Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dla Dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dla Dzieci. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 stycznia 2018

W świecie sztuki

Od lat gnębi mnie pewna sprawa a mianowicie podejście szkoły do nauczania przedmiotów oficjalnie nazywanych artystycznymi, a zwyczajowo określanych "michałkami". Uznawane za mniej ważne, bo przecież egzaminu na koniec szkoły z nich nie ma, często przydzielane komuś, kto nie do końca je czuje, ale przecież trzeba czymś dopełnić etat, a specjalista do małej szkółki na 1-2 godziny raczej nie będzie dojeżdżał, bo mu się to najzwyczajniej na świecie nie kalkuluje. Tymczasem obcowanie z kulturą i tworzenie własnych "dzieł sztuki" jest niezwykle ważne w prawidłowym rozwoju dziecka. Dlatego, kochani rodzice, jeżeli szkoła nie zapewnia takiego kontaktu waszym dzieciom musicie zadbać o to sami.
Oto książka która wam z pewnością pomoże.

"Gwiaździsta noc Vincenta i inne opowieści" Michaela Birda to niezwykłe kompendium wiedzy o sztuce i jej najważniejszych twórcach. Na ponad 300 stronach autor prowadzi czytelnika poprzez 40 tysięcy lat historii ludzkiej twórczości. Od rysunków naskalnych poprzez gotyckie katedry, renesansowe i barokowe malowidła, rewolucyjne dzieła impresjonistów aż po szeroki wachlarz stylów powstałych w XX i XXI wieku poznajemy najsłynniejsze dzieła i artystów, którzy je stworzyli.
Autor swoją książkę kieruje do najmłodszego czytelnika i stara się zadziałać na jego wyobraźnię. Nie znajdziemy więc tutaj specjalistycznych określeń, czy rozbierania dzieła na czynniki pierwsze - nic z tych rzeczy. Są natomiast nastrojowe opowieści przedstawiające artystów przy pracy, ukazujące ich jako zwyczajnych ludzi - czasem wesołych, czasem smutnych, ale zawsze z pasją oddających się swojej twórczości. Opowieści są krótkie, zaledwie trzy strony tekstu oraz ilustracja - reprodukcja obrazu bądź fotografia rzeźby, instalacji czy budynku, czyli dzieła o powstaniu którego opowiada dana historia.
Świetnym dopełnieniem tekstu są również urokliwe ilustracje, które wyszły spod ręki Kate Evans. Obrazki (moim zdaniem akwarelki) przedstawiają artystów przy pracy, pejzaże, ludzi, zwierzęta i przedmioty, które stanowiły inspirację dla twórców.

Książka jest przepięknie wydana - na grubym papierze, w twardej okładce, niezwykle barwna i przyciągająca oko. Może stanowić wspaniały prezent dla każdego młodego miłośnika sztuki. Ważne jest to, że nie trzeba jej czytać po kolei - dziecko może wybrać dowolny tekst i poznawać dzieje kultury materialne w dowolny sposób. Może również próbować swoich sił tworząc obrazy mniej lub bardziej zainspirowane poznaną tematyką.
Jeśli chodzi o grupę wiekową do której skierowana jest ta pozycja, to sądzę że spokojnie można ją polecić już dziesięcio- jedenastolatkowi, chociaż nie wykluczam, że młodsze dziecko również się nią zainteresuje. Górnej granicy nie określam, bo nawet osoby dorosłe mogą tu znaleźć coś ciekawego dla siebie.

A na koniec taka historia.
Zdarzyło się to lat już wiele temu, kiedy zaczynałam moją szkolną karierę. Zostałam zaproszona przez jedną z moich koleżanek na jakąś towarzyską nasiadówkę. Jako że wszyscy obecni byli w mniejszym lub większym stopniu związani ze szkołą (bądź poprzez pracę, bądź też poprzez progeniturę) to rozmowa szybko zahaczyła o tę tematykę. I oto jedna z obecnych mam zaczęła wyrzekać na pomyloną siksę, która uczy dzieci plastyki i wymyśla niestworzone rzeczy - m.in. wymaga aby praca była robiona wyłącznie w szkole a także każe dzieciom malować muzykę (tzn. puszcza jakiś utwór klasyczny i każe malować to co się komu z danym fragmentem skojarzy). Konsternacja gospodyni wieczoru była ogromna, bowiem ona (i kilka innych osób również) doskonale zdawała sobie sprawę, że ta krytykowana siła pedagogiczna siedzi przy stole. Bo to ja byłam...
Co najważniejsze dzieciaki świetnie się na tych moich lekcjach bawiły - o wiele bardziej lubiły malować kolorowe maziaje w rytm "Tańca ognia" (Manuel de Falla) niż nieśmiertelny "Widok z okna mojego pokoju"...

czwartek, 19 października 2017

Dwie propozycje dla młodych czytelników

Nie wiem czy wszystkim czy tylko mnie czas przecieka przez palce w coraz szybszym tempie - dopiero była sobota, już jest czwartek i ani się człowiek nie obejrzy skończy się październik. Przeczytane książki ustawiają się w coraz wyższy stos a ja nie mogę złapać wolnej chwili, żeby coś o nich napisać. Ostatnie posty to najczęściej notatki o kilku książkach - tak będzie i tym razem. 
Oto kilka zdań na temat dwóch książek dla najmłodszych czytelników - obydwie firmuje "Nasza Księgarnia" czyli sprawdzony wydawca literatury dziecięcej.

Po raz czwarty miałam przyjemność wędrować w czasie z bohaterami serii "Ale historia...". Tym razem sympatyczne dzieciaki z klasy pana Cebuli (o ich poprzednich przygodach pisałam TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ) przenoszą się do XVI wieku, a konkretnie w drugą jego połowę, kiedy na polskim tronie zasiada król Zygmunt August. Jest to już okres po śmierci ukochanej żony króla Barbary Radziwiłłówny i jednym z bohaterów książki jest sam mistrz Twardowski, który przybywa do Krakowa aby wywołać dla króla ducha małżonki, jednak tym co najważniejsze jest odpowiedź - kto tak naprawdę rządził ówczesną Polską.?

Przewodniczką po zygmuntowskich czasach jest tym razem Jolka. Dziewczynka ma nietypowe zainteresowania jak na czasy w których żyje - w dobie powszechnej komputeryzacji uwielbia czytać książki. Nic więc dziwnego, że swoje pierwsze kroki w XVI wieku kieruje do drukarni, które w tamtym okresie pojawiły się na ziemiach polskich. Jola i jej przyjaciele szybko dowiadują się, że ówczesna Polska to kraj tolerancyjny, że wspaniale rozwija się kultura i nauka. Jednak to tylko jedna strona medalu. W tym samym czasie dochodzi do bardzo niekorzystnych zmian społecznych - chłopi ubożeją i z ludzi wolnych stają się własnością swoich panów, mieszczaństwo traci większość swoich praw a szlachta ma coraz więcej władzy w swoich rękach. Spada też waga władzy królewskiej a Polska staje się coraz słabsza.

"Zygmuncie, i kto tu rządzi?" nieco się różni od swoich poprzedniczek - jest tu co prawda sporo humoru, jednak dzieci stykają się z niesprawiedliwością i okrucieństwem. Co prawda wszystko dobrze się kończy, ale ta wyprawa nie jest już tak radosna i beztroska jak poprzednie...

Podobnie jak we wszystkich poprzednich częściach, tak i tu tekst Grażyny Bąkiewicz przeplata się z genialnymi ilustracjami Artura Nowickiego. Wszystkie zachwyty wyrażane przy poprzednich książkach pozostają w mocy.

Ta książka to świetna lektura dla młodych adeptów historii - jeśli po jej lekturze nie zapałają uczuciem do naszych dziejów, to już raczej nie ma dla nich nadziei.

**********************************************

Gdzie lepiej mieszkać? Na wsi czy w mieście? Jako wieśniaczka z dziada pradziada optuję oczywiście za wiejskimi klimatami, a jednym z najważniejszych argumentów na poparcie mojego stanowiska jest fakt, że na wsi mamy większe szanse na obserwacje przyrody. Kiedy rankiem wyglądam przez okno mam możliwość oglądać żerujące sarenki, przemykające wśród traw zające i lisy (moi sąsiedzi posiadający kury jakoś nie cieszą się z tego faktu...) oraz niezliczoną ilość ptaków. Większość z nich rozpoznaję, chociaż nie ukrywam, że jest kilka, którym ni w ząb nie jestem w stanie przyporządkować nazw gatunkowych.

"Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków" to przepięknie ilustrowana książeczka dla młodych wielbicieli naszego rodzimego ptactwa. Młodzi ornitolodzy dowiedzą się z niej jak wyglądają najpopularniejsze ogrodowe ptaki, m.in. sroka, dudek, pokrzewka, wilga czy szczygieł. Dowiedzą się również co nieco o ich zwyczajach oraz upodobaniach kulinarnych. W książce znajdują się zdjęcia omawianych ptaszków, ale również ich pisklaków czy charakterystycznych piór.
Jednak tym co najbardziej przyciąga uwagę są niezwykle staranne portrety skrzydlatych bohaterów wykonane ze skrawków kolorowych tkanin. Cieszą oko ale mogą również stanowić inspirację do własnej twórczości młodych czytelników.

Książka ma grube kartki i jest starannie wykończona, może więc stanowić świetną lekturę dla najmłodszych. Jednak moim zdaniem najwięcej wyniosą z niej dzieci 7-10 letnie. I nieważne czy mieszkają na wsi czy w mieście. Bo przecież w parku czy na osiedlowym skwerku również można spotkać srokę czy szpaka, a sikorki równie chętnie stołują się w karmnikach zawieszonych na miejskim balkonie jak i na wiejskim podwórku. 

wtorek, 14 marca 2017

Lotta jest uparta jak kozioł

Jonas, Mia-Maria i Lotta to rodzeństwo mieszkające wraz rodzicami w niewielkim domku usytuowanym przy ulicy Garncarzy. Jednak ich tatuś twierdzi, że dzieciaki robią taki harmider, że należałoby zmienić nazwę na ulicę Awanturników.

"Przygody dzieci z ulicy Awanturników" to zbiorowe wydanie dwóch książek Astrid Lindgren przeznaczonych dla najmłodszych, a mianowicie "Dzieci z ulicy Awanturników" oraz "Lotta z ulicy Awanturników".
Chociaż książka opowiada o całej trójce młodych Nymanów to jednak bohaterką pierwszoplanową jest najmłodsza z rodzeństwa, czteroletnia Lotta. Dziewczynka jest dosyć uparta i stara się zawsze postawić na swoim, chociaż często obraca się to przeciwko niej. Na szczęście rodzeństwo jest ze sobą silnie związane, i nawet jeśli starszą dwójkę irytują wybryki Lotty, to jednak jej wybaczają, bo, jak często powtarza Mia, "Ona jest taka słodka".

Podobnie jak w innych książkach Astrid Lindgren dorośli stanowią postacie drugoplanowe. Rodzice oraz sąsiadka pani Berg raczej nie wtrącają się w zabawy dzieci, ale gdy wymaga tego potrzeba mali Nymanowie mogą na nich liczyć. Widać to szczególnie w drugiej części książki, kiedy Lotta postanawia odejść z domu i zamieszkać u pani Berg. Starsza pani bez zmrużenia oka przyjmuje czterolatkę pod swój dach, daje jej pokoik w którym dziewczynka będzie mogła zamieszkać i w żaden sposób nie namawia jej na powrót do domu - Lotta sama dochodzi do wniosku, że jednak chce wrócić do rodziców. Podobnie rodzice - dają dziewczynce swobodę (tym bardziej, że u sąsiadki nic jej nie grozi), pozwalają przeżyć pierwszy poważny bunt i samodzielnie zadecydować o swoim losie. W tym fragmencie wyraźnie uwidaczniają się poglądy samej autorki, która przez całe swoje dorosłe życie była orędowniczką tezy, że dzieciom należy się taki sam szacunek jak dorosłym. Bo dziecko to taki sam człowiek jak dorosła osoba.

Książeczka jest pięknie wydana - twarda okładka, gruby papier, kolorowe ilustracje autorstwa Ilon Wikland sprawią. że może być ozdobą niejednej dziecięcej biblioteczki.
Książka skierowana jest do dzieci w wieku 5-9 lat, a ponieważ napisana jest dosyć dużą czcionką a rozdziały są raczej krótkie może stanowić doskonałą propozycję do samodzielnej lektury dla dziecka.

Serdecznie polecam.

poniedziałek, 20 lutego 2017

Dwóch królów na jednym tronie, czyli o Jadwidze i Jagielle słów kilka

Jak to jest kiedy krajem rządzi równocześnie dwóch królów, a na dodatek jeden z nich jest kobietą? (Tak, to nie pomyłka - Jadwiga, żona Władysława Jagiełły, ukoronowana była na króla - w średniowiecznej Polsce nie istniało pojęcie królowej jako władczyni.) Które z nich Węgierka czy Litwin było lepszym władcą? Kto miał większe zasługi dla swojej przybranej ojczyzny?

Pamiętacie pana Cebulę, nauczyciela historii z serii "Ale historia...", której autorką jest Grażyna Bąkiewicz? Otóż pan Cebula i jego uczniowie powracają w kolejnej opowieści noszącej tytuł "Jadwiga kontra Jagiełło".
Tym razem narratorem jest Gruby, kolega Aleksa i Zuzki, których poznaliśmy przy okazji poprzednich tomów.

Gruby, jak pewnie się domyślacie, jest nieco okrąglejszy od swoich kolegów. Uwielbia słodycze, sam robi sobie landrynki, a w czasie podróży w przeszłość stara się dowiedzieć jakimi łakociami zajadali się ówcześni Polacy. Razem ze swoimi kolegami trafia na zamek wawelski, gdzie poznaje Walerka, pomocnika kucharza. Powszechnie wiadomo, że kuchnia to najlepsze miejsce jeśli chcemy poznać miejscowe nowinki (żeby nie napisać plotki) więc dzieciaki trafiły bardzo dobrze - dowiadują się o tym jak wyglądały początki wspólnego panowania Litwina i Andegawenki, biorą udział w wojennej wyprawie na Ruś Halicką na czele której stoi Jadwiga oraz mają możliwość przekonać, że chociaż królowa jest bardzo młoda to jednak jest osobą niezwykle inteligentną i przewidującą.

I kiedy już Gruby i jego koledzy przygotowują się do powrotu okazuje się, że pan Cebula stawia przed nimi jeszcze jedno zadanie - jeden z ich kolegów zaginął gdzieś w odmętach średniowiecza i trzeba go koniecznie odnaleźć. Podróż po piętnastowiecznej Polsce przedłuża się...

Jadwiga i Jagiełło nie bez przyczyny uważani są za jednych z wybitniejszych naszych władców - małżeństwo z rozsądku i politycznej konieczności wzmocniło Polskę i jej pozycję w średniowiecznej Europie, Jadwiga dbała o rozwój kultury i sztuki, a Jagiełło rozbijając krzyżaków pod Grunwaldem zapewnił krajowi kilkanaście lat spokoju ze strony największego wroga. Przedwczesna śmierć przerwała panowanie Jadwigi - można się tylko domyślać jak wyglądałyby jej dalsze rządy; właściwie można być pewnym tylko jednej rzeczy - nie dopuściłaby do wojny z krzyżakami i pewnie w naszej historii zabrakłoby grunwaldzkiego zwycięstwa...

Grażyna Bąkiewicz zawarła w swojej książce oprócz informacji typowo historycznych mnóstwo ciekawostek dotyczących obojga królów jak i czasów w których żyli. Młody czytelnik może się dowiedzieć z niej o przyzwyczajeniach Jagiełły (np. tego, że władca był abstynentem i do posiłków pijał wyłącznie wodę), o tym jak wyglądały przygotowania do wielkich wypraw wojennych, co jadano w średniowiecznym zamku (ze szczególnym uwzględnieniem konfetów, czyli łakoci) a nawet jak wyglądała toaleta w Malborku.
Podobnie jak w poprzednich tomach ilustracje wyszły spod ręki Artura Nowickiego - biało-czarne, komiczne, utrzymane w komiksowej konwencji rysunki stanowią integralną część historii i w ciekawy sposób przekazują ważne informacje.

Po raz kolejny zachęcam do zainteresowania się książką duetu Bąkiewicz - Nowicki i zaopatrzenia w nią biblioteczki waszych pociech. Nawet dzieciaki nastawione negatywnie do nauki naszych dziejów dają się porwać tym opowieściom - sprawdzone na moim własnym synu ;) 

poniedziałek, 12 grudnia 2016

I znów mitologia ;)

Po raz kolejny chciałam zaprosić wszystkich do podróży do mitologicznego świata, a to za sprawą drugiego tomu "Mojej pierwszej mitologii" autorstwa Katarzyny Marciniak.
Dla przypomnienia - tom pierwszy, o którym pisałam TUTAJ opowiada o najważniejszych bogach olimpijskich oraz najbardziej znanych herosach.

Druga część "Mojej pierwszej mitologii" podzielona jest na trzy części. 
Przewodnikiem po pierwszej z nich, noszącej tytuł "Przemiany" jest rzymski poeta Owidiusz, autor poematu "Metamorfozy". Zawarte są w niej mity opowiadające o tytułowych przemianach, np. o nimfie Dafne zmienionej w drzewo laurowe, o Arachne zmienionej w pająka czy Kallisto przemienionej w niedźwiedzicę. 
W części drugiej poznaje czytelnik małego Achillesa, którego wychowuje centaur Chejron. Przyszły bohater wojny trojańskiej zdobywa umiejętności potrzebne herosowi, ale również poznaje rozmaite baśniowe zwierzęta - pięknego Pegaza, ognistego feniksa, krwiożercze harpie czy zagadkowego Sfinksa. Ta część nosi tytuł "Bestiariusz".
Wreszcie ostatnie kilka opowieści noszące tytuł "W królestwie Hadesa" przenosi czytelnika do podziemi, po których oprowadza rzymska wróżka Sybilla. Pozna tu czytelnik najważniejsze części państwa zmarłych, dowie się co czeka dusze ludzi sprawiedliwych i dobrych, ale zobaczy również jaka kara czeka tych, którzy popełnili największe zbrodnie - los Tantala czy Syzyfa powinien być przestrogą dla wszystkich.

Podobnie jak w tomie pierwszym każda opowieść składa się z trzech części - właściwej historii, omówienia związanego z nią związku frazeologicznego oraz współczesnej scenki, w której omawiany związek znajduje swoje zastosowanie. Młody czytelnik pozna tutaj miedzy innymi znaczenie takich określeń jak "paniczny strach", "ikarowe loty", "biały kruk" czy "szata Dejaniry".

"Moja pierwsza mitologia" to moim zdaniem pozycja obowiązkowa dla każdego 10 - 11-latka. Ułatwi ona pierwsze spotkanie z mitologią, którą dzieci poznają w szkole - moje dziecko w podręczniku do piątej klasy ma fragmenty "Mitologii" Parandowskiego i chociaż są one dobrane do jego wieku, to niespecjalnie przypadły mu one do gustu.  Nie ujmując nic panu Parandowskiemu - dla współczesnego dziecka sama narracja, bez dialogów, bez emocji towarzyszącym bohaterom rzeczywiście może być nieco nudna. 
Tak więc "Mitologia" Parandowskiego (czy też ta autorstwa Zbigniewa Kubiaka) jak najbardziej, tylko troszkę później. (Przy okazji - ja Parandowskiego czytałam dopiero w pierwszej klasie LO.) Natomiast teraz drogi młody czytelniku sięgnij po książki Katarzyny Marciniak - dobra zabawa gwarantowana, a i w pamięci sporo powinno pozostać.

niedziela, 4 grudnia 2016

Mitologia po raz drugi

Jeżeli jest książka i ekranizacja to z zasady staram się najpierw czytać a dopiero później oglądać. Nie zawsze się to udaje - tak było i w tym przypadku. Moje dziecko lubi, podobnie jak zdecydowana większość jego rówieśników, oglądać telewizję. Z tym, że lubi to robić w towarzystwie, więc z tatą ogląda rozmaite Discovery, Animal Planet i tym podobne, natomiast od filmów i zawodów sportowych jest mama. Na szczęście Młody nie ogląda seriali...

Tak więc niejakiego Perseusza (bardziej znanego jako Percy) Jacksona poznałam dzięki filmowej adaptacji pt. "Złodziej pioruna".. Film był sympatyczny, bohaterowie niczego sobie, Pierce Brosnan jako centaur też robił wrażenie a wisienką na torcie była obecność jednego z moich ulubionych aktorów Seana Beana w roli Zeusa.
Przyznam się jednak szczerze, że jakoś nie poczułam w sobie natychmiastowej chęci rzucenia się na poszukiwania książki na której opierała się ekranizacja. Owszem od czasu do czasu czytuję jakąś młodzieżówkę, ale specjalnie za nimi nie przepadam.
Percy jednak znalazł mnie sam - jakiś czas temu nasza szkolna biblioteka wzbogaciła się o serię poświęconą młodemu herosowi, więc kiedy potrzebowałam jakiejś zdecydowanie lekkiej lektury mój wybór padł na pięcioksiąg autorstwa Ricka Riordana. 
Na serię "Percy Jackson i bogowie olimpijscy" składają się tomy "Złodziej pioruna", "Morze potworów", "Klątwa tytana", "Bitwa w labiryncie" i "Ostatni olimpijczyk". 

Percy to heros, półbóg, którego ojcem jest Posejdon. O swoim niezwykłym pochodzeniu dowiaduje się w dosyć gwałtowny sposób tuż przed swoimi dwunastymi urodzinami. Po serii niezwykle groźnych wypadków trafia do letniego obozu w którym poznaje całą gromadę podobnych sobie osób, dzieci bogów i śmiertelników. Z niektórymi się zaprzyjaźnia, z innymi wręcz przeciwnie, ale jedno jest pewne - czeka go tu wiele przygód, ale też sporo będzie się musiał nauczyć. I nie chodzi tu tylko o jazdę konną czy władanie mieczem, co powinien umieć każdy szanujący się heros. Percy, a przy okazji i czytelnicy serii, poznaje mitologię i kulturę grecką, które leżą u podstaw naszej cywilizacji.

W książkach roi się od postaci znanych z kart mitologii, pojawiają się bogowie, nimfy i bohaterowie, ale i potwory z którymi Percy i jego przyjaciele będą musieli walczyć. 
Właściwie każda książka jest zamkniętą całością, jednak lepiej je czytać po kolei, bo jeden wątek, przygotowania do wojny i walka z pradawnym wrogiem rodziny olimpijskiej, spina historię w całość. Książkę czyta się szybko - zasługa w tym ciekawego pomysłu, wartkiej akcji, odrobiny magii i sympatycznych bohaterów. Chociaż co do tych bohaterów to miałabym jedną ale dosyć znaczącą uwagę - Percy jest trochę zbyt kryształowy jak na mój gust. To właściwie chłopak bez wad, zawsze gotowy do walki w obronie słabszych, uprzejmy i akuratny - no ideał jednym słowem. Byłby bardziej wiarygodny, gdyby miał chociaż jedną, maleńką wadę. Choć z drugiej strony muszę przyznać, że da się lubić ;) 

Seria "Percy Jackson i bogowie olimpijscy" to świetna lektura przeznaczona dla młodszych nastolatków. A jeżeli oprócz śledzenia losów głównego bohatera zapamiętają jeszcze przy okazji coś z mitologii to będzie to bardzo miły dodatek do kilkunastu godzin dobrej zabawy.


niedziela, 20 listopada 2016

Mitologia dla dzieci - odsłona pierwsza

Chociaż do jej powstania minęło już ponad dwa tysiące lat to w dalszym ciągu fascynuje i rozpala wyobraźnię - mitologia, bo o niej mowa, pomimo słusznego wieku ma się całkiem nieźle i nic a nic nie traci na popularności. Czytają ja dorośli, czyta młodzież (no może niezbyt chętnie, bo to jednak lektura szkolna), sięgają po nią również dzieci. 
I z tymi dziecięcymi odbiorcami był do tej pory największy problem - dostępne na naszym rynku wersje mitów przeznaczone są raczej dla starszego czytelnika. Ale ta luka właśnie została zniwelowana - pojawiła się bowiem ostatnio "Moja pierwsza mitologia", której autorką jest Katarzyna Marciniak. Jest to dwutomowe wydawnictwo przeznaczone dla dzieci - właśnie miałam przyjemność zapoznać się z pierwszym tomem składającym się z dwóch części - "Dzieciństwo bogów i ludzi" oraz "Przygody herosów".

Młody czytelnik ma w tej książce możliwość zapoznania się z dzieciństwem Zeusa, Hermesa, Afrodyty, Aresa oraz innych olimpijczyków, znajdzie tu opowieść o pierwszych ludziach stworzonych przez Prometeusza, będzie mógł śledzić przygody najsłynniejszego greckiego herosa Heraklesa, pozna dzieje Tezeusza, Jazona, Perseusza i innych bohaterów. A wszystko to w wersji niemal bezkrwawej, dostosowanej do poziomu kilkuletniego odbiorcy - tzn. kto ma zginąć ginie, ale autorka nie ekscytuje się technicznymi opisami zadawanej śmierci.

Każda opowieść składa się z trzech części - mitu opowiadanego przez dorosłych dzieciom (często są to zwierzęta, np. orły, sowy czy mrówki), wyjaśnienia łączących się z danym mitem związków frazeologicznych oraz historyjki obrazującej współczesne zastosowanie owych frazeologizmów.
Tak więc książka przede wszystkim bawi, ale również uczy. Oczywiście dziecko raczej nie zapamięta od razu wszystkich określeń, ale nic nie stoi na przeszkodzie aby do książki sięgać jeszcze wielokrotnie, prawda?
A duma rodzicielska kiedy nasza pociecha użyje we właściwym znaczeniu "stajni Augiasza", 'puszki Pandory" czy "tytanicznego wysiłku" będzie najlepszą rekompensatą za poniesione na zakup książki wydatki.

Tak więc drodzy rodzice, ciocie, wujkowie, dziadkowie - wydaje mi się, że "Moja pierwsza mitologia"  Katarzyny Marciniak to może być nadzwyczaj trafiony prezent mikołajkowy lub świąteczny.

środa, 17 sierpnia 2016

Wakacyjne podróże - polskie morze z Nikim, Polą, Gretą i Gutkiem

Wakacje nieodwołalnie zbliżają się do końca - jeszcze tylko kilka dni i trzeba będzie wracać do szkoły. Na pociechę zostaną wspomnienia letnich wędrówek czy wieczorów przy ognisku, nowi znajomi, być może przyjaciele lub sympatie...

Dla Nikodema, Poli, Grety i Gutka te wakacje rozpoczęły się dosyć pechowo. Co prawda spędzali je nad morzem jednak deszczowa aura, brak towarzystwa i cała masa prywatnych problemów sprawiły, że letnie dni mijały markotnie. Kolejny deszczowy dzień zapowiadał się równie beznadziejnie jak poprzednie - cała czwórka siedziała w pustej smażalni i nudziła się. Kiedy do lokalu weszło dwóch podejrzanych typów nikt nie spodziewał się, że oto zaczyna się ich największa przygoda..

"Duża kieszeń na kłopoty" to kolejna powieść Agaty Mańczyk, która ukazała się w wydawanej przez Naszą Księgarnię "Serii z nitką". 
Główni bohaterowie to czwórka nastolatków - trochę zbuntowanych, trochę zagubionych, ale przede wszystkim bardzo samotnych i potrzebujących ciepła i wsparcia. Nikodem i Pola mieszkają na stałe w Jarosławcu, Gutek i Greta przyjechali tu na wakacje. Nie znają się, ale wspólne zadanie, poszukiwanie skarbu piratów połączy ich w jeden zespół - pomimo różnych charakterów i celów, które im przyświecają, muszą sobie zaufać, bo tylko w ten sposób osiągną sukces.

Po raz kolejny bohaterowie książki Agaty Mańczyk borykają się z problemami, które w jakiś sposób ich przerastają - tato Nikodema stracił pracę i wpadł w alkoholizm, mama Poli zmarła a ojciec zajęty pracą był niemal nieobecny w jej życiu, rodzice Gutka wiecznie się kłócili a ukochana babcia była poważnie chora. Wydawać by się mogło, że Greta miała szczęście - kochający rodzice, czuwający nad każdym jej krokiem, zawsze gotowi spieszyć z pomocą i wyręczający ją w każdy możliwy sposób. Niestety to o czym gdzieś podświadomie marzyła pozostała trójka było dla niej największą udręką - nadopiekuńczość rodziców stanowiła przysłowiową złotą klatkę i dziewczyna nade wszystko chciała się z niej wyrwać i zacząć żyć własnym życiem.

Awantura w którą wplątują się bohaterowie książki będzie od nich wymagała (oprócz działania zespołowego) odwagi, przedsiębiorczości, kreatywnego myślenia oraz odłożenia na bok swoich kłopotów. Cała czwórka będzie się musiała sprawdzić w działaniu, robić rzeczy o których do tej pory nawet nie myśleli a także podejmować decyzje, które zaważą na losie ich wszystkich. Kilka wspólnych dni nauczy ich więcej niż całe dotychczasowe życie. Tylko, czy będą potrafili skorzystać z szansy jaką daje im los?
Cóż, o tym dowiecie się w czasie lektury ;)

Serdecznie polecam tę książkę nastolatkom, ale również ich rodzicom - to niesamowite co się może kłębić w młodych głowach...

środa, 6 lipca 2016

Wakacyjne podróże: z Gabrysią i Nilsem w czasy hippisów i magnetofonów szpulowych

Rafał Witek jest autorem zabawnego cyklu książek dla dzieci pt. "Bzik & Makówka przedstawiają:". Do tej pory wyszły trzy książeczki ( "Zgniłobrody i Luneta Przeznaczenia", "Ucieczka z tajemniczego ogrodu" i "Autograf za milion dolarów") a kilka dni temu swoją premierę miał tom czwarty pt. Maliny zza żelaznej kurtyny".

Gabrysia Bzik i Nilson Makówka mają po 10 lat, chodzą do jednaj klasy i są najlepszymi przyjaciółmi. Więc kiedy Nilson tajemniczo znika Gabrysia postanawia go odnaleźć. Chłopiec zaginął w drodze do biblioteki, więc jego koleżanka postanawia udać się jego śladem. Wsiada do dziwnego autobusu, a kiedy udaje się jej z niego wysiąść okazuje się, że cofnęła się w czasie do roku 1974. Jedyną dobrą stroną tej sytuacji jest fakt, że spotyka tam Nilsona...

Gabrysia i Nilson trafiają w czasy młodości swoich dziadków. Pierwsze co rzuca się im w oczy to brak jakichkolwiek reklam,mniejsza liczba samochodów i szare blokowiska. Ogólne zainteresowanie budzą ich dżinsy i koszulki - dla współczesnego nastolatka są to zwykłe codzienne ciuchy, dla młodych ludzi z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych to symbol lepszego życia na Zachodzie...

Poruszanie się w rzeczywistości sprzed ponad czterdziestu lat sprawia bohaterom dosyć poważne kłopoty - brak ówczesnych pieniędzy, nieznajomość realiów czy wreszcie bariera językowa (bo niby to polski język, ale dogadać się w nim wcale nie jest łatwo) to tylko kilka przykładów. Ale to przestaje być ważne, kiedy okazuje się, że dwójką rzucających się w oczy dzieciaków zaczyna się interesować SB...

Książeczka przeznaczona jest oczywiście dla dzieci, więc bohaterom udaje się wywinąć z trudnej sytuacji, ale młody czytelnik ma okazję dowiedzieć się co nieco o życiu w tamtym okresie. Ma szansę dowiedzieć się co oznaczały określenia "esbecja", "demoludy", "czarny rynek" czy wreszcie tytułowa "żelazna kurtyna". Co więcej - może (podobnie jak Gabrysia) porównać życie wtedy i teraz. I wcale nie jest pewne, która rzeczywistość bardziej przypadnie mu do gustu...

"Maliny zza żelaznej kurtyny" przybliżą współczesnym dziesięciolatkom trudne czasy w których żyli ich dziadkowie - oczywiście jest to zaledwie niewielki wycinek tamtej rzeczywistości podany w formie możliwej do zaakceptowania przez dziecko. I być może przynajmniej część młodych czytelników będzie chciała u źródła (czyli u rzeczonych dziadków) znaleźć więcej informacji na temat tamtych czasów.
Dziadkowie i babcie - czujcie się ostrzeżeni ;)

wtorek, 7 czerwca 2016

Zostań zuchem z Bolkiem i Lolkiem

Już za kilkanaście dni rozpoczną się kolejne wakacje. Część dzieciaków wyjedzie na kolonie, obozy lub chociaż do rodziny. Jednak spora grupa będzie musiała spędzać wakacyjne tygodnie w domu. Powiało nudą, prawda?
Otóż nieprawda. Wakacje w domu wcale nie muszą być nudne, wystarczy tylko dobry pomysł na spędzenie wolnego czasu. 

Takie domowe wakacje przytrafiły się bohaterom książeczki "Bolek i Lolek z telewizora" autorstwa Karoliny Macios. 
Bolka i Lolka nie trzeba chyba nikomu przedstawiać - to chyba najbardziej rozpoznawalni bohaterowie polskich kreskówek. Od jakiegoś czasu wydawnictwo Znak emotikon prezentuje młodszym i starszym czytelnikom pisane wersje przygód tej sympatycznej dwójki - książka o której mowa pojawiła się na księgarskich półkach zaledwie kilka tygodni temu.

Tak więc Bolek i Lolek rozpoczynają najgorsze wakacje w życiu. Na szczęście dla nich, stryj Marian ma pewien pomysł, który może zapobiec wszechogarniającej nudzie. Stryj był w młodości harcerzem i teraz zaproponował chłopcom aby w czasie wakacji zdobyli dziesięć zuchowych sprawności. Chłopcy mieli stać się bardziej samodzielni, odpowiedzialni, mieli pomagać innym ale również rozwijać się poprzez obcowanie z kulturą.
Brzmi to bardzo poważnie i może sugerować, że książeczka ocieka nadmiernym dydaktyzmem. Nic bardziej mylnego. Przygody Bolka i Lolka są wesołe, chłopcom nie wszystko się udaje od pierwszego razu, ale starają się - np. pomimo katastrofy jaką zakończyła się pierwsza próba ugotowania obiadu Lolek staje się w czasie wakacji całkiem niezłym kucharzem. 

Pamiętam z dzieciństwa Bolka i Lolka oglądanych w telewizji - Bolek to był taki trochę cwaniak, trochę leń i często wysługiwał się młodszym bratem, chociaż w decydujących chwilach stawał za nim murem, tymczasem Lolek był grzeczny, uczynny i serdeczny, chociaż bywały chwile, że nie wytrzymywał i potrafił całkiem pomysłowo odegrać się na starszym bracie. Literacki portret chłopców też opiera się na takim schemacie - to szczególnie ważne dla tych, którzy Bolka i lolka znają właśnie z telewizora...

Książeczka będzie świetną lekturą dla dzieciaków w wieku 7 - 10 lat. 
Serdecznie polecam :)

czwartek, 26 maja 2016

Młodociani detektywi na tropie

Rasmus i Pontus mają po jedenaście lat i chodzą do czwartej klasy. Na świecie króluje wiosna, a oni muszą siedzieć w szkole, chociaż serce wyrywa im się do Wszawego Dołka, do którego właśnie zjechało wesołe miasteczko. 

Tak zaczyna się książka Astrid Lindgren pt. "Rasmus, Pontus i pies Toker" - powieść powstała w 1957 roku, a jej najnowsze wydanie sygnowane jest przez Naszą Księgarnię.

Największą sensacją wesołego miasteczka jest Alfredo, słynny połykacz noży. Chłopcy bardzo chcą obejrzeć jego występ ale brakuje im pieniędzy, więc postanawiają wejść bez biletu. Plan mają całkiem niezły, jednak nie udaje się go zrealizować, przypadkowo przerywają występ i stają oko w oko z rozzłoszczonym Alfredem. Nie mają pojęcia, że to spotkanie będzie miało daleko idące skutki...
Można powiedzieć, że pechowe spotkanie z połykaczem noży rozpoczęło wyjątkowo urozmaicony okres w życiu chłopców, bowiem następnej nocy są świadkami kradzieży i, oczywiście, postanawiają samodzielnie schwytać złoczyńców.

Rasmus i Pontus to sympatyczne, inteligentne i pomysłowe dzieciaki. Ich przyjaźń jest z gatunku tych prawdziwych, od serca - kiedy Rasmus chce pomóc swojej starszej siostrze  Pontus idzie "na akcję" razem z nim, nie bacząc na fakt, że plan przyjaciela zakłada potajemne nocne wejście do obcego domu. 
Chłopcy mają fantazję, poczucie humoru, potrafią wywołać bójkę na ulicy, ale potrafią się również wykazać odwagą i lojalnością. Mają dobry kontakt ze swoimi rodzicami, chociaż jak każdy młody człowiek w ich wieku uważają, ze rodzina nie zawsze traktuje ich poważnie.

Powieść, jak na kryminalną historię przystało, ma kilka nagłych zwrotów akcji, znajdzie się jakiś niewielki zbieg okoliczności, a dobro oczywiście zwycięży.

"Rasmus, Pontus i pies Toker" to, podobnie jak wiele innych książek Astrid Lindgren, powieść ponadczasowa, która pomimo dosyć słusznego już wieku spodoba się współczesnym dzieciakom. Bo niezależnie od czasów w których przyszło nam żyć przyjaźń i lojalność nigdy nie stracą na wartości.

wtorek, 22 marca 2016

Kto finansował działalność króla Kazimierza Wielkiego?

Kazimierz Wielki wybitnym władcą był - tę prawdę wszyscy nauczyciele historii wciskają w głowy swoich uczniów. Budował zamki, istniejące już miasta otaczał murami, hurtowo zakładał nowe, lokował wsie na prawie magdeburskim, założył Akademię Krakowską - jego sukcesy można by jeszcze długo wymieniać. Wszyscy podziwiają rozmach ostatniego Piasta na polskim tronie i tylko nieliczni zastanawiają się skąd król miał środki na finansowanie swoich pomysłów.

I takie właśnie pytanie stawia swoim uczniom niejaki pan Cebula, jeden z bohaterów serii książek Grażyny Bąkiewicz pod wspólnym tytułem "Ale historia...". Kilka miesięcy temu pisałam o pierwszym tomie poświęconym Mieszkowi I ("Mieszko, ty Wikingu"), a dzisiaj przyszła kolej na Kazimierza Wielkiego. 
Książeczka nosi tytuł "Kazimierzu skąd ta forsa?" a jej narratorką jest Zuzka, koleżanka Aleksa, którego poznali czytelnicy tomiku poświęconego Mieszkowi. 

Zuzka żyje w przyszłości, a ponieważ dzięki specjalnym szkolnym ławkom dzieciaki mogą się przenosić w czasie, to lekcje historii często odbywają się "w terenie". Tak było i tym razem - Zuzka i jej koledzy przenoszą się do czternastowiecznej Polski, aby zbadać źródła finansowania rozbudowy kraju dokonanej przez króla Kazimierza.

Dzieciaki trafiają do Gniezna w którym właśnie budowana jest nowa gotycka katedra, a następnie ruszają w stronę Krakowa, aby w stolicy znaleźć odpowiedź na zadane przez nauczyciela pytanie. W czasie drogi spotykają ich rozmaite, często niebezpieczne, przygody, a napotykani ludzie udzielają im informacji na temat życia w ówczesnej Polsce. Z tych informacji wyłania się przy okazji obraz władcy, który ma niebywały talent do interesów, a przez racjonalne gospodarowanie posiadanymi zasobami oraz długofalowe planowanie pomnaża pieniądze w skarbcu. 

"Kazimierzu, skąd ta forsa?" to świetnie pomyślana i napisana historia. Zderzenie współczesnych dzieciaków ze średniowieczna rzeczywistością, ich pomysłowość i poczucie humoru sprawiają, że czyta się tę książeczkę niemal jednym tchem. Autorka taktownie milczy na temat moralności króla Kazimierza (wszak to historia dla dzieci), stosuje pewne uproszczenia (z tego samego powodu) ale w przystępny sposób objaśnia zawiłości średniowiecznej rzeczywistości. Doskonałe uzupełnienie tekstu stanowią ilustracje Artura Nowickiego, który w zabawny sposób potrafi przedstawić nawet pracę... kata. Dodam, że jego mini komiksy, chociaż skierowane do młodego czytelnika mają ukryte przesłanie, którego znaczenie wyłapie dorosła osoba - tak więc, pomimo iż docelowymi czytelnikami są dzieciaki w wieku 10-13 lat, i dorosły powinien się dobrze bawić czytając tę książkę.

Serdecznie polecam, a na koniec mały przykład tego co znajdziemy w książce


poniedziałek, 23 listopada 2015

Przed Mikołajem o Mikołaju

Ananiasz jest prymusem i ulubieńcem pani nauczycielki,Kleofas jest najsłabszy w klasie, Alcest ponad wszystko kocha jedzenie, Gotfryd ma bogatego tatę, który mu wszystko kupuje, Euzebiusz jest bardzo silny, Joachim jest mistrzem gry w kulki, a Rufus ma gwizdek z kulką, bo jego tato jest policjantem...

Nie ma chyba dorosłego ani dziecka w wieku szkolnym, który przynajmniej raz nie zetknął by się z wymienionymi wyżej chłopcami. Kiedy pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku Rene Goscinny i Jean-Jacques Sempe opublikowali we francuskim dzienniku "Sud-Ouest Dimanche" opowiadanie o perypetiach kilkuletniego chłopca imieniem Mikołaj nie mieli pojęcia, że powołali do życia legendę. Reakcja czytelników była tak entuzjastyczna, że wkrótce pojawiły się kolejne utwory - przez kolejne sześć lat powstało ich ponad 200. Wkrótce też opowiadania zostały wydane w formie książkowej - seria liczy sobie 8 tomów.

"Mikołajek" to pierwsza część cyklu, w skład tomu wchodzi 19 opowiadań, których akcja w większości toczy się w szkole do której uczęszcza Mikołaj. Chłopcy są niezwykle żywotni, uwielbiają się bić i kłócić, a to co według nich jest pyszną zabawą jakoś niespecjalnie podoba się dorosłym.
Przyjęło się (całkiem zresztą słusznie), że "Mikołajek" to książka o dzieciach dla dzieci. Jednak dorosły czytelnik bez problemu zauważy, że autorzy oczami dziecka patrzą na świat dorosłych. Mikołaj i jego koledzy świetnie wyłapują brak konsekwencji nauczycieli i rodziców, niby przypadkiem punktują wszelkie mijanie się z prawdą i z dziecięcą naiwnością opowiadają o rozmaitych przywarach i śmiesznostkach dorosłych.
Dyrektor szkoły, opiekun zwany Rosołem, tato Mikołaja, ich sąsiad, pan Bledurt to galeria zabawnych typów, którzy traktują siebie bardzo poważnie, co jeszcze potęguje ich śmieszność...
Właściwie tylko pani nauczycielka, która klasę Mikołajka dostała chyba za karę, jest osobą zrównoważoną  i odpowiedzialną.

Jeśli więc ktoś nie zna jeszcze Mikołajka, lub chciałby przypomnieć sobie jak robiono klasowe zdjęcie, czym zakończyła się wizyta u Ananiasza, co się stało z rowerem i dlaczego chłopiec postanowił się ożenić z Ludeczką kiedy już dorośnie - to serdecznie zapraszam do lektury. A ponieważ przed nami czas mikołajowo-świąteczny to uważam, że "Mikołajek" ja i wszystkie inne książki z tej serii świetnie się sprawdzą jako prezent.

piątek, 16 października 2015

Wiking czy Słowianin, czyli jak to było z tym Mieszkiem I

Od jakiegoś czasu odnoszę wrażenie, że na rynku pojawia się coraz więcej książek historycznych. Skierowane do różnych grup czytelników, w różnej formie i oprawie graficznej oraz (niestety) bardzo różnej wartości merytorycznej... Na szczęście w moje ręce trafiają ostatnio tylko takie godne polecenia i o takiej właśnie, bardzo udanej, książce słów kilka.

Aleks ma 12 lat i jak każdy chłopiec w jego wieku chodzi do szkoły. Jak sam przyznaje jest strasznym pechowcem - potrafi się zgubić nawet we własnym pokoju... 
Aleks żyje w przyszłości, wiec jego szkoła jest trochę inna niż ta dzisiejsza. Szczególnie widać to w czasie lekcji historii, której uczy niejaki pan Cebula. Otóż nauczyciel ten uważa, że tego przedmiotu najlepiej nauczyć się przez obserwację, więc zamontował w klasie ławki, które są maszynami do podróży w czasie. Wystarczy ustawić rok w którym chcemy się znaleźć i ławka przenosi nas w przeszłość. Co do powrotu, to każdy uczeń ma wszczepiony komunikator, który po upływie określonego czasu przenosi go z powrotem do klasy. Proste? Niby tak, ale nie dla Aleksa...

Tym razem pan Cebula wyznacza uczniom następujące zadanie: mają przenieść się do X wieku i ustalić jak to było z tym Mieszkiem - był Słowianinem czy, jak chcą niektórzy badacze, Wikingiem? 
Aleks i jego koledzy udają się do roku 990 i niemal natychmiast wpadają w kłopoty...

Autorką książki jest Grażyna Bąkiewicz - historyk, nauczycielka i pisarka. W przystępny sposób przekazuje młodemu czytelnikowi najważniejsze fakty o naszym pierwszym historycznym władcy (nie jest tego zbyt wiele, bowiem książę Mieszko do celebrytów raczej się nie zaliczał...) oraz o czasach w których przyszło mu żyć. 
W czasie pobytu w X wieku Aleks poznaje swojego rówieśnika imieniem Łuczek, który staje się jego przewodnikiem po wczesnośredniowiecznej rzeczywistości. A jest co oglądać - ukryte w leśnych ostępach osady i ogromna jak na owe czasy poznańska katedra, wojsko książęce i mnisi w książęcej kancelarii, handlarze niewolników i wędrowni kupcy, można by jeszcze więcej wymieniać, ale jedno jest pewne - życie w kraju Mieszka było dla dzieciaków z przyszłości bardzo ciekawe. 

W książce dla młodego czytelnika niezwykle ważną rolę odgrywają ilustracje. W tym wypadku ich autorem jest Artur Nowicki. Moim zdaniem wywiązał się świetnie z powierzonego mu zadania - czarno-białe, nieco schematyczne komiksowe rysunki są dowcipne i pomysłowe oraz doskonale komponują się z tekstem.

"Mieszko, ty wikingu!" to pierwsza książeczka z sygnowanej przez Naszą Księgarnię serii "Ale historia..." - mam nadzieję, że na kolejne nie będzie trzeba czekać zbyt długo.

A tu próbka twórczości Artura Nowickiego:



poniedziałek, 24 sierpnia 2015

To co najważniejsze - przyjaźń i marzenia

Jakie książki lubią czytać najmłodsi? Mój syn na tak postawione pytanie zawsze odpowiadał: "Takie, gdzie cały czas coś się dzieje. I jeszcze, żeby czary były...". (Te czary to chyba jakiś syndrom pokolenia Harrego Pottera, którego notabene uwielbiam, bo jakoś ze swojego dzieciństwa ich za bardzo nie kojarzę poza baśniami.) 
Wartka akcja i magia? Proszę bardzo - jedno i drugie znajdzie młody czytelnik w książce Marcina Pałasza "Wszystko zaczyna się od marzeń".

Asia ma siedem lat a Maciek jest od niej rok starszy. Razem z Tomkiem, kolegą Maćka z klasy tworzą zgraną paczkę przyjaciół, którzy są ze sobą na dobre i na złe. Kiedy ich poznajemy mają przed sobą trudne zadanie - Maciek założył się z chłopakami z klasy, ze wejdzie do starego opuszczonego domu. Budynek nie wygląda najlepiej, nie ma co ukrywać - budzi w dzieciach obawę, ale zakład to zakład.
Kiedy dzieci weszły do domu zaczęły szukać jakiegoś niezwykłego przedmiotu, który pomógłby im udowodnić, że faktycznie byli w środku. Ponieważ w pokojach nie było nic poza śmieciami udali się na strych i tam znaleźli jakiś dziwny zegar, który przy bliższych oględzinach okazał się być... A nie, tego już nie powiem - kto ciekawy, tego zapraszam do lektury.

"Wszystko zaczyna się od marzeń" to cztery osobne historie połączone osobami bohaterów. Asia i Michał to zwykłe dzieciaki, które od czasu do czasu muszą stawić czoła niezwykłym problemom. I niezależnie czy jest to znajomość z młodym diabełkiem czy przeciwstawienie się koleżance, która znęca się nad niepełnosprawną dziewczynką starają się znaleźć najlepsze wyjście z sytuacji. Asia i Maciek udowadniają, że przyjaźń i marzenia to coś bardzo ważnego, może nawet najważniejszego w życiu kilkuletniego człowieka.
 Przyjaciel pomoże, pocieszy, będzie wsparciem w trudnych chwilach, czasem wystarczy tylko świadomość, że on jest i już człowiekowi robi się lepiej. 
A marzenia? Bez nich świat byłby szary i nudny. Tylko ktoś kto potrafi marzyć bedzie widział świat w radosnych barwach.

Mogłoby się wydawać, ze książeczka, której bohaterowie postępują dobrze, czasem wręcz wzorowo będzie nudna i przeładowana dydaktyzmem. Nic bardziej mylnego - dzieciaki są bardzo sympatyczne, a autor ustrzegł się przed moralizatorstwem, chociaż myślące dziecko powinno wyciągnąć po lekturze odpowiednie wnioski. Moje w każdym razie wyciągnęło...


poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Wakacyjne podróże: Paryż z Gabrysią Bzik i Nilsem Makówką

Pamiętacie Gabrysię Bzik i Nilsa Makówkę? Pisałam o nich na początku tego roku (TUTAJ), a dzisiaj chciałabym zaproponować lekturę kolejnego tomiku ich przygód.

Poprzednim razem dzieciaki podróżowały w czasie i wylądowały w domu pani Burnett, autorki m.in, "Tajemniczego ogrodu". Okazało się, że podróże w czasie i przestrzeni może i są ekscytujące, jednak mają wpływ na wydolność organizmu,więc większość wakacji spędzili na dochodzeniu do siebie po ostatnich wydarzeniach. Kiedy wreszcie rodzice uznali, że z dziećmi wszystko w porządku, Nils mógł odwiedzić Gabrysię. I cóż... Można zaryzykować tezę, że jeśli Bzik i Makówka pobędą przez pół godziny bez nadzoru dorosłych z pewnością wpakują się w jakąś kabałę...

Początkowo wszystko wyglądało niewinnie. W radiu ogłoszono konkurs, Gabrysia znała odpowiedź, zadzwoniła i... wygrała dwa bilety do Muzeum Sztuki Współczesnej, gdzie odbywała się właśnie wystawa, której bohaterem był Salvatore Dali i surrealiści. Jednym z eksponatów, który zwrócił uwagę dzieci był telefon-homar. I tu przestało byc normalnie. Telefon zadzwonił, pomimo, że nie był podłączony, a kiedy podnieśli słuchawkę odezwał się ktoś mówiący po hiszpańsku. Przedstawił się jako Salvatore Dali, twierdził, że dzwoni z Paryża, gdzie aktualnie jest rok 1929. Aby udowodnić, że mówi prawdę umówił się z dziećmi, że ukryje dla nich coś na Wyspie Łabędzia. Co robią Bzik i Makówka? to chyba jasne - planują wyjazd do Paryża...

Rafał Witek serwuje swoim czytelnikom kolejną zwariowaną przygodę, która przy okazji może czegoś nauczyć. W tekst zgrabnie wpleciono informacje o surrealizmie jako kierunku w sztuce oraz o jego najwybitniejszym przedstawicielu. 
Oprócz tego poruszony jest (aczkolwiek bardzo pobieżnie) temat niewolniczej pracy dzieci w krajach azjatyckich oraz możliwe sposoby zapobiegania temu procederowi. Ponieważ książeczka przeznaczona jest dla dzieci, to siłą rzeczy autor powstrzymał się od drastycznych szczegółów, ale rodzice powinni być przygotowani, że mogą paść pytania dotyczące tego tematu.

Po raz kolejny muszę pochwalić ilustracje autorstwa Magdy Wosik. Podobnie jak w poprzednich tomach świetnie uzupełniają tekst, są zabawne, a przy okazji nawiązują do technik plastycznych stosowanych przez surrealistów (np. kolaż).

Jeśli macie w domu młodego człowieka w wieku około 10 lat, to ta książka powinna mu przypaść do gustu.
A tym, którzy już znają i lubią Gabrysię i Nilsa na pewno miło będzie usłyszeć, że w przygotowaniu jest kolejny tom ich przygód noszący wiele mówiący tytuł "Maliny zza żelaznej kurtyny". 


A na koniec dzieło wielkiego Salvatore, od którego zaczęła się cała przygoda:


sobota, 15 sierpnia 2015

Wakacyjne podróże: Paryż, Mazury i Bałtyk z Longinem

Pamiętacie Longina? Trochę ponad pół roku temu pisałam o pierwszej książce na jego temat, a oto dwa dni temu swoją premierę miał drugi tomik jego przygód.

Tytułem przypomnienia - Longin tak naprawdę ma na imię Marcin, mieszka w Warszawie, ma prawie 13 lat a pseudonim zawdzięcza swojemu ponadprzeciętnemu wzrostowi. Autorem książek na jego temat jest znany dziennikarz telewizyjny Marcin Prokop - zbieżność imion nie jest przypadkowa...
W poprzednim tomiku Longin opowiadał o swoim rodzinnym domu, przyjaciołach (widzialnych i niewidzialnych) oraz o życiu codziennym w latach 80-tych ubiegłego wieku. Tym razem tematem książeczki są pewne szczególne wakacje. Dlaczego szczególne? Otóż Longin z rodziną wyjeżdża za granicę. I to od razu do Paryża.

W dzisiejszych czasach to żadne cudo - wystarczy mieć dokument tożsamości i pieniądze na bilet, ale te trzydzieści lat temu... Po pierwsze trzeba było mieć zaproszenie od kogoś, kto tam mieszkał, następnie trzeba było uzyskać paszport (były takie czasy, że paszportu nie trzymało się w domu i kiedy chciało się wyjechać trzeba było prosić o jego wydanie), wreszcie trzeba było dostać wizę. Na szczęście ojcu Longina udało się załatwić wszystkie formalności i rodzina mogła się udać w podróż. Pierwszy szok kulturowy chłopiec przeżył na niemieckiej stacji benzynowej, gdzie ze wszystkich stron otoczyło go bogactwo różnorodnych słodyczy w kolorowych opakowaniach - ponieważ nie miał kasy to chociaż zdjęcia sobie na pamiątkę zrobił... A później? Zderzenie z zachodnim stylem życia, problemy z dostosowaniem się do francuskiej kuchni, zwiedzanie najsłynniejszych paryskich zabytków i muzeów... No z tym ostatnim to też różnie bywało - Longin nie zawsze zachowywał się jak świadomy odbiorca kultury wysokiej. I może jeszcze dzisiaj zwiedzając Wieżę Eiffla ktoś znajdzie ślady jego bytności w tym miejscu?

Paryska przygoda trwała dwa tygodnie, a przecież wakacje mają dwa miesiące - pozostały czas Longin spędził na Mazurach pod opieką wujka i babci (gdzie wykazał się niezwykłą smykałką do interesów), oraz na koloniach nad morzem. Szczególnie te ostatnie wywołały we mnie masę wspomnień - brak wygód, spanie w namiotach, codzienne apele, służba w kuchni, mycie na świeżym powietrzu... Dla dzisiejszych nastolatków uskarżających się na fatalne warunki wypoczynku, bo na dwie godziny zniknął internet, takie kolonie zalatują wręcz horrorem. A myśmy się na takich wyjazdach (ja raczej jeździłam na obozy harcerskie, ale standard był podobny) cudownie bawili. 

Marcin Prokop jest człowiekiem obdarzonym wyjątkowym poczuciem humoru, więc jego książeczkę czyta się z ogromną przyjemnością. "Longin. Tu byłem" skrzy się dowcipem, chłopiec ma zwariowane, czasem nie do końca bezpieczne, pomysły i bywa też złośliwy, szczególnie jeśli ktoś go sprowokuje. Nie wszystkie postępki Longina przyczyniają mu chwały, ale w końcu nie wymagajmy zbyt wiele od nastolatka.

Na końcu książeczki znajduje się słowniczek, w którym zebrane są wyrażenia nie znane współczesnym dzieciakom. Bo które z nich wie kim był "smutny pan w okularach", co to takiego "Tygrysy" czy kręconka (w moich stronach nie wiedzieć czemu nazywana szczurem) oraz jaki zachodzi związek pomiędzy kasetą magnetofonową a ołówkiem? Te i wiele jeszcze innych ciekawostek ze schyłkowego PRL-u znajdzie czytelnik w tym właśnie słowniczku.

Podobnie jak w przypadku pierwszej książeczki o Longinie uważam, że chociaż skierowana jest ona do dzieciaków, to najwięcej przyjemności z jej lektury będziemy mieć my - dorośli, których dzieciństwo przypadało na lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte ubiegłego wieku.

środa, 29 lipca 2015

Miziołki są dobre na wszystko :)

Starsi Panowie śpiewali kiedyś, że (bardzo słusznie zresztą) "Piosenka jest dobra na wszystko..." A ja chciałabym zaproponować inną wersję tego przeboju, skierowaną przede wszystkim do młodych czytelników, a mianowicie "Miziołki są dobre na wszystko".

Z rodziną Miziołków spotkałam się już jakiś czas temu, za sprawą słuchanego przez Piotrka audiobooka w genialnej interpretacji Artura Barcisia. Pomimo, że książki "słuchane" to całkiem nie moja bajka, bo zaraz się wyłączam, to jednak spore fragmenty utkwiły mi w pamięci. A ostatnio, razem z Piotrem zapoznaliśmy się z wersją papierową tej historii.
Autorką "Dynastii Miziołków" jest pani Joanna Olech, pisarka i ilustratorka, która nie ukrywa, że zdarzenia opisane w książce są wzięte z życia, a tytułowa rodzina to literacki portret jej najbliższych.

Miziołków jest pięcioro - Papiszon (jest informatykiem), Mamiszon (zajmuje się domem), Miziołek (chłopak lat 12, uczeń VI klasy), Kaszydło (młodsza siostra, lat 4,5) oraz Mały Potwór (dziewczynka, wiek półtora roku). Mieszkają w bloku na jednym z warszawskich osiedli, prowadzą raczej zwyczajne życie wzbogacane od czasu do czasu jakąś większą lub mniejszą katastrofą. Książka ma formę pamiętnika Miziołka, który z dystansem i ogromnym poczuciem humoru wprowadza czytelnika w swoje domowe i szkolne sprawy. A że jest chłopcem wesołym, otwartym i inteligentnym (a przy okazji ma zmysł obserwacyjny) świetnie wychwytuje rozmaite śmieszne sytuacje. Miziołek również komentuje i ocenia postępowanie swoje i innych, i chwilami wydawać by się mogło, że to on jest najrozsądniejszy z całej rodziny (no może z wyjątkiem Papiszona, ale ten się woli nie wychylać...) - nic dziwnego biorąc pod uwagę wiek siostrzyczek, ale Mamiszon, znaczy się mama?
No właśnie, mama zwana Mamiszonem to osoba pełna niesamowitych pomysłów i wręcz wulkan energii. Nie potrafi gotować ani piec ciasteczek, ciągle wypróbowuje jakieś diety (do których zmusza również resztę rodziny), jest bardzo towarzyska i ma coraz to nowe hobby...

Pomimo, ze Miziołek niejednokrotnie narzeka na siostry czy na rodziców to jedno jest pewne - to świetna, kochająca się rodzina. Dzieci są silnie związane nie tylko z rodzicami, ale również z dziadkami, kiedy chłopiec ma jakiś problem zawsze znajdzie wsparcie w tacie, a mama całkiem nieźle radzi sobie w bojach z nauczycielami i nawet potrafi bez drgnienia powieki kłamać (chociaż zasadniczo nie popiera mijania się z prawdą), kiedy uważa, że jej dziecku dzieje się krzywda, np. kiedy pani w przedszkolu zmusza Kaszydło do jedzenia pasty rybnej twierdzi, że córka ma silną alergię na ryby.

"Dynastia Miziołków" to książka o zwykłym chłopcu - o jego planach, marzeniach, o domu, szkole, pierwszej miłości, o smutkach i radościach. Pomimo, że od jej pierwszego wydania minęło już ponad 20 lat nadal jest aktualna, a współcześni dwunasto-trzynastolatkowie mogą się identyfikować z głównym bohaterem i jego problemami.
I myślę, ze dobrze się stało, że książka Joanny Olech weszła do kanonu lektur dla szkoły podstawowej - bo to jedna z tych pozycji, które czyta się z przyjemnością. I być może, jeżeli ktoś polubi tę konkretną książkę, to również polubi czytanie w ogóle?

niedziela, 28 czerwca 2015

Wakacyjne podróże w czasie i przestrzeni

Wakacje, znowu są wakacje :D



Co prawda jeszcze mam co nieco papierologii do odrobienia, ale już widać światełko w tunelu. Tradycyjnie wakacje spędzam w domu, więc pewnie częściej będę coś pisać, bo książek całkiem pokaźny stosik czeka na te wolne dni. Ciekawe, jaką aurę zafunduje nam tegoroczne lato - u nas wczoraj i dzisiaj padało... A jeśli na dworze plucha to można poczytać :)
Dzisiejsze rekomendacje co prawda dotyczą książek dla młodszej młodzieży, ale i dorosły może po te książki sięgnąć.

O cyklu "Kroniki Archeo" Agnieszki Stelmaszyk zdarzyło mi się już pisać kilkakrotnie (TU, TU i TU). Niedawno w moje ręce trafił kolejny tom przygód Ostrowskich i Gardnerów pt. "Szyfr Jazona".
W Ratyzbonie, podczas prac budowlanych zostaje odnaleziony grobowiec tajemniczej księżniczki. Znaleziskiem, oprócz archeologów, interesuje się kilka osób - szczególne emocje wzbudza zwierciadło z wygrawerowanymi symbolami. Wszystko wskazuje, że na lusterku jest zaszyfrowana jakaś ważna informacja...
Tym razem obydwie rodziny, panna Ofelia oraz "kasztelan" Ryszard Ostrowski przyjeżdżają do Paryża. Już na samym początku ktoś podmienia walizkę panny Ofelii, właściciel domu w którym rodziny wynajęły pokoje jest bardzo tajemniczy, a i sam dom okazuje się mieć swoje tajemne skrytki...
Gardnerowie i Ostrowscy (i ich dzieci również) zostają wplatani w niebezpieczną rywalizację pomiędzy grupami starającymi się odczytać symbole ze zwierciadła i odnaleźć mityczny skarb - złote runo z opowieści o Jazonie i wyprawie argonautów. Trop wiedzie z Paryża do Normandii, a następnie na Lazurowe Wybrzeże...

Tak jak poprzednie tomy książka charakteryzuje się wartką akcją, przygody są niebezpieczne (niektóre nawet bardzo), ale dzieciaki mają ogromne szczęście i z każdej opresji wychodzą cało. Dorosłemu mogą zgrzytać pewne nieścisłości, ale dzieciakom to nie przeszkadza.
Lektura w sam raz na deszczowy wakacyjny dzień :)

Więcej informacji  o tym co się działo z bohaterami książki można znaleźć na blogu Jima i Martina Gardnerów - http://www.tropiciele.tajemnic.pl/


Druga książka, którą chciałabym polecić również stanowi kontynuację powieści, którą czytałam kilkanaście miesięcy temu. Otóż "Starcie potworów" to drugi tom przygód rodzeństwa Walkerów, z którymi po raz pierwszy spotkałam się przy okazji "Domu Tajemnic".

Sytuacja finansowa rodziny znacznie się poprawiła, wiec młodzi Walkerowie mogą uczęszczać do najlepszej (a przy okazji najbardziej snobistycznej) szkoły w mieście. Niestety same pieniądze to nie wszystko - Eleanor i Brendan nie radzą sobie w nowym środowisku. Kordelii udaje się co prawda zasymilować w nowej szkole, ale i ona ma zmartwienia - młody lotnik, którego poznała w czasie przygód opisanych w "Domu Tajemnic" zniknął...
Jakby tego wszystkiego było mało okazuje się, że Wichrowa Wiedźma nadal żyje a jej ojciec, Król Burz, zrobi wszystko aby odnaleźć córkę oraz "Księgę życzeń i zagłady". Rodzeństwo po raz kolejny będzie musiało stawić czoła niebezpieczeństwom, które kryją się w książkach Denvera Kristoffa. Los rzuci ich w sam środek rzymskiego amfiteatru, znajdą się w samym centrum walk z nazistami, wreszcie trafią do tybetańskiego klasztoru...

Spora dawka adrenaliny, trochę magii i fantastyki (miejscami naukowej), nieco dobrego humoru - to sprawdzona recepta na sukces. Zadziałało przy poprzednim tomie, zadziałało i teraz, tylko... Mam wrażenie, że w kilku miejscach autorzy zabrnęli za daleko w  wymyślaniu fantastycznych perypetii i nie bardzo wiedzieli jak wybrnąć z opresji. Tak, że niektóre rozwiązania mocno naciągane są. Ale ogólnie może być - 12-15 latkom powinno się podobać.

wtorek, 9 czerwca 2015

Pieskie życie

Sznaucer to rasa psa, która oficjalnie powstała w 1910 roku, do Polski trafiła na krótko przed II wojną światową, ale dopiero w latach sześćdziesiątych powstały u nas jej pierwsze hodowle. Sznaucery, ze względu na gabaryty, dzielą się na miniaturowe, średnie i olbrzymy, natomiast jeśli chodzi o umaszczenie to występują w dwóch kolorach - czarny i tzw. "pieprz z solą" (zdecydowanie rzadszy).

Jedna z hodowli sznaucerów znajduje się w Łodzi - to tam przyszły na świat Fela i Mela, dwie sznaucerki olbrzymie z typu "pieprz z solą". Wydawało się, że ich losy są z góry ustalone - kilkanaście tygodni razem z mamą, a następnie psiaki miały znaleźć nowy dom, gdzie doceniono by ich wyjątkowość i otoczono staranną opieką. Niestety, szybko okazało się, że los szykuje dla Feli całkiem inny scenariusz - suczka zostaje skradziona...

Waldemar Wolański jest dramaturgiem, aktorem i reżyserem, dyrektorem artystycznym łódzkiego teatru lalek "Arlekin". Jest również autorem kilku książek dla dzieci, z których najnowsza, wydana w tym roku nakładem Wydawnictwa Literatura nosi tytuł "Szara Mysza", a jej bohaterką jest właśnie Fela. 

Sznaucerka nie ma jakoś szczęścia do ludzi i wędruje z rąk do rąk - kilku właścicieli, dwukrotny pobyt w schronisku, samotność i zagubienie. Wreszcie los się do niej uśmiechnął i trafiła do kogoś, kto stworzył jej prawdziwy kochający dom...

Historia opisana przez Waldemara Wolańskiego zdarzyła się naprawdę. Feli (która kilkakrotnie zmieniała imię, aż wreszcie została Myszą) udało się znaleźć swoje miejsce do życia. Ale ile jest takich psów, które nie maja tyle szczęścia? Ile razy się zdarza, że ktoś bez wyobraźni funduje sobie dużego psa do maleńkiego mieszkania? Że robimy "żywy" prezent, który początkowo cieszy a później staje się źródłem kłopotów i jakże często kończy w schronisku lub co gorsza na poboczu drogi?

Bardzo ważne jest aby na te sprawy uwrażliwiać najmłodszych, dlatego uważam, że "Szara Mysza" powinna być obowiązkową lekturą dla wszystkich rodziców i dzieci planujących zakup czworonożnego domownika.