Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura angielska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura angielska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 marca 2019

Powrót do sprawdzonych bohaterów

O ile nie mam jakoś nabożeństwa do telewizyjnych seriali, o tyle bardzo lubię książkowe serie - zarówno te kilku jak i kilkunastotomowe. Jedną z ulubionych jest seria książek sensacyjnych opowiadających o przygodach Dirka Pitta, której autorem jest Clive Cussler. Większość tomów mam w swojej biblioteczce, a te, których mi brakuje sukcesywnie sobie dokupuję. Jednym z ostatnich nabytków są "Zabójcze wibracje", które powstały co prawda ponad 20 lat temu, ale w dalszym ciągu nie straciły na aktualności.

Dirk Pitt wraz ze swoimi współpracownikami z NUMA (Narodowa Agencja Badań Podwodnych i Morskich) bada anomalie na Morzu Tasmana, gdzie w niewyjaśnionych okolicznościach dochodzi do masowej zagłady zwierząt morskich. Trafia na Wyspę Seymoura, gdzie w jaskini odnajduje grupę pasażerów wycieczkowego statku. Jak się okazuje cudem ocalałą z katastrofy - pozostali pasażerowie "Polar Queen" i cała załoga zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach. Jedną z ocalałych osób jest Maeve Fletcher, przewodniczka wycieczki, która niemal od razu wpada Dirkowi w oko.
Badania ciał pasażerów "Polar Queen" oraz fok i pingwinów nie pozwalają ustalić powodu śmierci - wydaje się, że nastąpiła ona z powodu zbyt dużego hałasu. Tę mało prawdopodobną teorię potwierdzają jednak kolejne śmiertelne wypadki. Pitt zaczyna poszukiwania źródeł zabójczego hałasu - głównym podejrzanym staje się multimilioner Arthur Dorsett, tajemniczy potentat rynku handlu diamentami, prywatnie ojciec pięknej Maeve...

"Zabójcze wibracje" to trzynasty, bynajmniej nie pechowy, tom serii. Dirk to już nie młodzieniaszek, chociaż wciąż jest w formie i niejeden raz ucieka śmierci sprzed nosa, chociaż najczęściej dosyć mocno poobijany. Również jego najbliższy przyjaciel Al Giordino, chociaż wydaje się niezniszczalny, zaczyna odczuwać upływ czasu. Co nie zmienia faktu, że obydwaj nie wahają się podjąć walki w obronie świata przed katastrofą. 
Jeśli chodzi o powieści Cusslera to najczęściej chodzi o katastrofy ekologiczne - tak jest i w tym wypadku, bowiem generowane przez zakłady Dorsetta wibracje niszczą wszelkie formy życia w swoim zasięgu. Ale to nie wszystko - Arthur Dorsett ma jeszcze inny plan - plan, który zachwieje światową gospodarką...

Na koniec taka ciekawostka - Dirk Pitt, podobnie jak James Bond spotyka na swojej drodze wiele pięknych kobiet. Jest wobec nich szarmancki, uprzejmy i opiekuńczy, jednak żadna z nich nie może raczej liczyć na jakieś większe zaangażowanie z jego strony. Maeve Fletcher to jedna z niewielu (konkretnie trzech) kobiet, z którymi Dirk chciał się związać na stałe.

****************************************************

W ubiegłym miesiącu rozpoczęłam przygodę z "Trylogią arturiańską", której autorem jest Bernard Cornwell - wtedy przeczytałam część pierwszą pt. "Zimowy monarcha" a teraz przyszedł czas na jej kontynuację czyli tom pt. "Nieprzyjaciel Boga". Po raz kolejny historię opowiada Derfel - kiedyś jeden z najbliższych Arturowi wojowników, teraz mnich.

Arturowi udaje się zwyciężyć najeżdżających ziemie Brytów Saksonów i zawrzeć w miarę trwały pokój. To spełnienie jego największych pragnień, więc wydaje mu się, że wszyscy powinni być szczęśliwi tak jak on. Niestety, to tylko pobożne życzenie.
Merlin a wraz z nim Derfel wyrusza do Irlandii w poszukiwaniu legendarnego artefaktu - kotła, który według legendy przekazali ludziom bogowie. Ginewra rozczarowana brakiem ambicji Artura szuka spełnienia w religijnych misteriach ku czci bogini Izydy, a rozgoryczony Lancelot szuka sposobu aby się wzbogacić i zdobyć władzę.
Pragnienia osób najbliższych Arturowi nijak się mają do jego wizji szczęścia i wiadomo, że w którymś momencie musi dojść do wybuchu. Nie bez znaczenia jest też fakt, że Artur sam stworzył sobie największego przeciwnika - chrześcijanie go nie tolerują, bo jest poganinem. Co może się wydać dziwne to fakt, że jest on ogólnie niezbyt religijny, a wszystkich traktuje z jednakową tolerancją i szacunkiem. I to, paradoksalnie, przysparza mu jeszcze więcej wrogów.
W tym tomie autor przedstawia swoją wizję kilku najważniejszych legend arturiańskich - tej o Tristanie i Izoldzie, o poszukiwaniu Świętego Grala, o Okrągłym Stole i jego rycerzach czy wreszcie o zdradzie Ginewry i Lancelota. Pojawia się Persifal i Bors a Galahad, najbliższy przyjaciel Derfla jest przyrodnim bratem Lancelota. Pojawiają się również najbardziej związane z Arturem i Merlinem miejsca - Camelot i Avalon.

Po raz kolejny autor zostawia czytelnika w miejscu przełomowym - katastrofa następuje, Artur musi spojrzeć prawdzie w oczy i porzucić swój idealizm, Merlin jest coraz starszy i słabszy, Ginewra przegrywa wszystkie swoje plany i marzenia. Jedynym w miarę spokojnym i spełnionym człowiekiem jest Derfel, chociaż i jego los nie oszczędzał. Tylko ciekawe na jak długo?
Cóż, o tym dowiem się dopiero po lekturze ostatniego tomu tej trylogii.


środa, 27 lutego 2019

Prawdziwa historia Artura

Legenda o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu to jedna z najważniejszych historii europejskiego średniowiecza. Opowieści o dzielnych rycerzach, pięknych damach, czarach i potworach rozpalały wyobraźnię bardów i poetów układających wciąż nowe pieśni o mieszkańcach Camelotu, a w sercach ich słuchaczy budziły chęć dorównania Arturowi, Lancelotowi czy Galahadowi. Przez wieki powstało wiele wersji arturiańskich opowieści a temat, wydawałoby się, że już całkiem wyeksploatowany, wciąż jest chętnie wykorzystywany na różne sposoby.

Bernard Cornwell to Anglik na stałe mieszkający w USA. W swoim dorobku ma kilkadziesiąt powieści historycznych i thrillerów w tym "Trylogię Arturiańską" w której przedstawił swoją wizję historii Artura, Ginewry, Lancelota i Merlina. Pierwszy tom trylogii to "Zimowy monarcha"

Narratorem historii jest Derfel, saksoński sierota wychowany w domu Merlina.
Swoją opowieść Derfel rozpoczyna w przełomowym momencie dziejów Brytanii - umiera Uther Pendragon, król, który podporządkował sobie władców sąsiednich krajów. Jego następcą jest wnuk, zaledwie kilkumiesięczny Mordred. Artur, nieślubny syn Uthera, przebywa w Armoryce (dzisiejsza Bretania), ojciec się go wyrzekł i zabronił mu wracać do kraju.
Po śmierci Uthera okazuje się, że sieć sojuszów była nietrwała, kraj pogrąża się w bratobójczej walce i jedynym, który może tu coś zaradzić jest Artur. Po jego powrocie udaje się zapewnić pokój, jednak jedna nieprzemyślana i podjęta pod wpływem emocji decyzja niszczy tak z trudem osiągnięte porozumienie. Dla Brytanii rozpoczynają się ciężkie czasy...

Opowieść o Arturze pióra Bernarda Cornwella różni się zasadniczo od innych znanych mi wersji tej legendy. Po pierwsze sam główny bohater - nie jest królem tylko wodzem, człowiekiem stojącym na jednym z niższych stopni drabiny społecznej, Ginewra to ambitna córka króla pozbawionego królestwa, dla której małżeństwo ze słynnym wodzem jest krokiem do wymarzonego awansu społecznego, Lancelot to zadufany w sobie egocentryk, marny strateg i karierowicz przypisujący sobie zasługi innych. Merlin, nieobecny przez większą część utworu, to ekscentryk i dziwak, chociaż inteligencji nie można mu odmówić.
Niestety, nie ma w tej opowieści miejsca na czary, smoki i tym podobne atrybuty klasycznych wersji legendy - "Zimowy monarcha" to powieść historyczna a nie fantastyka. Co prawda źródła historyczne do tamtego okresu dziejów Brytanii są mniej niż skromne, ale autor opierając się na tych istniejących stworzył pełen realizmu obraz walk plemiennych, saksońskiej inwazji i  powolnego przechodzenia z pogaństwa na chrześcijaństwo. Bohaterowie stracili swój baśniowy czar ale zyskali ludzkie rysy, charaktery i słabości, przez co są bardziej interesujący, a ich losy wciągają czytelnika.

"Zimowy monarcha" to idealna powieść dla wielbicieli historii średniowiecza, rycerskich klimatów, przygód i tajemnic. A jeśli już przeczytacie ten tom to zaręczam , że większość z was będzie chciała sięgnąć po następne.

piątek, 9 marca 2018

Przeczytane w czasie ferii - część II

Od ferii minęło już prawie dwa tygodnie, za oknem zaczynają się pojawiać pierwsze nieśmiałe przebłyski wiosny a ja jeszcze nie odrobiłam zimowych zaległości recenzyjnych.
Dzisiaj pora na literaturę tzw. sensacyjną. I kolejne trzy książki przeczytane w czasie ferii.

"Złote wrota" Alistaira MacLeana to opowieść o dwóch dniach z życia prezydenta Stanów Zjednoczonych i jego, pochodzących z Półwyspu Arabskiego, gości.
W San Francisco trwa spotkanie w sprawie budowy nowej rafinerii. Spotkanie jest na najwyższym szczeblu bo uczestniczy w nim jeden prezydent, jeden król, jeden książę, jeden burmistrz, jeden szef sztabu generalnego i jeszcze kilku pomniejszych gości.
O poranku dostojni goście wybierają się na wizję lokalną terenu pod rafinerię, a wraz z nimi całkiem spora grupa dziennikarzy. Trasa przejazdu prowadzi poprzez most Golden Gate i właśnie na środku mostu czeka na wszystkich nieprzyjemna niespodzianka. Otóż niejaki Branson wybiera to miejsce i czas aby urządzić porwanie dla okupu. Na szczęście pomiędzy bracią dziennikarską znajduje się tajny agent Revson...
I już w zasadzie wiadomo co dalej będzie, ale czyta się tę książkę całkiem fajnie. Bohaterowie jak zawsze u MacLeana są inteligentni i pomysłowi. Akcja toczy się szybko, szala zwycięstwa przechyla się to na jedną to na drugą stronę, więc lektura trzyma czytelnika w napięciu właściwie do samego końca. 

To kolejna książka tego autora, którą mogę polecić z czystym sumieniem.

************************************************************

Trylogia "Dary anioła" Cassandry Clare powstała równo dziesięć lat temu, ale dopiero teraz trafiła w moje ręce. Trochę przez przypadek, bo jednak nie jestem docelowym odbiorcą tych książek, ale jak już znalazła sie w domu to po nią sięgnęłam. Na razie po tom pierwszy, ale nie będę się zbytnio opierać przed lekturą kolejnych tomów.
Clary Fray jest przeciętną nowojorską nastolatką. Mieszka z mamą, jej tato zmarł kiedy była malutkim dzieckiem, ma przyjaciela Simona i właśnie przeżywa okres młodzieńczego buntu. Jedna noc postawi na głowie jej cały świat...
Clary dowiaduje się, że wcale nie jest taka zwyczajna jak sądzi. Pochodzi bowiem z rasy Nocnych Łowców, klanu, którzy od lat toczą walkę z krwiożerczymi demonami. Jace, Alec i Isabelle to trójka młodych ludzi, których Clary spotyka w dyskotece o wdzięcznej nazwie "Pandemonium". Co ciekawe, nikt oprócz Clary ich nie widzi. Co więcej, kiedy dziewczyna wraca do domu nie zastaje w nim matki a ją samą napada jakieś potworne monstrum.
Clare trafia do Instytutu, gdzie poznaje prawdę o swoim pochodzeniu a także zostaje wciągnięta w niebezpieczną akcję poszukiwania legendarnego Kielicha Anioła od którego zależy pokój lub wojna pomiędzy demonami a nocnymi Łowcami. Pojawia się bowiem ktoś o kim wszyscy sądzili, że już dawno nie żyje...

Książka to typowe młodzieżowe fantasty. Bohaterka odkrywa, że posiada niezwykłe moce i musi z nich skorzystać aby uratować swoich bliskich. Pojawia się też motyw młodzieńczego uczucia, które nie do końca może być spełnione. Jeśli chodzi o istoty nadprzyrodzone mamy tu całkiem sporą różnorodność - od wampirów i wilkołaków poprzez elfy i ifryty na bezkształtnych i bezcielesnych demonach kończąc.
Niby wszystko to już było, ale w wersji Cassandry Clare zyskują te znane motywy nową jakość i świeżość. I fajnie się to czyta.

***********************************************************

W najbliższych dniach pojawi się nowy, siódmy już tom przygód mecenas Joanny Chyłki autorstwa Remigiusza Mroza, a ja własnie przeczytałam tom piąty - zrobił mi się mały poślizg, który muszę nadrobić.
Głównym motywem "Inwigilacji" jest historia zaginionego w Egipcie chłopaka, który odnajduje się po kilku latach w Warszawie. Rodzice rozpoznają w nim swojego syna, jednak on uparcie twierdzi, że ich nie zna. Młody człowiek przeszedł na islam i kiedy pojawiły się zarzuty, że przygotowuje zamach terrorystyczny znalazł się na celowniku służb specjalnych. W tej sytuacji zwraca się o pomoc do mecenas Chyłki.
Pani adwokat nie jest zachwycona swoim nowym klientem (jej poglądy na temat "obcych" są bardzo wyraziste i bardzo nieprzychylne), co więcej uważa, że nie mówi wszystkiego i faktycznie może być terrorystą...

Podobnie jak w poprzednich tomach autor nawiązuje do spraw o których można usłyszeć w wiadomościach czy przeczytać w serwisach internetowych. Zamachy bombowe, które miały miejsce w wielu miastach Europy, a także problemy z rzeszą imigrantów zalewających Europę sprawiają, że większość z nas tak a nie inaczej postrzega ludzi o nieco innym kolorze skóry. Chyłka podejmując się obrony człowieka oskarżonego o udział w organizacji zamachu terrorystycznego stąpa po bardzo kruchym lodzie i nie ma co liczyć na sympatię opinii publicznej. 
A i w jej życiu prywatnym dzieje się bardzo wiele, wracają sprawy z przeszłości, przyszłość nie napawa optymizmem, a pani adwokat musi się przygotować do całkiem nowej roli...

Bardzo lubię Joannę Chyłkę i towarzyszącego jej Zordona, mam na półce również wszystkie wydane do tej pory tomy o prowadzonych przez nich sprawach. Nie wiem jakie jest "Oskarżenie", ale uważam, że "Inwigilacja" jest obok "Kasacji" najlepszym tomem cyklu.

środa, 31 stycznia 2018

Dawno, dawno temu w odległym Sródziemiu

Dziecię czyta właśnie w ramach lektury szkolnej "Hobbita" więc ja dla towarzystwa sięgnęłam po dawno już planowaną inną książkę Tolkiena, a mianowicie po "Dzieci Hurina".

Historię tę Tolkien pisał przez większość swojego życia i, niestety, nie udało mu się jej ukończyć - uczynił to dopiero jego syn Christopher. Pierwsze wydanie ukazało się w roku 2007, czyli ponad 30 lat po śmierci autora.
Akcja powieści umiejscowiona jest około 6500 lat przed wydarzeniami opisanymi we "Władcy Pierścieni" w Beleriandzie, rozległych ziemiach za Szarymi Przystaniami. To czas kiedy na północy powiększa się potęga pierwszego Czarnego Władcy Morgotha.

Hurin Thalion był jednym z najsławniejszych ludzkich wojowników Pierwszej Ery i jednym z nielicznych ludzi, którym dane było gościć w Gondolinie., ukrytym królestwie elfów. Walczył z siłami Morgotha, a kiedy został przez niego schwytany Czarny Władca rzucił okrutną klątwę na jego ród a samego Hurina uwięził na zboczu góry. Dziećmi Hurina byli Turin i Niënor i to ich  tragiczne losy opisuje ta książka.

Turin jako młody chłopiec musi opuścić dom rodzinny i ukryć się pod opieką elfów w królestwie Doriathu. Zdobywa tam umiejętności bojowe, jest traktowany niemal jak syn i stara się jak najlepiej odwdzięczać swoim opiekunom. Niestety nie trwa to długo. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności dochodzi do konfliktu pomiędzy Turinem i królem Thingolem i młodzieniec opuszcza Doriath. Dalsze jego losy to pasmo klęsk i niepowodzeń, naznaczone krwią przyjaciół i innych osób, które miały nieszczęście stanąć na jego drodze. Turin ma świadomość ciążącej na nim klątwy i stara się ją przechytrzyć zatajając swoje prawdziwe imię, jednak, jak słusznie zauważa jeden z bohaterów książki, przeznaczenie związane jest z człowiekiem a nie jego mianem. Zarówno Thurin jak i jego siostra mają się o tym bardzo boleśnie przekonać...

Thurin to człowiek niezwykle dumny, zapalczywy i porywczy. I te cechy, może nawet bardziej niż klątwa Morgotha, pieczętują jego los. Przy lekturze miałam nieodparte wrażenie, że Tolkien mocno inspirował się tu tragedią antyczną, chociażby historią rodu Edypa - wszechwładne fatum, niemożność zmiany swojego losu, tragiczne pomyłki i tajemnice wyznaczające bohaterom drogę do samozagłady.
Wrażenie potęguje język powieści - podniosły, wręcz patetyczny wprowadza czytelnika w grozę Mrocznych Dni a cała historia nabiera cech legendy.

Warto przeczytać, pomimo że nie jest to najweselsza lektura.

niedziela, 28 stycznia 2018

Obejrzane - przeczytane: Alistair MacLean razy trzy

Nie przepadam za kinem wojennym, aczkolwiek wśród moich ulubionych filmów jest kilka, których akcja osadzona jest w czasach drugiej wojny światowej. Są to głównie historie przygodowo-wojenne, a najukochańszą z nich jest "Parszywa dwunastka" z Lee Marvinem i Charlesem Bronsonem w rolach głównych.

Alistair MacLean to szkocki pisarz, autor powieści sensacyjnych, wojennych i kryminalnych z których wiele zostało przeniesione na kinowe ekrany. Oglądałam trzy takie ekranizacje, a mianowicie "Działa Nawarony", "Komandosi z Nawarony" i "Tylko dla orłów". Nie zdarzyło mi się jednak do tej pory przeczytać ani jednej książki tego autora więc postanowiłam to nadrobić. I to od razu hurtem.



Glównymi bohaterami "Dział Nawarony" i "Komandosów z Nawarony" jest dwóch przyjaciół - nowozelandczyk Keith Mallory, światowej sławy alpinista i grecki partyzant Andrea Stavros oraz kapral Dusty Miller, specjalista od materiałów wybuchowych, natomiast w "Tylko dla orłów" pierwsze skrzypce grają brytyjski oficer wywiadu major John Smith oraz amerykański ranger  porucznik Morris Schaffer.

"Działa Nawarony"
Wszystkie trzy książki opierają się na tym samym wzorcu. Oto jest misja do wykonania - typowa "mission impossible" - zniszczenie ogromnych dział, wysadzenie potężnej tamy, wdarcie się do umiejscowionej na niedostępnym szczycie niemieckiej bazy, a każda z tych lokalizacji jest pilnie strzeżona przez świetnie wyszkolone niemieckie oddziały. Na wykonanie zadania bohaterowie mają zaledwie kilkadziesiąt godzin, przeważnie nocnych, a pogoda ich nie rozpieszcza...
Dowództwo opracowuje szczegółowy plan A, który oczywiście, mówiąc potocznie, bierze w łeb, więc trzeba wprowadzić w życie plan B, plan C albo najzwyczajniej pod słońcem zacząć improwizować.
Akcja, jak to w tego typu powieściach bywa, pędzi na łeb, na szyję a każdy szczegół jest ważny. Bohaterowie są zróżnicowani, w większości obdarzeni poczuciem humoru, miewają gorsze momenty, ale stają na wysokości zadania. Dają się lubić, co sprawia, że czytając książki kibicujemy ich działaniom, cieszymy się z sukcesów i przeżywamy niepowodzenia.

"Komandosi z Nawarony"
Często się zdarza, że autorzy takich wojennych historii ukazują tych "dobrych" (to znaczy Anglików, Amerykanów czy innych aliantów) jako ludzi obdarzonych niezwykłą inteligencją natomiast ich przeciwników jako bezradnych półgłówków - swoją drogą, gdyby to była prawda, to II wojna trwałaby tydzień a nie prawie sześć lat... Na szczęście MacLean nie poszedł tą drogą i przeciwnicy naszych bohaterów to ludzie zdeterminowani i inteligentni, a na ostateczne zwycięstwo trzeba ciężko zapracować.

A teraz słów kilka na temat przełożenia książek na język filmu. Te powieści to niemal gotowy materiał filmowy (co nie dziwi - MacLean oprócz powieści pisał również scenariusze) więc nic dziwnego, że różnic nie ma wiele, aczkolwiek kilka jest. Szczególnie jest to widoczne przy "Działach" i "Komandosach". Otóż zakończenie "Dział" powieściowych jest nieco inne niż filmowych. I nic by się nie działo, gdyby nie to, że napisani kilka lat później "Komandosi", których akcja rozpoczyna się właściwie w chwili zakończenia "Dział", nawiązują do końcówki filmu a nie książki. I jeśli ktoś filmu nie widział może nie rozumieć o co chodzi.

"Tylko dla orłów"
I na koniec jeszcze kilka uwag na temat obsady - zdecydowanie najwięcej szczęścia miały "Działa Nawarony" - Gregory Peck jako Mallory, Anthony Quinn jako Andrea oraz David Niven jako Miller to obsadowy strzał w dziesiątkę. W "Komandosach" Pecka zastąpił Robert Shaw, Dusty'ego Millera gra Edward Fox, postać Andrei została całkiem pominięta a niejako na jego miejsce pojawia się podpułkownik Mike Barnsby grany przez Harrisona Forda   - jest całkiem nieźle ale euforii nie ma.
Najmniej entuzjazmu wzbudzają we mnie odtwórcy głównych ról w "Tylko dla orłów" - Richard Burton jako Smith i Clint Eastwood jako Schaffer.
Burton wygląda (i zachowuje się) jakby robił łaskę, że tu w ogóle jest, bolały go wszystkie zęby i miał mega kaca. Żeby było jasne - powieściowy Smith był człowiekiem poważnym ale sympatycznym natomiast filmowy sympatii zupełnie nie budzi. Clint Eastwood powiela swoje najbardziej znane filmowe oblicze - milczący twardziel obserwujący wszystko i wszystkich z nieodgadnioną miną. Tymczasem ten z książki to typ jowialnego, prostodusznego chłopaka z farmy czyli ktoś zupełnie inny niż Clint (który jest bardzo dobrym aktorem, ale tu pasuje jak pięść do nosa).

Niemniej wszystkie książki warto przeczytać a filmy obejrzeć. W jakiejkolwiek kolejności ;)

środa, 3 stycznia 2018

W świecie sztuki

Od lat gnębi mnie pewna sprawa a mianowicie podejście szkoły do nauczania przedmiotów oficjalnie nazywanych artystycznymi, a zwyczajowo określanych "michałkami". Uznawane za mniej ważne, bo przecież egzaminu na koniec szkoły z nich nie ma, często przydzielane komuś, kto nie do końca je czuje, ale przecież trzeba czymś dopełnić etat, a specjalista do małej szkółki na 1-2 godziny raczej nie będzie dojeżdżał, bo mu się to najzwyczajniej na świecie nie kalkuluje. Tymczasem obcowanie z kulturą i tworzenie własnych "dzieł sztuki" jest niezwykle ważne w prawidłowym rozwoju dziecka. Dlatego, kochani rodzice, jeżeli szkoła nie zapewnia takiego kontaktu waszym dzieciom musicie zadbać o to sami.
Oto książka która wam z pewnością pomoże.

"Gwiaździsta noc Vincenta i inne opowieści" Michaela Birda to niezwykłe kompendium wiedzy o sztuce i jej najważniejszych twórcach. Na ponad 300 stronach autor prowadzi czytelnika poprzez 40 tysięcy lat historii ludzkiej twórczości. Od rysunków naskalnych poprzez gotyckie katedry, renesansowe i barokowe malowidła, rewolucyjne dzieła impresjonistów aż po szeroki wachlarz stylów powstałych w XX i XXI wieku poznajemy najsłynniejsze dzieła i artystów, którzy je stworzyli.
Autor swoją książkę kieruje do najmłodszego czytelnika i stara się zadziałać na jego wyobraźnię. Nie znajdziemy więc tutaj specjalistycznych określeń, czy rozbierania dzieła na czynniki pierwsze - nic z tych rzeczy. Są natomiast nastrojowe opowieści przedstawiające artystów przy pracy, ukazujące ich jako zwyczajnych ludzi - czasem wesołych, czasem smutnych, ale zawsze z pasją oddających się swojej twórczości. Opowieści są krótkie, zaledwie trzy strony tekstu oraz ilustracja - reprodukcja obrazu bądź fotografia rzeźby, instalacji czy budynku, czyli dzieła o powstaniu którego opowiada dana historia.
Świetnym dopełnieniem tekstu są również urokliwe ilustracje, które wyszły spod ręki Kate Evans. Obrazki (moim zdaniem akwarelki) przedstawiają artystów przy pracy, pejzaże, ludzi, zwierzęta i przedmioty, które stanowiły inspirację dla twórców.

Książka jest przepięknie wydana - na grubym papierze, w twardej okładce, niezwykle barwna i przyciągająca oko. Może stanowić wspaniały prezent dla każdego młodego miłośnika sztuki. Ważne jest to, że nie trzeba jej czytać po kolei - dziecko może wybrać dowolny tekst i poznawać dzieje kultury materialne w dowolny sposób. Może również próbować swoich sił tworząc obrazy mniej lub bardziej zainspirowane poznaną tematyką.
Jeśli chodzi o grupę wiekową do której skierowana jest ta pozycja, to sądzę że spokojnie można ją polecić już dziesięcio- jedenastolatkowi, chociaż nie wykluczam, że młodsze dziecko również się nią zainteresuje. Górnej granicy nie określam, bo nawet osoby dorosłe mogą tu znaleźć coś ciekawego dla siebie.

A na koniec taka historia.
Zdarzyło się to lat już wiele temu, kiedy zaczynałam moją szkolną karierę. Zostałam zaproszona przez jedną z moich koleżanek na jakąś towarzyską nasiadówkę. Jako że wszyscy obecni byli w mniejszym lub większym stopniu związani ze szkołą (bądź poprzez pracę, bądź też poprzez progeniturę) to rozmowa szybko zahaczyła o tę tematykę. I oto jedna z obecnych mam zaczęła wyrzekać na pomyloną siksę, która uczy dzieci plastyki i wymyśla niestworzone rzeczy - m.in. wymaga aby praca była robiona wyłącznie w szkole a także każe dzieciom malować muzykę (tzn. puszcza jakiś utwór klasyczny i każe malować to co się komu z danym fragmentem skojarzy). Konsternacja gospodyni wieczoru była ogromna, bowiem ona (i kilka innych osób również) doskonale zdawała sobie sprawę, że ta krytykowana siła pedagogiczna siedzi przy stole. Bo to ja byłam...
Co najważniejsze dzieciaki świetnie się na tych moich lekcjach bawiły - o wiele bardziej lubiły malować kolorowe maziaje w rytm "Tańca ognia" (Manuel de Falla) niż nieśmiertelny "Widok z okna mojego pokoju"...

czwartek, 14 grudnia 2017

Obejrzane - przeczytane: Wiktoria serialowa i książkowa

Jak już niejednokrotnie pisałam, uważam, że jeśli mamy do czynienia z książką i jej ekranizacją, to najlepiej rozpocząć od wersji pisanej a dopiero później wziąć się za wersję filmową. Niestety, nie zawsze tak można - chociażby z tego powodu, że wersja pisana powstaje później - tak było chociażby ze"Stowarzyszeniem Umarłych Poetów". 

Podobnie rzecz się ma z "Wiktorią", której autorką jest Daisy Goodwin, scenarzystka serialu o tym samym tytule, którego drugi sezon właśnie można oglądać na HBO.
Telewizji właściwie nie oglądam, od czasu do czasu transmisje sportowe, ewentualnie jakiś film, na którym nie było mi dane być w kinie (chociażby ostatnio najnowszą wersję "Pięknej i Bestii"). Seriali również nie śledzę - zwyczajnie jest tego za dużo. Na "Wiktorię" trafiłam przypadkiem, obejrzałam pierwszy odcinek i całkowicie się zauroczyłam.

Serial opowiada o jednej z najbardziej znanych władczyń europejskich, brytyjskiej królowej Aleksandrynie Wiktorii Hanowerskiej.
Pierwszy sezon serialu obejmuje lata 1837 - 1840, czyli od wstąpienia na tron do urodzenia pierwszego dziecka. Akcja książki obejmuje nieco krótszy okres, kończy się bowiem zaręczynami młodej władczyni i jej kuzyna księcia Alberta.

Autorka ma bardzo lekkie pióro, fantastycznie snuje swoją opowieść, nie zanudza szczegółami historycznymi, chociaż widać, że ma obszerną wiedzę i dokładnie maluje tło epoki.
Postacie są żywe, pełnokrwiste, ich emocje są wiarygodne, jedni od razu budzą sympatię, inni wręcz przeciwnie, do niektórych trzeba się przekonywać, bowiem pierwsze wrażenie może być mylne - czyli wszystko układa się jak w prawdziwym życiu.
Książka jest wciągająca, chociaż, znając wcześniej serial, doskonale wiedziałam co będzie dalej. Więcej - przy lekturze przed oczami pojawiały mi się kolejne sceny zapamiętane z telewizyjnego ekranu.

Jeżeli ktoś nie widział serialu a ma możliwość najpierw przeczytać książkę to serdecznie doradzam taką właśnie kolejność. W drugą stronę też oczywiście działa i potrafi zachwycić, czego sama jestem najlepszym przykładem.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Królewna i jej niania w odmętach wielkiej polityki

Bycie królewską córką nie zawsze gwarantuje szczęśliwe i spokojne dzieciństwo. Na własnej skórze przekonała się o tym Katarzyna de Valois - bohaterka książki Joanny Hickson pt. "Oblubienica z Azincourt.

Katarzyna przyszła na świat 27 października 1401 jako dziesiąte z kolei dziecko francuskiego króla Karola VI Szalonego i jego żony Izabeli Bawarskiej. Jej dzieciństwo nie należało do najszczęśliwszych - ojciec był już człowiekiem bardzo chorym, natomiast matka, zajęta rządami w jego imieniu oraz snuciem intryg nie miała czasu dla swojego potomstwa. Sytuacja Katarzyny (jak i jej rodzeństwa) pogorszyła się jeszcze bardziej w czasie walki o wpływy pomiędzy diukiem Burgundii Janem bez Trwogi a bratem króla Ludwikiem Orleańskim. Królewskie dzieci były dla obu stron niezwykle cenną zdobyczą, bowiem dzięki małżeństwu z nimi można było wejść do rodziny królewskiej - tak zresztą zrobił Jan bez Trwogi, żeniąc swojego syna z królewną Michaliną, natomiast królewiczów Jana i Ludwika związał odpowiednio ze swoją córką i siostrzenicą.
Katarzynie była jednak pisana inna przyszłość - 25 października 2015 roku, dwa dni przed jej czternastymi urodzinami miała miejsce jedna z najkrwawszych bitew średniowiecza - starcie wojsk francuskich i angielskich pod Azincourt. Francuzi ponieśli tam druzgocącą klęskę, natomiast najmłodsza (i jedyna niezamężna) królewska córka stała się ważną kartą przetargową w negocjacjach pokojowych, wtedy bowiem pojawił się projekt zeswatania Katarzyny z angielskim władcą Henrykiem V Lancasterem. Na ślub trzeba było jednak poczekać jeszcze pięć lat, bowiem sytuacja polityczna zmieniała się jak w kalejdoskopie, a wraz z nią losy królewskiego mariażu. Dopiero 2 czerwca 1420 roku Katarzyna i Henryk zostali małżeństwem.

Akcja powieści obejmuje życie Katarzyny od chwili narodzin aż do lutego 1421 roku, kiedy to opuszcza Francję i udaje się do swojej nowej ojczyzny.
Narratorką a zarazem drugą równoprawną bohaterką książki jest Guillaumette Lanier - początkowo mamka, później niańka a wreszcie dama dworu Katarzyny, która spisuje swoje wspomnienia po śmierci ukochanej władczyni. 

Mette trafia do królewskiego pałacu w wieku 15 lat i z niewielkimi przerwami trwa przy królewnie przez kolejne dziewiętnaście, a następnie wyrusza z nią również do Anglii. To ona opowiada o ciężkim dzieciństwie Katarzyny, to ona z czasem staje się najbliższą i najbardziej zaufaną osobą dla nastolatki i młodej kobiety.
Katarzyna jest dla Mette najważniejsza, ale kobieta ma również swoje życie osobiste - męża i dwójkę dzieci. To dzięki temu poznać możemy również warunki życia mniej uprzywilejowanych warstw społeczeństwa francuskiego - chociaż mam wrażenie, że dzieci Mette miały o wiele szczęśliwsze dzieciństwo niż królewska córka...
Katarzyna i Mette są świadkami wielu ważnych wydarzeń z okresu wojny stuletniej oraz wewnętrznych starć pomiędzy zwalczającymi się wielmożami, w książce jest mnóstwo polityki, ale... jak to się czyta! 

Joanna Hickson stworzyła opowieść ściśle opartą na faktach historycznych. Rzadko się zdarza, aby historyczna książka trzymała się faktów a równocześnie była tak ciekawa i wciągająca. Niestety ma ona jedną ogromną wadę - kończy się niejako w połowie... Jest to spowodowane tym, że autorka napisała drugą część pt. "Oblubienica Tudorów", która to książka opowiada o życiu Katarzyny w Anglii - niestety nie wiedzieć czemu Wydawnictwo Literackie, pomimo zapowiedzi, nie wydało tej książki. Wiem oczywiście jak potoczą się dalsze losy Katarzyny, jej męża i francuskiej rodziny, ale chętnie bym je poznała w wykonaniu Joanny Hickson.
Szkoda, wielka szkoda...

piątek, 7 lipca 2017

Agatha jest dobra na wszystko ;)

Ani się człowiek nie zdążył zabrać za wypoczynek a tu już mija drugi tydzień wakacji... Tegoroczna kanikuła będzie raczej domowa, bo niestety jak się ma wybór pt. "remont i doposażenie niby-salonu kontra wakacyjny wyjazd" to tak jakby się nie miało żadnego wyboru :( 
A jeśli siedzę w domu to najlepiej mi na balkonie z książką w ręku - takie uroki mieszkania na wsi.

Ponieważ nie miałam na podorędziu żadnej (w miarę nieczytanej) Chmielewskiej to przyniosłam sobie z biblioteki dwie książeczki Agathy Christie. Obie panie mają na mnie zbawienny wpływ, chociaż oczywiście każda inny - pani Joanna rozśmiesza już po przeczytaniu połowy stronnicy, natomiast książki lady Agathy są tak wciągające, że przy ich lekturze zapominam o wszystkich przykrościach dnia codziennego.
Te dwie książki, które wybrałam z bibliotecznej półki to "4.50 z Paddington" z panną Marple oraz "Niemy świadek" czyli historia z Herculesem Poirot.
Obie książki traktują o morderstwach, chociaż na pierwszy rzut oka nie jest to do końca oczywiste.

W "4.50 z Paddington" do panny Marple przyjeżdża przyjaciółka. Jest dosyć zdenerwowana, bowiem uważa, że była świadkiem morderstwa, a nikt jej nie wierzy. Rzekoma zbrodnia miała się dokonać w pociągu - mężczyzna udusił przebywającą razem z nim w przedziale kobietę. Pani McGillicuddy widziała to z okna swojego wagonu - obydwa pociągi jechały w tym samym kierunku. Sprawa jest tym bardziej zagadkowa, że nikt nie zgłosił zaginięcia żadnej kobiety a także nigdzie, ani w pociągu ani w pobliżu torów nie znaleziono ciała czy chociażby śladów wskazujących na to, że jakieś zwłoki mogłyby zostać wyrzucone przez okno.
Panna Marple daje wiarę słowom przyjaciółki i postanawia bliżej przyjrzeć się sprawie. Szybko dochodzi do tego gdzie należy szukać jakichś śladów zbrodni, a ponieważ sama nie ma możliwości przeprowadzić czynności śledczych zwraca się o pomoc do swojej znajomej Lucy Eyelesbarrow. Lucy nie odmawia i już kilka dni później pracuje jako gospodyni w Rutherford Hall, a w wolnym czasie szuka śladów morderstwa...

Akcja "Niemego świadka" toczy się w niewielkim miasteczku Market Basing. 1 maja zmarła tam panna Emilia Arundell. Sama śmierć nie wzbudziła większego zainteresowania - była to starsza i schorowana osoba. Jednak tym co przykuło uwagę całej społeczności był testament starszej pani, która cały, dosyć pokaźny, majątek zapisała  pannie Wilhelminie Lawson, swojej damie do towarzystwa, zupełnie pomijając najbliższych krewnych.
Sprawa pewnie by umarła własną śmiercią po jakimś czasie, jednak los chciał inaczej.
Niemal dwa miesiące później Poirot otrzymał list od panny Emilii, w którym starsza pani nie pisze nic konkretnego, ale między wierszami można odczytać, że jest mocno zaniepokojona. Detektyw postanawia ją odwiedzić, a kiedy na miejscu dowiaduje się, że nadawczyni listu nie żyje decyduje się zbadać sprawę bliżej.
Nie może narzekać na brak podejrzanych - najbliżsi krewni (bratanek, bratanica oraz siostrzenica) nie są osobami zbyt zamożnymi, więc spadek po ciotce bardzo by im pomógł. Tym bardziej, że pod koniec kwietnia wszyscy byli jej gośćmi, a rodzinne spotkanie miało niezbyt przyjemną atmosferę. Również panna Lawson miała motyw - panna Arundell zmieniła swój testament na jej korzyść ledwie kilka dni przed śmiercią...

Obydwie powieści mają charakterystyczne cechy większości książek, które wyszły spod pióra Christie - kilkoro podejrzanych, mających powody aby oczekiwać śmierci ofiary, nie do końca wiarygodne alibi, zatajanie przez podejrzanych niewygodnych faktów, nagłe zwroty akcji, nowe dowody, które zamiast rozjaśniać zaciemniają sytuację oraz zaskakujące rozwiązanie. Zarówno panna Marple jak i Herkules Poirot w najwyższej formie - chociaż nieodmiennie (przynajmniej w moim przekonaniu) starsza pani wygrywa w tym pojedynku.

Przyznam się, że już nawet nie próbowałam zgadywać kto zabił, bo na kilkanaście przeczytanych przeze mnie książek Agathy Christie tylko raz udało mi się rozwikłać zagadkę przed końcem lektury. Kładę to oczywiście na karb talentu autorki a nie mojej ewentualnej tępoty...

wtorek, 28 marca 2017

Dwie biografie - jedna świetna, druga nie

Raz na kilkanaście lat dopada mnie choroba - taka, że domowe sposoby nie wystarczają i trzeba się udać do lekarza. Tym razem synek mój kochany sprzedał mi wyjątkowo uciążliwe zapalenie oskrzeli i zafundował mamusi półtora tygodnia zwolnienia lekarskiego.Doskonała okazja, żeby nadrobić czytelnicze zaległości - plon ostatnich kilku dni to cztery kryminały, dwie obyczajówki i dwie biografie. Nieźle, co?
Te dwie biografie to przykład jak się powinno i nie powinno pisać o życiu znanych osób. Jedna bowiem, napisana arcyciekawie, dotyczyła osoby średnio interesującej i przeczytałam ją niemal jednym tchem, druga zaś, co do której miałam ogromne oczekiwania, była zwyczajnie nudna, chociaż bohaterka była jedna z najznakomitszych pisarek XX wieku.

Przez kilka piątkowych wieczorów wróciłam do oglądania telewizji, a to za sprawą biograficznego serialu o początkach panowania królowej Wiktorii. Ponieważ serial bardzo mi się spodobał (już czekam na drugą serię, która ma się ponoć pojawić jesienią) postanowiłam rozejrzeć się za jakąś biografią angielskiej władczyni. Jeden z moich ulubionych biografów, George Bidwell, napisał takową, więc wybór był prosty: czytam "Wiktorię żonę Alberta".
Już sam tytuł sugeruje jak wyglądało królewskie stadło - Wiktoria była władczynią całego imperium, ale w domu pierwsze skrzypce grał Albert. To on narzucił swój styl, pedanterię i drobiazgowość (bardziej naturalne dla rodziny mieszczańskiej niż królewskiej) swojej chimerycznej małżonce. To on, nawet po swojej przedwczesnej śmierci, był tym, z którego opiniami królowa liczyła się najbardziej. Wiktoria jaką znamy bez Alberta by nie istniała...
Można by odnieść wrażenie, że autor nie przepada za swoją bohaterką - Wiktoria z książki Bidwella to osoba o bardzo przeciętnej inteligencji, uparta i samowolna, której obca jest sztuka dyplomacji. Pomimo iż od samego początku wiadomo było, że zasiądzie natronie Zjednoczonego Królestwa nie odebrała należytego wykształcenia, otaczała się Niemcami oraz, co szczególnie przysporzyło jej niechęci poddanych, wyszła za mąż za Niemca i dosyć jawnie popierała niemieckie interesy.
Wiktorią dosyć łatwo było sterować, jeśli tylko darzyła sympatią swojego mentora - początkowo był to lord Melbourne, później Albert a po jego śmierci dwóch premierów - Palmerston i Disraeli.
Patrząc na wieloletnie panowanie Wiktorii trzeba przyznać rację autorowi książki - faktycznie królowa nie przysłużyła się jakoś szczególnie ani swojej ojczyźnie ani światu. Jest to tym bardziej widoczne poprzez porównanie jej życia do historii innej kobiety - młodszej o rok Florence Nightingale, która mając o wiele mniejsze możliwości zasłużyła się ludzkości nieporównywalnie bardziej niż Wiktoria Hanowerska.

++++++++++++++++++++++++++

Astrid Lindgren to jedna z najbardziej znanych pisarek XX wieku. Niewiele jest chyba na świecie dzieci, które nie znałyby chociażby jednej z jej książek. Dzieci z Bullerbyn, Fizia Pończoszanka, bracia Lwie Serce czy Ronja córka zbójnika to znani i lubiani bohaterowie dziecięcych lektur.
Biorąc do ręki książkę "Astrid Lindgren. Opowieść o życiu i twórczości", której autorką jest Margareta  Strömstedt miałam nadzieję na fascynującą podróż literacką, tym bardziej, że obie panie znały się dobrze a nawet przyjaźniły.
Niestety srodze się zawiodłam. Książka jest nudna, większą jej część stanowi interpretacja poszczególnych powieści Lindgren - szukanie pierwowzorów bohaterów, rozkładanie na czynniki pierwsze "co autor miał na myśli"oraz doszukiwanie się przekazu społecznego. Owszem, Astrid Lindgren pchnęła literaturę dziecięcą na całkiem nowe tory - odeszła od wszechobecnego w połowie XX wieku moralizatorstwa, jej bohaterowie są ciekawi, spontaniczni i często zwariowani. W swoich utworach promuje tezę, że dziecko to też człowiek, tylko mały, więc należą mu się takie same względy jak dorosłemu. To wszystko prawda, ale przecież w biografii chodzi chyba o coś innego.

Czego mi w takim razie zabrakło w tej historii?
Otóż przede wszystkim codzienności pisarki, która przecież przez duża część swojego życia nie tylko pisała książki, ale również pracowała zawodowo i wychowywała dzieci. Jak udawało się jej to wszystko pogodzić? Czy nigdy nie miała chwili zwątpienia? Czytając tę książkę można odnieść wrażenie, że Lindgren to dziecko szczęścia - wszystko czego się tknie zamienia się w sukces. 
Dalej - na początku książki autorka wspomina, że Astrid była silnie związana z rodzicami i rodzeństwem. Tymczasem o jej siostrach i bracie nie ma tu prawie nic. O najbliższej przyjaciółce też jest tylko kilka zdań pomimo, że Astrid poznała ją w szkole a znajomość trwała nieprzerwanie przez kilkadziesiąt lat.
W tej biografii po prostu nie ma Astrid. Jest tylko jej twórczość - fakt, że wspaniała, godna uwagi i cały czas aktualna, ale to tylko książki, a ja chciałam poznać człowieka, który za nimi stoi.

Tak więc z przykrością, ale raczej nie polecam :(

środa, 11 maja 2016

Przyjaźń ponad wszystko

W normalnych warunkach raczej nigdy by się nie zaprzyjaźniły. Więcej - w normalnych warunkach nigdy by się nie spotkały. Niestety, wybuchła wojna i w tym momencie skończył się normalny świat...

Alice jest córką pastora z niewielkiej nadmorskiej miejscowości Crowmarsh Priors. Jej ojciec zmarł, więc wraz z matką musiały opuścić plebanię i zamieszkać we wsi. Alice jest zaręczona ze swoim wieloletnim przyjacielem i ma nadzieję w niedługim czasie zostać panią Richardową Fairfax.

Antoinette zwana w rodzinie Tanni jest córką austriackiego lekarza żydowskiego pochodzenia. Po zajęciu Austrii przez hitlerowców rodzice pragnąc uchronić ją przed prześladowaniami wydają ją za mąż za syna znajomej, który przed wojną wyjechał na studia do Anglii i tam pozostał jako pracownik naukowy - może więc legalnie zabrać tam Tanni jako swoją żonę. Kiedy Niemcy atakują Wielką Brytanię Tanni z maleńkim dzieckiem zostaje ewakuowana na wieś.

Ojciec Frances jest admirałem i wysoko postawionym urzędnikiem w ministerstwie wojny. Córka nic sobie nie robi z jego pozycji i wywołuje skandal za skandalem, więc zirytowany tatuś wysyła ją do ciotki na prowincję.

Elsie pochodzi z jednej z robotniczych dzielnic Londynu. Kiedy wybucha wojna i władze starają się wywieźć z miasta jak najwięcej mieszkańców, szczególnie dzieci, dziewczyna trafia jako służąca do wiejskiego domu w południowo - wschodniej Anglii.

Evangeline pochodzi z jednej z najlepszych rodzin w Nowym Orleanie. Rodzice planują wydać ją za mąż za zamożnego, ale sporo od niej starszego sąsiada. Niestety dziewczyna jest poważnie zaangażowana w inny związek, który z różnych przyczyn nie ma szans na akceptację rodziny - postanawia więc uciec z domu, a swoje plany wiąże z goszczącym w mieście brytyjskim oficerem Richardem Fairfaxem...

Te pięć młodych kobiet to pierwszoplanowe bohaterki debiutanckiej powieści "Oblubienice wojny" pióra Helen Bryan. Poznają się w Crowmarsh Priors do której to wioski trafiają na początku wojny i przez kolejne miesiące i lata żyją tam, pracują, martwią się o swoich bliskich, uprawiają warzywa, szyją i robią na drutach różne części garderoby, oszczędzają na wszystkim co tylko się da i czekają aż to wojenne szaleństwo wreszcie się zakończy. 
Wszystkie mają swoje marzenia i plany na przyszłość, wszystkie chcą być kochane i mieć szczęśliwe rodziny, jednak na przeszkodzie staje im wojna - większość młodych mężczyzn znajduje się na froncie lub w inny sposób jest zaangażowana w walkę z wrogiem. W wiejskim świecie Crowmarsh Priors pojawiają się jedynie sporadycznie, na kilka ulotnych chwil, aby zaraz wrócić do swoich mniej lub bardziej tajemniczych działań.

Helen Bryan stworzyła piękną, wciągającą i barwną historię. Postacie bohaterek są bardzo realne, dziewczęta nie mają w sobie nic z posągowych heroin - owszem muszą sobie radzić z wojenną rzeczywistością, ale nieobcy jest im strach, zmęczenie czy zwątpienie. Są wobec siebie lojalne i mogą wzajemnie na siebie liczyć, ale równocześnie każda z nich ma swoje tajemnice o których przyjaciółki nie mają pojęcia. Dziewczęta pochodzą z różnych środowisk, odebrały bardzo różne wychowanie i wykształcenie, różni je nawet religia, ale łączy prawdziwa przyjaźń - taka, której nie zniszczy ani czas ani odległość.

Na koniec chciałabym jeszcze dodać kilka słów na temat tła historycznego: autorka starannie odmalowała warunki w których przyszło egzystować jej bohaterkom - naloty na Londyn i ich skutki, problemy z aprowizacją, pracę w rozmaitych organizacjach społecznych (m.in "Land Girls", która to praca na plakatach wyglądała radośnie i lekko a w rzeczywistości była ciężka, brudna i nieprzyjemna) oraz nastroje społeczne, łącznie z dosyć, niestety, popularnym w Wielkiej Brytanii antysemityzmem. 

Co jednak ważne - książka pomimo niewesołej scenerii oraz tematyki napisana jest lekko i świetnie się ją czyta. A jeśli ktoś ma oczy na tzw. mokrym miejscu powinien sobie przygotować duży zapas chusteczek.

Serdecznie zachęcam do lektury tej książki.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Trylogia na luty - o pewnym rudym kocie i jego człowieku

Nie należę do wielbicielek kociego rodu, więcej, od czasu kiedy jeden z przedstawicieli tego gatunku obdarował mnie toksoplazmozą, serdecznie ich nie lubię. Ale od czasu do czasu zdarzają się literackie kocury, które zyskują moją sympatię: przykładem Behemot z "Mistrza i Małgorzaty".

Kot o którym dzisiaj chcę napisać istnieje naprawdę, razem ze swoim człowiekiem (bo to kot wybiera sobie opiekuna) mieszka w Londynie, a dzięki mediom znany jest niemal na całym świecie.

James Bowen to były narkoman, który próbuje sobie ułożyć na nowo życie. Pewnego dnia na jego drodze staje rudy kot po przejściach. James, chociaż sam ledwie wiąże koniec z końcem postanawia zaopiekować się Bobem. Wkrótce okazuje się, że była to jedna z najlepszych decyzji jakie podjął w życiu - kot ma niezwykły talent w zjednywaniu sobie ludzi. Początkowo James zarabia jako uliczny muzyk, później przerzuca się na sprzedaż gazet - Bob, który mu towarzyszy przy tych zajęciach, budzi zainteresowanie, a przy okazji ma wpływ na wysokość datków.

Oczywiście życie Jamesa i jego kota to nie ciągłe pasmo przyjemności - zdarzają się gorsze dni, a i nie wszyscy ludzie są przyjaźnie nastawieni do oryginalnego duetu. Jednak tym co jest niezwykle widoczne w tej serii jest optymizm i wiara w lepsze jutro. Bob i James są prawdziwymi przyjaciółmi, wspierają sie w trudnych chwilach i obydwaj wiedzą, że mają kogoś bliskiego...

Początkowo powstała jedna książka o Bobie i Jamesie, jednak sukces jaki odniosła sprawił, że pojawiły się jeszcze dwie kolejne. I tak oto mamy trylogię o kocie i jego człowieku ;)


niedziela, 10 stycznia 2016

Prowincjonalne miasteczko i jego mieszkanki

Elizabeth Gaskell - nazwisko tej dziewiętnastowiecznej angielskiej pisarki "prześladowało" mnie już od dłuższego czasu. Miałam szczere chęci poznać jej utwory, tyle, że jakoś nie było ich skąd wziąć - w naszej bibliotece ich nie ma, znajomi od których od czasu do czasu coś pożyczam też nie mieli, wydawnictwa z którymi w jakimś stopniu współpracuję nastawione są na zupełnie inną literaturę, a na zakupy nałożyłam sobie w ubiegłym roku całkowite embargo... 
I pewnie dalej znałabym panią Gaskell tylko i wyłącznie z nazwiska gdyby nie półeczka z książkami w Biedronce ;) Postanowienie niekupowania książek zostało zepchnięte w głąb świadomości a ja stałam się szczęśliwą posiadaczką dwóch książek wzmiankowanej autorki - "Panie z Cranford" oraz "Północ i Południe". Dodam jeszcze, że książki wydane są w serii "Angielski Ogród" (wyd. Świat Książki) i mają śliczne kwiatowe okładki co stanowi dodatkowy bonus.

Cranford to niewielkie miasteczko w zachodniej Anglii w hrabstwie Cheshire. Zamieszkują go głównie kobiety - niezamożne stare panny i wdowy. Prowadzą one oszczędny i raczej nudny tryb życia i hołdują nieco już niemodnym zasadom i formom towarzyskim, które wyniosły ze swoich rodzinnych domów. Panuje wśród nich dosyć sztywna hierarchia, a każda nowa obywatelka Cranford musi się jej poddać jeśli chce być przyjmowana w domach innych pań.

"Panie z Cranford" nie są powieścią w ścisłym tego słowa znaczeniu. To raczej zbiór historii powiązanych osobami bohaterek i miejscem akcji. 
Jakie są mieszkanki Cranford? Różne, bardzo różne. Najsympatyczniejsza jest moim zdaniem córka byłego pastora panna Matty Jenkyns: serdeczna, nieco nieśmiała, zahukana przez swoją siostrę kostyczną i zasadniczą Deborę. Sympatię budzi również panna Pole, której głównym życiowym celem jest rozprowadzanie wiadomości (żeby nie powiedzieć plotkowanie), jednak należy dodać, że nie kieruje nią złośliwość, a jedynie chęć zaistnienia w towarzystwie.
Najmniej sympatyczna postacią jest niejaka pani Jamieson - nudna, pompatyczna, snobująca się na arystokratyczne (mocno naciągane) koneksje, a przez to uważająca się za naturalną przywódczynię cranfordzkiej wspólnoty. 

"Panie z Cranford" to ciepła, nostalgiczna, ale i pełna humoru książka, trochę w stylu powieści Jane Austen. Autorka jest świetną obserwatorką, potrafi barwnie i ciekawie opowiadać, jej bohaterki dają się lubić, chociaż nie brakuje im (oprócz niezaprzeczalnych zalet) rozmaitych wad i śmiesznostek. Całość aż skrzy się od anegdotek i rozmaitych "złotych myśli" tytułowych pań - swoją drogą niektóre z nich nadają się do wyszycia złotą nitką i powieszenia w widocznym miejscu...




poniedziałek, 7 grudnia 2015

Inspektor Grace powraca

Parę miesięcy temu zachwycałam się debiutancką powieścią M.J. Alidge'a ("Ene, due, śmierć"), a dzisiaj będę w podobnym stylu zachwalać jej kontynuację noszącą tytuł "Powiedz panno gdzie ty śpisz".

Od wydarzeń opisanych w pierwszym tomie minął już prawie rok, jednak inspektor Helen Grace nie jest w stanie zapomnieć o tym co się wydarzyło. Brakuje jej Marka i Charlie z którymi współpracowała przy tamtej sprawie, jednak kiedy podwładna decyduje się wrócić do pracy Helen traktuje ją niemal wrogo i nie potrafi, bądź nie chce, wrócić do dawnych relacji. Sytuacje pogarsza jeszcze fakt, że wydział ma nowego szefa, a właściwie szefową - nadinspektor Ceri Harwood, jest uprzejma, komunikatywna, ma na koncie wiele sukcesów i zupełnie nie potrafi się dogadać z Helen...

Chyba każde większe miasto ma taką dzielnicę, lub chociażby kilka ulic, gdzie lepiej nie zapuszczać się po zmroku. No chyba, że ktoś szuka guza... W takiej właśnie okolicy zostaje zamordowany mężczyzna w średnim wieku. Wszystko wskazuje na to, ze chciał skorzystać z usług prostytutki a ona zabiła go i... wycięła mu serce. Które to serce następnego dnia zostaje dostarczone żonie denata...
W Southampton znów powiało grozą.

Kiedy biorę do ręki kontynuację powieści, która przypadła mi do gustu to zawsze się trochę obawiam, czy autorowi uda się powtórzyć poprzedni sukces. Na szczęście w tym przypadku obawy były nieuzasadnione a tom drugi dorównuje pierwszemu.
Helen Grace zmierzyła się ze swoją mroczną przeszłością i może nie wyszła z tego starcia zwycięsko, ale pewne elementy mówiąc kolokwialnie "wskoczyły na swoje miejsce", poznała kilka nowych faktów o swojej rodzinie, zainteresowała się również pewnym nastolatkiem, o którego istnieniu nie miała pojęcia. Kim jest ów Robert Stonehill, którego Helen śledzi po pracy?

Nowe śledztwo ma tę dobrą stronę, ze pozwala przynajmniej na jakiś czas zapomnieć o innych problemach. Tym bardziej kiedy okazuje się, że prostytutka z zacięciem chirurgicznym uderza po raz kolejny... Helen nie tylko musi prowadzić dochodzenie, ale również znosić podchody szefowej, która kontroluje ją i narzuca własne metody pracy. Do tego nadinspektor Harwood jest zwolenniczką współpracy z mediami, z czego natychmiast korzysta Emilia Garanita, znienawidzona przez Helen gwiazda lokalnej gazety.

Ponieważ czytelnik powinien już znać główną bohaterkę (tak przy okazji - ten cykl to jeden z tych przypadków, kiedy trzeba czyta książki po kolei) więc autor skupił się na postaciach drugoplanowych oraz metodach pracy śledczych. Czytelnik poznaje kolejnych członków zespołu inspektor Grace, przedstawicieli półświatka w którym poszukiwana jest sprawczyni bestialskich mordów i ofiary zbrodni.
Jednak tym co dla mnie było najbardziej przejmujące były sylwetki najbliższych zamordowanych mężczyzn. Ci ludzie (przede wszystkim żony i dzieci) zostali wciągnięci w bagno plotek, pomówień i oskarżeń. Dzięki kampanii medialnej stali się celem niewybrednych komentarzy i spekulacji, a ich dotychczasowe spokojne życie legło w gruzach. To właśnie ci którzy zostali stali się największymi ofiarami zbrodni psychopatycznej morderczyni...

"Powiedz panno gdzie ty śpisz" ma podobną budowę jak pierwsza powieść M.J. Arlidge'a. Krótkie rozdziały, krótkie zdania i"posiekana" fabuła (w sensie, że jest kilka wątków a każdy rozdział o czym innym) wprowadzają pewną nerwowość i podkręcają nastrój grozy.
To świetny thriller, w sam raz na długie jesienne wieczory.

A teraz pozostaje tylko jedno pytanie: kiedy kolejny tom???


poniedziałek, 16 listopada 2015

Kłamstwo sprzed lat

Niemal dokładnie 3 lata temu, w październiku 2011 roku po raz pierwszy zetknęłam się z twórczością angielskiej pisarki Marcii Willet. Stało się to za sprawą naszego bibliotecznego DKK, a książka którą wtedy czytaliśmy nosiła tytuł "Letni domek". Urzekł mnie wtedy styl autorki, nieszablonowa intryga oraz fakt, że do końca nie udało mi się rozwiązać zagadki, która stanowiła sedno powieści...

Po tak długim okresie czasu trafiła w moje ręce kolejna powieść tej pani, a mianowicie "Wspomnienie burzy". Miałam nadzieję na "powtórkę z rozrywki" i od razu powiem, że się nie zawiodłam.

Hester mieszka na obrzeżach Exmoor w posiadłości zwanej Domem nad Mostem. Jest emerytowaną wykładowczynią literatury, nigdy nie wyszła za mąż, a towarzystwa dotrzymuje jej kot o wdzięcznym imieniu Święty Franciszek. Starszej pani przydarzyła się kontuzja i przyjeżdża do niej z Londynu jej córka chrzestna Clio. Pobyt na prowincji, oprócz opieki nad Hester, staje się dla młodej kobiety czasem przemyśleń i zmian w dotychczasowym, niezbyt udanym, życiu.
Do Exmoor przyjeżdża ktoś jeszcze - Jonah jest scenarzystą filmowym, marzy o napisaniu własnej sztuki. W miasteczku pojawia się w związku z projektem w którym bierze udział, ale jest to dla niego miejsce szczególne - w czasie wojny w Domu nad Mostem przez pewien czas przebywała kilkuletnia Lucy, która po latach została jego matką. Lucy nigdy nie chciała opowiadać o tamtych latach - Jonah czuł, że ma to związek z jakimś bolesnym przeżyciem.

Spotkanie z Jonahem wywołuje u Hester lawinę wspomnień, którymi dzieli się z młodym mężczyzną. Również Lucy na wieść, że Jonah trafił do Domu nad Mostem przerywa milczenie. Cóż takiego zdarzyło się przed laty, że wspomnienia o tamtych odległych dniach są nadal boleśnie żywe? Kto ciekawy zapraszam do lektury.

"Wspomnienie burzy" to opowieść o emocjach i namiętności, która niszczy wszystko co stanie jej na drodze. Czas wojny nie oszczędzał nikogo, decyzje podejmowane były często pod wpływem chwili, bez oglądania się na uczucia osób postronnych. Kłamstwo i zdrada dorosłych niejednokrotnie dotykały dzieci, które nie były sobie w stanie poradzić z ich ciężarem. 

Jonah poznaje dwie wersje wydarzeń sprzed lat. Która z nich jest prawdziwa? Dlaczego to co dla Lucy miało kluczowe znaczenie Hester uznaje za nic nie znaczący epizod? Odkrywanie prawdy boli, ale równocześnie niesie ukojenie. Szkoda, że na ten moment wyzwolenia niektórzy musieli czekać ponad sześćdziesiąt lat...

Serdecznie zachęcam do lektury tej książki.


środa, 30 września 2015

Marple - Poirot 1:0:

Kończy się wrzesień, który z założenia miał być "Wrześniem z kryminałem" - nie do końca się udało (chociaż jakieś kryminałopodobne lektury były...), więc niech chociaż końcówka będzie z przytupem ;)
A kto jest najlepszym kryminalistą? No cóż... Tylko Agatha :)

W czasie weekendu udało mi się przeczytać dwie jej książki, a mianowicie "Wielką czwórkę" z Poirotem oraz "Trzynaście zagadek" gdzie prym wiedzie panna Marple. Tym razem zdecydowanie wygrywa Jane Marple :)

**********************************************

Panna Marple mieszka co prawda w niewielkiej wiosce jednak uważa, że obserwacje poczynione wśród jej mieszkańców dają jej obraz całego świata. Bo chociaż dekoracje mogą być różne to natura ludzka raczej się nie zmienia... Co więcej, opierając się na owych obserwacjach panna Marple potrafi rozwiązać najbardziej zagmatwane zagadki kryminalne...

"Trzynaście zagadek" to właściwie zbiór opowiadań, których głównym motywem są takie właśnie historie opowiadane w gronie znajomych. Opowiadający musi znać rozwiązanie, a pozostali uczestnicy zabawy mogą na podstawie podanych szczegółów próbować odkryć sprawcę zbrodniczego czynu. Głównym atutem tej książki jest jej różnorodność - omawiane zdarzenia to nie tylko spektakularne morderstwa, ale również historie, które na pierwszy rzut oka nie zawierają w sobie żadnego przestępstwa.

Domorośli detektywi to ludzie rozmaitych profesji, ale znający całkiem nieźle naturę ludzką - pisarz, duchowny, sędzia, lekarz, emerytowany policjant. Panowie posługują się logiką natomiast panie (bo w grze biorą udział również kobiety) stawiają na emocje. Ze wstydem trzeba przyznać, że początkowo wszyscy traktują pannę Marple z pewną pobłażliwością - ot, trochę staroświecka, śmieszna staruszka. 
Tylko jej udało się rozwiązać pierwszą zagadkę? Cóż, szczęście debiutanta. 
To samo za drugim razem? Zdarzają się takie fuksy. 
Trzecia, czwarta, piąta zagadka? No, no może i panna Marple jest staroświecka, ale intelektu i przenikliwości nie można jej odmówić...

**********************************************

Światem trzęsie miedzynarodowa organizacja przestępcza określana jako Wielka Czwórka. 
Numerem Pierwszym jest niezwykle bogaty chiński mandaryn. Numer Drugi to wpływowy amerykański biznesmen. Numer Trzeci to Francuzka - wybitna uczona, rywalka samej Marii Skłodowskiej-Curie. Numer Czwarty... O nim  niewiele wiadomo - najprawdopodobniej jest to Anglik o dosyć przeciętnym wyglądzie i niesamowitych zdolnościach aktorskich.

Poirot wie o istnieniu tej organizacji, jednak dopiero przypadek sprawia, że zaczyna się zajmować tą sprawą. I wreszcie trafia na godnego siebie przeciwnika, który wciąż jest pół kroku przed nim... Tym razem małe szare komórki nie wystarczą i trzeba się będzie posiłkować podstępem.

"Wielka Czwórka" to jedna z pierwszych powieści Agathy Christie - powstała w 1927 roku. Moim zdaniem jest ona dosyć nierówna, początkowo akcja się wlecze niemiłosiernie, a w pewnej chwili nabiera tempa iście piekielnego i pędzi do finału niczym Pendolino: nie ma jednej sprawy tylko kilka, które, siłą rzeczy, traktowane są po łebkach (tym bardziej, że czytelnik od początku ma świadomość, że stoi za tym Wielka Czwórka); Herkules jest wyjątkowo drętwy i nadęty, natomiast jego przyjaciel Hastings... No ten bohater się wyjątkowo w tej powieści nie udał. Piszę "w tej", bowiem Hastings pojawia się w kilku innych książkach Christie i z tym z "Wielkiej Czwórki" łączy go właściwie tylko nazwisko. Hastings to zasadniczo człowiek na wzór holmesowego sympatycznego doktora Watsona, jednak w omawianej książce jest to narwany, nieodpowiedzialny i mało inteligentny (żeby nie powiedzieć "głupi") osobnik. A do tego zupełnie nie potrafi się niczego nauczyć na własnych błędach...


Cóż, moim zdaniem w dorobku Agathy jest sporo innych o wiele bardziej udanych powieści.

czwartek, 4 czerwca 2015

Nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki...

Długi weekend rozpoczęty, stos książek czeka (dwie już nawet napoczęte są), pogoda balkonowa - oby tak dalej ;)

Dzień dziecka co prawda już minął, ale jeszcze coś w dzieciowym klimacie chciałam napisać. Otóż jakiś czas temu poszłam z własnym dzieckiem na ugodę w sprawie czytania - on czyta mi po południu, a ja jemu wieczorem, do poduszki. Jawny cel ugody jest taki, że ma być sprawiedliwość w rodzinie, natomiast celem tajnym jest ćwiczenie u młodego umiejętności czytania ze zrozumieniem. Piotrek co prawda z czytania ma piątki, w jakimś teście (ilość przeczytanych słów na minutę) w swojej grupie wiekowej ma bardzo dobry wynik, ale moim zdaniem to jest jakaś ściema (albo próg wymagań w szkole się obniżył do poziomu podłogi) bo młody duka niemożebnie - normalnie jak go posłuchać to zęby bolą. Nawet sztuczne... Na szczęście wie co przeczytał i potrafi z sensem o tym opowiedzieć, ale jako lektor na razie kariery nie zrobi. Tak więc Piotrek czyta mi literaturę współczesną, a ja jemu klasyki, w których jest zdecydowanie więcej długich i niezrozumiałych słów.
I tak oto w maju poznało moje dziecko jedną z najbardziej znanych książek dla dzieci, a mianowicie powieść J.M. Barriego pt. "Piotruś Pan i Wendy".

Samego bohatera Piotrek oczywiście znał z jakichś kreskówek, a zainteresowanie było tym większe, że jest imiennikiem chłopca z Nibylandii. Książka z telewizyjną produkcją nie miała zbyt wiele wspólnego, ale zyskała uznanie w oczach mojego syna.
Dla mnie to była powtórka sprzed lat, ale chwilami miałam wrażenie, że w dzieciństwie czytałam całkiem inną książkę...

Zacznę może od tego co mnie w tym konkretnym wydaniu (Buchmann 2011) urzekło:
Po pierwsze: piękne tłumaczenie, którego autorem jest Michał Rusinek. Po prostu poezja.
Po drugie: staranne wydanie czyli twarda okładka, gruby papier, przyjazna dla oka czcionka - książka może być ozdobą każdej dziecinnej biblioteczki.
Po trzecie: niezwykłej urody szata graficzna, której autorem jest Robert Ingpen - zwiewne, nieco nierealne, jak gdyby zamgl one ilustracje sprawiają wrażenie sennego marzenia, które jeszcze potęguje ich kolorystyka (beże, rozmyte żółcie i zielenie, jedynie od czasu do czasu jakiś kontrastujący z resztą obrazu detal. Część ilustracji sprawia wrażenie szkiców - np. kilka ujęć Dzwoneczka na jednej kartce, tak jakby ilustrator nie potrafił zdecydować, który wariant najlepiej oddaje jego zamysł.

O czym jest "Piotruś Pan i Wendy" to pewnie wszyscy wiedzą - wszak to klasyka klasyki. Ale jakby się przypadkiem znalazł ktoś kto nie słyszał o tym bohaterze (chociażby w kontekście syndromu Piotrusia Pana) to wyjaśniam, że tytułowy bohater to wieczny chłopiec, który nigdy nie dorasta i mieszka w baśniowej krainie Nibylandii. Pewnego dnia (a właściwie nocy) zabiera do Nibylandii dziewczynkę imieniem Wendy, oraz jej dwóch braci - dzieci przeżywają tam niesamowite, często niebezpieczne przygody i walczą z piratami dowodzonymi przez kapitana Haka.

Jest trochę strachu, jest kilka śmiesznych momentów, dla współczesnej czytelniczki (zwłaszcza takiej o radykalnych poglądach) pewnym zgrzytem może być postać Wendy wtłoczonej w rolę "mamuśki" mieszkających na wyspie chłopców, ale trzeba pamiętać, że książka swoje lata już ma i w chwili jej powstania idea równouprawnienia,zwłaszcza w wiktoriańskiej Anglii (premiera książki miała miejsce trzy lata po śmierci królowej Wiktorii), nie była zbyt popularna. Tak więc powołaniem, a także marzeniem niemal każdej dziewczynki było pranie, gotowanie, cerowanie i zajmowanie się gromadką dzieciaków więc Wendy jest w tej roli bardzo wiarygodna.
Gromada chłopców zamieszkujących Nibylandię to postacie bardzo zróżnicowane - Barrie musiał być świetnym obserwatorem dziecięcego świata i te obserwacje umiejętnie przelał na papier. Ciekawie ujęci są również piraci - właściwie groźni, ale dają się lubić, nawet Hak. Przyznam ze wstydem, że bardziej mnie przekonał do siebie naczelny czarny charakter niż główny bohater...

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Piotruś Pan to jedna z najbardziej niesympatycznych postaci literatury dziecięcej - egoista, narcyz, egocentryk. Narzuca innym swoje zdanie, manipuluje Wendy i chłopcami, jest okrutny, obraża się o byle co, że o totalnym lekceważeniu wszystkich (no może poza Dzwoneczkiem, która też jest perfidna i złośliwa) nie wspomnę. Nie lubię gościa jak mało kogo i tyle.
I tak się zastanawiam, czy moje zdanie jest spowodowane tym, że jestem już za stara na "Piotrusia Pana" czy taki był może zamysł autora, żeby stworzyć antybohatera? Czekam na sugestie...

Na szczęście (pomimo, że książka mu się podobała) Piotruś Pan nie stał się idolem mojego syna - jego wzorcem w dalszym ciągu pozostał król Piotr Wspaniały z Narnii...

wtorek, 24 marca 2015

Makabryczna wyliczanka

Sam i Amy - dwójka młodych ludzi wracających z koncertu w deszczową noc. Próbują złapać stopa, jednak kolejne auta mijają ich nawet nie zwalniając. Wreszcie ktoś sie nad nimi zlitował - zatrzymał się przy nich van, za którego kierownicą siedziała sympatyczna kobieta. Poczęstowała ich gorącą kawą z termosu i to była ostatnia rzecz jaką zapamiętali. Obudzili sie jakiś czas później w nieczynnym basenie do nurkowania. Zniknęły ich wszystkie rzeczy. Na posadzce znaleźli tylko naładowany pistolet i telefon. Tajemniczy głos w słuchawce oznajmił im, że tylko jedno z nich wyjdzie stąd żywe - do nich należy decyzja kto kogo zastrzeli. Młodzi ludzie jeszcze nie wiedzą, że jakąkolwiek decyzję podejmą obydwoje przegrają...

"Ene, due , śmierć" to debiutancka powieść M.J. Arlidge'a. Autor jest producentem telewizyjnym i pracuje w BBC. Jego powieść właściwie od razu zyskała status bestselleru w Wielkiej Brytanii, prawa do jej publikacji zakupiło ponad 20 krajów, a u nas w Polsce ukazała się kilka tygodni temu nakładem wydawnictwa Czwarta Strona.
Książka jest pierwszym tomem cyklu, którego główną bohaterką jest inspektor Helen Grace, rozwiązująca wraz ze swoimi podwładnymi mroczne i nieco makabryczne kryminalne zagadki.

Jak na pierwszy tom cyklu przystało, oprócz śledztwa i poszukiwania seryjnego przestępcy (bo porwanie Amy i Sama to dopiero początek) czytelnik będzie miał możliwość poznania prowadzącej śledztwo policjantki.
Helen Grace to świetny fachowiec - odpowiedzialna, oddana swojej pracy, lubiana przez podwładnych i doceniana przez przełożonych. Jest pracoholiczką, właściwie nie ma życia prywatnego, aczkolwiek nie narzuca takiego stylu pracy swojemu zespołowi. Wymagająca, sprawiedliwa i lojalna, stara się pomóc ofiarom przestępstw, a nie tylko odbębnić powierzone jej śledztwo.
Jednak to tylko część prawdy o niej. W życiu Helen jest jakaś tragiczna tajemnica, która nie daje jej spokoju... Być może przy okazji prowadzonego śledztwa uda się uchylić rąbka tajemnicy i odkryć jakie demony z przeszłości nękają panią inspektor.

Światowej sławy reżyser Alfred Hitchcock powiedział kiedyś, że "film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć". To zdanie (gdyby zmienić pierwsze słowo) jak ulał pasuje również do książki Arlidge'a - już pierwszy rozdział, kilka zdań opisujących przebudzenie Amy i Sama w miejscu ich uwięzienia, wprowadza w nastrój grozy, który będzie towarzyszył czytelnikowi do samego końca. Autor umiejętnie buduje napięcie, podrzuca kolejne tropy, które mogą (ale wcale nie muszą) pomóc w rozwiązaniu sprawy i powolutku, po niewielkim fragmencie odkrywa prawdę o życiu i przeszłości Helen.

Mocną stroną powieści jest kreacja bohaterów, którzy nie są żadnymi herosami, co więcej mają sporo wad i problemów, podejmują błędne decyzje, ale starają się stać "po dobrej stronie". Należy również wspomnieć o stylu autora - widać, że Arlidge związany jest z branżą filmową. Jego opisy są niezwykle plastyczne i realistyczne. Nie epatuje może przesadnie okrucieństwem, ale nie boi się pokazać ludzi w sytuacjach ekstremalnych - wygłodzonych, brudnych, pozbawionych nadziei, kiedy żądza przeżycia bierze górę nad człowieczeństwem. Uczciwie przyznaję, że jest w tej książce kilka bardzo drastycznych scen, więc nie polecam osobom o słabszych nerwach i zbyt rozbujałej wyobraźni. I jeszcze jedna uwaga - zdecydowanie nie nadaje się ta książka do czytania przy jakimkolwiek jedzeniu...
Ale reszcie wielbicieli kryminałów jak najbardziej polecam - świetna książka.

A mnie pozostaje czekać na kolejną odsłonę przygód inspektor Grace. 

czwartek, 26 lutego 2015

Science fiction w wiktoriańskich dekoracjach

Wiktoriańska Anglia jest tłem wielu wspaniałych dzieł literackich - dosyć wspomnieć utwory Ch. Dickensa, G.B. Shawa, sióstr Brontë czy A.C. Doyle'a. Również współcześni pisarze niejednokrotnie umieszczają akcję swych książek w tamtym okresie - czasy panowania królowej Wiktorii w dalszym ciągu fascynują, pomimo, że ówczesna rzeczywistość mocno trąci myszką, a poglądy lansowane w tamtym okresie są już mocno nieaktualne.
Epoka wiktoriańska to czasy w których tradycja starła się z nowoczesnością, to czas wielkich kontrowersji - z jednej strony skostniałe normy społeczne i moralne, wszechwładne konwenanse, uchybienie którym może skończyć się towarzyskim ostracyzmem, a równocześnie oszałamiający rozwój przemysłu, powstanie nowej warstwy społecznej czyli klasy robotniczej oraz ogromny wzrost znaczenia burżuazji, która zaczyna być ważniejsza (a w każdym razie lepiej sytuowana) niż szlachta. Silnik parowy oraz początki elektryczności  - to najważniejsze wyznaczniki tamtego okresu, które doprowadziły do prawdziwej rewolucji jeśli chodzi o przemysł, badania naukowe oraz nowe konstrukcje i wynalazki.

Pomimo, że nauka i technika w okresie wiktoriańskim były domeną mężczyzn (ach te nieszczęsne konwenanse...) zdarzało się, że również kobiety zajmowały się rozmaitymi badaniami, a nawet miały pewne sukcesy na polu wynalazczości. Jedną z takich osób jest lady Violet Adair - piękna, inteligentna i ciekawa świata młoda dama. Właśnie przygotowuje się do jednej z najważniejszych chwil swojego życia czyli debiutu towarzyskiego i przedstawienia królowej, ale o wiele bardziej niż towarzyskie obowiązki zajmują ją próby skonstruowania zmywarki do naczyń, która odciążyłaby służbę kuchenną. Rodzice nie mają pojęcia o tym, że córka niemal co noc wymyka się z domu, aby pracować w swoim laboratorium w jednej z robotniczych dzielnic Londynu. Dziewczyna ma jednak na tyle oleju w głowie, że nie wędruje po mieście sama: w swoje tajemnicze eskapady wciągnęła majordomusa - Alfred skrywa wiele tajemnic z własnej przeszłości, a pewne nietuzinkowe zdolności którymi dysponuje pomagają w ochronie zdrowia i życia Violet.
Niestety prace konstrukcyjne trzeba odłożyć - w czasie balu w domu Adairów umiera jeden z gości, szybko okazuje się, ze został najprawdopodobniej otruty, a niebezpieczeństwo grozi innym członkom arystokracji. Śledztwo prowadzi szefowa tajnych służb królowej, ale Violet postanawia działać na własną rękę. Razem z wiernym Alfredem ruszają na poszukiwania...

Okładka książki "Mechaniczne pająki" Coriny Bomann (ciekawa, prawda?) jest jednoznaczna - to powieść steampunkowa, a ja dodam od siebie, że przeznaczona raczej dla młodszego czytelnika.

Historia, którą serwuje nam pani Bomann jest dosyć stereotypowa, a przez to przewidywalna - główna bohaterka to nieopierzona smarkula, która prowadzi śledztwo i odnosi w nim spore sukcesy, wodząc przy okazji za nos tajne służby, mające zdecydowanie większe możliwości niż samowolna pannica (nawet jeśli pannica pochodzi z jednej z bogatszych rodzin w kraju).  Pojawia się oczywiście tajemniczy nieznajomy i choć wiele wskazuje, że należy do wrogiego obozu to budzi w młodziutkiej lady wcale nie naukowe zainteresowanie.  Czarny charakter to chyba najsłabsza postać w tej książce - zupełnie mnie nie przekonały jego racje, co więcej zrobił na mnie wrażenie rozwydrzonego bachora a nie wroga publicznego numer 1. Chociaż z drugiej strony - najwięksi psychopaci zachowywali się czasami jak rozkapryszone dzieciaki. A i do kompletu mamy jeszcze majordomusa przy którym Superman to przedszkolak...
Niespecjalnie postarała się też autorka tworząc "wnętrze" swoich bohaterów, i nie chodzi mi tu o mechaniczne części, którymi niektórzy są dosyć mocno podrasowani. Właściwie nie znajdziemy tu jakiejś przesadnej charakterystyki  - owszem to powieść fantastyczna a nie psychologiczna, ale chociaż trochę chciałabym wiedzieć co kieruje występującymi w niej osobami. Szczególnie ciekawi mnie postać szefowej tajnych służb, o której wiadomo tylko tyle, że karierę zrobiła z ogromnym trudem - no, ba, przecież to czasy wiktoriańskie, więc porządna kobieta powinna siedzieć w domu, modlić się, strofować służbę, a w wolnych chwilach rodzić kolejnych obywateli imperium... Tak, że szkoda, bo to zmarnowana postać jest.

Czytając powyższe można sądzić, że książka, kolokwialnie mówiąc "jest do bani". Otóż drogi czytelniku  muszę cię zaskoczyć: to całkiem sympatyczna rzecz jeśli szukamy lekkiej rozrywki po ciężkim dniu. Czyta się całkiem sprawnie, znajdzie się kilka humorystycznych momentów a autorka miała parę fajnych pomysłów, nazwijmy to "technicznych".

Tak więc polecam łaskawej uwadze młodzieży, która dopiero zaczyna znajomość ze steampunkiem, ewentualnie osobom szukającym odprężającej lektury (a lubiącym lekkie sf ). Odradzam natomiast gorąco starym wyjadaczom - no chyba, że już żywcem nic innego w zasięgu ręki nie macie.