Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lubimy Czytać. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lubimy Czytać. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 stycznia 2012

W poszukiwaniu czystego piękna

Michael Cunningham to jeden z najlepszych współczesnych pisarzy amerykańskich. Jak dotąd znany był mi tylko z nazwiska, chociaż od jakiegoś czasu na mojej półce czekają jego "Godziny" - powieść nagrodzona Pulitzerem, zekranizowana w gwiazdorskiej obsadzie, która to ekranizacja ma na swoim koncie Złoty Glob i Oscara. Z pewnością w niedalekiej przyszłości zapoznam się z "Godzinami", jednak pierwsze osobiste spotkanie z tym autorem odbyłam przy okazji lektury jego najnowszej książki "Nim zapadnie noc".

Peter i Rebecca to nowojorskie małżeństwo po 40-ce. Ona jest redaktorką w czasopiśmie "Blue Light", on prowadzi galerię sztuki. Są zamożni, mieszkają w SoHo a ich jedyna córka Bea zrezygnowała ze studiów i wyjechała do Bostonu gdzie zatrudniła się jako barmanka - stanowi to dla rodziców problem i mniej lub bardziej świadomie szukają w sobie winy za to jak pokierowała swoim życiem. Wielkie uczucie z początków małżeństwa wypaliło się po ponad 20 latach wspólnego życia - Peter i Rebecca są razem bardziej z przyzwyczajenia niż z jakiegoś innego powodu. 
Ten zdawałoby się poukładany i stabilny świat zostanie zachwiany kiedy przyjedzie do nich młodszy brat Rebekki Ethen, zwany w rodzinie Myłkiem. Myłek jest dużo młodszy od siostry - urodził się, kiedy Rebecca była już prawie dorosła i przysparza rodzinie masę kłopotów. Bardzo zdolny, zmieniał kilkakrotnie szkoły, miał problemy z narkotykami, nie potrafi znaleźć dla siebie miejsca. Jego kilkudniowa wizyta w domu siostry i szwagra będzie miała ogromny wpływ na tego ostatniego. Peter będzie musiał przeanalizować kilka spraw, uporać się z problemami z przeszłości i podjąć pewne decyzje - zdawałoby się błahe wydarzenia postawią pod znakiem zapytania jego przyszłość z Rebeccą...

Peter to człowiek niezwykle skomplikowany - z jednej strony koneser sztuki, ma wyrobioną pewną pozycję w swojej branży a jego galeria odnosi sukcesy, ale przy tym niepewny swojej wartości, stawiający się w cieniu zmarłego przed wielu laty brata. Szuka niepowtarzalnego piękna - w filmach Felliniego, powieściach Manna i Fitzgeralda, muzyce Schuberta i Coltrane'a ale też w pracach młodych artystów, których spotyka w związku ze swoją pracą. Początkowa niechęć do Myłka zmienia się w pewnym momencie w niemal obsesyjne uwielbienie jego młodości, witalności i czysto fizycznej urody. Nie bez znaczenia jest tu fakt, że Matthew, brat, którego Peter darzył ogromnym przywiązaniem i którego starał się w dzieciństwie i wczesnej młodości naśladować był homoseksualistą. Niezdefiniowane do końca uczucia względem Myłka  z jednej strony go przerażają, ale z drugiej dają mu poczucie więzi i bliskości ze zmarłym bratem.

Akcja powieści obejmuje zaledwie kilka dni, niecały tydzień - jeden z wielu w życiu Petera. Obserwujemy go w czasie przyjęcia, na które wypadało iść, w czasie odpoczynku, pracy oraz negocjacji z klientami i artystami, których chce pozyskać dla swojej galerii. Poznajemy osoby z jego najbliższego otoczenia, ludzi którzy pomimo nierzadko wieloletnich kontaktów  tak naprawdę go nie znają - widzą tylko zewnętrzną otoczkę Petera Harrisa, sympatycznego i kulturalnego czterdziestokilkulatka.
Właściwie wszyscy bohaterowie skrywają jakieś drugie dno i nie można ich jednoznacznie ocenić - Rebecca próbująca zmienić brata, a przez to zatrzeć niepowodzenia wychowawcze względem własnej córki, Myłek, który niby chce zacząć życie od nowa, ale na dobrych chęciach kończy i Peter z jego wszystkimi lękami i uprzedzeniami.

Pomimo, że napisana przystępnym i łatwym językiem książka nie należy do lektur najłatwiejszych. To opowieść w której możemy dostrzec również wizualizację naszych własnych lęków i obaw. Bo podobnie jak Peter lękamy się odrzucenia, samotności, starości, śmierci...

I może właśnie dlatego warto po nią sięgnąć.

poniedziałek, 25 lipca 2011

O kacie co ludzkie życie ratował




12 października 1624 roku dwunastoletni Jakub Kuisl po raz pierwszy asystował swojemu ojcu przy pracy. A zajęcie, którym parał się Johannes Kuisl nie należało do zwyczajnych, o nie. Johannes Kuisl był bowiem katem w bawarskim miasteczku Schongau. Jakub, który był najstarszym synem miał objąć posadę po ojcu, więc od najmłodszych lat był przez niego szkolony  – początkowo tylko zajmował się narzędziami pracy kata, obserwował egzekucje a teraz miał przejść chrzest bojowy jako bezpośredni uczestnik wymierzania kary śmierci młodej dzieciobójczyni. Johannes był mistrzem w swoim fachu, jednak i najlepszym trafiają się potknięcia. Tak było w tym wypadku – dopiero trzecie uderzenie mieczem pozbawiło zbrodniarkę życia a Jakub poprzysiągł, że nigdy nie pójdzie w ślady ojca…

Tak rozpoczyna swoją powieść pt. „Córka kata” Oliver Pötzsch, pochodzący  Bawarii i mieszkający w Monachium autor programów radiowych i telewizyjnych. Należało by również wspomnieć, że autor jest potomkiem Kuislów, którzy od XIV do XIX wieku byli najsłynniejszą rodziną katów w Bawarii.

Zasadnicza akcja powieści rozgrywa się w ciągu kilku kwietniowych dni 1659roku. Jedenaście lat wcześniej skończyła się wojna trzydziestoletnia ale niemieckie miasta jeszcze nie do końca podniosły się z wojennej zawieruchy. Handel i rzemiosło podupadły a po lasach wciąż jeszcze włóczą się grupy maruderów napadających na spokojne osiedla. Jakub Kuisl, który po okresie młodzieńczego buntu powrócił do rodzinnego miasta ma 47 lat, żonę, dorosłą córkę Magdalenę i kilkuletnie bliźniaki Georga i Barbarę. Od kilkunastu lat sprawuje też urząd kata.

Pewnego wiosennego dnia spokojnym miastem wstrząsa makabryczne wydarzenie. Z płynącej za murami rzeki Lech zostaje wyłowiony Peter Grimmer – syn miejscowego woźnicy. Na ciele dziecka są ślady tortur, ale największe przerażenie budzi znak namalowany na jego łopatce – jest to tzw. „zwierciadło Wenus”, symbol czarownic. Wzburzony tłum szybko typuje osobę odpowiedzialną za zbrodnię – to miejscowa akuszerka, Marta Stechlin, która przy okazji swojej profesji para się również zielarstwem. Tylko natychmiastowa reakcja kata ratuje kobietę przed samosądem. Zostaje jednak uwięziona i oskarżona o konszachty z diabłem oraz morderstwo. Radzie miejskiej zależy na jak najszybszym wydaniu i wykonaniu wyroku. Kat za pomocą tortur ma zmusić Martę do przyznania się do winy. Problem jednak w tym, że Jakub jest przekonany o niewinności akuszerki. Tymczasem w mieście dochodzi do kolejnych morderstw na dzieciach, a ofiary mają ten sam znak...

Rozpoczyna się wyścig z czasem. Kto w nim zwycięży – rajcy i rozhisteryzowani mieszczanie domagający się spalenia czarownicy czy kilka osób starających się udowodnić niewinność Marty? Czy Jakub Kuisl, jego córka oraz zakochany w niej młody medyk Simon Fronwieser zdołają odnaleźć na czas prawdziwych sprawców okrutnych morderstw? Odpowiedzi na te pytania trzeba szukać na kartach książki.
Kiedy zobaczyłam „Córkę kata” przeraziła mnie jej objętość – prawie 500 stron. Kiedy ja to przeczytam? Okazało się, że wystarczyły dwa wieczory i kawałek nocy. Świetna narracja, zwroty akcji, szybkie tempo – to najważniejsze atuty tego kryminału historycznego. Autor stworzył całą galerię ciekawych postaci – patrycjuszy, rzemieślników oraz miejskiej biedoty. Dopracował też tło społeczno-obyczajowe, wnikliwy czytelnik oprócz głównego wątku kryminalnego znajdzie w tej powieści wiele wiadomości m.in. na temat systemu prawnego czy życia i mentalności XVII-wiecznego mieszczaństwa – większość bohaterów książki to postacie autentyczne – rajcy miejscy, burmistrz czy pisarz miejski (de facto rządzący miastem) jak również Jakub Kuisl i jego rodzina.

Muszę jeszcze napisać kilka słów o fantastycznej okładce – wspaniała kolorystyka, stylizowane litery, wypukły tytuł oraz krople krwi robią niesamowite wrażenie. W środku jest rycina przedstawiająca Schongau  w czasach kiedy toczy się akcja powieści. Są na niej zaznaczone najważniejsze miejsca w których przebywają bohaterowie – dom kata, mieszkanie akuszerki, więzienie i inne. Oprócz ryciny, która stanowi niejako plan sytuacyjny do którego można zerkać w czasie lektury jest jeszcze spis osób występujących w książce – również może być pomocny, jako że przez karty powieści przewija się kilkanaście postaci i każda z nich ma swój udział w przedstawionych wydarzeniach.

Serdecznie polecam tę książkę wszystkim wielbicielom powieści sensacyjno-kryminalnych, jednak ostrzegam, że jest w niej sporo drastycznych opisów dotyczących realiów pracy kata. Pomysłowość naszych praprzodków w dziedzinie zadawani bólu była wręcz niesamowita – nie ma się więc co dziwić, że osoba poddawana takim torturom przyznawała się w końcu do wszystkiego byle tylko skrócić cierpienia. A niestety nie każdemu podejrzanemu trafiał się taki kat jak Jakub Kuisl – myślący, z rozwiniętym poczuciem sprawiedliwości, który nie wahał się położyć na szali nawet własnej „kariery” aby karę poniosła właściwa osoba a nie ta, która była akurat pod ręką. 

Książkę do recenzji otrzymałam od portalu


czwartek, 27 stycznia 2011

Mariola, krople, teatr i pierwszy sekretarz...

„Mariola, moje krople…”, najnowsza powieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, autorki bestsellerowej „Cukierni pod Amorem” przenosi czytelnika w okres PRL-u, czasy, których wielu z nas z racji młodego wieku nie pamięta, ci, dla których - tak jak dla mnie - był to okres dzieciństwa i wczesnej młodości, wspominają z nostalgią, a pokolenie moich rodziców czasami chciałoby zapomnieć raz na zawsze…


„Mariola, moje krople…” - to chyba najczęściej powtarzana kwestia w budynku Teatru Miejskiego w podwrocławskim miasteczku. Wypowiada je Jan Zbytek, dyrektor tegoż teatru, a adresatką tej inwokacji jest Mariola Snopkiewicz - sekretarka, prawa ręka i najbardziej prawdopodobna kandydatka na czwartą panią Zbytkową. Owe krople to produkowana przez miejscowego proboszcza ziołowa mikstura na dyrektorskie problemy z sercem oraz nerwami. A sytuacja jest taka, że nawet najzdrowszy młodzian by jej nie wytrzymał, cóż dopiero mówić o człowieku w średnim wieku, z chorobą wieńcową.
 

Jest 17 listopada 1981 roku, PZPR jest przewodnią siłą narodu, oficjalnie działa „Solidarność”, w sklepach straszą puste półki, prawie wszystko jest na kartki lub talony, a towary niereglamentowane trzeba wystać w kilkugodzinnych kolejkach.

W Teatrze Miejskim grany jest „Romeo i Julia”, przedstawienie idzie kompletami, a przybyły z Warszawy młody reżyser Jarosław Biegalski przygotowuje premierę „Horsztyńskiego” Juliusza Słowackiego. Premiera zaplanowana jest na 12 grudnia 1981 roku. Przedstawieniem żywo zainteresowany jest towarzysz Ludwik Martel, miejscowy sekretarz partii, gdyż na ten właśnie dzień przypada zakończenie wspólnych manewrów polsko-rosyjskich „Sojuz '81” i trzeba uczcić wizytę radzieckich towarzyszy kulturalną rozrywką.

Personel teatru to galeria ciekawych i oryginalnych typów: Paulina Ciborowska–Zbytek - aktualna (trzecia) żona dyrektora i główna amantka, Szymon Mizerak – gwiazda zespołu, odtwarzający główne role męskie, Marzena Latałła i Andrzej Bąk - najmłodsi w zespole, grający przysłowiowe ogony i mający nadzieję na karierę we Wrocławiu lub Poznaniu, a może nawet w samej Warszawie, aktorskie małżeństwo Danka i Paweł Figurscy – ona zawsze wie, co gdzie można kupić, on najczęściej zajęty jest grą w karty z palaczem, Zenkiem Chmurnym, Janina Bąk-Zbytek - była (druga) żona dyrektora, która jest inspicjentką, pan Czesio Kąca, niegdysiejszy żołnierz AK i powstaniec warszawski, a aktualnie krawiec teatralny, Ligia Parol - suflerka, radiestetka i wróżka oraz Amelia Podpuszczka - pierwsza żona dyrektora, świetna kucharka i teatralna bufetowa.

Wydaje się, że planowane przedstawienie ma dla aktorów i personelu wartość drugorzędną, a najważniejszymi problemami są produkcja i zbyt bimbru, który po doprawieniu kukułkami (popularne cukierki) uchodzi za koniak, wystawanie w kolejkach po atrakcyjne towary i ich rozprowadzanie w „drugim obiegu” czy wreszcie hodowla w teatralnym magazynie świnki, nazwanej wdzięcznym imieniem Małgosia. A dzień premiery zbliża się nieubłaganie…

Dawno już się tak świetnie nie bawiłam przy lekturze. Akcja toczy się płynnie, mnożą się pomyłki i nieporozumienia, które prowadzą do kolejnych humorystycznych zawirowań w życiu bohaterów. Autorka traktuje całą historię z przymrużeniem oka, postacie są świetnie zarysowane, potraktowane z dystansem, nie ma zdecydowanych czarnych charakterów, nawet miejscowy szef komórki partyjnej tak naprawdę nie jest groźny, tylko zwyczajnie śmieszny. Zresztą trzeba przyznać autorce, że malując grubą kreską rozmaite absurdy PRL-u nie przeszarżowała, nie stworzyła farsy, lecz wykreowała postacie i sytuacje jak z filmów Barei – śmieszne, ale po bliższym poznaniu bardzo prawdziwe.

Serdecznie wszystkim polecam - i tym, którzy pamiętają czasy PRL-u, i młodszemu pokoleniu, które tamte czasy zna z opowieści rodziców – książka gwarantuje kilka godzin świetnej zabawy.



Książkę do recenzji otrzymałam z serwisu lubimyczytac.pl

środa, 12 stycznia 2011

Złoty rydwan


Jak pewnie większości z nas Egipt kojarzy mi się z piramidami, sfinksem, Kanałem Sueskim a w ostatnich latach z zamachami terrorystycznymi i kłopotami klientów nierzetelnych biur podróży. I pewnie jak większość nigdy nie czytałam żadnej książki mówiącej o współczesnym Egipcie. I chyba nie będę też zbyt oryginalna przyznając, że nie sądziłam iż pierwszą książką egipskiego pisarza jaka trafi w moje ręce będzie powieść napisana przez kobietę – w końcu stereotypy dotyczące krajów muzułmańskich i pozycji kobiety w tamtym rejonie kulturowym są w naszym kraju bardzo silne. I tu spotkała mnie ogromna niespodzianka – ze „Słowa wstępnego” autorstwa prof. Marka M. Dziekana dowiedziałam się, że Salma Bakr, autorka „Złotego rydwanu” to nie jedyna pisarka arabska która tworzy współcześnie, że kobiety Bliskiego Wschodu piszą bez większych trudności o swojej sytuacji życiowej i problemach wynikających z uwarunkowań społecznych, kulturalnych i religijnych , a także, co dla mnie było największym zaskoczeniem, że tematykę tę podejmują również mężczyźni.
Salma Bakr jest najbardziej znaną kobietą - autorką tamtej części świata. „Złoty rydwan”, swoją najsłynniejszą powieść napisała w 1991 roku. Cztery lata później książka ukazała się w języku angielskim, ale na polski rynek trafiła dopiero w 2009 roku.
O czym jest ta książka? Oto kairskie więzienie dla kobiet. Odsiadująca tu wyrok dożywocia, Aziza Aleksandryjka bacznie obserwuje swoje współtowarzyszki niedoli. Nie robi tego jednak przez zwykłą ciekawość czy nudę. Nie, Aziza ma plan na opuszczenie więzienia w baśniowym złotym rydwanie zaprzężonym w skrzydlate rumaki. Aleksandryjka nie jest samolubna, w swoją wymarzoną podróż postanawia zabrać kilka współtowarzyszek niedoli, a jej obserwacje więziennego życia i kontakty z innymi osadzonymi mają na celu dokonanie wyboru tych, które najbardziej zasługują na przejażdżkę rydwanem. Aziza jak Szeherezada snuje przed czytelnikiem swoją opowieść o pensjonariuszkach kairskiego więzienia. Poznajemy historię Umm Radżab, kradnącej aby nakarmić dziecko, Hanny, morderczyni maltretującego ją męża, Zajnab, która zastrzeliła szwagra gdy ten chciał przejąć opiekę nad jej dziećmi a także dzieje wielu innych nieszczęśliwych kobiet, które odsiadują wyroki za swoje i cudze przestępstwa. W więzieniu mamy przegląd wszystkich warstw społeczeństwa egipskiego – od prostej chłopki po wykształconą lekarkę czy przedstawicielkę bogatej klasy średniej. Dla Azizy jednak status majątkowy czy społeczny więźniarek nie ma żadnego znaczenia. Najważniejszy jest ich charakter oraz pobudki jakie nimi kierowały kiedy popełniały czyny, za które trafiły później do więzienia.
Zarówno Aziza jak i pozostałe więźniarki to ofiary panującego w Egipcie systemu prawnego. To prawo dające kobietom tylko pozorną wolność, a tak naprawdę faworyzujące mężczyzn – większość przestępstw popełnionych przez bohaterki książki spowodowana jest walką o przetrwanie w tym świecie. Kobiety walczą o swoją godność, o przetrwanie dla siebie i swoich dzieci, walczą z przemocą i tyranią swoich mężów, ojców czy innych opiekunów. Wiedzą, że najczęściej stoją na przegranej pozycji, ale mają cały czas nadzieję, że ich czyny coś zmienią, jeżeli nie w ich życiu to w życiu ich dzieci.
Autorka przekazuje nam ustami Azizy wstrząsające historie więźniarek, jednak nie mówi co i jak można by zmienić, nie osądza systemu prawnego, nie rzuca gromów na tych, którzy tak naprawdę są winni temu, że doprowadzone do ostateczności kobiety postąpiły tak jak postąpiły. I to chyba jest w tej książce najbardziej wstrząsające – ta beznamiętność i pogodzenie się z losem.
Uważam, że jest to książka, którą warto przeczytać, bo pokazuje jedną z mniej znanych twarzy współczesnego świata. I pomimo, że nie lubię dzielenia literatury na męską i kobiecą sądzę, że dla nas, kobiet Europejek żyjących w XXI wieku, często narzekających na swoje ciężkie życie i problemy jest to wręcz lektura obowiązkowa. Lektura, która pomoże nam uświadomić, że tak naprawdę te nasze kłopoty są niczym wobec tego co przeżywają mieszkanki Bliskiego Wschodu.

Książkę otrzymałam od portalu lubimyczytac.pl

Toliny. Wystrzałowe opowieści dla dzieci.

Conn Iggulden znany był mi do tej pory jako autor powieści historycznych o Juliuszu Cezarze oraz Dżyngis –Chanie. „Toliny. Wystrzałowe opowieści dla dzieci” to jego najnowsza książka, zupełnie różna od poprzednich a jej adresatem są najmłodsi czytelnicy.

TOLINY WYSTRZAŁOWE OPOWIEŚCI DLA DZIECI
Kim są owe tytułowe Toliny? Otóż są to latające stworki, coś pomiędzy duszkami a elfami. Mieszkają najczęściej pod ziemią jednak bardzo lubią wychodzić na powierzchnię. Ich świat jest zorganizowany, mają swojego przywódcę Arcytolina i mają swoje prawa. A najważniejszym prawem Tolinów jest absolutny zakaz jakichkolwiek kontaktów z ludźmi. Ale wiadomo, prawo łatwiej jest uchwalić niż przestrzegać. Toliny żyją w Szerłudkowie – to wioska, która po przeprowadzeniu linii kolejowej i wybudowaniu fabryki fajerwerków staje się miasteczkiem. Ludzi przybywa, a że Toliny są nadzwyczaj ciekawskie musi dojść do spotkania. Ludzie zaczynają łapać Toliny i wykorzystywać ich niecodzienne właściwości do swoich celów. Młody Tolin imieniem Iskrzak po takim niezbyt miłym dla siebie spotkaniu z ludźmi wpada na pomysł jak uratować swoich współbraci – niestety aby to zrobić musi złamać prawo zakazujące rozmów z ludźmi. Jak postąpi Iskrzak i jak jego decyzja wpłynie na świat Tolinów? Po odpowiedź odsyłam do książki.
Autor osadził akcję swojej opowieści za panowania króla Jerzego V w 1922 roku. Można by zapytać jakie to ma znaczenie w przypadku bajki o latających stworkach. Otóż ma i to dosyć duże. W książeczce oprócz wątku fabularnego autor zawarł też wiadomości z zakresu chemii, fizyki czy medycyny – oczywiście na poziomie kilkuletniego dziecka. Młody czytelnik w przystępny sposób może się zapoznać z budową pompy, dowie się co powoduje, że fajerwerki są kolorowe a także jak to się dzieje, że balon unosi się w powietrzu. Wszystko oczywiście w dużym uproszczeniu. Iskrzak i jego najlepszy przyjaciel Grzebula czerpią z dorobku ludzkiej nauki i techniki jednak starają się samodzielnie dochodzić do rozwiązania swoich problemów.
Książka przeznaczona jest dla dzieci w młodszym wieku szkolnym jednak wydaje mi się, że może stanowić również lekturę dla osób dorosłych. Autor przedstawił tu bowiem na przykładzie Tolinów zderzenie sposobu myślenia dorosłych i dzieci. I niestety my dorośli w tym porównaniu nie wychodzimy najlepiej. Arcytolin i jego otoczenie są schematyczni w działaniu i konserwatywni. Iskrzak i jego przyjaciele szukają alternatywnych rozwiązań, są otwarci na nowości, uważają, że od każdej istoty można się czegoś pożytecznego nauczyć.
Bardzo ważną rolę w książkach dla dzieci stanowią ilustracje. W tej książeczce są one autorstwa Lizzy Duncan i doskonale dopełniają tekst opowieści. Są bardzo oryginalne i zdecydowanie odstają od tak popularnych teraz cukierkowych obrazków, wzorowanych na lalkach Barbie czy disnejowskich kreskówkach. Mnie przynajmniej zachwyciły na równi z tekstem.
Uważam, że książka jest świetną lekturą, a to zdanie podziela również mój pięcioletni synek. I mamy obydwoje nadzieję, że autor wróci jeszcze do Szerłudkowa i opisze dalsze przygody Iskrzaka, Grzebuli, Skrzydli i innych Tolinów.
Książkę otrzymałam z portalu lubimyczytac.pl