Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lata dwudzieste lata trzydzieste.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lata dwudzieste lata trzydzieste.... Pokaż wszystkie posty

środa, 30 września 2015

Marple - Poirot 1:0:

Kończy się wrzesień, który z założenia miał być "Wrześniem z kryminałem" - nie do końca się udało (chociaż jakieś kryminałopodobne lektury były...), więc niech chociaż końcówka będzie z przytupem ;)
A kto jest najlepszym kryminalistą? No cóż... Tylko Agatha :)

W czasie weekendu udało mi się przeczytać dwie jej książki, a mianowicie "Wielką czwórkę" z Poirotem oraz "Trzynaście zagadek" gdzie prym wiedzie panna Marple. Tym razem zdecydowanie wygrywa Jane Marple :)

**********************************************

Panna Marple mieszka co prawda w niewielkiej wiosce jednak uważa, że obserwacje poczynione wśród jej mieszkańców dają jej obraz całego świata. Bo chociaż dekoracje mogą być różne to natura ludzka raczej się nie zmienia... Co więcej, opierając się na owych obserwacjach panna Marple potrafi rozwiązać najbardziej zagmatwane zagadki kryminalne...

"Trzynaście zagadek" to właściwie zbiór opowiadań, których głównym motywem są takie właśnie historie opowiadane w gronie znajomych. Opowiadający musi znać rozwiązanie, a pozostali uczestnicy zabawy mogą na podstawie podanych szczegółów próbować odkryć sprawcę zbrodniczego czynu. Głównym atutem tej książki jest jej różnorodność - omawiane zdarzenia to nie tylko spektakularne morderstwa, ale również historie, które na pierwszy rzut oka nie zawierają w sobie żadnego przestępstwa.

Domorośli detektywi to ludzie rozmaitych profesji, ale znający całkiem nieźle naturę ludzką - pisarz, duchowny, sędzia, lekarz, emerytowany policjant. Panowie posługują się logiką natomiast panie (bo w grze biorą udział również kobiety) stawiają na emocje. Ze wstydem trzeba przyznać, że początkowo wszyscy traktują pannę Marple z pewną pobłażliwością - ot, trochę staroświecka, śmieszna staruszka. 
Tylko jej udało się rozwiązać pierwszą zagadkę? Cóż, szczęście debiutanta. 
To samo za drugim razem? Zdarzają się takie fuksy. 
Trzecia, czwarta, piąta zagadka? No, no może i panna Marple jest staroświecka, ale intelektu i przenikliwości nie można jej odmówić...

**********************************************

Światem trzęsie miedzynarodowa organizacja przestępcza określana jako Wielka Czwórka. 
Numerem Pierwszym jest niezwykle bogaty chiński mandaryn. Numer Drugi to wpływowy amerykański biznesmen. Numer Trzeci to Francuzka - wybitna uczona, rywalka samej Marii Skłodowskiej-Curie. Numer Czwarty... O nim  niewiele wiadomo - najprawdopodobniej jest to Anglik o dosyć przeciętnym wyglądzie i niesamowitych zdolnościach aktorskich.

Poirot wie o istnieniu tej organizacji, jednak dopiero przypadek sprawia, że zaczyna się zajmować tą sprawą. I wreszcie trafia na godnego siebie przeciwnika, który wciąż jest pół kroku przed nim... Tym razem małe szare komórki nie wystarczą i trzeba się będzie posiłkować podstępem.

"Wielka Czwórka" to jedna z pierwszych powieści Agathy Christie - powstała w 1927 roku. Moim zdaniem jest ona dosyć nierówna, początkowo akcja się wlecze niemiłosiernie, a w pewnej chwili nabiera tempa iście piekielnego i pędzi do finału niczym Pendolino: nie ma jednej sprawy tylko kilka, które, siłą rzeczy, traktowane są po łebkach (tym bardziej, że czytelnik od początku ma świadomość, że stoi za tym Wielka Czwórka); Herkules jest wyjątkowo drętwy i nadęty, natomiast jego przyjaciel Hastings... No ten bohater się wyjątkowo w tej powieści nie udał. Piszę "w tej", bowiem Hastings pojawia się w kilku innych książkach Christie i z tym z "Wielkiej Czwórki" łączy go właściwie tylko nazwisko. Hastings to zasadniczo człowiek na wzór holmesowego sympatycznego doktora Watsona, jednak w omawianej książce jest to narwany, nieodpowiedzialny i mało inteligentny (żeby nie powiedzieć "głupi") osobnik. A do tego zupełnie nie potrafi się niczego nauczyć na własnych błędach...


Cóż, moim zdaniem w dorobku Agathy jest sporo innych o wiele bardziej udanych powieści.

wtorek, 22 października 2013

Na szlaku narciarskiej wyrypy

Pomimo, że mieszkam nieopodal Krakowa, to po raz pierwszy w Zakopanem byłam jako osoba już właściwie dorosła. Z tej pierwszej wizyty pamiętam niewiele - chociaż była to końcówka grudnia to pogoda była deszczowa i mglista, a Krupówki brudne, głośne i przeludnione... Jakoś nie porwała mnie magia tego miejsca, chociaż góry podobały mi się od zawsze. I tak już zostało do dzisiaj - góry jak najbardziej, Zakopane niekoniecznie. Aczkolwiek o Zakopanem poczytać mogę;)

"W stronę Pysznej" to zbiór wspomnień, których głównym bohaterem jest Józef Oppenheim - narciarz, taternik, wieloletni (drugi z kolei po Mariuszu Zaruskim) kierownik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Książka po raz pierwszy wydana była w roku 1961 i jako jej autorzy figurowali Wanda Gentil-Tippenhauer, malarka, pasjonatka gór i taternictwa, wieloletnia przyjaciółka Oppenheima oraz pisarz Stanisław Zieliński. Z jakiegoś (nieznanego mi powodu) w kolejnych wydaniach pominięto nazwisko Rudej - tak przyjaciele nazywali Wandę.

Oppenheim urodził się w Warszawie, ale kiedy w 1910 roku po raz pierwszy przyjechał do Zakopanego tak się nim zachwycił, że pozostał tam na stałe. Bardzo szybko stał się jednym z najbardziej aktywnych propagatorów narciarstwa (wtedy jeszcze jeżdżono z jednym, długim kijem) i pomysłodawcą tzw. wyryp, czyli kilkunastogodzinnych wypraw narciarskich, których uczestnicy przechodzili za jednym zamachem kilkanaście szczytów i przełęczy. Był też wytrawnym taternikiem - dokonał kilku pierwszych wejść zimowych, m.in. na Kaczy Szczyt czy Mięguszowiecki Szczyt Czarny. 
W czasie, kiedy Oppenheim przybył do Zakopanego, inny entuzjasta gór i turystyki górskiej Mariusz Zaruski tworzył podwaliny ratownictwa górskiego. W nowo utworzonym TOPR-ze znalazł się również przybysz z Warszawy i bardzo szybko stał się prawą ręką Zaruskiego, do tego stopnia, że kiedy w 1914 roku Zaruski poszedł walczyć w szeregach Legionów to właśnie Oppenheim przejmuje po nim kierownictwo Pogotowia i pozostaje na tym stanowisku aż do wybuchu II wojny światowej. Okupację przebył z dala od Tatr, ale w 1945 roku wrócił do swoich ukochanych gór. Niestety nie na długo - 28 lutego 1946 roku został zamordowany we własnym mieszkaniu w Kościelisku. Jego grób znajduje się na Nowym Cmentarzu w Zakopanem.

"W stronę Pysznej" oprócz opowieści o Oppenheimie zawiera wiele wspomnień i anegdot dotyczących środowiska narciarzy i taterników. Na kartach książki ożywają charakterystyczne postacie międzywojennych szlaków - przewodnicy górscy, miłośnicy turystyki wysokogórskiej ale również ludzie nie rozumiejący gór, pchający się w przysłowiowych szpilkach na Giewont, swoim zachowaniem narażający nie tylko siebie ale i innych. Góry oglądane z Krupówek czy z bitej drogi do Morskiego Oka przyciągają swoim majestatycznym pięknem, ale wielu w tym zachwycie zapomina, że są one również niebezpieczne i zdradliwe - w każdej chwili może zmienić się pogoda, może przyjść mgła i deszcz, a wtedy nawet znana niemal na pamięć trasa może okazać się śmiertelnie niebezpieczna.

Książka Stanisława Zielińskiego to kolejna piękna i nostalgiczna opowieść o świecie, który nieodwracalnie przeminął. Warto jednak po nią sięgnąć - sądzę, że przypadnie do gustu każdemu, nie tylko osobom zafascynowanym górami.

czwartek, 26 września 2013

Wojna polsko-polska czyli przewrotnie o przewrocie majowym

Powodów dl których autor pisze książkę jest wiele: bo lubi, bo ma ciekawą historię do opowiedzenia, bo chce zwrócić uwagę potencjalnych czytelników na jakiś ważny problem, bo znajomi namawiają, bo uważa, że skoro sąsiadka wydała swoje pamiętniki to on też może - można by jeszcze wiele innych, mniej lub bardziej poważnych powodów wymieniać. Nierzadko zdarza się też, że dzieło powstaje z powodów czysto ekonomicznych... Powód dobry jak każdy inny, ale niewielu autorów lubi się przyznawać do tego, że pisze dla pieniędzy.
Jednym z wyjątków od tej reguły była Magdalena Samozwaniec, która w swojej autobiograficznej książce "Maria i Magdalena" niefrasobliwie przyznaje się do tego, że literatura stanowiła dla niej źródło dochodów. Przytacza m.in. historię o tym jak w czasie przewrotu w maju 1926 roku przebywała wraz z siostrą w warszawskim hotelu Bristol (jej ojciec Wojciech Kossak miał tam pracownię) i skończyły im się fundusze. W oczy siostrzyczek zajrzał głód i wtedy jak z nieba spadła im propozycja od znajomego wydawcy - jest zapotrzebowanie na satyryczny obraz tego co dzieje się na ulicach Warszawy. Zleceniodawca całkiem nieźle zapłaci, ale tekst ma być gotowy na następny dzień rano... Siostry ostro wzięły się do roboty i kiedy po kilkunastu godzinach do ich drzwi zapukał kurier dziełko pt. "Kartki z pamiętnika młodej mężatki" było już gotowe. Wydawca miał (podobnie jak Magdalena) nosa do interesów i książeczka rozeszła sie błyskawicznie, tak że jeszcze w kilka miesięcy później wyszło drugie wydanie wzbogacone o tekst "Kłopoty z doktorem".

Narratorką "Kartek" jest Polka zamężna za Francuzem, od jakiegoś czasu mieszkająca w Paryżu, która w owe przełomowe dni przebywa w Warszawie. Mimi Bigourdan (de domo Bączkowska) to osóbka zupełnie niezorientowana w polskiej polityce tamtego okresu, taka trochę "inteligentna inaczej" więc kiedy słyszy strzały na ulicach Warszawy zupełnie nie jest w stanie ogarnąć co sie właściwie dzieje - na marginesie trzeba przyznać, że wiele osób o ilorazie inteligencji znacznie wyższym również nie do końca wiedziało o co chodzi.
Mimi po początkowym ataku paniki ogarnia patriotyczna gorączką i ma nadzieję, że "nasi" wygrają. Dlatego wiadomość, że po obu stronach barykady stoją "nasi" jest dla niej prawdziwym ciosem...

Pomimo, że od wydarzeń z maja 1926 roku minęło już niemal 90 lat to w dalszym ciągu budzą one kontrowersje. Czy Piłsudskim kierował interes narodowy czy tylko ambicja, co skłoniło go  do wystąpienia przeciwko swoim dawnym współpracownikom i dlaczego akurat w tym a nie innym czasie - tego pewnie jednoznacznie nie dowiemy się nigdy. Faktem jest, że w czasie wydarzeń majowych Warszawa poniosła poważne straty materialne, 379 osób (w tym 164 cywilów) straciło życie a dalsze 920 odniosło rany. Wygrali piłsudczycy i przez kolejne 13 lat to oni stali na czele państwa. Zwycięstwo to jednak nie było tak druzgocące jak się spodziewali, co więcej, gdyby nie akcja kolejarzy, którzy zatrzymali pociągi z posiłkami dla wojsk rządowych a przepuścili te wiozące stronników Komendanta, to wcale nie ma pewności, że udałoby się im odnieść sukces.

Książka Magdaleny Samozwaniec doczekała się w powojennej Polsce również kilku wydań, ale ja chciałabym zarekomendować to, które stoi na mojej półce. Jest to edycja wydawnictwa WAB z 2011 roku. Książka wydrukowana na grubym papierze, z twardą okładką a zasadniczy tekst poprzedzony jest wstępem Rafała Podrazy. Do książki dołączone jest dokładne kalendarium wydarzeń oraz posłowie pióra Jana Wróbla, w którym autor kreśli krótki rys historii odrodzonej Polski, oraz stara się scharakteryzować i obiektywnie ocenić ten akurat fragment życiorysu Józefa Piłsudskiego. Całość zdobią liczne fotografie głównych postaci tamtych wydarzeń, widoki Warszawy z okresu walk oraz kilka zdjęć autorki z lat międzywojennych.
Dla wielbicieli pisarki to pozycja obowiązkowa, tym bardziej, że raczej odbiega od głównego nurtu jej twórczości.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Lektury małoletniej Ani - odc. 8

Nie wiem jak to się stało, że jeszcze nie pojawiła się w tych wspominkach jedna z najukochańszych autorek mojego (i pewnie nie tylko mojego) dzieciństwa, kanadyjska pisarka Lucy Maud Montgomery... Czas wiec nadrobić to zaniedbanie, tym bardziej, że co jakiś czas sięgam do jej książek - stoją sobie na osobnej półce i na pierwszy rzut oka widać po nich wytężoną eksploatację.

Jako, że z twórczością tej akurat autorki wszyscy spotkaliśmy się w szkole podstawowej ("Ania z Zielonego Wzgórza" nie daje się już od lat reformatorskim zabiegom i tkwi sobie spokojnie na liście lektur dla klasy VI, co więcej, pomimo, że książka uznana jest za "dziewczyńską" to i chłopcy czytają ją bez większych oporów) to chyba nie ma potrzeby wypisywania tu jakiejś szczegółowej biografii. Przypomnę tylko, że przyszła na świat w 1874 roku w Clifton na Wyspie Księcia Edwarda, jej matka zmarła kiedy dziewczynka miała niespełna 2 lata, a ojciec oddał ją na wychowanie teściom i wyjechał. Lucy przez pół życia związana była z wioską Cavendish - mieszkała w niej aż do czasu swojego zamążpójścia w 1911 roku. Po ślubie przeniosła się do Leaskdale w Ontario gdzie jej mąż objął obowiązki pastora. Lucy Maud resztę życia spędziła poza Wyspą Księcia Edwarda, dopiero kiedy zmarła w 1942 roku powróciła w rodzinne strony - jej grób znajduje się na cmentarzu w Cavendish.

Najbardziej znanymi utworami tej kanadyjskiej pisarki jest oczywiście cykl powieści o rudowłosej Ani Shirley znanej jako "Ania z Zielonego Wzgórza". Bardzo popularny jest również cykl o "Emilce ze Srebrnego Nowiu", oraz jedyna w dorobku autorki powieść dla dorosłych czyli "Błękitny Zamek". Lucy Maud Montgomery napisała jeszcze kilka innych książek, ale ich popularność jest już dużo mniejsza. A szkoda, bo to utwory godne uwagi - moim zdaniem szczególnie opowieść o  małej Jance ze Wzgórza Latarni.

Jedenastoletnia Janina Wiktoria Stuart mieszka wraz z matką w rezydencji swojej babki przy ulicy Wesołej w Toronto. Źle się czuje w tym domu, podświadomie czuje, że babka jej nie lubi, nie ma przyjaciół, jest niezdarną, zakompleksioną i bardzo wrażliwą dziewczynką. Niespodziewanie jej życie wywraca się do góry nogami - okazuje się, że jej ojciec, o którym była przekonana, że zmarł wiele lat temu, jednak żyje. Co więcej żąda, aby dziewczynka przyjechała do niego na wakacje na Wyspę Księcia Edwarda. Początkowo Janka nie chce spotkać się z człowiekiem o którym nic nie wie, jednak nie ma wyboru - matka przygotowuje ją do podróży i pewnego czerwcowego dnia dziewczynka rusza na spotkanie ojca. Szybko okazuje się, że jej strach nie miał żadnych podstaw i niemal od pierwszej chwili pomiędzy nią o jej tatą powstaje silna więź. I tak oto zaczyna się dla Janki cudowne lato, które zmieni ją w zupełnie inną osobę...

Bohaterki Lucy Maud Montgomery to najczęściej dziewczynki z rozbitych rodzin czy wręcz sieroty, zdane na łaskę krewnych bądź opieki społecznej. Wrażliwe, z bogatą wyobraźnią, szybko zyskują sobie sympatię tak czytelnika jak i otoczenia, a obdarzone przyjaźnią odpłacają lojalnością i wiernością. Ich postawa ma niejednokrotnie wpływ również na dorosłych - rodzice Janki muszą dla jej dobra odrzucić stare urazy i podjąć kilka ważnych a zarazem trudnych decyzji.

"Jana ze Wzgórza Latarni" to jedna z ostatnich książek, które wyszły spod pióra Lucy Maud - powstała w 1937 roku, więc siłą rzeczy warstwa obyczajowa różni się od historii o Ani czy Emilce, które powstały na początku wieku - krótsze sukienki, coraz więcej samochodów, udogodnienia w życiu codziennym (chociażby coraz powszechniejsze telefony) to tylko niektóre przykłady. Co jednak widać wyraźnie w tej książce to większa swoboda, którą dysponują kobiety - rzecz dzieje się w okresie międzywojennym. Szczególnie jest to widoczne w sposobie bycia  matki Janki oraz jej starszej siostry. Ciotka Gertruda to osoba z poprzedniej epoki, ograniczona konwenansami stara panna, zależna od matki i brata. Ona nigdy nie zdobyłaby się na bunt wobec rodziny tak jak to zrobiła matka Janki poślubiając Andrzeja Stuarta. I choć później jej małżeństwo się rozpadło to jednak pozostał w niej nikły płomyk wolności, który, w sprzyjających warunkach być może jeszcze raz zapłonie...

Historia o Jance jest wzruszająca, ale równocześnie zabawna - dziewczynka ma charakterek, który niejednokrotnie da się we znaki otoczeniu. Ma też przeróżne pomysły i talent do przyciągania  przygód.
Mam nadzieję, że jeśli jeszcze nie znacie Janki Stuart to te kilka zdań zachęci was do zawarcia znajomości z tą niezwykle sympatyczną dziewczynką i spędzicie miło czas w jej towarzystwie.

piątek, 26 lipca 2013

Ostatni co tak potrafił zaczarować morze, statek i jego pasażerów...

Kiedy w 1918 roku Polska odzyskała niepodległość wiadomym było, że praktycznie wszystkie działy gospodarki trzeba będzie budować od podstaw. 
Nie inaczej było z żegluga morską - nie było statków, brakowało wyszkolonych marynarzy i właściwie nie istniała polska kadra oficerska.  Jednak entuzjazm, który towarzyszył pierwszym latom odbudowy szybko przełamał te trudności - w 1920 powstała Szkoła Morska w Tczewie szkoląca przyszłych mechaników i nawigatorów, a w 1927 roku wybudowane we francuskich stoczniach SS "Wilno", SS "Kraków", SS "Katowice", SS "Poznań" i SS "Toruń" dały początek Polskiej Marynarce Handlowej. W tym samym roku wzbogaciła się Żegluga Polska o dwa statki pasażerskie SS "Gdańsk" i SS "Gdynia", które pływały po Bałtyku. Do pełni szczęścia brakowało jeszcze tylko wielkich transatlantyków...
Trzy lata później Polskie Transatlantyckie Towarzystwo Okrętowe zakupiło od duńskiego armatora trzy statki, które pływały pod polską banderą jako SS "Polonia", SS "Pułaski" i SS "Kościuszko".   Dowódcami tych statków zostali ludzie, którzy doświadczenie i oficerskie szlify zdobywali we flotach państw zaborczych - Zdenko Knötgen, były oficer marynarki wojennej Austro-Węgier został kapitanem "Pułaskiego", "Polonię" objął kpt. Mamert Stankiewicz, wychowanek Morskiego Korpusu Kadetów w Petersburgu, natomiast SS "Kościuszko" miał się stać przez kilka następnych lat polem działania kapitana Eustazego Borkowskiego. Sylwetkę tego ostatniego przybliża Karol Olgierd Borchardt w swojej książce "Szaman Morski".

Kpt. Eustazy Borkowski
Jeżeli wierzyć obiegowej opinii, że ludzie morza mają wyjątkową wręcz fantazję, to trzeba przyznać, że kapitan Borkowski swoimi pomysłami mógł obdzielić kilka osób i jeszcze sporo by mu zostało...
Początki jego kariery są dosyć tajemnicze - wiadomo, że był z pochodzenia warszawianinem, że w wieku 14 lat rzucił szkołę i uciekł na morze gdzie rozpoczął karierę od "posady" chłopca okrętowego. W późniejszych latach ukończył Szkołę Morską w Rydze i pływał w rosyjskiej marynarce handlowej. Po I wojnie światowej przez 10 lat był taksówkarzem w Paryżu, aż wreszcie w 1929 roku wrócił do Polski i został zatrudniony przez Polskie Transatlantyckie Towarzystwo Okrętowe, początkowo na  parowcu, a od 1931 roku jako kapitan SS "Kościuszko". 

I tu wreszcie mógł rozwinąć pan Eustazy pełnię swojego talentu i fantazji. 
Po pierwsze trzeba pasażerom udowodnić, że na żadnym innym statku nie będą tak bezpieczni jak na "Kościuszce i, że żaden inny kapitan tak o nich nie zadba jak kapitan Borkowski. I oto pasażerowie w czasie obiadu są świadkami jak kapitan przyjmuje raport ociekającego wodą oficera wachtowego; wybrane grono odwiedza mostek, gdzie kapitan po sprawdzeniu wyznaczonego kursu odnajduje niewielkie odchylenie i każe sternikowi skorygować kurs o pół stopnia (rzecz w praktyce niewykonalna, ale przecież pasażerowie tego nie wiedzą); w czasie koktajlu z bardzo ważnymi osobistościami kapitan musi podyktować kilka niezwykle ważnych depesz we wszystkich niemal europejskich językach - to tylko kilka przykładów autopromocji kapitana.
Po drugie pasażerowie nie mogą się na jego statku nudzić - wymyśla więc kapitan wybory miss statku, urządza dla szczególnie ważnych gości kolacje w kajucie kapitańskiej połączone ze spektaklami poetycko-muzycznymi, w chłodni przechowywane są świeże kwiaty, które otrzymują pasażerki na zakończenie rejsu, przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Największym chyba wyczynem w kwestii niekonwencjonalnego podejścia do pasażerów było urządzenie na statku chrzcin... czterech bizonic podarowanych Prezydentowi RP przez Polonię kanadyjską. Kapitanowi udało się nawet tak skołować kapelana, że chociaż był zdecydowanie przeciwny tej uroczystości ostatecznie sowicie pokropił wodą święconą cztery bizonie głowy.

O mniej lub bardziej szalonych pomysłach Szamana Morskiego można by opowiadać jeszcze długo, ale jedno jest pewne - aby mógł czarować władze, pasażerów oraz konkurencję musiał mieć Eustazy Borkowski solidne zaplecze w osobach swoich oficerów. Współpracownicy Szamana, oprócz tego, że mieli dużą wiedzę fachową, musieli nadawać na tych samych falach co kapitan - szczególnie widoczne stało się to w chwili kiedy Borkowski zastępował przez pewien czas chorego kpt. Stankiewicza. Załoga "Polonii" nie przyzwyczajona do ekstrawagancji kapitana nie do końca potrafiła się do niego przystosować i obydwie strony z ulgą powitały powracającego z urlopu Mamerta Stankiewicza.

"Szaman Morski" Borchardta to, podobnie jak "Znaczy Kapitan" zbiór opowiadań, gawęd przedstawiających tę niezwykle barwną postać. Początkowo opowiadań było 17 i opisywały te wyczyny Eustazego Borkowskiego, których autor był naocznym świadkiem. Jednak kiedy chciał wydać swoją książkę, okazało się, że jest ona "za chuda" - dodał więc Borchardt kilka historyjek o Szamanie, które poznał niejako z drugiej ręki. Oprócz opowiadań poświęconych Borkowskiemu zamieścił też kilka tekstów na temat kpt. Edwarda Pacewicza (będącego kapitanem "Kościuszki" po tym jak Borkowski przeszedł na zwodowanego w 1937 roku "Batorego"), a zakończył swoją książkę rozdziałem "Ostatnia parada" będącym krótkim podsumowaniem losów siedmiu transatlantyków, pływających pod polską banderą w okresie międzywojennym.

Dwóch bohaterów książek Karola Olgierda Borchardta, Mamerta Stankiewicza ("Znaczy Kapitan") i Eustazego Borkowskiego ("Szaman Morski") wiele dzieliło (jeśli wierzyć opinii autora nie przepadali za sobą), prezentowali zupełnie różne podejście do dowodzenia statkiem, mieli całkiem inne charaktery, jest jednak coś co ich łączyło - miłość do morza i statków na których przyszło im pływać. Pozostaje tylko żałować, że wraz z ich odejściem skończył się pewien okresw podróżach morskich, a kapitanowie dzisiejszych statków rzadko bywają osobowościami na miarę Szamana Morskiego czy Znaczy Kapitana...

wtorek, 23 lipca 2013

Morskie opowieści

Kpt. Karol Olgierd Borchardt
Sto lat temu żył sobie w Wilnie pewien chłopiec, który bardzo chciał zostać Indianinem. Do realizacji tego marzenia solidnie się przykładał hartując swoje ciało i ćwicząc opisywane w książkach indiańskie umiejętności, jednak w pewnym momencie zrozumiał, że rzecz jest niemożliwa do przeprowadzenia. Mógł się nauczyć bezszelestnego poruszania, tropienia zwierzyny, strzelania z łuku i jazdy na dzikim mustangu, jednak jednej rzeczy nie był w stanie zrobić - nie mógł zmienić koloru skóry...
Na szczęście w jego ulubionej książce o Indianach była historia o hiszpańskich przemytnikach i ilustracja przedstawiająca żaglowiec i wspinającego się po linie marynarza. I tak niedoszły czerwonoskóry postanowił zostać marynarzem. Przez następne kilka lat wytrwale ćwiczył, rozwijał muskulaturę, trenował lekkoatletykę, gimnastykę i akrobatykę oraz podnoszenie ciężarów i zapasy. Uczył się też pilnie języka francuskiego, bowiem wybierał się do jednej z francuskich szkół morskich. Na szczęście zanim kandydat na wilka morskiego zdał maturę powstała pierwsza polska Szkoła Morska w Tczewie i do niej skierował swoje kroki młody wilnianin. Pomimo przeciwności losu (przy pierwszym podejściu nie przeszedł badań lekarskich) nie zrezygnował ze swojego marzenia i wreszcie w 1925 roku został przyjęty na wydział nawigacyjny tczewskiej szkoły. Tak rozpoczęła się morska przygoda Karola Olgierda Borchardta, kapitana żeglugi wielkiej i najwybitniejszego polskiego pisarza - marynisty.

Kpt. Mamert Stankiewicz
Pierwszym statkiem na który zaokrętowany został młody Karol był szkolny żaglowiec "Lwów", którego dowódcą był kapitan Mamert Stankiewicz. Po ukończeniu szkoły w 1928 roku pływał Borchardt na różnych jednostkach i z różnymi kapitanami, jednak większość jego oficerskiej kariery związana była ze statkami dowodzonymi przez Stankiewicza - "Polonią", "Piłsudskim" wreszcie "Batorym". W 1938 roku został Karol zastępcą dowódcy "Daru Pomorza", jednak wybuch wojny po raz kolejny połączył ścieżki kapitana Stankiewicza i jego starszego oficera, którzy na "Piłsudskim" przerobionym na transporter pływać mieli w konwojach. Niestety, w listopadzie 1939 roku statek został zatopiony, a jego kapitan zmarł ratując członków załogi...

Karol Borchardt został ranny w tej katastrofie, a kiedy po wyzdrowieniu udał się na grób swojego wieloletniego dowódcy złożył mu obietnicę, że napisze o swoim kapitanie serię opowiadań - utworów miało być 37, bowiem 3 i 7 to były ulubione liczby kapitana Stankiewicza.
Przyrzeczenia swojego dotrzymał, wspomnienia o kapitanie Stankiewiczu ukazywały się początkowo w prasie, aż wreszcie doczekały się wydania książkowego: w 1960 roku światło dzienne ujrzała książka  "Znaczy Kapitan" - tytuł nawiązuje do słowa, którym kapitan Stankiewicz zaczynał niemal każdą swoją wypowiedź.

"Znaczy Kapitan" to książka o morzu i ludziach, którzy pokochali je bezgraniczną  miłością. To opowieść o wielkiej przygodzie, która czeka za horyzontem ale też o ciężkiej i często niebezpiecznej codziennej pracy marynarzy. Jako, że pisał ją oficer nawigator nie ustrzegł się od zamieszczenia w niej szczegółów technicznych dotyczących jego specjalności, są też fragmenty mówiące o sprzęcie i maszynach dzięki którym statki mogą poruszać się po morzu, ale te opisy są na tyle rzadkie, że nie nudzą, a wręcz pomagają poczuć atmosferę panującą na mostku transatlantyku.
Autor miał to szczęście, że rozpoczynał swoją karierę jeszcze na żaglowcu i pierwsze 11 opowieści dotyczy rocznego pobytu na szkolnym "Lwowie" - romantyzm, przyjaźń, praca ale i zabawa, ogromny entuzjazm to najważniejsze cechy tej części zbioru. Duża część załogi to uczniowie, trzymają się ich psoty i kawały, ale w razie potrzeby potrafią stanąć na wysokości zadania, nieważne czy chodzi o walkę ze sztormowym wiatrem czy o wizytę u króla Szwecji.
Pozostałe teksty dotyczą już statków motorowych, które obsługiwały linie europejskie oraz transatlantyków. Tu już większość pracy wykonywały maszyny, jednak nawet najbardziej zaawansowana technologia nie mogła zastąpić kompetentnych oficerów. A kompetencje te zawdzięczali po części szkole ale przede wszystkim dowódcy - mieli bowiem możliwość uczyć się zawodu od jednego z najlepszych. kapitanów tamtego okresu.

Literacki portret kapitana Stankiewicza stworzony przez Borchardta ukazuje nam człowieka niezwykle opanowanego, poważnego, niemal zupełnie pozbawionego poczucia humoru, wymagającego ale równocześnie sprawiedliwego wobec podwładnych, fachowca i służbistę (w tej akurat sytuacji to nie jest wada - od przestrzegania regulaminu zależało często życie załogi i pasażerów) nie spoufalającego się z załogą. Na podstawie tej krótkiej charakterystyki można wysnuć przypuszczenie, że taki dowódca to istny dopust boży. Tymczasem czytając kolejne teksty szybko dojdziemy do wniosku, że podwładni darzyli swojego kapitana ogromnym szacunkiem i sympatią, i robili wszystko aby zasłużyć na jego akceptację. Pływanie z kapitanem Mamertem Stankiewiczem to była swego rodzaju nobilitacja, której dostąpić mogli tylko najlepsi.

Karol Borchardt przyznaje w kilku tekstach, że nie posiada talentu literackiego, szkolne wypracowania pisał w stylu telegraficznym i zadanie jakiego się podjął jest dla niego poważnym wyzwaniem. Być może niektórych razić będzie nieco naiwny styl tych opowieści, nadmierny entuzjazm autora i koloryzowanie rzeczywistości. Ale cytując słowa pewnej szanty:

Może ktoś się będzie zżymał,
Mówiąc, że to zdrożne wieści,
Ale to jest właśnie klimat
Morskich opowieści"


I taki klimat udało się autorowi odtworzyć na kartach tej książki. Serdecznie polecam tę lekturę, a sama zabieram się za kolejną morską opowieść, która wyszła spod pióra Karola Olgierda Borchardta pt. "Szaman morski".


niedziela, 16 czerwca 2013

Zagmatwane losy wielkiego ucznego

Kim był Jan Czochralski?
Cóż na to pytanie pewnie niewielu z Was, drodzy czytelnicy, potrafi odpowiedzieć. Żaden wstyd - ja też nie miałam pojęcia o życiu i dorobku tego człowieka dopóki nie przeczytałam jego biografii, której autorem jest dr Paweł E. Tomaszewski, pracownik naukowy wrocławskiego oddziału PAN, od kilkudziesięciu lat zbierający materiały dotyczące tego światowej sławy uczonego.

Siedzę teraz przed ekranem komputera, obok leży telefon komórkowy, mąż ogląda coś w telewizji a dziecko słucha jakiejś bajki na CD - i już jestem świadoma, że wszystkie te elektroniczne ustrojstwa zawdzięczamy w dużej mierze profesorowi Czochralskiemu, którego odkrycia w dziedzinie krystalografii (tzw. "metoda Czochralskiego") dały podwaliny dzisiejszej elektronice i elektrotechnice.
Jak to więc jest możliwe, że nawet przypadkiem nie słyszałam do tej pory tego nazwiska?
Cóż w dużej mirze winna jest temu nasza historia  najnowsza...

Jan Czochralski przyszedł na świat w 1885 roku w Kcyni, niewielkim miasteczku na Pałukach (północno-wschodnia Wielkopolska). Już jako młody chłopak wykazywał zainteresowanie chemią i z tą dziedziną postanowił związać swoje dalsze życie. Ponieważ w rodzinnych stronach nie mógł rozwijać swoich zainteresowań wyjechał do Berlina, gdzie dosyć szybko dał się poznać jako świetny fachowiec (chociaż bez dyplomu uniwersyteckiego).
Chociaż Czochralski niejednokrotnie słowem i czynem udowadniał swoja polskość nie wrócił do kraju po odzyskaniu niepodległości. Uczynił to dopiero w 1928 roku na osobiste zaproszenie prezydenta Ignacego Mościckiego. W Warszawie zajął się organizowaniem przy Politechnice Warszawskiej Instytutu Metaloznawstwa (jednego z najlepszych na świecie w tamtych czasach) i pracą naukową. Niestety wybuch wojny przerwał jego karierę, a po wyzwoleniu, decyzją Senatu PW został pozbawiony profesury i odmówiono mu ponownego przyjęcia w poczet pracowników uczelni. Uczony wrócił do swojej rodzinnej Kcyni, gdzie zmarł w 1953 roku. 

Autor biografii omawia w niej dorobek naukowy Czochralskiego, ale przede wszystkim stara się oczyścić dobre imię profesora. A zarzutów przeciwko niemu uzbierało się całkiem sporo - począwszy od pracy w niemieckich instytucjach związanych z wojskowością w latach dwudziestych, poprzez niejasności dotyczące obywatelstwa (wg prawa niemieckiego obywatel nie może się go sam zrzec i musi być ono odebrane z urzędu) aż do nieco dwuznacznej działalności profesora w czasie II wojny światowej.
Istnieje wiele poszlak wskazujących na współpracę Czochralskiego z polskim wywiadem wojskowym oraz strukturami Państwa Podziemnego - zrozumiałe, że do tej akurat działalności nie mógł się profesor w powojennej rzeczywistości głośno przyznawać...
W książce odmalował również autor niezbyt pochlebny obraz środowiska naukowego PW - było wiele osób nieprzychylnie nastawionych do Czochralskiego, które wykorzystały każdą sposobność aby pomniejszyć jego zasługi i głosić go zdrajcą narodu i ojczyzny.
Trzeba było wielu lat, aby te krzywdzące opinie obalić - dziś Czochralski odzyskuje należne mu miejsce w panteonie polskiej nauki. Do tego stopnia, że decyzją Sejmu RP bieżący rok ogłoszony został Rokiem Jana Czochralskiego.

Przyznam się, że książka była dla mnie dosyć trudną lekturą - przede wszystkim ze względu na tematykę, którą zajmował się profesor Czochralski. Ja jestem humanistka, o chemii mam pojęcie nikłe, a o fizyce wręcz żadne - więc opisy prac naukowych, wynalazków i patentów to dla mnie czarna magia była. I przyznaję z ręką na sercu, że po tych akurat fragmentach to się tylko "prześliznęłam". Natomiast fragmenty dotyczące biografii oraz kontrowersji wokół wielkiego uczonego bardzo mnie zaciekawiły.

Dobrze, że dr Paweł Tomaszewski podjął się przybliżenia opinii publicznej postaci Jana Czochralskiego. Widać jednak, że książkę pisał naukowiec ("ścisłowiec") a nie biograf. 
Miejmy nadzieję, że doczeka się profesor (nie ujmując nic panu Tomaszewskiemu) bardziej zbeletryzowanej historii swojego życia... 

sobota, 1 czerwca 2013

Deszczowe lektury

Czy ktoś może wie, kiedy skończą się te deszcze???
W Boże Ciało zalało nas po raz trzeci w tym miesiącu (poprzednio 3 i 20 maja) a dzisiaj też pada prawie cały dzień... Czy to wszędzie tak, czy tylko pod Miechowem?
Jedyną "dobrą" stroną takiej aury jest fakt, że sobie można (z przerwami na ratowanie obejścia) poczytać...

Dzisiaj kilka słów o dwóch książkach, które przeczytałam dzięki sympatycznym BiblioNETkowiczkom w ramach akcji "Wędrujące książki".

Anna Łacina to autorka książek skierowanych raczej do młodszego pokolenia niż moje, ale nie ma przecież zakazu, żeby osoba całkiem dorosła nie mogła sobie przeczytać młodzieżówki. Tym bardziej, że rzeczona  młodzieżówka jest dobrze napisana i dotyczy ważnego problemu, jakim jest zaufanie (lub jego brak).

Bohaterkami książki "Kradzione róże" są siostry Jaśmina i Róża Celer, a akcja dzieje się w ciągu trzech miesięcy 2008 roku. Niby krótko, ale te kilka tygodni rodzina Celerów zapamięta na całe życie.
Jaśmina skończyła drugi rok studiów medycznych i wybiera się na wakacyjną wędrówkę do Grecji razem z grupą przyjaciół. Jest wśród nich Romek, z którym kiedyś łączyło ją uczucie, i który w dalszym ciągu, pomimo, że zawiódł jej zaufanie, nie jest jej obojętny. 
Róża właśnie zdała maturę i jak co roku wybiera się na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Po raz pierwszy idzie sama, bez siostry. Na Jasnej Górze poznaje Ariela i spontanicznie postanawia z nim jechać jeszcze do Krakowa, do sanktuarium w Łagiewnikach. Zawiadamia rodziców, że wróci dwa dni później. Jednak w wyznaczonym terminie dziewczyna nie wraca, a jej telefon jest wyłączony...

Jaśmina i Róża znajdują się w całkowicie odmiennej sytuacji, jednak obydwie muszą podjąć taką samą decyzję - czy zaufać drugiemu, właściwie obcemu, człowiekowi? 
Czy Jaśmina powinna dać drugą szansę Romkowi? Czy pomimo dwuletniej znajomości zna go naprawdę, czy tylko jej się zdaje, że wie o nim wszystko?
Czy Róża może zaufać nieznajomemu mężczyźnie, który jest wobec niej odpowiedzialny i opiekuńczy? Czy  może zawsze należy zachować jakiś margines nieufności?

To jedna z tych książek, które każda nastolatka przeczytać powinna, opowiada bowiem o problemach, które mogą dotknąć każdej z nich. Ale i starsze dziewczyny nie raz i nie dwa razy mogą stanąć przed taką sytuacją jaka stała się udziałem Róży i Jaśminy. Książkę polecałabym również rodzicom nastolatków - lata pracy w szkolnictwie umocniły we mnie w przekonaniu, że wielu z nich nie ma pojęcia z czym zmagają się ich dzieciaki. I to wcale nie chodzi o rodziny dysfunkcyjne czy patologiczne. Bardzo często rodzicom wydaje się, że mają ze swoim dzieckiem bardzo dobry kontakt i wychowali go tak, że powinno poradzić sobie w każdej sytuacji. Niestety, życie pisze takie scenariusze, że nawet południowoamerykańskie seriale przy nich wysiadają...
Poszukiwania córki są niezwykle wyczerpujące dla całej rodziny Celerów i ich przyjaciół - na każdy sygnał, że gdzieś pojawiła się dziewczyna podobna do Róży wsiadają w pociąg lub samochód i pędzą do Łeby, Poznania, Warszawy czy Szczecina z nadzieją, że może tym razem się uda odnaleźć zaginioną...

I już tak całkiem na koniec popsioczę sobie na polskie prawo - policja nie przyjmuje początkowo zgłoszenia o zaginięciu Róży - jest pełnoletnia, nie ma znamion porwania (np. żądanie okupu), a samo przeświadczenie rodziców, że dziewczyna nigdy by tak nie zniknęła bez śladu to za mało. Dopiero kiedy na jaw wychodzą nowe fakty policja rozpoczyna czynności operacyjne. Tylko, że to może być już za późno...

*****************************************

O ile o Annie Łacinie zdarzyło mi się już słyszeć, o tyle nazwisko autora drugiej książki nic mi nie mówiło. O tym, by przeczytać "Oko czerwonego cara" zadecydowała nota wydawcy...
I cóż, powiem tak - ta książka to raczej nie powinna trafić na polski rynek, bo my coś za blisko Matuszki Rosji żyjem i o pewnych sprawach nieco więcej wiemy niż przeciętny Jankes - książkę Amerykaniec napisał, więc stawiam, że dla swoich ziomków, a myśmy ją dostali, bo "za oceanem to bestseller".

Ale do adrema: car Mikołaj II przyjął do służby Fina Pekkalę i na okoliczność jego nadzwyczajnych zdolności oraz kryształowej uczciwości zrobił go swoim człowiekiem do zadań specjalnych, nadał mu pseudonim "Szmaragdowe Oko" oraz dał nieograniczoną władzę. Niestety wkrótce wybucha wojna, potem rewolucja, carska rodzina zostaje wymordowana a ciała ukryte. Pekkala trafia do obozu pracy w którym przebywa przez 9 lat, aż wreszcie zostaje zwolniony na rozkaz samego Czerwonego Cara czyli Josifa Wissarionowicza Dżugaszwili, bardziej znanego jako Józef Stalin.
Pekkala jest bowiem bardziej potrzebny Stalinowi w Swierdłowsku (dawniej Jekaterynburg) niż w Lesie Krasnogolańskim. Zaufany człowiek cara Mikołaja ma rozwiązać zagadkę śmierci Romanowów oraz, co ważniejsze, znaleźć legendarne skarby carskiej rodziny.

Że autor nie trzyma się prawdy historycznej? Z bólem, ale jestem to w stanie przełknąć - szczątki rodziny carskiej odkryte zostały dopiero w 1976 roku (a ciała Marii i Aleksego w 2007) więc Pekkala musiałby żyć w dobrym zdrowiu ze 150 lat - takiej bzdury to nawet Amerykanie nie kupią. Tym bardziej, że książka nie jest powieścią historyczną - a nawet Kraszewski i Matejko naginali prawdę historyczną do swoich potrzeb.

O wiele bardziej drażniło mnie tło obyczajowe:
  • Gość ma w domu skład amunicji, wszyscy, łącznie z miejscowym komendantem milicji wiedzą o tym i nikt nic nie robi, a przecież za mniejsze wykroczenia groziła śmierć. 
  • W 1929 roku istnieje żeński klasztor (co prawda jest właśnie likwidowany) a mniszki mają w nim... pianino... Ciekawe po co? 
  • Czerwonoarmijcy są czytaci i pisaci, a komisarz Kirow (uczył się na szefa kuchni, ale szkołę zamknięto i został milicjantem) to wręcz erudyta.
  • Co i rusz pojawiają się osoby, które w jakiś sposób związane były z caratem i w dalszym ciągu pracują, nawet na wyższych stanowiskach (np. komendant milicji w Swierdłowsku)
  • Pekkala po 9 latach obozu pracy dostaje wszystkie swoje rzeczy, które mu zabrano w czasie aresztowania.
  • Stalin, który w 1918 miał całkiem inną fuchę, osobiście zajmuje się przesłuchiwaniem jakiegoś więźnia.
  • i jeszcze trochę innych kfiatkóf by się znalazło...
Jedyna zaleta, że się całkiem przyjemnie czyta - jak już machnąć ręką na wszystkie historyczno - obyczajowe nieścisłości. Autor miał jeszcze na tyle przyzwoitości, że na końcu dodał kalendarium ostatnich dni Romanowów, oraz tego co się działo po ich śmierci - miejmy nadzieję, że czytelnicy tam zajrzą...

A na koniec pytanie do Szanownego Wydawcy - naprawdę nie szło znaleźć zdjęcia rodziny Mikołaja II? Nawet w guglu i wikipedii?
Bo to co jest podpisane jako fotografia carskiej rodziny to faktycznie portret cara i jego bliskich, tyle, że nie  Mikołaja II a Aleksandra III...

wtorek, 21 maja 2013

Obejrzane <-> przeczytane: Dom duchów.

Isabel Allende to chilijska pisarka, autorka licznych książek z nurtu tzw. realizmu magicznego, z których najbardziej chyba znany jest "Dom duchów", a to za sprawą filmowej adaptacji pod nieco zmienionym tytułem "Dom dusz". Przy okazji - moim zdaniem tytuł filmu jest bardziej adekwatny do treści niż tytuł książki;)         
Ekranizację oglądałam już wiele lat temu, zachwyciły mnie kreacje Meryl Streep, Jeremy'ego Ironsa i Glenn Close - tej ostatniej nie darzę jakoś specjalną sympatią, ale w tym filmie była świetna. Obok nich wystąpiła stojąca u progu kariery Winona Ryder oraz, niezbyt jeszcze znany w Hollywood przybysz z Hiszpanii, Antonio Banderas.   

"Dom duchów" to historia rodziny Trueba od czasu zakończenia I wojny światowej aż do lat 70-tych ubiegłego wieku. 
Esteban Trueba i Clara del Valle to ludzie z dwóch różnych światów. On niezwykle ambitny, twardo stąpający po ziemi, podnosi z ruiny rodzinny majątek i zmienia go we wzorcowe gospodarstwo. Ma wybuchowy charakter i konserwatywne poglądy, w obronie których nie zawaha się poświęcić osób z najbliższego otoczenia. Ona to obdarzona magicznymi zdolnościami marzycielka, nieco oderwana od rzeczywistości, widzi przyszłość, rozmawia z duchami, ale kiedy zachodzi potrzeba potrafi radzić sobie z twardą rzeczywistością. 
Wydawać by się mogło, że jakikolwiek związek tej dwójki nie ma żadnych szans, jednak pobierają się, mają trójkę dzieci i ich małżeństwo jest w miarę stabilne.
W życiu Estebana Trueby ogromną rolę odgrywa polityka - sukces ekonomiczny, który udało mu się odnieść, daje mu wysoką pozycję w państwie, czyni go jedną z najważniejszych postaci chilijskiej partii konserwatywnej i otwiera drogę do senatu. Kariera polityczna oddala go od żony i dzieci, które wybierając życiową drogę stają w opozycji do poglądów głoszonych przez ojca, co doprowadza do licznych spięć i konfliktów gmatwających i tak już niełatwe stosunki rodzinne.

Książka Allende równie dobrze mogłaby nosic tytuł "Dom kobiet", bo chociaż Esteban jest kreowany na głównego bohatera to jego los zależny jest od otaczających go kobiet - obłożnie chorej matki, nadopiekuńczej siostry, zgwałconej chłopki z jego majątku, zmarłej narzeczonej, bujającej w obłokach żony, buntowniczej córki czy ukochanej wnuczki. To one są siłą, która kieruje życiem Estebana.

Historia Trueby wpleciona jest w losy państwa,  jego historię. Obok bohaterów fikcyjnych znajdzie w niej uważny czytelnik postacie istniejące w rzeczywistości - wielkiego poetę Pablo Nerudę, generała Augusto Pinocheta czy prezydenta Salvatore Allende (bliskiego krewnego pisarki). Esteban i jego bliscy zostaną wciągnięci w tryby historii i będą musieli wybrać po której stronie barykady stanąć.

Książka Isabel Allende to piękna, poetycka wizja świata. To historia o uczuciach, o ludzkich wyborach, o nadziei i wierności własnym przekonaniom. Na kartach powieści mieszają się radość i smutek, rozpacz i nadzieja, gniew i przebaczenie. To obraz Chile na przestrzeni niemal całego XX wieku, ale ta historia mogłaby się zdarzyć właściwie w każdym zakątku Ziemi. Bo tak naprawdę losy Ameryki, Europy czy Azji w ubiegłym wieku mają wiele punktów wspólnych...

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Morderczy pawilon gimnastyczny

Ekskluzywna szkoła dla dziewcząt niedaleko Londynu prowadzona jest już od wielu lat przez pannę Bulstrode. Uczęszczają do niej przede wszystkim dziewczęta z najlepszych angielskich rodzin, jest kilka panien z kontynentu ale zdarzają się również bardziej egzotyczne uczennice - w tym trymestrze edukację w Meadowbank ma rozpocząć pewna arabska księżniczka.
Jednak aby dostać się do szkoły nie wystarczy samo nazwisko i pieniądze - przełożona sama decyduje o przyjęciu (lub nieprzyjęciu) każdej kandydatki. Z tego też powodu pomiędzy wysoko urodzonymi uczennicami znajdują się również nieutytułowane dziewczęta - panna Bulstrode stawia przede wszystkim na potencjał jaki w nich dostrzega.
Szkoła od lat już należy do najlepszych w Anglii  i nikt nie spodziewa się, że w przeciągu kilku tygodni jej renoma i ciężko budowana opinia mogą się zawalić jak domek z kart.

"Kot wśród gołębi" to kolejna książka Agaty Christie należąca do cyklu o Herculesie Poirot. Jest to jednak powieść dosyć nietypowa - detektyw pojawia się właściwie jako postać drugoplanowa, chociaż oczywiście on rozwiązuje zagadkę morderstw popełnionych w Meadowbank. Hercules już od lat jest na emeryturze, jego sława właściwie już przebrzmiała i, co jest pewnie bardzo bolesne dla jego miłości własnej, wiele osób zupełnie nie zdaje sobie sprawy z kim ma do czynienia.
Na pierwszy plan wysuwają się w tej powieści przedstawiciele młodego pokolenia - Adam Goodman, funkcjonariusz tajnych służb oraz Julia Upjohn, jedna z uczennic, przez przypadek wmieszana w kryminalną aferę.

Agatha Christie tworząc tę powieść posłużyła się schematem, który gości w wielu jej książkach. Szkoła to w miarę zamknięte środowisko i właściwie od początku wiadome jest, że morderca to ktoś z personelu. Jak się okazuje  wśród pracowników jest kilka osób, które, pomimo drobiazgowej kontroli przy podejmowaniu pracy u panny Bulstrode, mają pewne niewygodne tajemnice i nie do końca są tymi, za których się podają.

Chyba dla nikogo nie będzie niespodzianką, że po raz kolejny nie udało mi się rozwiązać zagadki zabójstw w pawilonie gimnastycznym przed Herculesem Poirot...

Ciekawa książka, ciekawa intryga - warto przeczytać.

poniedziałek, 25 marca 2013

Podwójna dawka Virginii Wolff

Dwa miesiące temu pisałam TU o "Godzinach", książce Michaela Cunninghama inspirowanej życiem i twórczością Virginii Wolff. Dzięki uprzejmości Agnes miałam możliwość obejrzeć film nakręcony według tej książki.


Nicole Kidman jako Virginia Wolff
Do film podchodziłam z dużymi oczekiwaniami i nie zawiodłam się. 
Że Meryl Streep wielką aktorką jest wiedziałam już dawno - to jedna z najwybitniejszych artystek naszych czasów. 
Julianne Moore jakoś nigdy mnie nie przekonywała i tym razem też jej kreacja do mnie nie przemówiła - jakaś taka sztuczna, nieprawdziwa ta jej Laura. Ogólnie te fragmenty dotyczące wątku Laury niespecjalnie mi się podobały. 
Oczarowała mnie natomiast zupełnie Nicole Kidman jako Virginia. Od charakteryzacji rozpoczynając - w życiu bym nie powiedziała, że to ona jest... Patrząc na nią widziałam nie aktorkę grającą jakąś postać a prawdziwą osobę, ogarniętą nieuleczalną chorobą, nie potrafiącą sobie radzić w realnym świecie, a równocześnie mającą świadomość swoich problemów i przerażoną tym co się z nią dzieje. 
Podobała mi się też bardzo ścieżka dźwiękowa, która współgrała z obrazem i jeszcze potęgowała emocje. 
Film nie najłatwiejszy w odbiorze (podobnie jak książka) ale z pewnością do niego wrócę. 

***********************************************

"Godziny" ściśle związane są z najbardziej chyba znaną powieścią Virginii Wolff, mianowicie z "Panią Dalloway". W dniu, który przedstawiony jest w "Godzinach" Virginia zaczyna pisać tę akurat książkę, dla Laury jej lektura stanowi impuls do podjęcia ważnych życiowych decyzji, a losy Clarissy to współczesna wersja dziejów jej powieściowej imienniczki. Dostęp do owej osławionej "Pani Dalloway" jest dosyć utrudniony, jednak dzięki pewnej dobrej duszy udało mi się tę książkę przeczytać.

Akcja powieści zamyka się w jednym czerwcowym dniu w 1923 roku. To jeden z wielu zwyczajnych dni, kiedy nic specjalnego się nie dzieje - ulicami przelewają się tłumy ludzi, w parku niańki pilnują swoich bawiących się podopiecznych, politycy dyskutują nad nowymi przepisami prawnymi a znajomi podczas lunchu omawiają najnowsze nowinki.
Klarysa Dalloway wydaje wieczorem w swoim domu przyjęcie, jej mąż Ryszard został zaproszony na lunch do lady Bruton, z Indii przyjeżdża Piotr Walsh, przyjaciel Klarysy z lat młodości, Recja i Septimus Warren Smith spacerują w parku, panna Kilman odwiedza Elżbietę, córkę pani Dalloway - to tylko kilka osób, które los lub przypadek zetknął ze sobą w ten ciepły londyński dzień.
Ale ta zwyczajność to tylko cienka wierzchnia warstwa pod którą kłębią się uczucia i emocje, mogące w każdej chwili wybuchnąć i zniszczyć ustabilizowany, wydawałoby się, świat. Wizyta Piotra wyzwala w Klarysie falę wspomnień z ich wspólnej przeszłości, daje impuls do pewnego podsumowania dotychczasowego życia. Dla Piotra spotkanie z dawną ukochaną również stanowi punkt wyjścia do analizy własnych wyborów i uzmysławia mu, że jego życie dalekie jest od ideału. Septimus Warren Smith zapada coraz głębiej w swoje psychotyczne wizje, jego żona Lukrecja pomimo starań nie jest mu w stanie pomóc, a wizyta antypatycznego lekarza wyzwala walczące w młodym mężczyźnie demony. .Chociaż świat Klarysy i świat Septimusa to dwie diametralnie różne sprawy to jednak mają ze sobą styczność i nawzajem na siebie oddziaływają - można je porównać do bilardowych kul, które potrącają się nawzajem, pozostają w chwilowej styczności a następnie każda biegnie swoim torem.

Atmosferę powieści buduje sposób w jaki Virginia Wolff prowadzi swoich bohaterów. Autorka zastosowała tu technikę zwaną strumieniem świadomości - opis przeżyć, myśli, wspomnień, skojarzeń bohaterów powieści przeplatają się nawzajem dając z jednej strony całościowy obraz postaci, ale z drugiej strony podkreślają swego rodzaju chaos jaki wprowadzają w ich życie pozornie błahe wypowiedzi, gesty czy skojarzenia.
Większość czytelników, którzy przebrnęli przez tę książkę (a nie jest to najłatwiejsza lektura) zachwyca się światem wykreowanym przez angielską pisarkę. U mnie wywołała ona może nie zachwyt, ale uważam, że jest to jedna z lepszych książek jakie zdarzyło mi się czytać.

piątek, 15 lutego 2013

A miało być tak pięknie...

Pytanie o ulubionego autora zawsze wprowadza mnie w swego rodzaju konsternację - bo właściwie nie potrafię wybrać jednej jedynej osoby - chociażby z tego powodu, że w różnych okresach życia fascynowała mnie różna literatura, a i świat nie stoi w miejscu, i co roku pojawiają się nowi autorzy, którzy mają szansę mnie zachwycić. Więc kiedy muszę się określić na okoliczność literackich uwielbień to zawsze pada kilka nazwisk, a jedno z nich to Lucy Maud Montgomery.

Z autorką zetknęłam się po raz pierwszy przy okazji "Błękitnego zamku", później jak miliony dziewcząt na świecie pokochałam "Anię z Zielonego Wzgórza", polubiłam "Emilkę ze Srebrnego Nowiu", "Jankę ze Wzgórza Latarni", "Kilmeny ze starego sadu" i jeszcze kilka innych, trochę mniej znanych bohaterek, które narodziły się w wyobraźni najsłynniejszej kanadyjskiej pisarki. Większość jej książek można znaleźć w mojej domowej biblioteczce i z zasady są to te najbardziej zaczytane egzemplarze...

Kilka lat temu wielbicieli talentu pani Montgomery zelektryzowała wiadomość o nieznanym rękopisie zmarłej przed 60 laty pisarki mającym być podsumowaniem cyklu o Ani Shirley. I tak oto w 2009 roku miała miejsce światowa premiera "Ani z Wyspy Księcia Edwarda", a dwa lata później doczekaliśmy się jej polskiego wydania.
Jakoś się tak stało, że nie kupiłam sobie dotąd tej książki i udało mi się z nią zapoznać tylko dzięki uprzejmości pewnej biblionetkowiczki. I cóż... Po przeczytaniu już wiem, że raczej ta książka domowych zbiorów nie wzbogaci...

"Ania z Wyspy Księcia Edwarda" to zbiór opowiadań podzielonych na dwie grupy ze względu na czas akcji. Pierwsza część książki to utwory, których akcja toczy się w mniej więcej w tym samym czasie co akcja "Doliny Tęczy", natomiast część druga umiejscowiona jest po zakończeniu I wojny światowej. Całość jest przeplatana wierszami autorstwa Ani oraz jej syna Waltera - dodam, że choć nie jestem może znawczynią poezji, to uważam, że nie są one zbyt wysokich lotów, niestety...

Co do samych opowiadań to są one mocno nierówne, niektóre rozwleczone do granic wytrzymałości, niektóre przewidywalne od pierwszych linijek, chociaż, uczciwie trzeba przyznać, że kilka jest naprawdę na poziomie. Ale te akurat są w zdecydowanej mniejszości. Najbardziej przypadły mi do gustu dwie opowieści - chyba najsmutniejsze z całego zbiorku "Oszukane dziecko" o osieroconym chłopczyku, który musi sam zdecydować u kogo będzie mieszkać (krewni starają się zdobyć jego względy, bowiem z opieką nad Patem związana jest pokaźna roczna renta) oraz nieco ironiczna "Penelope i jej teorie" o znawczyni dziecięcej psychologii, która musi teoretyczne wiadomości wykorzystać w praktyce opiekując się dwoma ośmioletnimi chłopcami.

Ma ta książka jeszcze jeden mankament, a mianowicie polskie tłumaczenie imion własnych. Wydawało mi się, że z racji kilkukrotnego przeczytania całego cyklu znam głównych bohaterów. Tymczasem okazuje się, że nie do końca - dobrą chwilę zastanawiałam się "Kim u licha jest Kuba Blythe???". I dopiero po dłuższym namyśle dotarło do mnie, że przecież najstarszy syn Ani nosił imię Jakub. Aczkolwiek we wszystkich innych książkach chłopiec występuje jako Jim. Pewnie dla równowagi Rozalia Meredith w tym tomie nosi imię Rosamund, zaś narzeczonym Rilli jest Keneth Ford (wolałam go jednakowoż jako Krzysia). Może nie mam racji, ale wydaje mi się, że jeżeli się tłumaczy kolejny tom z cyklu to wypadałoby zostawić imiona, nazwy geograficzne i inne nazwy własne w takiej formie do jakiej czytelnik przywykł w poprzednich częściach.  

Cóż, trochę rozczarowała mnie ta książka. Blythe'owie występują w niej jako tło (jeśli nie liczyć wspomnianych wcześniej sesji poetyckich), najczęściej chyba pojawia się Gilbert, zaś Ania przywoływana jest w rozmowach lub przemyśleniach bohaterów jak swoisty punkt odniesienia - "Co też powiedziałaby o tym pani doktorowa?". Może wybrzydzam i jestem niesprawiedliwa dla autorki, ale mam wrażenie, jakby ta książka nie była pisana z potrzeby serca, a tylko dla jakiegoś doraźnego zysku.

Bo przecież Ania Shirley-Blythe to uznana marka i jej wielbiciele wszystko kupią.
Jak widać nie wszyscy...

sobota, 19 stycznia 2013

Życie to ciąg godzin...

"Żyjemy, robimy to, co robimy, potem kładziemy się spać - to takie proste i takie zwyczajne. Niektórzy wyskakują z okna, inni się topią czy zażywają zbyt dużo pigułek; znacznie więcej spośród nas ginie w wypadkach; a większość, zdecydowana, jest powolnie trawiona przez choroby lub, jeśli ma trochę szczęścia, tylko przez czas. Na pocieszenie pozostaje jedno: godzina w tym czy w tamtym miejscu, kiedy nasze życie na przekór wszelkim przeciwnościom i oczekiwaniom, otwiera się nagle przed nami, dając to, co zawsze istniało w naszej wyobraźni, chociaż wszyscy z wyjątkiem dzieci (a może nawet i one) zdajemy sobie sprawę z tego, że po tych godzinach nieuchronnie nadejdą następne, znacznie bardziej ponure i trudne. A jednak lubimy to miasto, cieszymy się porankiem, ponad wszystko żywimy nadzieję na więcej." 

Virginię Woolf znam... jedynie ze słyszenia. I w najbliższym czasie pewnie ten stan rzeczy nie ulegnie zmianie, chociaż przyznam, że bardzo jestem ciekawa tej słynnej "Pani Dalloway" - niestety nie mam do tej książki żadnego dostępu. Tymczasem udało mi się przeczytać "Godziny" Michaela Cunninghama, dla których inspiracją było życie i twórczość brytyjskiej pisarki.

Autor przedstawia jeden dzień, zaledwie kilka godzin, z życia trzech kobiet - Virginii, Laury i Clarissy. 
Przedmieścia Londynu, rok 1923 - w wyobraźni Virginii Woolf kształtuje się zarys jednego z jej najbardziej znanych utworów "Pani Dalloway";  Los Angeles, rok 1949 - gospodyni domowa Laura Brown przygotowując urodzinową kolację dla męża analizuje swoje mało satysfakcjonujące małżeństwo; Nowy Jork, koniec XX wieku - wydawca, Clarissa Vaughan przygotowuje przyjęcie na cześć człowieka, którego całe życie kochała, jednak ich drogi się rozeszły. Pomimo, że kobiety żyją w różnych czasach i warunkach społecznych ich losy są bardzo podobne - szamocą się pomiędzy swoimi emocjami i pragnieniami, a normami, które narzuciło im wychowanie i opinia publiczna. Dla wszystkich trzech przychodzi chwila, że chcą coś zmienić w swoim życiu, przerwać magiczny krąg w którym tkwią, zacząć żyć dla siebie, spełniać swoje pragnienia i walczyć o szczęście - pojawia się ta magiczna godzina, kiedy wydaje się, że wystarczy zatrzasnąć drzwi, wsiąść do pociągu czy samochodu i nie oglądając się za siebie rozpocząć nowe życie... 

To druga w moim dorobku powieść tego autora i po raz drugi obserwuję pewna prawidłowość - czytanie, szczególnie pierwszych kilkudziesięciu stron szło mi nad wyraz opornie - ginął mi wątek, co było tym łatwiejsze, że Cunningham przeplata losy swoich bohaterek, musiałam wracać do już przeczytanego tekstu, zwyczajnie nie było w "Godzinach" tego czegoś, co sprawia, że książka nas pochłania i nie zauważamy upływu czasu. A w pewnym momencie nastąpił przełom, resztę doczytałam sama nie wiem kiedy i zupełnie nie rozumiem czemu tak się męczyłam, bo to jest naprawdę dobra książka.

Cunningham napisał książkę o uczuciach, emocjach, o miłości, związkach, które się wypalają, porusza temat życia i śmierci, choroby, smutków i radości, czyli tego z czego składa się nasze życie. W losach Virginii, Laury i Clarissy każdy może znaleźć cząstkę siebie, swoich przeżyć i problemów, można się też bez końca zastanawiać co by było gdyby bohaterka podjęła inną decyzję lub, co my zrobilibyśmy na jej miejscu. Autor wręcz zmusza do refleksji nad własnymi życiowymi wyborami i pobudkami jakie nami kierują.

Na podstawie książki powstał kilka lat temu film z Nicole Kidman, Meryl Streep i Julianne Moore w rolach głównych - nie widziałam go, ale teraz postaram się do niego dotrzeć. Ciekawa jestem bardzo jak udało się przełożyć ten niezwykle emocjonalny tekst na język filmu.




piątek, 30 listopada 2012

Po drogach i bezdrożach podróż sentymentalna

Melchior Wańkowicz - to nazwisko każdemu przynajmniej obiło się o uszy, chociażby ze względu na jego najbardziej chyba znaną książkę, czyli "Ziele na kraterze". Nazywany jest często (wespół z Ryszardem Kapuścińskim) "ojcem polskiego reportażu" - swoją drogą ciekawostka przyrodnicza, reportaż ma dwóch ojców a ani jednej mamusi...
Prócz wspomnianego "Ziela" na mojej półce stał sobie i już od dawna czekał na lekturę tom zatytułowany "Tędy i owędy". Czekał, czekał i się doczekał - w ubiegłym tygodniu zakończyłam lekturę, ale różne zawirowania sprawiły, że dopiero dzisiaj parę słów o tej książce mogę napisać.

"Tędy i owędy" to zbiór wspomnień, anegdot oraz felietonów obrazujących życiowe ścieżki autora od wyjazdu w pierwszych latach XX wieku z Kowieńszczyzny do Warszawy, gdzie uczęszczał do gimnazjum Pawła Chrzanowskiego, aż do lat 60-tych, kiedy pisarz wrócił na stałe do kraju po okresie wojennej tułaczki. Sprawa chyba najważniejsza - książka w żadnym razie nie jest uporządkowaną autobiografią Wańkowicza i gdyby ktoś był ciekawy jakim był on uczniem, lub kto był jego wykładowcą w czasie studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim srodze się zawiedzie, bo takich informacji tu nie znajdzie. Może się jednak w zamian dowiedzieć jak umilali sobie czas uczniowie i studenci sto lat temu, jakie się ich trzymały figle (tu dodam, że pomimo upływu czasu niektóre sposoby dopiekania bliźnim dalej są w użyciu) czy jak wyglądała praca dziennikarza w czasach, gdy nikt nawet nie słyszał o komputerach i internecie.

Wańkowicz ma naturalny talent gawędziarski a przy tym niezwykle rozwinięte poczucie humoru. Czytałam i chichotałam pod nosem - szczególnie ostatnie rozdziały mówiące o pobycie Zofii i Melchiora Wańkowiczów w USA, w domu młodszej córki Marty oraz te opisujące egzystencję w warszawskiej kamienicy przy ulicy Puławskiej wywoływały uśmiech na mojej twarzy, a ich obszerne fragmenty odczytywałam na głos, aby i małżonek szanowny mógł się pośmiać. 
Jak dla mnie pan Melchior to taki uwspółcześniony Zagłoba - kochał życie i kochał ludzi; nie gardził szlachetnym trunkiem, a i z odwiedzającymi przedwojenny Domeczek przyjmował po staropolsku, co dla niektórych miało daleko idące, choć niekoniecznie przyjemne skutki; tak jak sienkiewiczowski bohater miał w zanadrzu mnóstwo rozmaitych konceptów i wykorzystywał je we własnym, ale nierzadko i w publicznym, interesie; uwielbiał robić kawały i z uciechą obserwował ich skutki, a jeśli ktoś jemu "wyciął jakiś numer" nie obrażał się i potrafił docenić czyjąś pomysłowość.

Czytałam "Tędy i owędy" z ogromną przyjemnością również dlatego, że posiadał Wańkowicz niezwykłe wyczucie słowa i stylu - niewielu pisarzy potrafi tak używać języka polskiego jak robił to pan Melchior, z taką elegancją a zarazem prostotą. Wielu współczesnych naszych twórców powinno się od niego uczyć.

Brakowało mi w tej książce  tylko jednego, a właściwie tylko jednej - nie ma tu prawie nic na temat starszej z córek pisarza, Krystyny, która zginęła w powstaniu warszawskim. Chociaż z drugiej strony Krysia wysuwa się na czoło bohaterów "Ziela", więc może sprawiedliwość dziejowa wymagała aby tym razem więcej miejsca poświęcić młodszej córce Marcie?

Przede mną powtórka "Ziela na kraterze" czytanego gdzieś w zamierzchłych, licealnych czasach. A później? Może "Szczenięce lata"? Albo "Monte Cassino"? Albo "Na tropach Smętka"?
Zobaczę - w gminnej bibliotece sporo Wańkowicza jest - z pewnością coś ciekawego znajdę.

środa, 19 września 2012

Kawa, lunch, plotki i... morderstwo

Kiedy Evelyn Couch, pięćdziesięcioletnia, nieco zaniedbana i zakompleksiona gospodyni domowa spotyka o 30 lat starszą Ninny  Threadgoode nawet się nie domyśla, że ta przypadkowa znajomość zmieni jej życie. Do spotkania dochodzi w domu spokojnej starości, którgo Ninny jest pensjonariuszką, natomiast Evelyn odwiedza tam swoją teściową.

Ninny opowiada swojej nowej znajomej o dzieciństwie i młodości spędzonych w Whistle Stop koło Birmingham w stanie Alabama. Sercem miasteczka była Whistle Stop Cafe, kawiarnia prowadzona przez Idgie Threadgoode oraz jej przyjaciółkę Ruth Jamison - można tu było tanio zjeść śniadanie lub lunch, napić się kawy, poplotkować czy zwyczajnie posiedzieć i odpocząć. Kawiarnia rozpoczęła działalność w okresie wielkiego kryzysu, kiedy całe rzesze bezrobotnych, często bezdomnych włóczęgów przmierzało kraj wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu jakiegokolwiek zarobku. Whistle Stop było stacją przetokową i dla wielu z tych wędrowców oznaczała konieczność przesiadki - wszyscy mogli liczyć na darmowy posiłek i chwilę wytchnienia u Idgie i Ruth. Również okoliczni Murzyni bardzo sobie cenili kawiarnianą kuchnię - oczywiście z powodu segregacji rasowej nie mogli wchodzić do głównej sali, ale żaden nie został odprawiony z pustymi rękami od kuchennych drzwi, nawet wtedy kiedy Ku Klux Klan zagroził Idgie dewastacją lokalu.

Swój niepowtarzalny klimat zawdzięczała Whistle Stop Cafe właścicielkom - dystyngowana, zrównoważona i powściągliwa Ruth oraz będąca jej całkowitym zaprzeczeniem zwariowana i żywiołowa Idgie przyciągały jak magnes wszystkich mieszkańców miasteczka jaki przybyszów z dalekiego świata. Z kuchni pachniały smakołyki przyrządzane przez Sipsey, starą kucharkę rodziny Threadgoode a przy kawiarnianych stolikach toczyły się rozmowy o polowaniu i połowie zębaczy, o tajemniczym kolejowym Billu okradającym pociągi z żywnością, o miejscowych romansach i rodzinnych kłótniach - najkrócej mówiąc o życiu...

Jednak Whistle Stop to nie bajkowa kraina mlekiem i miodem płynąca - tak jak wszędzie zdarzają się tu  nieuleczalne choroby, tragiczne wypadki a i morderstwo się trafiło. Idgie też nie jest aniołem z białymi skrzydłami - zdarza jej się tęgo popić, całą noc spędzić na pokerze, nazmyślać czy zrobić złośliwy kawał pastorowi ale równocześnie jest w stanie wiele zaryzykować aby wyrwać przyjaciółkę z rąk katującego ją męża czy spełnić marzenie chorego murzyńskiego dziecka.

Akcja książki toczy się dwutorowo - w latach międzywojennych oraz współcześnie (żeby być dokładnym, to w latach 80-tych ubiegłego wieku, bo wtedy Fannie Flagg pisała swoją książkę). W narrację włączone są fragmenty artykułów z lokalnego biuletynu oraz prasy wychodzącej w sąsiednim Birmingham a jako dodatek znajdzie czytelnik przepisy na najpopularniejsze dania podawane w Whistle Stop Cafe.

 Książka pomimo przeskoków w czasie, nieco fragmentarycznej narracji, braku chronologii wciąga od pierwszych kartek, trochę bawi, jeszcze więcej wzrusza, emanuje ciepłem i rodzinną miłością. W jednej z czytanych przeze mnie recenzji autor porównał "Smażone zielone pomidory" do "Opium w rosole"  - oczywiście nie ze względu na tematykę ale na ten rodzinny klimat. I tak myślę, że coś w tym jest...

Z żalem odkładałam przeczytaną książkę i opuszczałam Whistle Stop Cafe - to jedna z najlepszych historii jakie zdarzyło mi się przeczytać w ostatnich latach.

Z tego miejsca serdecznie dziękuję biblionetkowiczom, których pochwalne pienia na temat tej książki zmobilizowały mnie do sięgnięcia po nią (szczególny ukłon w kierunku misiaka) oraz Tynulec, dzięki której książka trafiła w moje ręce:)  


sobota, 18 sierpnia 2012

Kobieta, dla której król zrezygnował z tronu i korony

Nie pomylę się chyba o wiele twierdząc, że jednym z najczęściej powracających na różnych łamach tematów jest brytyjska rodzina królewska. Nie ma tygodnia, żeby świata nie obiegła jakaś wiadomość  na temat królowej Elżbiety i jej najbliższych - bądź w formie komunikatów wydawanych przez królewskich urzędników, bądź też, zdecydowanie częściej, w formie mniej lub bardziej sensacyjnych plotek i spekulacji.
W rodzinie królewskiej, jak w każdej innej, zdarzają się nieprzyjemne incydenty, jednak ze względu na miejsce zajmowane przez Windsorów często zyskują sobie mało pochlebną rangę skandali o których dyskutuje się przez wiele następnych lat - wystarczy wspomnieć okoliczności rozstania księcia Karola i księżnej Diany...
Jednak to nie Karol i Diana stali się bohaterami największego skandalu, który wstrząsnął rodziną królewską. Na czele listy od wielu już lat króluje Edward VIII, późniejszy książę Windsoru i jego małżonka Wallis Simpson.

Jedna z najpopularniejszych osób z rodziny królewskiej, Królowa Matka, mawiała o Wallis "ta kobieta" i to właśnie określenie stało się tytułem najnowszej biografii księżnej Windsoru której autorką jest Anne Sebba.
Pomimo, że początki historii Edwarda i Wallis sięgają okresu międzywojennego, a oni sami już od wielu lat nie żyją w dalszym ciągu wzbudzają zainteresowanie nie tylko historyków zajmujących sie dziejami brytyjskiej monarchii ale i zwykłych ludzi. Wiele osób wciąż zadaje sobie pytanie co takiego miała w sobie ta niespecjalnie piękna czy inteligentna oraz nie najmłodsza (w chwili poznania księcia w 1930 roku miała już 34 lata) Amerykanka? Jakim sposobem udało jej się oczarować króla do tego stopnia, że nie zważając na nic zrzekł się tronu aby poślubić dwukrotną rozwódkę, a później przez wiele lat walczył z najbliższymi o uznanie dla swojej żony?
Teorii na ten temat było wiele - posądzano Wallis m.in. o zahipnotyzowanie księcia, omotanie za pomocą wyrafinowanych technik seksualnych, których miała się ponoć nauczyć w czasie swojej bytności w Chinach czy wręcz o czary...

Anne Sebba pracując nad swoją książką przebrnęła przez ogromne ilości korespondencji, wspomnień i zapisków Edwarda i Wallis, jak również ich znajomych, przyjaciół i wrogów, oraz mniej lub bardziej oficjalnych dokumentów. Wykorzystała również opinie specjalistów z zakresu psychologii i psychiatrii zakładając, chyba słusznie, że przyczyn takich a nie innych zachowań obydwojga księstwa należy szukać w ich przeszłości - Wallis, która od najmłodszych lat przeżywała większe i mniejsze kłopoty finansowe szukała kogoś kto mógłby jej zapewnić dostatnie życie, natomiast Edward pozbawiony ciepła rodzinnego, pełen różnych kompleksów potrzebował akceptacji i ciągłej uwagi, nawet jeśli miała ona polegać na publicznym strofowaniu, co często zarzucano jego żonie.
I chyba właśnie ta  możliwość zaspokojenia nawzajem swoich potrzeb stała się podstawą związku, który pomimo ogromnych trudności przetrwał kilkadziesiąt lat, aż do śmierci Edwarda w 1972 roku. Patrząc z perspektywy czasu, kolejne 14 lat (Wallis zmarła w 1986 roku) to w przypadku "tej kobiety" bardziej wegetacja niż prawdziwe życie - schorowana, odcięta od świata i ludzi, których znała, z rzadkimi przebłyskami świadomości mieszkała w swoim paryskim domu - można by górnolotnie stwierdzić, że jej dusza umarła wraz ze śmiercią Edwarda...

Autorka biografii księżnej Windsoru nie stara się ocenić jednoznacznie swojej bohaterki - nie jest to bowiem chyba możliwe. Wallis to postać wielowymiarowa, zaskakująca i nie dająca się wcisnąć w jakieś  sztywne ramy, co potwierdzają bogato cytowane źródła. I pewnie jeszcze przez wiele lat będzie stanowiła temat do badań historycznych oraz rozpalała wyobraźnię twórców stając sie bohaterką kisążek, filmów i sztuk teatralnych.

A na koniec taka refleksja: życie pisze jednak przedziwne scenariusze - po śmierci Wallis jej dom został wynajęty przez Mohameda al-Fayeda i poddany gruntownej renowacji. Któż mógł przewidzieć, że będzie to ostatnie miejsce, które odwiedzi księżna Diana, na kilka godzin przed swoją śmiercią w 1997 roku. W taki oto sposób splotły się losy dwóch kobiet, które miały ogromny wpływ na postrzeganie brytyjskiej monarchii w XX wieku...

wtorek, 29 maja 2012

Taka trochę naciągana klasyka;)

Tradycyjnie  - kończy się miesiąc, kończy się czas na wyzwanie Sardegny, więc z jęzorem na brodzie próbuję się zmieścić w wyznaczonym terminie. Wydawało by się, że zestaw na ten miesiąc jest wprost wymarzony dla mnie, bo to i klasyka, i powieść historyczna, czyli coś, co lubię i chętnie czytam. Niestety okoliczności tak się splotły, że zaplanowanego Prusa musiałam odłożyć na kiedy indziej, natomiast jako książkę należącą do polskiej klasyki chciałabym zaproponować arcyzabawną powieść Tadeusza Dołęgi-Mostowicza pt. "Pamiętnik pani Hanki". 
Czy Dołęga zasłużył na miano klasyka to sprawa dyskusyjna jest, bo raz, że uważany był zawsze za pisarza niższych lotów, poza tym tworzył w okresie XX-lecia międzywojennego, więc może trochę za młody jest, ale moja ulubiona BiblioNETka umieszcza jego powieści w przegródce "Klasyka polska" więc jakby co mam poparcie liczącej się instytucji;)

Pani Hanka, narratorka tej opowieści to młoda kobieta, żona Jacka Renowickiego, stojącego na progu kariery urzędnika MSZ. Jak większość pań z jej sfery zajmuje się głównie nicnierobieniem, bywaniem na rautach, fajfach i tym podobnych imprezach, namiętnie obsmarowuje swoje najlepsze przyjaciółki (do innych najlepszych przyjaciółek) i flirtuje ile wlezie. Przy tym wszem i wobec podkreśla wielkie uczucie jakim darzy własnego męża, a jak to osoba zakochana jest o niego wściekle zazdrosna. Pani Hanka wie, że mając atrakcyjnego męża trzeba być czujnym w dwójnasób, bo w każdej chwili może się zdarzyć, że jakaś harpia może na niego zapolować, a on, słaby z natury, może się nią zachwycić i prawowita małżonka zostanie na przysłowiowym lodzie. Mając to na uwadze, zdarza się zapobiegliwej pani Renowickiej naruszać tajemnicę korespondencji własnego męża. I jak się okazuje ma rację - otóż w poczcie Jacka znajduje się list od niejakiej Elisabeth, która twierdzi, ni mniej ni więcej, że jest... jego żoną...
Ta , było nie było, szokująca wiadomość rozpoczyna całą serię zdarzeń - oprócz problemów małżeńskich państwa Renowickich mamy do czynienia z szantażem, politycznym skandalem i aferą szpiegowską. A wszystko podane w lekkiej formie, z przymrużeniem oka i ironicznym uśmiechem na okoliczność tzw. dobrego towarzystwa i elit międzywojennych.

Czytając książkę zastanawiałam się przez cały czas, jak to się stało, że Jacek, całkiem niegłupi facet, związał się z takim pustakiem gazowym jak Hanka. Bo powiedzieć o niej, że jest naiwna, próżna i ograniczona to jeszcze jest komplement w stosunku do jej osoby. Przykład pierwszy z brzegu - ponieważ rzecz dzieje się w drugiej połowie lat 30-tych więc coraz więcej osób mówi o zbliżającej się wojnie. Dla naszej bohaterki jest to powód do względnego zadowolenia, bo najprawdopodobniej w modę wejdą sznurowane, wysokie buciki a takowe będą bardzo korzystnie podkreślały jej zgrabne nóżki... Takich przykładów mocy intelektu pani Hanki można podawać na pęczki. 
Ale, co może wydać się zaskakujące, autor tak skonstruował swoją bohaterkę, że człowiek z jednej strony gryzłby ścianę nad jej głupotą, ale z drugiej nie można jej nie lubić. Mam taką myśl, że pani Hania Renowicka jest pierwowzorem i pramatką wszystkich "typowych blondynek";) 

Książka zapewniła mi świetną rozrywkę w ciągu ostatnich ciężkich i dusznych dni (jako osobie w pewnym wieku, coraz bardziej mi taka pogoda dokucza) więc z pełną odpowiedzialnością mogę ją polecić na gorące letnie popołudnie.