Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Bellona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Bellona. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 listopada 2018

Kobiety, które tworzyły historię

Wielką historię ponoć piszą mężczyźni, ale cóż by oni biedni zrobili, gdyby nie mieli przy swoim boku wyjątkowych kobiet. Wielu z nich, szczególnie tych, których głowę zdobiła korona musiało wchodzić w związek małżeński z osobami całkiem sobie obcymi, często widzianymi po raz pierwszy dopiero w dniu ślubu, bo tego wymagała racja stanu. Małżonkowie mogli mówić o szczęściu jeśli udało im się znaleźć wspólny język i przynajmniej się szanowali, wiele jednakże tych politycznych związków miało tragiczny przebieg dla uwikłanych w nie osób.
Zdarzało się jednak, że władca postanowił iść za głosem serca i poślubić kobietę, którą darzył uczuciem, nawet jeśli była to osoba niższego stanu. Ot, taka historyczna wersja baśni o Kopciuszku...
Takich Kopciuszków na europejskich tronach może nie było zbyt wiele, ale sensacje jakie towarzyszyły ich związkom z monarchami na zawsze uwieczniły je na kartach historii.

Iwona Kienzler to autorka całkiem pokaźnej ilości książek popularnonaukowych, których bohaterkami są kobiety z szeroko pojętych kręgów władzy. Zajmuje się najczęściej naszą rodzimą historią, ale podejmuje też tematykę wykraczającą poza granice dawnej Rzeczpospolitej.
"Kopciuszki na tronach Europy. Z siermiężnej izby na królewski tron" - tytuł tej publikacji mówi sam za siebie i właściwie już nic nie trzeba dodawać. Autorka przedstawiła tu losy siedmiu kobiet i jednego mężczyzny, którzy pomimo iż urodzenie ich do tego nie predestynowało ozdobili swoje skronie królewskim, a nawet cesarskim, diademem.
Tak więc czytelnik będzie mógł się zapoznać z 
  • Cezonią, żoną rzymskiego cesarza Kaliguli, która wcześniej była piekarzową, 
  • Teodorą, małżonką cesarza bizantyjskiego Justyniana, której zdarzało się parać nierządem,
  • Elżbietą Granowską, trzecią żoną Jagiełły,co prawda z rycerskiego rodu, ale jak twierdzili jej współcześni "starą i szkaradną"
  • Anną Boleyn, pochodzącą z nowobogackiej rodziny panną, drugą żoną Henryka VIII Tudora, dla której odłączył Anglię od kościoła, a kiedy już mu się znudziła nie wahał się skazać jej na śmierć,
  • Karin Mansdotter, córką prostego żołnierza, żoną szalonego króla Szwecji Eryka XIV, której interwencja uratowała życie małemu finlandzkiemu księciu, który zasiadł potem na naszym tronie jako Zygmunt III Waza,
  • Martą Skowrońską, córką łotewskiego chłopa, która rozkochała w sobie cara Piotra I i jako Katarzyna I panowała jakiś czas w Rosji,
  • Zofią Chotek, co prawda hrabianką, ale bez grosza przy duszy w której zakochał się arcyksiążę Franciszek Ferdynand, następca tronu Austro-Węgier - jego śmierć w Sarajewie stała się iskrą od której wybuchł pożar zwany I wojną światową,
  • Jamesem Hepburnem, hrabią Bothwell, mężem królowej Szkocji Marii Stuart, który, niestety, opuścił ją w decydującej chwili wybierając życie na wygnaniu, kiedy jego żona dożywała swoich dni w niewoli Elżbiety I.
Iwona Kienzler ma niewątpliwie lekkie pióro i zacięcie gawędziarskie, bowiem wszystkie jej książki z którymi dane mi się było zapoznać czytało się gładko, bez potrzeby sprawdzania znaczenia jakichś ściśle naukowych określeń. Przywołuje sporo źródeł z epoki jak również współczesnych opracowań, wplata w tekst anegdoty jak również plotki, chociaż przy nich uczciwie zaznacza, że nie są to fakty sprawdzone. 

Książki Iwony Kienzler wydaje Bellona i to właśnie do wydawcy miałabym takie dwie znaczące uwagi: po pierwsze taka publikacja aż się prosi o zamieszczenie chociażby po jednym portrecie opisywanych postaci... Druga sprawa to kwestia redakcji - no po prostu nie wypada, żeby w książce było nie było historycznej znalazły się błędy z zakresu historii szkoły podstawowej - zamach w Sarajewie miał miejsce 28 czerwca 1914 roku a nie 28 sierpnia jak to można przeczytać w tekście. 28 sierpnia w najlepsze trwałą już wojna...

*********************************************

Bohaterką książki C.W. Gortnera "Ostatnia królowa" jest Joanna (w swojej ojczyźnie zwana Juaną),córka arcykatolickich  władców Hiszpanii - Izabeli Kastylijskiej i Ferdynanda Aragońskiego, która do historii weszła z przydomkiem Szalona.

Joannę poznajemy w przełomowym roku 1492 - Kolumb odkrywa Amerykę, a władcy Hiszpanii zdobywają Granadę, ostatnią twierdzę Maurów, kończąc tym wieloletnią wojnę. Infantka kończy 13 lat i rodzice postanawiają wydać ją za mąż. Ich wybór pada na Filipa Pięknego, księcia Burgundii, syna cesarza Maksymiliana I Habsburga.
Joanna, która początkowo protestuje przeciwko planowanemu mariażowi, po spotkaniu z narzeczonym zmienia zdanie - zakochuje się w swoim przyszłym mężu. Początki małżeństwa dają nadzieję na szczęśliwy związek, wkrótce pojawiają się pierwsze dzieci pary (w sumie Joanna i Filip doczekali się sześciorga potomków, którzy wszyscy dożyli wieku dorosłego - rzecz rzadko spotykana w tamtym okresie).

Niestety wszystko komplikuje sprawa sukcesji kastylijskiego tronu. Joanna była trzecim dzieckiem Izabeli Kastylijskiej, więc jej szanse na władanie królestwem matki były bardzo niewielkie. Tymczasem w 1497 roku zmarł jej starszy brat Jan a bratowa urodziła martwą córeczkę; w 1498 roku wskutek komplikacji poporodowych umiera starsza siostra Izabela, a jej synek przeżywa ledwie 2 lata. W tej sytuacji w 1500 roku Joanna staje się dziedziczką Kastylii. 
I tu jej mąż pokazuje swoje prawdziwe oblicze - człowieka opętanego rządzą władzy, który posunie się do każdej niegodziwości aby otrzymać to czego pragnie. Sprawy gmatwają się jeszcze bardziej kiedy w 1504 roku umiera królowa Izabela - do boju o koronę staje ojciec Joanny - Ferdynand. Młoda kobieta wierzy, że ojciec ocali ją i jej dzieci - kiedy prawda wychodzi na jaw jest już za późno. 
W 1506 roku umiera mąż Joanny a królowa wyrusza w makabryczną podróż - przez blisko dwa lata błąka się z ciałem męża po Kastylii, aby wykonać jego ostatnią wolę i pochować go w Granadzie. Nigdy tam jednak nie dotrze - jej ojciec ogłasza, że córka oszalała z rozpaczy i więzi ją w Tordesillas, gdzie spędzi prawie 50 lat. Tam też zostanie pochowana przy boku ukochanego Filipa.

Powieść Gortnera to przepiękna historia wielkiej miłości, emocji które biorą górę nad zdrowym rozsądkiem, walki o władzę za wszelką cenę. A wszystko to na tle wielkiej europejskiej historii - konfliktu francusko - hiszpańskiego, wojen o Neapol, dynastycznej polityki Tudorów, umacniania się monarchii Habsburgów.
Czyta się jednym tchem. Polecam.

niedziela, 25 lutego 2018

Historia opiera się na kobietach

Iwona Kienzler to autorka kilkudziesięciu książek, głównie historyczno-obyczajowych. Zajmuje się głównie rolą kobiet w historii, ich wpływowi na bieg wydarzeń jako żon i przyjaciółek władców i znanych polityków, jak również losami pań bezpośrednio dzierżących ster władzy. Wśród bohaterek jej książek znajdzie czytelnik wierne i oddane żony, ale również mniej lub bardziej znane skandalistki, które swoimi wdziękami skutecznie zawracały w głowach mężczyznom, czy wreszcie kobiety z kręgu szeroko pojętej kultury.

W swojej najnowszej książce noszącej tytuł "Kochanki, księżne, królowe. Kobiety, które dały początek Polsce" autorka próbuje odpowiedzieć na pytanie - jakie były kobiety stojące u boku naszych pierwszych władców. To dosyć duży problem, jako że zachowało się bardzo niewiele źródeł pisanych z okresu pierwszych lat naszej historii, a i w tych które znamy sprawa żon czy córek władców (nie mówiąc już o nieformalnych związkach) praktycznie nie istnieje. Ba, nawet z tak ważną historycznie postacią jak żona Mieszka I badacze mają podstawowy problem - jak ona właściwie miała na imię? Dąbrówka? Dobrawa? A może jeszcze inaczej?

Autorka w swojej pracy opiera się na tekstach średniowiecznych kronik i relacji, chociaż jak sama przyznaje, bardzo często wprowadzają one zamęt - kronikarze zapisują niedokładnie imiona, zdarza im się połączyć w jedna postać dwie różne osoby noszące to samo imię, bądź opierając się na zasłyszanych relacjach podawać jako fakt plotkę (kilkakrotnie przekręconą...) Jakby tego było mało trzeba pamiętać jeszcze o tym, że w rodzinach panujących powszechny był zwyczaj nadawania tych samych imion...

Coś jednak o tych naszych przodkiniach udało się odnaleźć i ustalić i te ustalenia, oraz trochę różnorakich teorii, stanowią treść omawianej pozycji. 
Autorka ułożyła swoją pracę w kolejności chronologicznej poczynając od szerszego kontekstu, czyli położenia kobiet w plemionach słowiańskich, w dalszej części pojawiają się wiadomości na temat żeńskich bóstw słowiańskich oraz... Amazonek, które ponoć miały zamieszkiwać tereny dzisiejszego Mazowsza.
Każde dziecko w szkole słyszało z pewnością o królewnie Wandzie, co nie chciała Niemca oraz niejakiej Rzepisze vel Rzepce, która miała być towarzyszką życia Piasta, protoplasty naszej pierwszej dynastii - o tych  postaciach traktują dwa kolejne rozdziały kończące część legendarną ksiązki. 
Kolejne panie to już postacie historyczne - Dobrawa/Dąbrówka, czyli żona Mieszka I, kobiety Bolesława Chrobrego, Rycheza, żona Mieszka II i wreszcie Gertruda, córka tej ostatnie pary, pierwsza polska pisarka (autorka licznych modlitw spisanych w tzw. "Kodeksie Gertrudy").

Iwona Kienzler niewątpliwie potrafi pisać książki popularnonaukowe - prosty styl i nienapuszony język, ciekawe ujecie tematu, powstrzymanie się od czysto akademickich dywagacji to najważniejsze cechy jej prac. Owszem, bywa kontrowersyjna (jak chociażby w książce o Marii Konopnickiej) jednak potrafi zaciekawić czytelnika nawet tak odległą tematyką jak prezentowana w tej akurat książce. 
I jeszcze jedno, co dla mnie jest akurat szczególnie ważne, stara się przedstawić swoje bohaterki całościowo - tak dobre jak i złe cechy, próbuje też uświadomić współczesnemu czytelnikowi, że w dawnych czasach panowała inna obyczajowość niż dzisiaj, że ludzie (a już osoby będące u władzy w szczególności) musieli się kierować zasadami nie do końca zrozumiałymi czy akceptowanymi przez nas, osoby żyjące tu i teraz. To ważne, żeby na postać historyczną patrzeć w kontekście jej czasów, bo tylko wtedy można właściwie ocenić jej postępowanie.

Serdecznie polecam.

Książka bierze udział w wyzwaniu "Łów słów"

środa, 27 września 2017

To były piękne dni...

Alpaga, saturator, relaxy - współczesna młodzież najprawdopodobniej miałaby ogromny problem z wyjaśnieniem znaczenia tych słów. Nic dziwnego, gdyż z rzeczonych dóbr doczesnych korzystali młodzi ludzie z poprzedniej epoki, czyli ja i moi rówieśnicy...
Nie powiem nic nowego twierdząc, że każdy z nas ze szczególnym sentymentem wspomina swoją młodość, nawet jeśli przyszło ją przeżywać w trudnych czasach - ani ciężkie lata powojenne będące tłem dorastania moich rodziców ani stan wojenny i problemy lat 80. w których mnie przyszło wchodzić w dorosłość nie odebrały nam optymizmu i radości życia tak charakterystycznych dla młodych ludzi.

PRL - ponad 40 lat naszej historii to dla zdecydowanej większości współczesnych Polaków okres w którym przeżyli dzieciństwo, młodość lub wchodzili w dorosłe życie. I o nich i o czasach w których przyszło im żyć traktuje książka "Ta nasza młodość..." Kazimierza Kunickiego i Tomasza Ławeckiego.

Publikacja, którą firmuje wydawnictwo Bellona to zbiór 21 esejów na temat różnych aspektów życia w PRL-u. Autorzy podjęli się tu dosyć karkołomnego zadania - te 40 lat to tak naprawdę cztery różne pokolenia wchodzące w dorosłość w różnych warunkach - powojennej biedy lat 50., siermiężnych lat 60., małej stabilizacji gierkowskich lat 70. i wreszcie ocienionych stanem wojennym lat 80.. Na szczęście panowie Kunicki  i Ławecki wyszli z tego obronną ręką - każdy esej przedstawia jeden temat w ujęciu chronologicznym. Czytelnik nie tylko poznaje fakty, ale również od razu ma porównanie jak problem wyglądał w poszczególnej dekadzie. Z poszczególnych rozdziałów można się więc dowiedzieć o modzie, rozrywkach, spędzaniu czasu wolnego, problemach mieszkaniowych, pracach społecznych, podwójnych ślubach ( w sensie cywilny i kościelny) czy powszechnym uprawianiu sportu.
Osoby znające PRL z autopsji będą mogły z łezką w oku powspominać nieśmiertelne słomianki z przypiętymi wycinkami z kolorowej prasy zdobiące ściany młodzieżowych pokoi, gumy Donald z komiksem czy ogólnonarodową fascynację Wyścigiem Pokoju, kiedy to w czasie transmisji wyludniały się miejskie ulice i wiejskie opłotki, a wszyscy zaciskali kciuki za Stanisława Królaka czy Ryszarda Szurkowskiego.

Autorzy starają się w swojej publikacji przedstawić zwyczajne życie przeciętnego młodego Kowalskiego, dlatego też nie ma tu jakiejś wielkiej polityki czy rozrachunku z historią. Owszem wspomniane jest o biurokracji, korupcji, powszechnym "załatwianiu" rozmaitych dóbr czy problemach aprowizacyjnych (szczególnie w miastach) ale to była ta codzienność, która dotykała wszystkich Polaków. Autorzy starali się zachować obiektywizm w opisywaniu tamtej rzeczywistości i moim skromnym zdaniem całkiem nieźle im się to udało.

Jeśli miałabym się doszukiwać w tej książce jakichś wad to widzę jedną, ale dla mnie dosyć ważną - brak jakiegokolwiek materiału fotograficznego. Wydaje mi się, że chociażby kilkanaście zdjęć ilustrujących opisywane zjawiska wzbogaciłoby tę publikację, a osobom młodym niepamiętającym tamtego okresu dałoby wgląd w czasy w których żyli ich rodzice lub dziadkowie.

piątek, 20 lutego 2015

Ależ pan był kochliwy, panie Mickiewicz!

Jak się nazywa najsławniejszy polski poeta?

No jasne - Adam Mickiewicz (I co z tego, że on Litwin a nie Polak?). Nawet jeśli ktoś nie zna jego dzieł to przynajmniej nazwisko się o uszy w szkole obiło. Już w tzw. nauczaniu początkowym jakieś jego bajki występują, a później na języku polskim co i rusz się uczniowie o wieszcza potykają... Na temat poety powstają co jakiś czas nowe opracowania mniej lub bardziej naukowe - na mojej półce od dłuższego już czasu stała praca Sławomira Kopera "Kobiety w życiu Mickiewicza", która wreszcie doczekała się na swoją kolej.

Dzieła pana Adama zostały już po wielokroć omówione, przeinterpretowane, rozłożone na czynniki pierwsze wiec wiele nowego z nich już nie wyciśnie. Właściwie tak samo ma się sprawa z biografią poety, chociaż tutaj, dzięki mrówczej pracy synka Władzia (przy wsparciu córeczki Marysi), sporo białych plamek się znajduje, bowiem wieszcz nasz, wierny był zasadom filomatów, które osobiście wierszem zapisał "Użyjmy więc żywota, wszak żyjem tylko raz!" i nie zawsze postępował zgodnie z wysokimi normami moralnymi. Tymczasem najstarsza dwójka dzieci Mickiewicza uważała, że tato wielkim poetą był i pewne fakty mogłyby zaszkodzić jego legendzie. Tak przy okazji - gdyby Mickiewicz żył dzisiaj, to możliwe, że kochane dzieciątka nie tylko nie wybielałyby jego pamięci, ale parę stosownych skandalików by jeszcze dorzuciły, żeby na sławie tatusia ugrać coś dla siebie - paru celebryckich potomków jest na to najlepszym dowodem...

Ale wracajmy do wieszcza Adama i jego działalności na polu stosunków damsko-męskich. Najbardziej znana kobieta w jego życiu to zapewne pani Maria z Wereszczaków Puttkamerowa - muza i ukochana z lat wczesnej młodości i adresatka kilku pięknych wierszy. W moich szkolnych czasach mówiło się jeszcze o dwóch paniach - o żonie Celinie z Szymanowskich oraz o Henriecie Ewie Ankwiczównie na której wzorowana była postać Ewy, ukochanej Jacka Soplicy. I tyle.

Tymczasem pań w życiu poety było całkiem sporo - Mickiewicz w tym względzie był urodzonym demokratą i nie robił mu różnicy majątek, urodzenie, narodowość ani nawet ewentualny małżonek ukochanej. Polki, Litwinki, Rosjanki, szlachcianki i mieszczki, panienki i mężatki - serce wielkiego romantyka otwarte było dla wszystkich. Tak przy okazji po raz kolejny sprawdziło się powiedzenie, że jeśli ma się miękkie serce to trzeba mieć twardą.. no inną część ciała: niejednokrotnie źle ulokowane uczucia doprowadzały Mickiewicza do konfliktów z innymi wielbicielami, bądź wręcz mężami jego bogdanek co w efekcie kończyło się wyzwaniem na pojedynek lub, w najlepszym wypadku, zerwaniem stosunków towarzyskich.

Sławomir Koper w swojej pracy opiera się na dostępnych źródłach (czyli takich do których nie dorwał się Władysław Mickiewicz, bądź dorwał się, ale uznał, że one pamięci ojca nie zaszkodzą...) ale równie na istniejących już opracowaniach. Książka ma układ chronologiczny, wędrujemy więc za Mickiewiczem z Wilna do Kowna, później poprzez Petersburg, Odessę i Moskwę, aby wreszcie udać się na emigrację i ostatecznie osiąść w Paryżu.

Ponieważ teksty źródłowe nie zawsze są jednoznaczne (o pewnych rzeczach dżentelmen nie rozgaduje na prawo i lewo) więc w kilku miejscach autor książki posuwa się do spekulacji (aczkolwiek informuje o tym), jeśli w danym momencie i ku czci konkretnej damy powstał jakiś utwór to również o tym pisze, dodaje również informacje na temat dalszych losów adorowanych przez Mickiewicza pań. Starał się wiec Sławomir Koper możliwie dokładnie wyczerpać temat.

Czy mu się to udało? Myślę, że tak. Dla mnie co prawda wiele nowego w tej książce nie było, ale to z powodu takiego, że tematem mojej pracy magisterskiej był wspomniany wyżej Władysław Mickiewicz, więc siłą rzeczy temat wieszcza i jego życia prywatnego musiałam ogarnąć już kilkanaście lat temu. Ale jeśli ktoś niewiele wie a chciałby poszukać skandali w życiu naszego najsłynniejszego poety to jest to książka zdecydowanie dla niego.

czwartek, 29 marca 2012

Mroczne tajemnice świata sztuki

Po raz kolejny sięgnęłam do niezwykle bogatego zbioru kryminałów powstałych po drugiej stronie Bałtyku.  Zaliczyłam bowiem pierwsze spotkanie z Andersem Knutasem, policjantem ze szwedzkiej wyspy Gotlandii, bohaterem cyklu powieści Mari Jungsted. Książka o której chciałam napisać nosi tytuł "Umierający dandys" i jest czwartym tomem cyklu. Od razu uspokajam - w powieści są co prawda wspominane wcześniejsze losy głównych bohaterów, jednak sama intryga stanowi zamkniętą całość i brak znajomości poprzedzających ją tomów nie stanowi żadnej przeszkody w odbiorze tej książki.

Autorka jest dziennikarką (to chyba jakaś stała cecha skandynawskich "kryminalistów"), ma swój program w szwedzkiej telewizji a przygodę z pisarstwem rozpoczęła w 2003 roku. Wydała jak dotąd siedem powieści.

Egon Wallin jest właścicielem świetnie prosperującej galerii sztuki w Visby, stolicy Gotlandii. Poznajemy go w chwili kiedy organizowana przez niego wystawa młodego litewskiego malarza odnosi sukces a on sam planuje rozpocząć nowe życie - sprzedaje galerię, kupuje mieszkanie w Sztokholmie i postanawia rozwieść się z żoną. Niestety planów tych nie uda mu się nigdy zrealizować - zostaje zamordowany po zakończeniu wernisażu. Był człowiekiem ogólnie lubianym i szanowanym więc policja ma niejakie trudności z ustaleniem powodu morderstwa, tym bardziej, że motyw rabunkowy niemal od początku jest wykluczony. 
Kilka dni później ma miejsce włamanie do jednego z obiektów muzealnych w Sztokholmie. Złodziej wyniósł z niego tylko jedno dzieło sztuki - obraz Nilsa Dardela "Umierający dandys". Okazuje się, że między kradzieżą w Sztokholmie i morderstwem na Gotlandii istnieje jakiś tajemniczy związek...

Powieść nie jest jakoś szczególnie obszerna i czyta się ją dosyć szybko. Po raz kolejny zastanawiam się co jest takiego w tych skandynawskich kryminałach, że przyciągają coraz większe rzesze odbiorców. Akcja toczy się tu w niezbyt szybkim tempie (a czasem wręcz się wlecze), policjanci są zwykłymi ludźmi, z problemami, fobiami i wadami, nie ma nagłych zwrotów akcji ani widowiskowych pościgów czy strzelanin. Ot zwykła, codzienna, żmudna policyjna praca. I może to jest właśnie klucz do sukcesu? Może mamy już dosyć superglin zza wielkiej wody, a ci zwyczajni policjanci są dla nas postaciami realistycznymi? Coś w tym pewnie jest...

O  ile do samej historii zastrzeżeń nie mam, co więcej, miałam poważne trudności z wykryciem "kto zabił?", więc już samo to zwiększa ocenę końcową, to mam parę uwag do wydawcy, którym jest Bellona. Nie znalazłam na szczęście błędów ortograficznych, ale już gramatyczne i interpunkcyjne w oko mi wpadły. Może nie w jakiejś zatrważającej ilości, ale jednak były - czyli korekta się nie spisała.
Mam też zastrzeżenia do pani tłumaczki - nie wiem jak to w oryginale było, ale jak czytam, że 53-letni facet otwarł "buzię" ze zdziwienia, albo, że "buzia" mu posmutniała to mnie skręca... Inny przykład - jeden z bohaterów, również pan, 50-60 lat, nie może spać, wstaje i wkłada "podomkę" - nie wiem, może w Szwecji taka moda, ale chyba chodzi o zwykły, banalny szlafrok. I jeszcze kilka takich "od czapy" określeń by się znalazło - niby nie zaciemniają tekstu, ale zgrzytają jak piasek między zębami.

Pomijając te potknięcia w tłumaczeniu i korekcie książka powinna się spodobać:)

Nils Dardel "Umierający dandys"

wtorek, 28 lutego 2012

Na szlaku pierwszej krucjaty

Paul Doherty to brytyjski historyk i pedagog, dyrektor jednej z większych szkół średnich w kraju oraz pisarz mający w swoim dorobku literackim niemal 100 książek. Przez wiele lat publikował je pod różnymi pseudonimami (CL Grace, Michael Clynes, Ann Dukthas, Paul Harding, Anna Apostolou i Vanessa Alexander) jednak już od kilku lat wydaje swoje prace tylko pod własnym nazwiskiem.

Pisarz zajmuje się szeroko pojętą historią – jego książki osadzone są w realiach starożytnego Egiptu, klasycznej Grecji, średniowieczu jak również w czasach panowania dynastii Tudorów. Doherty tworzy zarówno prace popularnonaukowe jak i beletrystykę. Na polskim rynku ukazały się dwie jego książki – „Templariusz” i „Templariusz czarownik” (obydwie nakładem wydawnictwa Bellona) będące częścią planowanej trylogii o losach najsłynniejszego ale również najbardziej tajemniczego zakonu rycerskiego.
„Templariusz” pomyślany jest jako kronika pierwszej krucjaty, która wyruszyła do Ziemi Świętej w 1096 roku i po trzech latach, w lipcu 1099 roku, zajęła Jerozolimę. Autorką kroniki jest Eleonora de Payens, siostra Hugona de Payens i przyjaciółka Gotfryda z St. Omer – krzyżowców i założycieli Zakonu Ubogich Rycerzy Świątyni, popularnie zwanych templariuszami. Znakomita większość bohaterów książki to postacie znane z kart historii, opisywane wydarzenia miały miejsce w rzeczywistości a autor pisząc swoją książkę opierał się na autentycznych dokumentach i relacjach uczestników krucjaty oraz na opracowaniach historycznych.

Oczami Eleonory oglądamy przygotowania do wyprawy, trudności jakie musieli pokonywać krzyżowcy wędrując przez południową Europę i Bizancjum a przede wszystkim krwawe bitwy toczone z Saracenami, roczne walki o Antiochię a wreszcie oblężenie Jerozolimy i ostateczne zwycięstwo rycerstwa europejskiego nad muzułmanami. Eleonora to młoda kobieta, ogarnięta, podobnie jak wiele osób tamtej epoki, zapałem religijnym podsycanym przez duchowieństwo. Początkowo naiwnie wierzy, że wszystkimi uczestnikami krucjaty powodują religijne pobudki, ale dosyć szybko zaczyna dostrzegać inne, nie mniej ważne, powody dla których tysiące ludzi porzuciło swoje dotychczasowe życie i wyruszyło w nieznane – chociażby chęć zysku, ucieczkę przed sprawiedliwością czy poszukiwanie przygód. W miarę upływu czasu Eleonora traci swój idealizm i zaczyna wątpić w słuszność sprawy oraz boską opiekę nad Armią Boga.

Warto nadmienić, że autor nie ograniczył się tylko do opisu krucjaty – w opowieści mamy przygodę, tajemnicę, poszukiwanie skarbu a także wątek romansowy, które wzbogacają fabułę i pomagają odetchnąć od opisów okrucieństw wobec wrogów stosowanych przez obydwie strony konfliktu.

Książka Paula Doherty’ego jest bardzo trudna do sklasyfikowania w jakimś jednym gatunku literackim. Nie jest bowiem pozycją popularnonaukową, gdyż występują w niej osoby fikcyjne (choćby sama Eleonora) a jak na powieść historyczną jest napisana zbyt poważnym językiem. W filmowym żargonie jest takie określenie „fabularyzowany dokument” i „Templariusz” jest takim właśnie utworem – to zbeletryzowana wersja pracy naukowej. Czy to dobrze? Uważam, że tak, gdyż daje nieco inne spojrzenie na jeden z najpopularniejszych motywów literackich.

Legenda krucjat, zakonów rycerskich w ogóle a templariuszy w szczególe to temat wielu książek i filmów. I niestety obraz który możemy w nich znaleźć bardzo często jest wyidealizowany a przez to zwyczajnie przekłamany. Doherty pokazuje krzyżowców i ich wyprawę w całkiem innym świetle – krucjata to nie rycerska przygoda, którą można opiewać w utworach trubadurów, to wędrówka, często w głodzie i chłodzie, to krwawe walki, nieludzkie wręcz okrucieństwo wobec wrogów, stosy niepogrzebanych ciał, brak żywności prowadzący nawet do aktów kanibalizmu. A i uczestnicy wyprawy niewiele mają wspólnego z idealnymi bohaterami na miarę Cyda czy Rolanda – to, jakże często, ludzie pozbawieni zasad, okrutni, mściwi, zachłanni, skłóceni między sobą, bez skrupułów wykorzystujący innych do swoich celów.

„Templariusz” nie jest kolejną rozrywkowo-sensacyjną historią o rycerzach-zakonnikach. To pozycja, która zmusza do refleksji, nie tylko nad historią, ale również, a może przede wszystkim nad ludzką naturą. Bo jak wytłumaczyć, że w imię Chrystusa, głosiciela pokoju i miłosierdzia popełniano najokrutniejsze zbrodnie i mordowano niewinnych w imię woli bożej?
Na to pytanie sami musimy spróbować znaleźć odpowiedź…

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu Na Kanapie


poniedziałek, 2 stycznia 2012

Nie zawsze korzystanie ze świetnych wzorców jest gwarancją sukcesu...

Przez przypadek odnaleziony zostaje pewien wiekowy artefakt. O odczytanie znajdującej się na nim inskrypcji zostaje poproszony wybitny amerykański uczony. Szybko okazuje się, że znaleziskiem interesuje się pewien watykański hierarcha. Rozpoczyna się wyścig w którym stawką jest życie profesora i związanych z nim osób a także losy całego świata.

Jeżeli ktoś po przeczytaniu tego wstępu doszedł do wniosku, że będzie to recenzja któregoś bestsellera Dona Browna (ze wskazaniem na „Anioły i demony”) to jest w błędzie – aczkolwiek przy lekturze często miałam wrażenie, że autor czytanej przeze mnie książki zalicza się do wielbicieli twórcy postaci Roberta Langdona.

Autorem „Kodu Atlantydy”, bo o tej książce mowa, jest amerykański pisarz Charles Brokaw. Jak przeczytałam w notce biograficznej zamieszczonej w książce prowadzi bardzo aktywne życie. Był wykładowcą uniwersyteckim, nauczycielem, trenerem a nawet występował na rodeo. Gościnnie wykłada m.in. w Akademii West Point, zdarzają mu się odczyty dla CIA. Bardzo dużo podróżuje, jest pasjonatem lotnictwa, polityki międzynarodowej i nowoczesnej broni. Z oficjalnej strony pisarza dowiedziałam się, że „Kod Atlantydy” to jego debiutancka powieść, a na fali jej popularności powstały dwa kolejne tomy przygód przystojnego i uwodzicielskiego Thomasa Lourdsa – wybitnego profesora lingwistyki.

Tak jak napisałam we wstępie Lourdes zostaje poproszony o ekspertyzę znalezionego w Aleksandrii starożytnego artefaktu – glinianego dzwonka pokrytego niezrozumiałymi inskrypcjami. Szybko się okazuje, że niepozorny przedmiot ma dla kogoś ogromną wartość – grupa świetnie wyszkolonych najemników kradnie dzwonek, ale na szczęście Lourds zdążył go wcześniej sfotografować. Tymczasem w oddalonym o setki kilometrów Riazaniu rosyjska archeolog Julia Hapajew bada tajemnicze znalezisko – gliniany talerz pokryty tajemniczymi inskrypcjami. Uczona zostaje zamordowana przez zawodowych zabójców, którzy kradną talerz. Ich tropem rusza siostra zabitej Natasza, która jest oficerem służb specjalnych oraz profesor Lourds (Julia była jego przyjaciółką) i dwójka brytyjskich dziennikarzy – reporterka Leslie i kamerzysta Gary. Ich pełna przygód podróż prowadzi przez Europę i Afrykę aż do mitycznej Atlantydy, a właściwie do tego co po niej pozostało.

Autorowi nie można odmówić pomysłowości – odkrycie Atlantydy, pradawne instrumenty będące kluczem do największych tajemnic, tajne bractwo strzegące równie tajemnej biblioteki – wszystko to mogłoby być podstawą świetnej powieści sensacyjnej. No właśnie mogłoby być ale nie jest. Brokaw jakby się przestraszył, że wymyślił coś oryginalnego i szybko powędrował śladami swojego słynnego kolegi po piórze czyli wspomnianego wcześniej Browna. „Kod Atlantydy” nie jest na szczęście kalką „Kodu Leonarda da Vinci” i „Aniołów i demonów” ale jeśli ktoś czytał te książki to szybko wychwyci analogie.

Nie popisał się też autor jeśli chodzi o konstrukcję głównych bohaterów – Lourds to taki trochę Indiana Jones, chociaż zdecydowanie mniej sympatyczny, Natasza to wręcz jakiś cyborg, prawie jak rosyjskie agentki z filmów o Jamesie Bondzie, a Leslie to rozkapryszona blond Barbie o inteligencji, no może nie chełbi modrej, ale niewiele wyższej. Przyszło mi do głowy, że autor starał się korzystać ze sprawdzonych filmowych i literackich wzorów jednak nie do końca mu się to udało. Ale w kilku fragmentach widać potencjał i mam nadzieję, że przy kolejnych książkach uwierzył we własne możliwości i stworzył coś bardziej godnego uwagi niż ta, niestety mocno przeciętna, powieść. W każdym razie jeżeli któraś z tych książek doczeka się polskiego wydania chętnie się z nią zapoznam, żeby zobaczyć czy autor się rozwija i czy robi to w dobrym kierunku.

I na koniec jeszcze bardzo niepochlebna uwaga co do polskiej edycji. „Kod Atlantydy” wydany został przez „Bellonę”, wydawałoby się dosyć dobre wydawnictwo. Niestety w wypadku tej książki poniosło porażkę. Tylu literówek, błędów gramatycznych, interpunkcyjnych a nawet ortograficznych dawno już nie widziałam. Początkowo nawet sobie zaznaczałam co bardziej rzucające się w oczy błędy, ale szybko przestałam, kiedy na jednej kartce zmuszona byłam użyć trzech spinaczy. Nie wiem co robiła przy tej książce korekta (a w metryczce informację o takowej znalazłam) – ale raczej nie sprawdzała tekstu przed publikacją…

Generalnie książka dla bezkrytycznych wielbicieli gatunku, ewentualnie dla osób, które nie czytały jeszcze zbyt dużo literatury sensacyjnej – dla nich opisywane wydarzenia będą czymś nowym i ciekawym…

Książkę przeczytałam dzięki serwisowi Na Kanapie