Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włóczykijka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włóczykijka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 stycznia 2013

Całkiem miły ten Milaczek;)

Jedną z książek, która dosyć często gościła na blogach w ostatnich miesiącach była "Opowieść niewiernej" autorstwa Magdaleny Witkiewicz. Do tej książki jeszcze nie dotarłam, ale dzięki "Włóczykijce" udało mi się przeczytać dwie poprzednie książki tej autorki, którą miałam przyjemność poznać w czasie ostatnich Targów Książki w Krakowie. Te dwie książki to "Milaczek" i stanowiące jego kontynuację "Panny roztropne".

Tytułowy Milaczek to niejaka Milena, gdańszczanka, dziewczę trzydziestoletnie, analityczka w dużej korporacji, mieszkająca nadal z rodzicami i tęskniąca za wielką miłością. W tym miejscu pewnie część z czytelników tego tekstu westchnie sobie: "Eee, to już wszystko było...". Owszem, może i było, ale nie w takiej formie. 
Milena, poza tym, że może nieco zbyt pulchna, jest sympatyczną, inteligentną i ładną dziewczyną z poczuciem humoru i dystansem do siebie. Wydawać by się mogło, że nie powinna narzekać na brak powodzenia, ale niestety tak nie jest. Losem siostrzenicy żywo interesuje się ciotka, pani Zofia Kruk, która pewnego dnia wpada na wspaniały pomysł zeswatania Mili z Mariuszem Rubikiem, przystojnym, kulturalnym i całkiem nieźle sytuowanym dentystą. Początkowe obawy dziewczyny rozwiewają się już na pierwszej randce - ciotka miała rację, Mariusz wydaje się być spełnieniem jej marzeń i Mila zaczyna snuć plany dotyczące fasonu sukni ślubnej oraz tapet do pokoju dziecinnego. Co prawda niejakie zamieszanie wprowadza pojawienie się Wioletty, młodszej siostry dentysty, ale Mila optymistycznie uważa, że ewentualny ślub brać będzie z Mariuszem a nie z jego rodziną...

Równocześnie z perypetiami Milaczka możemy śledzić poczynania wspomnianej wyżej ciotki Zofii - nieco ekscentrycznej wdowy w okolicy 60-tki. To osoba niezwykle żywotna, tryskająca energią, z głową pełną szalonych pomysłów, która nie zwraca uwagi na swoją metrykę. Przy całym swoim szaleństwie Zofia jest przywiązana do swojej siostrzenicy i gdyby ktoś chciał skrzywdzić jej kochanego Milaczka będzie walczyć jak lwica.

Milena i pani Zofia to bardzo sympatyczne, dające się lubić kobiety, jednak moje serce podbiła trzecia z głównych bohaterek powieści - Zuzanna Wolicka, znana jako Bachor, siedmioletni diabelec o wyglądzie niewinnego, blondwłosego i niebieskookiego aniołka. Zuzia mieszka w tym samym bloku co Mila. Jej matka zostawiła kilkumiesięczną córeczkę tacie, a sama wyjechała do Norwegii gdzie ułożyła sobie życie. Jacek Wolicki uwielbia swoją córeczkę, ale nie miałby nic przeciwko temu aby w jego życiu pojawiła się jakaś dorosła istota płci żeńskiej. Niestety, nie wiedzieć czemu wszystkie jego znajomości kończą się dosyć szybko i gwałtownie, a Zuzia pozostaje najważniejszą kobietą Jackowego życia.

Zofia i Zuzia całkiem nieźle namieszają w życiu Milaczka, ale po szczegóły odsyłam do lektury.

Jak wspomniałam kontynuację losów Mileny, Zofii, Zuzi oraz ich bliskich znajdzie czytelnik w "Pannach roztropnych", kolejnej powieści Magdaleny Witkiewicz. Przyznam, że nie lubię pisać o kontynuacjach - zawsze się boję, że wyjawię jakieś istotne szczegóły z poprzednich części i tym samym zepsuję przyjemność z lektury tym osobom, które jeszcze wcześniejszej książki nie czytały. Tak, że powiem tylko, że będzie się działo do tego stopnia, że będzie potrzebna pomoc św. Judy Tadeusza, patrona od spraw beznadziejnych...
W "Pannach roztropnych"do znanej już trójki dołączy czwarta osoba - Aleksandra Pieczka, była gimnastyczka  medalistka olimpijska, która po rozpadzie dotychczasowego związku wyjedzie z rodzinnego Poznania do Gdańska, aby sobie wszystko na nowo poukładać. Szybko znajdzie wspólny język z Milą, Zofią i Zuzią a na horyzoncie pojawia się nowa, ciekawa znajomość...

Książki Magdaleny Witkiewicz są niezwykle ciepłe i przepełnione optymizmem. Autorka ma poczucie humoru i tą cechą obdarzyła wszystkie swoje bohaterki, co sprawia, że powieści stanowią idealny antydepresant i regulują poziom stresu w organizmie. Ja w każdym razie doradzam jako lekturę po szczególnie ciężkim dniu w pracy lub w domu. 
Moim zdaniem poprawa humoru gwarantowana:)   

piątek, 26 października 2012

Do woja marsz, do woja...

Pomimo, że teoretycznie mamy w Polsce równouprawnienie to jednak nas, kobiety, omija wiele ciekawych rzeczy. Nie tęsknię oczywiście do tego aby zostać górnikiem i spełniać się zawodowo fedrując węgiel na przodku ale już do takiego wojska to bym sobie poszła...
Sama instytucję widziałam kilka razy "z wierzchu" (w Krakowie kilka jednostek stacjonowało w moich szkolnych czasach), zdarzyło mi się być ze trzy razy w środku (na PO mieliśmy obowiązkowe strzelanie) a głębszej wiedzy na temat życia wojskowego dostarczył mi szwagier służący ojczyźnie na początku lat 90-tych oraz młodszy brat odbywający służbę wojskową pod koniec tychże. Z ich opowieści wyłaniał się obraz pełen co prawda rozmaitych idiotyzmów, ale i jeden i drugi w ogólnym rozrachunku nie żałują miesięcy spędzonych w koszarach i jeszcze dzisiaj wspominają je z uśmiechem.

Bohater książki Harosława Jaszka (to nie literówka tylko pseudonim literacki) pt. "Jak niczego nie rozpętałem" zaznajomił się z Ludowym Wojskiem Polskim we wcześniejszym okresie niż moi rodzinni wojacy, a mianowicie na przełomie lat 70-tych i 80-tych. Obowiązywał wtedy jeszcze przepis, że studenci zaliczali studium wojskowe, a po ukończeniu nauki odbywali trwającą rok służbę wojskową (zwyczajni poborowi spędzali w wojsku 2 lata). Jako absolwent filologii angielskiej dostał się do plutonu szkolącego przyszłych wywiadowców - logiczne, bo przecież wywiadowca powinien rozumieć o czym rozmawiają żołnierze wrogiego naszej ojczyźnie Paktu Północnoatlantyckiego (tak, tak był czas, że NATO było nam wrogiem). Jednak służba we Wrocławiu nie była tym co zadowoliłoby naszego bohatera. On szukał dla siebie nowych wyzwań i los okazał się dla niego łaskawy - po niejakich problemach został wcielony w skład polskiej misji pokojowej operującej na Wzgórzach Golan (półwysep synajski).

Zasadniczą część tej niewielkiej książeczki stanowi opis życia w bazie polskiego kontyngentu ONZ i jest to kolejny argument potwierdzający tezę, że Polak potrafi. Uskuteczni handel wymienny z mieszkającymi opodal bazy syryjskimi wieśniakami, w targowaniu dorówna handlarzom na suku w Damaszku, nie da się amebie ani innym chorobom egzotycznym a umiejętność nicnierobienia wyniesie na niebotyczne wyżyny. A co najważniejsze udowodni i sobie i innym, że jesteśmy najbardziej kreatywnym narodem na świecie...

Książeczkę przeczytałam w ciągu 2 godzin i przyznaję, że świetnie się bawiłam. Zapoznałam z co ciekawszymi fragmentami męża mojego Roberta i on, jako, że facet, jeszcze bardziej docenił opis życia za bramą jednostki. I aż sobie westchnął, że jego te przyjemności ominęły, bo jakimś cudem udało mu się w stosownym czasie od wojska wyreklamować. A teraz już za późno...

Książka dotarła do mnie w ramach akcji "Włóczykijka" i zaraz zrobi "w tył zwrot" i odmaszeruje do kolejnego czytelnika. A ja ze swojej strony polecam serdecznie tę lekturę, tylko proszę młodsze pokolenie -  potraktujcie ją z przymrużeniem oka, a najlepiej naciągnijcie na wspomnienia o wojsku jakiegoś osobnika w wieku 40+. Zobaczycie, że to co bohater książki przeżył na Wzgórzach Golan to małe miki w porównaniu ze wspomnieniami z Orzysza, Darłowa czy innych Bieszczad...

Recenzja bierze udział w wyzwaniu "Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę".


środa, 3 października 2012

Kiedy dzwoni przeznaczenie...

Joanna pracuje w firmie specjalizującej się w szkoleniach dla kadry menadżerskiej i  jest świetna w tym co robi. Młoda, zdolna, ambitna, zawsze dyspozycyjna i niemal zupełnie pozbawiona życia osobistego.   Pewnej nocy odbiera telefon od zdesperowanej znajomej - Elżbieta musi wyjechać służbowo na kilka dni i nie ma z kim zostawić dzieci. Joanna, być może na okoliczność nagłego wybudzenia ze snu, wyraża zgodę na trzydniową opiekę nad 14-letnią Asią i 6-letnim Łukaszem. Jednak po upływie umówionego terminu Elżbieta nie wraca, a do drzwi puka policja...

"Chichot losu" Hanki Lemańskiej to kolejna książka, która dotarła do mnie w ramach akcji "Włóczykijka". O książce usłyszałam przy okazji serialu, który jakiś czas temu emitowany był w telewizji - w rolę Joanny wcieliła się Marta Żmuda-Trzebiatowska. Serialu nie widziałam, ale z osłuchania wiedziałam mniej więcej o co chodzi i myślałam, że wiem czego mogę się po książce spodziewać. Trochę się obawiałam, łzawej bajki, gdzie wszystko jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki się udaje, a Joanna z marszu staje się wzorcową mamuśką dla Asi i Łukasza, łączącą w śpiewający sposób pracę i opiekę nad obcymi, było nie było, dziećmi.
I tu spotkało mnie miłe rozczarowanie - Joanna nie radzi sobie z narzuconymi przez los obowiązkami, nie potrafi pogodzić swojego dotychczasowego stylu życia z nowymi wyzwaniami, miewa liczne chwile zwątpienia, a i z dzieciakami nie bardzo się potrafi dogadać. Pomimo, że to ona jest osobą dorosłą miałam niejednokrotnie wrażenie, że Asia jest o wiele dojrzalsza i odpowiedzialna od swojej opiekunki. Natomiast Joanna musi przewartościować swoje życie, odpowiedzieć na szereg trudnych pytań i sam zdecydować co jest dla niej najważniejsze. I nic nie przychodzi łatwo...

Książka, może nieco powierzchownie, ale jednak pokazuje życie dzisiejszych trzydziestolatek nastawionych na karierę, nieźle sytuowanych, spełniających się zawodowo i niesamowicie wręcz samotnych. Joanna nie marzy o założeniu rodziny, odpowiada jej bycie singielką - ma co prawda kogoś na stałe, ale w żadnym wypadku nie można mówić o wielkim uczuciu pomiędzy nią a Markiem. To raczej układ biznesowy - spotkanie raz w tygodniu, kolacja, wspólna noc i do następnego weekendu. Nie zawracamy sobie głowy problemami partnera, nie angażujemy się - Joanna boleśnie przekonuje się, że zupełnie nie znała człowieka z którym spędziła większość sobót w ciągu ostatnich pięciu lat.

Hanka Lemańska była z wykształcenia psychologiem i trenerem umiejętności menadżerskich i psychologicznych - można więc sądzić, że materiału do książki dostarczyła jej własna praca. Jak dla mnie "Chichot losu" można traktować jako książkę o wartości terapeutycznej - bo pomimo trudności i niepowodzeń niesie nadzieję. Nadzieję dzięki której można się uporać nwet z najbardziej złośliwie chichoczącym losem.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Całkiem nieromantyczna romantyczka

Za oknem duchota, nawet na moim balkonie, który od północnej strony domu jest, trudno wytrzymać... Idealna lektura na taki dzień to coś w miarę lekkiego, trochę romantycznego i wzruszającego. I taka właśnie książka, jeśli wierzyć temu co na okładce napisał wydawca, od dłuższego już czasu czekała na mojej półce. "Miłość wyczytana z nut" to debiutancka książka Aleksandry Tyl, z pisarstwem której miałam już ogromną przyjemność się zetknąć za sprawą "Alei Bzów" o której pisałam TUTAJ. Mając na uwadze, że od "Alei" nie mogłam się oderwać przygotowałam się na równie wciągającą lekturę, wybrałam dzień kiedy nasi siatkarze mają wolne (IO mają swoje prawa) i zabrałam się do czytania. I jakoś mnie nie wciągnęło... W międzyczasie ugotowałam obiad, odrobiłam jakieś zaległe prasowanie i jeszcze sobie naszych "brązowych" żeglarzy (znaczy się Przemysława Miarczyńskiego i Zofię Klepacką) pooglądałam:)

Eliza to zbliżająca się do 30-tki pracownica świetlicy środowiskowej. Lubi swoją pracę, chociaż nie daje jej ona jakiejś wielkiej satysfakcji. Jest jedynaczką, ma przyjaciółkę Magdę i nie ma faceta... A bardzo by chciała mieć męża, dziecko, własny dom - to przecież niezbyt wygórowane marzenia. I oto na jej drodze staje dwóch mężczyzn - poznany przez przypadek lekarz Adam oraz znajomy z przeszłości, skrzypek Bruno. Eliza nie potrafi się zdecydować, którego z nich chce widzieć u swojego boku i spotyka się z obydwoma. I kiedy już jest prawie gotowa dokonać wyboru los decyduje za nią - po zakrapianej alkoholem imprezie budzi się rano przy boku Adama, a na skutki szalonej nocy nie trzeba długo czekać - Eliza jest w ciąży. I dopiero wtedy dociera do niej z całą jasnością kogo tak naprawdę kocha...

Historia Elizy, Adama i Bruna jest dosyć przewidywalna, ale o to nie mam większych pretensji - tego można sie domyślić czytając opis z okładki, zresztą romantyczne historie tak najczęściej mają że ona kocha jego, ale na skutek różnych okoliczności musi być z innym, a on czeka cierpliwie aż ona się od tego innego uwolni a potem żyją długo i szczęśliwie - koniec.
Co mnie natomiast w tej książce najbardziej męczyło to główna bohaterka - niesympatyczna, wyrachowana materialistka, która na siłę wmawia sobie a i czytelnikowi również jaka to ona jest romantyczna. Taaak... Noga od taboretu jest równie romantyczna jak ta cała Eliza. I rzeczona noga jest chyba inteligentniejsza od pani świetliczanki - bo z całym szacunkiem, jeżeli facet przez cały czas tokuje na swój temat (oczywiście w samych superlatywach), z lekceważeniem odnosi się do tego co ma do powiedzenia jego towarzyszka, ciągle ją strofuje i wytyka różne wady, cały czas forsuje swoje, jedynie słuszne, poglądy to gołym okiem widać że to snob i burak pastewny a nie żaden królewicz z marzeń i snów.

Kto mi się w tej książce podobał, to Magda, przyjaciółka Elizy - trochę zwariowana, ale kiedy trzeba rozsądna, lojalna, nie ocenia Elizy i jej postępowania i jest zawsze gotowa pomóc i wspierać. Bo na rodzinne wsparcie i zrozumienie też nie bardzo jak ma Eliza liczyć - no, oddając sprawiedliwość mama i babcia dbają aby dziewczyna miała pełną lodówkę i tyle.

Na całe szczęście, jak już pisałam, to nie jest pierwsza w moim dorobku czytelniczym, książka pani Aleksandry Tyl - bo gdyby tak było to raczej po następne bym nie sięgnęła. A tak wymazuję "Miłość wyczytaną z nut" z pamięci, w dalszym ciągu jestem zakochana w "Alei Bzów" i z nadzieją czekam na kolejne książki tej autorki.

Książkę przeczytałam w ramach akcji  "Włóczykijka"

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

O dojrzewaniu w latach 60-tych

Hanna Bakuła - malarka, autorka scenografii, kostiumolog, jakiś czas temu głośno było o jej nieudanych eksperymentach z chirurgią plastyczną.  Na pierwszy rzut oka jeszcze jedna blond celebrytka...

Na temat malarstwa pani Hanny się nie wypowiadam, bo akurat tego typu sztuka do mnie zupełnie nie przemawia, ale w ostatnim czasie przekonałam się, że jest utalentowaną pisarką. W ramach akcji "Włóczykijka" dotarła do mnie bowiem wspomnieniowa książka Hanny Bakuły pt. "Hania Bania. Tornado seksualne". Jest to trzecia z cyklu książek o Hani - dwie pierwsze opisują dzieciństwo i czasy szkoły podstawowej, natomiast "Tornado" dotyczy czasów licealnych głównej bohaterki. A dorastać przyszło Hani w drugiej połowie lat 60-tych - mamy więc w tle towarzysza Gomółkę, pochody pierwszomajowe, tajnych współpracowników SB, huczne obchody rocznicy rewolucji październikowej a wreszcie antyżydowską nagonkę z 1968 roku. To wszystko ma oczywiście wpływ na życie Hani, jej tato jest wojskowym a mama pracuje w ministerstwie, ale najważniejsze są zmiany jakie zachodzą w niej samej. Poznajemy ją jako grubiutką trzynastolatkę, nieco rozpaczliwie marzącą o posiadaniu świetnej figury i własnego chłopca. I na naszych oczach z niezdarnego podlotka wyrasta młoda kobieta, co prawda nie najszczuplejsza, ale mająca w sobie to "coś" co przyciąga mężczyzn. 
Ale to tylko jedno oblicze Hani. Bo oprócz zainteresowania chłopakami, modą i muzyką rozrywkową dziewczynka czytuje Manna i Dostojewskiego, ma wyczucie jeśli chodzi o poezję, uwielbia muzykę klasyczną i teatr, interesuje się filozofią czy też potrafi być równorzędną partnerką do rozmowy dla takiej sławy polskiej literatury jak Antoni Słonimski.

"Hania Bania. Tornado seksualne" to powieść o dojrzewaniu. I po jej lekturze doszłam do wniosku, że nie ważne w jakich czasach przyjdzie nam dziewczynom dorastać to mamy takie same problemy - nie do końca akceptujemy swój wygląd, kochamy się w najmniej odpowiednich chłopakach, staramy się nadążyć za modą (często przy pomocy maminej garderoby), obawiamy się ośmieszenia z powodu własnego braku doświadczenia i wszystko przeżywamy trzy razy mocniej niż na to zasługuje...
Tak było z Hanią, która wiekowo należy do pokolenia mojej mamy, tak było ze mną i tak samo dzisiaj jest z moją 13-letnią siostrzenicą - nic się właściwie nie zmieniło. No prawie nic - ja w przeciwieństwie do Hani wiedziałam, że od jednego pocałunku nie można zajść w ciążę;)

To było moje pierwsze spotkanie z pisarstwem Hanny Bakuły, ale mam nadzieję, że nie ostatnie...
A książkę serdecznie polecam:)

piątek, 27 kwietnia 2012

30 dni z książką, włóczykijka i jeszcze coś, a właściwie ktoś;)

DZIEŃ 16
Ulubiona książka, którą sfilmowano


Jest kilka naprawdę dobrych ekranizacji i trochę trwało zanim wybrałam tę jedną. Będzie to ekranizacja cyklu książek "Królowie przeklęci" M. Druon'a. Serial powstał w 2005 roku, wyprodukowali go Francuzi a w rolach głównych można w nim było zobaczyć m.in Jeanne Moreau i Philippe Torretona.


***********************************************************

Dzisiaj dotarła do mnie kolejna Włóczykijka. Oto ona:


Idealna lektura na majowy weekend:)

****************************************************************

Ci, którzy zaglądają tu w miarę często wiedzą, że przewagę liczebną w moim domu mieli faceci - ich jest dwóch a ja jedna....
Ale od trzech tygodni zapanowała równowaga, bo pojawiła się ONA:


Oficjalnie przedstawiam Wam Pyzę, nowego członka naszej rodziny, psicę rasy mieszaniec małopolski;)

środa, 28 marca 2012

Jakoś nie oszalałam na punkcie tej książki

Jednym z wydawnictw po którego książki sięgam właściwie "w ciemno" jest wydawnictwo SOL firmowane przez Monikę Szwaję, której powieści bardzo lubię i cenię. Przy okazji wierzę, że również inni autorzy związani z tą oficyną prezentują wysoki poziom a pani Monika nie podpisze się pod jakąś miernotą.
Tym razem jednak moja wiara w szczecińską oficynę uległa niejakiemu zachwianiu. Stało się to za sprawą "Rzeki szaleństwa" debiutanckiej książki Marka P. Wiśniewskiego - nie jest to na szczęście wspomniana wyżej miernota, ale i do arcydzieła jej bardzo daleko.

Bohaterem i narratorem tej historii jest Michał Marlowski - około 40-tki, były nauczyciel w liceum, pracował też przez pewien czas jako logistyk, aktualnie bez stałego zajęcia. Przyjmuje zlecenie od niejakiego Mariusza Kurtza - ma nadzorować transport nietypowej przesyłki na trasie Szczecin - Sieradz. Przewozić tę przesyłkę ma barka rzeczna której załogę stanowi kapitan Listkiewicz oraz bosman Hryciuk. W czasie podróży mają miejsca tajemnicze, czasem groźne, czasem nieco makabryczne wydarzenia, które wywierają ogromny wpływ na załogę barki. Jedynie Marlowski stara się nie ulegać psychozie a wszystkie zajścia usiłuje jakoś logicznie wytłumaczyć. Okazuje się jednak, że podróż, chociaż do najspokojniejszych nie należała jest niczym w porównaniu z tym z czym musi się zmierzyć Michał po dotarciu na miejsce. Spotyka tam kobietę, która go intryguje, ale równocześnie budzi w nim obawę. Nikt nie jest tym za kogo się podaje, a wokół dzieją się rzeczy, których nie da się wytłumaczyć w kategoriach zdroworozsądkowych. Bohater zmuszony jest podjąć kilka ważnych dla siebie decyzji - co jest tym bardziej trudne, że tak naprawdę nie może nikomu do końca zaufać.

Książka to po trosze powieść obyczajowa, po trosze thriller, po trosze studium psychologiczne czyli takie trochę nie wiadomo co... I to mój główny zarzut do tej pozycji - mam wrażenie, że autor w czasie pisania pogubił się i zamiast jasno określić czym ma być jego opowieść pisał trochę na zasadzie "trzy w jednym". Niestety to co się sprawdza przy okazji szamponu w książce najczęściej nie daje oczekiwanego efektu. Powieść ma kilka naprawdę świetnych scen, które czytałam z zaciekawieniem, niestety przeplatane są jakimiś retrospekcjami, monologami wewnętrznymi, opisami co sprawia, że akcja się niemiłosiernie wlecze i zupełnie nie trzyma w napięciu - co jest przecież podstawowym wymogiem przy powieściach typu thriller psychologiczny (bo chyba takie było pierwotne założenie tej książki). 

Co jest mocną stroną tej książki to język, którym posługuje się autor. Widać łatwość operowania słowem, talent do plastycznego opisu ludzi, scenerii i wydarzeń, wyczucie w stosowaniu wulgaryzmów - to jedna z nielicznych książek, gdzie mnie nie raziło mocne słownictwo postaci...

W szkolnej skali ocen ta powieść ma u mnie trójkę z plusem. Autor ma potencjał i mam nadzieję, że jeśli jeszcze chwyci za pióro to stworzy coś fajnego - czego mu z całego serca życzę.

Książkę przeczytałam dzięki akcji "Włóczykijka" i w najbliższych dniach wyślę do kolejnej czytelniczki - być może ktoś dojrzy w tej książce coś więcej niż mnie udało się dostrzec...

Książka z akcji Włóczykijka przekazana przez wydawnictwo SOL

środa, 14 grudnia 2011

Świat może się zawalić w ciągu kilku sekund...

Chociaż najczęściej nie chcemy o tym pamiętać to nasze życie jest niezwykle kruche i ulotne. I może się zdarzyć, że w przeciągu kilku sekund wszystkie nasze plany i zamierzenia przestaną mieć jakiekolwiek znaczenie.
Tej bolesnej prawdy doświadczyła Irena, główna bohaterka powieści Mariki Krajniewskiej "Zapach malin". Zdecydowana i przebojowa, potrafiła postawić wszystko na jedną kartę aby pokonać kolejny szczebelek korporacyjnej kariery, zostawiła za sobą smutne dzieciństwo spędzone w cieniu matki alkoholiczki oraz niezbyt udane małżeństwo - wszystko po to aby odnieść jak największy sukces zawodowy. I kiedy wydawało się, że wymarzony awans jest na dotknięcie ręki jej życie w jednej chwili legło w gruzach: wypadek samochodowy, ciężka operacja i diagnoza, która dla Ireny jest gorsza niż śmierć - jest sparaliżowana, dzięki rehabilitacji powinno się usprawnić jej ręce, ale nigdy już nie stanie na nogach...
Na szpitalnym łóżku Irena ma czas i możliwość zrobienia bilansu zysków i strat w swoim życiu, przechodzi huśtawkę nastrojów - od otępienia poprzez rozpacz aż do względnego uspokojenia, musi odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
Niejako w tle przejść Ireny dzieje się historia pielęgniarki Zuzanny, która postanawia wraz z mężem zaadoptować trójkę dzieci - rodzeństwo z domu dziecka. Zuzanna i Staszek wychowali już własne dzieci, mają wnuki i mogliby w spokoju czekać na zasłużoną emeryturę. Postanawiają jednak zaprosić do swojego życia dzieciaki, które miały mniej szczęścia od ich własnych pociech.
Irena początkowo nie potrafi zrozumieć decyzji Zuzanny, jednak w miarę upływu czasu dociera do niej, że to właśnie ta pielęgniarka odnosi prawdziwy sukces - jej życie jest pełne miłości i poświęcenia dla innych, na których może liczyć w potrzebie. Tymczasem Irena odnosi sukces finansowy i zawodowy jednak w trudnych chwilach jest samotna.

Książka Mariki Krajniewskiej nie jest lekturą prostą i łatwą, chociaż niewielka objętość sprawiła, że przeczytałam ją w ciągu dwóch wieczorów. Ale po przeczytaniu dosyć długo nie potrafiłam ubrać w słowa moich odczuć - być może sprawił to fakt, że świetnie rozumiałam co działo się z Ireną (prawie trzy lata temu podobna diagnozę usłyszał mój mąż - na szczęście się nie sprawdziła). Być może sprawił to styl narracji zastosowany przez autorkę, krótkie, lapidarne zdania, bez ozdobników, niemal całkowity brak środków stylistycznych, oszczędność formy. Z pewnością wpływ miały fragmenty pamiętnika prababci Ireny z okresu oblężenia Leningradu - czasu w którym zamarły ludzkie uczucia a najważniejszą sprawą stało się przeżycie nawet kosztem innych ludzi.

Historia Ireny, jej prababki i Zuzanny bardzo mnie poruszyła, przyznaję, że kilkakrotnie wycisnęła mi łzy z oczu. Sprawiła, że sama zaczęłam się zastanawiać co w moim życiu jest najważniejsze. I mam taką nadzieję, ze bliżej mi do Zuzanny niż do Ireny, oraz, że nie będzie mi nigdy dane sprawdzić jak postępowałabym będąc na miejscu prababki tej ostatniej.

Uważam, ze książka powinna dalej wędrować, bo chociaż niełatwa w odbiorze stanowi świetny punkt wyjścia do zastanowienia się nad sobą i swoimi życiowymi priorytetami.

Książkę przeczytałam dzięki Akcji "Włóczykijka" 
oraz Wydawnictwu Papierowy Motyl


sobota, 3 grudnia 2011

Bardzo oporna "Włóczykijka"

Od czasu do czasu zdarza mi się trafić na książkę, która mi nijak nie podchodzi... Odkładam wtedy taką lekturę na bok bo niby dlaczego mam się z nią mordować? Niestety bywa tak, że z taką chybioną lekturą wiążą się pewne zobowiązania...
Tak było w przypadku książki Marty Magaczewskiej pt. "Zaćmienie", która trafiła do mnie w ramach akcji "Włóczykijka". Objętościowo nie jest to pozycja zbyt obszerna, ale czytało mi się niemożliwie ciężko - brałam do ręki i po połowie strony odkładałam na półkę - no coś strasznego...

Akcja książki przenosi nas w jeden z najdzikszych i najsurowszych regionów Francji - do Bretanii. Narratorem tej historii jest młody mężczyzna Marius Geert, który opowiada historię swojej znajomości z pewną tajemniczą dziewczyną imieniem Lydia. Spotkali się przypadkowo na plaży - Marius uratował Lydię przed utonięciem. Dziewczyna tak go zafascynowała, że pomimo jej jawnej niechęci, żeby nie powiedzieć wrogości, stara się z nią zaprzyjaźnić. Ostatecznie Lydia zgadza się aby jej towarzyszył w podróży wzdłuż wybrzeża Atlantyku. Mężczyzna stara sie czegoś dowiedzieć na jej temat ale paradoksalnie, im bardziej się do niej zbliża tym większa tajemnica spowija jej postać.

Marta Magaczewska to młoda osoba zafascynowana Francją, jej przyrodą, kulturą i mieszkańcami. Akcję swojej powieści osadziła w miejscu, które według starych legend było przedsionkiem zaświatów - to do Bretanii właśnie miały się udawać dusze zmarłych aby wsiąść na łódź, która miała je zawieźć do krainy cieni. Cała powieść jest wręcz nasiąknięta klimatem śmierci, tragicznych doświadczeń i braku nadziei. A oprócz tego zupełnie mnie nie przekonała opowiadana historia - nie rozumiem postępowania Mariusa, jak dla mnie to trochę na siłę stworzona postać i intryga. O wiele bardziej prawdziwa jest Lydia i chociaż jej motywacja też nie do końca mnie przekonuje, to jestem w stanie zrozumieć dlaczego robi to co robi.

Jak już pisałam na początku książka mnie ogromnie wymęczyła - nie wiem, może to był skutek moich osobistych problemów, które przechodziłam w tym okresie (ciężka choroba mojej mamy i jej ponad trzymiesięczny pobyt w szpitalu) ale to chyba po raz pierwszy się zdarzyło, żebym niespełna dwustustronnicową książkę czytala kilka tygodnii. A jak już skończyłam to przez kolejne trzy tygodnie nie mogłam się zebrać w sobie  żeby napisać tę opinię.

Czy polecam? Po raz pierwszy nie jestem w stanie odpowiedzieć jakoś konkretnie na to pytanie. Najlepiej przekonajcie się na własnej skórze...

 

środa, 10 sierpnia 2011

Trzydziestolatka na autostradzie

Staram się nie czytać opinii na temat książek o których wiem, że w najbliższym czasie wpadną w moje ręce. Tak więc z "włóczykijkowymi" recenzjami zapoznaje się dopiero po tym jak sama daną książkę przeczytam. Tak też było w przypadku "Kary" której autorką jest Maja Wolny. Książka trochę poleżała na półce, bo czas był niezbyt sprzyjający lekturze, ale parę dni temu zebrałam sie w sobie, wzięłam książkę w ręce i... po kilku godzinach odłożyłam przeczytaną w całości. Od razu zdradzę, że lektura dostarczyła mi masę pozytywnych wrażeń, pomimo, że książka do szczególnie optymistycznych się nie zalicza...

Bohaterka i zarazem narratorka to Karolina - z urodzenia krakowianka, z wyboru mieszkanka Brukseli, żona wykładowcy uniwersyteckiego Jana i matka kilkuletniej Toni. Książka to właściwie zapis wspomnień i refleksji Karoliny snutych nocą 30 listopada 2006 roku w czasie podróży międzynarodową trasą E4. Data ma swoje znaczenie - ten dzień to 30 urodziny Kary - magiczna data w życiu każdej kobiety, skłaniająca do pewnych podsumowań i rozrachunków z przeszłością.
Kara pochodzi z przeciętnej rodziny, jest jedynaczką. W czasie studiów w ramach programu Erasmus wyjeżdża na półroczne stypendium do Belgii. Jednym z wykładowców jest pochodzący z polsko-belgijskiej rodziny Jan. Już pierwsze zetknięcie profesora i studentki owocuje wzajemną fascynacją, po niedługim czasie Jan i Kara pobierają się a na świat przychodzi Tonia. Mogłoby się wydawać, że to banalna historia jakich wiele - nic bardziej błędnego. Szybko okazuje się, że związek z Janem będzie dla Karoliny pasmem trudów i wyrzeczeń. Powoli poznaje historię jego rodziców, ich toksyczne relacje, oraz destrukcyjny wpływ jaki wywierała i nadal wywiera na Jana jego matka. Teściowa nienawidzi Karoliny i nie kryje się z tym uczuciem. Kara nie ma się za bardzo na kim oprzeć - rodzice są w oddalonym o setki kilometrów Krakowie a Jan nieoczekiwanie zapada na zdrowiu...

Tak jak napisałam na początku książka bardzo miło mnie zaskoczyła, tym bardziej, że (jeśli dobrze sprawdziłam) jest to literacki debiut autorki. Przemyślana i spójna historia, prosty język, ciekawie zarysowane postacie bohaterów to niewątpliwie atuty tej książki. Maja Wolny, która jest rówieśniczką swojej bohaterki jest niezwykle wiarygodna - widać, że autorka ma już jakiś bagaż doświadczeń i wie o czym pisze. A Kara to zwykła kobieta jakich wiele mijamy codziennie w swoim życiu i z którą prawie każda z nas kobiet, mających za sobą ową graniczną trzydziestkę może się w mniejszym lub większym stopniu identyfikować, nie ważne czy  będziemy żyć w Brukseli, Krakowie czy Pcimiu Dolnym.

Czy książka powinna dalej wędrować? Moim zdaniem tak, bo to materiał do wielu poważnych przemyśleń - również nad sobą. 

I tylko na marginesie chciałam się podzielić pewną moją obserwacją. Kiedy już przeczytałam książkę i napisałam sobie szkic tej recenzji to zerknęłam na opinie innych blogerów i zauważyłam pewną prawidłowość - osoby młodsze były bardziej krytyczne wobec książki w ogóle a głównej bohaterki w szczególe natomiast te "mniej młodsze" mają zdanie podobne do mojego. I taki mi się wniosek nasunął, że to jedna z tych książek, których się nie doceni nie mając pewnego bagażu życiowych doświadczeń...

Książka przeczytana w ramach akcji "Włóczykijka" 
przekazana przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka

sobota, 9 lipca 2011

Pisać każdy może tylko czy od razu musi to publikować?

W zeszłym tygodniu gościła u mnie kolejna włóczykijkowa książka a mianowicie "Strażnik marzeń" Mariusza Surmacza. Od razu powiem, że skończyłam ją czytać tylko i wyłącznie siłą woli - w końcu przyłączając się do akcji zaakceptowałam regulamin i muszę coś na temat napisać. A z kolei nie lubię oceniać czegoś czego nie doczytałam...
Zaznaczam tylko, że niniejszy tekst to raczej nie będzie recenzja tylko spojler jak stąd do Władywostoku - muszę zrzucić to co mi na sercu leży a bez wnikania w treść się niestety nie da. Więc jeśli ktoś nie chce sobie psuć wrażeń z lektury to niech tego tekstu nie czyta. Ale do rzeczy.

Bohaterem powieści jest czterdziestoletni Max - któregoś dnia postanowił zostawić swoją kobietę i w tajemnicy ruszyć w świat na motorze. Zrobił to ponoć z wielkiej miłości - ciekawy sposób okazywania uczuć swoją drogą. Po kilku godzinach jazdy zatrzymuje się w przydrożnej gospodzie i po 5 minutach rozmowy z młodocianą kelnerką uprawia z nią sex na kawiarnianym krzesełku - równocześnie w myślach rozmawiając ze swoją ukochaną i zapewniając ją o swoim ogromnym uczuciu... To pierwsze kartki tej książki a dalej jest mniej więcej w ten sam deseń. Akcja powieści obejmuje dziewięć dni w ciągu których Max ma cztery różne partnerki, wypija morze gorzały - od domowych nalewek, poprzez piwo i wódkę na księżycówce kończąc (dla niewtajemniczonych księżycówką w moich stronach nazywa się bimber). W czasie swojej wędrówki Max poznaje wiele osób, które od razu na dzień dobry opowiadają mu najintymniejsze historie ze swojego życia - jakoś to do mnie nie przemawia, bo nie bardzo chce mi się wierzyć w taką otwartość w narodzie - choć z drugiej strony alkohol ponoć rozwiązuje języki... O samym Maksie dowiadujemy się niewiele - oprócz miłości do motocykla cechuje go słabość do kobiecych piersi (im większe tym lepiej) oraz seksu oralnego i analnego (opisywanego ze szczegółami). Gwoli sprawiedliwości dodam, że opisy nie są wulgarne tylko zwyczajnie niesmaczne - no w każdym razie w moim rozumieniu dobrego smaku się niespecjalnie mieszczą.

Książka wręcz razi topornymi dialogami i niekonsekwencją - tu będzie ten obiecany spojler. Rankiem trzeciego dnia podróży Max ratuje życie młodemu chłopakowi i w szpitalu poznaje jego zrozpaczoną matkę imieniem Edyta. Kilkugodzinna operacja kończy się pomyślnie, chłopak będzie żył a mamusia zaprasza Maksa do swojego domu nad jeziorem gdzie kilkakrotnie wyraża swoją wdzięczność za uratowanie syna. Następnego dnia Edyta jedzie do miasta a po powrocie obiecuje kolejną ratę podziękowań - niestety nie dotrzymuje słowa, gdyż ulega rozległemu zawałowi serca i umiera. Marek (jej syn) na wieść o tym wypisuje się  na własne żądanie (trzeciego dnia po operacji ratującej życie) ze szpitala a Max na rozpacz chłopaka ma jedno lekarstwo - po kielichu (co nas nie zabije to nas wzmocni...).
Dwa dni później okazuje się, że Edyta zapisała Maksowi w testamencie dom nad jeziorem oraz kupiła dla niego nowy motor Harley-Davidson rocznik 1969 tzw. Easy Rider. Ciekawe kiedy to zrobiła - już pomijam cenę takiego pojazdu, ale na allegro takich nie ma...

Czy jest w tej książce coś dobrego? Wyobraźcie sobie, że tak. Autor jest wielbicielem motocykli i to widać w jego tekście. Fragmenty w których pisze o jeździe na swoim stalowym rumaku są naprawdę dobre, ale jest ich tyle co kot napłakał...
Być może moja surowa ocena wynika z tego, że równocześnie z tą książką czytałam naprawdę dobrą książkę - "Łóżko"  J.L. Wiśniewskiego oraz wspaniały debiut M. Grabskiego czyli "Księdza Rafała".
Po raz pierwszy we włóczykijkowej akcji muszę powiedzieć, że książki nie polecam a wręcz odradzam. Jest na tyle innych wartościowych pozycji...

Książka przekazana do akcji "Włóczykijka" 
przez wydawnictwo Novae Res

wtorek, 5 lipca 2011

Z "Włóczykijką" w... łóżku

W ostatni weekend z powodu niemal listopadowej pogody urządziliśmy sobie w domu "Dni Leniwca" czyli minimum ruchu, zagrzebanie się w kocyki i drzemeczka ew. jakieś nie wymagające nadmiernej aktywności zajęcia. Moi chłopcy mieli maraton filmowy z National Geografic a ja sobie czytałam ile wejdzie. Przeczytałam trzy książki, które przebywały w moim domu z krótką wizytą - dwie "Włóczykijki" i jedną wysłaną w Polskę przez pewną sympatyczną biblionetkowiczkę. Dwie z tych książek to debiuty - jedną jestem zachwycona,drugą doczytałam tylko i wyłącznie z poczucia obowiązku ale o nich będzie kiedy indziej. Dzisiaj kilka słów o trzeciej książce czyli o"Łóżku" Janusza Leona Wiśniewskiego.

Autora chyba nie trzeba specjalnie przedstawiać - większość zna go przynajmniej ze słyszenia jako autora "Bikini" i "Samotności w sieci". Dla mnie "Łóżko" było akurat pierwszym bezpośrednim spotkaniem z twórczością tego autora i nieco się tego spotkania obawiałam. Dlaczego? Ano dlatego, że zauważyłam już, że jest to pisarz dosyć kontrowersyjny - czytając recenzje jego powieści odniosłam wrażenie, że albo się Wiśniewskiego podziwia albo uznaje za grafomana... A do tego wszystkiego "Łóżko" to zbiór opowiadań, czyli forma za którą nie przepadam.
No ale wzięłam się do czytania i sama nie wiem kiedy pochłonęłam całą książkę...
Opowiadania zawarte w tym tomie w większości były publikowane już wcześniej a to co je łączy to motyw tytułowego łóżka. Najlepiej chyba charakteryzuje ten zbiór zdanie, które znajduje się na tylnej stronie okładki: "W łóżku ludzie doświadczają największej bliskości i w łóżku także bywają najbardziej osamotnieni."*
Bohaterki opowiadań Wiśniewskiego znajdują się w przełomowych momentach swojego życia. Przeżywają całą gamę uczuć od miłości do nienawiści, są kochane, okłamywane, zdradzane, niektóre mają nadzieję na lepsze jutro inne tej nadziei zostały pozbawione. Książka przeładowana jest taką masą emocji, że nie można koło niej przejść obojętnie. Wydaje mi się, że każda z czytelniczek znajdzie w niej jakąś cząstkę siebie, historię z którą w całości lub choćby w jakimś fragmencie będzie się mogła identyfikować. I dlatego właśnie uważam, że książka powinna wędrować dalej. Poza tym po raz pierwszy zdarzyło mi się czytać książkę o kobietach pisaną przez mężczyznę w taki sposób, że zapominałam o płci autora. Niestety niewielu mężczyzn potrafi tak pisać...

Ale o tym będzie w jednej z  następnych odsłonie tego bloga...

*Janusz Leon Wiśniewski, "Łóżko", wyd. Świat Książki 2011, tekst z okładki


Książka przekazana do akcji "Włóczykijka" przez Księgarnię Selkar 


czwartek, 9 czerwca 2011

Dlaczego nie oglądam telenowel i staram się nie czytać opisów na okładkach książek

Na początku będzie dygresja - aczkolwiek związana z tematem.
Zdarzyło Wam się kupić książkę tylko dlatego, że opis na okładce sugerował podobieństwo do jakiegoś ukochanego czytadła? Np. "To nowa Bridget Jones!" albo "Jeżeli kochasz bohaterów Tolkiena to pokochasz...", że nie wspomnę tych światowych bestsellerów, które jakoś tak długo zalegają księgarniane półki i tylko łapią kurz? A ile razy hurraoptymistyczne opisy zgadzały się z prawdą?
No właśnie...
I czasem zwyczajnie nie rozumiem dlaczego wydawnictwa strzelają sobie takie "samobóje"? Czy takim wielkim grzechem byłoby napisanie bez ochów i achów, w dwóch zdaniach o czym książka jest? Ciekawe jak wielu czytelników wtedy sięgnęłoby po taką książkę? Ja powiem od siebie - w chwili kiedy widzę takie entuzjastyczne opisy dotyczące książki czy autora o którym nikt lub mało kto słyszał to nawet nie patrzę w tamtą stronę wietrząc li tylko chwyt marketingowy...
Sępy już czekają na słodycze...

Czemu miał służyć ten przydługi wstęp poza możliwością popsioczenia sobie?
Otóż trafiła do mnie kolejna "Włóczykijkowa" książka a mianowicie "Teleznowela" Rafała Skarżyckiego. Pominąwszy nieciekawą okładkę spojrzałam cóż to na temat tego dziełka ma do powiedzenia wydawca. A tam oczywiście "błyskotliwa opowieść", "poczucie humoru", "prześmiewczy sposób (narracji - dop.wł.) - czyli można się spodziewać zjadliwej satyry na temat filmowego światka. 
Ale spodziewać się a dostać coś to już dwie różne sprawy... Powiem szczerze, że nie zauważyłam w tej książce praktycznie nic śmiesznego więc wydawca mnie po prostu okłamał... Ale do rzeczy.

Bohaterami książki jest czworo trzydziestolatków z Warszawy - Miłosz - początkujący scenarzysta, Agata - jego dziewczyna pracująca w firmie PR, Julita - przyjaciółka Agaty, która zajmuje się domem, Andrzej - mąż Julity, pracownik branży IT, dyrektor krakowskiego oddziału firmy. Mamy jeszcze kilku bohaterów drugoplanowych, głównie współpracowników Miłosza, jako że głównym tematem jest praca nad scenariuszem nowej, hitowej telenoweli. I powiem szczerze, że biorąc pod uwagę poziom co niektórych telewizyjnych produkcji jestem w stanie uwierzyć, że ich powstawanie wygląda tak jak wygląda - autor książki jest bowiem również scenarzystą (kilkanaście odcinków TVN-owskiego serialu "Prosto w serce" jest autorstwa Rafała Skarżyckiego - nie byłam w stanie uściślić, czy to autor książki, czy aż tak duża zbieżność nazwisk). Ta część utworu jest zdecydowanie najlepsza.

Drugim tematem omawianej książki są starania Julity i Andrzeja o dziecko - tu jestem totalnie zdegustowana. Zupełnie nie rozumiem jaki sens mają te starania, bo tak naprawdę tych dwoje ludzi nie łączy nic poza kredytem zaciągniętym na mieszkanie - nie ma w tym związku ani grama uczucia, wspólnoty poza weekendowym obiadem u rodziców Andrzeja, oni nawet nie mają wspólnych tematów do rozmowy... A i sam opis tych starań jest po prostu wstrętny - tu być może przesadzam i podchodzę do problemu zbyt emocjonalnie, gdyż dane mi go było poznać na własnej skórze, ale wiem skądinąd, że można o tym pisać zupełnie inaczej (żeby nie być gołosłowną - "Zupa z ryby fugu" Moniki Szwai o której pisałam TUTAJ).

Dlaczego ta książka powinna dalej wędrować?
Cóż... Choćby dlatego, że ma bardzo różne recenzje - od umiarkowanych zachwytów po totalna krytykę (ja jestem gdzieś pośrodku) więc najlepiej samemu przekonać się jaką reakcję wywoła w naszym przypadku. Poza tym wydaje mi się, że w miarę realistycznie oddaje świat telewizyjnych tasiemców a także, co może nawet ważniejsze, pokazuje życie młodych ludzi, którzy robiąc karierę zagubili to co w życiu najważniejsze - miłość, przyjaźń i szacunek dla samego siebie.

Książka przekazana do akcji "Włóczykijka" przez
 Wydawnictwo Prozami                                                                                                                              

środa, 18 maja 2011

Nie taka Wiedźma straszna...

Po raz kolejny zapukała do mojego domu  blogowa "Włóczykijka" a to za sprawą książki Anny Brzezińskiej pt. "Opowieści z Wilżyńskiej Doliny". 
Z okładki patrzyła na mnie dorodna, czarnowłosa dziewoja z  błyszczącymi oczami , w mocno nieskromnej szkarłatnej sukni  i niedbale zasznurowanym gorsecie. Błękitne cienie wokół jej dłoni miały pewnie znamionować magiczne moce. Powiem od razu - nie urzekła mnie ta okładka jak na mój gust zwyczajnie kiczowata...

Ale nie należy sądzić książki po okładce więc zabrałam się do czytania i wsiąkłam. Tu i teraz przestało się liczyć, a ja przeniosłam się do zapomnianej przez bogów i ludzi doliny, gdzie czas płynie własnym rytmem, ludzie ciężko pracują, czasem zjawią się wędrowni kupcy lub misjonarze, włodyka zbiera należną mu daninę a pleban stara się (acz niezbyt nachalnie) utrzymać swoją trzódkę w jakiej takiej moralności. Nieco z boku, w leśnych ostępach mieszka Babunia Jagódka - miejscowa Wiedźma, której wszyscy się boją, o której opowiadają sobie niestworzone historie ale do której biegną w potrzebie. Babunia Jagódka ma wszystkie atrybuty wiedźmy-jest stara, brzydka, najchętniej podróżuje na brzozowej sztachecie, w jej izbie przemieszkują nietopyrki i ogromny kot, a w obejściu jest cap z którym wiedźma popadła w pewną zażyłość... 
Jednak to nie wszystko - Babunia Jagódka potrafi bowiem w razie potrzeby czy też dla kaprysu odmienić się w piękną i młodą dziewczynę...
Wilżynska Wiedźma stara się nie wtrącać w życie wiejskiej społeczności więcej niż trzeba jednak wielokrotnie przypada jej w udziale pomagać swoim współziomkom. I chociaż głośno mówi co innego to między wierszami można się zorientować, że tych swoich sąsiadów zwyczajnie lubi, chociaż zdaje sobie sprawę z ich wad i ograniczeń.

Kilka godzin spędzonych nad lekturą minęło sama nie wiem kiedy a po przeczytaniu ostatniego zdania pozostał ogromny niedosyt - ja chcę jeszcze! Już się rozglądam za kontynuacją "Opowieści" a mianowicie z "Wiedźmą z Wilżyńskiej Doliny" i mam nadzieję, że się nie zawiodę.

Z notki na okładce dowiedziałam się, że autorka jest absolwentką Wydziału Historii KUL i doktorantką  mediewistyki - inspiracja średniowieczem, kulturą ludową tamtego okresu, przesądami i wierzeniami jest widoczna w całej książce. Na uwagę zasługuje też język bohaterów - stylizowany, nie pozbawiony wulgaryzmów ale przez to bardziej prawdziwy. Książka jest przepełniona humorem słownym i sytuacyjnym a bohaterowie w większości budzą sympatię, nawet zbójcy i opryszki - czego przykładem może być zbój Waligóra, którego Babunia znalazła w lesie zakopanego po szyję w ziemi i zostawionego na pewną śmierć przez żołnierzy księcia.

Serdecznie polecam lekturę "Opowieści z Wilżyńskiej Doliny" wszystkim wielbicielom fantastyki ale również i tym, którzy z tym akurat gatunkiem literackim nie mieli za dużo do czynienia. Gwarantuję kilka godzin doskonałej rozrywki w pięknym, górskim krajobrazie, w towarzystwie niezwykłej Wiedźmy i jej wiejskich sąsiadów.

Książka z akcji Włóczykija przekazana przez Wydawnictwo RUNA

poniedziałek, 16 maja 2011

W poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi


Bardzo nie lubię zaległości recenzyjnych, bo im więcej czasu mija od lektury tym bardziej wrażenia się rozmywają. Niestety, tym razem zadziałały siły wyższe i dopiero dzisiaj mogę napisać parę słów o „Włóczykijkowej” książce, którą gościłam już jakiś czas temu, a w ubiegłym tygodniu wysłałam w dalszą wędrówkę.
„Magiczne miejsce” to moje pierwsze spotkanie z Agnieszką Krawczyk, aczkolwiek autorka nie jest debiutantką – jej pierwsza książka pt. „Napisz na priv” ujrzała światło dzienne dwa lata temu.

Tytułowe magiczne miejsce to Ida, wieś gdzieś na końcu świata, do której trafia Witold Mossakowski – zmęczony życiem trzydziestokilkuletni wysoki urzędnik jednego z ministerstw. Pod wpływem impulsu kupuje zdewastowany pałac i zaczyna tworzyć własne miejsce na ziemi. Szybko przekonuje się, że wioska pełna jest różnego rodzaju oryginałów, którzy podobnie jak on szukali i znaleźli tutaj spokój i wytchnienie. Najbardziej intrygującą Witolda postacią jest Mila Bielak – sołtys Idy, nauczycielka hiszpańskiego i astronomii, założycielka spółdzielni rękodzielniczej i… bardzo tajemnicza osoba.
Czy Witold pozna jej tajemnicę i czy zdecyduje się zamienić na stałe Warszawę na podkarpacką Idę? Jak ułożą się jego kontakty z miejscowymi? I jaki związek z tym wszystkim mają masoni i Święty Graal? Kto ciekawy niech szybciutko sięga po tę sympatyczną książeczkę.

Przy okazji lektury tej książki naszła mnie taka myśl, że ostatnimi laty powstało wiele różnych powieści w których bohaterowie zmęczeni pracą, nieudanymi związkami czy ogólnie życiem w wielkim mieście szukają miejsca dla siebie na przysłowiowej „wsi zabitej dechami”. Książka Agnieszki Krawczyk wpisuje się w ten właśnie nurt i tym większy szacunek dla autorki, że udało jej się stworzyć oryginalnych bohaterów i niebanalna intrygę.

Jest w tej książce jeszcze coś, co mnie nałogową czytelniczkę niezwykle ujęło – mianowicie niemal wszyscy idzianie czytają książki. Dzieciaki „Harrego Pottera” a starsi klasykę i powieści przygodowe ze szczególnym uwzględnieniem powieści Hermana Melvilla pt. „Moby Dick”. I potrafią do czytania zachęcić – już się rozglądam za książką Melvilla, bo mnie bardzo zaintrygowała.
Jeśli ktoś lubi optymistyczne historie z tajemnicą i poczuciem humoru – to polecam „Magiczne miejsce”. Z pewnością się nie zawiedzie.


Książka z akcji Włóczykijka przekazana przez wydawnictwo SOL

sobota, 30 kwietnia 2011

Z "Włóczykijką" na antypodach

Być może z tego powodu, że za granicą byłam wszystkiego ze cztery razy (najdalej w Budapeszcie) bardzo lubię czytać opowieści tych, którzy znają tego świata trochę więcej. Do tej pory największy mój zachwyt budziły podróżnicze książki Wojciech Cejrowskiego ale od kilku dni wyrósł mu dosyć poważny konkurent w osobie Marka Tomalika. Stało się to za sprawą książki „Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia”, którą miałam możliwość przeczytać dzięki wędrującej „Włóczykijce”.
Żeby książeczka miło się u nas czuła przywitał ją jeden
z pluszaków mojego synka.

Na początek słów kilka na temat wizualnej strony tej opowieści sygnowanej przez wydawnictwo „Otwarte”. Już sama okładka zachwyca a w środku jest jeszcze lepiej. Książka wydana jest na kredowym papierze, w środku jest mnóstwo zdjęć, niekiedy stanowiących bezpośrednie tło do tekstu – a są tak piękne, że nawet czytanie czarnego druku na kolorowym tle mi nie przeszkadzało, pomimo, że zasadniczo bardzo tego nie lubię. Żeby dokończyć temat zdjęć – jest to dokumentacja kilku podróży, które autor odbył na najmniejszy z kontynentów – próżno tu szukać fotografii najbardziej znanych australijskich obiektów jak choćby opera w Sydney czy aborygeńska święta skała Uluru, bardziej znana pod swoją angielską nazwą Ayers Rock. Znajdziemy zamiast tego krajobrazy buszu, piękne plaże, niepowtarzalne okazy australijskiej flory i fauny oraz portrety Australijczyków – i tych o europejskich korzeniach jak i odwiecznych mieszkańców tamtych ziem – Aborygenów.

Jeśli chodzi o warstwę tekstową to książkę pochłania się niemal jednym tchem – w moim domu gościła akurat w okresie przedświąteczno-świątecznym i muszę się przyznać, że na konto tej lektury okna umyte zostały dopiero po świętach…
Autor potrafi fascynująco opowiadać, ma ogromne poczucie humoru, dystans do samego siebie i wyraźnie widać, że kocha to co robi. Ma wokół siebie innych zapaleńców, z którymi świetnie się rozumie i może spełniać swoje pasje. Jego książka może być również doskonałym podręcznikiem dla innych wielbicieli prawdziwej męskiej przygody – można tu znaleźć mnóstwo praktycznych porad na temat jak sobie radzić na australijskich bezdrożach, na co zwracać uwagę a czego bezwzględnie unikać. Marek Tomalik nie kreuje się tutaj na jakiegoś supermena czy arcymistrza survivalu – wręcz przeciwnie udowadnia, że jeżeli dobrze i co najważniejsze rozsądnie przygotujemy się do wyprawy to mamy ogromne szanse przeżyć w Australii przygodę życia i szczęśliwie wrócić do domu.

Książkę polecam wszystkim lubiącym literaturę podróżniczą ale również tym, którzy do tej pory nie mieli okazji po tego typu opowieści sięgnąć – ten obraz Australii w pigułce z pewnością Was zachwyci. 



Książka z akcji Włóczykijka przekazana przez Wydawnictwo Otwarte

niedziela, 10 kwietnia 2011

"Aleje wykolejeńców" Ilony Hruzik - recenzja i fotorelacja

Po raz kolejny zawitała do mnie „Włóczykijka”. Z koperty wyjrzała niewielka książeczka w brązowej, nieciekawej okładce. W księgarni pewnie bym na nią nawet nie zwróciła uwagi a szkoda by było bo pod nijaką okładką kryje się bardzo prawdziwy obraz naszej współczesności przepełniony ogromem emocji .

Książka Ilony Hruzik składa się z trzech opowiadań, których tematem przewodnim jest egzystencja rodzin dotkniętych alkoholizmem. Scenerię tych historii stanowi Bytom. Nie znajdziemy tu jednak opisu pięknego bytomskiego rynku czy ulic w centrum miasta. Autorka prowadzi nas do rozsypujących się familoków, do obskurnych mieszkań w zakazanych dzielnicach czy wreszcie do dworcowej poczekalni i  parkowych ławek okupowanych przez bezdomnych.

Tytułowe opowiadanie to historia Joli. Córka wiecznie pijanych rodziców nie ma żadnych szans aby wyjść ze swojego środowiska. Gwałt, wczesna ciąża, utrata dziecka odebranego jej zaraz po porodzie to zbyt duży ciężar z którym młoda dziewczyna nie jest sobie w stanie poradzić. Bez oparcia w rodzinie, bez pracy i mieszkania szybko znajduje się na marginesie społeczeństwa. Nikt nawet nie podejrzewa, że ta bezdomna, często podpita żebraczka ma w sobie ogromne pokłady wrażliwości i niesamowitą umiejętność obserwowania i opisywania otaczającego ją świata.

Drugie opowiadanie pt. „Życiorysy przeklęte” dotyczy problemu o którym ostatnio coraz głośniej się mówi a mianowicie nadużywania alkoholu wśród kobiet. Historia jakich wiele – przypadkowa znajomość, ciąża, szybki ślub pomimo ostrzeżeń przyjaciół i gorzka prawda: Barbara jest alkoholiczką. Pije pomimo ciąży, do porodu zgłasza się pod wpływem alkoholu a po urodzeniu Agatki potrafi zostawić wózek z kilkumiesięcznym dzieckiem na trzaskającym mrozie. Mąż próbuje walczyć z uzależnieniem żony jednak wszystkie metody zawodzą. Miota się w tym toksycznym związku, odchodzi i wraca, w pewnym momencie myśli nawet o samobójstwie. Przed ostatecznym rozwiązaniem powstrzymuje go tylko lęk o ukochaną córeczkę, która ma w nim jedyne oparcie.

„Tylko grudnia nie lubię” to z kolei historia spotkania dwójki młodych ludzi. Ona, z powodu alkoholizmu matki  wychowywała się w domu dziecka. On pochodzi z zamożnej ale rozbitej rodziny i właśnie przeżywa ogromną tragedię – u jego matki wykryto złośliwy nowotwór. Przypadkowe spotkanie w dworcowej poczekalni, kilkugodzinna, szczera „nocna Polaków rozmowa” pomogła nawiązać nić porozumienia i sympatii z której rozwija się prawdziwe i szczere uczucie.

Lektura tej książki w połączeniu z fatalną pogodą za oknem dosyć mocno mnie przygnębiła. Autorka opowiada w sposób bardzo realistyczny, nie upiększa swoich bohaterów, nie wymyśla cudownych Happy Endów ale nie pozbawia też zupełnie nadziei na zmianę losu. Jednak ta zmiana nie dokona się za pomocą magicznej różdżki czy szczęśliwego zbiegu okoliczności – trzeba o nią walczyć a i w takim wypadku wcale nie ma pewności, że wszystko się uda. Realizmu przedstawionym historiom dodaje sposób prowadzenia narracji. To ciąg retrospekcji, oderwanych obrazów z których wyłaniają się poplątane losy bohaterów ich tragiczne przeżycia i skromne marzenia.

Dlaczego  książka powinna dalej wędrować? Bo podejmuje bardzo poważny i ważny społecznie temat który może nas samych nie dotyczy osobiście ale pewnie w naszym otoczeniu znajdzie się przynajmniej jedna rodzina borykająca się z problemem alkoholowym i nie wolno nam być wobec nich obojętnym. Czasami wystarczy bardzo niewiele aby coś zmienić i dać szansę na nowe, lepsze życie…

Książka przeczytana w akcji "Włóczykijka"  dzięki wydawnictwu Telbit

A teraz będzie relacja z pobytu włóczącej się książki w moim domu:)

Otwieramy kopertę...

Książeczka i załączniki przesłane przez Tajemnicę:)

Przygotowania do lektury - papierowe ręczniki na wypadek "pocących się" oczu...

Dwie godziny i rolkę ręczników później...

poniedziałek, 28 marca 2011

Niesamowity debiut nastolatki

O debiutanckiej powieści Anny Walczak słyszałam już jakiś czas temu i byłam ogromnie ciekawa jakież to dzieło wyszło spod ręki 14-latki. Ucieszyłam się więc kiedy w lokalizatorze "Włóczykijki" przeczytałam, że ta właśnie książka do mnie wędruje.
Pierwsze wrażenie to okładka – powiem szczerze, że nie oceniam po niej zawartości ale w tym wypadku chyle czoła przed jej autorką Pauliną Radomską-Skierkowską – cudowny projekt. Po zachwytach nad graficzną strona przedsięwzięcia przyszedł czas na lekturę. Moje początkowe obawy spowodowane tym, ze pracując z nastolatkami w gimnazjum znam niestety ich możliwości twórcze, bardzo szybko się rozwiały. Miałam w ręce spójną, przemyślaną książkę, przepełnioną emocjami i świetnie napisaną.
Za chwilę książka i zakładki trafią do koperty
i... powędrują dalej w świat:)

Madison Carpen i Daniel Broogins poznali się w liceum i praktycznie od razu się znienawidzili. Daniel, jedyny syn i spadkobierca najbogatszej rodziny w mieście poniżał i obrażał Madison zmagającą się z niedostatkiem córkę alkoholika i sadysty. Po zakończeniu szkoły ich drogi się rozeszły by ponownie spotkać się po kilku latach. Pomimo starych zadrażnień i ciągle żywej nienawiści Madison proponuje Danielowi małżeństwo – wie, że on musi się ożenić w krótkim czasie (założył się o ogromną sumę pieniędzy) a ona mogłaby się wyrwać ze swojej beznadziejnej egzystencji i spod karzącej ręki ojca. Daniel przystaje na propozycję Madison i rozpoczynają wspólne życie. Tylko czy można nazwać to życie wspólnym? Mieszkają w jednym domu, od czasu do czasu wspólnie gdzieś się pokazują publicznie, co jakiś czas spotykają się przy śniadaniu. Jednak ich wzajemne stosunki przepełnione są wrogością i Madison zaczyna się zastanawiać czy przypadkiem nie trafiła w gorsze miejsce niż jej dom rodzinny…
Z notki umieszczonej na okładce dowiedziałam się, że ulubioną książką autorki jest „Duma i uprzedzenie” Jane Austen a ukochana muzyka to gotycki rock. I muszę powiedzieć, że te dwie fascynacje są widoczne w tej historii – postacie i losy Madison i Daniela są inspirowane, chociaż bardzo delikatnie, losami Lizzy Bennet i pana Darcy’ego. Z kolei oczarowanie gotykiem jest wyraźnie widoczne w kolorycie powieści – powiem szczerze, ze w pewnym momencie odłożyłam książkę i wyszłam na balkon, na słońce bo już miałam dosyć wszechogarniającej i przytłaczającej czarni.
W książce uderzyła mnie jeszcze jedna rzecz, nie wiem czy zamierzona przez autorkę czy tylko tak przypadkiem wyszło, a mianowicie to, że niemal nie ma tam zdań złożonych. Krótkie zdania potęgują emocje, niektóre odczuwałam niemal jak uderzenie. Szczególnie było to widoczne w pierwszej części utworu.
Czy widać, że książkę napisała nastolatka? Przyznam, że są takie momenty, kiedy np. Daniel zaczyna mówić slangiem młodzieżowym, jednak jest ich tak niewiele, że przy lekturze można zapomnieć o wieku autorki. Mam nadzieję, że Ania jeszcze nie raz nas pozytywnie zaskoczy i po raz kolejny będę mogła się wypowiedzieć na temat jej twórczości.
Mam nadzieję, że kolejnym uczestnikom akcji książka spodoba się tak jak i mnie, bo jeszcze raz podkreślam -  niezwykła jest ta powieść napisana przez nastolatkę podczas kiedy jej rówieśniczki często mają problem z napisaniem sensownej 20-linijkowej wypowiedzi na zadany temat.

Książkę do akcji "Włóczykijka" przekazało Wydawnictwo "Novae Res" 

niedziela, 13 marca 2011

Cudowne życie właścicielki pensjonatu

Magdalena Kordel zadebiutowała kilka lat temu książką „48 tygodni”, natomiast w ubiegłym roku nakładem wydawnictwa „Prószyński i S-ka” ukazało się „Uroczysko” i jego kontynuacja „Sezon na cuda”, która to ostatnia książka dzięki akcji „Włóczykijka” kilka dni temu trafiła w moje ręce. Nie czytałam niestety „Uroczyska”, ale od razu uspokajam innych czytelników, że nie przeszkadza to prawie wcale w odbiorze tej książki.
Bohaterka powieści trzydziestokilkuletnia Maja prowadzi pensjonat „Uroczysko” w Malowniczem, niewielkim miasteczku gdzieś w Sudetach. Jest po rozwodzie, ma nastoletnią córkę Marysię, trzy psy, kota i krowę Kasandrę. Razem z nią mieszka jej przyjaciółka Jagoda, która jest lekarzem. Oprócz tego w tym samym domu, aczkolwiek „odmurowany” zamieszkuje sympatyczny pszczelarz - niejaki pan Florian Miodek. Żeby dopełnić listę najbliższych głównej bohaterki trzeba wymienić jeszcze weterynarza Czarka, który jest w Mai wyraźnie zakochany. Ponieważ pensjonat nie przynosi jeszcze zbyt wiele zysków Maja uczy języka polskiego w miejscowym liceum. Akcja „Sezonu na cuda” jak to może sugerować okładka toczy się w zimie, a konkretnie od 3 do 24 grudnia. I już wszystko wiadomo – to okres przygotowań do świąt ale również czas w którym ludziom otwierają się serca, na ziemię schodzą anioły i ogólnie łatwiej jest o cudowne rozwiązania trapiących nas problemów. A tych problemów Mai nie brakuje. Począwszy od gburowatego byłego męża, poprzez przeżywającą okres „burzy i naporu” córkę a na złośliwej dyrektorce w szkole kończąc na głowę Mai spadają coraz nowe kłopoty. Jakby tego było mało pod wpływem pani Leontyny, staruszki prowadzącej sklepik z antykami Maja podejmuje się zorganizowanie wigilii dla samotnych mieszkańców miasteczka – sami powiedzcie tutaj już tylko cud może pomóc. I taki cud, a właściwie seria cudów się zdarza… ale już nic więcej nie zdradzę.
Książkę przeczytałam szybciutko, w ciągu dwóch wieczorów. I powiem szczerze, że uczucia mam trochę mieszane. Zacznę może od tego co mi się nie podobało, żeby zakończenie było optymistyczne.
Otóż jakoś nie przemówiła do mnie całkowita beztroska Mai jeżeli chodzi o sprawy pensjonatu. O ile jestem w stanie zrozumieć, że nie wie jakiego typu jest piec CO w budynku, bo to faktycznie dla kobiety może stanowić trudność (własne doświadczenie przeze mnie przemawia) to już zupełna ignorancja co do miejsca pobytu podstawowych narzędzi trochę mi zgrzytała, tym bardziej, że Maja chce uchodzić za osobę samodzielną i radzić sobie bez męskiego ramienia. A już dokładnie powaliło mnie kiedy najpierw biadoli, że nie ma rezerwacji na cały sezon a później przez kilkanaście dni nie przegląda poczty aby sprawdzić czy nie zgłosił się jakiś klient, że o reklamie całego przedsięwzięcia nie wspomnę… Poza tym mam lekki niedosyt, bo niektóre wątki, jak choćby sprawę bezdomnej Kaśki i jej dzieci czy terroryzowanej przez babkę Grażynki autorka potraktowała troszkę po łebkach, jakby się bała wprowadzić do swojej bardzo pogodnej książki bardziej poważnych tematów.
To tyle narzekania – teraz będą pochwały.
Książka napisana jest lekko, z poczuciem humoru, bohaterowie w większości sympatyczni, uroki pracy w szkole opisane realistycznie – mogę się wypowiadać, bo też mi się taka dyrektorka trafiła niestety… Uroczo opisani są starsi ludzie z Malowniczego – to grupa aktywnych, często nawet nadaktywnych, staruszków pełnych pomysłów i potrafiących cieszyć się życiem. Owszem mają swoje wady – ale kto z nas ich nie ma?
Mam taką teorię, że niektóre książki trzeba czytać w odpowiednim czasie – sądzę, że dla książki Magdaleny Kordel taki czas to okres przedświąteczny, bo wtedy mamy większą tolerancję na cudowne rozwiązania w książkach i filmach, tak działa magia świąt. Czytając tę książkę w grudniu dałabym jej pewnie po szkolnemu 5 a nawet 5+, natomiast w marcu dostaje ode mnie 4+.
Co mogę napisać dla kolejnych uczestników akcji? Mam nadzieję, że Wam również ta książka się spodoba, bo może troszkę naiwnie optymistyczna jest, ale takie lektury są bardzo potrzebne – wszak jeżeli o wydarzenia dramatyczne chodzi to życie niesie ich pod dostatkiem a jak komuś mało to pierwszy lepszy program informacyjny niech sobie obejrzy, będzie miał traumę na kilka najbliższych miesięcy… 

"Książka z akcji Włóczykijka  przekazana przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka”