Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Dolnośląskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Dolnośląskie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 lipca 2017

Agatha jest dobra na wszystko ;)

Ani się człowiek nie zdążył zabrać za wypoczynek a tu już mija drugi tydzień wakacji... Tegoroczna kanikuła będzie raczej domowa, bo niestety jak się ma wybór pt. "remont i doposażenie niby-salonu kontra wakacyjny wyjazd" to tak jakby się nie miało żadnego wyboru :( 
A jeśli siedzę w domu to najlepiej mi na balkonie z książką w ręku - takie uroki mieszkania na wsi.

Ponieważ nie miałam na podorędziu żadnej (w miarę nieczytanej) Chmielewskiej to przyniosłam sobie z biblioteki dwie książeczki Agathy Christie. Obie panie mają na mnie zbawienny wpływ, chociaż oczywiście każda inny - pani Joanna rozśmiesza już po przeczytaniu połowy stronnicy, natomiast książki lady Agathy są tak wciągające, że przy ich lekturze zapominam o wszystkich przykrościach dnia codziennego.
Te dwie książki, które wybrałam z bibliotecznej półki to "4.50 z Paddington" z panną Marple oraz "Niemy świadek" czyli historia z Herculesem Poirot.
Obie książki traktują o morderstwach, chociaż na pierwszy rzut oka nie jest to do końca oczywiste.

W "4.50 z Paddington" do panny Marple przyjeżdża przyjaciółka. Jest dosyć zdenerwowana, bowiem uważa, że była świadkiem morderstwa, a nikt jej nie wierzy. Rzekoma zbrodnia miała się dokonać w pociągu - mężczyzna udusił przebywającą razem z nim w przedziale kobietę. Pani McGillicuddy widziała to z okna swojego wagonu - obydwa pociągi jechały w tym samym kierunku. Sprawa jest tym bardziej zagadkowa, że nikt nie zgłosił zaginięcia żadnej kobiety a także nigdzie, ani w pociągu ani w pobliżu torów nie znaleziono ciała czy chociażby śladów wskazujących na to, że jakieś zwłoki mogłyby zostać wyrzucone przez okno.
Panna Marple daje wiarę słowom przyjaciółki i postanawia bliżej przyjrzeć się sprawie. Szybko dochodzi do tego gdzie należy szukać jakichś śladów zbrodni, a ponieważ sama nie ma możliwości przeprowadzić czynności śledczych zwraca się o pomoc do swojej znajomej Lucy Eyelesbarrow. Lucy nie odmawia i już kilka dni później pracuje jako gospodyni w Rutherford Hall, a w wolnym czasie szuka śladów morderstwa...

Akcja "Niemego świadka" toczy się w niewielkim miasteczku Market Basing. 1 maja zmarła tam panna Emilia Arundell. Sama śmierć nie wzbudziła większego zainteresowania - była to starsza i schorowana osoba. Jednak tym co przykuło uwagę całej społeczności był testament starszej pani, która cały, dosyć pokaźny, majątek zapisała  pannie Wilhelminie Lawson, swojej damie do towarzystwa, zupełnie pomijając najbliższych krewnych.
Sprawa pewnie by umarła własną śmiercią po jakimś czasie, jednak los chciał inaczej.
Niemal dwa miesiące później Poirot otrzymał list od panny Emilii, w którym starsza pani nie pisze nic konkretnego, ale między wierszami można odczytać, że jest mocno zaniepokojona. Detektyw postanawia ją odwiedzić, a kiedy na miejscu dowiaduje się, że nadawczyni listu nie żyje decyduje się zbadać sprawę bliżej.
Nie może narzekać na brak podejrzanych - najbliżsi krewni (bratanek, bratanica oraz siostrzenica) nie są osobami zbyt zamożnymi, więc spadek po ciotce bardzo by im pomógł. Tym bardziej, że pod koniec kwietnia wszyscy byli jej gośćmi, a rodzinne spotkanie miało niezbyt przyjemną atmosferę. Również panna Lawson miała motyw - panna Arundell zmieniła swój testament na jej korzyść ledwie kilka dni przed śmiercią...

Obydwie powieści mają charakterystyczne cechy większości książek, które wyszły spod pióra Christie - kilkoro podejrzanych, mających powody aby oczekiwać śmierci ofiary, nie do końca wiarygodne alibi, zatajanie przez podejrzanych niewygodnych faktów, nagłe zwroty akcji, nowe dowody, które zamiast rozjaśniać zaciemniają sytuację oraz zaskakujące rozwiązanie. Zarówno panna Marple jak i Herkules Poirot w najwyższej formie - chociaż nieodmiennie (przynajmniej w moim przekonaniu) starsza pani wygrywa w tym pojedynku.

Przyznam się, że już nawet nie próbowałam zgadywać kto zabił, bo na kilkanaście przeczytanych przeze mnie książek Agathy Christie tylko raz udało mi się rozwikłać zagadkę przed końcem lektury. Kładę to oczywiście na karb talentu autorki a nie mojej ewentualnej tępoty...

środa, 30 września 2015

Marple - Poirot 1:0:

Kończy się wrzesień, który z założenia miał być "Wrześniem z kryminałem" - nie do końca się udało (chociaż jakieś kryminałopodobne lektury były...), więc niech chociaż końcówka będzie z przytupem ;)
A kto jest najlepszym kryminalistą? No cóż... Tylko Agatha :)

W czasie weekendu udało mi się przeczytać dwie jej książki, a mianowicie "Wielką czwórkę" z Poirotem oraz "Trzynaście zagadek" gdzie prym wiedzie panna Marple. Tym razem zdecydowanie wygrywa Jane Marple :)

**********************************************

Panna Marple mieszka co prawda w niewielkiej wiosce jednak uważa, że obserwacje poczynione wśród jej mieszkańców dają jej obraz całego świata. Bo chociaż dekoracje mogą być różne to natura ludzka raczej się nie zmienia... Co więcej, opierając się na owych obserwacjach panna Marple potrafi rozwiązać najbardziej zagmatwane zagadki kryminalne...

"Trzynaście zagadek" to właściwie zbiór opowiadań, których głównym motywem są takie właśnie historie opowiadane w gronie znajomych. Opowiadający musi znać rozwiązanie, a pozostali uczestnicy zabawy mogą na podstawie podanych szczegółów próbować odkryć sprawcę zbrodniczego czynu. Głównym atutem tej książki jest jej różnorodność - omawiane zdarzenia to nie tylko spektakularne morderstwa, ale również historie, które na pierwszy rzut oka nie zawierają w sobie żadnego przestępstwa.

Domorośli detektywi to ludzie rozmaitych profesji, ale znający całkiem nieźle naturę ludzką - pisarz, duchowny, sędzia, lekarz, emerytowany policjant. Panowie posługują się logiką natomiast panie (bo w grze biorą udział również kobiety) stawiają na emocje. Ze wstydem trzeba przyznać, że początkowo wszyscy traktują pannę Marple z pewną pobłażliwością - ot, trochę staroświecka, śmieszna staruszka. 
Tylko jej udało się rozwiązać pierwszą zagadkę? Cóż, szczęście debiutanta. 
To samo za drugim razem? Zdarzają się takie fuksy. 
Trzecia, czwarta, piąta zagadka? No, no może i panna Marple jest staroświecka, ale intelektu i przenikliwości nie można jej odmówić...

**********************************************

Światem trzęsie miedzynarodowa organizacja przestępcza określana jako Wielka Czwórka. 
Numerem Pierwszym jest niezwykle bogaty chiński mandaryn. Numer Drugi to wpływowy amerykański biznesmen. Numer Trzeci to Francuzka - wybitna uczona, rywalka samej Marii Skłodowskiej-Curie. Numer Czwarty... O nim  niewiele wiadomo - najprawdopodobniej jest to Anglik o dosyć przeciętnym wyglądzie i niesamowitych zdolnościach aktorskich.

Poirot wie o istnieniu tej organizacji, jednak dopiero przypadek sprawia, że zaczyna się zajmować tą sprawą. I wreszcie trafia na godnego siebie przeciwnika, który wciąż jest pół kroku przed nim... Tym razem małe szare komórki nie wystarczą i trzeba się będzie posiłkować podstępem.

"Wielka Czwórka" to jedna z pierwszych powieści Agathy Christie - powstała w 1927 roku. Moim zdaniem jest ona dosyć nierówna, początkowo akcja się wlecze niemiłosiernie, a w pewnej chwili nabiera tempa iście piekielnego i pędzi do finału niczym Pendolino: nie ma jednej sprawy tylko kilka, które, siłą rzeczy, traktowane są po łebkach (tym bardziej, że czytelnik od początku ma świadomość, że stoi za tym Wielka Czwórka); Herkules jest wyjątkowo drętwy i nadęty, natomiast jego przyjaciel Hastings... No ten bohater się wyjątkowo w tej powieści nie udał. Piszę "w tej", bowiem Hastings pojawia się w kilku innych książkach Christie i z tym z "Wielkiej Czwórki" łączy go właściwie tylko nazwisko. Hastings to zasadniczo człowiek na wzór holmesowego sympatycznego doktora Watsona, jednak w omawianej książce jest to narwany, nieodpowiedzialny i mało inteligentny (żeby nie powiedzieć "głupi") osobnik. A do tego zupełnie nie potrafi się niczego nauczyć na własnych błędach...


Cóż, moim zdaniem w dorobku Agathy jest sporo innych o wiele bardziej udanych powieści.

środa, 23 kwietnia 2014

Przeczytane w busie - część piąta (i jak na razie ostatnia...)

Uff....
Zakończyłam pobieranie nauk i od dwóch tygodni jestem kwalifikowanym nauczycielem przedmiotu o wdzięcznie brzmiącej nazwie "Wychowanie do życia w rodzinie". Skończyły się tym samym moje wyprawy do Krakowa i czytanie w środkach komunikacji zbiorowej. 
Dzisiaj ostatnia porcja moich busowych lektur.

Z radosną twórczością Stephena Clarke'a spotkałam się już jakiś czas temu przy okazji okrzykniętej bestsellerem książki "Merde! Rok w Paryżu". Od razu powiem, że owo dzieło zupełnie nie przypadło mi do gustu, poczucie humoru autora do mnie nie trafiło i nie miałam w planach kolejnego spotkania z tym mieszkającym we Francji angolem. Niestety życie miało nieco inne plany niż ja i w ramach naszego DKK czytałyśmy w ubiegłym miesiącu jego "Paryż na widelcu".
Książka stanowi rodzaj przewodnika po stolicy Francji przeznaczonego dla obcokrajowców - moim zdaniem głównie Anglików chcących na własnej skórze przekonać się jakie z tych Francuzów (ze szczególnym wskazaniem na rodowitych paryżan) gbury i tępaki, a przez to podbudować opinię o własnej kulturze i obyciu.
Książka podzielona jest na rozdziały opowiadające o najważniejszych symbolach stolicy Francji, a więc poczytamy o jedzeniu, modzie, miłości, seksie, kinie i sztuce. Parę stron poświęcił również autor paryskim ulicom, Sekwanie, mieszkaniom i środkom komunikacji (tu głównie o metrze pisał). Clarke stara się puszczać oko do swoich czytelników, ale to taki dowcip na poziomie Jasia Fasoli (którego organicznie wręcz nie znoszę).

Żeby być sprawiedliwym dla książki i jej autora przyznaję, że dowiedziałam się kilku nowych rzeczy o "mieście świateł", ale do wizyty w nim  to dziełko w żaden sposób mnie nie zachęciło...

******************************************************

Elżbieta Cherezińska to jedna z tych osób, które pisząc o historii robią to naprawdę dobrze. Miałam okazję przeczytać dwie pierwsze książki z cyklu "Północna Droga" a teraz przyszła pora na część trzecią czyli "Pasję według Einara".

Główny bohater to jedyne dziecko kapłana i wróżbity Tjostara. Mieszka wraz z ojcem na niewielkiej wysepce Vikna. Swojej prawdziwej matki nie zna, a jej miejsce zajmują coraz to nowe kobiety. Czasy dzieciństwa Einara przypadają na okres panowania króla Haakona Dobrego, który planował wprowadzenie w Norwegii chrześcijaństwa. Niestety większość jarlów, szczególnie na północy, nie chce porzucić starych bogów, a ich ofiarą pada Tjostar, który uważa, że czasy Odyna i Thora już się skończyły, a nowej wiary nie da się uniknąć.
Po śmierci ojca Einar zostaje w tajemnicy wywieziony z kraju i trafia do opactwa benedyktynów w Yorku. Dla potomka Wikingów, przyzwyczajonego do swobody i życia w zgodzie z naturą, zamknięcie w klasztornych murach jest ogromnym szokiem. Życie według benedyktyńskiej reguły "Ora et labora" (módl się i pracuj), brak wolnej chwili dla siebie i zdecydowana wrogość innych podopiecznych zakonu sprawiają, że nie jest mu łatwo - na szczęście zdobywa sobie przyjaźń Oswalda, jednego z oblatów a przy okazji krewnego arcybiskupa Canterbury.
Einar przyjmuje chrześcijaństwo, uczy się w klasztornej szkole, a przełożeni widząc jego inteligencję i gorliwość wciągają go w działalność tajnego bractwa, którego celem jest m.in. chrystianizacja Skandynawii. Po latach jako dorosły mężczyzna wraca do ojczyzny, aby przygotować grunt pod nowe idee...

Postać Einara pojawiła się już w poprzednich tomach - jest krewnym Sigrun, a z Haldred połączyło go gorące uczucie, jednak dopiero teraz mamy możliwość poznać go bliżej i zrozumieć motywy jego postępowania.
Einarowi nie jest łatwo - tragiczny koniec dzieciństwa, dorastanie we wrogim otoczeniu, konieczność ukrywania własnych myśli, pragnień i opinii, postępowanie wbrew wpojonym wcześniej regułom sprawiają, że jest to człowiek wewnętrznie rozdarty. Symboliczny jest też fakt, że pomimo długich i gruntownych przygotowań oraz prawdziwej wiary w Chrystusa przez wiele lat nie udaje mu się przyjąć święceń kapłańskich - zupełnie jakby sam Bóg dawał mu szansę na zawrócenie z drogi. Bo chociaż Einar zdecydowany jest zostać księdzem i nieść słowo boże do swoich rodaków, to równocześnie nie potrafi oderwać się od spraw doczesnych - szczególnie znajomość z Haldred wystawia na próbę jego powołanie.

Przy okazji mam taką refleksję - pierwszy tom czyli "Saga Sigrun" bardzo mi się podobał, choć sama główna bohaterka taka trochę nudnawa była.  Tom drugi czyli "Ja jestem Haldred" był nieco mroczny, pełen namiętności i trzymający w napięciu - po prostu świetny. Tymczasem "Pasja według Einara" jest jeszcze lepsza - niezwykle plastyczna, uczuciowa, pełna pasji i emocji. Przede mną lektura ostatniej książki, zamykających cykl "Trzech młodych pieśni" - aż się boję co będzie...

************************************************

O Annie Szepielak usłyszałam już jakiś czas temu, przy okazji jej debiutanckiej powieści "Zamówienie z Francji", która gościła na kilku odwiedzanych przeze mnie blogach. Tamtej książki nie udało mi się jak dotąd przeczytać, ale ciekawość pozostała i kiedy na bibliotecznej półce zauważyłam "Młyn nad Czarnym Potokiem" tej autorki nie namyślałam się długo...

Główną bohaterką jest Marta - z wykształcenia konserwator zabytków, aktualnie niepracująca mama kilkuletniej Uli, żona Adama i siostra robiącej karierę telewizyjną Grażyny. Marta ma wrażenie, że życie przecieka jej między palcami, męża wiecznie nie ma w domu, dziecko jest chorowite i wymaga ciągłej opieki. Nie przyznaje się do tego, ale trochę zazdrości Grażynie, która może się realizować zawodowo, niestety nawet w Warszawie nie ma zbyt wielu propozycji pracy dla konserwatorów sztuki. Jakby tego wszystkiego było mało okazuje się, że Adam uzyskał bardzo ciekawą ofertę pracy, tyle, że w Londynie, i nie konsultując się z Martą zgodził się wyjechać na kilka miesięcy.
Marta pozostawiona sama sobie w mieście, którego nigdy nie lubiła, z dzieckiem uważającym, że to ona jest odpowiedzialna za wyjazd ukochanego tatusia, bez przyjaciół i znajomych zaczyna popadać w depresję. Na szczęście zbliżają się święta wielkanocne i wyjeżdża do rodziców mieszkających w niewielkim miasteczku nieopodal Nowego Sącza. Tam wpada w wir przygotowań około świątecznych, tym większych, że z wizytą przybywają krewne ze Stanów Zjednoczonych.
W rodzinnym domu Marta ma możliwość spojrzeć z dystansu na swoje życie, pozmieniać pewne sprawy, ustalić priorytety i zacząć żyć na nowo. Przy okazji rodzinnych spotkań odkrywa też, że z jej przodkami wiąże się jakaś mroczna tajemnica...

Książkę czytało mi się bardzo dobrze, Marta i jej problemy mogą być bliskie niejednej czytelniczce. Autorka porusza temat emigracji zarobkowej, frustracji spowodowanej brakiem perspektyw, stresujących warunków życia i pracy w telewizji, niedojrzałych życiowo partnerów, egoistycznego nastawienia do życia - można by jeszcze wiele wymieniać.
Jak dla mnie dosyć ciekawy był wątek pradziadków Marty, właścicieli starego młyna  - niestety potraktowany dosyć pobieżnie. A szkoda...

Jak to we współczesnych powieściach obyczajowych ostatnio bywa znajdziemy w "Młynie" kilka przepisów kulinarnych oraz opisów prac domowych - w końcu Wielkanoc zobowiązuje. I tu naszła mnie taka niewesoła myśl - od jakiegoś czasu mam wrażenie, że dla coraz większej  grupy ludzi symbolem zakończonych dopiero co świąt nie jest przeżycie religijne a umyte okno, nowa firanka, góra jedzenia i wszechogarniające zmęczenie...

**********************************************

Ta książka chodziła za mną już od bardzo dawna - wyjmowana z półki i odkładana z powrotem na jakiś wolniejszy czas (objętość bowiem całkiem pokaźną posiada). No ale wreszcie "Miasto Śniących Książek" Waltera Moersa się doczekało mojej w nim wizyty...

Hildegunst Rzeźbiarz Mitów jest jeszcze młodym, bo zaledwie 77-letnim, smokiem, wielbicielem literatury i początkującym pisarzem. Na polecenie swego literackiego opiekuna opuszcza spokojną i bezpieczną Twierdzę Smoków i udaje się w podróż do Księgogrodu, aby odnaleźć tam nieznanego acz niezwykle utalentowanego pisarza. Niestety jego poszukiwania są nie w smak pewnym zamieszkującym miasto istotom i nasz podróżny zostaje wciągnięty w pułapkę, a następnie wrzucony do księgogrodzkich lochów na pewną i okrutną śmierć.
Podziemia te zamieszkane są przez rozmaite najdziwniejsze stwory, z których najniebezpieczniejszy jest Król Cieni mieszkający w najgłębszej czeluści lochów.
Jednak nie tylko mieszkańcy podziemi stanowią zagrożenie dla Hildegunsta. O wiele realniejsze niebezpieczeństwo grozi mu ze strony łowców książek, bezwzględnych i przebiegłych bandytów poszukujących w podziemiach cennych woluminów, które odsprzedają z zyskiem antykwariuszom. Łowcy konkurują między sobą, nierzadko walczą na śmierć i życie, jednak kiedy zachodzi taka potrzeba jednoczą się przeciwko wspólnemu wrogowi.
Ach, i jeszcze jedno niebezpieczeństwo czyha na naiwnego wielbiciela literatury - niektóre książki, które zalegają podziemia mają niezwykle krwiożercze usposobienie...

To książka niezwykła - trochę baśń, trochę powieść sensacyjno-przygodowa, trochę fantastyka i trochę... powieść psychologiczna. Trudno ją zakwalifikować do jakiegoś jednego, konkretnego gatunku. Akcja toczy się leniwie, by w pewnym momencie gwałtownie przyspieszyć i przez chwilę gnać na złamanie karku, a za moment znów się uspokoić. Autor bawi się z czytelnikiem w rozmaite literackie gry - nazwiska części bohaterów to anagramy nazwisk wielkich postaci światowej literatury, w camońskich powieściach odszukamy wątki znane z klasyki europejskiej, nawet nie będąc językoznawcą zauważymy "książkowy" źródłosłów wielu określeń.

Każdy wielbiciel literatury powinien poznać tę książkę:)

czwartek, 28 listopada 2013

Poirot obserwuje, amatorzy prowadzą śledztwo

Wielbiciele Agathy Christie licytują się pomiędzy sobą o to, które z dwójki najważniejszych bohaterów jej książek jest lepszym detektywem - Herkules Poirot czy Jane Marple? Ja osobiście skłaniam się do frakcji herkulesowej, co jest może o tyle dziwne, że większą sympatią darzę jednak pannę Marple...
Ostatnio zdarzyło mi się przeczytać kolejną książkę z owym małym Belgiem wyposażonym w ogromne ego, która nosi tytuł "Tragedia w trzech aktach". Książka ta nieco odstaje od innych kryminałów z Poirotem, ponieważ detektyw jest tu raczej w roli obserwatora i nie do końca nadąża za biegiem wydarzeń.

Akcja powieści rozpoczyna się w Kruczym Gnieździe, posiadłości znanego aktora sir Charlesa Cartwrighta, gdzie trwają przygotowania do kolacji na którą mają przybyć londyńscy przyjaciele gospodarza oraz kilka osób z miejscowego towarzystwa. W czasie przyjęcia zdarza się tragiczny wypadek - w niewyjaśnionych okolicznościach umiera pastor. Starszy pan nie miał wśród miejscowych żadnych wrogów, gości przybyłych z Londynu w ogóle nie znał, więc jego śmierć dosyć szybko zaliczono do kategorii "zgonów naturalnych".
Jak się okazuje, zupełnie niesłusznie, bowiem kilka tygodni później, również na przyjęciu, tyle, że innej miejscowości umiera kolejny człowiek - lekarz, bliski przyjaciel Cartwrighta. Jego śmierć jest taka sama jak w wypadku pastora, a na przyjęciu znajdują się niemal wszyscy goście, którzy byli świadkami śmierci pastora.
Inny z przyjaciół Cartwrighta oraz jego młoda sąsiadka postanawiają wytropić mordercę - zakładają, że to ktoś z osób obecnych na obydwu przyjęciach... 

Po raz kolejny tworzy Agata Christie skomplikowaną intrygę, która wydaje się niemal nie do rozwikłania - z jednej strony brak konkretnego motywu, a równocześnie każda z podejrzanych osób ma jakąś tajemnicę, dla zachowania której teoretycznie mogłaby się posunąć do morderstwa.

Tak jak wspomniałam na początku Poirot jest w tej książce postacią w tle głównych wydarzeń - nie odmówi sobie co prawda zadziwienia wszystkich swoimi umiejętnościami, jednak robi to dopiero pod koniec, natomiast przez większość utworu jest niewidoczny. Tak, tak, mówię o TYM Herkulesie Poirot...
Co jeszcze różni tę książkę od innych poświęconych belgijskiemu detektywowi to pewna nostalgia i zaduma prezentowana przez Poirota - w życiu bym go nie podejrzewała o taką wrażliwość...

Książka (jak niemal wszystkie tej autorki) stanowi świetną rozrywkę na długie jesienne i zimowe wieczory.
Polecam:)

niedziela, 9 czerwca 2013

Zbiorowo o angielskich kryminalach

Jako, że czytać cały czas coś czytam, a pisać nie bardzo mam czas i z chęciami też bywa różnie, to zrobiło się trochę zaległości. I dlatego dzisiaj taka zbiorówka będzie, aczkolwiek tematycznie dosyć jednorodna. Przeczytałam bowiem jedną z ostatnich powieści pani Christie oraz trzy pierwsze tomy cyklu kryminałów M.C. Beaton, którą wydawcy (wg mnie na wyrost) głoszą następczynią wielkiej Agathy.

**************************************************

Powieść Agathy Christie pt. "Nemezis" (znana u nas również jako "Przeznaczenie") powstała w 1971 roku. Jej główną bohaterką jest panna Jane Marple, a w tekście znajduje się wiele nawiązań do wcześniejszej książki - powstałej w 1964 roku "Karaibskiej tajemnicy".

W czasie podróży na Karaiby panna Marple poznała niejakiego Jasona Rafiela, niezwykle bogatego dżentelmena obdarzonego jednak bardzo przykrym charakterem. Pomimo początkowej niechęci udaje im się znaleźć wspólny język, a nawet podjąć pewną współpracę przy rozwiązywaniu kryminalnej zagadki. Od tamtego czasu minęło jednak już kilka lat i panna Marple dowiaduje się, że jej znajomy zmarł po ciężkiej chorobie. Okazuje się, że pan Rafiel nie zapomniał starej panny z detektywistycznym zacięciem i, niejako w testamencie, zostawił dla niej zlecenie - panna Marple ma rozwiązać kryminalną zagadkę. 
Niby nic prostszego, tylko, że... nie zostawia dla niej żadnych informacji czego i kogo dotyczy owa zagadka. Funduje staruszce wycieczkę krajoznawczą, w czasie której powinna odgadnąć o co chodzi i znaleźć rozwiązanie problemu. 
Nemezis to imię greckiej bogini zemsty, sprawiedliwości i przeznaczenia. Panna Marple ma stać się taką Nemezis i wymierzyć sprawiedliwość. Starsza pani dosyć szybko dochodzi do wniosku, że przestępstwo o które chodziło Rafielowi miało miejsce w przeszłości, że najprawdopodobniej karę za niego poniósł ktoś niewinny, a prawdziwy sprawca znajduje się na wolności...
Panna Marple nie takie sprawy już rozwiązywała, więc i teraz sobie poradzi, chociaż łatwo nie będzie. 

Akcja powieści toczy się w latach powojennych i widać, że autorce nie podoba się to jak wygląda życie w tym okresie. Właściwie wszyscy bohaterowie narzekają na upadek obyczajów, na zbytnią swobodę młodych kobiet i na brak odpowiedzialności u mężczyzn. Pomimo, że czytałam już kilkanaście książek Agathy Christie, to po raz pierwszy spotykam się z tak gorzkim obrazem świata, w którym przyszło egzystować jej bohaterom. Panna Marple, podobnie jak jej twórczyni to postacie z innej epoki. Epoki, która odeszła bezpowrotnie...

Powieść trochę nostalgiczna ale intryga wciągająca. I po raz kolejny zakończenie zaskakuje;)

************************************************

Z książkami M.C. Beaton spotkałam się jakiś czas temu za sprawą kilku tomów z cyklu o przygodach pani detektyw Agathy Raisin. O moich wrażeniach (nie najlepszych) pisałam TUTAJ. Postanowiłam jednak dać pisarce drugą szansę i przeczytałam trzy pierwsze tomy jej drugiego cyklu powieściowego, którego bohaterem jest wiejski policjant Hamish Macbeth. 

Nazwisko posterunkowego kojarzy się jednoznacznie - i jest to skojarzenie jak najbardziej właściwe. Hamish jest bowiem rodowitym Szkotem i pracuje jako posterunkowy w Lochdubh, w zachodniej Szkocji. Jeśli chodzi o kreację głównego bohatera to specjalnie się autorka nie wysiliła - Macbeth jest oszczędny, uwielbia plotki i darmowe poczęstunki, nie lubi Anglików, to taki trochę chłopek-roztropek, bez większych ambicji, którego ignorują przełożeni i miejscowi notable. Trochę przypomina filmowego porucznika Colombo - z pozoru do trzech zliczyć nie potrafi, a jak przyjdzie co do czego to bez większego trudu rozwiązuje najtrudniejsze zagadki kryminalne.
Obok tytułowego bohatera autorka umieściła w książkach kilka charakterystycznych postaci,m.in.: przełożonego Hamisha, aroganckiego inspektora Blaira; typowego Anglika pułkownika Halburton-Smythe, miejscowego posiadacza ziemskiego; jego córkę Priscillę - przyjaciółkę Macbetha z dzieciństwa; miejscowego pijaczka i kłusownika Angusa.

Intrygi kryminalne są dosyć pomysłowe, jednak jeśli chodzi o wykonanie to jest już trochę gorzej. Główne postacie są jednowymiarowe, niemal od pierwszej chwili wiadomo, kto mądry, kto niekoniecznie, i tak się jakoś składa, że ci inteligentniejsi zaliczają się do przyjaciół Hamisha, a ci nieco ograniczeni do jego wrogów. Podobnie jak to miało miejsce w przypadku cyklu o pani Raisin najsłabszym punktem tych powieści są dialogi - drętwe, wszyscy mówią tak samo, niezależnie czy to włóczęga czy znany pisarz. Co jeszcze mi się rzuciło w oczy, to ogólny brak kultury i obycia wśród, zdawałoby się, inteligentnych ludzi. Ale to chyba też wina stereotypów, na których autorka buduje swoją powieść.

Na plus można zaliczyć fakt, że Hamish jest zdecydowanie bardziej sympatyczny niż Agatha Raisin.
Czy przeczytam kolejne części? Jak przypadkiem wpadną w ręce i będę mieć czas to pewnie tak, ale nie będę sie za nimi jakoś specjalnie rozbijać.

I na koniec takie pytanie - czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć co autor miał na myśli w tym zdaniu: "Lady Jane ubrana była w grecki rybacki kaszkiet, który przydawał jej mięsistej twarzy z zakrzywionym nosem dziwnego wyglądu hermafrodyty." ("Hamish Macbeth i śmierć plotkary", wyd. Edipresse 2013, s. 78).

Bo ja całe życie myślałam, że hermafrodytyzm to się raczej nie na twarzy uwidacznia... 

wtorek, 29 stycznia 2013

Od A do...

Tak jak Sherlock Holmes miał swojego doktora Watsona, tak wielki Herkules Poirot miał kapitana Hastingsa. Co prawda po ślubie Hastings wyjechał do Argentyny, ale od czasu do czasu odwiedzał Anglię oraz swojego belgijskiego przyjaciela i jeśli nadarzyła się okazja brał udział w prowadzonych przez niego śledztwach.

Kiedy po raz kolejny kapitan odwiedza ojczyznę wiosną 1935 roku wszystko wskazywało na to, że przed Herkulesem pojawiło się kolejne wielkie wyzwanie. Otrzymał bowiem detektyw list informujący go o miejscu i dacie mającego nastąpić przestępstwa. Nadawca listu podpisał go trzema literami - A. B. C..
Poirot przyjmuje ten list jako wyzwanie dla siebie osobiście, ale powiadamia o nim Scotland Yard - policja traktuje jednak sprawę dosyć sceptycznie. Wszystko się zmienia, kiedy w wyznaczonym dniu i miejscu (miasteczko Andover) dochodzi do morderstwa. Ofiarą jest starsza kobieta, prowadząca niewielką trafikę pani Ascher - zginęła w swoim sklepiku, morderca nic z niego nie zabrał, zaś na ladzie zostawił kolejowy rozkład jazdy, potocznie nazywany ABC, bowiem wszystkie stacje były tam ułożone w kolejności alfabetycznej. 
Bardzo szybko okazuje sie, że zabójstwo w Andover to zaledwie początek serii - kilkanaście dni później Poirot otrzymuje kolejny list z datą i nazwą miejscowości - tym razem na literę B...
Rozpoczyna sie wyścig  - czy alfabetyczny zabójca zdoła dojść do litery Z, czy Herkules wcześniej go schwyta?

W "A.B.C." Poirot ma godnego siebie przeciwnika, kogoś kto choć uznany za szaleńca, zaskakuje niezwykłą precyzją w działaniu dowodzącą jasnego i analitycznego umysłu. Oprócz Herkulesa sprawą zajmuje się również policja - wyznaczony do niej młody stażem, ale już ze znaczącymi osiągnięciami na koncie, inspektor Crome jest chyba jeszcze bardziej zadufany w sobie niż Poirot i nie ma zbyt wielkiego mniemania o metodach śledczych stosowanych przez starszego kolegę.

Kolejna świetna historia, która wyszła spod pióra Agathy Christie, rozwiązanie sprawy po raz kolejny zaskakuje czytelnika, chociaż muszę się pochwalić, że nie dałam się złapać na pewien bardzo oczywisty ślad, który jak się później okazało miał za zadanie wprowadzić w błąd detektywa i uchronić mordercę przed zasłużoną karą. To takie małe pocieszenie, dla mojego ego - bo niestety, znów nie udało mi sie wydedukować kto zabił...

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Pobożne życzenia czasem się spełniają

W wiosce St. Mary Mead wszyscy wszystko o sobie wiedzą. Niemała w tym zasługa kilku starszych pań żywo interesujących się tym co się dzieje u sąsiadów - nawet Mosad i FBI razem wzięte nie mają takich mocy przerobowych jak pani Ridley, panna Wetherby, panna Hartnell i panna Marple. 
Niestety, panie nie mają zbyt wielkich możliwości wykazania się swoim wywiadowczym talentem, bo życie w wiosce jest przeraźliwie wręcz spokojne. Niejakie zamieszanie wprowadza jedynie ogólnie nielubiany właściciel Starego Dworu, pułkownik Protheroe - osobnik niezwykle trudny we współżyciu i apodyktyczny, z rodzaju tych, co to zawsze mają rację. Za pułkownikiem nie przepada również miejscowy proboszcz - do tego stopnia, że pewnej środy, wyraża pogląd "że każdy, kto zamorduje pułkownika Protheroe, odda światu wielką przysługę".  

Słowa proboszcza okazały się prorocze - następnego dnia późnym popołudniem w gabinecie proboszcza znalezione zostają zwłoki pułkownika. Gołym okiem widać, że popełniono morderstwo. Przybyły na miejsce przedstawiciel policji,  inspektor Slack rozpoczyna śledztwo, a na komisariat zgłaszają się dwie osoby przyznające się do popełnienia zbrodni.
Sprawa wydaje się zakończona, jednak panna Marple ma wątpliwości - jak się okazuje całkiem słusznie...

"Morderstwo na plebanii" to jeden z pierwszych kryminałów, których bohaterką jest Jane Marple. Poznajemy ją przez pryzmat opinii proboszcza i jego żony, inspektora Slacka i jego szefa pułkownika Melchetta oraz mieszkańców wsi. Początkowo nikt specjalnie się nie przejmuje uwagami starszej damy, jednak w miarę upływu czasu okazuje się, że panna Marple jest niezwykle bystrą obserwatorką, świetnie kojarzy fakty i wyciąga logiczne wnioski. Ma również własną "metodę śledczą", mianowicie uważa, że ludzie postępują według pewnych schematów, więc do każdego problemu można znaleźć wytłumaczenie analizując podobne przypadki z przeszłości.
Dodać należy, że panna Marple jest osobą niezwykle skromną, a swoje detektywistyczne sukcesy traktuje jako coś zupełnie zwyczajnego. Bywa niekiedy wścibska, jednak nie jest złośliwą plotkarą, co zaskarbia jej sympatię mieszkańców plebanii oraz pułkownika Melchetta. Na marginesie dodam, że jeszcze nie raz przyjdzie im się spotkać przy okazji spraw kryminalnych, chociażby wspomnieć sprawę morderstwa młodej fordanserki opisaną w tomie "Noc w bibliotece".

Kolejność czytania kryminałów Agathy Christie nie ma jakiegoś specjalnego znaczenia, bowiem każdy opisuje inną sprawę, jednak, jeśli ktoś nie zna jeszcze panny Marple to proponuję rozpocząć znajomość z nią od tego właśnie tomu.

wtorek, 18 grudnia 2012

1 mini-relacja, 2 ogłoszenia, 2 malutkie opinie czyli "Post na 5"

W niedzielę 16 grudnia odbyło się ostatnie w tym roku spotkanie biblionetkowe w Krakowie. Z przyczyn obiektywnych byłam tylko godzinę, ale i tak wyniosłam torbę książek... Mąż mój Robert, który mi towarzyszył, już nawet za bardzo nie protestuje jak kolejne tomy do domu przynoszę, bo wreszcie do niego dotarło, że mogłaby mu się trafić baba z gorszym świrem;) 
Gdybym tak na ten przykład była wielbicielką chomików (to jedyne zwierzę, którego Robert nie dotknie nawet kijem od miotły), albo miłośniczką punk rocka to by miał dopiero przechlapane. A tak książki karmić nie trzeba, butów nie ogryzie, cicho i spokojnie na półeczce sobie leży... 

A wracając do spotkania - jak zwykle wesoło, gwarnie, książkowo. W tym roku w Krakowie odbyło się osiem spotkań + impreza po Targach Książki. Całkiem nieźle, tym bardziej, że dopiero się rozkręcamy;)

Stosy, stosiska i stosiki...


Tyle wyniosłam ze spotkania;)
Oprócz pozycji, które widać na powyższym zdjęciu (a które w zdecydowanej większości są do oddania) przywiozłam z Krakowa jeszcze jedną książkę, a mianowicie trochę spóźniony prezent mikołajowy w postaci "Wiśniowego Dworku" Katarzyny Michalak.

***********************************

A teraz ogłoszenia:

Ogłoszenie nr 1

Rusza kolejna wymianka organizowana przez Sabinkę. Tym razem coś dla miłośników romantycznych historii:



Po szczegóły odsyłam TUTAJ


Ogłoszenie nr 2



Już za kilka tygodni odbędzie się kolejny finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W tym roku również wielbiciele słowa pisanego mogą dołożyć swoją cegiełkę na szczytny cel, bowiem organizowana jest Wielka Orkiestra Książkowej Pomocy, firmowana m.in. przez naszą koleżankę blogerkę Agnieszkę Taterę. O szczegółach akcji można sie dowiedzieć TU

**********************************************

I jeszcze słów kilka o dwóch książkach przeczytanych w ostatnim czasie - jedna podobała mi się bardzo, a druga...
Ale do rzeczy.

Najbardziej chyba ogranym motywem jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju kryminały są zwłoki, które zjawiają się w bibliotece. Ciekawe, dlaczego akurat to pomieszczenie kojarzy się twórcom tak morderczo?
Tym razem "szczęśliwym" znalazcą zostaje emerytowany wojskowy, pułkownik Bantry, którego wczesnym rankiem służąca informuje, że w bibliotece znajdują się jakieś młode damskie zwłoki. Denatka jest nieco zmaltretowana, bowiem została uduszona, ale z całą pewnością nikt z domowników jej nie zna. Sensacyjna wiadomość szybko rozprzestrzenia się po okolicy a miejscowe plotkarki rozkoszują się snuciem domysłów na temat mordercy i jego motywów. Dosyć szybko powstaje teoria, że sprawcą jest sam pułkownik - co prawda do tej pory cieszył się nieposzlakowaną opinią, ale... Jego żona, oburzona tymi plotkami postanawia wziąć sprawy w swoje ręce, a do pomocy wzywa starą przyjaciółkę, pannę Jane Marple.

To moje drugie spotkanie z miss Marple, ale pierwsze w "pełnym wymiarze", jako, że w czytanym przeze mnie kilka miesięcy temu "Zatrutym piórze" pojawiła się tylko w niewielkim epizodzie.  I muszę się przyznać, że chociaż podziwiam niezmiennie intelekt Herculesa Poirot, to jakoś nie potrafię go polubić. Tymczasem w przypadku Jane Marple zaiskrzyło od pierwszej chwili - prawdziwa wiktoriańska dama, z zasadami, ale niezwykle sympatyczna. 

Intryga jak zawsze zawikłana, jak zwykle nie udało mi się zgadnąć kto jest sprawcą, ale bardzo miło spędziłam z tą książką trzy sobotnie godziny. 
I już się rozglądam za kolejnym tomem pani Christie:)


Druga książka, na temat której chciałam coś niecoś napisać to "Kamienica przy Kruczej", najnowsza powieść Marii Ulatowskiej.
Jest to historia domu przy ulicy Kruczej 48 w Warszawie, od lat 30-tych ubiegłego wieku do czasów współczesnych. 

Głównymi bohaterami są Tosia i Piotr. Ona, urodzona w pierwszych miesiącach okupacji w polsko-żydowskiej rodzinie, przygarnięta przez polskie małżeństwo ma szansę na życie pod zmienionym nazwiskiem. On, kilkanaście lat starszy, żołnierz powstania warszawskiego, po wyzwoleniu wraca do Warszawy. Początkowo nie zwracają na siebie uwagi - Tosia jest jeszcze dzieckiem, a Piotr z wojennej tułaczki przywozi ze sobą żonę i syna. Wyburzenie starej kamienicy i przymusowa przeprowadzka rozdziela ich, jednak kilka lat później los po raz kolejny zetknie dorosłą już Tosię z dawnym sąsiadem. 

Książka jest dosyć chwalona, więc chociaż poprzednie powieści pani Ulatowskiej nie do końca przypadły mi do gustu, postanowiłam dać jej drugą szansę. Jedno jest pewne - to już nie taka cukierkowo-miodowo-lukrowana opowiastka jak dwutomowy cykl o Sosnówce (pisałam o nim TUTAJ). I za to plusik dla autorki.
I drugi plus za historię Magdaleny Kornblum, biologicznej matki Tosi. I jeszcze za fragmenty o powstaniu warszawskim.  
Niestety jest sporo minusów...

Po pierwsze warstwa językowa - bohaterowie, nieważne czy to cieć, zmęczony do granic wytrzymałości ranny powstaniec czy towarzysz z PZPR mówią bezbłędną, poprawną polszczyzną, bez śladu gwary, wulgaryzmu czy partyjnej nowomowy. Nie mówię, że od razu "Wiechem powinni lecieć" czy kląć jak przysłowiowy szewc, ale taka poprawność jest zwyczajnie sztuczna i mnie nie przekonuje zupełnie.

Po drugie - w książce pełno jest jakichś wątków pobocznych i informacji zupełnie nieistotnych dla przebiegu akcji, które tylko zajmują miejsce i wprowadzają chaos - może się czepiam, ale jak dla mnie panieńskie nazwisko babci jednego z bohaterów i miejsce urodzenia jego dziadka nic nie wnosi do tematu. Tak samo jak dokładna informacja na co i kiedy ktoś tam zmarł.

Po trzecie - błędy rzeczowe. Przykład pierwszy z brzegu: kiedy Piotr ma zostać przyjęty w szeregi AK odbywa się uroczyste zaprzysiężenie grupy kilku chłopców na które przychodzi ich przyszły dowódca i na dzień dobry przedstawia się z imienia i nazwiska - jeszcze adres powinien dodać i datę urodzenia. Bo jakby się któryś z tych spiskowców dostał w ręce gestapo to nie mógłby podać wszystkich personaliów dowódcy.

Po czwarte - główna bohaterka. To, że niespecjalnie sympatyczna to da się przeżyć - nie ma nakazu, że główne bohaterki muszą być miłe. Ale chwilami miałam wrażenie, że o dwóch różnych osobach czytam - szczególnie gdy chodziło o stosunek Tosi do polityki i tego co się w kraju dzieje. Chwilami jedno zdanie wykluczało drugie. To tak jakby autorka chciała aby jej bohaterka była apolityczna a równocześnie brała udział we wszystkich najważniejszych wydarzeniach powojennej historii Polski. Zdecydowanie lepiej wypada tutaj Piotr, który jest zdeklarowanym członkiem partii i przez długi okres czasu nie daje się przekonać do opuszczenia jej szeregów.

Pewnie znalazłyby się jeszcze inne zarzuty, ale te są najważniejsze. Świetny temat, niestety zmarnowany - mnie w każdym razie lektura się dłużyła bardzo. 

I na koniec taka refleksja - kamienica przy Kruczej miała zdecydowanie mniej szczęścia niż dom przy ulicy Złotej, który stał się bohaterem serialu Jana Rybkowskiego.

niedziela, 2 grudnia 2012

Całkiem nierodzinne rodzinne święta;)

Zaczął się grudzień, podobno na dniach ma spaść kilka milimetrów śniegu, w telewizyjnych reklamach coraz więcej Mikołajów się pojawia - znak, że coraz bliżej święta Bożego Narodzenia. A skoro już za trzy tygodnie w naszych domach pojawią się choinki i prezenty, zapachną pierniczki i makowce, a kolejne setki pechowych karpi dadzą głowę pod ... (tu wpisać odpowiednie narzędzie, jako, że sposobów pozbawiania życia  wigilijnej ryby jest wiele) to czas przyszedł także na świąteczną lekturę. 
W moim wypadku bardzo krwawą...

Do rodzinnego domu, na kilka świątecznych dni zjeżdżają się członkowie rodziny Lee. Przybywają na zaproszenie Simeona, seniora rodu. Starszy pan, mocno już schorowany, mieszka wraz z najstarszym synem Alfredem i jego żoną Lydią w ogromnej wiejskiej rezydencji i nie ruszając się ze swojego pokoju żelazną ręką rządzi swoimi potomkami, którzy, chociaż dawno dorośli, założyli rodziny i żyją z dala od ojca nie są w stanie wyrwać się spod jego presji. Na dzień przed świętami pojawiają się więc w Gorston Hall: 
- George Lee, miejscowy polityk i poseł do parlamentu wraz z żoną Magdaleną;
- malarz David Lee i jego żona Hilda;
- Harry Lee, rodzinna "czarna owca", który wiele lat temu zmuszony był uciekać za granicę;
- Pilar Estravados, jedyna wnuczka Simeona, na stałe mieszkająca w Hiszpanii.
Do rodzinnego grona dołącza jeszcze jeden niespodziewany gość - Stephen Farr, syn przyjaciela pana Lee, z czasów, kiedy przebywał w Afryce Południowej.
Szybko okazuje się, że nie będą to zbyt radosne święta - rodzeństwo nie przepada za sobą a ojciec stara się ich skłócić jeszcze bardziej, więc nic dziwnego, że atmosfera jest napięta i grozi wybuchem. Nikt jednak nie przypuszczał, że prawdziwe emocje zgotuje rodzinie wigilijny wieczór, kiedy po kolacji domem wstrząsnął potężny hałas, połączony z przeraźliwym krzykiem dobiegający z pokoju ojca. Kiedy udało się wreszcie sforsować zamknięte od środka drzwi oczom przerażonej rodziny ukazał się makabryczny widok - na środku pokoju, w kałuży krwi leżał zamordowany Simeon Lee.

Kto zabił starszego pana a potem nieudolnie próbował upozorować samobójstwo? Jakie tajemnice kryją w sobie najbliżsi zamordowanego? Czy inspektor Sugden, chociaż niewątpliwie bystry i logicznie myślący miejscowy stróż prawa da sobie sam radę z rozwiązaniem tej, zdawałoby się nierozwiązywalnej, sprawy? Na to ostatnie pytanie niestety nie otrzymamy odpowiedzi, gdyż w okolicy bawi przypadkiem słynny belgijski detektyw Hercules Poirot, który zgadza się pomóc w wytropieniu mordercy.

Kolejny kryminał Agathy Christie, który przeczytałam i kolejny, którego rozwiązanie zupełnie mnie zaskoczyło... Po raz kolejny niemal wszystkie osoby z otoczenia denata miały motyw, aby pomóc mu zejść z tego świata, po raz kolejny wszyscy mieli alibi, ale jak się później okazuje dosyć łatwo było je obalić, i po raz kolejny prawie wszyscy kłamią, lub zatajają część prawdy - ale od czegóż genialny umysł wielkiego Herculesa - wyłapuje wszelkie nieścisłości, z pojedynczych, zdawałoby się całkowicie nieistotnych wypowiedzi wyciąga genialne wnioski i spokojnie czeka na odpowiedni moment aby wyjawić zaskoczonej publiczności personalia mordercy.
Książka w pewien sposób przypomina "Morderstwo w Orient Expressie" (każdy mógł być zabójcą, brak możliwości udziału osób z zewnątrz, wzajemne dawanie sobie alibi) aczkolwiek fabuła jest oryginalna i pomysłowa. Od innych znanych mi powieści Królowej Kryminału odróżnia tę książkę jeszcze i to, że po raz pierwszy (a znam już trochę książek tej autorki) zbrodnia jest tak dosłowna i mało finezyjna - to nie był tajemniczy zgon z niewyjaśnionych przyczyn, coś co mogło uchodzić za nieszczęśliwy wypadek. Od początku wszystko jest jasne - ktoś poderżnął staruszkowi gardło i nie ma żadnych wątpliwości co do klasyfikacji czynu. Ale znalezienie sprawcy to już całkiem inna historia...

Serdecznie polecam lekturę "Morderstwa w Boże Narodzenie", chociaż może już po świętach. Bo, jak nie daj Boże, za bardzo się wczujecie w lekturę to różnie to może być z tymi świętami w rodzinnym gronie...

wtorek, 17 lipca 2012

Tajemnica morderstwa sprzed lat

Jedna świnka na targ biegała,
Druga świnka w domu siedziała,
Trzecia świnka mięsko zajadała,
Czwarta świnka nic nie miała,
Piąta świnka "kwi... kwi..." kwiczała.

Ten dziecięcy wierszyk stał się kanwą kolejnej opowieści Agathy Christie, której głównym bohaterem jest Herkules Poirot. A tak przy okazji, zauważyłam, że pan HP, a i sama autorka takoż, ma zamiłowanie do takich właśnie rymowanek, piosenek i wyliczanek - w wielu książkach Mistrzyni Kryminału stanowią one swego rodzaju motto. Ale do rzeczy.

Do Herkulesa zgłasza sie młoda kobieta z bardzo nietypowym zleceniem - prosi mianowicie aby detektyw zajął się sprawą zabójstwa jej ojca Amyasa Crale, o które oskarżona została matka dziewczyny. Problem w tym, że zbrodnia miała miejsce przed 16 laty... Wtedy też odbył się proces, oskarżona w żaden sposób nie starała się bronić, nic więc dziwnego, że została skazana na dożywocie a w rok później zmarła w więzieniu. Przed śmiercią Karolina Crale napisała jednak list do swojej kilkuletniej córeczki zapewniając w nim o swojej niewinności. Dziewczynka wychowała się poza krajem, u dalekich krewnych a kiedy osiągnęła pełnoletność przekazano jej list z przeszłości. Jest on dla niej impulsem aby znaleźć prawdziwego zabójcę a tym samym oczyścić pamięć matki. A któż lepiej nadaje sie do takiego, zdawałoby się niewykonalnego, zadania niż detektyw z psychologicznym zacięciem?

Karolina Crale co prawda już nie żyje, ale pozostałe pięć osób, które w feralnym dniu przebywały w domu zamordowanego cieszy się dobrym zdrowiem i nie ma co do tego wątpliwości, że jeśli nie żona to tylko ktoś z nich mógł być sprawcą śmierci Amyasa. 
Żyją również prawie wszystkie osoby postronne, które brały udział w procesie domniemanej zabójczyni. Poirot spotyka sie ze wszystkimi, słucha ich wspomnień a następnie wyciąga wnioski i... A nie nie powiem kto zabił - jak jesteście ciekawi to zapraszam do lektury.

To kolejna z powieści Agaty Christie w moim dorobku czytelniczym i oceniam ją jako całkiem przyjemną lekturę, chociaż nie jest ona szczytowym osiągnięciem brytyjskiej pisarki. Czemu tak sądzę? A temu, że udało mi się zgadnąć (co prawda przed samym końcem, ale jednak) kto odpowiadał za śmierć Amyasa Crale'a. Po raz pierwszy udało mi się przewidzieć co autorka miała na myśli i bardzo mnie to cieszy, chociaż z drugiej strony może nauczyłam się zwracać uwagę na mało istotne szczegóły, bo to takie drobiazgi najczęściej naprowadzają Herkulesa na właściwy trop...

Jakby nie było - książka godna uwagi:)

wtorek, 3 kwietnia 2012

Śnieżna zaspa, pociąg i superdetektyw

Pewnej zimowej nocy, gdzieś na Bałkanach w śnieżnej zaspie utkwił pociąg. Ponieważ rzecz dzieje się w latach międzywojennych więc i możliwości techniczne są nieco odmienne od współczesnych - pasażerowie muszą pogodzić się z niedogodnościami jakie zgotowała im pogoda. Nie wiedzą, że zasypane tory to żaden problem w porównaniu z tym co czeka ich rankiem...

Tak oto rozpoczyna się akcja powieści Agathy Christie noszącej tytuł "Morderstwo w Orient Expressie". Powieść powstała w 1933 roku i jest jednym z najpopularniejszych dzieł brytyjskiej pisarki.

Cóż takiego stanie się owej feralnej nocy? Odpowiedź mamy w tytule - rankiem okazuje się, że jeden z pasażerów został zamordowany. Podróżujący pociągiem dyrektor spółki zarządzającej Orient Expressem ma więc poważny problem - na szczęście wśród podróżnych znajduje się jego bliski przyjaciel, jeden  z najsławniejszych detektywów świata czyli Herkules Poirot.
W sprawie jasne jest tylko jedno - mordercą jest ktoś z osób podróżujących w wagonie relacji Stambuł - Calaise. Jest to niemałe grono, bo prócz denata i Poirota w wagonie przebywało tej nocy 12 podróżnych  i konduktor. Niewiele można wywnioskować ze śladów znalezionych na miejscu przestępstwa a obraz dodatkowo zaciemniają wyniki obdukcji. Z raportu lekarza wynika, że Ratchett (tak nazywał się zamordowany) zginął zasztyletowany. Jednak rany są tak różne, że na ich podstawie nie można wysnuć żadnych wniosków co do mordercy.
Dosyć szybko okazuje się, że Ratchett to fałszywe nazwisko a zamordowany tak naprawdę nazywał się Cassetti i kilka lat wcześniej był sprawcą głośnej sprawy kryminalnej w Stanach Zjednoczonych w wyniku której życie straciła 3-letnia dziewczynka, jej matka zmarła a ojciec popełnił samobójstwo. Przez niedopatrzenia proceduralne udało mu się uniknąć kary ale musiał wyjechać z kraju. 
Wszystko wskazuje na to, że jego śmierć jest wynikiem zemsty za tamtą tragedię...

To jedna z trudniejszych spraw prowadzonych przez Herkulesa - liczne grono potencjalnych morderców, którzy nawzajem dają sobie alibi, mylne tropy i brak możliwości kontaktu ze światem (chociażby celem zweryfikowania tożsamości podejrzanych) sprawiają, że odnalezienie prawdziwego sprawcy nieomal graniczy z cudem. Detektyw może polegać tylko na własnej umiejętności dedukcji, obserwacji, kontrolowaniu każdego słowa i gestu podejrzanych. Powoli sytuacja staje się coraz bardziej klarowna i wreszcie w jego umyśle pojawia się zaskakująca hipoteza...
Nie, nie napiszę cóż takiego wymyślił belgijski detektyw - zostawię tym, którzy książki nie znają przyjemność samodzielnego odkrycia prawdy.

"Morderstwo w Orient Expressie" to jedna z tych historii w których widać ogromne podobieństwo Poirota do Holmesa. Podobnie jak jego wielki poprzednik, Hercules rozwiązuje zagadkę tylko i wyłącznie przy użyciu intelektu. Troszkę to może naciągane, ale czyta się świetnie i przy końcowym wyjaśnieniu ciśnie się na usta kwestia najczęściej chyba powtarzana przez Sherlocka: "Ależ to proste, drogi Watsonie."
Może i proste, ale dopiero jak się zna rozwiązanie...

W 1974 roku powstała ekranizacja tej książki w reżyserii Sidneya Lumeta. Film miał prawdziwie gwiazdorską obsadę - dość wspomnieć Ingrid Bergman, Seana Connery'ego, Michaela Yorka czy Vanessę Redgrave. Moim skromnym zdaniem świetny film:)


sobota, 4 lutego 2012

Anonimy, psychologia i panna Marple po raz pierwszy

Zaliczyłam właśnie kolejne spotkanie z królową kryminału a to za sprawą jej powieści "Zatrute pióro". Przy tej okazji po raz pierwszy zetknęłam się z panną Jane Marple, która pojawia się pod koniec powieści i ostatecznie rozwiązuje zagadkę.

Jerry Burton przeżył wypadek lotniczy, ale wyszedł z niego z ogromnymi obrażeniami. Po dosyć długim okresie hospitalizacji lekarz zaleca mu rekonwalescencję w jakiejś niewielkiej miejscowości, najlepiej takiej w której nie ma żadnych znajomych. I tak oto Jerry i jego młodsza siostra Joanna trafiają do Lymstock, gdzie od panny Emily Barton wynajmują domek zwany Jałowcowym Dworkiem.
Lymstock to niewielkie senne miasteczko, gdzie wszyscy się znają, wiedzą o sobie niemal wszystko a życie płynie zwyczajnym trybem. Wydaje się więc, że Jerry nie mógł lepiej trafić. Tymczasem szybko okazuje się, że w miasteczku mieszka ktoś, kto wysyła do różnych ludzi oszczercze anonimy. Sprawa jest co prawda dosyć nieprzyjemna, ale poszkodowani starają się przechodzić nad tymi listami do porządku dziennego. Niestety jeden z anonimów ma bardzo poważne konsekwencje - żona miejscowego prawnika, pani Symmington, po otrzymaniu listu oskarżającego ją o niewierność małżeńską popełnia samobójstwo...

Policja rozpoczyna śledztwo, z Londynu zostaje sprowadzony specjalista od anonimów a Jerry, jako osoba z zewnątrz włącza się w tę działalność - ma bowiem świeże spojrzenie na Lymstock i jego mieszkańców i istnieje możliwość, że zwróci uwagę na coś co umknie miejscowym stróżom prawa. Krąg podejrzanych jest dosyć duży, ale znacznie się zmniejsza kiedy umiera kolejna osoba...

Świetna intryga kryminalna - jak zresztą w zdecydowanej większości powieści Agathy Christie. Nauczona doświadczeniem z lektury poprzednich książek jej autorstwa starałam się czytać bardzo uważnie  i znaleźć wskazówki prowadzące do rozwiązania  zagadki, jednak po raz kolejny mi się ta sztuka nie udała...
Ale nie tracę nadziei, że kiedyś mi się to uda. Wszak ciągle jeszcze wiele książek królowej kryminału jest przede mną.

czwartek, 17 lutego 2011

Dwanaście prac Herkulesa

Czy zauważyliście kiedyś, że  niektóre imiona wpływają na to jak postrzegamy osoby je noszące? Często jest to powiązane z kimś kogo znamy a noszącym takie właśnie imię – np. każdego Wojtka będziemy zupełnie podświadomie  porównywać do tego sympatycznego Wojtka poznanego w czasie wakacji nad morzem 15 lat temu…  
Zdarza się też, że nasze skojarzenia wynikają z przeczytanej książki lub oglądanego filmu – i tak Majkę będziemy postrzegać jako osobę nieco szaloną, Ania to wrażliwa romantyczka a Kasia i Tomek to zwariowana acz bardzo sympatyczna parka.
Jak na tym tle wygląda Herkules? Z jakimi cechami bądź czynami będzie się nam kojarzył? Osoby które mają jakieś nawet niewielkie pojęcie o mitologii pewnie powiedzą, że Herkules to silny, odważny i przystojny (przynajmniej jego filmowa wersja) facet, który musiał wykonać 12 prac. Wymagały one od niego przede wszystkim odwagi i siły ale również sprytu i inteligencji.
Imiennikiem starożytnego herosa jest najbardziej chyba znany bohater cyklu powieści pióra Agathy Christie – belgijski detektyw Herkules Poirot. Jeśli ktoś czytał przynajmniej jeden kryminał z Poirotem w roli głównej to wie, że fizycznie był on przeciwieństwem swojego wielkiego poprzednika. Mały, krępy, z wypomadowanym, śmiesznym wąsikiem, zawsze nieskazitelnie odziany – gdzież mu do olbrzyma z maczugą, którego strojem wyjściowym była skóra lwa.
Sam Poirot widzi dysonans pomiędzy swoim imieniem a własną osobą, a ponieważ decyduje się zakończyć swoją karierę zawodową ma oryginalny pomysł na godne jej przypieczętowanie.  Postanawia bowiem powtórzyć wyczyn swojego starożytnego imiennika i wykonać „Dwanaście prac Herkulesa”. Jako, że nie może się z greckim bohaterem równać pod względem siły fizycznej jego 12 prac to szczególnie trudne, zdawałoby się niemożliwe do rozwikłania zagadki kryminalne. Zagadki oprócz trudności muszą mieć jeszcze jedną cechę – w jakiś sposób być powiązane z zadaniami greckiego Herkulesa.
Trzeba przyznać, że autorka z tego nieco karkołomnego wyzwania wyszła obronna ręką i oto mamy 12 kryminalnych historyjek z mitologicznym podtekstem. Dla zachęty dodam, że w jednej z tych historii znajdzie czytelnik polskie akcenty – dwie autentyczne damy z Polski, zamieszane pośrednio w bardzo pomysłowe oszustwo.
„Dwanaście prac Herkulesa” Agathy Christie to obowiązkowa lektura dla każdego miłośnika kryminałów a także talentu jednej z najwybitniejszych pisarek brytyjskich. Moim skromnym zdaniem to jedna z lepszych książek mistrzyni kryminału.