Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura polska. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 maja 2019

W telegraficznym skrócie - kwietniowa Trójka e-pik

Kwiecień to dla nauczycieli nie najlepszy czas na pozaszkolną działalność, bo jest to czas rozmaitego rodzaju egzaminów. W tym roku dopadło mnie podwójnie - zdawała moja gimnazjalna klasa ale również byłam zaangażowana w egzaminy obydwu szkół podstawowych w których pracuję. Tak przy okazji - nawet pracując w dwóch zakładach oświatowych nie zarabiam tych bajońskich sum o których bajdurzy pani minister Zalewska i jej klika...

Ale nie o tym miało być tylko o trzech książkach przeczytanych w ramach wyzwania "Trójka e-pik" na blogu Sardegny.
Oto one.

"Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce" Mariusza Urbanka to coś na kształt biografii jednego z najbardziej znanych twórców literatury dziecięco - młodzieżowej dwudziestolecia międzywojennego. Piszę "coś na kształt" bowiem praca ta moim zdaniem nie wyczerpuje fenomenu tego pisarza, na książkach którego wychowało się kilka pokoleń Polaków. Któż z nas nie zna Koziołka Matołka czy Adasia Cisowskiego zwanego Szatanem (z siódmej klasy). To najbardziej znani bohaterowie pana Makuszyńskiego, ale przecież jest jeszcze Basia Bzowska ("Awantura o Basię"), Ewa Tyszowska ("Szaleństwa panny Ewy), Irenka Borowska ("Panna z mokrą głową") i wielu innych.
Kornel Makuszyński to jeden z moich ulubionych pisarzy, i chociaż od lat nie jestem podlotkiem dla której to kategorii wiekowej przeznaczone były jego książki to w dalszym ciągu chętnie do niego wracam. Starałam się też czytać coś na temat samego autora, więc w pracy Mariusza Urbanka nie znalazłam za wiele nowych dla mnie faktów. Chyba najbardziej byłam zainteresowana tym co działo sie z Makuszyńskim po wojnie, kiedy ówczesne władze starały się go wymazać ze świadomości publicznej, kiedy nie drukowano jego książek a z bibliotek usuwano znajdujące się tam egzemplarze. Niestety, ten akurat rozdział z życia pisarza potraktował autor bardzo skrótowo.
Szkoda, bo mogła to być książka bardzo dobra a jest zaledwie dobra... 

********************************************


Joanna Chmielewska jest dobra na wszystko. Owszem ale nie każda jej książka. Tym razem trafiła mi się taka trochę słabsza, czyli "Dwie głowy i jedna noga".
Rzecz dzieje się w latach 90. Joanna jedzie do Paryża aby tam spotkać się z mężczyzną swojego życia. Owego Grzegorza poznała jeszcze w czasach młodości, ale jakoś nigdy im się nie składało - na drodze stali współmałżonkowie (tzn. jak jedno było stanu wolnego to drugie wręcz przeciwnie), wyjazdy do pracy za granicę, wreszcie zwykła ludzka zawiść. Teraz wreszcie po latach udało się odnowić kontakty i zaplanować spotkanie. Tak więc Joanna wybywa nad Sekwanę.
Wydawać by się mogło, że to nic prostszego. Niestety nie w tym wypadku. Po pierwsze przed Łodzią Joanna jest świadkiem wypadku drogowego. Po drugie na granicy okazuje się, że jej ubezpieczenie jest nieaktualne i musi odrobić rozmaite formalności aby móc wjechać do Niemiec. Po trzecie już we Francji ma wrażenie, że ktoś ją śledzi przystaje więc w zatoczce przy autostradzie i odpracowuje rozmaite czynności przy samochodzie łącznie z otwarciem bagażnika. I tu niespodzianka - w bagażniku znajduje się... odcięta ludzka głowa.
Normalny człowiek doznałby przynajmniej lekkiego wstrząsu, ale nie Joanna. Po chwilowym ogłupieniu jedzie dalej...

To jedna z nielicznych książek Joany Chmielewskiej, która nie wywołała we mnie ataku śmiechu. Owszem uśmiechnęłam się kilka razy, ale do zacieszu znanego mi z lektury innych powieści tej pani było mi daleko. Czym to było spowodowane? Po pierwsze zbyt dużo zbiegów okoliczności. Rozumiem, że środowisko architektów nie jest jakoś specjalnie rozrośnięte, a i kryminał ma swoje wymagania (im mniej bohaterów drugoplanowych tym lepiej) ale nie należy popadać w przesadę. Po drugie, i to chyba jest główny powód, Joanna Chmielewska nawiązuje w tej książce do rozmaitych afer które miały miejsce właśnie w tamtym okresie. Nie pisze oczywiście o konkretnych przekrętach, bardziej jest to ogólna opinia o tym co się dzieje w rozmaitych służbach, o byłych prominentach, którzy pomimo zmiany ustroju dalej mają się dobrze i tylko zmienili teren swojej działalności. Z kartek książki przebija gorzka prawda o tym, że chociaż wszystko się zmieniło to tak naprawę zmieniło się niewiele...

*****************************************


Andrzeja Pilipiuka znałam do tej pory tylko z serii opowiadającej o kuzynkach Kruszewskich. Ponieważ tamte powieści mi się podobały więc z chęcią sięgnęłam po kolejną książkę tego autora czyli "Wampira z M-3".
Warszawa, lata 80.. PRL wciąż jeszcze ma się dobrze, chociaż powolutku zbliżają się nowe czasy. Gosia to warszawska licealistka, jej ojciec jest ważną partyjną figurą. Pewnego dnia popełnia samobójstwo, jednak, co najbardziej dziwi ją samą żyje w dalszym ciągu. Szybko dociera do niej, że jest wampirem. Po emocjonującym spotkaniu z rodziną (jedni do niej strzelają z broni myśliwskiej, inni odprawiają egzorcyzmy) musi radzić sobie sama. Na swoje szczęście spotyka innego warszawskiego wampira, ślusarza Marka, który wprowadza ją w świat stołecznych nieumarłych oraz innych dziwnych stworzeń.
Życie w PRL-u dla nikogo nie było proste, ale już wampiry mają całkiem pod górkę. Tyle szczęścia, że nie muszą się martwić o kartki na żywność...
Gosia, Marek i ich przyjaciele przeżywają rozmaite przygody, spotykają Jakuba Wędrowycza (swoją drogą Pilipiuk chyba wpycha go w każdą swoją książkę) a nawet literacką legendę PRL-u czyli Pana Samochodzika. I mimo wszystko jakoś ta książka mnie nie porwała. To znaczy przeczytałam bez bólu ale i bez euforii.

Tak teraz patrzę, że właściwie żadna z przeczytanych książek nie wywołała u mnie efektu "Łał" ;) I tylko nie wiem czy faktycznie one takie bardziej słabe, czy po prostu ja byłam tym szkolnym wariactwem uchechłana jak koń po westernie i nic nie było w stanie zrobić na mnie wrażenia.

wtorek, 26 marca 2019

Czy powstanie to właściwe miejsce dla młodej dziewczyny?

Powstanie Warszawskie nie od wczoraj budzi liczne kontrowersje. 63 dni walki to z jednej strony niespotykany heroizm i patriotyzm mierzony krwią powstańców, z drugiej to śmierć setek żołnierzy i cywili zamieszkujących miasto, a i Warszawa stała się morzem gruzów.
Gdyby zapytać samych powstańców (niewielu już ich niestety zostało...) co dzisiaj, po latach sądzą o tamtych letnich dniach 1944 roku to większość z nich pewnie powiedziałaby, że tak było trzeba. I to pomimo tego, że właściwie od początku wiadomo było, że będzie trudno, a po kilku dniach nadzieja na zwycięstwo zaczęła się ulatniać z dymem kolejnych burzonych przez Niemców domów.

Wśród powstańców było wiele dziewcząt - pełniły obowiązki pielęgniarek i łączniczek, przenosiły meldunki, opatrywały rany, trzymały za rękę umierających żołnierzy, niektóre walczyły z bronią w ręku. Dziennikarka Anna Herbich,  autorka "Dziewczyn z powstania" dotarła do kilkunastu z nich i namówiła na wspominki dotyczące tamtych wydarzeń. Jedną z powstańczych dziewczyn występujących w książce jest Irena z Wilgów Herbich, babcia autorki.

Bohaterki książki pochodzą z różnych środowisk, mają różną sytuację rodzinną, niektóre są w konspiracji, inne próbują normalnie żyć i przetrwać w tych nienormalnych czasach. Każda z nich trochę inaczej widzi tamte dni: Halina na kilka godzin przed wybuchem powstania urodziła syna, Jacuś, synek Ireny miał dopiero cztery miesiące - obydwie były gotowe zrobić wszystko aby uratować dzieci; Jadwiga do Warszawy przedziera się z Kresów gdzie już rozpoczęły się rządy władzy ludowej; Anna, pochodząca z jednej z najważniejszych rodzin II Rzeczpospolitej trafia do radzieckiej niewoli, która jest jeszcze gorsza niż walka w zniszczonej stolicy, a jeszcze Sławka, Zosia, Teresa...  Tym co je łączy jest siła i wola przetrwania.

"Dziewczyny z powstania" opisane przez Annę Herbich to tak naprawdę normalne, zwykłe młode kobiety, które chciały kochać i być kochane, które cieszyły codzienne drobiazgi i chwile spędzane z najbliższymi. Wojna im to zabrała, a one stanęły w powstańczym szeregu aby odzyskać to co straciły - jeśli nie dla siebie, to dla swoich dzieci i wnuków. I my, pokolenie ich wnuków i prawnuków nie możemy o tym zapomnieć, nie ważne jaki mamy osobisty stosunek do powstania i tych, którzy go wywołali.

środa, 20 lutego 2019

Kraków w dwóch odsłonach

Lucyna Olejniczak jest stuprocentową krakowianką - tu się urodziła, tu mieszka, tu pracowała, a teraz, będąc już na emeryturze, pisze swoje książki, których akcja jest osadzona oczywiście w jej rodzinnym mieście.

"Hanka" to pierwszy tom cyklu "Kobiety z ulicy Grodzkiej", który opowiada o losach mieszkanek jednej ze staromiejskich kamienic od końca XIX wieku do czasów powojennych. 
Tytułowa Hanka to młodziutka służąca zatrudniona w domu aptekarza Franciszka Bernata. Zachodzi w ciążę ze swoim pracodawcą i wykrwawia się rodząc śliczną, zdrową córeczkę. W tym samym czasie Klementyna, żona Bernata, rodzi również córkę, która niestety umiera. Odbierająca obydwa porody akuszerka zamienia noworodki - uważa, że należy ratować dziecko Hanki, a aptekarzowej, która kilkakrotnie już poroniła, bądź urodziła martwe dzieci dać wreszcie zaznać szczęśliwego macierzyństwa.
Przed śmiercią Hanka rzuca na Bernata i jego potomków straszną klątwę. Nie zdaje sobie sprawy, że w ten sposób krzywdzi również swoją córeczkę Wiktorię...

Mała Wiktoria dorasta nie znając własnego pochodzenia, walcząc o akceptację ojca, który ma jej za złe, że nie jest upragnionym synem, opiekując się młodszymi braćmi a kiedy wydaje się, że w jej życiu wreszcie coś się zmieni na lepsze stara klątwa ponownie daje o sobie znać.

Powieść Lucyny Olejniczak przenosi nas do czasów, kiedy kobiety najczęściej zamknięte są w czterech ścianach własnego domu a ich najważniejszym zadaniem jest rodzenie i wychowanie dzieci oraz dbanie o wygodę pana i władcy, czyli własnego męża. Zdolna i inteligentna Wiktoria chce się uczyć, marzy o studiach farmaceutycznych ale jej ojciec nie chce o tym słyszeć. Na szczęście dla dziewczyny jej młodsi bracia nie spełniają nadziei Bernata i ostatecznie godzi się na dalszą edukację córki i jej pracę w rodzinnej aptece.

"Hanka" to powieść którą całkiem nieźle się czyta, akcja toczy się wartko, nie ma jakiegoś przesadnego psychologizowania a bohaterowie wzbudzają w czytelniku pewne emocje. Co ważne nie ma tu cudownych zbiegów okoliczności a postacie nie są czarno-białe. Niestety nie udało się autorce ustrzec pewnych niekonsekwencji (chociażby jak to się stało, że skrupulatny, a wręcz skąpy Bernat nie zauważa, że Wiktorii zdarza się dać jakiemuś biedakowi leki za darmo), ale uczciwie muszę przyznać, że już mam na półce kolejne tomy serii, bo bardzo jestem ciekawa jak potoczą się dalsze losy kobiet z ulicy Grodzkiej.

**********************************************

Sara Weronika Sokalska, bohaterka książki "Spalić wiedźmę", której autorką jest Magdalena Kubasiewicz powraca!

Od wydarzeń, które opisane zostały w pierwszym tomie przygód Saniki minął rok. Polanią w dalszym ciągu włada król Julian Łukomski, Sanika nadal jest Pierwszą Czarownicą, Loża Magów (a szczególnie jej przewodniczący) w dalszym ciągu rzucają jej kłody pod nogi, Smok Wawelski udziela dobrych rad - czyli wszystko po staremu.
Niestety spokój nie trwa długo. W mieście i na zamku zaczynają pojawiać się duchy, ma Uniwersytecie Jagiellońskim zostaje zamordowany jeden z profesorów Wydziału Magicznego a w bestialskim rytuale ginie jeden ze studentów tegoż wydziału. Sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli, Sara coraz częściej traci nad sobą panowanie i przy okazji nad własną magią również.
Wygląda na to, że ktoś celowo ją osacza, ktoś kto wie o niej i jej przeszłości stanowczo zbyt wiele...

"Wiedźma Jego Królewskiej Mości" to kontynuacja, więc siłą rzeczy czytając porównywałam ją do części pierwszej. Jak wyszło to porównanie? Cóż... Moim zdaniem "Spalić wiedźmę", czyli tom pierwszy serii jest lepszy. Aczkolwiek obiektywnie rzecz biorąc do tomu drugiego nie ma się właściwie o co przyczepić - akcja jest przemyślana, bohaterowie również, Sara nie straciła nic ze swojej zadziorności a Julek, przepraszam - król Julian dalej troszkę się boi swojej czarownicy. Rozwiązanie intrygi jest pomysłowe i nie całkiem oczywiste, parę spraw nadal nie jest wyjaśnionych (chociażby pochodzenie i historia życia Saniki - coś tam się możemy dowiedzieć, ale to bardziej domysły niż pewność) a zakończenie otwarte tak jak to tylko możliwe, co daje nadzieję, że Sara jeszcze kiedyś powróci.

Co więc jest nie tak?
Myślę, że części drugiej brakuje trochę krakowskiego klimatu. Oczywiście akcja toczy się w Krakowie, ale raczej gdzieś w osiedlowych dekoracjach, czyli tak naprawdę mogło by to być każde inne miasto... Ale to może tylko takie moje wrażenie - osoby zakochanej w Krakowie już od kilkudziesięciu lat.
Jakby nie było powieść naprawdę warto przeczytać.

czwartek, 31 stycznia 2019

Trzy po trzy czyli "Trójka e-pik" powraca

Mój ty świecie... Wychodzi na to, ze umarłam medialnie a teraz nastąpi zmartwychwstanie ;)
A zmartwychwstanie następuje na rzecz niejakiej "Trójki e-pik", dawnego pomysłu Sardegny, któren to pomysł też ożył w tym miesiacu po dosyc długiej hibernacji.
W ramach tejże "Trójki" należało przeczytać trzy książki z określonymi motywami - duchy, góry, smieszny kryminał. Oczywiście każdy motyw osobno, chociaż jakby się ktoś uparł to może udałoby się zmieścić wszystko w jednym dziele.
Pomimo rozlicznych obowiązków udało mi się wybrane lektury przeczytać. i to nie byle gdzie, bo w samym Zakopanem gdzie przebywałam w czasie ferii w charakterze wychowawcy na kolonii. Zeby nie było - nie zaniedbywałam swoich obowiązków w czasie dnia. Natomiast po 22-giej, kiedy moje chłopaczyska powinny teoretycznie słodko spać w łóżeczkach siadałam sobie pod lampeczką na korytarzu (tak żeby widzieć wszystkie drzwi do pokojów) i czytałam, często do późnych godzin nocnych, tzn. do czasu kiedy moi panowie znudzeni i zdenerwowani moim okrucieństwem (bo przecież na kolonii najfajniejsze rzeczy dzieją się w godzinach nocnych) szli wreszcie spać...

"Za stare grzechy" Izabelli Frączyk to pierwszy tom cyklu "Śnieżna grań" opowiadającego o rodzinie Stachowiaków prowadzącej na Podhalu rodzinny biznes turystyczno-wypoczynkowy. Rodzina składa się z mamy i dwójki dorosłych dzieci, bowiem ojciec rodziny zginął kilka lat wcześniej w nieszczęśliwym wypadku. Firma składa się z pensjonatu, restauracji, stoku narciarskiego z wyciągiem, wypożyczalni sprzętu oraz szkółki narciarskiej. Biznesem gastronomicznym zarządza mama, syn Edek odpowiada za stok i wyciąg natomiast córka Lola zajmuje się szkoleniem przyszłych narciarzy oraz wypożyczalnią. Do rodziny należy jeszcze stryj Józek oraz Mania ośmioletnia córeczka Loli.
Główną bohaterką tego tomu jest Lola, która z jednej strony musi się uporać z przeszłością, a konkretnie z tatusiem Mani, o którego dziewczynka zaczyna coraz natarczywiej się dopytywać, a z drugiej strony zadecydować co zrobić z nową całkiem obiecującą znajomością z pewnym polsko-austriackim biznesmenem.
Książkę czyta się bez bólu, ale jakaś wybitna literatura to niestety nie jest... Akcja jest przewidywalna, postacie bohaterów też, jak to mówi moje dziecko "mocne 2 na 10". widziałam, że wyszedł już drugi tom, jak będę miała dużo czasu to może sięgnę, ale przymusu nie czuję.

Nora Roberts to uznana marka i chociaż romansów nie czytuję jakoś namiętnie to akurat jej książki mi się podobają.
"Noc na bagnach Luizjany" to historia osadzona w starej posiadłości leżącej na obrzeżach Nowego Orleanu. Posiadłość ma nieciekawą opinię, od wielu lat nikt w niej nie mieszka, a wszyscy kolejni właściciele nie wytrzymują tu dłużej niż kilka tygodni. Teraz tę posiadłość kupuje prawnik z Bostonu Declan Fitzpatrick, który właśnie zerwał z narzeczoną i postanowił zacząć nowe życie jak najdalej od rodzinnego miasta. Szybko dowiaduje się, że przed stu laty rozegrała się tu wielki dramat - dwóch braci zginęło w tragicznych okolicznościach a żona jednego z nich zniknęła zostawiając maleńką córeczkę.
Declan poznaje Angelinę, w prostej linii potomkinię tamtego rodu. Szybko też orientuje się, że w swoim nowym domu nie jest sam - słyszy płacz dziecka, ma wizje i czuje czyjąś wrogą obecność. A babcia Angeliny mieszkająca nieopodal posiadłości w chatce na bagnach utrzymuje, że Declan zjawił się tu nieprzypadkowo...
Chociaż od początku wiadomo, ze powieść zakończy se happy endem czyta się ją z przyjemnością. Tak przy okazji - okazuje się, że ta powieść Nory Roberts ma swoją filmową wersję , całkiem zresztą udaną.

Nieodżałowanej pamięci Chmielewska Joanna to jedna z moich ukochanych autorek, przeczytałam już niemal wszystko co wyszło spod jej ręki. Jedną z nieprzeczytanych dotąd powieści była "Tajemnica", jak to zwykle u tej pisarki kryminał z dużą dawką humoru.
Rzecz dzieje się na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Joanna, jak to zwykle ona, wplątuje się w kryminalną aferę. Początkowo wydaje się, że afer jest kilka - narkotyki, handel brylantami wreszcie oszustwa w kasynie. W tle majaczy się jeszcze porwanie dziecka oraz seria nieszczęśliwych wypadków, których ofiarami są osoby związane nawet pośrednio z wymienionymi wyżej procederami. Joanna w towarzystwie swojego przyjaciela Gucia stara się dojść o co właściwie chodzi w tym wszystkim. Po raz chyba pierwszy nie ufa swojej ukochanej milicji, która zresztą zdążyła się już przekwalifikować na policję, bo okazuje się, ze w aferę wplątani są również przedstawiciele służb mundurowych.
Historia jest w porządku, jak to u Chmielewskiej humor słowny i sytuacyjny na całkiem niezłym poziomie, jak ktoś nie zna to może warto poznać.

piątek, 23 listopada 2018

Podwójna dawka Kiśla ;)

Marta Kisiel dała się już kilka lat temu poznać jako autorka bestsellerowych powieści dla dorosłego czytelnika a w ostatnim czasie zaliczyła bardzo udany debiut jako pisarka dziecięca. W książce "Małe Licho i tajemnica Niebożątka" powróciła do swoich najpopularniejszych bohaterów, czyli Konrada Romańczuka i jego zwariowanej rodzinki zamieszkujących dom na obrzeżach miasta.

Od chwili, kiedy toczy się akcja "Siły niższej" minęło 9 lat. Mały Bożydar Antoni Jakiełłek, zwany Bożkiem wychowuje się w pełnej miłości atmosferze mając za towarzysza zabaw Licho, małego potwora Gucia oraz widma niemieckich żołnierzy zamieszkujących strych. Chłopiec jest inteligentny i kreatywny, ma dobre serce i otwartą głowę. Jego spokój burzy jednak wujek Konrad, który uważa, że Bożek powinien iść do szkoły i mieć kontakt z innymi dziećmi.
Zderzenie ze światem jest dla chłopca dosyć bolesne. Cóż z tego, że świetnie radzi sobie z nauką, kiedy nie ma wspólnego języka z kolegami - nie wie co to FIFA i minionki, nie lubi Spidermana, a w jego domu nie ma telewizora!
Najgorsze ma jednak dopiero nastąpić...

"Małe Licho i tajemnica Niebożątka" to powieść skierowana do dzieci, ale i dorosły czytelnik będzie się dobrze bawił przy tej lekturze.
Marta Kisiel i jej książki to dla mnie fenomen - niby prosta historia, napisana z humorem i odpowiednią dawką równoważącego go liryzmu, taka lekka opowiastka. Tymczasem pod tą lekkością kryje się drugie dno - autorka porusza tak poważne tematy jak dorastanie, brak akceptacji rówieśników i trudności w dogadaniu się z dorosłymi. 
Dodatkowym bonusem są przepiękne ilustracje Pauliny Wyrt - ciekawe jak wyglądałyby inne książki Marty Kisiel w jej oprawie graficznej.

*****************************************************

Druga z książek Marty Kisiel, którą przeczytałam w ostatnim czasie to "Toń". 
Głównymi bohaterkami są trzy kobiety z rodziny Sternów - Klara oraz jej bratanice Eleonora i Dżusi. Ich dom nigdy nie był normalny - rodzice Eleonory i Dżusi zaginęli, gdy były małymi dziećmi a Klara miała 16 lat. Kiedy dorosły ich drogi się rozeszły - Dżusi wyjechała, natomiast Eleonora została z ciotką i podjęła pracę w bibliotece. Teraz, na prośbę Klary, Dżusi przyjeżdża do rodzinnego domu, aby w czasie nieobecności ciotki pomóc siostrze i zająć się Kotem.

W domu Klary i Eleonory panują sztywne zasady - jedna z najważniejszych to ta, że do mieszkania nie wolno nikogo wpuścić. Niestety Dżusi łamie tę zasadę kiedy przed drzwiami staje tajemniczy antykwariusz mówiąc, że ciotka obiecała mu pewien przedmiot - dziewczyna wpuszcza go do środka, a to wywołuje całą lawinę zdarzeń...

Bohaterki "Toni" to kobiety poranione przez tajemnice z przeszłości. Każda z nich próbuje sobie poradzić ze swoimi problemami w odmienny sposób, wyrasta pomiędzy nimi mur niedomówień i pretensji i dopiero widmo niebezpieczeństwa zbliża je do siebie.

W "Toni", podobnie jak w "Nomen Omen" mamy nawiązanie do wojennej historii Wrocławia, do słynnego "złota Breslau", pojawiają się również znane z tamtej powieści siostry Bolesne.
Akcja powieści toczy się nieśpiesznie, wyjaśniają się kolejne tajemnice ale na ich miejsce pojawiają się nowe, których rozwiązywanie może być niebezpieczne, nawet dla przypadkowych osób w jakiś sposób związanych z paniami Stern.
"Toń" wciąga czytelnika, który chcąc nie chcąc zanurza się w jej odmęty mając nadzieję, że jeszcze krok, jeszcze jedna kartka i uda się wygramolić na brzeg i znów wszystko będzie dobrze. Ale czy da się zawrócić bieg rzeki? No właśnie...

Tak przy okazji - Ałtorka uśmierciła w tej powieści dwóch swoich znajomych (jednego z nich mam przyjemność znać również i ja) czym wywołała niezmierną radochę wśród innych krewnych i znajomych królika - przyznam się, że zdarzyło mi się już lansować na znajomości z Mądrzywołkiem (tak, to ten którego zwłoki wypływają o świcie).

Reasumując - książki Marty Kisiel to lektura dla wszystkich pokoleń :)

poniedziałek, 19 listopada 2018

Kobiety, które tworzyły historię

Wielką historię ponoć piszą mężczyźni, ale cóż by oni biedni zrobili, gdyby nie mieli przy swoim boku wyjątkowych kobiet. Wielu z nich, szczególnie tych, których głowę zdobiła korona musiało wchodzić w związek małżeński z osobami całkiem sobie obcymi, często widzianymi po raz pierwszy dopiero w dniu ślubu, bo tego wymagała racja stanu. Małżonkowie mogli mówić o szczęściu jeśli udało im się znaleźć wspólny język i przynajmniej się szanowali, wiele jednakże tych politycznych związków miało tragiczny przebieg dla uwikłanych w nie osób.
Zdarzało się jednak, że władca postanowił iść za głosem serca i poślubić kobietę, którą darzył uczuciem, nawet jeśli była to osoba niższego stanu. Ot, taka historyczna wersja baśni o Kopciuszku...
Takich Kopciuszków na europejskich tronach może nie było zbyt wiele, ale sensacje jakie towarzyszyły ich związkom z monarchami na zawsze uwieczniły je na kartach historii.

Iwona Kienzler to autorka całkiem pokaźnej ilości książek popularnonaukowych, których bohaterkami są kobiety z szeroko pojętych kręgów władzy. Zajmuje się najczęściej naszą rodzimą historią, ale podejmuje też tematykę wykraczającą poza granice dawnej Rzeczpospolitej.
"Kopciuszki na tronach Europy. Z siermiężnej izby na królewski tron" - tytuł tej publikacji mówi sam za siebie i właściwie już nic nie trzeba dodawać. Autorka przedstawiła tu losy siedmiu kobiet i jednego mężczyzny, którzy pomimo iż urodzenie ich do tego nie predestynowało ozdobili swoje skronie królewskim, a nawet cesarskim, diademem.
Tak więc czytelnik będzie mógł się zapoznać z 
  • Cezonią, żoną rzymskiego cesarza Kaliguli, która wcześniej była piekarzową, 
  • Teodorą, małżonką cesarza bizantyjskiego Justyniana, której zdarzało się parać nierządem,
  • Elżbietą Granowską, trzecią żoną Jagiełły,co prawda z rycerskiego rodu, ale jak twierdzili jej współcześni "starą i szkaradną"
  • Anną Boleyn, pochodzącą z nowobogackiej rodziny panną, drugą żoną Henryka VIII Tudora, dla której odłączył Anglię od kościoła, a kiedy już mu się znudziła nie wahał się skazać jej na śmierć,
  • Karin Mansdotter, córką prostego żołnierza, żoną szalonego króla Szwecji Eryka XIV, której interwencja uratowała życie małemu finlandzkiemu księciu, który zasiadł potem na naszym tronie jako Zygmunt III Waza,
  • Martą Skowrońską, córką łotewskiego chłopa, która rozkochała w sobie cara Piotra I i jako Katarzyna I panowała jakiś czas w Rosji,
  • Zofią Chotek, co prawda hrabianką, ale bez grosza przy duszy w której zakochał się arcyksiążę Franciszek Ferdynand, następca tronu Austro-Węgier - jego śmierć w Sarajewie stała się iskrą od której wybuchł pożar zwany I wojną światową,
  • Jamesem Hepburnem, hrabią Bothwell, mężem królowej Szkocji Marii Stuart, który, niestety, opuścił ją w decydującej chwili wybierając życie na wygnaniu, kiedy jego żona dożywała swoich dni w niewoli Elżbiety I.
Iwona Kienzler ma niewątpliwie lekkie pióro i zacięcie gawędziarskie, bowiem wszystkie jej książki z którymi dane mi się było zapoznać czytało się gładko, bez potrzeby sprawdzania znaczenia jakichś ściśle naukowych określeń. Przywołuje sporo źródeł z epoki jak również współczesnych opracowań, wplata w tekst anegdoty jak również plotki, chociaż przy nich uczciwie zaznacza, że nie są to fakty sprawdzone. 

Książki Iwony Kienzler wydaje Bellona i to właśnie do wydawcy miałabym takie dwie znaczące uwagi: po pierwsze taka publikacja aż się prosi o zamieszczenie chociażby po jednym portrecie opisywanych postaci... Druga sprawa to kwestia redakcji - no po prostu nie wypada, żeby w książce było nie było historycznej znalazły się błędy z zakresu historii szkoły podstawowej - zamach w Sarajewie miał miejsce 28 czerwca 1914 roku a nie 28 sierpnia jak to można przeczytać w tekście. 28 sierpnia w najlepsze trwałą już wojna...

*********************************************

Bohaterką książki C.W. Gortnera "Ostatnia królowa" jest Joanna (w swojej ojczyźnie zwana Juaną),córka arcykatolickich  władców Hiszpanii - Izabeli Kastylijskiej i Ferdynanda Aragońskiego, która do historii weszła z przydomkiem Szalona.

Joannę poznajemy w przełomowym roku 1492 - Kolumb odkrywa Amerykę, a władcy Hiszpanii zdobywają Granadę, ostatnią twierdzę Maurów, kończąc tym wieloletnią wojnę. Infantka kończy 13 lat i rodzice postanawiają wydać ją za mąż. Ich wybór pada na Filipa Pięknego, księcia Burgundii, syna cesarza Maksymiliana I Habsburga.
Joanna, która początkowo protestuje przeciwko planowanemu mariażowi, po spotkaniu z narzeczonym zmienia zdanie - zakochuje się w swoim przyszłym mężu. Początki małżeństwa dają nadzieję na szczęśliwy związek, wkrótce pojawiają się pierwsze dzieci pary (w sumie Joanna i Filip doczekali się sześciorga potomków, którzy wszyscy dożyli wieku dorosłego - rzecz rzadko spotykana w tamtym okresie).

Niestety wszystko komplikuje sprawa sukcesji kastylijskiego tronu. Joanna była trzecim dzieckiem Izabeli Kastylijskiej, więc jej szanse na władanie królestwem matki były bardzo niewielkie. Tymczasem w 1497 roku zmarł jej starszy brat Jan a bratowa urodziła martwą córeczkę; w 1498 roku wskutek komplikacji poporodowych umiera starsza siostra Izabela, a jej synek przeżywa ledwie 2 lata. W tej sytuacji w 1500 roku Joanna staje się dziedziczką Kastylii. 
I tu jej mąż pokazuje swoje prawdziwe oblicze - człowieka opętanego rządzą władzy, który posunie się do każdej niegodziwości aby otrzymać to czego pragnie. Sprawy gmatwają się jeszcze bardziej kiedy w 1504 roku umiera królowa Izabela - do boju o koronę staje ojciec Joanny - Ferdynand. Młoda kobieta wierzy, że ojciec ocali ją i jej dzieci - kiedy prawda wychodzi na jaw jest już za późno. 
W 1506 roku umiera mąż Joanny a królowa wyrusza w makabryczną podróż - przez blisko dwa lata błąka się z ciałem męża po Kastylii, aby wykonać jego ostatnią wolę i pochować go w Granadzie. Nigdy tam jednak nie dotrze - jej ojciec ogłasza, że córka oszalała z rozpaczy i więzi ją w Tordesillas, gdzie spędzi prawie 50 lat. Tam też zostanie pochowana przy boku ukochanego Filipa.

Powieść Gortnera to przepiękna historia wielkiej miłości, emocji które biorą górę nad zdrowym rozsądkiem, walki o władzę za wszelką cenę. A wszystko to na tle wielkiej europejskiej historii - konfliktu francusko - hiszpańskiego, wojen o Neapol, dynastycznej polityki Tudorów, umacniania się monarchii Habsburgów.
Czyta się jednym tchem. Polecam.

niedziela, 11 listopada 2018

Byłam sekretarką Marszałka, czyli Kazimiery Iłłakowiczówny wspomnienia o Piłsudskim

Dzisiejsze święto przywodzi na myśl tych, którzy stali się architektami naszej niepodległości, a wśród nich na czoło wysuwa się Józef Piłsudski. Jego nazwisko padało dzisiaj wielokrotnie w czasie rozmaitych wieców, spotkań i akademii. Na temat Komendanta powstało wiele opracowań i artykułów a swoje wspomnienia o nim przelało na papier całe grono mu współczesnych - tak przyjaciół i współpracowników jak i antagonistów.

Jedną z osób, które zechciały się podzielić swoimi przeżyciami związanymi z osobą Piłsudskiego była Kazimiera Iłłakowiczówna, znana i ceniona poetka, która przez dziewięć lat (1926 -1935) była jego osobistą sekretarką. 
Poetka poznała przyszłego Marszałka w czasach przedwojennych, kiedy mieszkał w Krakowie a ona sama studiowała na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jej starsza siostra Barbara wynajmowała pokój u państwa Piłsudskich a Kazia ją tam odwiedzała. Później przyszła wojna, drogi Iłłakowiczówny i Piłsudskiego się rozeszły, aby spleść się ponownie po wydarzeniach przewrotu majowego. Pani Kazimiera pracowała wtedy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych a Józef Piłsudski zrezygnowawszy z prezydentury (Zgromadzenie Narodowe wybrało go na to stanowisko 31 maja 1926 r.) stanął na czele Ministerstwa Spraw Wojskowych. Wtedy przypomniał sobie o egzaltowanej panience, która w międzyczasie wydała kilka tomików poezji i stawała się jedną z najważniejszych przedstawicielek literatury polskiej okresu międzywojennego. Zaproponował jej stanowisko osobistej sekretarki, a Iłłakowiczówna, pomimo początkowych oporów propozycję przyjęła i stała przy boku Marszałka aż do jego śmierci.
Napisana w 1936 roku "Ścieżka obok drogi" to wspomnienia poetki z tamtego okresu.

Muszę się przyznać, że książka Iłłakowiczówny to jeden z najdłużej leżakujących u mnie "połkowników"- czekała prawie 30 lat...
Do jej lektury podchodziłam z pewną rezerwą, bowiem Piłsudski, pomimo swoich niepodważalnych zasług, do moich ulubieńców nie należy niestety. Tymczasem spotkałam się z opinią, że wspomniana książka to pochwalny pean na jego cześć więc nie do końca wiedziałam czego oczekiwać. 

Okazało się, że faktycznie uwielbienie dla Marszałka jest bardzo widoczne, pisarka omija pewne niewygodne fakty z jego biografii (chociażby rozwód i powtórne małżeństwo) ale tak naprawdę Piłsudskiego jest w tej opowieści niewiele...
Autorka pisze głównie o swoich odczuciach, o ludziach z którymi miała styczność w czasie pracy (miło wypowiada się na ten przykład o Wieniawie, natomiast do Becka czuje wyraźną niechęć), opowiada o realiach urzędu czy swoich obowiązkach, wspomina jakieś nie bardzo istotne szczegóły (np. rozwodzi się nad serwisem do herbaty który Piłsudski odziedziczył po swoim poprzedniku w ministerstwie) i, co mi szczególnie zgrzytało, dydaktyzuje i napomina na potęgę, ocierając się niekiedy o banał. 
Tak więc gdyby ktoś chciała się dowiedzieć z tej książki jakichś istotnych szczegółów dotyczących Piłsudskiego srodze się rozczaruje.

Tym co ratuje tę książkę jest język,którym została napisana - Iłłakowiczówna faktycznie jest mistrzynią słowa. Chociaż zdecydowanie wolę jej wiersze niż tę akurat prozę.

poniedziałek, 5 listopada 2018

Szatan, duchy i morderstwo, czyli profesorowa Szczupaczyńska na tropie

Profesorowa Zofia Szczupaczyńska powraca w wielkim stylu :)

10 września 1898 roku w Genewie została zamordowana cesarzowa Sisi i wydarzenie to okryło żałobą całą austro-węgierską monarchię, w tym również mieszkańców grodu Kraka. Mniej więcej w tym samym czasie zdarzyło się jednak pod Wawelem coś co przyćmiło tamto wydarzenie. Otóż do Krakowa przybył sam Szatan, czyli owiany nimbem skandalu Stanisław Przybyszewski. Śmietanka towarzyska miasta ekscytuje się ekscentrycznym zachowaniem Przybysza, damy powtarzają sobie mniej lub bardziej prawdziwe plotki na jego temat a sam zainteresowany robi wszystko aby nie schodzić z ust socjety.

28 grudnia profesorowa Szczupaczyńska wraz z kilkoma innymi osobami bierze udział w seansie spirytystycznym na którym obecny jest również Przybyszewski. Przy okazji seansu planowana jest jeszcze jedna atrakcja - tej nocy będzie miało miejsce zaćmienie księżyca. Spotkanie odbywa się w ekstrawaganckim Domu Egipskim w mieszkaniu doktorostwa Beringerów. Przy okrągłym stoliku zasiadło dwanaście osób - niestety dla jednej z nich, gospodarza wieczoru doktora Beringera, wieczór zakończył się tragicznie.

Pani Zofia nie ma wątpliwości - musi wziąć sprawy we własne ręce, bowiem bez jej pomocy krakowski wymiar sprawiedliwości nie da sobie rady. Tym bardziej, że najbliższe kilka dni, ze względu na świętowanie Nowego Roku nie będą najlepszym czasem na oficjalne śledztwo. Jej znajomy sędzia śledczy Klossowitz godzi się na propozycję Szczupaczyńskiej i daje jej kilka dni na rozwiązanie zagadki. A zagadka prawie jak w powieści Agathy Christie - wszyscy mieli motyw, nikt nie ma stuprocentowego alibi...

Z tomu na tom profesorowa Szczupaczyńska rozwija swoje umiejętności i, jak dla mnie, staje się coraz sympatyczniejsza. Ma coraz mniejsze opory przed poznawaniem mrocznej strony swojego miasta - nie, nie aprobuje tego co się tam dzieje, ma wszak swoje twarde mieszczańskie zasady (co bardzo dobitnie wytyka jej Przybyszewski) ale rozumie, że świat nie jest czarno-biały i, że czy tego chce czy nie, powoli kończy się pewna epoka a głosiciele nowych idei rosną w siłę.

Maryla Szymiczkowa (czyli tak naprawdę Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński) przyzwyczaiła swoich czytelników do niezwykłej dbałości o szczegóły obyczajowe oraz o warstwę historyczną w swoich powieściach. Nawet wypowiedzi poszczególnych postaci mają swoje źródło w dokumentach z epoki - artykułach z czasopism, recenzjach teatralnych, wspomnieniach oraz naukowych opracowaniach. Stanowi to dodatkowy bonus, z którego z pewnością ucieszą się zagorzali wielbiciele historii Krakowa.

Ale nawet jeśli nie jesteście zdeklarowanymi Krakusami (czy to przez miejsce urodzenia, zamieszkania lub chociaż sympatię) to namawiam do sięgnięcia po tę książkę. Dobra zabawa gwarantowana.

niedziela, 2 września 2018

Życie na wawelskim wzgórzu

Wiele małych dziewczynek zapytanych o to kim chciałyby być odpowiada, że królewną lub księżniczką. Nie ma się czemu dziwić - baśnie i bajki znane z dzieciństwa przedstawiają nam te dziewczęta jako pozbawione trosk istoty, zajmujące się najczęściej nicnierobieniem i marzące o pięknym księciu (i najczęściej go dostające). Nawet jeśli którąś z nich spotyka jakieś nieszczęście to szybko zjawia się dobra wróżka i dotknięciem czarodziejskiej różdżki odmienia ich los na lepsze, aby mogły żyć długo i szczęśliwie.
A nawet pomijając baśniowe opowieści - w mediach mamy całe mnóstwo współczesnych koronowanych głów (ze wskazaniem na brytyjską rodzinę panującą) przedstawianych w czasie oficjalnych wystąpień, w pięknych kreacjach i biżuterii, z radosnym uśmiechem na twarzy (nic to, że jakże często sztucznym i wymuszonym). Przez wiele lat nikt nie ośmielił się zajrzeć za oficjalną fasadę, dopiero ostatnie kilkanaście lat, głównie za sprawą księżnej Diany, pokazało, że życie księżniczek czy królewien wcale nie jest usłane różami. 
Tak więc współczesne królewny wcale nie mają lekko, cóż więc powiedzieć o tych żyjących kilka wieków temu?

Anna Brzezińska szerokiej publiczności znana przede wszystkim ze swoich utworów fantastycznych postanowiła tym razem zająć się tematyką historyczno obyczajową i tak powstało monumentalne (ponad 800 stron) dzieło pt. "Córki Wawelu. Opowieść o jagiellońskich królewnach". 
Głównymi bohaterkami książki są trzy córki króla Zygmunta Starego i królowej Bony - mądra i roztropna Zofia, uparta i religijna Anna, wrażliwa i piękna Katarzyna oraz Dosia, ich karlica (postać autentyczna, wymieniana w wielu pismach z epoki). Oczywiście w tekście pojawia się starsze rodzeństwo królewien - brat Zygmunt August oraz dwie siostry: rodzona Izabela oraz przyrodnia Jadwiga (jej matką była pierwsza żona Zygmunta Starego Barbara Zapolya). Ale bohaterek jest znacznie więcej, bowiem książka Anny Brzezińskiej przez pryzmat losów królewien opowiada o życiu kobiet w okresie renesansu.
Renesans przedstawiany jest jako epoka postępu i rozwoju, tworzenia się nowych prądów umysłowych i religijnych, czas zmian gospodarczych oraz społecznych. To również czas w którym zmienia się postrzeganie roli człowieka we wszechświecie. Niestety w rozumieniu renesansu (i kilku kolejnych epok) człowiek to mężczyzna. Kobieta, chociażby nie wiadomo jak bystra, inteligentna i wykształcona miała bardzo niewielkie pole manewru - miała się modlić, zajmować domem i rodzić dzieci. Na większą swobodę pozwalało jej bogactwo, ale i ono nie dawało pełnej wolności. Kobiety były ograniczone wieloma normami moralnymi, a im wyższa była ich pozycja tym więcej oczu je obserwowało i oceniało. 
Tak więc losy jagiellońskich królewien wcale nie były bajkowe. Stale pod obserwacją, zależne najpierw od ojca, później od matki, wreszcie niechętnego im brata, nie posiadające właściwie żadnego majątku, będące przedmiotem dyplomatycznych targów, z kamienną twarzą znoszące upokorzenia - Zofia, Anna i Katarzyna byłyby chyba o wiele szczęśliwsze gdyby urodziły się w mniej znaczącej rodzinie.

"Córki Wawelu" to połączenie beletrystyki z literaturą popularnonaukową. Dzieje najmłodszych Jagiellonek obserwujemy oczami ich karlicy. Dosia jest z nimi w czasie dziecięcych lat na Wawelu, późniejszym warszawskim odosobnieniu, wyrusza z Katarzyną do Szwecji, a po jej śmierci wraca do Jazdowa, gdzie towarzyszy w ostatnich latach królowej wdowie Annie.
Autorka kreśli przy okazji bardzo bogate tło obyczajowe i historyczne, tak że nawet osoba nie do końca orientująca się w zawiłościach rodzinnych Jagiellonów bez problemu będzie wiedziała kto, z kim i dlaczego.

Nie ukrywam, że część czytelników może przerazić objętość książki, ale zaręczam, że jak już zaczniecie czytać to nie oderwiecie się od lektury.

sobota, 26 maja 2018

Dwie sprawy nadkomisarza Jarosława Patera

I po raz kolejny postanowienie, że będę pisać regularnie wzięło w łeb. Żyję w takim permanentnym niedoczasie, że jak twierdzi pewna bliska mi osoba nawet umrzeć nie zdążę...

Marek Krajewski znany mi był dotąd jako twórca cyklu kryminałów w których główną rolę grał niejaki Eberhard Mock. Gość był policjantem w międzywojennym Wrocławiu (właściwe było by chyba użyc nazwy Breslau) i był postacią dosyć nieprzyjemną. Co dziwne autor tak go wykreował, że pomimo ewidentnych wad facet budził pewną sympatię i kibicowałam jego poczynaniom.
Ale oprócz Mocka Marek Krajewski stworzył jeszcze innych bohaterów, a jednym z nich jest niejaki Jarosław Pater. Współautorem dwóch książek z tymże bohaterem, czyli jest Mariusz Czubaj. Zarówno "Aleja samobójców" jak i "Róże cmentarne" osadzone są we współczesnych realiach, a miejscem akcji jest przede wszystkim Gdańsk oraz kilka innych nadmorskich miejscowości.

Jarosław Pater jest policjantem w stopniu nadkomisarza, mieszka i pracuje w Gdańsku. Z wykształcenia jest polonistą i chociaż w wyuczonym kierunku nie pracuje już od wielu lat bardzo często odzywa się w nim purysta językowy. Ta słabostka oraz raczej antypatyczny charakter nie przysparzają mu sympatii podwładnych, którzy za jego plecami mówią o nim "Antypater". Jego małżeństwo rozpadło się, on sam nie szuka stałego związku, ale kiedy na horyzoncie pojawia się pewna Joanna zaczyna mieć nadzieję  na coś więcej niż przelotny romans.

Tematem "Alei samobójców" jest tajemnicza zbrodnia w domu spokojnej starości "Eden". Pewnego dnia w jednym z pokoi personel odkrywa oskalpowane zwłoki staruszka. Co więcej z instytucji zniknął inny pensjonariusz, specjalista od ran symbolicznych, czyli np. skalpowania... Pater od początku popada w konflikt z dyrektorem placówki, a kiedy śledztwo przejmuje ABW policjant zostaje od niego odsunięty. Postanawia jednak zbadać tę sprawę do końca nawet wbrew swoim przełożonym.

Drugi tom czyli "Róże cmentarne" opowiada o zabójcy - naśladowcy, który jeździ po Polsce i powiela zbrodnie najsłynniejszych seryjnych morderców. Przy swoich ofiarach zostawia wskazówki dla policji, które stanowią zapowiedź kolejnej zbrodni. Wygląda na to, że po Katowicach, Warszawie i Krakowie kolejnym miejscem gdzie się pojawi będzie któraś z nadmorskich miejscowości. 
Pater, który odlicza już dni do policyjnej emerytury i właśnie wybiera się na urlop z Joanną zostaje włączony w skład zespołu próbującego wytropić mordercę - przy okazji trafia na ślady nierozwiązanej sprawy sprzed kilku lat. Sprawy przez którą rozpadło się jego małżeństwo...

Mam trochę mieszane uczucia jeśli chodzi o książki i ich bohatera. Pater to hazardzista (ale to akurat jakoś specjalnie mi nie przeszkadza), poza tym jest wielbicielem klasycznego rocka i piłki nożnej. Akcja "Alei samobójców" toczy się w czasie mistrzostw świata w 2006 roku i sporo w książce jest dywagacji na tematy sportowe, podobnie w "Różach cmentarnych". Gdzieś czytałam, że Marek Krajewski jest fanem futbolu więc pewnie stąd się wzięła ta tematyka - właściwie go rozumiem, ale z przykrością stwierdzam, że dla osoby niezainteresowanej piłką kopaną te akurat "piłkarskie" fragmenty są zwyczajnie nudne i męczące. Wtręty okołomuzyczne już mi mniej przeszkadzały, ale to chyba dlatego, że akurat  ten rodzaj muzyki dosyć lubię.
A już obraz Gdańska zupełnie mi nie podszedł: zakaraluszony i zaśmiecony falowiec w którym mieszka jakaś opętana liczba ludzi to trochę marna wizytówka tego pięknego miasta.

Ogólnie rzecz biorąc wydaje mi się, że autorzy popularnie mówiąc "dali ciała" przy tych książkach. Da się przeczytać, ale szału nie ma. Mock zdecydowanie lepszy.

piątek, 4 maja 2018

Pokwietniowe remanenty - część druga

Tym razem dwa tytuły z mojej ulubionej półki, czyli biografie i wspomnienia.

Gdyby Wisława Szymborska nie dostała Nobla, to najprawdopodobniej niewiele osób wiedziałoby kto to taki Michał Rusinek. Na szczęście poetkę doceniła Szwedzka Akademia, a laureatka była zmuszona zatrudnić sekretarza. I tak w jej życiu pojawił się młody absolwent polonistyki UJ i pozostał przy poetce aż do jej ostatnich chwil.

Michał Rusinek jest autorem kilku publikacji skierowanych głównie do młodego czytelnika, ale zdarzyło mu się również popełnić tom wspomnień poświęconych jego pracodawczyni noszących tytuł "Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej".

Michał Rusinek w swojej książce prezentuje poetkę, jakiej dotąd nie znaliśmy. Wspomina oczywiście o jej obowiązkach reprezentacyjnych, podróżach i spotkaniach z czytelnikami, ale chyba tylko po to aby uporządkować chronologię. Główny temat bowiem książki stanowią wspomnienia o tym jaka Szymborska była naprawdę.
A była uosobieniem taktu i skromności, miała niezwykle subtelne poczucie humoru, zmysł obserwacji świata, umiejętność mówienia bez zadęcia o tym co w życiu najistotniejsze. Miała swoje przyzwyczajenia i swego rodzaju dziwactwa (jak chociażby fotografowanie się przy drogowskazach ze śmiesznymi lub ciekawymi nazwami miejscowości czy zbieranie kiczowatych pamiątek), miała też osobiste sympatie i antypatie.
Życie Pierwszego Sekretarza (tak żartobliwie poetka mówiła o panu Michale) nie było usłane różami - Szymborska potrafiła być uparta, zdarzało się jej w ostatniej chwili zmieniać zdanie i np. odwoływać zaplanowane spotkania. A pan sekretarz musiał to jakoś zawiedzionym ludziom wyjaśnić...
Z drugiej strony wydaje się, że pani Wisława lubiła swojego współpracownika a także jego rodzinę - córeczka pana Rusinka stała się nawet bohaterką jednego z jej wierszy pt. "Mała dziewczynka ściąga obrus".

Książka Michała Rusinka nie jest może biografią w ścisłym tego słowa znaczeniu, jednak z racji tego, że autor swoją bohaterkę znał bardzo dobrze może stanowić całkiem niezły dokument i źródło wiedzy na temat życia Wisławy Szymborskiej w okresie po otrzymaniu Nagrody Nobla.

*********************************************

"Każdy jest kowalem swojego losu" - to stare porzekadło mogłoby być najkrótsza recenzją tomu o którym teraz słów kilka.

"Wybranki fortuny. Niezwykłe Polki, które podbiły świat" autorstwa Ireny i Andrzeja Fedorowiczów to zbiór portretów kobiet, które dzięki swojej determinacji lub przysłowiowemu łutowi szczęścia wpłynęły na swój los, ale również zaistniały w zbiorowej świadomości Polaków. Podziwiamy ich dokonania, ich współcześni śledzili rozwój kariery, byli dumni z tego co udało im się osiągnąć i tylko niewielu zdawało sobie sprawę jaka była cena tego sukcesu.
Oto bohaterki tej książki:
Maria Leszczyńska, córka polskiego magnata, która została królową Francji;
Zofia Potocka, uboga greczynka, kurtyzana, która weszła przebojem do jednego z najznamienitszych polskich rodów magnackich;
Maria Walewska, szlachcianka, która zawróciła w głowie samemu Napoleonowi Bonaparte;
Helena Modrzejewska, nieślubna córka krakowskiej mieszczki, jedna z najsłynniejszych w świecie aktorek drugiej połowy XIX wieku;
Maria Skłodowska - Curie, dziewczyna z Warszawy, która dwukrotnie zdobyła Nagrodę Nobla i do dzisiaj jest uznawana za jeden z najwybitniejszych umysłów przełomu XIX i XX wieku;
Misia Sert, córka rzeźbiarza Cypriana Godebskiego, prowadziła w Paryżu bardzo popularny salon kulturalny, była protektorką wielu wybitnych artystów pierwszej połowy XX wieku (w jej domu bywali m.in. Picasso, Renoir, Strawiński, Debussy, Proust czy Zola)
Helena Rubinstein, uboga dziewczyna z krakowskiego Kazimierza, która stworzyła jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek kosmetyków upiększających;
Tamara Łempicka, urodzona w Warszawie córka Polki i rosyjskiego Żyda, swiatowej sławy portrecistka i malarka epoki art deco; 
Hanka Ordonówna, córka warszawskiego robotnika, aktorka i piosenkarka, wielka gwiazda międzywojennej sceny; 
Ida Haendel, urodzona w Chełmie w żydowskiej rodzinie, światowej sławy skrzypaczka.

Autorzy śledzą losy tych dziesięciu kobiet, akcentując to co stanowi ich wspólną cechę - żadna z nich, biorąc pod uwagę urodzenie bądź panujące w ich czasach obyczaje i zasady, właściwie nie mogła marzyć o karierze jaka stała się ich udziałem, chociażby, jak w przypadku pani Walewskiej mogła to być kariera nieco wątpliwej jakości.
Biografie nie są jakoś szczególnie przeładowane naukową wiedzą, a raczej stanowią studium przypadku, próbę udowodnienia czytelnikowi, że czasami zwyczajnie wystarczą chęci, ambicja i ciężka praca aby stanąć na szczycie.

Bardzo ciekawa książka - szczerze polecam.

wtorek, 1 maja 2018

Pokwietniowe remanenty

Druga połowa kwietnia obfitowała w moim życiu w różnego rodzaju przypadki, głównie natury zawodowej. Były oczywiście egzaminy gimnazjalne klas trzecich, były próbne egzaminy klas drugich, rozmaite szkolne i klasowe sprawy, które trzeba było rozwiązać natychmiast, tu i teraz, moje własne dziecię nieodwołalnie weszło w okres "burzy i naporu" i zaczynam mieć wrażenie, że któreś z nas tego nie przeżyje, wreszcie, i to było chyba najważniejsze, ważyły się losy mojej pracy na rok przyszły... 
Na szczęście większość problemów już poza mną, etat (CAŁY!!!) mam, a Piotrek, no cóż najwyżej się go uroczyście wyrzeknę.
Relaks polegał oczywiście na czytaniu, ale już pisać to mi się zupełnie, ale to zupełnie nie chciało. Tak więc majówka (spędzana w domu) upłynie mi chyba na nadrabianiu pisarskich zaległości. Na początek trzy tytuły.



O Małgorzacie Rogali zdarzyło mi się słyszeć jakiś czas temu, natomiast dopiero teraz miałam możliwość zapoznać się z jej książką "Zapłata". Powieść stanowi pierwszy tom kryminalnego cyklu, którego bohaterami jest dwójka policjantów - Agata Górska i Sławek Tomczyk. 

W toalecie warszawskiego klubu zostaje zamordowany syn znanego adwokata. Mariusz Leśniak zginął w bardzo nietypowy sposób - otruty igłami cisa. Dla Agaty to śledztwo nie jest takie jak inne - tym razem w zbrodnię może być zamieszana jej najbliższe przyjaciółka, Justyna Lipiec. Przed laty Leśniak był oskarżony o śmiertelne pobicie narzeczonego Justyny - nigdy nie został skazany, bo sąd nie miał wiarygodnych dowodów. Justyna bardzo przeżyła śmierć Filipa i doskonale zna się na roślinach i ich właściwościach. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy niedługo potem, również otruty ginie Igor Kawecki, przyjaciel Mariusza Leśniaka, podobnie jak on uczestniczący w pobiciu sprzed lat...

"Zapłata" nie jest może typowym kryminałem, chociaż jest zbrodnia a policjanci prowadzą śledztwo. Autorka położyła bowiem największy nacisk na wątpliwości targające Agatą - z jednej strony policjantka chce dobrze wykonać swoją pracę i schwytać zabójcę, z drugiej strony, zwyczajnie i po ludzku uważa, że Leśniaka i Kaweckiego spotkało to na co zasłużyli. Do tego dochodzi jeszcze obawa, że być może to Justyna postanowiła po latach wymierzyć sprawiedliwość - dylemat pomiędzy byciem policjantką a przyjaciółką męczy Agatę, ale wpływa również na Sławka, który musi zadecydować czy odsunąć partnerkę od śledztwa, czy ukryć jej osobiste zaangażowanie i ryzykując własną karierą pomóc jej oczyścić przyjaciółkę.
Tak więc kryminał, ale z dużą dawką powieści psychologicznej.
Dodam jeszcze, że bardzo podoba mi się styl pani Małgorzaty Rogali i jej sposób prowadzenia narracji, a szczególnie poczucie humoru, które jest widoczne w powieści. Sprawa jest bowiem bardzo poważna, ale główni bohaterowie to zwyczajni ludzie, którzy mają swoje wady i zalety, zdarza im się popełniać błędy, ale starają się w miarę możliwości odreagowywać śmiechem napięcie jakie niesie ze sobą ich praca. Czasami najpierw coś robią a dopiero później myślą co prowadzi do zabawnych zdarzeń - jak chociażby historia z nożem do chleba.
O co chodzi? A to już odsyłam do książki...

***************************************************

"Między tęsknotą lata a chłodem zimy" to pierwsza część "Trylogii policyjnej" autorstwa Leifa GW Perssona, szwedzkiego profesora kryminologii, byłego komisarza policji i pisarza. Książka odstała już na mojej półce całkiem sporo czasu (jakoś tak 6-7 lat) i wreszcie sytuacja dojrzała aby ją przeczytać.
"Trylogia policyjna" to praca w której Persson chciał przedstawić własną wersję wydarzeń związanych z nierozwikłaną do dnia dzisiejszego zagadką morderstwa szwedzkiego premiera Olofa Palmego w 1986.
historia rozpoczyna się od tajemniczej śmierci amerykańskiego dziennikarza, który pewnego jesiennego wieczoru wypadł z okna akademika, gdzie od kilkunastu dni zajmował pokój. Wszystko wskazuje na to, że było to samobójstwo, ale kiedy śledczy przyglądają się sprawie bliżej, pojawia się coraz więcej wątpliwości...

Książka była swego czasu bardzo reklamowana i porównywana z trylogią "Millenium" Stiega Larssona i chyba to porównanie stanowiło impuls do zakupu tej pozycji.
Tak więc pewnego kwietniowego wieczoru wzięłam tę całkiem pokaźną cegłę (ponad 600 stron) i zaczęłam czytać. I tak jakoś nie zaiskrzyło...
Pamiętając swoje doświadczenia z "Millenium" (zaskoczyło gdzieś dopiero w połowie pierwszego tomu) drążyłam temat dalej, i dalej, i dalej... No i niestety, przebrnęłam ostatkiem sił do końca i raczej po kolejne tomy nie sięgnę. Nuda i chaos, chaos i nuda, zupełnie nieprzyswajalni bohaterowie - swoją drogą jak na mój gust za dużo ich, bo kilkakrotnie musiałam wracać do już przeczytanego rozdziału, żeby wyłapać kto, z kim i dlaczego?
Czytając tę książkę można odnieść wrażenie, że zdecydowana większość policjantów i agentów tajnych służb (bo oprócz stróżów prawa pojawia się w książce również wywiad) to zdegenerowani alkoholicy o ilorazie inteligencji stułbi szarej, a pozostała reszta to z kolei prawicowi ekstremiści czy wręcz neonaziści.
Książka jest przegadana, mnóstwo w niej opisów i wątków pobocznych, które nie dość, że nic nowego do sprawy nie wnoszą to jeszcze ją gruntownie zaciemniają.

Tak więc z żalem, ale nie polecam.

********************************************************

"Miasto szkła" - trzeci tom trylogii "Dary anioła" Cassandry Clare pochłonęłam w dwa wieczory. Kolejna odsłona opowieści o Nocnych Łowcach nie zawiodła mnie - czytało się świetnie, akcja wciągała, ostateczne rozwiązanie było spektakularne, a stworzone przez autorkę uniwersum nadal potrafi zaskoczyć.

Nocni Łowcy muszą podjąć decyzję co do ewentualnego sojuszu z Podziemnymi (wampiry, wilkołaki, itp.) w zbliżającym się starciu z Valentinem i chociaż niby mają wspólne cele nie jest to wcale takie proste.

Clary i Jace nie mogą być razem ale również nie są w stanie funkcjonować osobno, Simon próbuje sobie radzić ze swoją nową tożsamością - właściwie jest czymś pośrednim między człowiekiem a wampirem (tym bardziej, że z jakiegoś powodu może przebywać na słońcu i z tego powodu zyskał sobie nawet przydomek "Chodzący za dnia"). Alec ma coraz większe kłopoty z ukrywaniem swoich uczuć, Isabelle jest w dalszym ciągu zabójczo piękna i równie zabójczo skuteczna w walce z demonami. A na scenie pojawia się jeszcze jeden tajemniczy bohater imieniem Sebastian...

Brzmi to trochę jak podrzędne romansidło, ale o dziwo nic z tych rzeczy. Są oczywiście wielkie uczucia, ale to co w "Mieście szkła" jest moim zdaniem najważniejsze to fakt dojrzewania głównych bohaterów, zmiany jakie w nich zachodzą, podejmowanie życiowych decyzji i całkiem dorosłe (chociaż według prawa Nocnych Łowców dorosły jest tylko Alec) podejście do życia. Młodzi bohaterowie udowadniają dorosłym, że mają swoje zdanie, potrafią go bronić a w chwili zagrożenia można na nich liczyć.

Początkowo seria miała się kończyć na tym tomie, ale ze względu na jej popularność autorka dopisała jeszcze trzy tomy. Ciekawa jestem co z tego wyszło, bo "Miasto szkła" stanowi całkiem zgrabne zakończenie trylogii i rozwiązuje właściwie wszystkie problemy. Chociaż z drugiej strony jest parę spraw, które można różnie interpretować, więc istnieją całkiem mocne punkty zaczepienia od których można rozpocząć kolejne wątki...

Mam nadzieję szybko się przekonać co będzie dalej.

środa, 11 kwietnia 2018

Dwa kryminały - jeden nowy, drugi trochę starszy

Kupno własnego domu za okazyjną cenę - no któż by się nie skusił na taką okazję. Tak też pomyślała  Zuza nabywając piętrowy domek w miejscowości Kłopotów przy ulicy Spokojnej 15. Jakież było jej zdziwienie, kiedy po przyjeździe na miejsce spotkała w swoim wymarzonym domku niejakiego Tymoteusza Magnusa. Co gorsza okazało się, że również on jest szczęśliwym nabywcą posesji przy Spokojnej 15...

Tak rozpoczyna się najnowsza powieść Olgi Rudnickiej nosząca tytuł "Zbyt pięknie". 
Główni bohaterowie, pomimo, że od pierwszego wejrzenia nie darzą się sympatią, muszą połączyć siły aby odnaleźć oszusta, który sprzedał im ten sam dom (jak się okaże nie tylko im) i odzyskać swoje pieniądze. Nie będzie łatwo, a kiedy do akcji włączą się najbliżsi obydwojga poszkodowanych zacznie się "prawdziwa jazda bez trzymanki" jak mawiał komisarz Kurek, bohater innych książek pani Olgi (trylogia o siostrach Sucharskich).

Książki Olgi Rudnickiej uwielbiam i kupuję w ciemno - przyzwyczaiłam się do ciekawych bohaterów, zwrotów akcji i poczucia humoru autorki. Sięgając po tę powieść nastawiałam się na dobrą zabawę i miło spędzone niedzielne popołudnie. I właściwie się nie zawiodłam, chociaż mam jedno, całkiem spore, zastrzeżenie. 
Otóż dawno już nie spotkałam tak irytującej głównej bohaterki. Zuza jest gadatliwa, chimeryczna, nadpobudliwa - to akurat jestem w stanie znieść, bo też mi się zdarza, tyle, że okazjonalnie a nie 24 godziny na dobę. Co mi się jednak w niej nie podoba zupełnie i moim zdaniem jest mocno naciągane to jej stosunek do facetów - agresja, agresja i jeszcze raz agresja. Owszem, ma powód, żeby za nimi nie przepadać, bo właśnie jeden ją wystawił do wiatru, ale napadanie na bogu ducha winnego pasażera mającego nieszczęście podróżować z nią pociągiem to już głęboka przesada, paranoja, fobia i co tam jeszcze - grunt, że takie zachowanie kwalifikuje się do leczenia w zakładzie mocno zamkniętym...
Wiem, miało być śmiesznie i fajnie, ale tym razem, moim zdaniem, autorka przedobrzyła i zamiast intrygującej bohaterki (jak chociażby wkurzające ale przy okazji sympatyczne siostry Sucharskie) wyszła jej chamowata paranoiczka. Szkoda.

Ale książka ogólnie fajna i warto przeczytać.

****************************************

Wielbiciele książek Joanny Chmielewskiej doskonale wiedzą, że wielu jej bohaterów ma swoje odpowiedniki w rodzinie i przyjaciołach pisarki. W 2001 roku w powieści "Trudny trup" pojawia się po raz pierwszy niejaka Martusia - dziennikarka z Warszawy, z którą Joanna pisze scenariusz. Martusia to tak naprawdę Marta Węgiel - dziennikarka telewizyjna, scenarzystka i producentka filmowa oraz autorka kilku książek, w tym trzech kryminałów. Jeden z nich, noszący tytuł "Afera Kobana" stał już od kilku lat na mojej półce i wreszcie doczekał się lektury.

Agata Gosztyńska pracuje w krakowskiej telewizji, zajmuje się głównie kulturą, dlatego jak grom z jasnego nieba spada na nią propozycja zrobienia dokumentu o głośnym skandalu w który wmieszani są najprawdopodobniej wysoko postawieni politycy. Tłumaczenia, że nie ma pojęcia o polityce i jej zawiłościach nie trafiają do zwierzchników Agaty - własnie fakt, że jest zupełnie apolityczna daje gwarancję obiektywnego podejścia do tematu.

Agata w końcu daje za wygraną, zaczyna zbierać materiały a wtedy jej szefowie wykonują zwrot o 180 stopni - dziennikarka dostaje wpierw delikatne sugestie (a kiedy to nie pomaga wyraźne polecenie służbowe) aby dała sobie spokój z aferą. Kobieta nie ma jednak zamiaru odpuścić co naraża ją samą a także jej bliskich na poważne niebezpieczeństwo...

Biorąc pod uwagę bliską przyjaźń jaka łączyła autorkę z Joanną Chmielewską (słynna pisarka jest nawet jedną z bohaterek książki) można by mieć obawy, że może ona pisać "pod Chmielewską". Na szczęście nic z tych rzeczy - widać własny styl Marty Węgiel, historia opowiedziana jest klarownie, bohaterowie są ciekawie skonstruowani, akcja toczy się wartko a czytelnik do końca nie wie kto z bohaterów tak naprawdę jest czarnym charakterem, a kto się tylko takim wydaje.

Bardzo ciekawie przedstawia się obraz środowiska dziennikarskiego - zakulisowych rozgrywek, naprędce zawiązywanych koalicji, firmowych plotek i podchodów, walki o fundusze i ciekawe tematy. Obraz krakowskiego ośrodka ma bardzo wiele wspólnego z tym co o szczecińskiej telewizji pisała w swoich książkach Monika Szwaja, wieloletnia pracownica tamtej instytucji. Tak więc chyba ta telewizyjna rzeczywistość nie jest wcale taka kolorowa jak wydaje się nam, śledzącym na ekranie efekty pracy dziennikarskiej braci.

Warto sięgnąć po tę książkę.

sobota, 7 kwietnia 2018

Bo każdy Polak to kawalerzysta

"Polak lepiej zrozumie konia niż rodaka" te słowa generała Józefa Dowbór-Muśnickiego doskonale oddają stosunek międzywojennych kawalerzystów do ich czworonożnych towarzyszy żołnierskiej doli i niedoli. Bo od wzajemnego zaufania i oddania nierzadko zależało życie tak jeźdźca jak i jego rumaka.

"Oficerowie i konie. Przyjaźń na śmierć i życie" Piotra Jaźwińskiego to coś na kształt monografii poświęconej żołnierzom i ich wierzchowcom. Autor, przygotowując się do napisania tej książki, zapoznał się z całą masą tekstów źródłowych - wspomnień, pamiętników, dokumentów i artykułów z ówczesnej prasy fachowej. Powstał z tego barwny portret czworonożnych żołnierzy, ich losów ale również charakterów, bowiem konie, podobnie jak ludzie mają swoje wady i zalety, przyzwyczajenia, sympatie i antypatie a nawet dziwactwa.

Książka składa się z sześciu rozdziałów, które opowiadają o kolejnych etapach końskiej służby w wojsku - począwszy od kupna odpowiednich źrebaków, poprzez ich szkolenie (a także szkolenie ich jeźdźców) oraz służbę liniową aż do kasacji, czyli przejścia na końską emeryturę. Znalazło się również miejsce na portrety końskich legend - jak chociażby najbardziej znany polski koń, czyli Kasztanka należąca do Józefa Piłsudskiego. Ostatni rozdział opowiada o zmierzchu legendy, czyli o wojennych losach polskiej kawalerii.
Piotr Jaźwiński umieścił w swojej pracy wiele informacji na temat koni w wojsku, ale również całą masę anegdot - o ułańskiej fantazji, zaradności polskich kawalerzystów, o ciekawych a czasem niebezpiecznych przygodach jakie były udziałem żołnierzy i ich czworonożnych przyjaciół. Sporo z tych anegdot dotyczy nawyków i sztuczek prezentowanych przez konie - nie ma się zresztą co dziwić, człowiek nie przepada za wszystkimi swoimi obowiązkami, więc koń też ma do tego prawo.

Autor zastosował w swojej książce ciekawy zabieg, uczynił bowiem współnarratorem konia - to właśnie jego oczami widzimy kolejne etapy końskiej służby zakończonej tragicznie we wrześniu 1939 roku. Te fragmenty wnoszą do narracji nutkę nostalgii i wywołują wzruszenie, równoważąc przy okazji fachowe informacje oraz anegdotyczne historyjki. I chociaż książka to z założenia praca popularnonaukowa czytelnik może liczyć na dobrą zabawę oraz porcję wzruszeń.

Książka na pewno warta przeczytania, tym bardziej, że obchodzimy okrągłą rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. I pamiętając o ludziach, którzy tę niepodległość wywalczyli powinniśmy pamiętać o najwierniejszych towarzyszach wielu z nich.


niedziela, 1 kwietnia 2018

Trzy razy powtórka z rozrywki - czyli tych bohaterów już kiedyś spotkałam

Clive Cussler to jeden z moich ulubionych autorów powieści sensacyjnych. Jego najsłynniejszym bohaterem jest Dirk Pitt, dawniej pracownik a aktualnie dyrektor NUMA (Narodowej Agencji Badań Podwodnych). Tak przy okazji - NUMA to autentyczna organizacja non-profit założona przez Cusslera, której głównym zadaniem jest poszukiwanie i eksploracja historycznych wraków okrętów i samolotów.

"Arktyczna mgła" to kolejna powieść o przygodach Pitta, a jej współautorem jest syn Cliva Cusslera imieniem Dirk.
Rzecz dzieje się u wybrzeży Kanady. Dzieci Dirka Pitta - Dirk Junior i Summer pobierając próbki wody trafiają na rybacki kuter, którego załoga zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach. Chociaż policja uznaje to za nieszczęśliwy wypadek, to młodzi Pittowie oraz Trevor Miller, brat jednego ze zmarłych rybaków mają na ten temat odmienne zdanie, a trop prowadzi do przedsiębiorstwa niejakiego Mitchella Goyette'a.

Wszystkie powieści Cusslera mają wątek ekologiczny - tym razem chodzi o globalne ocieplenie oraz zagospodarowanie (w sensie przerobienie) dwutlenku węgla. Ciemne interesy, chciwość i korupcja u szczytów władzy mogą doprowadzić nie tylko do katastrofy ekologicznej ale i do konfliktu zbrojnego na skalę światową. Dirk Pitt i jego dzieci mają bardzo mało czasu aby temu zapobiec...

Akcja większości powieści Cusslera toczy się w nieco cieplejszych klimacie niż Arktyka, dlatego moim zdaniem autorzy trochę przedobrzyli jeśli chodzi o wytrzymałość bohaterów na niskie temperatury, ale generalnie książka trzyma poziom.

*********************************************************

Siedem lat temu spotkałam się po raz pierwszy z kuzynkami Kruszewskimi - Katarzyną, pracownicą CBŚ oraz Stanisławą, czterechsetletnią alchemiczką, które pojawiają się w trzech powieści Andrzeja Pilipiuka. Po latach pisarz wrócił do swoich bohaterek w powieści "Zaginiona" oraz dołączonym do niej opowiadaniu "Czarne skrzypce".

Stanisława i Katarzyna biorą udział w aukcji dzieł sztuki i starodruków, gdzie chcą zakupić pewną starą mapę. Okazuje się, że artefaktem interesuje się jeszcze trójka młodych ludzi. Co szczególne mapa przedstawia Frisland, wyspę na północnym Atlantyku, której... nie ma na współczesnych, bardzo przecież dokładnych mapach. Młodzi ludzie, którym udaje się zakupić mapę uważają jednak, że wyspa istnieje chroniona przez magiczną barierę, natomiast jedno z nich, dziewczyna znana jako Anna Czwartek, jest zaginioną frislandzką księżniczką. Ich teorię zdaje się potwierdzać seria wypadków - tak jakby komuś zależało, żeby Anna i jej przyjaciele nie odnaleźli Frislandu.

Anna i Stanisława szybko znajdują wspólny język - obydwie czują się obco w swoim środowisku. Właściwie nic w tym dziwnego - jedna żyje już czterysta lat, oprócz Kasi nie ma nikogo bliskiego i, aby nie wzbudzać sensacji, co jakiś czas musi zmieniać miejsce zamieszkania; druga ma specyficzne zdolności o których nie lubi rozmawiać i przeświadczenie, że nie pasuje do swojego otoczenia.

Tak jak wspomniałam, "Zaginiona" to powrót Andrzeja Pilipiuka do bohaterów sprzed lat. Czy udany? Cóż, mam mieszane uczucia - bo niby wszystko w porządku, ale czegoś mi brakowało. Pamiętam, kiedy czytałam poprzednie tomy, to nie mogłam sie oderwać od książek. A tutaj już nie było tej magii...
A może to ja się tak bardzo zmieniłam?

*************************************************************

Trylogia "Dary anioła" Cassandry Clare to moje odkrycie z ostatnich tygodni. Po świetnym tomie pierwszym przyszedł czas na tom drugi pt. "Miasto popiołów". 

Clary powoli oswaja się ze swoją nową tożsamością - jest Nocną Łowczynią, widzi świat i istoty niedostępne oczom zwykłych ludzi i odkrywa swój talent: chociaż nigdy się tego nie uczyła potrafi kreślić runy. Jej relacje z Simonem i Jace'm są jeszcze bardziej pogmatwane, ponieważ okazuje się, że Jace jest jej bratem. 
W instytucie pojawia się gość z Idrisu - inkwizytorka, która oskarża Jace'a o zdradę i wtrąca go do więzienia. Przyjaciele starają się go uwolnić, ale szybko się okazuje, że to najmniejszy problem jaki przyjdzie im rozwiązać. Valentine napada na Miasto Kości i zabiera stamtąd niezwykle cenny artefakt - Miecz Dusz. Jest mu potrzebny do przeprowadzenia tajemnego rytuału...

Często tak bywa, że po dobrym tomie pierwszym następuje jego słabsza kontynuacja. Tu się tak na szczęście nie dzieje - drugi tom nie odbiega poziomem od pierwszego, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jest lepszy. 
Autorka ma niezwykle lekkie pióro i bogatą wyobraźnię. Świat fantastyczny jest ciekawie wykreowany, pojawiły się nowe postacie i nowe wątki, bohaterowie zostają postawieni przed kolejnymi wyzwaniami i muszą podejmować trudne decyzje. Przyznaję się uczciwie, że trochę mnie wkurzyło to co pani Clare zafundowała Simonowi, ale z drugiej strony jestem ogromnie ciekawa jak dalej potoczy się jego wątek.
Tak, że ten... "Miasto Szkła" - przybywam.


piątek, 9 marca 2018

Przeczytane w czasie ferii - część II

Od ferii minęło już prawie dwa tygodnie, za oknem zaczynają się pojawiać pierwsze nieśmiałe przebłyski wiosny a ja jeszcze nie odrobiłam zimowych zaległości recenzyjnych.
Dzisiaj pora na literaturę tzw. sensacyjną. I kolejne trzy książki przeczytane w czasie ferii.

"Złote wrota" Alistaira MacLeana to opowieść o dwóch dniach z życia prezydenta Stanów Zjednoczonych i jego, pochodzących z Półwyspu Arabskiego, gości.
W San Francisco trwa spotkanie w sprawie budowy nowej rafinerii. Spotkanie jest na najwyższym szczeblu bo uczestniczy w nim jeden prezydent, jeden król, jeden książę, jeden burmistrz, jeden szef sztabu generalnego i jeszcze kilku pomniejszych gości.
O poranku dostojni goście wybierają się na wizję lokalną terenu pod rafinerię, a wraz z nimi całkiem spora grupa dziennikarzy. Trasa przejazdu prowadzi poprzez most Golden Gate i właśnie na środku mostu czeka na wszystkich nieprzyjemna niespodzianka. Otóż niejaki Branson wybiera to miejsce i czas aby urządzić porwanie dla okupu. Na szczęście pomiędzy bracią dziennikarską znajduje się tajny agent Revson...
I już w zasadzie wiadomo co dalej będzie, ale czyta się tę książkę całkiem fajnie. Bohaterowie jak zawsze u MacLeana są inteligentni i pomysłowi. Akcja toczy się szybko, szala zwycięstwa przechyla się to na jedną to na drugą stronę, więc lektura trzyma czytelnika w napięciu właściwie do samego końca. 

To kolejna książka tego autora, którą mogę polecić z czystym sumieniem.

************************************************************

Trylogia "Dary anioła" Cassandry Clare powstała równo dziesięć lat temu, ale dopiero teraz trafiła w moje ręce. Trochę przez przypadek, bo jednak nie jestem docelowym odbiorcą tych książek, ale jak już znalazła sie w domu to po nią sięgnęłam. Na razie po tom pierwszy, ale nie będę się zbytnio opierać przed lekturą kolejnych tomów.
Clary Fray jest przeciętną nowojorską nastolatką. Mieszka z mamą, jej tato zmarł kiedy była malutkim dzieckiem, ma przyjaciela Simona i właśnie przeżywa okres młodzieńczego buntu. Jedna noc postawi na głowie jej cały świat...
Clary dowiaduje się, że wcale nie jest taka zwyczajna jak sądzi. Pochodzi bowiem z rasy Nocnych Łowców, klanu, którzy od lat toczą walkę z krwiożerczymi demonami. Jace, Alec i Isabelle to trójka młodych ludzi, których Clary spotyka w dyskotece o wdzięcznej nazwie "Pandemonium". Co ciekawe, nikt oprócz Clary ich nie widzi. Co więcej, kiedy dziewczyna wraca do domu nie zastaje w nim matki a ją samą napada jakieś potworne monstrum.
Clare trafia do Instytutu, gdzie poznaje prawdę o swoim pochodzeniu a także zostaje wciągnięta w niebezpieczną akcję poszukiwania legendarnego Kielicha Anioła od którego zależy pokój lub wojna pomiędzy demonami a nocnymi Łowcami. Pojawia się bowiem ktoś o kim wszyscy sądzili, że już dawno nie żyje...

Książka to typowe młodzieżowe fantasty. Bohaterka odkrywa, że posiada niezwykłe moce i musi z nich skorzystać aby uratować swoich bliskich. Pojawia się też motyw młodzieńczego uczucia, które nie do końca może być spełnione. Jeśli chodzi o istoty nadprzyrodzone mamy tu całkiem sporą różnorodność - od wampirów i wilkołaków poprzez elfy i ifryty na bezkształtnych i bezcielesnych demonach kończąc.
Niby wszystko to już było, ale w wersji Cassandry Clare zyskują te znane motywy nową jakość i świeżość. I fajnie się to czyta.

***********************************************************

W najbliższych dniach pojawi się nowy, siódmy już tom przygód mecenas Joanny Chyłki autorstwa Remigiusza Mroza, a ja własnie przeczytałam tom piąty - zrobił mi się mały poślizg, który muszę nadrobić.
Głównym motywem "Inwigilacji" jest historia zaginionego w Egipcie chłopaka, który odnajduje się po kilku latach w Warszawie. Rodzice rozpoznają w nim swojego syna, jednak on uparcie twierdzi, że ich nie zna. Młody człowiek przeszedł na islam i kiedy pojawiły się zarzuty, że przygotowuje zamach terrorystyczny znalazł się na celowniku służb specjalnych. W tej sytuacji zwraca się o pomoc do mecenas Chyłki.
Pani adwokat nie jest zachwycona swoim nowym klientem (jej poglądy na temat "obcych" są bardzo wyraziste i bardzo nieprzychylne), co więcej uważa, że nie mówi wszystkiego i faktycznie może być terrorystą...

Podobnie jak w poprzednich tomach autor nawiązuje do spraw o których można usłyszeć w wiadomościach czy przeczytać w serwisach internetowych. Zamachy bombowe, które miały miejsce w wielu miastach Europy, a także problemy z rzeszą imigrantów zalewających Europę sprawiają, że większość z nas tak a nie inaczej postrzega ludzi o nieco innym kolorze skóry. Chyłka podejmując się obrony człowieka oskarżonego o udział w organizacji zamachu terrorystycznego stąpa po bardzo kruchym lodzie i nie ma co liczyć na sympatię opinii publicznej. 
A i w jej życiu prywatnym dzieje się bardzo wiele, wracają sprawy z przeszłości, przyszłość nie napawa optymizmem, a pani adwokat musi się przygotować do całkiem nowej roli...

Bardzo lubię Joannę Chyłkę i towarzyszącego jej Zordona, mam na półce również wszystkie wydane do tej pory tomy o prowadzonych przez nich sprawach. Nie wiem jakie jest "Oskarżenie", ale uważam, że "Inwigilacja" jest obok "Kasacji" najlepszym tomem cyklu.