wtorek, 3 lipca 2012

"Trójka e-pik" - nadrabiam czerwcowe zaległości

Wyjątkowo dzisiaj będzie o dwóch książkach, które przeczytałam na okoliczność "Trójki e-pik" czyli wyzwania organizowanego przez Sardegnę.
W tym miesiącu trzeba było przeczytać coś z literatury kobiecej (tu mi się świetnie wpisał "Powrót do Poziomki" K. Michalak), coś z literatury iberoamerykańskiej i coś jakiegoś noblisty. Przeczytać przeczytałam, natomiast końcówkę czerwca miałam taką zwariowaną, że dopiero dzisiaj coś na temat dwóch z tych książek piszę. 

Jeśli chodzi o literaturę iberoamerykańską to padło na książkę "Chilijski nokturn" Roberto Bolano. Padło przypadkiem zupełnym, jako że o samym autorze nigdy nie słyszałam, więc nie miałam jakichś wygórowanych oczekiwań, a ponieważ książeczka nie jest szczególnie opasła to pocieszałam się, że chociaż by mi nie do końca podeszła to jakoś dam jej radę..

Bohaterem a zarazem narratorem tej książki jest ksiądz i krytyk literacki Sebastian Urrutia Lacroix. To starszy, chory człowiek, który trawiony gorączką robi coś na kształt spowiedzi życia. A życie miał ciekawe - z racji uprawiania krytyki literackiej poznał wielu pisarzy, z kolei jako przedstawiciel kościoła podróżował do Europy, poznał osobiście generała Pinocheta, obserwował przemiany jakie zachodziły w jego rodzinnym kraju. Co ważne, ksiądz Sebastian nie ocenia wydarzeń, których był świadkiem - on tylko przywołuje je z zakamarków pamięci, często bardzo chaotycznie i niechronologicznie. Czytając ma się wrażenie jakby narrator gubił wątek, przeskakiwał z tematu na temat, bez większego ładu i składu - ot, faktycznie, chory bredzi w malignie.

I niestety to bredzenie jakoś tak nie do końca mnie przekonało. Dodam do tego, że książka pisana jest jednym ciągiem, niektóre zdania "trwają" przez półtorej strony, nie ma rozdziałów, brak jest dialogów, nawet akapitów nie ma - normalnie męka dla oczu...
Może to i arcydzieło jest (tak przynajmniej na okładce zapewnia wydawca) ale ja do tego arcydzieła nie dorosłam niestety:(

Zupełnie inaczej ma się sprawa z książką "Ród Aszura", której autorem jest Nadżib Mahfuz, zmarły przed sześciu laty pisarz egipski, laureat literackiego Nobla  z 1988 roku. Ta książka to też przypadkowy wybór, aczkolwiek nazwisko autora nie było mi takie całkiem obce - w końcu tych noblistów nie ma jakiegoś ogromnego tłumu.

Aszur An-Nadżi - niemowlę porzucone pod murem meczetu, chłopczyk wychowany przez starsze bezdzietne małżeństwo zostaje futuwwą (przywódca dzielnicy), ciężko pracuje i do tego zmusza również swoich współpracowników, jest uczciwy i sprawiedliwy, nie wykorzystuje swojej pozycji dla prywatnych celów, zyskuje szacunek nawet u przeciwników. 
I oto pewnego dnia ten powszechnie lubiany i poważany człowiek znika. Nikt nie jest w stanie powiedzieć co się z nim stało, ale życie musi toczyć się dalej - dorastają kolejne pokolenia potomków Aszura. Niestety nie potrafią żyć według wzorca ustalonego przez opiewanego w ludowych opowieściach przodka. Powoli, krok po kroku odchodzą od zasad, którymi kierował się Aszur i staje się to niejako ich przekleństwem, kolejni potomkowie futuwwy doznają  rozmaitych nieszczęść - morderstwo, przedwczesna śmierć, kalectwo, wygnanie...

Autor snuje swoją powieść jak baśniowa Szeherezada - bohaterowie są bardzo plastyczni, żywi, pełni namiętności i pasji. Na uwagę zasługują portrety kobiet - to one są motorem działania dla swoich mężczyzn, wielokrotnie muszą przejąć na siebie obowiązek utrzymania rodziny, pochodzą z różnych warstw społecznych, mają krańcowo różne charaktery.

"Ród Aszura" to jedna z ciekawszych książek jakie trafiły ostatnio w moje ręce. Serdecznie polecam jej lekturę wszystkim którzy lubią wielopokoleniowe sagi rodzinne jak też tym, którym podobały sie "Baśnie z tysiąca i jednej nocy" - ta książka jest taką właśnie baśnią, tyle, że w bardziej współczesnych realiach.

piątek, 29 czerwca 2012

I mamy wakacje...

Strasznie długi był ten rok szkolny. A jego końcówka to już, używając określenia moich uczniów, "totalna masakra". Na szczęście już mamy wakacje, moje pierwszaczki (niestety nie wszystkie) są już "drugaczkami", kolejna grupa naszych gimnazjalistów pożegnała się z nami i ruszyła w świat, papierologia w większości odrobiona (jeszcze coś tam zostało, ale to już sama drobnica) więc mogę co nieco odetchnąć. Przez ostatni miesiąc nazbierało się znów trochę zaległości, które trzeba nadrobić, ale najważniejsza sprawa jest taka, że dotarła do mnie wymiankowa paczka od Meme. Po prawdzie dotarła już kilka dni temu, ale dopiero dzisiaj się nią chwalę:)



Paczuszka dotarła do mnie z przepięknej Wielkopolski (byłam tylko raz i to przelotem ale mam nadzieję, że uda mi się kiedyś poznać ją dokładniej) i po otwarciu ukazały się takie oto cuda:



Najważniejsze są oczywiście książki:



Jak widać dzięki Meme odwiedzę Dziki Zachód, z bohaterami Nory Roberts odwiedzę Wschodnie Wybrzeże USA a trzecia książka zabierze mnie w moje ulubione Bieszczady.
Do paczki dołączona była płyta z prezentacją na temat rodzinnej miejscowości Meme - Ocieszyna.

Serdecznie dziękuję Meme za miłą przesyłkę, a Sabince za zorganizowanie kolejnej wymianki:)

***************************************************************************

A jak już przy książkach jesteśmy to od razu się pochwalę tymi, które (na krócej lub dłużej) zagościły u mnie w ciągu ostatniego miesiąca:



Patrząc od dołu:

  • "Skarb w Srebrnym Jeziorze" K. May - wymianka
  • "Podszepty" B. Abratowicz - j.w.
  • "Schwytana gwiazda" N. Roberts - j.w.
  • "Złota mucha" J. Chmielewska - wymiana na LC
  • "Carska roszada" M. Medard - wygrana na blogu uKlaudyny
  • "Srebrzynek i ja" J.R. Jimenez - wędrująca książka z Biblionetki
  • "Po zmierzchu" H. Murakami - lektura z DKK
  • "Saga podlaska" M.P. Rawinis - do renenzji od portalu Na Kanapie
  • "Ta kobieta. Wallis Simpson" A. Sebba - do recenzji od Znak literanova
  • "Dziwny przypadek Rockefellera" M. Seal - j.w.
  • "Kora jest samotna" H. Webb - wygrana w konkursie w Literadarze (to dla Piotrka książeczka jest)
  • "Franek i duch drzewa"L. Zaciura - j.w.
  • "Księga kłamców" M. Zielke - do recenzji od autora
  • "Cichy wielbiciel" O. Rudnicka - z biblioteki
  • "Martwe jezioro" O. Rudnicka - j.w.
Brakuje tu jeszcze dwóch książek, a mianowicie "Każdy szczyt ma swój Czubaszek" Artura Andrusa i Marii Czubaszek i "Nadziei" Katarzyny Michalak o których to książkach pisałam kilka dni temu, ale odbywają właśnie pielgrzymkę po zaprzyjaźnionych domach:)

środa, 27 czerwca 2012

Piramidy, chamsin i baklawa czyli z wizytą w Egipcie

Lato mamy w pełni i chociaż co nieco się ochłodziło (na ten przykład dzisiaj rano termometr za moim oknem wskazywał zaledwie 10 stopni ciepła) to zapewne większość z nas ma już jakieś wakacyjne plany, spakowane walizki i plecaki i tylko czeka na pierwszy dzień urlopu. 
Ja niestety (a może na szczęście) będę spędzać wakacje w domu a wszelkie podróże dalsze i bliższe będą literackie li tylko... I właśnie o jednej z takich literackich podróży chciałabym napisać słów kilka.

Jarosław Kret to znany chyba wszystkim sympatyczny "pan od pogody" - ze swoich kilkuminutowych występów tworzy całe spektakle i nawet jak zapowiada burzę z gradobiciem to robi to w taki sposób, że człowiek jest w stanie ową nawałnicę polubić. Prowadzi również cykl programów "Polska według Kreta" i tu nie mogę się powstrzymać od prywaty: w kwietniu pan Jarek zawitał w moje rodzinne strony, konkretnie do sąsiedniej wsi, która nazywa się Wielkanoc, oraz do mojego powiatowego Miechowa. Jak ktoś ciekawy to TUTAJ można obejrzeć jak u nas na wsi wczesna wiosna wygląda oraz moich gimnazjalistów, którzy się produkowali w legendzie o Wielkanocy.
Niewiele jednak osób wie, że Jarosław Kret z wykształcenia jest egiptologiem. Z racji takiego właśnie kierunku studiów w latach 1987/88 przebywał na rocznym stypendium w Kairze. Pobyt ten zaowocował wielu znajomościami, przyjaźniami, zachwytami orientalną kulturą oraz niesłabnącą sympatią do kraju i ludzi. W późniejszych latach wiele jeszcze razy bywał w kraju faraonów a swoje wspomnienia zamieścił w książce "Mój Egipt". 

Każdy z nas ma pewnie jakieś swoje metody na poznawanie nowych kultur. Przy lekturze tej książki odniosłam wrażenie, że Jarosław Kret stosuje metodę słuchowo-smakowo-węchową. Próżno by szukać w jego opowieści opisów najważniejszych zabytków egipskiej cywilizacji, niewiele też znajdziemy opisów przyrody. Dowiemy się za to jak czuje się turysta na egipskim bazarze, gdzie najlepiej się udać aby spróbować przysmaków orientalnej kuchni, w jaki sposób poruszać się po kairskiej ulicy, jak kupować żeby nie przepłacić i wielu jeszcze praktycznych wskazówek, których na próżno by szukać w profesjonalnych przewodnikach.
Książkę czyta się z przyjemnością - autor ma świetny styl (chociaż zdarzyło mu się parę razy zamotać w zbyt obrazowe opisy i porównania), widać, że to o czym pisze jest mu bliskie, swoje wspomnienia doprawia poczuciem humoru oraz autoironią (wszak jego pierwsze kroki na egipskiej ziemi do najłatwiejszych nie należały) a do tego jest tu cała masa zdjęć, które wprowadzają w nastrój targowisk, uliczek, świątyń i sklepików.

Już dawno doszłam do wniosku, że kiedy wybieramy się w jakieś egzotyczne miejsce to należałoby si o nim jak najwięcej dowiedzieć. I to nie z folderów reklamowych czy oficjalnych przewodników ale z takich książek jak ta o której tu piszę - których autorzy opisują swoje własne przeżycia  i doświadczenia a także podają pewne wiadomości dzięki którym podróż i pobyt za granicą będzie łatwiejszy i bezpieczniejszy.
Dlatego też zachwalam "Mój Egipt" wszystkim, którzy planują zobaczyć piramidy w realu, ale również tym, którzy podobnie jak ja, będą te dalekie podróże odbywać tylko w wyobraźni.

sobota, 23 czerwca 2012

Mały, biały, bez łap czyli lato zaczynam w Poziomce:)

Wczoraj oficjalnie zaczęło się lato a za tydzień, równie oficjalnie rozpoczną się wakacje, na które w tym roku czekam z wyjątkowym utęsknieniem. Powodem tego stanu jest 27 diabląt w dokumentacji występujących jako klasa Ib Gimnazjum Publicznego. Same diablęta stanowią dosyć sympatyczne stadko ale papierzyska, które na ich cześć muszę odrobić już takie przyjemne nie są:( Siedzę nad tą papierologią od kilku godzin i  odczuwam już znaczne przegrzanie zwojów mózgowych objawiające się m.in. tym, że dodawanie w zakresie 20 zaczyna mnie przerastać...

Postanowiłam sobie dać chwilę oddechu i napisać słów parę na temat mojej wczorajszej lektury. Książka, którą zainaugurowałam mój osobisty letni sezon czekała na swoją kolej od ponad pół roku. Nabyta drogą kupna w czasie Targów Książki w Krakowie, opatrzona dedykacją autorki, obeszła już chyba większość rodzinnych opłotków i wreszcie wróciła "na ojczyzny łono". 

"Powrót do Poziomki" Katarzyny Michalak jest kontynuacją "Roku w Poziomce", o którym pisałam TUTAJ. Po raz kolejny spotykamy Ewę Złotowską i jej najbliższych - męża Witolda, córeczkę Julijkę, najbliższego przyjaciela Andrzeja, który wraz z żoną Karoliną oczekuje właśnie narodzin bliźniąt oraz poziomkowy zwierzyniec, czyli Pepsi, Gapę i Tosię. Poznajemy też nowe osoby - Jasię, nianię Julci, leśniczego Lipę, aspiranta Skałę z miejscowego posterunku oraz... a nie tego już nie powiem, żeby za dużo nie zdradzić ale zapewniam, że wielkim światem powieje. Nie zabraknie również "Tej Michalak", która kilka razy znacząco wpłynie na losy mieszkańców Poziomki.

Ci, którzy znają pierwszą część przygód Ewy Złotowskiej wiedzą, że jest to osoba niezwykle spontaniczna, optymistycznie nastawiona do świata, kochająca wszystkie żywe istoty (no, może z wyjątkiem krwiożerczych meszek) i niesamowicie wręcz roztrzepana. I faktycznie można odnieść wrażenie, że macierzyństwo i małżeństwo nie wpłynęło nic a nic na Ewusin charakterek - bo tylko tak można tłumaczyć fakt, że sama sobie... ukradła samochód. Nie brakuje Ewie również wyobraźni, która działa z siłą wodospadu i nawet niewinnie rzucony żarcik przetwarza w mrożącą krew w żyłach historię. 

Wydawać by się mogło, że Ewie nic do szczęścia nie brakuje - ma swój ukochany domek, męża i córeczkę, odnalazł się jej ojciec, własna firma daje jej utrzymanie, czyli żyć nie umierać. Niestety, jak to najczęściej bywa szczęście nie trwa wiecznie - jej wydawnictwo zaczyna mieć kłopoty finansowe, mąż wyjeżdża do pracy aż do Korei a Andrzej musi uciekać przed Urzędem Skarbowym i prokuraturą, zostawiając Karolinę i bliźniaki w Poziomce. 
Ewa z dnia na dzień staje się odpowiedzialna za dwie rodziny, a to jeszcze nie koniec, bo los i Ta Michalak szykują dla niej jeszcze jedno odpowiedzialne zadanie...

Kolejna książka Katarzyny Michalak, którą czyta się z uśmiechem na twarzy ale i z łezką w oku (chociaż więcej tu do śmiechu niż do płaczu), idealna na letnie popołudnie, chociaż jak to często w książkach tej autorki bywa pomiędzy wierszami przemycony jest jakiś ważny problem, nad którym nie można się nie zatrzymać, zastanowić i, być może, spróbować coś zmienić.

Serdecznie zapraszam na wizytę w Poziomce i okolicach a ja wracam do liczenia frekwencji, średnich, czytelnictwa i już sama nie wiem czego...


środa, 20 czerwca 2012

Jak dwie królowe o jednego króla walczyły

Gdyby mnie ktoś zapytał, którą z naszych władczyń uważam za najwybitniejszą to na 99% (zawsze trzeba zostawiać jakiś margines) wybrałabym drugą żonę króla Zygmunta Starego - Bonę. Co prawda wśród współczesnych nie miała, oględnie mówiąc, zbyt dobrej opinii, kolejne pokolenia nie pozostawiały na niej suchej nitki i dopiero całkiem niedawno została doceniona i zrehabilitowana. Bona znacznie wyrastała nad czasy w których przyszło jej żyć, jej gospodarność przeszła wręcz do legendy, starała się wzmocnić władzę królewską, co przysporzyło jej tłumy wrogów wśród szlachty oraz, a może przede wszystkim, była zdeklarowanym wrogiem Habsburgów i Hohenzollernów, jakby przeczuwając, że z ich strony będzie kiedyś groziło Polsce ogromne niebezpieczeństwo.

Jako, że Bona przez kilka dziesięcioleci miała ogromny wpływ na to co się działo w Polsce nie mogło jej zabraknąć wśród bohaterów historycznego cyklu Kraszewskiego. I w istocie jest ona jedną z tytułowych postaci powieści "Dwie królowe". Druga wymieniona w tytule królowa to pierwsza synowa Bony,  Elżbieta Habsburżanka, zaś akcja powieści obejmuje lata 1543 - 1545, czyli okres jej małżeństwa z Zygmuntem Augustem.
Małżeństwo to było zaplanowane wiele lat wcześniej, kiedy Zygmunt i Elżbieta byli jeszcze dziećmi i od początku stanowiło zarzewie konfliktu pomiędzy stronnikami Bony i Zygmunta Starego. Wygrała opcja prohabsburska i królowa musiała się pogodzić z zaistniałymi faktami. Nie znaczy to jednak, że zupełnie odpuściła i spoczęła na laurach. Ze wszystkich sił stara się nie dopuścić do zacieśnienia więzów pomiędzy młodymi małżonkami, posuwa się do tego, że patronuje romansowi syna z jedną ze swoich dwórek, piękną Dżemmą. Synowej okazuje jawne lekceważenie, uprzykrza jej życie mniejszymi i większymi złośliwościami, nie bacząc, że wszystko to odbija się na jej najstarszej córce Izabeli, królowej Węgier. Jeżeli dodać do tego, że Elżbieta to młoda, zahukana i poważnie chora dziewczyna to jasnym się staje, że Bona jest na najlepszej drodze do osiągnięcia swoich celów. I pomimo, że wcześniej była przeciwna wysłaniu Zygmunta Augusta na Litwę, teraz popiera ten projekt z całych sił - wszak odległość między Krakowem, w którym zostaje Elżbieta, a Wilnem gdzie ma zamieszkać młody król jest najlepszą gwarancją na to, że młodzi się, kolokwialnie mówiąc, nie dogadają...
Na tle wydarzeń historycznych maluje Kraszewski jeszcze jedną romansową historię - w Dżemmie zakochany jest jeden z dworzan królewskich Petrek Dudycz. Zdaje on sobie sprawę z tego, że z Augustem nie ma żadnych szans, ale przewiduje, że romans królewski nie będzie trwał wiecznie, a wtedy on będzie mógł zdobyć piękną Włoszkę.

Po raz kolejny przy okazji tej powieści muszę skrytykować Kraszewskiego za stronniczość. Przedstawia bowiem Elżbietę i Bonę jako anioła i potwora a portrety tych dwóch kobiet są skomponowane na zasadzie skrajności. Wydawać by sie mogło, że w czasach kiedy Kraszewski pisał swoją powieść, kiedy Polska znajdowała się pod zaborami, Bona powinna być jedną z bardziej pozytywnych postaci - przecież na ponad 200 lat przed pierwszym rozbiorem przekonywała do walki ze wpływami Habsburgów, była zwolenniczką całkowitej likwidacji państwa zakonnego, sprzeciwiała się tworzeniu Prus Książęcych - że wspomnę o jej najważniejszych politycznych przekonaniach. A tymczasem JIK ukazuje nam jakąś megierę, furiatkę, zaślepioną gniewem, zachowującą się wręcz prostacko - jednym słowem koszmarne babsko...

Jakby nie było książkę czyta się z przyjemnością - to jedna z ciekawszych pozycji cyklu "Dzieje Polski".

piątek, 15 czerwca 2012

Uśmiałam się jak norka:D

Mam chyba ostatnio nosa do książek, które wręcz same sie czytają - jedną z nich jest niewątpliwie "Każdy szczyt ma swój Czubaszek", wspólne dzieło Artura Andrusa i Marii Czubaszek. Od razu przyznam się do tego, że poczucie humoru prezentowane przez pana Artura, które miałam możliwość poznać przy okazji jakichś jego telewizyjnych występów, nie do końca mnie przekonuje natomiast panią Marię kojarzę głównie z tekstami piosenek oraz audycją radiową "Bieg przez plotki", którą podsłuchiwałam dawniej (aczkolwiek mocno nieregularnie) w programie I PR. Na dzień dzisiejszy radia nie mam, telewizji nie oglądam więc i z twórczością zarówno Marii Czubaszek jak i Artura Andrusa kontakt mi się urwał, ale większość znajomych zachwyca się serialem komediowym "Spadkobiercy" w którym obydwoje występują.

"Każdy szczyt ma swój Czubaszek" to wywiad - rzeka, bardzo modna ostatnio forma przepytywania osobistości ze świata kultury, polityki, sportu, itp. O poziomie tego typu książki decyduje nie tylko osobowość osoby przepytywanej ale również ten kto przepytuje. I tu muszę bardzo pochwalić Artura Andrusa - jest go w tej książce bardzo niewiele, w pytaniach nie stara się zabłysnąć własną elokwencją (koronny błąd wielu dziennikarzy przeprowadzających wywiady), od czasu do czasu w zabawny sposób puentuje wypowiedzi swojej interlokutorki oraz ma anielską wprost cierpliwość... Bo pani Maria nie przywiązuje uwagi do dat (twierdzi, że nie pamięta np. kiedy wyszła za mąż za Wojciecha Karolaka), nie archiwizuje własnej twórczości (tzn. archiwizuje, ale na zasadzie "a gdzieś tam leży"), często zbacza z tematu, a kiedy ma już dosyć przepytywań na okoliczność własnej przeszłości przestaje odbierać telefony i unika spotkania - normalnie koszmar dla wywiadowcy. Mam wrażenie, że ta książka powstała tylko i wyłącznie dzięki temu, że Maria Czubaszek i Artur Andrus przyjaźnią się w życiu prywatnym i zbyt sobie tę przyjaźń cenią aby ją utracić przez jakąś, choćby najlepszą książkę. 

Książkę przeczytałam w ciągu jednego popołudnia, ubawiłam się setnie, a po odłożeniu na półkę westchnęłam sobie "Szkoda, że to już koniec..."

Tymczasem jak się okazało to nie był koniec, bowiem w dniu wczorajszym miałam możliwość uczestniczyć w spotkaniu autorskim z panią Marią Czubaszek zorganizowanym w naszej gminnej bibliotece. Autorka na żywo jest jeszcze lepsza niż w wersji pisanej - gejzer energii, dystans do swojej , było nie było, sławnej osoby, ogromne poczucie humoru, to wszystko sprawiło, że uczestnicy spotkania, niezależnie od wieku świetnie się bawili. Czas przeznaczony na spotkanie minął jak z bicza strzelił, pani Maria rozdała autografy i musieliśmy się pożegnać...
Na pamiątkę pozostanie książka z podpisem autorki i kilka zdjęć:)

Fotografię z panią Marią mam dzięki uprzejmości pewnego Damiana  z klasy IIIa:)

wtorek, 12 czerwca 2012

Gdzie jesteś Nadziejo?

Katarzyna Michalak, lub jak kto woli Kejt Em to jedna z moich ulubionych polskich autorek. Mam wszystkie jej książki (no dobra, prawie wszystkie, bo brak mi "Powrotu do Ferrinu" ale jego w normalnej dystrybucji chyba nie było?), chociaż nie wszystkie jeszcze przeczytane, ponieważ rozmaite rodzinne baby mi je podbierają i ja, prawowita jakby nie było właścicielka, zostaję zepchnięta na koniec kolejki...
W ubiegłym tygodniu do moich rąk trafiło najmłodsze dziecię pisarki czyli "Nadzieja". Mając na uwadze swoje doświadczenia po lekturze "Poczekajki", Zachcianka", "Poziomki" i "Jagódki"przygotowałam się na wzruszenia ale i na sporą porcję dobrej zabawy. O 20.30 dziecko poszło spać, małżonek wsiąkł przed telewizorem (EURO! EURO!) a ja z kubkiem owocowej herbatki i paczką chusteczek higienicznych pod ręką (bo  mam oczy na tzw. "mokrym miejscu") zabrałam się do lektury. Cztery godziny i trzy paczki chusteczek później odłożyłam przeczytaną książkę na szafkę i westchnęłam "Kejt Em jak mogłaś mi to zrobić...". Bo zamiast spodziewanej wzruszająco-zabawnej baśni do jakich byłam przyzwyczajona otrzymałam poruszającą, zapadającą w serce, dramatyczną opowieść o miłości i nienawiści, poświęceniu i odrzuceniu,bólu, strachu i o nadziei, której nie wolno porzucać nawet w najgorszych chwilach swojego życia.

Sześcioletnia Lila i dwa lata starszy Aleksiej poznali się w nietypowych okolicznościach. Dziewczynka znalazła w lesie rannego chłopca i sprowadziła do niego pomoc. To wydarzenie rozpoczęło wieloletnią i bardzo burzliwą znajomość, która przechodziła przez przeróżne stadia, ale która była dla nich czymś najważniejszym na świecie. Obydwoje odrzuceni przez środowisko - Lila mieszkająca z ojcem pijakiem i brutalem, nie mająca oparcia w macosze ani w przybranej siostrze, wyśmiewana przez inne dzieci ponieważ się jąkała i Aleks, pochodzący z łemkowskiej rodziny mieszkającej w Czarnobylu, przez wiejskie środowisko uważany za "Ruska", sierota, którego rodzice zginęli w czasie katastrofy elektrowni, wychowywany przez daleką krewną przylgnęli do siebie od pierwszej chwili, Przeżyli jedno wspaniałe lato, wspomnienie którego musiało im wystarczyć na dalsze, pełne przeszkód i problemów życie. Jesienią Aleks ze swoją ciotką wyprowadzili się a Lila została pozbawiona jedynych osób, które ją rozumiały i kochały. Ponownie zobaczyli się dopiero za kilka lat i od tej pory drogi tych dwojga co jakiś czas sie spotykały -  jednak po dawnych wzajemnych relacjach, zaufaniu i przyjaźni nie pozostało nawet śladu. Wychowywani i dorastający w całkiem odmiennych warunkach nie potrafili się już porozumieć, a każde kolejne spotkanie niosło za sobą ból i cierpienie...  
Czy Lila i Aleks zdołają odnaleźć drogę do siebie nawzajem? Czy uratują choćby cząstkę tego co ich łączyło w dzieciństwie? Czy uda im się odnaleźć Nadzieję? Cóż, o tym przekonacie się sięgając po najnowszą książkę Katarzyny  Michalak.

Czytając pierwsze rozdziały książki przypomniało mi się moje własne dzieciństwo - na szczęście w moim rodzinnym domu nie było alkoholu i przemocy, ale kilkoro z moich kolegów i koleżanek nosiło widoczne ślady działań wychowawczych rodziców a i nocne ucieczki z domu, bywało, że w samej bieliźnie i boso też nie były czymś niezwykłym. Jeżeli ktoś miał szczęście i udało mu się wyrwać z tego rodzinnego bagienka miał szansę na bardziej normalne życie. Inni dorastali i powielali zachowania swoich najbliższych stając się ofiarami przemocy bądź też  odgrywali się za własne problemy na innych. Tak też potoczyło się życie Lili - poniewierana przez ojca, siostrę a i po trosze przez macochę rozpaczliwie  szukała kogoś kto by ją pokochał, a równocześnie nie potrafiła odwzajemnić prawdziwego uczucia jakim darzył ją Aleksiej. 
Przyznam się, że kilka razy miałam chęć potrząsnąć tą całą Lilką, która jak demoniczna Lilith była przekleństwem dla Aleksa ale i dla siebie również. Jednak za chwilę przychodziła refleksja, że tak naprawdę to głęboko nieszczęśliwa dziewczyna a potem kobieta, samotna, nie radząca sobie ze swoimi uczuciami, pełna kompleksów i poczucia niższości, ktoś o kim mówi się, że to "urodzona ofiara", nie kochana i nie rozumiana przez nikogo...

Zachęcam do poznania tego nowego, zupełnie innego oblicza Kejt Em. 
A ja w ramach odreagowania tej niezwykle emocjonalnej historii zapoznam się z dalszymi losami innej z bohaterek urodzonych w wyobraźni "Tej Michalak" - na swoją kolej czeka bowiem "Powrót do Poziomki" - to idealna lektura na pierwszy dzień lata, nieprawdaż?