te ostatnie zresztą prowadzą do bardzo zabawnych sytuacji, kiedy to John posługując się swoją łamaną greką poszukuje pomidora aby w nim zamieszkać, w ogrodzie planuje sadzić kiełbasę a od dekarza żąda aby nowy dach wykonał z kałamarnicy i cebuli...

Autor z poczuciem humoru i dużą dawką autoironii opisuje zderzenie dwóch światów - zachowawczego, czasami sztywnego, przyzwyczajonego do znormalizowanego życia Anglika i  żywiołowych, nieprzewidywalnych, przebiegłych ale też bardzo serdecznych Greków. Mieszkańcy Chorio dosyć szybko zaakceptowali nowego sąsiada (chociaż uważali, że jest nieco zwariowany), polubili go ale równocześnie nie mieli najmniejszego oporu przed wykorzystywaniem jego naiwności i braku znajomości greckiego sposobu prowadzenia interesów. Niektóre pomysły Anglika wydawały im się bezsensowne, starali się przekonać Johna aby prowadził remont nowocześnie - co w ich mniemaniu sprowadzało się do betonu, azbestu i płyty wiórowej, ale kiedy John upierał się przy dawnych materiałach budowlanych z rezygnacją stosowali sie do jego wymagań.
Oczywiście głównym tematem opowieści jest przemiana zdewastowanej ruiny w wymarzony domek ale oprócz wspomnień i anegdot z tym związanych znajdzie czytelnik w książce Mole'a całą masę scen z życia codziennego w tradycyjnej greckiej wiosce. Bo wieś obserwowała Johna ale i on obserwował wieś i jej mieszkańców - rzeźnika Ajaksa i jego piękną żonę Eleni, cieślę Spirosa, jego córkę Antygonę i zięcia przedsiębiorcę budowlanego Charalambosa, znachorkę Elpidę, pasterza Vasilisa i innych. Brał udział w tradycyjnym greckim weselu, uczestniczył w pożegnaniu umierającego i w obrzędzie pogrzebowym a także wypił niejedną szklankę ouzo w miejscowej tawernie.

Książkę czyta się niemal jednym tchem - to przede wszystkim zasługa stylu autora, który stworzył ciepłą, pełną humoru, miejscami wzruszającą opowieść. Co mnie szczególnie urzekło to szacunek jakim darzy autor kraj i ludzi pośród których przyszło mu żyć. Bo John nie zawsze rozumie swoich greckich sąsiadów, często się na nich złości, zdarza mu się z kimś pokłócić, ale nigdy nie daje do zrozumienia, że jest od nich lepszy, mądrzejszy czy bardziej światowy co , niestety, często zdarza się jego rodakom.

Uważam, że "Moja wielka grecka przygoda" to idealna lektura na każdą porę roku, ale najlepiej smakuje w lecie podana z sałatką choriatiki, musaką albo gyrosem, mocną parzoną kawą i odrobiną metaxy lub retsiny...

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Wakacyjne podróże: Za kołem podbiegunowym z Magdą

Od jakiegoś czasu na naszym rynku księgarskim pojawia się coraz więcej książek podróżniczych, wspomnień z wypraw w odległe i dzikie miejsca, przybliżających nam czytelnikom mało lub całkowicie nieznane kultury. I jakoś tak się składa, że większość tras tych podróży prowadzi do Ameryki Południowej, Australii, południowej i południowo-wschodniej Azji, Afryki czy krajów arabskich - czyli w ciepłe, czy wręcz gorące rejony naszego globu. Tymczasem również na dalekiej północy żyje wiele mało znanych plemion, które właśnie z racji trudnych warunków w jakich przyszło im bytować uratowały wiele z dawnych obyczajów, tradycji i stylu życia.
Jednym z takich ludów są Nieńcy mieszkający na Półwyspie Jamalskim, w azjatyckiej części Rosji - koczownicy, hodowcy reniferów i jedni z nielicznych, którym udało się uniknąć większości represji z okresu stalinowskiego. 

Przyznaję z ręką na sercu, że aż do ostatnich tygodni nie miałam pojęcia o istnieniu Nieńców, co jest tym dziwniejsze, że jedno z najgorzej kojarzących się nam Polakom  miejsc z historii najnowszej, mianowicie Workuta, leży na ich terenach, a i sama nazwa pochodzi z języka nieneckiego i oznacza "wiele niedźwiedzi". Ale dzięki wydanej przez PWN książce "Dobra krew. W krainie reniferów, bogów i ludzi" ten stan rzeczy uległ zmianie.
Autorka książki, gdańszczanka Magdalena Skopek odbyła już wcześniej podróż na Jamał, jednak jej największym marzeniem była możliwość poznania życia Nieńców "od środka". Dzięki wytrwałości oraz temu, że nie dała się trudnościom natury biurokratycznej oraz komunikacyjnej udało się jej w końcu dotrzeć do koczującej w tundrze nienieckiej rodziny, przez dwa miesiące mieszkać w ich czumie (rodzaj namiotu) i uczestniczyć w życiu codziennym.
A życie w tundrze do najłatwiejszych nie należy... Ostre arktyczne powietrze, wszechobecna wilgoć, chmary komarów i meszek to tylko początek długiej listy "przyjemności" czekających każdego, kto chce lub musi tam mieszkać.
Magdalena, zwana przez swoich gospodarzy Mjagnie, dosyć szybko dopasowała się do rytmu życia w czumie i starała się być użyteczna przy codziennych pracach - zbieraniu opału, noszeniu wody, przygotowywaniu posiłków czy "kasłaniu" - to słowo oznacza przeprowadzkę, która odbywała się co kilka dni, wszak Nieńcy to naród koczowników.
Jednak chyba największym wyzwaniem było przystosowanie się do zwyczajów kulinarnych panujących na dalekiej północy - surowe mięso i ryby, suchary, szpik kostny, masło z cukrem czy wreszcie solona krew renifera, to tylko niektóre z przysmaków serwowanych w czumie.

Tekst jest bogato ilustrowany fotografiami autorki - portrety rodziny u której mieszkała, ich sąsiadów, zdjęcia dokumentujące codzienne czynności oraz krajobrazy, zarówno z drogi, z miasteczek stanowiących kolejne etapy w podróży na Jamał jak i z tundry. I tu przeżyłam ogromne zaskoczenie - jakoś tak wydawało mi się, że owa tundra to najbardziej nieciekawe miejsce na świecie, szarobura pozbawiona drzew i krzewów pustka, porośnięta mchem i jakimiś karłowatymi roślinkami - tymczasem nic bardziej mylnego. W letnich miesiącach tundrę porasta trawa, kwitną drobne kwiatki a strumienie i małe jeziorka cieszą oczy różnymi odcieniami błękitu.

Warto sięgnąć po książkę Magdaleny Skopek i poznać jedno z niewielu plemion dla których czas jakby się zatrzymał. Tym bardziej, że na Jamale odkryto bogate złoża gazu ziemnego i pewnie za kilka lat stada reniferów i zagubione w tundrze czumy znikną, a na ich miejscu pojawi się plątanina rur i wykopów...

sobota, 18 sierpnia 2012

Kobieta, dla której król zrezygnował z tronu i korony

Nie pomylę się chyba o wiele twierdząc, że jednym z najczęściej powracających na różnych łamach tematów jest brytyjska rodzina królewska. Nie ma tygodnia, żeby świata nie obiegła jakaś wiadomość  na temat królowej Elżbiety i jej najbliższych - bądź w formie komunikatów wydawanych przez królewskich urzędników, bądź też, zdecydowanie częściej, w formie mniej lub bardziej sensacyjnych plotek i spekulacji.
W rodzinie królewskiej, jak w każdej innej, zdarzają się nieprzyjemne incydenty, jednak ze względu na miejsce zajmowane przez Windsorów często zyskują sobie mało pochlebną rangę skandali o których dyskutuje się przez wiele następnych lat - wystarczy wspomnieć okoliczności rozstania księcia Karola i księżnej Diany...
Jednak to nie Karol i Diana stali się bohaterami największego skandalu, który wstrząsnął rodziną królewską. Na czele listy od wielu już lat króluje Edward VIII, późniejszy książę Windsoru i jego małżonka Wallis Simpson.

Jedna z najpopularniejszych osób z rodziny królewskiej, Królowa Matka, mawiała o Wallis "ta kobieta" i to właśnie określenie stało się tytułem najnowszej biografii księżnej Windsoru której autorką jest Anne Sebba.
Pomimo, że początki historii Edwarda i Wallis sięgają okresu międzywojennego, a oni sami już od wielu lat nie żyją w dalszym ciągu wzbudzają zainteresowanie nie tylko historyków zajmujących sie dziejami brytyjskiej monarchii ale i zwykłych ludzi. Wiele osób wciąż zadaje sobie pytanie co takiego miała w sobie ta niespecjalnie piękna czy inteligentna oraz nie najmłodsza (w chwili poznania księcia w 1930 roku miała już 34 lata) Amerykanka? Jakim sposobem udało jej się oczarować króla do tego stopnia, że nie zważając na nic zrzekł się tronu aby poślubić dwukrotną rozwódkę, a później przez wiele lat walczył z najbliższymi o uznanie dla swojej żony?
Teorii na ten temat było wiele - posądzano Wallis m.in. o zahipnotyzowanie księcia, omotanie za pomocą wyrafinowanych technik seksualnych, których miała się ponoć nauczyć w czasie swojej bytności w Chinach czy wręcz o czary...

Anne Sebba pracując nad swoją książką przebrnęła przez ogromne ilości korespondencji, wspomnień i zapisków Edwarda i Wallis, jak również ich znajomych, przyjaciół i wrogów, oraz mniej lub bardziej oficjalnych dokumentów. Wykorzystała również opinie specjalistów z zakresu psychologii i psychiatrii zakładając, chyba słusznie, że przyczyn takich a nie innych zachowań obydwojga księstwa należy szukać w ich przeszłości - Wallis, która od najmłodszych lat przeżywała większe i mniejsze kłopoty finansowe szukała kogoś kto mógłby jej zapewnić dostatnie życie, natomiast Edward pozbawiony ciepła rodzinnego, pełen różnych kompleksów potrzebował akceptacji i ciągłej uwagi, nawet jeśli miała ona polegać na publicznym strofowaniu, co często zarzucano jego żonie.
I chyba właśnie ta  możliwość zaspokojenia nawzajem swoich potrzeb stała się podstawą związku, który pomimo ogromnych trudności przetrwał kilkadziesiąt lat, aż do śmierci Edwarda w 1972 roku. Patrząc z perspektywy czasu, kolejne 14 lat (Wallis zmarła w 1986 roku) to w przypadku "tej kobiety" bardziej wegetacja niż prawdziwe życie - schorowana, odcięta od świata i ludzi, których znała, z rzadkimi przebłyskami świadomości mieszkała w swoim paryskim domu - można by górnolotnie stwierdzić, że jej dusza umarła wraz ze śmiercią Edwarda...

Autorka biografii księżnej Windsoru nie stara się ocenić jednoznacznie swojej bohaterki - nie jest to bowiem chyba możliwe. Wallis to postać wielowymiarowa, zaskakująca i nie dająca się wcisnąć w jakieś  sztywne ramy, co potwierdzają bogato cytowane źródła. I pewnie jeszcze przez wiele lat będzie stanowiła temat do badań historycznych oraz rozpalała wyobraźnię twórców stając sie bohaterką kisążek, filmów i sztuk teatralnych.

A na koniec taka refleksja: życie pisze jednak przedziwne scenariusze - po śmierci Wallis jej dom został wynajęty przez Mohameda al-Fayeda i poddany gruntownej renowacji. Któż mógł przewidzieć, że będzie to ostatnie miejsce, które odwiedzi księżna Diana, na kilka godzin przed swoją śmiercią w 1997 roku. W taki oto sposób splotły się losy dwóch kobiet, które miały ogromny wpływ na postrzeganie brytyjskiej monarchii w XX wieku...

środa, 15 sierpnia 2012

Wakacyjne podróże: Andaluzja ze Srebrzynkiem

Przy jakiejś okazji robiłam listę znajomych mi noblistów. Nie była ona specjalnie imponująca, bo poza Sienkiewiczem, Reymontem, Miłoszem i Szymborską znalazło się na niej jeszcze tylko 5 nazwisk, czyli marniutko... Mam nadzieję, że nie zostanie mi to poczytane za brak wyższych aspiracji, ale jakoś nie mam nadzwyczajnego parcia na to aby już, teraz, natychmiast ten stan rzeczy zmieniać. Owszem jeśli coś mi w ręce wpadnie to przeczytam, ale nic na siłę.
Biorąc do ręki przepiękną książeczkę, o której chciałam napisać dzisiaj kilka słów w pierwszej chwili nawet do mnie nie dotarło, że jej autor, Juan Ramon Jimenez, jest laureatem Literackiej Nagrody Nobla z 1956 roku. I tak trochę przypadkiem, na liście czytanych przeze mnie noblistów pojawiło się kolejne nazwisko a do listy książek, które mnie zachwyciły dopisałam kolejny tytuł - "Srebrzynek i ja. Elegia andaluzyjska" .

Srebrzynek to zwykły - niezwykły osiołek. Dla postronnego obserwatora to szary zwierzak z długimi uszami i czarnymi oczami, taki jak tysiące mu podobnych przemierzających ścieżki wśród pól, ciągnących różnego rodzaju wózki, czy wiozących na grzbiecie swego właściciela - słowem nic specjalnego.
Natomiast w oczach swojego pana, poety "Srebrzynek jest nieduży, kosmaty i miękki; tak pulchniutki na zewnatrz, że zdaje sie cały z waty, jak gdyby nie miał kości. Tylko błyszczące dżety jego oczu mają twardość chrabąszczy z czarnego kryształu". To wypróbowany towarzysz podróży, to współuczestnik codziennych zachwytów nad światem, to wreszcie adresat prześlicznych literackich klejnocików. Bo Jimenez jak wytrawny jubiler potrafi zwykłym, powszednim widokom, rzeczom i ludziom dać tak delikatną, filigranowa oprawę ze słów, że tworzy w kilku zdaniach cudowne, lekkie i bajecznie kolorowe dzieła sztuki. I nie jest ważne czy opisuje kroplę deszczu na płatkach róży, słodki śpiew słowika, bladą twarz dziecka czy też spalone słońcem pola - każdy z tych opisów jest tak plastyczny, że wydaje się iż wystarczy tylko krok aby dotknąć, powąchać, posmakować i całkiem zanurzyć się w cudownym krajobrazie andaluzyjskiej prowincji.

Nie jestem jakimś ogromnym wielbicielem poezji czy prozy poetyckiej, mam kilku ulubionych autorów, jednak i ich tomików nie czytam "od deski do deski" z jednakowym zainteresowaniem, jedne utwory podobają mi się bardziej, inne mniej. Tymczasem w przypadku "Srebrzynka" wszystkie zawarte w zbiorze impresje (może to nie do końca literacki termin, ale moim zdaniem najlepiej oddaje charakter tych utworów) wzbudzały zachwyt. Miałam nawet pomysł wypisania kilku szczególnie pięknych cytatów, jednak musiałabym chyba przepisać pół książki, bo nie byłam się w stanie zdecydować...

Jeżeli uda się wam trafić na książeczkę o Srebrzynku, co do najłatwiejszych rzeczy nie należy (ja czytałam dzięki akcji "Wędrujące książki" na BiblioNETce) to mam nadzieję, że pokochacie go tak jak ja.

Ponieważ egzemplarz, który ja czytałam ma bardzo minimalistyczną szarą okładkę, nawet tytułu na niej nie ma, więc zamiast niej taki portret Srebrzynka, który znalazłam TUTAJ