środa, 23 kwietnia 2014

Przeczytane w busie - część piąta (i jak na razie ostatnia...)

Uff....
Zakończyłam pobieranie nauk i od dwóch tygodni jestem kwalifikowanym nauczycielem przedmiotu o wdzięcznie brzmiącej nazwie "Wychowanie do życia w rodzinie". Skończyły się tym samym moje wyprawy do Krakowa i czytanie w środkach komunikacji zbiorowej. 
Dzisiaj ostatnia porcja moich busowych lektur.

Z radosną twórczością Stephena Clarke'a spotkałam się już jakiś czas temu przy okazji okrzykniętej bestsellerem książki "Merde! Rok w Paryżu". Od razu powiem, że owo dzieło zupełnie nie przypadło mi do gustu, poczucie humoru autora do mnie nie trafiło i nie miałam w planach kolejnego spotkania z tym mieszkającym we Francji angolem. Niestety życie miało nieco inne plany niż ja i w ramach naszego DKK czytałyśmy w ubiegłym miesiącu jego "Paryż na widelcu".
Książka stanowi rodzaj przewodnika po stolicy Francji przeznaczonego dla obcokrajowców - moim zdaniem głównie Anglików chcących na własnej skórze przekonać się jakie z tych Francuzów (ze szczególnym wskazaniem na rodowitych paryżan) gbury i tępaki, a przez to podbudować opinię o własnej kulturze i obyciu.
Książka podzielona jest na rozdziały opowiadające o najważniejszych symbolach stolicy Francji, a więc poczytamy o jedzeniu, modzie, miłości, seksie, kinie i sztuce. Parę stron poświęcił również autor paryskim ulicom, Sekwanie, mieszkaniom i środkom komunikacji (tu głównie o metrze pisał). Clarke stara się puszczać oko do swoich czytelników, ale to taki dowcip na poziomie Jasia Fasoli (którego organicznie wręcz nie znoszę).

Żeby być sprawiedliwym dla książki i jej autora przyznaję, że dowiedziałam się kilku nowych rzeczy o "mieście świateł", ale do wizyty w nim  to dziełko w żaden sposób mnie nie zachęciło...

******************************************************

Elżbieta Cherezińska to jedna z tych osób, które pisząc o historii robią to naprawdę dobrze. Miałam okazję przeczytać dwie pierwsze książki z cyklu "Północna Droga" a teraz przyszła pora na część trzecią czyli "Pasję według Einara".

Główny bohater to jedyne dziecko kapłana i wróżbity Tjostara. Mieszka wraz z ojcem na niewielkiej wysepce Vikna. Swojej prawdziwej matki nie zna, a jej miejsce zajmują coraz to nowe kobiety. Czasy dzieciństwa Einara przypadają na okres panowania króla Haakona Dobrego, który planował wprowadzenie w Norwegii chrześcijaństwa. Niestety większość jarlów, szczególnie na północy, nie chce porzucić starych bogów, a ich ofiarą pada Tjostar, który uważa, że czasy Odyna i Thora już się skończyły, a nowej wiary nie da się uniknąć.
Po śmierci ojca Einar zostaje w tajemnicy wywieziony z kraju i trafia do opactwa benedyktynów w Yorku. Dla potomka Wikingów, przyzwyczajonego do swobody i życia w zgodzie z naturą, zamknięcie w klasztornych murach jest ogromnym szokiem. Życie według benedyktyńskiej reguły "Ora et labora" (módl się i pracuj), brak wolnej chwili dla siebie i zdecydowana wrogość innych podopiecznych zakonu sprawiają, że nie jest mu łatwo - na szczęście zdobywa sobie przyjaźń Oswalda, jednego z oblatów a przy okazji krewnego arcybiskupa Canterbury.
Einar przyjmuje chrześcijaństwo, uczy się w klasztornej szkole, a przełożeni widząc jego inteligencję i gorliwość wciągają go w działalność tajnego bractwa, którego celem jest m.in. chrystianizacja Skandynawii. Po latach jako dorosły mężczyzna wraca do ojczyzny, aby przygotować grunt pod nowe idee...

Postać Einara pojawiła się już w poprzednich tomach - jest krewnym Sigrun, a z Haldred połączyło go gorące uczucie, jednak dopiero teraz mamy możliwość poznać go bliżej i zrozumieć motywy jego postępowania.
Einarowi nie jest łatwo - tragiczny koniec dzieciństwa, dorastanie we wrogim otoczeniu, konieczność ukrywania własnych myśli, pragnień i opinii, postępowanie wbrew wpojonym wcześniej regułom sprawiają, że jest to człowiek wewnętrznie rozdarty. Symboliczny jest też fakt, że pomimo długich i gruntownych przygotowań oraz prawdziwej wiary w Chrystusa przez wiele lat nie udaje mu się przyjąć święceń kapłańskich - zupełnie jakby sam Bóg dawał mu szansę na zawrócenie z drogi. Bo chociaż Einar zdecydowany jest zostać księdzem i nieść słowo boże do swoich rodaków, to równocześnie nie potrafi oderwać się od spraw doczesnych - szczególnie znajomość z Haldred wystawia na próbę jego powołanie.

Przy okazji mam taką refleksję - pierwszy tom czyli "Saga Sigrun" bardzo mi się podobał, choć sama główna bohaterka taka trochę nudnawa była.  Tom drugi czyli "Ja jestem Haldred" był nieco mroczny, pełen namiętności i trzymający w napięciu - po prostu świetny. Tymczasem "Pasja według Einara" jest jeszcze lepsza - niezwykle plastyczna, uczuciowa, pełna pasji i emocji. Przede mną lektura ostatniej książki, zamykających cykl "Trzech młodych pieśni" - aż się boję co będzie...

************************************************

O Annie Szepielak usłyszałam już jakiś czas temu, przy okazji jej debiutanckiej powieści "Zamówienie z Francji", która gościła na kilku odwiedzanych przeze mnie blogach. Tamtej książki nie udało mi się jak dotąd przeczytać, ale ciekawość pozostała i kiedy na bibliotecznej półce zauważyłam "Młyn nad Czarnym Potokiem" tej autorki nie namyślałam się długo...

Główną bohaterką jest Marta - z wykształcenia konserwator zabytków, aktualnie niepracująca mama kilkuletniej Uli, żona Adama i siostra robiącej karierę telewizyjną Grażyny. Marta ma wrażenie, że życie przecieka jej między palcami, męża wiecznie nie ma w domu, dziecko jest chorowite i wymaga ciągłej opieki. Nie przyznaje się do tego, ale trochę zazdrości Grażynie, która może się realizować zawodowo, niestety nawet w Warszawie nie ma zbyt wielu propozycji pracy dla konserwatorów sztuki. Jakby tego wszystkiego było mało okazuje się, że Adam uzyskał bardzo ciekawą ofertę pracy, tyle, że w Londynie, i nie konsultując się z Martą zgodził się wyjechać na kilka miesięcy.
Marta pozostawiona sama sobie w mieście, którego nigdy nie lubiła, z dzieckiem uważającym, że to ona jest odpowiedzialna za wyjazd ukochanego tatusia, bez przyjaciół i znajomych zaczyna popadać w depresję. Na szczęście zbliżają się święta wielkanocne i wyjeżdża do rodziców mieszkających w niewielkim miasteczku nieopodal Nowego Sącza. Tam wpada w wir przygotowań około świątecznych, tym większych, że z wizytą przybywają krewne ze Stanów Zjednoczonych.
W rodzinnym domu Marta ma możliwość spojrzeć z dystansu na swoje życie, pozmieniać pewne sprawy, ustalić priorytety i zacząć żyć na nowo. Przy okazji rodzinnych spotkań odkrywa też, że z jej przodkami wiąże się jakaś mroczna tajemnica...

Książkę czytało mi się bardzo dobrze, Marta i jej problemy mogą być bliskie niejednej czytelniczce. Autorka porusza temat emigracji zarobkowej, frustracji spowodowanej brakiem perspektyw, stresujących warunków życia i pracy w telewizji, niedojrzałych życiowo partnerów, egoistycznego nastawienia do życia - można by jeszcze wiele wymieniać.
Jak dla mnie dosyć ciekawy był wątek pradziadków Marty, właścicieli starego młyna  - niestety potraktowany dosyć pobieżnie. A szkoda...

Jak to we współczesnych powieściach obyczajowych ostatnio bywa znajdziemy w "Młynie" kilka przepisów kulinarnych oraz opisów prac domowych - w końcu Wielkanoc zobowiązuje. I tu naszła mnie taka niewesoła myśl - od jakiegoś czasu mam wrażenie, że dla coraz większej  grupy ludzi symbolem zakończonych dopiero co świąt nie jest przeżycie religijne a umyte okno, nowa firanka, góra jedzenia i wszechogarniające zmęczenie...

**********************************************

Ta książka chodziła za mną już od bardzo dawna - wyjmowana z półki i odkładana z powrotem na jakiś wolniejszy czas (objętość bowiem całkiem pokaźną posiada). No ale wreszcie "Miasto Śniących Książek" Waltera Moersa się doczekało mojej w nim wizyty...

Hildegunst Rzeźbiarz Mitów jest jeszcze młodym, bo zaledwie 77-letnim, smokiem, wielbicielem literatury i początkującym pisarzem. Na polecenie swego literackiego opiekuna opuszcza spokojną i bezpieczną Twierdzę Smoków i udaje się w podróż do Księgogrodu, aby odnaleźć tam nieznanego acz niezwykle utalentowanego pisarza. Niestety jego poszukiwania są nie w smak pewnym zamieszkującym miasto istotom i nasz podróżny zostaje wciągnięty w pułapkę, a następnie wrzucony do księgogrodzkich lochów na pewną i okrutną śmierć.
Podziemia te zamieszkane są przez rozmaite najdziwniejsze stwory, z których najniebezpieczniejszy jest Król Cieni mieszkający w najgłębszej czeluści lochów.
Jednak nie tylko mieszkańcy podziemi stanowią zagrożenie dla Hildegunsta. O wiele realniejsze niebezpieczeństwo grozi mu ze strony łowców książek, bezwzględnych i przebiegłych bandytów poszukujących w podziemiach cennych woluminów, które odsprzedają z zyskiem antykwariuszom. Łowcy konkurują między sobą, nierzadko walczą na śmierć i życie, jednak kiedy zachodzi taka potrzeba jednoczą się przeciwko wspólnemu wrogowi.
Ach, i jeszcze jedno niebezpieczeństwo czyha na naiwnego wielbiciela literatury - niektóre książki, które zalegają podziemia mają niezwykle krwiożercze usposobienie...

To książka niezwykła - trochę baśń, trochę powieść sensacyjno-przygodowa, trochę fantastyka i trochę... powieść psychologiczna. Trudno ją zakwalifikować do jakiegoś jednego, konkretnego gatunku. Akcja toczy się leniwie, by w pewnym momencie gwałtownie przyspieszyć i przez chwilę gnać na złamanie karku, a za moment znów się uspokoić. Autor bawi się z czytelnikiem w rozmaite literackie gry - nazwiska części bohaterów to anagramy nazwisk wielkich postaci światowej literatury, w camońskich powieściach odszukamy wątki znane z klasyki europejskiej, nawet nie będąc językoznawcą zauważymy "książkowy" źródłosłów wielu określeń.

Każdy wielbiciel literatury powinien poznać tę książkę:)

wtorek, 8 kwietnia 2014

Najlepsi przyjaciele

Jeśli kiedyś będziecie w Krakowie w okolicy Wawelu to proponuję spacerek bulwarem od zamku w kierunku Ronda Grunwaldzkiego. Na wysokości przystani statków zobaczycie niezwykły pomnik - pomnik psiej wierności. Napis na cokole głosi "Pies Dżok. Najwierniejszy z wiernych, symbol psiej wierności. Przez rok /1990-1991/ oczekiwał na Rondzie Grunwaldzkim na swojego Pana, który w tym miejscu zmarł." Dzięki książeczce autorstwa Barbary Gawryluk Dżok stał się chyba najsłynniejszym polskim psem, a pewnie każdy właściciel czworonożnego przyjaciela chciałby aby jego pupil darzył go takim przywiązaniem.

Renata Piątkowska to znana i lubiana autorka książek dla dzieci, której najnowsza książeczka "Najwierniejsi przyjaciele. Niezwykłe psie historie" ukazała się się kilka tygodni temu nakładem wydawnictwa BIS.
Książeczka to zbiór dziesięciu opowiadań, których bohaterami są psy - rasowe i kundelki, duże i małe, zadbane i takie, które nie miały zbyt wielkiego szczęścia do właścicieli. Ich wspólną cechą jest fakt, że w szczególnie trudnych chwilach nieśli pomoc innym - tak ludziom, jak i zwierzętom.
Barry to pies ratownik, który szuka ludzi zasypanych lawinami, Bratek jest psem terapeutą, który pomaga wrócić do zdrowia małym pacjentom, Karmel jest przewodnikiem niewidomej Agnieszki - to tylko trzech z bohaterów książki Renaty Piątkowskiej, którzy "zawodowo" pomagają ludziom. Imka, Basko, Czaruś to prawdziwi przyjaciele na których może liczyć starsza pani, zaginiona w lesie dziewczynka czy osamotnione małe jeżyki. A jeszcze Hachiko, Saba, Reks, Dunaj, Azor...
Tekst Renaty Piątkowskiej uzupełniają ilustracje autorstwa Katarzyny Bukiert - dosyć proste, wręcz ascetyczne, a przez to pozostawiające wiele miejsca dla dziecięcej wyobraźni.

Książeczkę czytaliśmy (jak to zwykle bywa z literaturą dziecięcą) razem z moim synkiem Piotrusiem. Niejednokrotnie w jego oczkach pojawiały się łzy wzruszenia (chociaż to twardy facet jest) ale i uśmiech też na buzi gościł - to chyba najlepsza recenzja tej książki.  I zachęta do jej przeczytania.

Polecamy:)

Książkę przeczytaliśmy dzięki uprzejmości 


środa, 2 kwietnia 2014

Przy okazji dzisiejszego święta;)

Z niejakim wstydem przyznaję, że gdyby nie wpisy na kilku odwiedzanych przeze mnie blogach zupełnie nie miałabym pojęcia jakie dzisiaj święto obchodzimy... Ale teraz już wiem - otóż świętujemy Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci.
W moim życiu książki były zawsze - dostawałam je na wszelkie możliwe okazje, wypożyczałam z biblioteki i od znajomych, a kiedy zaczęłam mieć własne pieniążki to w każdym miesiącu całkiem znaczna ich część zasilała księgarnie;) Od kilku lat kupuję książki dla mojego dziecka - najczęściej stawiam na sprawdzoną klasykę (np. na urodziny, które mój synek będzie obchodził za dwa tygodnie, dostanie prześliczne wydanie "Piotrusia Pana"), ale od czasu do czasu sięgam po dziełka współczesnych pisarzy. I w związku z taką współczesną literaturą dla dzieci powstała dzisiejsza notka.

O sympatycznej rodzince Ciumków pisałam już na tym blogu kilka razy - to jedni z najbardziej lubianych przez mojego synka literackich bohaterów. Czytaliśmy już o ich przygodach w Szkocji, warszawskich spacerach oraz wyprawie do Francji, natomiast marcowe wieczory spędziliśmy na poznawaniu najdawniejszych dziejów tego szacownego warszawskiego rodu. Spieszę od razu wyjaśnić, że Paweł Beręsewicz spisywał ich dzieje po bożemu, w kolejności chronologicznej, tylko my czytaliśmy je od końca - spowodowane to było takim a nie innym napływaniem kolejnych tomów do naszego domostwa...
Ale do rzeczy.

Pierwszy tom "Co tam u Ciumków?" powstał w roku 2005. Kasia Ciumko uczęszczała wtedy do przedszkola, a Grzesiek był dumnym uczniem klasy pierwszej. Kolejna część ich przygód pt. "Ciumkowe historie w tym jedna smutna" powstała trzy lata później, i tyle też lat przybyło sympatycznym dzieciakom.
Obydwie książeczki to zbiory opowiadań - ja osobiście nie lubię akurat tej formy literackiej, ale przy czytaniu na dobranoc sprawdziły się znakomicie, bo nie trzeba było czekać na to co będzie dalej do następnego wieczoru...
Paweł Beręsewicz ma niesamowite wręcz poczucie humoru i tzw. "lekkie pióro", a przy okazji historii dla dzieci puszcza również oko do dorosłych, przemycając skojarzenia z rozmaitymi dziełami kultury popularnej (np. z "Gwiezdnymi wojnami"). Dorośli mogą również zastanowić się nad własnym postępowaniem wobec dzieci - ja sama kilkakrotnie złapałam się na tym, że chichotałam nad perypetiami Taty Ciumko, a moje dziecię z rozbrajającą szczerością stwierdzało, że ja zachowuję się w pewnych sytuacjach tak jak on...

Nieprzerwanie gorąco polecam tak dzieciakom jak i rodzicom:)

niedziela, 30 marca 2014

Oejrzane <-> przeczytane: "Ranczo"

Od kilku już lat nie oglądam telewizji - wyjątek stanowią niektóre transmisje sportowe oraz jeden serial naszej rodzimej produkcji, a mianowicie "Ranczo" w reżyserii Wojciecha Adamczyka. Bardzo mnie zatem ucieszyła wiadomość, że pierwszy sezon tego telewizyjnego hitu doczekał się wersji książkowej, której autorami są scenarzyści serialu, czyli Robert Brutter i Jerzy Niemczuk.

Wilkowyje to niewielka gmina na tzw. "ścianie wschodniej", nieopodal Radzynia Podlaskiego - raczej biedna, trochę zaniedbana, taki kąt gdzie diabeł mówi dobranoc... Pewnego dnia powieje tu jednak wielkim światem, bowiem do wsi przybywa prawdziwa Amerykanka. Lucy Wilska urodziła się co prawda w USA, jednak jej babcia miała w Wilkowyjach  niewielki dworek. Staruszka zmarła a wnuczka przyjeżdża aby objąć spadek. Na miejscu okazuje się, że dom jest zaniedbany i wymaga remontu, ale jest na niego poważny kupiec - sam wójt gminy. Lucy postanawia jednak zostać w Polsce i tak zaczyna się jej przygoda z polsko-wilkowyjską rzeczywistością.
Lucy to osoba wrażliwa, prostolinijna, szczera i otwarta na świat. Jednak życie w ojczyźnie przodków niejednokrotnie ją przerasta, a powszechne tłumaczenie "bo u nas tak już jest" zupełnie jej nie przekonuje.
Lucy obserwuje wieś i mieszkańców, ale i sama jest obserwowana. Niektórzy, szczególnie wójt, który nie może jej darować odmowy sprzedaży domu, są do niej nastawieni niezbyt przychylnie, inni są zwyczajnie ciekawi jak sobie poradzi, jeszcze inni starają się z nią zaprzyjaźnić - najczęściej nie do końca bezinteresownie.
Oczywiście Lucy jest pierwszoplanową postacią tak serialu jak i książki, jednak mamy tu jeszcze trzech innych głównych bohaterów. Kusy to miejscowy pijaczek, człowiek żyjący na marginesie, jednak pod wpływem Lucy stara się zmienić - przy okazji wychodzi na jaw, że skrywa w sobie niejedną tajemnicę. Piotr Kozioł to miejscowy proboszcz, a Paweł Kozioł to wspomniany już wójt gminy Wilkowyje - zbieżność nazwisk nieprzypadkowa, bowiem panowie są braćmi bliźniakami. Wójt i pleban, ateista i duchowny, skłóceni jeszcze w łonie matki, skazani na siebie w niewielkim wiejskim światku - ich największym nieszczęściem jest chyba jednak to, że mają bardzo podobne charaktery. Uparci jak przysłowiowe kozły (nazwisko zobowiązuje...), przekonani o własnej wyższości, nie zawsze w zgodzie z głoszonymi zasadami, potrafią jednak wypracować kompromis.

Jako, że jestem wielką fanką serialu miałam co do książki duże oczekiwania, ale również pewne wątpliwości - bo jednak pomysł przełożenia filmu na książkę jest dosyć ryzykowny. Na szczęście okazały się one bezpodstawne, a książka wciągnęła mnie od pierwszych stron. I wcale mi nie przeszkadzało, że wiedziałam co będzie dalej;)
W niedzielne wieczory możemy oglądać kolejną, już 8 serię "Rancza", nic wiec dziwnego, że przyzwyczaiłam się do grających w nim aktorów i czytając miałam ich przed oczami, a w głowie rozbrzmiewały głosy Cezarego Żaka, Ilony Ostrowskiej, Pawła Królikowskiego, Katarzyny Żak, Marty Lipińskiej, Artura Barcisia czy nieodżałowanego Leona Niemczyka. To też w pewien sposób świadczy o tym, że książka w żaden sposób nie ustępuje swojemu filmowemu pierwowzorowi.

Dla wszystkich wielbicieli serialu (a jeśli wierzyć rozmaitym rankingom jest nas kilka milionów) ta książka powinna być świetną rozrywką. Polecam ją również tym, którzy jeszcze nie znają Wilkowyj i ich mieszkańców, lub dołączyli do widowni "Rancza" przy okazji którejś z późniejszych serii - warto zobaczyć jak to wszystko się zaczęło. A ja mam nadzieję, że niedługo ukażą się książkowe wersje dalszych perypetii Lucy, Kusego i reszty.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości 


czwartek, 20 marca 2014

Przeczytane <-> obejrzane: Kamienie na szaniec

Byłam ci ja dzisiaj w kinie... 
Fakt, bohaterstwo żadne, tysiące ludzi chodzi i nie robią z tego jakiegoś wielkiego halo. Ja akurat rzadko bywam, bo na wsi nie ma, a wyjazd do miasta to już wyprawa na pół dnia, więc najczęściej na wycieczki z moją klasą się łapię. Tak było i tym razem - cała szkoła wybrała się na "Kamienie na szaniec". Dzieciątkom trzeba przyznać, że zachowywały się nadzwyczaj godnie, ekscesów żadnych nie było, parę dziewcząt się spłakało, kilku chłopców jeszcze dobrze z kina nie wyszło jak już dopominali się "prawdy historycznej" na temat tego co zobaczyli, a moi trzecioklasiści porównywali wersję filmową z literackim oryginałem. Padło również sakramentalne pytanie: "Jak się pani podobało?"
Otóż powiem szczerze, że odczucia mam mocno mieszane...

Czego dotyczy książka (a i film przy okazji) wiedzą pewnie wszyscy, wszak "Kamienie na szaniec" od lat są lekturą szkolną. Co więcej z mojego bibliotekarskiego doświadczenia wynika, że jest to jedna z nielicznych lektur czytana przez młodzież dosyć chętnie i oceniana jako "fajna". Historia przyjaciół, których życie przerwała wojna ciekawi i inspiruje kolejne pokolenia, chociaż trzeba uczciwie przyznać, że w dzisiejszych czasach coraz mniej mamy kandydatów na bohaterów takich jak Rudy, Zośka czy Alek.

Robert Gliński, reżyser filmowej wersji tej historii podjął się zadania dosyć karkołomnego - bo z jednej strony musiał się trzymać prawdy historycznej a równocześnie chciał "uwspółcześnić" swoich bohaterów, tak by stali się bliżsi dzisiejszej młodzieży. I jeszcze film dobrze nie wszedł na ekrany, kiedy podniosła się fala krytyki, że "szargane są narodowe świętości", że reżyser obraża pamięć tych, którzy już sami nie mogą się bronić, że erotyka w takim filmie jest całkiem nie na miejscu, itd., itd... Nie ze wszystkimi zarzutami się zgadzam, aczkolwiek coś jest na rzeczy.
Pierwsze sceny filmu przedstawiają akcje małego sabotażu: napisy na murach, zrywanie flag, "gazowanie" kin czy wybijanie szyb w zakładach fotograficznych - wygląda to jak świetna zabawa, ryzykanctwo, możliwość zaimponowania dziewczynom. To jednak tylko początek, później nastrój zabawy znika, a bohaterowie muszą wykazać się odpowiedzialnością i odwagą niejednokrotnie przerastającą ich młody wiek. I w tym momencie wyraźnie widać, że to nie postacie z pomnika tylko zwyczajni młodzi ludzie, którzy mają wątpliwości, czasem się zwyczajnie boją czy popełniają błędy. "Uczłowieczeniu" (ewentualnie obaleniu tezy o rzekomym homoseksualizmie lansowanej przez pewną uczoną) Rudego i Zośki miały chyba również służyć wątki damsko-męskie, które budzą kontrowersje w niektórych środowiskach. Nie do końca rozumiem o co chodzi - po pierwsze sceny "erotyczne" (w sumie 2) nie są jakoś specjalnie szokujące (w popołudniowych serialach bywa więcej golizny), a po drugie to przecież byli dorośli ludzie (rocznik 1921, czyli w chwili wybuchu wojny mieli po 18 lat) więc chyba normalne, że mieli jakieś sympatie. A fakt, że nikt nie znał dnia i godziny, oraz życie w ciągłym stresie też miały wpływ na intensywność tych związków...

Co mi się zdecydowanie w filmie podobało to muzyka Łukasza Targosza - podkreśla dramaturgię, wzrusza i stanowi świetne uzupełnienie obrazu. Na pochwałę zasługuje również kreacja aktorska Danuty Stenki (matka Rudego), szczególnie scena kiedy po śmierci syna pokazuje jego zdjęcia Zośce - bardzo oszczędna, a przez to niezwykle tragiczna. Andrzej Chyra, Krzysztof Globisz czy Artur Żmijewski również stanęli na wysokości zadania - ich postacie, choć drugoplanowe, zapadają w pamięć.
Jeśli chodzi o młodych aktorów to już tak dobrze nie jest. Niezaprzeczalnie najlepszy jest Tomasz Ziętek grający Rudego. Z niezwykłym wyczuciem stworzył swojego bohatera, zarówno jego wrażliwość, wątpliwości, wewnętrzny opór przed stosowaniem przemocy jak i heroiczną postawę w czasie śledztwa. Może za bardzo wybiegam w przyszłość, ale myślę, że na naszych oczach rodzi się gwiazda. Z kolei Marcel Sabat jako Zośka zupełnie mnie nie przekonał - sztywny, momentami wręcz drewniany, rzucający powłóczyste, mroczne spojrzenia i zaciskający szczęki miał być pewnie bardzo męski, a wyszedł taki sobie. Ale wychowanym na wampirach nastolatkom pewnie się spodoba, bo taki trochę w typie nieumarłym jest.

Ktoś mógłby mi zarzucić, że ciągle tylko Rudy i Zośka, a przecież "Kamienie na szaniec" mają jeszcze trzeciego pierwszoplanowego bohatera czyli Alka. Owszem książka tak, natomiast film już nie. Oczywiście nie można go było pominąć, ale powiem szczerze, że przez kilkanaście minut zastanawiałam się, który z migających na ekranie chłopaków jest Alkiem - przyznaję, nie widziałam żadnego zwiastuna, a i plakatowi się jakoś dokładnie nie przyjrzałam, więc miałam poważne problemy z jego zidentyfikowaniem. A jak już wyłapałam "który to", to trochę mi się przykro zrobiło, bo Kamil Szeptycki był tak doskonale nijaki, że już chyba bardziej się nie dało. Co więcej momentami sprawiał wrażenie jakby był nie do końca przytomny...

Jako że film jest ekranizacją lektury, więc siłą rzeczy robiony jest pod młodzież gimnazjalną. Widać to też trochę w sposobie filmowania - krótkie ujęcia, dynamika wideoklipu, ciągłe zmiany planu i perspektywy mogą męczyć oczy widza przyzwyczajonego do nieco bardziej "klasycznie" prowadzonej kamery. I jeszcze jakaś taka dziwna ołowiana kolorystyka scen kręconych na ulicach Warszawy - nie wiem czemu to miało  służyć... Ale młodym (przynajmniej mojej klasie) się podobało.

Reasumując - film nie jest zły, ale szału nie ma... 

P.S. Koleżanka zwróciła mi uwagę na plakat - czy Wam też przypomina "Zmierzch"?

poniedziałek, 17 marca 2014

Wakacyjna przygoda

Imć Bartosz Karkowski przywiózł był z wiedeńskiej wyprawy piękny gościniec dla nowonarodzonego synaczka Kacpra - przepięknej roboty turecki andżar (turecki zakrzywiony nóż), w którego rękojeści osadzony był niezwykły błękitny klejnot. Nie zdawał sobie jednak sprawy jak wielka moc kryje się w onym nożu...

Nie mają o tym również pojęcia Kasia i Krzysiek, którzy ponad trzysta lat później przypadkowo znajdują nad rzeką niebieski kamyk. Dosyć szybko zauważają pewną prawidłowość - kiedy Kasia, trzymając kamyk w ręku, wypowie jakieś, nawet najbardziej niezwykłe życzenie, ono natychmiast się spełnia. A ponieważ nadchodzą wakacje to okazji do użycia magicznego kamyka z pewnością nie zabraknie.

Beata Ostrowicka to krakowianka, autorka licznych powieści dla dzieci i młodzieży. Debiutowała w 1995 roku powieścią niezwykłe wakacje. Debiut był bardzo udany - powieść została nominowana do Nagrody Wydawniczo-Księgarskiej IKAR-95". Wydała do tej pory 20 powieści, a jej opowiadania ukazały się w kilku antologiach oraz w prasie dziecięcej i młodzieżowej. 
W swoich utworach podejmuje tematykę obyczajową, ale również historyczną i fantastyczną. Z książkami pani Beaty spotkałam się już dawniej, ale dopiero teraz dane mi było poznać jej pierwsze dzieło.
"Niezwykłe wakacje" to powieść przygodowo-fantastyczna z elementami kryminalnymi. Oprócz Kasi i Krzysia w niezwykłych przygodach biorą udział ich przyjaciele - Kajtek, Agnieszka i Michał. Dzieciaki mają rozmaite pomysły, ale z drugiej strony są dosyć odpowiedzialne i starają się nie narażać dorosłym. Ich uwagę przyciąga tajemniczy mężczyzna, który podaje się za historyka badającego i opisującego stare ziemiańskie siedziby. Nieznajomy nie budzi w dzieciach zaufania i postanawiają go obserwować. Poznają przy okazji historię miejscowego dworu oraz niesamowite opowieści o jednym z dawnych właścicieli, Kacprze Karkowskim...
"Niezwykłe wakacje" to wciągająca opowieść dla dzieci w wieku około 10-12 lat. Bohaterowie książki to całkiem zwyczajne, sympatyczne dzieciaki. Co szczególnie uderza w tej książce to dobry kontakt pomiędzy Kasią i Krzysiem a ich rodzicami. Dziewczynka w pewnym momencie musi powiedzieć mamie o swoim niezwykłym znalezisku - mama nie jest początkowo specjalnie zadowolona z tego, że dzieci narażają się na niebezpieczeństwo śledząc fałszywego historyka, jednak  w końcu zezwala im na obserwację, zastrzegając tylko, że w gdyby działo się coś złego mają natychmiast powiadomić rodziców.
W książce znajdzie czytelnik sporo zabawnych momentów, humor sytuacyjny jak również kilka postaci, których poczynania wywołują uśmiech na twarzy - autorka nie stosuje taryfy ulgowej, dostaje się zarówno dzieciom jak i dorosłym.

Chociaż do wakacji zostało jeszcze całkiem sporo czasu serdecznie polecam lekturę tej powieści tak dzieciakom, jak również ich rodzicom - z pewnością rozjaśni te szare, zimne, wietrzne i deszczowe dni.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję 



czwartek, 13 marca 2014

Gejsze, samurajowie i... szczury korporacyjne

Są w życiu chwile, kiedy wszystko przestaje być ważne - praca, hobby, jakieś problemy dnia codziennego, nawet blog... Dla mnie takim przełomowym dniem był 28 luty, kiedy dowiedziałam się, że odszedł mój Tato. Przez ostatnie kilkanaście dni nie miałam siły ani chęci na pisanie, starałam się  przeorganizować swój świat i jakoś wszystko ogarnąć. Powoli będę wracać, nadrabiać zaległości, wywiązywać się z podjętych zobowiązań chociaż lekko nie jest...

Po raz kolejny dzięki serii "Poznaj świat" wydawnictwa Bernardinum miałam możliwość odbyć niezwykle inspirującą podróż na antypody - tym razem do Japonii. Moją przewodniczką po Kraju Kwitnącej Wiśni była Anna Świątek, absolwentka japonistyki oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, która przez rok mieszkała w Japonii i pracowała tam jako tłumaczka przy drużynie soft tenisa. Jako, że praca związana była z podróżami po kraju udało się autorce objechać niemal całą Japonię, zobaczyć jej wszystkie największe atrakcje turystyczne, jak również zapoznać się z życiem codziennym jej mieszkańców.

Polakom Japonia kojarzy się chyba przede wszystkim z ogromnym postępem technologicznym, zaawansowaną elektroniką, Hiroszimą, sushi, sake i herbatą. No może jeszcze z samurajami i gejszami, chociaż nasze wyobrażenie na temat tych dwóch profesji często ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.
Anna Świątek w swojej książce rozprawia się z niektórymi mitami dotyczącymi  Japonii i Japończyków oraz ich stosunku do ludzi Zachodu. Co pierwsze rzuca się w oczy przy lekturze to zupełnie inne niż u nas podejście do życia, pracy i kariery, które są osią życia przeciętnego Japończyka. Pracownik ma obowiązek być w pracy na długo przed jej rozpoczęciem, a nie powinien wychodzić wcześniej niż szef. Z kolei szef (chcąc dać dobry przykład podwładnym) nie opuszcza biura do późnych godzin, więc dwunastogodzinny dzień prac nie jest czymś nadzwyczajnym. Dla Japończyka najważniejsza jest firma i jej rozwój, a współpracownicy zastępują rodzinę. Oczywiście przeciętny pan Suzuki ma jakąś żonę i dzieci, jednak kontakty z nimi ograniczają się w ciągu tygodnia do paru słów na powitanie i pożegnanie, i kilku wspólnie spędzonych godzin w czasie weekendu.
Kolejna sprawa to niechęć do ludzi z zewnątrz - oczywiście dobrze wychowany Japończyk nigdy w życiu nie powie wprost, że uważa się za kogoś lepszego niż przybysz z zagranicy. Jednak traktowanie obcych jakby byli niezbyt rozgarniętymi dziećmi, które nie potrafią zachować się w świecie dorosłych mówi samo za siebie. Tak przy okazji - przysłowiowa już grzeczność i uważność Japończyków na innych ludzi jest też dosyć kontrowersyjna, bowiem wynika z silnie zakorzenionych i rygorystycznych zasad, aby,broń Boże, nikogo nie urazić a nie z  potrzeby serca. Dochodzi już nawet do takich paranoi, że jeśli chłopiec lub dziewczyna chce zerwać ze swoją sympatią to nie robi tego osobiście (bo to bardzo niegrzeczne i przykre dla tej drugiej osoby) a wynajmuje firmę specjalizującą się w tego rodzaju zleceniach.

Na szczęście znajdziemy w tej książce również inne oblicze Japonii - wysublimowaną kuchnię i piękne krajobrazy, ciekawą historię i oryginalną architekturę, ciekawostki technologiczne oraz silną tradycję, które zmieszane ze sobą dają dopiero pełny i prawdziwy smak Japonii.

Zapraszam do lektury tej książki, podziwiania fotografii i smakowania egzotyki Kraju Wschodzącego Słońca. Może kiedyś, zawarte w niej informacje pozwolą nam uniknąć niejednej gafy, która nieodwołalnie zamknie nam drzwi papierowego japońskiego domku?


Za możliwość przeczytania książki dziękuję