Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Bernardinum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Bernardinum. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 maja 2016

Trochę spóźniona trylogia kwietniowa

Nie ma to jak przeleżeć majowy weekend w towarzystwie wyjątkowo paskudnej infekcji, takiej co to wiecie: ani ręką, ani nogą człowiek nie jest w stanie poruszać...

Trójksiąg zaplanowany na kwiecień nie jest trylogią w dosłownym znaczeniu - to raczej trzy zbiory opowiadań połączone tematyką i częścią bohaterów. Ale po ich lekturze stwierdzam, że wzajemnie się dopełniają i stanowią konkretną całość.

Trzy lata temu wręcz pochłonęłam dwie przecudowne książki autorstwa Karola Olgierda Borchardta, a mianowicie "Znaczy kapitan" oraz "Szaman morski". Już wtedy rozmaite autorytety, m.in. ZwL, doradzały przeczytanie trzeciej morskiej opowieści czyli "Krążownika spod Samosierry", tyle, że niestety znikąd nie mogłam tej książki zdobyć. Udało się to dopiero teraz, więc z niekłamaną przyjemnością przeniosłam się w czasie i przestrzeni by po raz kolejny wejść w świat wspaniałej morskiej przygody.

Chociaż na kartach "Krążownika" po raz kolejny odżywają wspomnienia ze Szkoły Morskiej w Tczewie, pojawiają się nietuzinkowe postacie prawdziwych wilków morskich, a marynarze i oficerowie wykazują się odwagą, lojalnością jak również poczuciem humoru, to jednak różni się ta książka zasadniczo od swoich dwóch poprzedniczek. Większość opowiadań poświęcona jest wojennym dziejom naszej floty, konwojom morskim, walce z nieprzyjacielem i, niestety, niejednokrotnie ostatnim chwilom okrętów i ich załóg. Ale nawet te trudne czasy nie były w stanie zabić ducha w marynarskich piersiach. Pojawia się też iskierka nadziei, że to co zapoczątkowała tczewska szkoła i stary szkolny żaglowiec "Lwów" nie zginie, a nowe kadry dla przyszłej powojennej floty rozpoczęły naukę w szkole morskiej w Southampton.

"Krążownik spod Samosierry" składa się z 26 opowiadań ułożonych w kolejności chronologicznej. Serdecznie ubawił mnie "Egzamin" (które to opowiadanie uczy jak zdać egzamin z języka angielskiego bez jego znajomości), rozczulił "Kazio" (dzieci to bardzo wdzięczny temat), wzruszył "Pikrat! Pikrat! Wylecimy w powietrze" (ostatnie chwile statku "Chrobry" pływającego w konwojach do Norwegii). Ale hitem, przynajmniej moim skromnym zdaniem, jest "Nie dokończony reportaż" o przyjęciu jakiego doznał warszawski żurnalista na pokładzie jednego ze statków w porcie w Gdyni - kto czytał ten wie, kto nie czytał niech przeczyta - chociażby dla tego jednego opowiadania warto sięgnąć po tę książkę.

Nieustająco polecam wszystkie trzy książki Karola Olgierda Borchardta - bo chociaż powstały wiele lat temu i opisują świat, którego już nie ma to w dalszym ciągu są ciekawe i wciągające.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Sama przeciw mafii

Jeśli chodzi o pierwsze skojarzenie z określeniem "włoska mafia"to zapewne większość ma tak jak ja - "Ojciec chrzestny" i sycylijska cosa nostra. Po chwili zastanowienia dorzucam jeszcze neapolitańską camorrę. I tyle. Tak więc kiedy otrzymałam możliwość przeczytania książki traktującej o zupełnie nieznanej mi włoskiej organizacji przestępczej nie wahałam się ani chwili.

'Ndrangheta to organizacja mafijna działająca w Kalabrii. I pomimo, że jest zdecydowanie mniej znana od tych wspomnianych wyżej to na przełomie XX i XXI wieku stała się najpotężniejszą włoską organizacją przestępczą. Jej głównym polem działania jest handel narkotykami, jednak w rękach kalabryjskich mafiozów skupia się wiele legalnie dzialających przedsiębiorstw (chociażby firmy zajmujące się gospodarką odpadami komunalnymi).
Rosy Canale pochodzi z Reggio di Calabria, miasta leżącego nad Zatoką Messyńską i od zawsze żyła w cieniu 'ndranghety. Dosyć wcześnie dała o sobie znać jej buntownicza natura, więc rodzice panny Canale mieli z nią poważne kłopoty. W pewnej chwili wydawało się, że dziewczyna wreszcie ma za sobą "okres burzy i naporu" - nieudane małżeństwo i konieczność zadbania o dziecko ujawniły, że Rosy ma całkiem niezłą głowę do interesów, czego dowodem było stworzenie lokalu z dyskoteką, który szybko stał się najmodniejszym miejscem w jej rodzinnym mieście. Było tylko kwestią czasu, kiedy zainteresowali się nią ludzie z 'ndranghety i złożyli propozycję z rodzaju tych nie do odrzucenia - zażądali, aby Rosy przymknęła oko na handel narkotykami na terenie dyskoteki. Kiedy kategorycznie odmówiła podpisała na siebie wyrok - brutalnie pobita ledwie uszła z życiem, a kolejne osiem miesięcy spędziła w szpitalu. Po odzyskaniu zdrowia zamieszkała w Rzymie, jednak nie na długo. W 2007 roku Rosy powróciła do Kalabrii i w miasteczku San Luca, tradycyjnie uznanym za matecznik 'ndranghety założyła stowarzyszenie, którego celem była emancypacja mieszkających tam kobiet. Oczywiście mafia nie czekała z założonymi rękami na efekty jej działalności...

Rosy Canale mieszka aktualnie w Stanach Zjednoczonych - kiedy postanowiła wydać swoją książkę jej rodzina stała się obiektem zastraszeń ze strony mafiozów, więc kobieta wraz z córką opuściła rodzinny kraj. Pomimo obawy o własne życie oraz bezpieczeństwo najbliższych nie zaprzestała działalności na rzecz kalabryjskich kobiet - uważa, całkiem zresztą słusznie, że to matki, żony i córki mafiozów mogą wpłynąć na swoich mężczyzn, i, że w ich rękach leży zmiana panującej na tamtych ziemiach tradycji.

"Prywatna wojna Rosy" to książka niebywale emocjonująca - włoski temperament autorki, jej osobiste przeżycia wpływają na język i styl tej historii. Rosy napisała swoją książkę dla społeczności międzynarodowej, stąd czytelnik znajdzie tu dosyć obszerny szkic porachunków mafijnych z czasów, kiedy autorka była małą dziewczynką jak również objaśnienie powiązań pomiędzy poszczególnymi klanami. Pomoże to choć w części zrozumieć czytelnikom spoza Włoch dlaczego (pomimo, że mamy już XXI wiek) organizacje mafijne mają się tak dobrze na południu Italii i dlaczego walka z nimi jest tak trudna.

Pewnie jeszcze wiele wody upłynie zanim coś zmieni się w kwestii kalabryjskiej mafii, ale Rosy Canale udowadnia, że nawet jedna słaba kobieta może coś zrobić w tej sprawie. I to daje nadzieję, nikłą, ale jednak - kobiety z Kalabrii nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa.

sobota, 20 grudnia 2014

Dobre, bo polskie :)

Ostatnio żyje w ciągłym niedoczasie - mam wrażenie, że doba się skurczyła, a ja mam o wiele więcej zajęć niż normalnie... Na szczęście znajduję chwilę na przeczytanie czegoś, aczkolwiek z napisaniem paru zdań o tych lekturach jest znacznie gorzej :(
Dlatego też dzisiejsza notka dotyczyć będzie trzech książek, które przeczytałam w ostatnich tygodniach - na osobne wpisy mogłyby się nie doczekać. A szkoda by było. 
Dwie z tych książek czytałam na okoliczność Dyskusyjnego Klubu Książki, trzecia to ostatni tom cyklu, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Wszystkie trzy książki zostały napisane przez kobiety i jak wskazuje tytuł posta - nasze rodaczki. 

Nie będę ukrywać, że rozmaite literackie nagrody niespecjalnie do mnie przemawiają. Często się bowiem zdarza, że mają jakiś kontekst polityczny, że wyróżniony zostaje ktoś, kogo z jakiegoś powodu należy wyróżnić (chociażby nie miało to zbyt wielkiego umocowania w twórczości), oraz, że zadziałały jakieś układy i układziki. 
Z tego też powodu z pewną rezerwą podchodziłam do książki Joanny Bator pt. "Ciemno prawie noc", za którą to powieść autorka została uhonorowana Nagrodą Literacką Nike 2013. No, ale jedna z członkiń naszego DKK zaproponowała tę powieść jako temat spotkania i trzeba było przeczytać. I dobrze, że zaproponowała, bo przeczytałam fantastyczną książkę :)

Alicja jest dziennikarką w jednym ze stołecznych czasopism. Ma ugruntowaną pozycję zawodową, więc kiedy trafia się ciekawy temat zostaje oddelegowana do Wałbrzycha z misją napisania reportażu o tajemniczym zaginięciu trójki dzieci. Dla Alicji ten wyjazd, oprócz spraw zawodowych, jest ważny z jeszcze innego powodu - Wałbrzych to jej miasto rodzinne, które opuściła wiele lat temu. Teraz wraca i przy okazji zbierania materiałów do reportażu wspomina swoje dzieciństwo, ojca ogarniętego obsesją odnalezienia legendarnego naszyjnika księżnej Daisy, ukrytego ponoć w podziemiach zamku Książ, siostrę Ewę, zaludniającą wyobraźnię kilkulatki duchami i potworami, sąsiada Alberta Kukułkę, z którym łączyła ją swego rodzaju przyjaźń, dzieci i dorosłych, którzy w jakiś sposób byli ważni w jej życiu. Co może wydawać się dziwne w tych wspomnieniach brakuje matki...

Nie byłam nigdy w Wałbrzychu, jednak obraz tego miasta jaki wyłania się z powieści Joanny Bator wcale nie zachęca do odwiedzin. Króluje tu szarość, bieda i beznadzieja, aktualnie podszyte strachem, wrogość do obcych, nawet jeśli mieszkają w mieście od czasów ostatniej wojny (Wałbrzych, podobnie jak inne miasta na Ziemiach Odzyskanych to mieszanka ludności miejscowej i napływowej), brak perspektyw łączy się z bigoterią i czekaniem na cud, który to fakt ktoś potrafi wykorzystać...

Alicja to osoba, która wydaje się być twarda i niezależna (nawet w pracy nazywają ją pancernikiem), jednak to tylko maska pod którą kryje się ogromna wrażliwość, masa kompleksów, brak umiejętności stworzenia stałego związku, tak uczuciowego jak i przyjacielskiego. Może powrót do rodzinnego domu, rozprawienie się z demonami przeszłości pomoże jej zrozumieć i zaakceptować siebie?

Powieść jest niezwykle mroczna, miejscami zahacza o horror, a nawet fantastykę. Dziwne osoby, niepokojące zjawiska, opowieści sięgające lat wojny sprawiają, że czyta się tę książkę z zainteresowaniem. Przy okazji dodam, że pisarka eksperymentuje na języku polskim, wprowadza w narrację zbitki wyrazów, które nie pozostają bez wpływu na odbiór utworu - np.we mnie początkowo budziły niepokój...

Książka ciekawa i warta polecenia, chociaż niekoniecznie na długi, wietrzny i deszczowy wieczór.

************************************

Inną lekturą przeczytaną na okoliczność DKK była "Moja Afryka" Kingi Choszcz. Pięknie wydana w serii Poznaj Świat wydawnictwa Bernardinum, przyciąga oko szatą graficzną i pięknymi kolorowymi zdjęciami z podróży, którą autorka odbyła wzdłuż zachodniego krańca Afryki. Podróży, którą przerwała nagła choroba i śmierć Kingi w Ghanie...

Powiem od razu, że mam co do tej książki, a i jej autorki takoż, mieszane uczucia. Oczywiście podziwiam pasję i konsekwencję w jej urzeczywistnianiu, ale z drugiej strony przeraża mnie niefrasobliwość dojrzałej, trzydziestokilkuletniej kobiety. Kinga Choszcz zapuszcza się samotnie w tereny zamieszkane przez wyznawców islamu (a powszechnie znane są przecież poglądy ortodoksyjnych wyznawców tej religii na temat kobiet i tego co im wolno), a następnie wędruje poprzez ziemie na których toczy się wojna, bądź działają jakieś grupy rebeliantów. Niejednokrotnie postępuje wbrew miejscowym tradycjom, co również może być niebezpieczne. A już szczytem niefrasobliwości jest podróżowanie autostopem - ciągnące się kilometrami pustkowia w towarzystwie przygodnych kierowców raczej nie napawają euforią... Oczywiście nic się nie stało, w ciągu całej podróży tylko raz została okradziona, a zabiła ją podstępna choroba a nie ludzie, jednak jakoś nie mogę wykrzesać w sobie większej sympatii do tej kobiety. A jej rodziców i przyjaciół jest mi zwyczajnie żal - mogę sobie tylko wyobrazić co przeżywali wiedząc, że ich córka i przyjaciółka cały czas jest narażona na niebezpieczeństwo i, gdyby coś złego się stało, nie ma przy niej nikogo, kto podałby pomocną dłoń.

Sama książka to przepisany dziennik, który Kinga prowadziła w czasie podróży, więc sporo tu opisów oczekiwania na kolejny środek transportu, posiłków jedzonych w drodze czy wreszcie sposobów oszukiwania służb celnych, bowiem autorka nie zawsze miała formalne prawo przebywać na terenie kraju, w którym się aktualnie znajdowała. Z tego też powodu są w tej książce miejsca mocno monotonne (żeby nie powiedzieć nudne) - jest rzeczą jasną, że autorka robiła notatki, które w przyszłości mogły się stać punktem wyjścia do napisania ciekawej i fascynującej historii. Wiele wspomnień, wrażeń i przemyśleń Kingi Choszcz przepadło bezpowrotnie...

Książka ogólnie dosyć ciekawa, chociaż bez fajerwerków.

***********************************

Elżbieta Cherezińska to marka sama w sobie. Zyskała sobie liczne grono wielbicieli (do których i ja się zaliczam) i każda jej nowa powieść staje się wydawniczym hitem.
Po raz czwarty dane mi było się spotkać z jej twórczością na okoliczność książki "Trzy młode pieśni", powieści zamykającej cykl "Północna droga". Tym razem głównymi bohaterami stają się przedstawiciele młodego pokolenia - Bjorn i Gudrun, dzieci Sigurn, oraz Ragnar, syn Haldred i Einara.

Wychowani we dworze w Namsen, Bjorn i Ragnar zostają przyjaciółmi, a nawet braćmi krwi, walczą w drużynie jarla Regina, a po jego śmierci wspólnie szukają zemsty na jego mordercy. Gudrun przygotowywana jest do roli żony i matki, jednak jarlówna ma całkiem inny pomysł na życie...

Akcja książki toczy się siłą rzeczy mniej więcej w tym samym czasie co końcówki trzech poprzednich tomów, więc jeśli ktoś je czytał to o wielu wydarzeniach będzie już wiedział. Tym razem jednak spojrzymy na nie z innej strony - nie od dzisiaj wiadomo, że młodzi mają na pewne sprawy całkiem odmienne zdanie niż ich rodzice.
W powieści pojawia się wiele postaci historycznych (znajdzie się nawet polski akcent w postaci córki Mieszka I) i wydarzeń znanych z kart kronik. Razem z bohaterami popłyniemy szlakiem Wikingów, weźmiemy udział w morskiej bitwie, będziemy bronić zamku przed nieprzyjacielskim wojskiem  a wreszcie zobaczymy twierdzę Jomsborg - legendarny zamek nordyckich rycerzy, którzy, jeśli wierzyć sagom byli niezwyciężeni i siali postrach na północnych morzach.

Ponieważ książka jest zakończeniem cyklu pozwolę sobie tutaj na pewne podsumowanie całej "Północnej drogi", bo pomimo, że to jedna całość, to każda z części jest inna. "Saga Sigrun" to historia wręcz romansowa, gdzie piękna dziewczyna wychodzi za swojego wymarzonego księcia i żyją w szczęściu i miłości (niektórzy zarzucają tej książce zbyt dużą dawkę słodyczy) aż ich śmierć nie rozłączy. "Ja jestem Haldred" to powieść o wielkich ambicjach i potężnych uczuciach - tak miłości jak i nienawiści - główna bohaterka to kobieta wyrastająca ponad swoje czasy, która potrafi walczyć o realizację swoich planów w świecie zdominowanym przez mężczyzn. "Pasja według Einara" ukazuje z jednej strony kulisy chrystianizacji północnej Europy, ale jest również swego rodzaju powieścią sensacyjną - Einar jest nie tylko duchownym, ale również "człowiekiem do zadań specjalnych". Wreszcie "Trzy młode pieśni" niosą rozwiązanie kilku wątków z poprzednich części, ale są przede wszystkim baśniową opowieścią opartą na nordyckiej mitologii - pojawiają się bogowie, walkirie a bohaterowie obdarzeni są niemal nadprzyrodzonymi mocami.

Północna droga to wielowątkowa opowieść, którą można porównać do wielobarwnego, lśniącego jedwabiu - w zależności od oświetlenia wygląda inaczej, chociaż cały czas to ten sam kawałek materiału...

Zdecydowanie warto przeczytać :)


sobota, 13 września 2014

Czego pozbawił nas Arkady Fiedler

Podejrzewam, że niewiele się pomylę twierdząc, że niemal wszystkie polskie dzieciaki, nawet te mające bardzo nikłe pojęcie o geografii, słyszały o Madagaskarze. Stało sie to oczywiście za przyczyną popularnego filmu o zwierzakach z nowojorskiego ZOO, które przypadkiem trafiają na tę afrykańską wyspę, wprost w świat lemurów rządzonych przez ekscentrycznego króla Juliana.
  
Madagaskar to jedno z tych miejsc, które przyciąga tajemniczością, egzotyką, piekną, choć już nieco przetrzebioną, przyrodą, a przez to staje wymarzonym celem wyprawy. Niewielu jednak udaje się ten cel osiągnąć, bo to nie najtańsza wyprawa, a i logistyka pozostawia wiele do życzenia...
Tak więc pewien młody, fantazjujący o wyprawie na Madagaskar absolwent romanistyki miał ogromne szczęście, bowiem udało mu się spełnić to marzenie i nie zostać przy okazji bankrutem. Tomasz Owsiany, bo o nim mowa, został zatrudniony jako nauczyciel francuskiego w szkole prowadzonej przez polskich misjonarzy w miejscowości Mampikony, leżącej w północnej części wyspy. Przez dziewięć miesięcy pracował z młodymi Malgaszami, poznawał ich kulturę, zwyczaje i wierzenia, oglądał malgaskie wsie i miasteczka i chłonął dziką przyrodę i piękno kraju.
Madagaskar, który wyłania się z książki to kraj ogromnych kontrastów - piękna przyroda stanowiąca sama w sobie atrakcję turystyczną, bogactwa mineralne, ogromne ilości cennych gatunków drewna, mnóstwo przypraw w najlepszym gatunku powinny sprawić, że wyspa będzie jednym z najbogatszych państw w Afryce. Tymczasem jest to jedno z najbiedniejszych miejsc na świecie, przeżarte korupcją, zacofane nawet w stosunku do swoich słabo rozwiniętych sąsiadów. Madagaskar przez wiele dziesięcioleci był dominium francuskim - Europejczycy zagospodarowali przede wszystkim wybrzeża wyspy, natomiast wnętrze kraju pozostało stosunkowo słabo ucywilizowane i do dnia dzisiejszego żyjący tam ludzie postępują według odwiecznej tradycji.
Autor książki to dla Malgaszów człowiek z zewnątrz, biały, a więc stojący wyżej w hierarchii, bogaty (nawet jeśli w kieszeni ma tylko kilkaset ariów) i... trochę naiwny, więc trzeba go wykorzystać. Podobnie zresztą mieszkańcy Mampikony traktują misjonarzy, którzy żyją i pracują wśród nich od wielu lat - biały to "dojna krowa", którą trzeba jak najlepiej wykorzystać. Malgaszów zepsuły czasy kolonialne, a także współcześni turyści traktujący ich jak ciekawostkę przyrodniczą, jak małpkę w ZOO, której trzeba dać cukierka, bo pomachała do nas łapką. Mieszkańcy Mampikony (a przynajmniej duża ich część) nie widzą więc nic zdrożnego w żebraninie, wyłudzaniu pieniędzy czy drobnych kradzieżach - przecież muszą z czegoś żyć. Równocześnie to ludzie serdeczni i przyjaźnie nastawieni do świata, pogodni pomimo ogromnej biedy, powolni, trochę leniwi i prostoduszni. Jeśli uda im się coś uzyskać od wazahy (to określenie białego człowieka) cieszą się, jeśli nie - nie obrażają się, a za jakiś czas próbują ponownie...

Nie chciałabym, żeby ktoś odniósł wrażenie, że Tomasz Owsiany uprawia krytykanctwo i zachowuje się jak biały kolonizator. Autor opisuje rzeczywistość w której przyszło mu żyć, punktuje różnice kulturowe, które mogą wpływać na nasz osąd tamtejszych stosunków i, co szczególnie ważne, stara sie być bezstronnym i nie oceniać Malgaszów według europejskich standardów.

Jak wszystkie książki z serii "Poznaj świat" tak i ta urzeka starannym wydaniem i bogatą szatą graficzną. Jeśli dodamy do tego ciekawy styl autora, który z opisu samotnego drzewa potrafi stworzyć literacką perełkę to możemy być pewni, że w nasze ręce trafi ciekawa i ekscytująca lektura. Warto po nią sięgnąć, bo Madagaskar to fascynujące miejsce, nawet bez Juliana, pingwinów i całej reszty filmowej ferajny...

Ach, i jeszcze na koniec wyjaśnienie tytułu tego tekstu - otóż w 1937 roku Arkady Fiedler, wybitny pisarz i podróżnik przebywał na Madagaskarze z pewną tajną misją. Miał mianowicie sprawdzić, czy wyspa nadawałaby sie na polską kolonię. Niestety, niespecjalnie wywiązał sie z tego zadania, obejrzał sobie jedynie niewielki fragment kraju (jeden z niewielu zupełnie nieatrakcyjnych) i na jego podstawie stwierdził, że szkoda zachodu. I dzięki temu nie zostaliśmy mocarstwem kolonialnym...

Książkę przeczytałam dzięki 


niedziela, 11 maja 2014

W poszukiwaniu bożej zabawki

Gdybym miała układać swoją listę najlepszych filmów wszech czasów zapewne znaleźliby się na niej "Poszukiwacze zaginionej arki" - historia archeologa, profesora uniwersytetu i podróżnika Indiany Jonesa, który wyrusza na poszukiwanie jednego z najbardziej chyba znanych artefaktów czyli Arki Przymierza. To oczywiście nie jedyne dzieło kultury popularnej wykorzystujące motyw pogoni za legendarnym przedmiotem (chociażby Robert Langdon poszukujący świętego Grala w bestsellerowym "Kodzie Leonarda da Vinci"), ale jak dla mnie najlepsze - duża w tym zasługa cudnego Harrisona Forda...

Wspominam "Poszukiwaczy zaginionej arki" ponieważ trafiła w moje ręce "Zabawka Boga", książka polskiego pisarza i podróżnika Tadeusza Biedzkiego, która również opowiada o poszukiwaniach prowadzonych przez autora i jego żonę Wandę.
Pewnego dnia do Tadeusza przychodzi list aż z Etiopii. Nadawcą jest Andrzej, jego kolega ze studiów, który został zakonnikiem i przez kilkanaście lat przebywał w różnych klasztorach na Bliskim Wschodzie i w Afryce. W liście Andrzej pisze, że trafił na ślad niezwykłej relikwii - małego drewnianego osiołka, zabawki, którą dla małego Jezusa zrobił święty Józef. 
W ręce Andrzeja trafiły dokumenty, które opowiadały o historii boskiej zabawki, oraz wiersz w którym zaszyfrowane zostało miejsce jej ukrycia. Tadeusz  i Wanda wyruszają na wyprawę w poszukiwaniu drewnianego zwierzątka.

Akcja książki Tadeusza Biedzkiego toczy się w trzech planach czasowych - współcześnie, w I wieku po Chrystusie oraz w czasach wypraw krzyżowych, czyli w na przełomie XII i XIII wieku. Narratorem części współczesnej jest sam autor, krucjaty oglądamy oczyma Rajmunda Amanda, członka zakonu templariuszy, natomiast po Judei oraz sąsiednich prowincjach w pierwszych latach chrześcijaństwa wędrujemy wraz z Jefraimem, sierotą, którym zaopiekował się Jan, ukochany uczeń Jezusa.

Powieść ma wartką akcję, fikcja miesza się z faktami historycznymi, zdecydowana większość bohaterów to postacie znane z kart Pisma Świętego i opracowań historycznych. Również opisy miejsc które przyjdzie odwiedzić Jefraimowi i Rajmundowi oparte są na źródłach historycznych. Książkę wydało Bernardinum, a  każdy, kto chociaż raz miał w ręce ich publikacje dotyczące w jakimś stopniu podróży wie, że znakiem firmowym tego wydawnictwa są przecudnej urody fotografie. Tak jest również w tym wypadku - fotografie, ryciny oraz mapy stanowią integralną część tej opowieści, pomagają wczuć się w klimat epoki i zwyczajnie cieszą oko.

"Zabawka Boga" to powieść sensacyjno-historyczna z wątkami religijnymi. Ale może również stanowić coś na kształt przewodnika dla osób wybierających się do miejsc w niej opisanych, bowiem Tadeusz i Wanda, oprócz miejscowości odwiedzanych przez tłumy turystów zaglądają do takich, o których mało kto słyszał.
Serdecznie polecam:)

PS. Ale się wstrzeliłam z tym wstępem - w TVP2 właśnie lecą "Poszukiwacze"...

piątek, 2 maja 2014

Podróż życia

Zaczął się kolejny długi majowy weekend - dla wielu osób okazja bliższego lub dalszego wyjazdu. W moim wypadku tylko przy pomocy ciekawej książki... ale aż na antypody:)

Barbara Dmochowska to pochodząca z Trójmiasta tłumaczka i popularyzatorka nauk przyrodniczych. Zawodowo związana z Uniwersytetem Gdańskim, prywatnie żona swojego męża i matka dwóch córek, amatorka aktywnego wypoczynku i podróży w nieznane.

To miała być podróż życia - Basia i Paweł postanowili poznać Australię. Wyjechali więc do Sydney, znaleźli tam pracę i przez kilka miesięcy skrzętnie odkładali zarobione dolary aby wreszcie w środę 24 stycznia 2001 roku wyruszyć na podbój najmniejszego z kontynentów. Planowana trasa wiodła z Sydney, wzdłuż wybrzeża do Melbourne, następnie kilka dni na Tasmanii, po powrocie na kontynent dalsza podróż na zachód aż do Adelajdy, tam ostry skręt na północ i przejazd przez centralną część Australii do Darwin na wybrzeżu Morza Timor, skok na wschód na Wielką Rafę Koralową i powrót do Sydney znowu wzdłuż wybrzeża, tym razem Pacyfiku. Nocowali na kempingach, których w Australii jest całkiem sporo, stołowali się w przydrożnych barach (przy okazji poznając miejscowe smaki), w miarę możliwości kąpali się w wodospadach, wylali hektolitry potu w czasie przeprawy przez outback i chłonęli, chłonęli, chłonęli piękno tamtejszej przyrody...
Ktoś mógłby wzruszyć ramionami - wszystko to już było, takie przeżycia ma całe mnóstwo ludzi, którym zdarzyło się podróżować przez ojczyznę kangurów i Mela Gibsona. Racja, ale podróż Barbary i Pawła miała w sobie coś, czego te inne nie miały. Tym co stanowiło o jej wyjątkowości było zwiedzanie niemal wszystkich znajdujących się na trasie... warsztatów samochodowych. No ale co się dziwić, kiedy wyrusza się w taką długą i ciężką trasę zwykłym samochodem osobowym, który (patrząc w kategoriach ludzkich) jest już niemal pełnoletni.
Tak więc samochodzik fundował swoim właścicielom dodatkowe atrakcje, bo nigdy nie było wiadomo co i kiedy w nim nawali. Swoje dołożyła również australijska przyroda - czego dowodem okładkowe zdjęcie pokiereszowanego wehikułu po bliskim spotkaniu z przedstawicielem miejscowej fauny.

Jako, że książka wydana została w serii "Poznaj świat" sygnowanej przez Wojciecha Cejrowskiego znajdzie w niej czytelnik masę przepięknych zdjęć przedstawiających australijskie krajobrazy, ptaki, zwierzęta i bujną roślinność. To wspaniałe uzupełnienie tekstu, ale również zachęta - może ktoś będzie chciał poznać Australię podróżując śladami Basi i Pawła?

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości 


czwartek, 13 marca 2014

Gejsze, samurajowie i... szczury korporacyjne

Są w życiu chwile, kiedy wszystko przestaje być ważne - praca, hobby, jakieś problemy dnia codziennego, nawet blog... Dla mnie takim przełomowym dniem był 28 luty, kiedy dowiedziałam się, że odszedł mój Tato. Przez ostatnie kilkanaście dni nie miałam siły ani chęci na pisanie, starałam się  przeorganizować swój świat i jakoś wszystko ogarnąć. Powoli będę wracać, nadrabiać zaległości, wywiązywać się z podjętych zobowiązań chociaż lekko nie jest...

Po raz kolejny dzięki serii "Poznaj świat" wydawnictwa Bernardinum miałam możliwość odbyć niezwykle inspirującą podróż na antypody - tym razem do Japonii. Moją przewodniczką po Kraju Kwitnącej Wiśni była Anna Świątek, absolwentka japonistyki oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, która przez rok mieszkała w Japonii i pracowała tam jako tłumaczka przy drużynie soft tenisa. Jako, że praca związana była z podróżami po kraju udało się autorce objechać niemal całą Japonię, zobaczyć jej wszystkie największe atrakcje turystyczne, jak również zapoznać się z życiem codziennym jej mieszkańców.

Polakom Japonia kojarzy się chyba przede wszystkim z ogromnym postępem technologicznym, zaawansowaną elektroniką, Hiroszimą, sushi, sake i herbatą. No może jeszcze z samurajami i gejszami, chociaż nasze wyobrażenie na temat tych dwóch profesji często ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.
Anna Świątek w swojej książce rozprawia się z niektórymi mitami dotyczącymi  Japonii i Japończyków oraz ich stosunku do ludzi Zachodu. Co pierwsze rzuca się w oczy przy lekturze to zupełnie inne niż u nas podejście do życia, pracy i kariery, które są osią życia przeciętnego Japończyka. Pracownik ma obowiązek być w pracy na długo przed jej rozpoczęciem, a nie powinien wychodzić wcześniej niż szef. Z kolei szef (chcąc dać dobry przykład podwładnym) nie opuszcza biura do późnych godzin, więc dwunastogodzinny dzień prac nie jest czymś nadzwyczajnym. Dla Japończyka najważniejsza jest firma i jej rozwój, a współpracownicy zastępują rodzinę. Oczywiście przeciętny pan Suzuki ma jakąś żonę i dzieci, jednak kontakty z nimi ograniczają się w ciągu tygodnia do paru słów na powitanie i pożegnanie, i kilku wspólnie spędzonych godzin w czasie weekendu.
Kolejna sprawa to niechęć do ludzi z zewnątrz - oczywiście dobrze wychowany Japończyk nigdy w życiu nie powie wprost, że uważa się za kogoś lepszego niż przybysz z zagranicy. Jednak traktowanie obcych jakby byli niezbyt rozgarniętymi dziećmi, które nie potrafią zachować się w świecie dorosłych mówi samo za siebie. Tak przy okazji - przysłowiowa już grzeczność i uważność Japończyków na innych ludzi jest też dosyć kontrowersyjna, bowiem wynika z silnie zakorzenionych i rygorystycznych zasad, aby,broń Boże, nikogo nie urazić a nie z  potrzeby serca. Dochodzi już nawet do takich paranoi, że jeśli chłopiec lub dziewczyna chce zerwać ze swoją sympatią to nie robi tego osobiście (bo to bardzo niegrzeczne i przykre dla tej drugiej osoby) a wynajmuje firmę specjalizującą się w tego rodzaju zleceniach.

Na szczęście znajdziemy w tej książce również inne oblicze Japonii - wysublimowaną kuchnię i piękne krajobrazy, ciekawą historię i oryginalną architekturę, ciekawostki technologiczne oraz silną tradycję, które zmieszane ze sobą dają dopiero pełny i prawdziwy smak Japonii.

Zapraszam do lektury tej książki, podziwiania fotografii i smakowania egzotyki Kraju Wschodzącego Słońca. Może kiedyś, zawarte w niej informacje pozwolą nam uniknąć niejednej gafy, która nieodwołalnie zamknie nam drzwi papierowego japońskiego domku?


Za możliwość przeczytania książki dziękuję

piątek, 28 lutego 2014

Bądź otwarty...

Na początek kilka obiegowych sloganów:
"Kultura tego narodu ma już 5000 lat."
"Co czwarty człowiek na Ziemi jest obywatelem tego państwa"
"To najszybciej rozwijająca się gospodarka na świecie"
"Połowa produktów w naszych sklepach powstała w tym kraju"
"Kuchnia tego kraju należy do najzdrowszych na świecie (a przy okazji do najsmaczniejszych)"
I właściwie od razu wiadomo o co chodzi - WITAMY W CHINACH!

Chiny to kraj fascynujący zarówno wielu podróżników jak i całe rzesze osób, które obce kultury poznają za pomocą książki bądź telewizyjnego ekranu. Marek Pindral miał to szczęście, że przez dwa lata mógł oglądać Chiny od środka - pracował jako wykładowca języka angielskiego na jednym z tamtejszych uniwersytetów, a w czasie wakacji i innych przerw w nauce podróżował po całym kraju obserwując zwykłych ludzi, wsie i miasta, święta i dni powszednie oraz niezwykle piękną i bogatą przyrodę.

Europejczyk rzucony w bezkresne przestrzenie Państwa Środka musi sobie radzić z wieloma przeciwnościami - od kłopotów językowych począwszy, poprzez różnice kulturowe a na problemach z władzami (np. w wielu miejscach zabraniano robienia fotografii) zakończywszy. Marek Pindral wpadł na świetny pomysł, jak sobie z tym poradzić: na swoje wyprawy zapraszał studentów, którzy służąc mu za tłumaczy i przewodników po kulturalnych niuansach mieli  przy okazji możliwość poznawać swój własny kraj - większości z nich nie byłoby po prostu stać na takie wycieczki.
Wspomnienia z tych wypraw złożyły się na kolejną książkę z sygnowanej przez wydawnictwo "Bernardinum" serii "Poznaj świat".

Jak wyglądają Chiny widziane oczami Marka Pindrala? Cóż, to przede wszystkim kraj wielkich kontrastów: eleganckie, wręcz pokazowe dzielnice sąsiadują z domkami pozbawionymi jakichkolwiek wygód; inteligentni i otwarci na świat młodzi Chińczycy niemal bezkrytycznie wierzą temu co serwuje partyjna propaganda; w kraju, który na całym świecie słynie ze swojej kuchni najczęściej jada się... zupki z proszku; można by jeszcze wymieniać wiele takich przykładów. Autor książki od samego początku swojego pobytu w tym kraju stara się postępować według zasady "Bądź otwarty!" - otwarty na ludzi, ich zwyczaje, zachowanie, kulturę, kuchnię, na wszystko co może cię spotkać. I chociaż czasami ta otwartość przychodziła z trudem, to jednak się udało, a efektem tego jest ciekawa, pełna faktów i anegdotek historia, którą czyta się z prawdziwą przyjemnością. "Chiny od góry do dołu" nie są oczywiście ani przewodnikiem turystycznym ani szczegółowym kompendium wiedzy o tym kraju - jest to zresztą raczej niemożliwe, bo jak zmieścić tak bogatą historię, przyrodę i kulturę na niecałych czterystu stronach tekstu?

Książka jest niezwykle starannie wydana, jest w niej mnóstwo fotografii (to zresztą znak rozpoznawczy tej serii), jednak ma pewną zasadniczą wadę - przypisy są napisane tak maleńką czcionką, że miałam ogromne kłopoty z ich odszyfrowaniem (czytanie przy lampce nocnej niemal zupełnie odpada...).

Tak więc drodzy czytelnicy - zaopatrzcie się w lupę do czytania przypisów i do lektury!
Bo warto.

sobota, 9 listopada 2013

Tam gdzie rośnie pieprz i wanilia

Brakuje mi czasu...
Niestety (albo stety, zależy jak na to spojrzeć) musiałam po raz kolejny iść do szkoły (jako kursant) i od połowy października niemal wszystkie soboty i niedziele spędzam na wykładach. Na to konto przepadły mi Targi Książki w Krakowie, potargowe spotkanie blogerów i pewnie jeszcze kilka fajnych imprez mi do końca marca (zajęcia na kursie kończę w pierwszą sobotę kwietnia) poleci. Nie mam też za dużo czasu na pisanie, bo oprócz pracy i kursu mam przecież dom i rodzinę.
Mam nadzieję, że nie zapomnicie o moim istnieniu przez te kilka miesięcy - będę się starała jak najczęściej o sobie przypominać;)


Kiedy jeszcze Wojciech Cejrowski nie chodził boso przez świat, kiedy Beata Pawlikowska była jedną z tysięcy blondynek chodzących po naszych ulicach, kiedy Martyna Wojciechowska chodziła jeszcze do szkoły podstawowej - czyli w dosyć zamierzchłych czasach pewna polska dziennikarka wyjechała na stypendium do Ameryki Południowej i przy tej okazji udało jej się przeprowadzić wywiad ze znanym podróżnikiem, dziennikarzem i wielbicielem wszystkiego co indiańskie, czyli Tonym Halikiem. Dziennikarką tą była Elżbieta Dzikowska, a przypadkowe spotkanie zamieniło się w trwający ponad dwadzieścia lat związek dwojga ludzi połączonych oprócz uczuć wspólną pasją. Dzikowska i Halik nakręcili wspólnie około 300 filmów dokumentujących ich podróże po całym świecie, które można było oglądać w naszej telewizji. W moją pamieć najbardziej zapadł jednak program "Pieprz i wanilia", który nadawany był w niedzielne popołudnia z domowego studia pani Elżbiety i jej męża. 

Elżbieta Dzikowska jest również autorką kilkunastu książek podróżniczych, a w tym roku ukazała się najnowsza z nich pt. "Tam gdzie byłam".
Jest to książka autobiograficzna, mamy więc możliwość dowiedzieć się czegoś na temat dzieciństwa i młodości przyszłej dziennikarki i podróżniczki. I tak: w wieku 15 lat spędziła kilka miesięcy w areszcie za udział w nielegalnej organizacji politycznej; maturę zdała w wieku 16 lat; z racji przeszłości własnej, a także na okoliczność AK-owskiej przeszłości ojca nie dostała się na studia dziennikarskie; z wykształcenia jest sinologiem; pracowała m.in. w Centrali Importu i Eksportu Chemikaliów - to tylko kilka ciekawostek z niezwykle bogatego życiorysu pani Elżbiety.

Kiedy wreszcie udało jej się ukończyć studia dziennikarskie i wyjechać po raz pierwszy do Ameryki Południowej zakochała się w tamtym rejonie świata niemal od pierwszego wejrzenia. Początkowo barierę stanowił język hiszpański, a właściwie brak jego znajomości, ale szybko udało się zniwelować tę przeszkodę i można było ruszać na szlak wielkiej przygody. Dzięki rozmaitym kontaktom Toniego miała Elżbieta Dzikowska  możliwość dotrzeć do plemion indiańskich żyjących z dala od popularnych szlaków, badać ich kulturę, zwyczaje i sztukę, podziwiać wyroby rzemieślnicze, a nawet uczestniczyć w magicznych rytuałach i poznać w praktyce tradycyjne zabiegi medyczne - niestety jej sceptycyzm i brak wiary w skuteczność tych działań sprawił, że nie odniosły one pożądanego skutku...  

Pani Elżbieta dosyć swobodnie traktuje w swojej książce chronologię - wspomnienia nie są ułożone według kolejności czasowej, tylko tematycznie. Osobom uważającym, że biografię powinno się pisać według dat może to przeszkadzać, ale moim zdaniem takie uporządkowanie faktów daje lepszy obraz świata, który Elżbieta Dzikowska przemierzyła ze swoją kamerą.

Książka, jak zresztą wszystkie wychodzące z Wydawnictwa Bernardinum, jest wydana niezwykle starannie, na kredowym papierze, z twardą okładką, a tekst ilustrują setki pięknych kolorowych fotografii. Z racji takiego a nie innego potraktowania warstwy edytorskiej wydanie ma jeden niewielki minus - cieszy oko, ale swoje waży... No ale dla prawdziwego wielbiciela literatury podróżniczej taka przeszkoda nie jest warta nawet wzmianki.
Serdecznie polecam lekturę tej kisążki:)

niedziela, 4 sierpnia 2013

Wakacyjne podróże - Dookoła świata z Kevinem Connolly

Kevin Connolly pochodzi z Montany, wraz z rodzicami i dwiema siostrami mieszka nieopodal Heleny, miasta, które jest stolicą stanu. Urodził się w 1985 roku, od najmłodszych bawił się z innymi dzieciakami, biegał z nimi po lesie, w odpowiednim czasie poszedł do szkoły podstawowej, później szkoła średnia i studia, uprawiał sport, lubił markowe ciuchy, podkochiwał się w szkolnych koleżankach, czyli przeciętny  chłopak. Jest jednak coś co odróżnia go od jego rówieśników - Kevin urodził się bez nóg.

To był niewątpliwie cios dla jego rodziców, tym bardziej, że w miesiącach poprzedzających narodziny chłopca przeżyli kilka innych rodzinnych tragedii, jednak Marie i Brian Connolly'owie nie użalali się ani nad sobą ani nad synkiem. Zrobili wszystko aby chłopiec zaakceptował swoje kalectwo i żeby ono, w miarę możliwości, nie przeszkadzało mu w normalnym życiu. Kevin, jak niemal każdy chłopiec, chciał uprawiać jakiś sport - oczywiście baseball czy koszykówka były poza jego możliwościami, ale w Montanie można uprawiać narciarstwo. Początki były trudne, ale ani chłopak, ani jego ojciec nie poddawali się. Kevin niemal każdą wolną chwilę spędzał na stoku ćwicząc na monoski (specjalny sprzęt narciarski dla osób z niedowładem lub brakiem kończyn dolnych), jeździł na zawody, aż wreszcie w 2006 roku zajął II miejsce w zawodach X Games, a nagrodę pieniężną za swój sukces postanowił przeznaczyć na podróż dookoła świata. Wspomnienia z tej podróży stanowią zasadniczą treść jego książki "Drugi rzut oka. Jak świat się na mnie gapił".

Kevin od najmłodszych lat był świadomy własnej inności i tego, że stanowi dla otoczenia swoistą sensację. Starał się ignorować ciekawskie i współczujące spojrzenia, jednak czasem było to ponad jego siły. Z tej frustracji narodził się pomysł projektu fotograficznego. Podróżując po świecie fotografował gapiących się na niego ludzi. Zrobił tysiące fotografii, z których powstała wystawa "The Rolling Exhibition", a część z tych zdjęć zamieścił w swojej książce jako wstęp do poszczególnych rozdziałów.
Z fotografii patrzą na nas dorośli i dzieci, kobiety i mężczyźni, ludzie z różnych krajów i kręgów kulturowych. Z ich twarzy można wyczytać całą gamę uczuć, od ciekawości, poprzez zaskoczenie na współczuciu i litości kończąc. I te reakcje są identyczne niezależnie, czy dokumentują pobyt w Japonii, na Ukrainie czy w Bośni. W czasie tej podróży Kevin polegał tylko na sobie, poruszał się środkami transportu publicznego, mieszkał w hostelach, a po ulicach miast śmigał na deskorolce. Udowodnił sobie i innym, że każdy, niezależnie od ograniczeń jakie może zafundować los, ma możliwość spełniać własne plany i marzenia. Przy okazji dowiedział się też czegoś o sobie - wyczulony na ludzkie ciekawskie spojrzenia, z taką samą ciekawością i współczuciem przyglądał się mieszkańcom Sarajewa okaleczonym w czasie wojny na Bałkanach.

Ciekawość i szukanie jakiegoś logicznego wyjaśnienia niecodziennych sytuacji jest wpisana w ludzką naturę. Jednak bardzo często skupiamy się na tym co powierzchowne, co można zobaczyć "na pierwszy rzut oka". Historia Kevina Connolly'ego udowadnia, że warto rzucić okiem po raz drugi i dojrzeć to co bardziej niż wygląd stanowi o istocie człowieka. Że to czy ktoś ma lub nie ma nóg to sprawa drugorzędna, a najważniejsze jest to co sobą reprezentuje - jego kultura, umysłowość, pasje i aspiracje.



piątek, 26 lipca 2013

Ostatni co tak potrafił zaczarować morze, statek i jego pasażerów...

Kiedy w 1918 roku Polska odzyskała niepodległość wiadomym było, że praktycznie wszystkie działy gospodarki trzeba będzie budować od podstaw. 
Nie inaczej było z żegluga morską - nie było statków, brakowało wyszkolonych marynarzy i właściwie nie istniała polska kadra oficerska.  Jednak entuzjazm, który towarzyszył pierwszym latom odbudowy szybko przełamał te trudności - w 1920 powstała Szkoła Morska w Tczewie szkoląca przyszłych mechaników i nawigatorów, a w 1927 roku wybudowane we francuskich stoczniach SS "Wilno", SS "Kraków", SS "Katowice", SS "Poznań" i SS "Toruń" dały początek Polskiej Marynarce Handlowej. W tym samym roku wzbogaciła się Żegluga Polska o dwa statki pasażerskie SS "Gdańsk" i SS "Gdynia", które pływały po Bałtyku. Do pełni szczęścia brakowało jeszcze tylko wielkich transatlantyków...
Trzy lata później Polskie Transatlantyckie Towarzystwo Okrętowe zakupiło od duńskiego armatora trzy statki, które pływały pod polską banderą jako SS "Polonia", SS "Pułaski" i SS "Kościuszko".   Dowódcami tych statków zostali ludzie, którzy doświadczenie i oficerskie szlify zdobywali we flotach państw zaborczych - Zdenko Knötgen, były oficer marynarki wojennej Austro-Węgier został kapitanem "Pułaskiego", "Polonię" objął kpt. Mamert Stankiewicz, wychowanek Morskiego Korpusu Kadetów w Petersburgu, natomiast SS "Kościuszko" miał się stać przez kilka następnych lat polem działania kapitana Eustazego Borkowskiego. Sylwetkę tego ostatniego przybliża Karol Olgierd Borchardt w swojej książce "Szaman Morski".

Kpt. Eustazy Borkowski
Jeżeli wierzyć obiegowej opinii, że ludzie morza mają wyjątkową wręcz fantazję, to trzeba przyznać, że kapitan Borkowski swoimi pomysłami mógł obdzielić kilka osób i jeszcze sporo by mu zostało...
Początki jego kariery są dosyć tajemnicze - wiadomo, że był z pochodzenia warszawianinem, że w wieku 14 lat rzucił szkołę i uciekł na morze gdzie rozpoczął karierę od "posady" chłopca okrętowego. W późniejszych latach ukończył Szkołę Morską w Rydze i pływał w rosyjskiej marynarce handlowej. Po I wojnie światowej przez 10 lat był taksówkarzem w Paryżu, aż wreszcie w 1929 roku wrócił do Polski i został zatrudniony przez Polskie Transatlantyckie Towarzystwo Okrętowe, początkowo na  parowcu, a od 1931 roku jako kapitan SS "Kościuszko". 

I tu wreszcie mógł rozwinąć pan Eustazy pełnię swojego talentu i fantazji. 
Po pierwsze trzeba pasażerom udowodnić, że na żadnym innym statku nie będą tak bezpieczni jak na "Kościuszce i, że żaden inny kapitan tak o nich nie zadba jak kapitan Borkowski. I oto pasażerowie w czasie obiadu są świadkami jak kapitan przyjmuje raport ociekającego wodą oficera wachtowego; wybrane grono odwiedza mostek, gdzie kapitan po sprawdzeniu wyznaczonego kursu odnajduje niewielkie odchylenie i każe sternikowi skorygować kurs o pół stopnia (rzecz w praktyce niewykonalna, ale przecież pasażerowie tego nie wiedzą); w czasie koktajlu z bardzo ważnymi osobistościami kapitan musi podyktować kilka niezwykle ważnych depesz we wszystkich niemal europejskich językach - to tylko kilka przykładów autopromocji kapitana.
Po drugie pasażerowie nie mogą się na jego statku nudzić - wymyśla więc kapitan wybory miss statku, urządza dla szczególnie ważnych gości kolacje w kajucie kapitańskiej połączone ze spektaklami poetycko-muzycznymi, w chłodni przechowywane są świeże kwiaty, które otrzymują pasażerki na zakończenie rejsu, przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Największym chyba wyczynem w kwestii niekonwencjonalnego podejścia do pasażerów było urządzenie na statku chrzcin... czterech bizonic podarowanych Prezydentowi RP przez Polonię kanadyjską. Kapitanowi udało się nawet tak skołować kapelana, że chociaż był zdecydowanie przeciwny tej uroczystości ostatecznie sowicie pokropił wodą święconą cztery bizonie głowy.

O mniej lub bardziej szalonych pomysłach Szamana Morskiego można by opowiadać jeszcze długo, ale jedno jest pewne - aby mógł czarować władze, pasażerów oraz konkurencję musiał mieć Eustazy Borkowski solidne zaplecze w osobach swoich oficerów. Współpracownicy Szamana, oprócz tego, że mieli dużą wiedzę fachową, musieli nadawać na tych samych falach co kapitan - szczególnie widoczne stało się to w chwili kiedy Borkowski zastępował przez pewien czas chorego kpt. Stankiewicza. Załoga "Polonii" nie przyzwyczajona do ekstrawagancji kapitana nie do końca potrafiła się do niego przystosować i obydwie strony z ulgą powitały powracającego z urlopu Mamerta Stankiewicza.

"Szaman Morski" Borchardta to, podobnie jak "Znaczy Kapitan" zbiór opowiadań, gawęd przedstawiających tę niezwykle barwną postać. Początkowo opowiadań było 17 i opisywały te wyczyny Eustazego Borkowskiego, których autor był naocznym świadkiem. Jednak kiedy chciał wydać swoją książkę, okazało się, że jest ona "za chuda" - dodał więc Borchardt kilka historyjek o Szamanie, które poznał niejako z drugiej ręki. Oprócz opowiadań poświęconych Borkowskiemu zamieścił też kilka tekstów na temat kpt. Edwarda Pacewicza (będącego kapitanem "Kościuszki" po tym jak Borkowski przeszedł na zwodowanego w 1937 roku "Batorego"), a zakończył swoją książkę rozdziałem "Ostatnia parada" będącym krótkim podsumowaniem losów siedmiu transatlantyków, pływających pod polską banderą w okresie międzywojennym.

Dwóch bohaterów książek Karola Olgierda Borchardta, Mamerta Stankiewicza ("Znaczy Kapitan") i Eustazego Borkowskiego ("Szaman Morski") wiele dzieliło (jeśli wierzyć opinii autora nie przepadali za sobą), prezentowali zupełnie różne podejście do dowodzenia statkiem, mieli całkiem inne charaktery, jest jednak coś co ich łączyło - miłość do morza i statków na których przyszło im pływać. Pozostaje tylko żałować, że wraz z ich odejściem skończył się pewien okresw podróżach morskich, a kapitanowie dzisiejszych statków rzadko bywają osobowościami na miarę Szamana Morskiego czy Znaczy Kapitana...

wtorek, 20 września 2011

Z Cejrowskim przez świat

Nie tak dawno w jednym z rankingów TOP10 pisałam, że chętnie spotkałabym się z Wojciechem Cejrowskim i posłuchała jego wspomnień z rozlicznych podróży. Na takowe spotkanie raczej nie ma szans, chociażby z tego powodu, że pan Wojtek bardzo sobie ceni własny czas a i osobę własną takoż a poza tym jest w ciągłych rozjazdach. Dlatego pozostają mi, a także innym jego wielbicielom, cudnej urody książki podróżnicze wydane w serii wydawniczej "Biblioteka Poznaj Świat" nakładem wydawnictwa Bernardinum.

O samym autorze niewiele napiszę, bo uważam, że jest to postać znana szerokiemu ogółowi i przy okazji niezwykle barwna oraz kontrowersyjna. Dla mnie przez dosyć długi okres czasu Cejrowski był nie do przyjęcia - było to w czasach kiedy prowadził "WC kwadrans" i nie chodziło tu nawet o głoszone przez niego poglądy tylko o sam styl prowadzenia programu - mocno napastliwy i taki jakiś chaotyczny. Fakt, był pan Wojtek wtedy jednym z niewielu takich krzykaczy, nawet gdzieś słyszałam określenie, że "niegrzeczna telewizja zaczęła się od Cejrowskiego". Dzisiaj jest tych niegrzecznych całe stado ale ja sobie już kilka lat temu darowałam oglądanie telewizji... Jedyne co ratowało go w moich oczach to była muzyka country, którą w tych programach puszczał (był też jednym z organizatorów Pikniku Country w Mrągowie). 
Przez kilkanaście kolejnych lat na Cejrowskiego nie trafiałam. No wiedziałam, że robi jakieś programy podróżnicze, nawet kilka znajomych osób zachęcało mnie do obejrzenia "Boso przez świat" ale jakoś ta dawniejsza niechęć przeważyła i przyznaję, że żadnego programu z tego cyklu nie widziałam.

Do kolejnego spotkania z panem WC doszło przypadkowo w ubiegłym roku. Lekturą w konkursie polonistycznym był bodajże "Gringo wśród dzikich plemion". Znajoma młodzież poszukiwała do przeczytania, w naszej bibliotece akurat był egzemplarz, wypożyczyłam a kiedy dziecię oddało książkę to z ciekawości zajrzałam i... wsiąkłam. Kwestią czasu była lektura "Rio Anacondy" a w ostatnich dniach udało mi się przeczytać "Podróżnika WC".

Pierwsze, co rzuca się w oczy to niesamowita dbałość edytorska - książki są w twardaj oprawie (od tych w miękkiej droższe niewiele, więc kupując do domowej biblioteczki naprawdę warto te 3-4 zł więcej zainwestować), szyte a nie klejone, wydane na pięknym kredowym papierze. Fakt ponad 40 zł za książkę to nie jest mało - ale z drugiej strony wydane o wiele gorzej pozycje też nie są wiele tańsze.
Pod piękną okładką kryją się kolejne cuda - wspaniałe zdjęcia - mnie głównie podobają się obrazy przyrody, ale jest tam również wiele pięknych portretów ludzi, których Cejrowski spotkał w czasie swych wędrówek. Są również zdjęcia miejskie - ale próżno by na nich szukać charakterystycznych obiektów, znanych z pocztówek czy turystycznych folderów. Autor utrwala miejsca do których turyści normalnie nie docierają - dzielnice biedoty, targi czy różnego rodzaju zakazane spelunki. Pokazuje prawdziwe życie Ameryki Łacińskiej (chociaż i USA też się czasem trafi).

I wreszcie rzecz w książce najważniejsza, czyli tekst. Cejrowski ma niezwykły talent gawędziarski i potrafi go wykorzystać - pisze bardzo plastycznie i sugestywnie, czytelnik wręcz widzi to o czym autor opowiada. Ma też zmysł autoironii - nie pozuje na jakiegoś supermena, potrafi się przyznać do własnej niewiedzy czy niezdarności. I co szczególnie urzeka - podchodzi do przedstawianych ludzi z ogromnym szacunkiem. Nie portretuje ich jako prymitywnych dzikusów, zacofanych w stosunku do cywilizacji białego człowieka ale jako ludzi przestrzegających pierwotnego systemu wartości, żyjących w zgodzie z naturą, życzliwych dla obcych i mogących tych obcych wiele nauczyć o ile ci ostatni zechcą słuchać.

Serdecznie polecam tym, którzy jeszcze nie czytali nic tego autora lekturę tych książek - szczególnie "Rio Anaconda" i "Gringo wśród dzikich plemion". "Podróżnika WC" też polecam, chociaż uczciwie mówię, że z tych trzech książek jest ona najsłabsza (takie samo zdanie ma również autor), bo po prostu jest to pierwsza podróżnicza książka Cejrowskiego. I nie chodzi tu nawet o opisy samych podróży, bo te są świetne, tylko o fakt, że jest tu sporo wtrętów światopoglądowych, a to już nie każdemu musi się podobać. 
Mnie akurat skrajność poglądów (i to niezależnie od kierunku) i niejaki brak tolerancji dla myślących inaczej trochę razi...