niedziela, 17 listopada 2013

Paryż po raz kolejny, mam nadzieję, że nie ostatni

Małgorzatę Gutowską-Adamczyk znają (przynajmniej z nazwiska) wszyscy wielbiciele współczesnej polskiej literatury, a to za sprawą bestsellerowej "Cukierni pod amorem", którą zaczytują się kobiety niemal w każdym wieku, a z tego co wiem, to i wielu panów znalazło się pod urokiem tej sagi. 
Rok temu do księgarń trafiła kolejna książka tej autorki, a mianowicie "Podróż do miasta świateł: Róża z Wolskich" a w ostatnich tygodniach swoją premierę miała jej kontynuacja pt. "Podróż do miasta świateł: Rose de Vallenord".

Ci co czytali "Różę z Wolskich" wiedzą, że książka ta stanowi "odprysk" cukiernianej sagi i spotkamy na jej kartach (co prawda tylko w epizodach, ale jednak) znanych nam wcześniej bohaterów - Igę i Xawiera Toroszynów.
Akcja "Rose de Vallenord" (podobnie jak to miało miejsce w poprzednich książkach Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk) toczy się dwutorowo - oczami Róży oglądamy Paryż końca XIX i pierwszej połowy XX wieku, natomiast Nina, historyk sztuki, zainteresowana pracami polsko-francuskiej malarki , szukając jej śladów, prowadzi nas po ulicach i placach współczesnej metropolii. 

Rose de Vallenord to już nie podlotek, nie młoda, wrażliwa i zakochana bez pamięci dziewczyna. Przeżyła wiele osobistych tragedii, straciła niemal wszystkich przyjaciół i pomimo wieloletniego pobytu we Francji nadal czuje się tu wyobcowana. To kobieta przepełniona miłością macierzyńską - nie dane jej było urodzić własnego dziecka, dlatego też kiedy umiera żona Fabiena, biednego robotnika i jednego z jej najdawniejszych paryskich przyjaciół, szybko podejmuje decyzję o opiece nad jego maleńką córeczką. Rose ma wreszcie kogoś kogo może kochać, ma dla kogo żyć.
W jej życiu pojawia się również nowy mężczyzna, który ją kocha, adoruje, niemal nosi na rękach. Kobieta ma jednak poważne wątpliwości co do tego związku (jak się okazuje uzasadnione, bowiem adorator nie do końca jest z nią szczery), jednak kiedy on ociera się o śmierć jej skrupuły nikną jak śnieg  na słońcu i Rose oddaje swoją rękę ukochanemu. Jak potoczą się dalej losy tego związku i czy decyzja podjęta pod presją była tą jedynie słuszną dowiecie się czytając książkę.
We współczesnym Paryżu Nina również spotyka kogoś, kto wydaje się wymarzonym księciem z bajki...

Podobnie jak w pierwszej części "Podróży do miasta świateł" równorzędnym głównym bohaterem powieści jest Paryż - miasto, które nigdy nie śpi, które było i jest jedną z najbardziej opiniotwórczych metropolii, które stało się mekką artystów, którzy, często bez grosza przy duszy, przybywali aby tu szukać szczęścia i uznania publiczności. Oglądamy go w ostatnich latach belle epoque, w czasie obydwu wojen światowych i w okresie międzywojennym, razem z Różą obserwujemy przemiany zachodzące w mieście i ludziach - pojawienie się pierwszych samochodów, zamiana konnych omnibusów na elektryczne tramwaje, rozbudowę miasta i jego dynamiczny rozwój. Równie ważne są przemiany społeczno-obyczajowe - kobiety zrzucają gorsety, ścinają włosy, noszą coraz krótsze suknie (a nawet spodnie!), zasiadają za kierownicą samochodu i zajmują się pracą zawodową...

Warto zanurzyć się w tę książkę, poznać tamtą niepowtarzalną atmosferę, nacieszyć zmysły tym klimatem i, być może, znaleźć inspirację do własnego spotkania z miastem świateł. Polecam:)

piątek, 15 listopada 2013

Przeczytane w busie - część pierwsza

Przez większość życia cierpiałam na swego rodzaju chorobę lokomocyjną - mogłam jechać na każdą dowolną odległość, każdym środkiem lokomocji i nic mi się nie działo dopóki nie zaczynałam czegoś czytać. Nie wiem czy to była kwestia dziurawych dróg, byle jakich pojazdów czy jeszcze jakichś innych powodów - nie dawałam rady i już...
Od kilku tygodni (z racji pobierania nauk) soboty i niedziele spędzam w Krakowie i sporo czasu zajmuje mi podróżowanie "tam i z powrotem" - około godzinę w jedną stronę. Ogromna strata czasu... Kiedy jechałam na pierwsze zajęcia zabrałam (bez większego przekonania) książkę i albo mi się organizm przestawił, albo okoliczności przyrody się zmieniły, dość na tym, że udało mi się kilkadziesiąt stron przeczytać. 
I tak oto, dzięki tym wyjazdom, kilka książek, które od jakiegoś czasu na swoją kolej czekało, zostało przeczytane. Oczywiście nie każda literatura nadaje się do busa relacji "Miechów-Kraków" - zdecydowanie najlepiej się sprawdzają kryminały i sensacje. 

Jako, że czasu mi nie starcza na jakieś długie elaboraty to w skrócie o trzech książkach przeczytanych w autobusie będzie - chociażby dlatego, że wszystkie zasługują na uwagę. Dwie z nich to świeżynki są, jedna ma już trochę wieku, autorzy są różnej płci i narodowości, prezentują różne style - tak więc do wyboru do koloru.

Kolejność nieprzypadkowa, bo alfabetyczna;)

******************************************

Czy jest ktoś, kto przynajmniej nie słyszał o Danie Brownie? Podejrzewam, że nikt, albo bardzo niewiele osób. Nawet jeśli nie pałacie jakimś specjalnym nabożeństwem do książek tego autora, to może widzieliście filmy nakręcone na podstawie dwóch jego powieści, gdzie główną rolę profesora Roberta Langdona gra Tom Hanks. Brown łączy w swoich powieściach wątek sensacyjny z historią, akcja toczy się w zawrotnym tempie, a czytelnik oprócz rozrywki może się również czegoś ciekawego dowiedzieć - ja tak miałam na okoliczność włoskiego rzeźbiarza Berniniego, o którym pojęcie miałam dosyć mętne, a którego dzieła są motywem przewodnim "Aniołów i demonów". Oczywiście wspomniana książka nie stała się dla mnie jedynym źródłem wiedzy na temat artysty, ale stanowiła inspirację do poszukania bardziej fachowej literatury.
Tym razem Robert Langdon znajduje się we Florencji do której sprowadziła go sprawa... No właśnie, nie do końca wiadomo kto, dlaczego i w jaki sposób przemieścił pana profesora przez pół świata, w jednym ubraniu i bez dokumentów - niemalże na początku pobytu, w wyniku napadu Langdon traci pamięć. Przed oczami pojawiają mu się koszmarne wizje inspirowane jednym z najsłynniejszych dzieł literackich, a mianowicie "Boską Komedią" Dantego, a konkretnie pierwszą jej częścią noszącą tytuł "Piekło". Skojarzenie jest jak najbardziej na miejscu - Florencja to rodzinne miasto tego pisarza. Ze strzępków wspomnień wyłania się straszna prawda - ktoś spróbuje rozprzestrzenić niezwykle groźnego wirusa, aby za jego pomocą rozwiązać problem przeludnienia na świecie.
Profesor Langdon w (jak zwykle) atrakcyjnym damskim towarzystwie po raz kolejny rusza na ratunek, tyle, że tym razem nie będzie to akcja ku czci jednej lub kilku osób, a całej ludzkości...

"Inferno" to czwarta z kolei książka o Robercie Langdonie. "Anioły i demony" oraz "Kod Leonarda da Vinci" podobały mi się, "Zaginiony symbol" przeczytałam właściwie tylko siłą woli i przyznam szczerze, że przed lekturą tego tomu miałam pewne obawy - tym bardziej, że książka stanowiła prezent na Dzień Nauczyciela od mojej kochanej klasy IIIB. Na szczęście "Inferno" wpisuje się w klimat dwóch pierwszych tomów i czyta się go z przyjemnością. 
Uczciwie trzeba przyznać, że Dan Brown stworzył sobie pewien schemat i jest on w tej książce widoczny, ale z drugiej strony, jeśli coś się sprawdza, to dlaczego tego nie wykorzystać?

Jak dla mnie całkiem sprawnie napisany i wciągający kawałek literatury sensacyjnej.

******************************************************

O Tatianie Polakowej już zdarzyło mi się już pisać dwukrotnie na okoliczność jej cyklu o przygodach dwóch zwariowanych przyjaciółek Żeni i Anfisy, a teraz kolejna, trzecia już odsłona serii, czyli "Niezidentyfikowany obiekt chodzący".
Anfisa w dalszym ciągu pozostaje małżonką pułkownika specnazu Romana, który to mąż jest o swoją żonę niezwykle zazdrosny, co utrudnia jej życie i kontakty towarzyskie (nawet najbardziej niewinne) z płcią przeciwną. Po kolejnej awanturze w miejscu publicznym Anfisa ma już tego dosyć i postanawia zazdrośnika ukarać - ucieka z domu i razem z Żenią szuka miejsca gdzie mogłaby się ukryć na kilka dni. Jakby na zamówienie Żenia, pracująca w jednej z miejscowych gazet, zostaje wysłana w teren, do wioski gdzie mówiąc obrazowo "diabeł mówi dobranoc". 
Lipatowo jest dosłownie odcięte od świata - położone między rzeką a bagnami, zupełnie niedostępne dla normalnych samochodów (można się do niego dostać wozami terenowymi, a i to z wielkim trudem), pozbawione łączności telefonicznej, a żeby było jeszcze weselej, w dniu kiedy docierają do niego nasze przyjaciółki ktoś kradnie fragment trakcji elektrycznej i wieś zostaje bez prądu.
Tymczasem w okolicy dzieją się dziwne rzeczy - giną ludzie, na bagnach straszą upiory, a po wsi błąka się nocami tajemniczy zwierz (Anfisa uważa, że to zdziczały owczarek kaukaski, ale autochtoni upatrują w nim wilkołaka). Do tego coś się dzieje w pensjonacie w którym zamieszkały kobiety, a wszyscy jego goście mają coś do ukrycia...

Jako, że mam już pewne porównanie jeśli chodzi o książki tej autorki muszę przyznać, że jakoś mnie ta książka nie rzuciła na kolana - tzn. całkiem niezła, jest kilka fajnych momentów, czyta się gładko i sprawnie, ale brak tego czegoś co zachwyciło mnie w poprzednich tomach. 
Mam nadzieję, że to tylko chwilowy spadek formy tej autorki i kolejne jej książki trafią w moje czytelnicze gusta;)

***********************************************

Kilka dni temu pisałam o przedostatniej książce Joanny Chmielewskiej, a dzisiaj słów parę o ostatniej, noszącej tytuł "Zbrodnia w efekcie".

Była sobie działka. Taka zwykła, pracownicza, na której  rosły sobie kwiatki i krzewy owocowe, ktoś od czasu do czasu posiał marchewkę i buraczki a w altance trzymano rozmaite narzędzia ogrodnicze. Sprawa własności działki była nieco zagmatwana, ale ponieważ całe stado użytkowników egzystowało we względnej zgodzie nie zachodziła konieczność stosowania sankcji prawnych. Jedną z użytkowniczek działki była niejaka Marzenka, dziewczę zafiksowane na ziołolecznictwo oraz z dobrą ręką do roślinek. Zdarzyło się jej zasadzić na owej działce kawałek bambusa, który jest rośliną niezwykle inwazyjną i kiedy w pośpiechu usiłowała go usunąć okazało się, że pod korzeniem spoczywają jakieś zwłoki... Co dziwne, był to tułów pozbawiony głowy (że o dokumentach nie wspomnę) w związku z czym nie było możliwości identyfikacji denata.
Kilka lat później Barbara Rościszewska, właścicielka działki leżącej naprzeciwko miejsca pochówku bezgłowego tułowia postanowiła sprzedać swój areał i w czasie trzebienia zaniedbanych krzewów dokonała makabrycznego odkrycia - w krzakach leżała ludzka czaszka...
Zawezwani stróże prawa szybko dodali do siebie te dwa znaleziska i wreszcie można było ruszyć śledztwo z miejsca - odtworzyć rysy twarzy zamordowanego osobnika, ustalić personalia, motyw zabójstwa i odnaleźć sprawcę. Niestety, śledczy prowadzący sprawę szybko doszedł do wniosku, że nadmiar świadków może być gorszy niż niedobór. A że jedną ze znajomych denata była Joanna to już wiadomo, że problemy będą się mnożyć lawinowo.

Trochę trudno pisać krytycznie o książce kogoś, kto zmarł ledwie kilka tygodni temu, kogo wszystkie powieści pochłaniało się niemal jednym tchem, kto miał znaczący wpływ również na nasze życie - niektóre określenia pani Joanny, chociażby słynny "mężczyzna wzrostu siedzącego psa", na stałe zagościły w moim słowniku, a kiedy mam chandrę biorę "Wszystko czerwone", otwieram na przypadkowej stronie i po kilku zdaniach humor się poprawia i płaczę, ale ze śmiechu.
"Zbrodnia w efekcie" nie jest złą książką, ale niestety arcydziełem też nie jest. Mam nadzieję, ze duch pani Joanny, który tam pewnie szaleje gdzieś w niebieskim kasynie, wybaczy mi, ale mam wrażenie, że powieść jest trochę na siłę pozlepiana z wątków obecnych w innych jej kryminałach - przykład pierwszy z brzegu: postać Feliksa ze wszystkimi jego obsesjami jest niezwykle podobna do kreacji Przemysława z "Szajki bez końca". Dlatego przy czytaniu miałam odczucie pewnej wtórności i braku nowych pomysłów.
Książkę czyta się jednak całkiem przyjemnie - dla fanów Joanny Chmielewskiej pozycja zapewne obowiązkowa, dla nie-fanów całkiem zbędna, dla wahających się... No cóż, wahającym się (w sensie "być albo nie być" fanem Chmielewskiej) doradzałabym zapoznanie się z tą akurat powieścią dopiero wtedy, kiedy zostaną zdeklarowanymi wielbicielami pisarki;)


A ponieważ jutro i pojutrze znów jadę do szkół, więc idę szukać kolejnej busowej lektury...

wtorek, 12 listopada 2013

Propozycja dla wszystkich fanów Harrego Pottera

Jesienne wieczory sprzyjają czytaniu, prawda?
Nawet dziecię moje jedyne, które ku rozpaczy rodzicielki oporne jest na słowo pisane, życzy sobie głośnego czytania. Ostatnio trochę mu się przestawiły gusta czytelnicze/słuchacze i życzy sobie "coś fantastycznego...".
I tak mi się coś wydaje, że w ubiegłym tygodniu pokazało się w księgarniach coś w tym temacie:



"Dom Tajemnic" to wspólne dzieło pisarza Neda Vizzini oraz reżysera, scenarzysty i producenta wielu kinowych hitów Chrisa Columbusa. Polskim ambasadorem książki, jak również głosem jej audiobooka jest Piotr Fronczewski, który tak o niej mówi:
"Dom Tajemnic to niebezpiecznie wciągająca opowieść o potędze czarnej magii, sile przyjaźni i poświeceniu. Niewyjaśnione sekrety sprzed lat, walka trójki rodzeństwa o życie swoich najbliższych i ostateczne starcie dobra ze złem. Tej jesieni magia powraca..."

TU można zobaczyć wywiad z autorami książki, a TUTAJ przeczytać jej fragment. Brzmi interesująco... 

sobota, 9 listopada 2013

Tam gdzie rośnie pieprz i wanilia

Brakuje mi czasu...
Niestety (albo stety, zależy jak na to spojrzeć) musiałam po raz kolejny iść do szkoły (jako kursant) i od połowy października niemal wszystkie soboty i niedziele spędzam na wykładach. Na to konto przepadły mi Targi Książki w Krakowie, potargowe spotkanie blogerów i pewnie jeszcze kilka fajnych imprez mi do końca marca (zajęcia na kursie kończę w pierwszą sobotę kwietnia) poleci. Nie mam też za dużo czasu na pisanie, bo oprócz pracy i kursu mam przecież dom i rodzinę.
Mam nadzieję, że nie zapomnicie o moim istnieniu przez te kilka miesięcy - będę się starała jak najczęściej o sobie przypominać;)


Kiedy jeszcze Wojciech Cejrowski nie chodził boso przez świat, kiedy Beata Pawlikowska była jedną z tysięcy blondynek chodzących po naszych ulicach, kiedy Martyna Wojciechowska chodziła jeszcze do szkoły podstawowej - czyli w dosyć zamierzchłych czasach pewna polska dziennikarka wyjechała na stypendium do Ameryki Południowej i przy tej okazji udało jej się przeprowadzić wywiad ze znanym podróżnikiem, dziennikarzem i wielbicielem wszystkiego co indiańskie, czyli Tonym Halikiem. Dziennikarką tą była Elżbieta Dzikowska, a przypadkowe spotkanie zamieniło się w trwający ponad dwadzieścia lat związek dwojga ludzi połączonych oprócz uczuć wspólną pasją. Dzikowska i Halik nakręcili wspólnie około 300 filmów dokumentujących ich podróże po całym świecie, które można było oglądać w naszej telewizji. W moją pamieć najbardziej zapadł jednak program "Pieprz i wanilia", który nadawany był w niedzielne popołudnia z domowego studia pani Elżbiety i jej męża. 

Elżbieta Dzikowska jest również autorką kilkunastu książek podróżniczych, a w tym roku ukazała się najnowsza z nich pt. "Tam gdzie byłam".
Jest to książka autobiograficzna, mamy więc możliwość dowiedzieć się czegoś na temat dzieciństwa i młodości przyszłej dziennikarki i podróżniczki. I tak: w wieku 15 lat spędziła kilka miesięcy w areszcie za udział w nielegalnej organizacji politycznej; maturę zdała w wieku 16 lat; z racji przeszłości własnej, a także na okoliczność AK-owskiej przeszłości ojca nie dostała się na studia dziennikarskie; z wykształcenia jest sinologiem; pracowała m.in. w Centrali Importu i Eksportu Chemikaliów - to tylko kilka ciekawostek z niezwykle bogatego życiorysu pani Elżbiety.

Kiedy wreszcie udało jej się ukończyć studia dziennikarskie i wyjechać po raz pierwszy do Ameryki Południowej zakochała się w tamtym rejonie świata niemal od pierwszego wejrzenia. Początkowo barierę stanowił język hiszpański, a właściwie brak jego znajomości, ale szybko udało się zniwelować tę przeszkodę i można było ruszać na szlak wielkiej przygody. Dzięki rozmaitym kontaktom Toniego miała Elżbieta Dzikowska  możliwość dotrzeć do plemion indiańskich żyjących z dala od popularnych szlaków, badać ich kulturę, zwyczaje i sztukę, podziwiać wyroby rzemieślnicze, a nawet uczestniczyć w magicznych rytuałach i poznać w praktyce tradycyjne zabiegi medyczne - niestety jej sceptycyzm i brak wiary w skuteczność tych działań sprawił, że nie odniosły one pożądanego skutku...  

Pani Elżbieta dosyć swobodnie traktuje w swojej książce chronologię - wspomnienia nie są ułożone według kolejności czasowej, tylko tematycznie. Osobom uważającym, że biografię powinno się pisać według dat może to przeszkadzać, ale moim zdaniem takie uporządkowanie faktów daje lepszy obraz świata, który Elżbieta Dzikowska przemierzyła ze swoją kamerą.

Książka, jak zresztą wszystkie wychodzące z Wydawnictwa Bernardinum, jest wydana niezwykle starannie, na kredowym papierze, z twardą okładką, a tekst ilustrują setki pięknych kolorowych fotografii. Z racji takiego a nie innego potraktowania warstwy edytorskiej wydanie ma jeden niewielki minus - cieszy oko, ale swoje waży... No ale dla prawdziwego wielbiciela literatury podróżniczej taka przeszkoda nie jest warta nawet wzmianki.
Serdecznie polecam lekturę tej kisążki:)

wtorek, 5 listopada 2013

Śpiewająca Eurydyka

25 sierpnia 2012 roku minęło 30 lat od śmierci Anny German, jednej z najwybitniejszych polskich piosenkarek. Rocznicę tę zaakcentowała m.in. TVP poprzez realizację i emisję serialu biograficznego o artystce, w czasie tegorocznego festiwalu w Opolu odbył się koncert piosenek Anny German a w opolskiej Alei Gwiazd Festiwalu Polskiej Piosenki pojawiła się gwiazda jej poświęcona. 

Mariola Pryzwan skończyła polonistykę, pracuje jako bibliotekarka, ale jej największą pasją są biografie sławnych ludzi - pisała już o Zbigniewie Cybulskim, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej oraz bydgoskiej poetce Małgorzacie Szułczyńskiej, a w ubiegłym roku nakładem Wydawnictwa MG ukazała się książka "Anna German o sobie" składająca się z fragmentów wywiadów, listów i wspomnień piosenkarki. Całości dopełniają zdjęcia przedstawiające artystkę, jej najbliższych, przyjaciół i kolegów, ale także okładki płyt, programy festiwalowe, dokumenty, autografy listów i okładki czasopism na których gościła piosenkarka.

Anna German to jedna z oryginalniejszych postaci naszej sceny muzycznej. Urodziła w Uzbekistanie, jej przodkowie ze strony ojca pochodzili z Niemiec, rodzina mamy miała korzeni holenderskie i właściwie tylko przypadek sprawił, że po wojnie mała Ania wraz z mamą i babcią znalazły się w Polsce, we Wrocławiu.
Anna German ukończyła studia na wydziale geologii, lecz nigdy nie pracowała w wyuczonym zawodzie - jeszcze w czasie studiów rozpoczęła swoją drogę artystyczną, początkowo w studenckim teatrze, a później, po zdaniu egzaminów, w estradzie wrocławskiej i rzeszowskiej. W 1963 roku odniosła pierwszy znaczący sukces (III miejsce w czasie dnia polskiego III Międzynarodowego Festiwalu Piosenki w Sopocie) a rok później w Opolu zaprezentowała jeden ze swoich największych przebojów "Tańczące Eurydyki". Od tej pory jej kariera nabrała rozpędu, co więcej wkrótce stała się gwiazdą międzynarodową (piosenkarka śpiewała w siedmiu językach), podpisała kontrakt płytowy z włoską firmą fonograficzną i wyjechała z kraju. Pobyt we Włoszech omal nie zakończył się dla niej tragicznie - została ciężko ranna w wypadku samochodowym i przez kolejne trzy lata walczyła o powrót do zdrowia  i do śpiewania. Chorobę na szczęście udało się przezwyciężyć i jeszcze przez kilkanaście lat wielbiciele artystki mogli się cieszyć jej nowymi piosenkami i płytami.

Anna German nie przepadała zbytnio za wywiadami, dlatego tym cenniejsze są te, których zgodziła się udzielić. Autorka książki wykonała niezwykle mozolną pracę zbierając teksty publikowane w naszej, ale również rosyjskiej i włoskiej prasie.
Książka ma układ chronologiczno - tematyczny, a kolejne rozdziały zawierają bądź wspomnienia artystki, bądź też jej opinie i poglądy na tematy artystyczne: śpiewanie, komponowanie, aranżację utworów, festiwale na których występowała czy doświadczenia z pobytu i występów w różnych krajach. 
Z tych wypowiedzi przebija przede wszystkim ogromna skromność, która dosyć często cechuje prawdziwe gwiazdy (w odróżnieniu od całej rzeszy różnej maści celebrytów), autentyczna radość z własnej pracy oraz miłość i przywiązanie do najbliższych. Unikała natomiast artystka wypowiedzi na tematy polityczne - jest to szczególnie widoczne w wywiadach, których udzielała w czasie pobytu we Włoszech.

Piosenki Anny German były od zawsze obecne w moim życiu, moja mama była i jest ogromna wielbicielką tych utworów, natomiast samej piosenkarki ze dobrze nie pamiętam, bowiem w chwili kiedy umierała byłam jeszcze dzieckiem. Z książki pani Marioli Pryzwan miałam nadzieję dowiedzieć się coś więcej na temat artystki, ale czy to się udało? Cóż, mam wrażenie, że Anna German odsłoniła siebie tylko w niewielkim stopniu - tyle ile uznała za stosowne, natomiast większą część swojej osobowości starannie ukryła przed światem. Biorąc pod uwagę czasy w których przyszło jej żyć nie ma się co temu dziwić...

Serdecznie polecam lekturę tego zbioru wszystkim wielbicielom piosenkarki. A i nie wielbicielom takoż.

Za książkę serdecznie dziękuję




niedziela, 3 listopada 2013

Wirująca anatomia panny Emilki

Kilka tygodni temu odeszła najpopularniejsza współczesna pisarka - Joanna Chmielewska. Pozostawiła po sobie ogromny dorobek pisarski - ponad 60 książek dla dorosłych, dzieci i młodzieży. Pisała głównie kryminały, powieści obyczajowe z wątkiem sensacyjnym ale również poradniki "z przymrużeniem oka". Pisarka miała liczne grono oddanych wielbicieli i sporą grupę zaciętych adwersarzy - jedno jest pewne, każdy kto przynajmniej raz zetknął się z jej twórczością nie pozostawał wobec niej obojętny.
Ja osobiście zaliczam się do grona fanów Chmielewskiej, chociaż uczciwie przyznaję, że najlepsze są według mnie jej starsze powieści, te z lat 60-tych i 70-tych, natomiast te bardziej współczesne gdzieś zatraciły wdzięk i lekkość, chociaż w dalszym ciągu czyta się je całkiem nieźle.

"Krwawa zemsta" - przedostatni utwór, który wyszedł spod pióra pani Joanny, ujrzał światło dzienne w ubiegłym roku. Przyznam, że podchodziłam do niego z pewną obawą, mając w pamięci całkowicie nieudany "Gwałt" (poprzednia książka tej autorki)... Na szczęście okazało się, że może nie jest to arcydzieło na miarę "Wszystko czerwone" (moja ulubiona Chmielewska) ale książka jest całkiem udana.

Postacią wokół której obraca się cała intryga jest niejaka Emilka vel Dulcynea vel Kręcidupcia - dziewczę niebrzydkie, aczkolwiek bez szaleństwa, posiadające intelekt w stanie szczątkowym i mające ambicję zostać "kimś" poprzez udany mariaż - taka "pani kierownikowa" brzmi całkiem nieźle, nieprawdaż? Niestety większość kierowników posiada już zaplecze w postaci żony i dziatek, ale od czego instytucja rozwodu? I tak oto pannica zarzuca sieci na niejakiego Dominika, architekta, kierownika zespołu konstruktorów w wielobranżowym przedsiębiorstwie, szczęśliwego męża dekoratorki Majki i ojca dwójki bardzo udanych dzieci. 
Wydawać by się mogło, że małżeństwo Majki i Dominika jest nie do ruszenia przez osobę pokroju Emilki - niestety ma ona pewien atut, który z perfidią wykorzystuje dla przeprowadzenia własnych planów. Otóż panna potrafi tak kręcić odwłokiem, że zawróci w głowie nawet najinteligentniejszemu facetowi - jak się okazuje Dominik nie jest odosobnionym przypadkiem i staje się kolejną ofiarą Kręcidupci. Majka natomiast powieksza grono pań pałających żądzą zemsty w stosunku do tej gimnastyczki-amatorki. W jej głowie, podobnie jak w głowach Luizy i Anusi, rodzą się kolejne pomysły jakby tu uspokoić raz na zawsze wirującą anatomię rywalki - bo z męża Majka nie ma zamiaru rezygnować.

"Krwawa zemsta" nie jest powieścią kryminalną, choć na samym początku pojawiają się damskie zwłoki. To powieść obyczajowa z  wątkami kryminalnymi, bo różne osoby, nie tylko wymienione wyżej panie próbują "usadzić" Emilkę. Tło do tych działań stanowi pracownia architektoniczna oraz (co daje zdecydowanie więcej możliwości) plac budowy, na którym ma powstać wesołe miasteczko. 

Że Chmielewska ma specyficzny język, rozpoznawalny zaledwie po kilku zdaniach o tym pisać nie muszę. Że bohaterowie lubią sobie golnąć coś mocniejszego (aczkolwiek w granicach rozsądku) to też żadna nowość. Że dialogi oparte są na przeróżnych skojarzeniach skaczących jak koniki polne to również wszyscy wielbiciele pisarki wiedzą. Wszystko to w "Krwawej zemście" jest, ale... No cóż, autorka przyzwyczaiła nas  przez lata do czegoś zupełnie innego i teraz każda słabsza pozycja przyjmowana jest z rozczarowaniem.

Jest w tej powieści jednak coś co do mnie kompletnie nie przemawia, pomimo tego, że zawsze do historii wymyślonych przez panią Joannę podchodziłam z pewnym przymrużeniem oka i dystansem. Otóż całkiem niewiarygodna jest dla mnie Majka, żona usidlonego przez Kręcidupcię Dominika. Kiedy ogłupiały małżonek zwraca się do niej z propozycją rozwodu Majka odmawia... ponieważ bardzo go kocha, nawet pomimo jego zdrady. Rozumiem, gdyby odmówiła tego rozwodu na okoliczność podkładania kłód pod nogi rozszalałego uczucia Dominika i Emilki, ale z miłości? Nijak mi się to w głowie nie mieści, tym bardziej, że Dominik charakter miał dosyć chimeryczny i jakiejś wielkiej odpowiedzialności za dom nie przejawiał - tzn. pracował i zarobki przynosił, w prace domowe się angażował jednak wszystkie bardziej uciążliwe sprawy składał na barki Majki. No ale może się mylę i take postawienie sprawy (czyli niech zdradza, ja go i tak kocham i wszystko wybaczę) jest aktualnie na topie i świadczy o nowoczesnym podejściu do związku?

Cóż, pomimo wszelkich minusów uważam, że "Krwawa zemsta" to całkiem poprawna powieść i warto ją przeczytać - aczkolwiek nie na pierwsze spotkanie z pisarką, bo jeśli ktoś się zniechęci to już nigdy nie sięgnie po najlepsze Chmielewskie - "Wszystko czerwone", "Wszyscy jesteśmy podejrzani" czy "Romans wszech czasów"

sobota, 2 listopada 2013

Tym którzy odeszli...


Palą się znicze - przypominają,
Że ktoś odchodzi. Inni zostają...

W tym roku odeszli na zawsze:


Borys Strugacki 19.11.2012



Kveta Legatova 22.12. 2012



Teresa Torańska 2.01.2013



James Herbert 20.03.2013



Cezary Chlebowski 9.05.2013



Sławomir Mrożek 15.08.2013



Seamus Heaney 30.08.2013



Tom Clancy 1.10.2013



Joanna Chmielewska 7.10.2013



Edmund Niziurski 9.10.2013 


Henryk Markiewicz 31.10.2013