Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 listopada 2017

Lektury w sam raz na długie zimowe wieczory

Ostatni dzień listopada na mojej wiosce zabieli się od śniegu, który sypał przez cały dzień - zapachniało zimą, aczkolwiek najprawdopodobniej ten pierwszy śnieg zniknie w ciągu najbliższych dni (jeśli nie godzin) bo temperatura jednak jest dodatnia. Jakby jednak nie było sezon zimowy uważam za rozpoczęty ;)

Późnojesienne i zimowe wieczory sprzyjają lekturze bardziej obszernych książek i trzy takie grubsze książki chciałabym zaproponować tym, którzy czytają ten tekst. Autorów wszystkich pozycji darzę ogromną sympatią i czytam właściwie wszystko co wyjdzie spod ich ręki.

Elżbieta Cherezińska długo kazała czekać na ostatni tom swojej trylogii "Odrodzone królestwo", ale jak już książka powstała to wielbicieli pisarki zachwyciła (bądź przeraziła) jej objętość - ponad 1000 stron tekstu.

Akcja obejmuje okres od 1306 do 1320 roku, czyli od zdobycia Krakowa przez księcia Władysława Łokietka aż do jego koronacji na króla Polski.
Mały książę jest oczywiście jednym z głównych bohaterów, ale podobnie jak w poprzednich tomach, musi się tym miejscem dzielić z innymi - przede wszystkim z czeską królową wdową Rikissą oraz Kunonem, bratem krzyżackim, który kryje w sobie liczne tajemnice...
Ale i w tle mamy wiele ciekawych osób, które zapisały się na kartach naszej historii - głogowskiego księcia Henryka, wiekowego arcybiskupa gnieźnieńskiego Jakuba Świnkę, krakowskiego biskupa Jana Muskatę, króla Jana Luksemburskiego czy zwanego "rzeźnikiem Gdańska" mistrza krajowego Henryka von Plotzke.
Są również znani z poprzednich części bohaterowie fantastyczni - zielone kobiety, starcy siwobrodzi, wyznawcy Trzygłowa oraz złoty smok Michał Zaręba.

Chociaż książka dotyczy zasadniczo naszej historii, to jednak nie sposób o niej pisać w całkowitym oderwaniu od tego co się działo w państwach ościennych - autorka ma tę świadomość, więc wprowadza czytelnika na dwór czeski i brandenburski, do Malborka, Dzierzgonia i Halicza, a nawet do Awinionu, gdzie wówczas mieścił się dwór papieski.

Gdzieś w sieci spotkałam się z krytyką pani Cherezińskiej - że pisze harlekiny w otoczce historycznej i, że nie dorasta do takich mistrzów pióra jak Sienkiewicz, Kraszewski czy Bunsch. Cóż, moim zdaniem dwóch pierwszych przywołanych pisarzy to dopiero byli romansopisarze (przy okazji Kraszewskiemu zdarzało się mocno mijać z prawdą historyczną...). Co do Bunscha, którego większość książek czytałam, to mam wrażenie, że robił z naszych władców takich trochę bohaterów bez skazy. A jak wiadomo, pomimo ogromnego szacunku co do osiągnięć Chrobrego, Śmiałego, Łokietka czy Kazimierza Wielkiego, to wymienieni władcy aniołami nie byli. Co więcej mieli sporo poważnych wad i nie powinno się o nich zapominać.
Ja w każdym razie bardzo lubię Władka Łokietka w wersji pani Cherezińskiej - ma swoje wady, zdaje sobie z nich sprawę, czasami nawet próbuje z nimi walczyć, ale generalnie jest człowiekiem z krwi i kości a nie jakąś nijaką postacią z podręcznika historii.

Książkę więc z całej mocy zachwalam. 

A tak przy okazji - autorka w posłowiu daje niejaką nadzieję, że jeszcze kiedyś wróci do swoich bohaterów. Tak więc uzbrajam się w cierpliwość i czekam.

***************************************

Profesora Roberta Langdona kocham miłością wielką i z radością powitałam informację, że po raz kolejny spotkam sie z nim na kartach książki Dana Browna.

"Początek" przenosi nas do Hiszpanii, najpierw do Bilbao i tamtejszego muzeum sztuki nowoczesnej a następnie do Barcelony, miasta z którym związany był jeden z najważniejszych twórców przełomu XIX i XX wieku Antonio Gaudi.

Punktem wyjścia jest w tej książce prezentacja znanego informatyka i zagorzałego ateisty Edmonda Kirscha, prywatnie byłego ucznia i przyjaciela Langdona. Prezentacja jest reklamowana jako przełomowe wydarzenie mające dać odpowiedź na dwa zasadnicze pytania dotyczące ludzkości: "Skąd przybywamy? Dokąd zmierzamy?". Odkrycie którego dokonał Kirsch zachwieje również podstawami wszystkich istniejących religii - nie dziwi więc, że na Bilbao zwrócone są oczy niemal całego świata. 
Niestety prezentacja zostaje przerwana przez zamachowca, który zabija Kirscha. Przedziwnym zbiegiem okoliczności o współudział w morderstwie oskarżony zostaje Langdon oraz dyrektorka muzeum Ambra Vidal. Pikanterii dodaje fakt, że pani Vidal jest narzeczoną następcy hiszpańskiego tronu...

Dan Brown przyzwyczaił swoich czytelników do tego, że akcja w jego książkach pędzi z zawrotną szybkością, błyskotliwy umysł profesora Langdona znajdzie wyjście z największych tarapatów a przy okazji sympatyczny uczony (nie umiem go sobie już wyobrazić z inną twarzą niż ta należąca do Toma Hanksa) zaserwuje kilka wykładów z historii sztuki. Tak jest i tym razem, chociaż sztuka nowoczesna nie jest tym co Robert Langdon lubi i czuje, zdecydowanie bardziej odpowiada mu to co pozostawił po sobie Gaudi.

"Początek" to całkiem niezła książka, chociaż miejscami może być nieco nużąca, bowiem autor całkiem sporo miejsca poświęca rozważaniom filozoficznym na temat podstaw naszego bytowania we wszechświecie (a nie tego przecież oczekujemy po powieści było nie było sensacyjnej) oraz najnowszej technologii i sztucznej inteligencji (jako, że moje umiejętności komputerowe są raczej mierne miejscami nie wiedziałam o co chodzi). 
Do "Kodu Leonarda da Vinci" czy "Inferno" ta książka nie dorasta, ale jest o kilka stopni lepsza niż "Zaginiony symbol" tak więc warto po nią sięgnąć.

************************************



Na koniec dwuksiąg Renaty Kosin a mianowicie "Sekret zegarmistrza" i "Tatarka". 
Bohaterką pierwszej z nich jest Lena - wychowana przez dziadków, po ich śmierci odziedziczyła dworek w podlaskich Bujanach. Dziadek Ignacy był zegarmistrzem, zostały po nim stare zegarki, których nikt nie odebrał od naprawy i Lena postanawia je wykorzystać do produkcji oryginalnej biżuterii. Wśród zegarków jest jeden szczególnie ciekawy - damski, z inicjałami JB. Budzi ciekawość Leny, jednak nic nie wskazuje, że będzie sie kiedyś mogła dowiedzieć do kogo należał. W czasie remontu Lena odnajduje kolejne tajemnicze przedmioty - pamiętnik krewnej swej babki Stefanii oraz carski mundur z okresu powstania styczniowego. Kobieta postanawia dowiedzieć się czegoś o przeszłości rodu Bujaneckich...

"Tatarka" to również podróż w przeszłość, ale tym razem osobą która w niej będzie grzebać jest Ksenia, córka Leny. Zegarmistrz Ignacy zawsze wierzył, że w jego żyłach płynie tatarska krew - niestety nie był w stanie tego udowodnić. Teraz jego prawnuczka poznaje Emira, młodego Tatara z Kruszynian i postanawia wykorzystać okazję i poszukać ewentualnych przodków. I chociaż okoliczności, rodzina Emira a nawet Lena są przeciwko niej Ksenia nie odpuszcza i uparcie dąży do poznania prawdy. Uważa bowiem że nawet najgorsza prawda jest lepsza od niewiedzy.

Renata Kosin przyzwyczaiła już swoich wielbicieli, że bardzo dokładnie przygotowuje się do pisania swoich książek (i pewnie z tego powodu tak długo trzeba czekać na kolejne nowości) co jest postępowaniem nadzwyczaj chwalebnym, bo nie ma nic gorszego niż powieść z błędami rzeczowymi. Akcja "Sekretu zegarmistrza" i "Tatarki" umiejscowiona jest po raz kolejny na Podlasiu, a ja po raz kolejny mam dziką chęć wsiadać w jakikolwiek środek lokomocji i na owo Podlasie wyruszać, tak pięknie o nim pani Renata pisze.

Przeszukiwanie przeszłości może być bardzo ciekawe i inspirujące, ale może też nieść za sobą masę złych emocji bowiem nie zawsze będzie się nam podobało to co odkryjemy. Można sobie więc zadać pytanie - czy warto grzebać w tym co było? Czy może lepiej zostawić rzeczy takimi jakie są?

Lena i Ksenia zaglądają w przeszłość z całkiem innych powodów, trafiają na wydarzenia smutne czy wręcz tragiczne, jednak wiedza jaką z nich wynoszą pozwala im zrozumieć swoich najbliższych i inaczej spojrzeć na własne życie. I dlatego warto znać swoją przeszłość, nawet tę najgorszą.

Polecam jak najbardziej.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Królowie nie rodzą się wolni...

Nie wiadomo jak wyglądała, jaki miała charakter, co lubiła, co ją interesowało - tak naprawdę to nawet nie do końca wiadomo czy istniała... 

Świętosława, Sigrida Storrada - córka Mieszka I, siostra Boleslawa Chrobrego, królowa Szwecji i Danii, matka króla Anglii Knuta Wielkiego. Losy tej Piastówny od lat są tematem badań i dociekań historyków zajmujących się dziejami średniowiecza i związkami pomiędzy państwem Polan i północnymi królestwami. Ale oprócz naukowców postacią Świętosławy interesują się pisarze, bowiem postać królowej otacza atmosfera romantyzmu, wielkich emocji, przygody i niebezpieczeństwa.

Jedną z autorek, która postanowiła zmierzyć się z legendą Świętosławy - Sigridy jest Elżbieta Cherezińska, pisarka, której twórczość obraca się wokół czasów i miejsc w których żyła jej bohaterka - wystarczy wspomnieć cykl "Północna droga" czy powieść "Gra w kości". Historię polskiej królowej Wikingów opisuje pisarka w dwóch tomach "Harda" i "Królowa".

Swoją podróż śladami Świętosławy rozpoczynamy w Gnieźnie, gdzie spędziła dzieciństwo i skąd wyruszyła na podbój Północy - najpierw jako żona króla Szwecji Eryka Zwycięskiego, a następnie, po jego śmierci, jako małżonka Swena Widłobrodego, władcy Danii i Norwegii. Po latach Świętosława, odprawiona przez męża, wraca do Gniezna. Jednak historia jeszcze się o nią upomni - po śmierci Swena synowie wzywają matkę z powrotem do Danii, a stamtąd wraz z młodszym z nich królowa wyrusza na podbój Anglii, gdzie kończy swoją ziemską wędrówkę.

Tyle suchych, w miarę udokumentowanych, faktów stanowiących osnowę na której Elżbieta Cherezińska tka piękną, wielobarwną historię swojej bohaterki. Świętosława z powieści to kobieta o ogromnej sile charakteru, "harda pani" jak ją nazywają poddani, inteligentna i kreatywna, potrafiąca myśleć perspektywicznie, stawiająca obowiązek wobec państwa i dynastii ponad własne marzenia i pragnienia. To władczyni, która świetnie rozumie na czym polega racja stanu, która potrafi budować sojusze i która wie kiedy należy się wycofać, aby w sprzyjającym momencie uderzyć na niczego niespodziewającego się przeciwnika.

Ale to tylko jedno oblicze królowej, której nieobce były również gorące emocje i namiętności, a szczególnie wielka i nieszczęśliwa miłość do norweskiego władcy Olafa Tryggvassona - ich drogi wciąż się splatały, jednak okoliczności nie pozwoliły im się połączyć...

Książki, pomimo, że dosyć pokaźnych gabarytów, czyta się wręcz jednym tchem. To zasługa pięknego języka oraz niezwykłego talentu narracyjnego, jakim obdarzona jest autorka. Warto nadmienić, że Elżbieta Cherezińska zastosowała ciekawą koncepcję przy konstruowaniu swojej powieści - otóż świat przedstawiony na kartach książki widzimy nie tylko z perspektywy Świętosławy. Autorka dopuszcza do głosu również najważniejsze osoby w jej życiu - obydwu mężów,  synów, brata, ojca, siostrę Astrydę oraz ukochanego Olafa. Pozwala to na stworzenie pełniejszego obrazu czasów w których przyszło żyć Świętosławie.

Warto sięgnąć po tę dylogię - uczciwie jednak ostrzegam, że jeśli już zaczniecie czytać to trudno się będzie od niej oderwać. I tak sobie myślę, że jest to idealna propozycja na zbliżający się majowy weekend, szczególnie jeśli pogoda będzie nam serwować takie niespodzianki jak w czasie ostatnich dni...

niedziela, 26 lutego 2017

Przemko i Władysław, czyli jak to było z tym zjednoczeniem Polski po rozbiciu dzielnicowym

Jest w historii naszego kraju okres, o którym, chociaż trwa prawie 200 lat, przeciętny Polak wie niewiele lub zgoła nic. Chodzi mi o czasy rozbicia dzielnicowego, kiedy to Bolesław Krzywousty (działając zresztą w dobrej wierze) dzieli swój kraj pomiędzy synów i trochę naiwnie sądzi, że uniknie przez to bratobójczych wojen, które były jego udziałem we wczesnej młodości...
Przyczyny tego stanu rzeczy (braku wiedzy historycznej) należy upatrywać m.in. w tym, że w szkole tematyka ta jest okrojona do niemożliwości - w gimnazjum na całe rozbicie (w sensie polityki książąt dzielnicowych) oraz próby zjednoczenia państwa jest, bagatela, jedna jednostka lekcyjna. Tak więc przelatuje się przez temat z prędkością światła a w ostatnich sekundach przed dzwonkiem rzuca się informację, że książę poznański Przemysł II koronował się w grudniu 1295 roku, a kilka miesięcy później został zamordowany, i że ta koronacja to początek końca owego rozbicia dzielnicowego. Po Przemyśle mieliśmy, za sprawą jego zięcia Wacława, krótki okres czeski, a później to już bohaterski mały książę  czyli Władysław Łokietek...

Elżbieta Cherezińska podjęła się przybliżenia szerokiemu odbiorcy historii odbudowy państwowości polskiej na przełomie XIII i XIV wieku. Autorka zaplanowała trylogię "Odrodzone królestwo" - aktualnie odstępne są dwa pierwsze tomy ("Korona śniegu i krwi" i "Niewidzialna korona") a trzeci, miejmy nadzieję, ukaże się już wkrótce.

Bohaterem "Korony śniegu i krwi" jest Przemysł II ( 1257 - 1296) - książę poznański, urodzony jako pogrobowiec, wychowany na dworze swojego wuja księcia kaliskiego Bolesława Pobożnego, w późniejszym czasie książę wielkopolski i krakowski, wreszcie król Polski.
Z kolei "Niewidzialna korona" opowiada o walce Władysława Łokietka o tron krakowski i obejmuje lata 1296 - 1306, kiedy to książę kujawski zmaga się z książętami śląskimi, brandenburczykami, królem czeskim Wacławem II a wreszcie ze zniemczonym biskupem krakowskim Janem Muskatą i wójtem Albertem, którzy zamykają przed nim bramy Krakowa.

Autorka starannie odtwarza tło historyczne, ożywia postacie znane z kart historii, ukazuje zagmatwane koligacje i system wciąż zmieniających się sojuszów pomiędzy poszczególnymi gałęziami rodu Piastów. Oprócz władców na kartach książek odżywają przedstawiciele wielkich rodów rycerskich z tamtego okresu, a przede wszystkim jedna z najważniejszych rodzin ówczesnej Wielkopolski - Zarębowie. (To właśnie Zarębowie, wraz z władcami sąsiednie Brandenburgii, byli przez wielu im współczesnych jak również późniejszych badaczy naszych dziejów oskarżani o spisek i zamordowanie w Rogoźnie króla Przemysła II).
Ciekawym zabiegiem jest wprowadzenie do powieści magii i pogańskiej religii. Ludzie Starszej Krwi, wiecznie młode zielone kobiety, ożywające herbowe zwierzęta wzbogacają opowiadaną historię o elementy fantastyczne, co stanowi dodatkowy atut tych książek. (Przy okazji - takie połączenie średniowiecznej kultury i magii nieodparcie przywołuje na myśl "Grę o tron" Martina, chociaż Cherezińską czyta się o niebo lepiej, chociażby ze względu na mniejszą ilość bohaterów...)

Bardzo jestem ciekawa jak zakończy się ta historia - tzn. wiem jak potoczą się dalsze losy Władysława Łokietka, biskupa Jakuba Świnki czy królowej Rikissy, bo to w końcu postacie historyczne. Bardziej chodzi mi o Michała Zarębę i Jemiołę - bohaterów fantastycznych, których los związany jest z Rikissą właśnie. Ciekawa również jestem jak autorka poprowadzi dalej postać Łokietka, bo póki co niewiele ma wspólnego z tym bohaterskim i prawym władcą, którego znamy z podręczników - tzn. na odwadze mu nie zbywa, ale już z rozwagą jest nieco gorzej...

piątek, 29 stycznia 2016

Walka o władzę z relikwiami w tle

W marcu 1000 roku miało miejsce bezprecedensowe w dziejach wydarzenie - Otton III, król Niemiec i cesarz rzymski przybył jako pielgrzym do Gniezna, stolicy państwa polskiego rządzonego przez księcia Bolesława. O tej wizycie wiemy co nieco dzięki przekazom kronikarskim (niemieckiego biskupa Thietmara oraz naszego Galla Anonima) - obydwaj podkreślają religijny charakter wizyty, obydwaj opisują wspaniałość przyjęcia jakie utytułowanemu pątnikowi zgotował polski książę, obydwaj są również zgodni co do faktu, że Bolesławowi opłacił się każdy grosz włożony w organizację spotkania...

Znajomość z twórczością Elżbiety Cherezińskiej zawarłam przy okazji "Północnej drogi", czterotomowej opowieści z dziejów Norwegii. Akcja "Gry w kości" toczy się mniej więcej w tym samym czasie a wydarzenia w Skandynawii mają wpływ na politykę zagraniczną Polski, jednak stanowią tylko tło zasadniczego biegu wydarzeń.
Główną osią powieści jest męczeńska śmierć biskupa Wojciecha prowadzącego misję chrystianizacyjną w Prusach i wynikające z niej skutki. 

Bolesław wykupił ciało męczennika i pochował je w Poznaniu - polski władca doskonale zdawał sobie sprawę jak ważny atut znalazł się w jego ręku. Mając ciało męczennika za wiarę ( i to nie byle kogo - Wojciech był osobą znaną w całym ówczesnym chrześcijańskim świecie), który najprawdopodobniej zostanie ogłoszony świętym mógł rozpocząć polski władca starania o usamodzielnienie się polskiego kościoła (a co za tym idzie również i państwa) spod wpływów niemieckich hierarchów. Polski książę przedstawiony jest jako człowiek gwałtowny i porywczy, ale równocześnie inteligentny i przebiegły, twardo stojący na ziemi, w każdym wydarzeniu szukający korzyści dla siebie i swojego państwa.

Jakby naprzeciw polskiego księcia postawiony zostaje cesarz - idealista, podlegający religijnym uniesieniom, bardziej intelektualista niż władca, często ulegający wpływom osób ze swojego najbliższego otoczenia, nieco już zmęczony koroną, którą nosi odkąd skończył trzy lata. Otto podziwia Bolesława, który imponuje mu siłą i władczością, a przy okazji cesarz zdaje sobie sprawę, że to właśnie na polskim księciu może polegać bardziej niż na swoich niemieckich możnowładcach. 

Spotkanie takich dwóch indywidualności to wymarzony temat na książkę i moim zdaniem autorka świetnie dała sobie radę tworząc na kanwie suchych faktów barwny haft złożony z ludzkich emocji, intryg, przeżyć, marzeń i rozczarowań. Nie wiemy co naprawdę myślał Otto czy Bolesław, nie jesteśmy nawet pewni wszystkich faktów,ale wizja Elżbiety Cherezińskiej ma w sobie coś takiego, że czytelnik przyjmuje to wręcz jako pewnik - tak właśnie było! 
Odrębną sprawą jest charakterystyka bohaterów - tak głównych jak i drugoplanowych. Osoby, które znamy z kart podręczników zyskały zalety i wady, są szlachetne lub małostkowe, myślą o sobie lub działają dla dobra ogółu - niby wiem, że to wyobraźnia autorki, ale znów zadziałała jakaś magia i takiego Radzyma Gaudentego już chyba zawsze będę widzieć przez pryzmat tej książki...

"Gra w kości" to kolejna powieść Elżbiety Cherezińskiej, którą serdecznie polecam.

wtorek, 5 maja 2015

Wielkopolska saga

Za nami majowy weekend, który dla części z nas był okresem beztroskiego leniuchowania lub spotkań w gronie rodzinnym, dla innych był to czas nadrabiania lekturowych zaległości (niektórzy, jak na ten przykład Królowa Matka wykazali się wręcz nadludzkim poświęceniem przy tej czynności) wreszcie innym, do których ja się zaliczam, przeleciało te kilka dni nie wiadomo kiedy i właściwie nie wiadomo na czym... Aczkolwiek udało mi się dokończyć lekturę wspaniałej książki, która leżakowała na półce już od kilku lat. I o tej książce słów kilka.

Stary posagowy kufer prababci, który szczęśliwie przetrwał dwie wojny światowe ukrywał w swoim wnętrzu rozmaite papiery - dokumenty, rachunki, listy i karty pocztowe. Znajdował się w nim również dosyć pokaźny zbiór przepisów kulinarnych, porad gospodarskich, spisów bielizny i innego inwentarza, wycinki z gazet, poezja amatorska i jeden dobry Bóg wie co jeszcze. Tym zbieranym przez lata domowym archiwum zainteresowała się wreszcie pani Joanna Konopińska oraz jej przyjaciółka Janina Fedorowicz. Ponieważ żyła jeszcze matka pani Joanny więc uzupełniła tę dokumentację swoimi wspomnieniami. Z opowieści pani Stefanii z Jasieckich Konopińskiej i ze skarbów ukrytych w starym kufrze wyłonił się obraz wielkopolskiego dworu szlacheckiego i zamieszkującej go rodziny na tle burzliwych dziejów końca XIX i początku XX wieku, który stał się kanwą książki "Marianna i Róże". Dla porządku dodam, że książka po raz pierwszy ukazała się w 1977 roku nakładem Instytutu Wydawniczego PAX i niemal natychmiast zniknęła z księgarń. Na szczęście w 2008 roku wydawnictwo Zysk przygotowało jej kolejną, poprawioną edycję.

"Marianna i Róże" napisana jest w formie pamiętnika Marianny z Malinowskich Jasieckiej, babci Joanny Konopińskiej i obejmuje lata 1890-1914. Pani Marianna i jej mąż Michał zakupili właśnie swój pierwszy majątek (Jasiecki był uprzednio plenipotentem dóbr w Pakosławiu) - może niezbyt wielki, ale wygodny dwór w Polwicy, w którym zamieszkali z piątką dzieci (dwie najmłodsze córeczki przyjdą na świat dopiero w tym domu) oraz matką pani Marianny, Różą z Hoppów Malinowską (to właśnie ona była pierwszą właścicielką wspomnianego wyżej kufra). Po kilku latach Polwicę zamienią na większy majątek Ostrowieczko, w którym doczekają pierwszej wojny światowej i odzyskania niepodległości.  Jasieccy   nie mają arystokratycznych koneksji ani ogromnego majątku ale są ludźmi dla których Bóg, Honor, Ojczyzna nie są tylko pustymi frazesami.

Bycie Polakiem w Wielkopolsce na przełomie wieków nie należało do najłatwiejszych - nasilająca się germanizacja, działalność antypolskich organizacji, wykupowanie ziemi przez rząd i przekazywanie go niemieckim osadnikom, utrudnienia w działaniu polskich instytucji kulturalnych to tylko część problemów z którymi spotykają się mieszkający tam Polacy. Priorytetem stało się utrzymanie jak największej ilości ziemi w polskich rękach, podnoszenie poziomu gospodarki, unowocześnianie rolnictwa oraz wspieranie włościaństwa. Obydwoje Jasieccy są gorącymi zwolennikami ruchu spółdzielczego oraz kółek rolniczych, starają się o utrzymanie dobrych stosunków pomiędzy dworem a wsią, a kiedy trzeba spieszą również z pomocą materialną dla poszkodowanych przez los. Ambicją Michała jest stworzenie w Polwicy wzorowego gospodarstwa i temu zadaniu poświęca większość swojego czasu. Jego żona dba o dom oraz dzieci i,  jak na przykładną Wielkopolankę przystało, jest niezwykle oszczędna, gospodarna i pobożna. Manifestuje swoją polskość chociażby przez to, że nie robi zakupów w niemieckich sklepach oraz nie utrzymuje stosunków towarzyskich z niemieckimi rodzinami mieszkającymi w okolicy. W patriotycznym duchu wychowuje swoje dzieci - musi im wpoić najważniejsze wartości tak mocno, żeby państwowa edukacja nie była ich w stanie zniszczyć. Panienki uczęszczają co prawda  na prywatną pensję, gdzie obowiązuje język francuski, ale jedynego syna muszą Jasieccy posłać do pruskiego gimnazjum.
A kiedy dzieci dorastają pojawiają się nowe problemy - znalezienie odpowiedniej partii i wywianowanie sześciu córek może skutecznie spędzić sen z oczu rodziców, a niechęć jedynaka do zajęć gospodarskich też nie napawa optymizmem.

Ale państwo Jasieccy nie zamykają się tylko w kręgu swojego gospodarstwa - uczestniczą w wydarzeniach kulturalnych, odwiedzają rodzinę i znajomych, a swoim gościom starają się pokazać ciekawe i historyczne miejsca w najbliższej okolicy. Marianna podejmuje również dalsze podróże - jedzie z dziećmi do Wrocławia, Kołobrzegu, Krakowa czy Zakopanego, a przy okazji atrakcji turystycznych uzmysławia im, że są to polskie ziemie, które w skutek tragicznych okoliczności znalazły się w obcych rękach.

W ciągu prawie 25 lat opisanych w książce ogromnie zmienia się świat i zmienia się również Wielkopolska. Niektóre zmiany przyjmowane są przez Mariannę pozytywnie (chociażby lepsza komunikacja kolejowa czy pierwsze telefony), inne nie wzbudzają jej entuzjazmu (nowomodne suknie nie przypadają jej do gustu), ale są również takie, którym jest zdecydowanie przeciwna. Marianna jest zbulwersowana rozluźnieniem obyczajów wśród młodych i ich brakiem szacunku wobec starszych oraz ich odchodzeniem od nieprzejednanej antyniemieckiej postawy (strofuje dorosłą i zamężną córkę za użycie zwrotu "nasz cesarz" w stosunku do pruskiego władcy).

Dla Marianny najważniejszą wartość stanowi rodzina - wielkim szacunkiem i przywiązaniem darzy matkę, utrzymuje stały kontakt z siostrami i bratem, a swoje dzieci, pomimo pewnej surowości i dyscypliny w wychowaniu, kocha całym sercem. To dzięki takim kobietom jak Marianna, dzięki ich pracy i poświęceniu dla zachowania narodowej tożsamości wyrosło pokolenie, które mogło odbudować kraj po wyzwoleniu z wieloletniej niewoli.

"Marianna i Róże" to książka niezwykle wciągająca. Pomimo, że czasy się bardzo zmieniły i duża część poglądów Marianny (szczególnie na wychowanie dzieci) może się wydawać dzisiaj mocno anachroniczna czytałam ją z ogromnym zainteresowaniem. Autorkom udało się stworzyć autentyczną i ciekawą bohaterkę oraz ożywić dawno miniony świat. Aż szkoda było zegnać się z Marianną i jej pamiętnikiem...

wtorek, 24 lutego 2015

Wyparte z pamięci

Zawrocie - ta nazwa od dłuższego czasu powracała do mnie jak bumerang. Całkiem spora liczba moich znajomych książkoholików zachwycała się cyklem o Zawrociu, którego autorką jest Hanna Kowalewska. Wszyscy, jak jeden mąż zachwalali ciekawą fabułę, niebanalną bohaterkę i przepiękny język powieści.
Słuchałam tych zachwytów, obiecywałam sobie zapoznać się przynajmniej z jedną książką z cyklu (aby wyrobić sobie własne zdanie), tymczasem czas uciekał, a mnie ciągle było nie po drodze z Matyldą Malinowską - Just... Wreszcie za sprawą DKK przeczytałam "Inną wersję życia" będącą czwartym tomem cyklu. I tak - wiem, że powinno się czytać po kolei, że tom wyrwany z kontekstu może być nie do końca zrozumiały, że po fragmencie nie wolno oceniać całości. To wszystko wiem. Ale nawet pomimo pewnych luk, które siłą rzeczy się pojawiły mogę stwierdzić, że "Inna wersja życia" to dobra książka. I jeszcze, że z chęcią przeczytałabym resztę zawrociańskiego cyklu.

Matylda przez przypadek dostaje kilka starych zdjęć - rozpoznaje na nich siebie sprzed lat (dziewczynka na zdjęciach ma około 6 lat), ale zupełnie nie pamięta innych osób z fotografii. Więcej - zupełnie nie pamięta sytuacji w których zrobiono te zdjęcia... W poszukiwaniu zaginionych wspomnień pomaga jej tylko starsza sąsiadka, bowiem matka udaje, że nie ma pojęcia o co chodzi Matyldzie. Zresztą matka i ojczym zajęci są młodszą siostrą Matyldy - Paula właśnie poroniła i ma wszystkie objawy depresji. Tymczasem Matylda dochodzi do wniosku, że wyjaśnienie historii tajemniczych fotografii może jej pomóc zbudować jakieś relacje z siostrą, z którą nigdy, nawet w czasach dzieciństwa nie miała dobrego kontaktu.

"Inna wersja życia" to jedna z tych książek, które się dosłownie połyka, a kiedy już lektura się kończy pozostaje uczucie niedosytu. Co dziwne akcja nie jest jakoś przesadnie szybka czy wciągająca, na próżno szukać by tu jakiejś sensacji czy scen rodem z melodramatu, aczkolwiek uczuć i emocji jest tu całkiem sporo. 
Kilka tygodni z życia Matyldy, jej przemyślenia, wypowiedzi, podejmowane decyzje są zupełnie zwyczajne, takie jakie przydarzyć się mogą właściwie każdemu. A sama Matylda? Trochę trudno wyrokować po lekturze jednego tomu cyklu ( i to nie pierwszego z kolei), ale wydaje mi się, że bohaterka jest kobietą wrażliwą i bardzo niepewną własnej wartości. Być może dlatego pakuje się w toksyczne związki z mężczyznami, dlatego niemal histerycznie szuka porozumienia z siostrą, dlatego uważa, że prawie wszystkie nieszczęścia które spotykają ją samą ale również jej najbliższych wynikają z jej winy. Matylda z jednej strony chce się wyzwolić od demonów przeszłości, ale równocześnie rozkłada je na czynniki pierwsze i analizuje, doszukując się w nich przy okazji jakichś znaków i ukrytych przekazów.

Tak jak pisałam na początku jednym z plusów tej powieści jest język. Hanna Kowalewska ma niebywały talent w operowaniu słowem. Nie znajdzie tu czytelnik jakichś nowatorskich rozwiązań czy nagromadzenia środków stylistycznych. Nie - książka jest piękna swoją prostotą ale równocześnie nawet opis kawałka zaniedbanego trawnika przed domem stanowi mały, starannie przemyślany i oszlifowany klejnocik. 

Pozostaje sobie życzyć, aby w moje ręce trafiało więcej takiej literatury...

sobota, 20 grudnia 2014

Dobre, bo polskie :)

Ostatnio żyje w ciągłym niedoczasie - mam wrażenie, że doba się skurczyła, a ja mam o wiele więcej zajęć niż normalnie... Na szczęście znajduję chwilę na przeczytanie czegoś, aczkolwiek z napisaniem paru zdań o tych lekturach jest znacznie gorzej :(
Dlatego też dzisiejsza notka dotyczyć będzie trzech książek, które przeczytałam w ostatnich tygodniach - na osobne wpisy mogłyby się nie doczekać. A szkoda by było. 
Dwie z tych książek czytałam na okoliczność Dyskusyjnego Klubu Książki, trzecia to ostatni tom cyklu, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Wszystkie trzy książki zostały napisane przez kobiety i jak wskazuje tytuł posta - nasze rodaczki. 

Nie będę ukrywać, że rozmaite literackie nagrody niespecjalnie do mnie przemawiają. Często się bowiem zdarza, że mają jakiś kontekst polityczny, że wyróżniony zostaje ktoś, kogo z jakiegoś powodu należy wyróżnić (chociażby nie miało to zbyt wielkiego umocowania w twórczości), oraz, że zadziałały jakieś układy i układziki. 
Z tego też powodu z pewną rezerwą podchodziłam do książki Joanny Bator pt. "Ciemno prawie noc", za którą to powieść autorka została uhonorowana Nagrodą Literacką Nike 2013. No, ale jedna z członkiń naszego DKK zaproponowała tę powieść jako temat spotkania i trzeba było przeczytać. I dobrze, że zaproponowała, bo przeczytałam fantastyczną książkę :)

Alicja jest dziennikarką w jednym ze stołecznych czasopism. Ma ugruntowaną pozycję zawodową, więc kiedy trafia się ciekawy temat zostaje oddelegowana do Wałbrzycha z misją napisania reportażu o tajemniczym zaginięciu trójki dzieci. Dla Alicji ten wyjazd, oprócz spraw zawodowych, jest ważny z jeszcze innego powodu - Wałbrzych to jej miasto rodzinne, które opuściła wiele lat temu. Teraz wraca i przy okazji zbierania materiałów do reportażu wspomina swoje dzieciństwo, ojca ogarniętego obsesją odnalezienia legendarnego naszyjnika księżnej Daisy, ukrytego ponoć w podziemiach zamku Książ, siostrę Ewę, zaludniającą wyobraźnię kilkulatki duchami i potworami, sąsiada Alberta Kukułkę, z którym łączyła ją swego rodzaju przyjaźń, dzieci i dorosłych, którzy w jakiś sposób byli ważni w jej życiu. Co może wydawać się dziwne w tych wspomnieniach brakuje matki...

Nie byłam nigdy w Wałbrzychu, jednak obraz tego miasta jaki wyłania się z powieści Joanny Bator wcale nie zachęca do odwiedzin. Króluje tu szarość, bieda i beznadzieja, aktualnie podszyte strachem, wrogość do obcych, nawet jeśli mieszkają w mieście od czasów ostatniej wojny (Wałbrzych, podobnie jak inne miasta na Ziemiach Odzyskanych to mieszanka ludności miejscowej i napływowej), brak perspektyw łączy się z bigoterią i czekaniem na cud, który to fakt ktoś potrafi wykorzystać...

Alicja to osoba, która wydaje się być twarda i niezależna (nawet w pracy nazywają ją pancernikiem), jednak to tylko maska pod którą kryje się ogromna wrażliwość, masa kompleksów, brak umiejętności stworzenia stałego związku, tak uczuciowego jak i przyjacielskiego. Może powrót do rodzinnego domu, rozprawienie się z demonami przeszłości pomoże jej zrozumieć i zaakceptować siebie?

Powieść jest niezwykle mroczna, miejscami zahacza o horror, a nawet fantastykę. Dziwne osoby, niepokojące zjawiska, opowieści sięgające lat wojny sprawiają, że czyta się tę książkę z zainteresowaniem. Przy okazji dodam, że pisarka eksperymentuje na języku polskim, wprowadza w narrację zbitki wyrazów, które nie pozostają bez wpływu na odbiór utworu - np.we mnie początkowo budziły niepokój...

Książka ciekawa i warta polecenia, chociaż niekoniecznie na długi, wietrzny i deszczowy wieczór.

************************************

Inną lekturą przeczytaną na okoliczność DKK była "Moja Afryka" Kingi Choszcz. Pięknie wydana w serii Poznaj Świat wydawnictwa Bernardinum, przyciąga oko szatą graficzną i pięknymi kolorowymi zdjęciami z podróży, którą autorka odbyła wzdłuż zachodniego krańca Afryki. Podróży, którą przerwała nagła choroba i śmierć Kingi w Ghanie...

Powiem od razu, że mam co do tej książki, a i jej autorki takoż, mieszane uczucia. Oczywiście podziwiam pasję i konsekwencję w jej urzeczywistnianiu, ale z drugiej strony przeraża mnie niefrasobliwość dojrzałej, trzydziestokilkuletniej kobiety. Kinga Choszcz zapuszcza się samotnie w tereny zamieszkane przez wyznawców islamu (a powszechnie znane są przecież poglądy ortodoksyjnych wyznawców tej religii na temat kobiet i tego co im wolno), a następnie wędruje poprzez ziemie na których toczy się wojna, bądź działają jakieś grupy rebeliantów. Niejednokrotnie postępuje wbrew miejscowym tradycjom, co również może być niebezpieczne. A już szczytem niefrasobliwości jest podróżowanie autostopem - ciągnące się kilometrami pustkowia w towarzystwie przygodnych kierowców raczej nie napawają euforią... Oczywiście nic się nie stało, w ciągu całej podróży tylko raz została okradziona, a zabiła ją podstępna choroba a nie ludzie, jednak jakoś nie mogę wykrzesać w sobie większej sympatii do tej kobiety. A jej rodziców i przyjaciół jest mi zwyczajnie żal - mogę sobie tylko wyobrazić co przeżywali wiedząc, że ich córka i przyjaciółka cały czas jest narażona na niebezpieczeństwo i, gdyby coś złego się stało, nie ma przy niej nikogo, kto podałby pomocną dłoń.

Sama książka to przepisany dziennik, który Kinga prowadziła w czasie podróży, więc sporo tu opisów oczekiwania na kolejny środek transportu, posiłków jedzonych w drodze czy wreszcie sposobów oszukiwania służb celnych, bowiem autorka nie zawsze miała formalne prawo przebywać na terenie kraju, w którym się aktualnie znajdowała. Z tego też powodu są w tej książce miejsca mocno monotonne (żeby nie powiedzieć nudne) - jest rzeczą jasną, że autorka robiła notatki, które w przyszłości mogły się stać punktem wyjścia do napisania ciekawej i fascynującej historii. Wiele wspomnień, wrażeń i przemyśleń Kingi Choszcz przepadło bezpowrotnie...

Książka ogólnie dosyć ciekawa, chociaż bez fajerwerków.

***********************************

Elżbieta Cherezińska to marka sama w sobie. Zyskała sobie liczne grono wielbicieli (do których i ja się zaliczam) i każda jej nowa powieść staje się wydawniczym hitem.
Po raz czwarty dane mi było się spotkać z jej twórczością na okoliczność książki "Trzy młode pieśni", powieści zamykającej cykl "Północna droga". Tym razem głównymi bohaterami stają się przedstawiciele młodego pokolenia - Bjorn i Gudrun, dzieci Sigurn, oraz Ragnar, syn Haldred i Einara.

Wychowani we dworze w Namsen, Bjorn i Ragnar zostają przyjaciółmi, a nawet braćmi krwi, walczą w drużynie jarla Regina, a po jego śmierci wspólnie szukają zemsty na jego mordercy. Gudrun przygotowywana jest do roli żony i matki, jednak jarlówna ma całkiem inny pomysł na życie...

Akcja książki toczy się siłą rzeczy mniej więcej w tym samym czasie co końcówki trzech poprzednich tomów, więc jeśli ktoś je czytał to o wielu wydarzeniach będzie już wiedział. Tym razem jednak spojrzymy na nie z innej strony - nie od dzisiaj wiadomo, że młodzi mają na pewne sprawy całkiem odmienne zdanie niż ich rodzice.
W powieści pojawia się wiele postaci historycznych (znajdzie się nawet polski akcent w postaci córki Mieszka I) i wydarzeń znanych z kart kronik. Razem z bohaterami popłyniemy szlakiem Wikingów, weźmiemy udział w morskiej bitwie, będziemy bronić zamku przed nieprzyjacielskim wojskiem  a wreszcie zobaczymy twierdzę Jomsborg - legendarny zamek nordyckich rycerzy, którzy, jeśli wierzyć sagom byli niezwyciężeni i siali postrach na północnych morzach.

Ponieważ książka jest zakończeniem cyklu pozwolę sobie tutaj na pewne podsumowanie całej "Północnej drogi", bo pomimo, że to jedna całość, to każda z części jest inna. "Saga Sigrun" to historia wręcz romansowa, gdzie piękna dziewczyna wychodzi za swojego wymarzonego księcia i żyją w szczęściu i miłości (niektórzy zarzucają tej książce zbyt dużą dawkę słodyczy) aż ich śmierć nie rozłączy. "Ja jestem Haldred" to powieść o wielkich ambicjach i potężnych uczuciach - tak miłości jak i nienawiści - główna bohaterka to kobieta wyrastająca ponad swoje czasy, która potrafi walczyć o realizację swoich planów w świecie zdominowanym przez mężczyzn. "Pasja według Einara" ukazuje z jednej strony kulisy chrystianizacji północnej Europy, ale jest również swego rodzaju powieścią sensacyjną - Einar jest nie tylko duchownym, ale również "człowiekiem do zadań specjalnych". Wreszcie "Trzy młode pieśni" niosą rozwiązanie kilku wątków z poprzednich części, ale są przede wszystkim baśniową opowieścią opartą na nordyckiej mitologii - pojawiają się bogowie, walkirie a bohaterowie obdarzeni są niemal nadprzyrodzonymi mocami.

Północna droga to wielowątkowa opowieść, którą można porównać do wielobarwnego, lśniącego jedwabiu - w zależności od oświetlenia wygląda inaczej, chociaż cały czas to ten sam kawałek materiału...

Zdecydowanie warto przeczytać :)


piątek, 31 października 2014

WC na Dzikim Zachodzie

Każdy kto czytał najsłynniejszą powieść, która wyszła spod pióra Karola Maya, czyli "Winnetou" zna określenie "greenhorn" (czyli w dosłownym tłumaczeniu "zielony róg") używane przez mieszkańców Dzikiego Zachodu. Greenhorn to człowiek niedoświadczony, popełniający mnóstwo gaf i pomyłek, przedmiot kpin lepiej obeznanych z amerykańską rzeczywistością krajowców, a przy tym przekonany o tym, że to on jest w porządku a wszyscy wokoło stanowią odchylenie od normy.
"Winnetou" powstał ponad 100 lat temu i opisywanego w nim Dzikiego Zachodu już dawno nie ma, jednak wciąż istnieją tereny, gdzie ludzie żyją w niewielkich społecznościach, z daleka od wielkich aglomeracji, pośród bezkresnych równin pokrytych ubogą roślinnością, na której wypasają się stada należące do okolicznych ranczerów. I zdarza się, że do takiej społeczności zawita człowiek z zewnątrz, zafascynowany życiem na prerii, chociaż nie do końca mający o nim pojęcie - ot, taki typowy greenhorn...

Wojciech Cejrowski kojarzy nam się przede wszystkim z Ameryką Południową i dżunglą zamieszkałą przez plemiona nieskażone cywilizacją. Właściwie nie ma sie co dziwić - cykl programów telewizyjnych  i bardzo popularne książki opowiadające o jego przygodach w tamtych rejonach świata zrobiły swoje. Tymczasem popularny WC ma również inne, północnoamerykańskie oblicze, o którym opowiada w swojej najnowszej książce pt. "Wyspa na prerii".

Dawno temu, kiedy nikomu nie znany student Wojtek Cejrowski podróżował po Stanach Zjednoczonych, trafił na duże ranczo na pograniczu Arizony i Meksyku. Zakotwiczył tam na jakiś czas i w wyniku splotu pewnych okoliczności stał się właścicielem domu na prerii. Później wyjechał do Polski i dopiero po ponad dwudziestu latach wrócił do swojego amerykańskiego domu, który przez cały czas czekał na swojego egzotycznego (w rozumieniu prerii) właściciela. I tak doświadczony podróżnik, znawca kultur indiańskich i amator życia w dżunglii rozpoczął karierę miejscowego greenhorna. Bo pomimo całego swojego doświadczenia popełnił mnóstwo błędów, które stały się na wiele miesięcy tematem rozmów przy piwie w pobliskim miasteczku. Na szczęście WC ma duże poczucie humoru, które obejmuje również śmiech z samego siebie, więc dosyć szybko udało mu się zyskać sympatię miejscowych i stać się po pewnym czasie członkiem ich społeczności. O której to społeczności potrafi ciekawie opowiadać, co sprawia, że książkę czyta sie z prawdziwą przyjemnością.

Jest w tej książce coś co mnie jednak razi - otóż WC bezkrytycznie wielbi amerykańskie prawo, amerykańskie zwyczaje, amerykańskie markety i firmy czy amerykański system podatkowy. Owszem są rzeczy, których można im pozazdrościć - chociażby prawa do obrony swojej własności czy jakości obsługi klienta w Wolmarcie. Jednak np. łatwość w nabyciu broni budzi moje poważne wątpliwości, tym bardziej, że co jakiś czas media donoszą o masakrach, których sprawcą był szaleniec z automatem...

Kilka dni temu ktoś, widząc w moich rękach tę książkę, zapytał czy "Wyspa na prerii" jest taka dobra jak "Rio Anakonda". Szczerze mówiąc nie potrafię na tak postawione pytanie odpowiedzieć, bowiem tych książek nie da sie porównać. Z pewnością jest to książka ciekawie napisana, opatrzona licznymi fotografiami i pięknie wydana. Ale czy lepsza albo gorsza? Nie wiem. Jest po prostu inna.

Warto sięgnąć po "Wyspę na prerii" i przekonać się jak wygląda dzisiejszy Dziki Zachód, na którym konie zamieniono na samochody terenowe, gdzie przed każdym domem musi być trawnik, a dzieciaki do szkoły wozi żółty autobus. Bo pomimo pewnych zdobyczy cywilizacyjnych preria jest taka sama jak za czasów wspomnianego na początku Winnetou...

Za książkę dziękuję księgarni Gandalf.


środa, 23 kwietnia 2014

Przeczytane w busie - część piąta (i jak na razie ostatnia...)

Uff....
Zakończyłam pobieranie nauk i od dwóch tygodni jestem kwalifikowanym nauczycielem przedmiotu o wdzięcznie brzmiącej nazwie "Wychowanie do życia w rodzinie". Skończyły się tym samym moje wyprawy do Krakowa i czytanie w środkach komunikacji zbiorowej. 
Dzisiaj ostatnia porcja moich busowych lektur.

Z radosną twórczością Stephena Clarke'a spotkałam się już jakiś czas temu przy okazji okrzykniętej bestsellerem książki "Merde! Rok w Paryżu". Od razu powiem, że owo dzieło zupełnie nie przypadło mi do gustu, poczucie humoru autora do mnie nie trafiło i nie miałam w planach kolejnego spotkania z tym mieszkającym we Francji angolem. Niestety życie miało nieco inne plany niż ja i w ramach naszego DKK czytałyśmy w ubiegłym miesiącu jego "Paryż na widelcu".
Książka stanowi rodzaj przewodnika po stolicy Francji przeznaczonego dla obcokrajowców - moim zdaniem głównie Anglików chcących na własnej skórze przekonać się jakie z tych Francuzów (ze szczególnym wskazaniem na rodowitych paryżan) gbury i tępaki, a przez to podbudować opinię o własnej kulturze i obyciu.
Książka podzielona jest na rozdziały opowiadające o najważniejszych symbolach stolicy Francji, a więc poczytamy o jedzeniu, modzie, miłości, seksie, kinie i sztuce. Parę stron poświęcił również autor paryskim ulicom, Sekwanie, mieszkaniom i środkom komunikacji (tu głównie o metrze pisał). Clarke stara się puszczać oko do swoich czytelników, ale to taki dowcip na poziomie Jasia Fasoli (którego organicznie wręcz nie znoszę).

Żeby być sprawiedliwym dla książki i jej autora przyznaję, że dowiedziałam się kilku nowych rzeczy o "mieście świateł", ale do wizyty w nim  to dziełko w żaden sposób mnie nie zachęciło...

******************************************************

Elżbieta Cherezińska to jedna z tych osób, które pisząc o historii robią to naprawdę dobrze. Miałam okazję przeczytać dwie pierwsze książki z cyklu "Północna Droga" a teraz przyszła pora na część trzecią czyli "Pasję według Einara".

Główny bohater to jedyne dziecko kapłana i wróżbity Tjostara. Mieszka wraz z ojcem na niewielkiej wysepce Vikna. Swojej prawdziwej matki nie zna, a jej miejsce zajmują coraz to nowe kobiety. Czasy dzieciństwa Einara przypadają na okres panowania króla Haakona Dobrego, który planował wprowadzenie w Norwegii chrześcijaństwa. Niestety większość jarlów, szczególnie na północy, nie chce porzucić starych bogów, a ich ofiarą pada Tjostar, który uważa, że czasy Odyna i Thora już się skończyły, a nowej wiary nie da się uniknąć.
Po śmierci ojca Einar zostaje w tajemnicy wywieziony z kraju i trafia do opactwa benedyktynów w Yorku. Dla potomka Wikingów, przyzwyczajonego do swobody i życia w zgodzie z naturą, zamknięcie w klasztornych murach jest ogromnym szokiem. Życie według benedyktyńskiej reguły "Ora et labora" (módl się i pracuj), brak wolnej chwili dla siebie i zdecydowana wrogość innych podopiecznych zakonu sprawiają, że nie jest mu łatwo - na szczęście zdobywa sobie przyjaźń Oswalda, jednego z oblatów a przy okazji krewnego arcybiskupa Canterbury.
Einar przyjmuje chrześcijaństwo, uczy się w klasztornej szkole, a przełożeni widząc jego inteligencję i gorliwość wciągają go w działalność tajnego bractwa, którego celem jest m.in. chrystianizacja Skandynawii. Po latach jako dorosły mężczyzna wraca do ojczyzny, aby przygotować grunt pod nowe idee...

Postać Einara pojawiła się już w poprzednich tomach - jest krewnym Sigrun, a z Haldred połączyło go gorące uczucie, jednak dopiero teraz mamy możliwość poznać go bliżej i zrozumieć motywy jego postępowania.
Einarowi nie jest łatwo - tragiczny koniec dzieciństwa, dorastanie we wrogim otoczeniu, konieczność ukrywania własnych myśli, pragnień i opinii, postępowanie wbrew wpojonym wcześniej regułom sprawiają, że jest to człowiek wewnętrznie rozdarty. Symboliczny jest też fakt, że pomimo długich i gruntownych przygotowań oraz prawdziwej wiary w Chrystusa przez wiele lat nie udaje mu się przyjąć święceń kapłańskich - zupełnie jakby sam Bóg dawał mu szansę na zawrócenie z drogi. Bo chociaż Einar zdecydowany jest zostać księdzem i nieść słowo boże do swoich rodaków, to równocześnie nie potrafi oderwać się od spraw doczesnych - szczególnie znajomość z Haldred wystawia na próbę jego powołanie.

Przy okazji mam taką refleksję - pierwszy tom czyli "Saga Sigrun" bardzo mi się podobał, choć sama główna bohaterka taka trochę nudnawa była.  Tom drugi czyli "Ja jestem Haldred" był nieco mroczny, pełen namiętności i trzymający w napięciu - po prostu świetny. Tymczasem "Pasja według Einara" jest jeszcze lepsza - niezwykle plastyczna, uczuciowa, pełna pasji i emocji. Przede mną lektura ostatniej książki, zamykających cykl "Trzech młodych pieśni" - aż się boję co będzie...

************************************************

O Annie Szepielak usłyszałam już jakiś czas temu, przy okazji jej debiutanckiej powieści "Zamówienie z Francji", która gościła na kilku odwiedzanych przeze mnie blogach. Tamtej książki nie udało mi się jak dotąd przeczytać, ale ciekawość pozostała i kiedy na bibliotecznej półce zauważyłam "Młyn nad Czarnym Potokiem" tej autorki nie namyślałam się długo...

Główną bohaterką jest Marta - z wykształcenia konserwator zabytków, aktualnie niepracująca mama kilkuletniej Uli, żona Adama i siostra robiącej karierę telewizyjną Grażyny. Marta ma wrażenie, że życie przecieka jej między palcami, męża wiecznie nie ma w domu, dziecko jest chorowite i wymaga ciągłej opieki. Nie przyznaje się do tego, ale trochę zazdrości Grażynie, która może się realizować zawodowo, niestety nawet w Warszawie nie ma zbyt wielu propozycji pracy dla konserwatorów sztuki. Jakby tego wszystkiego było mało okazuje się, że Adam uzyskał bardzo ciekawą ofertę pracy, tyle, że w Londynie, i nie konsultując się z Martą zgodził się wyjechać na kilka miesięcy.
Marta pozostawiona sama sobie w mieście, którego nigdy nie lubiła, z dzieckiem uważającym, że to ona jest odpowiedzialna za wyjazd ukochanego tatusia, bez przyjaciół i znajomych zaczyna popadać w depresję. Na szczęście zbliżają się święta wielkanocne i wyjeżdża do rodziców mieszkających w niewielkim miasteczku nieopodal Nowego Sącza. Tam wpada w wir przygotowań około świątecznych, tym większych, że z wizytą przybywają krewne ze Stanów Zjednoczonych.
W rodzinnym domu Marta ma możliwość spojrzeć z dystansu na swoje życie, pozmieniać pewne sprawy, ustalić priorytety i zacząć żyć na nowo. Przy okazji rodzinnych spotkań odkrywa też, że z jej przodkami wiąże się jakaś mroczna tajemnica...

Książkę czytało mi się bardzo dobrze, Marta i jej problemy mogą być bliskie niejednej czytelniczce. Autorka porusza temat emigracji zarobkowej, frustracji spowodowanej brakiem perspektyw, stresujących warunków życia i pracy w telewizji, niedojrzałych życiowo partnerów, egoistycznego nastawienia do życia - można by jeszcze wiele wymieniać.
Jak dla mnie dosyć ciekawy był wątek pradziadków Marty, właścicieli starego młyna  - niestety potraktowany dosyć pobieżnie. A szkoda...

Jak to we współczesnych powieściach obyczajowych ostatnio bywa znajdziemy w "Młynie" kilka przepisów kulinarnych oraz opisów prac domowych - w końcu Wielkanoc zobowiązuje. I tu naszła mnie taka niewesoła myśl - od jakiegoś czasu mam wrażenie, że dla coraz większej  grupy ludzi symbolem zakończonych dopiero co świąt nie jest przeżycie religijne a umyte okno, nowa firanka, góra jedzenia i wszechogarniające zmęczenie...

**********************************************

Ta książka chodziła za mną już od bardzo dawna - wyjmowana z półki i odkładana z powrotem na jakiś wolniejszy czas (objętość bowiem całkiem pokaźną posiada). No ale wreszcie "Miasto Śniących Książek" Waltera Moersa się doczekało mojej w nim wizyty...

Hildegunst Rzeźbiarz Mitów jest jeszcze młodym, bo zaledwie 77-letnim, smokiem, wielbicielem literatury i początkującym pisarzem. Na polecenie swego literackiego opiekuna opuszcza spokojną i bezpieczną Twierdzę Smoków i udaje się w podróż do Księgogrodu, aby odnaleźć tam nieznanego acz niezwykle utalentowanego pisarza. Niestety jego poszukiwania są nie w smak pewnym zamieszkującym miasto istotom i nasz podróżny zostaje wciągnięty w pułapkę, a następnie wrzucony do księgogrodzkich lochów na pewną i okrutną śmierć.
Podziemia te zamieszkane są przez rozmaite najdziwniejsze stwory, z których najniebezpieczniejszy jest Król Cieni mieszkający w najgłębszej czeluści lochów.
Jednak nie tylko mieszkańcy podziemi stanowią zagrożenie dla Hildegunsta. O wiele realniejsze niebezpieczeństwo grozi mu ze strony łowców książek, bezwzględnych i przebiegłych bandytów poszukujących w podziemiach cennych woluminów, które odsprzedają z zyskiem antykwariuszom. Łowcy konkurują między sobą, nierzadko walczą na śmierć i życie, jednak kiedy zachodzi taka potrzeba jednoczą się przeciwko wspólnemu wrogowi.
Ach, i jeszcze jedno niebezpieczeństwo czyha na naiwnego wielbiciela literatury - niektóre książki, które zalegają podziemia mają niezwykle krwiożercze usposobienie...

To książka niezwykła - trochę baśń, trochę powieść sensacyjno-przygodowa, trochę fantastyka i trochę... powieść psychologiczna. Trudno ją zakwalifikować do jakiegoś jednego, konkretnego gatunku. Akcja toczy się leniwie, by w pewnym momencie gwałtownie przyspieszyć i przez chwilę gnać na złamanie karku, a za moment znów się uspokoić. Autor bawi się z czytelnikiem w rozmaite literackie gry - nazwiska części bohaterów to anagramy nazwisk wielkich postaci światowej literatury, w camońskich powieściach odszukamy wątki znane z klasyki europejskiej, nawet nie będąc językoznawcą zauważymy "książkowy" źródłosłów wielu określeń.

Każdy wielbiciel literatury powinien poznać tę książkę:)

poniedziałek, 21 października 2013

Na północnych morzach

Kilka miesięcy temu przeczytałam "Sagę Sigrun", pierwszą część cyklu "Północna droga" autorstwa Elżbiety Cherezińskiej, a teraz przyszedł czas na tom drugi, czyli "Ja jestem Halderd". Akcja powieści toczy się mniej więcej w tym samym czasie co w tomie pierwszym, jednak tym razem oglądamy rzeczywistość oczami Halderd, żony Helgiego, jarla na Ynge.

W przeciwieństwie do Sigurn życie Haldred nie było usłane różami. Przyszła na świat w bogatym dworze, jednak nierozważny czyn jej starszego brata wpędził rodzinę w ogromne kłopoty i nędzę. Kiedy dziewczynka miała czternaście lat opiekę nad nią przejął stryj i zakrzątnął się za bogatym mężem dla bratanicy. Rozważano kilka kandydatur, w końcu stryj wybrał dwóch najbardziej obiecujących jarlów i im przedstawił Haldred. Serce dziewczynki mocniej zabiło dla pięknego Regina, jednak los przeznaczył dla niej Helgiego. Szybko okazało się, że mąż jest bogatym człowiekiem i odważnym wojownikiem, ale niestety zbytnio gustuje w miodzie, po wypiciu którego siłą egzekwuje małżeńskie obowiązki. Kolejne kilka lat to najcięższy okres w życiu Haldred - musi udowodnić, że jest w stanie zapanować nad mężowskim gospodarstwem, w ciągu dziesięciu lat rodzi sześciu synów i coraz bardziej nienawidzi Helgiego...

Halderd to kobieta ambitna, świadoma własnej wartości, inteligentna, stanowcza, taka, która dąży do wytyczonego celu nie zważając na konsekwencje. Poniżana przez męża, znosi wszystko w milczeniu, prosząc bogów o kolejną wyprawę, która na kilkanaście miesięcy zatrzyma Helgiego na morzu. Morze jest ciągle obecne wżyciu Halderd, pomimo, że ona sama wiele nie pływa. Ale morze trzyma Helgiego z dala od domu, z morza czerpie dwór Ynge swoje bogactwo, synowie Halderd nie widzą dla siebie innej przyszłości jak na wojennych wyprawach do zamorskich krain, wreszcie, za morzem jest ktoś, kto nauczył ją co to znaczy kochać...

Mimo woli porównywałam Sigrun i Halderd - pierwsza trochę mnie raziła nadmierną słodyczą, dobrocią i czułością, natomiast druga to postać niezwykle wyrazista, targana emocjami, jednak nie działająca pod wpływem impulsu. Sigurn czuje, Halderd myśli i analizuje.
Pomimo, że główni bohaterowie to postacie fikcyjne, to jednak obracają się w konkretnym świecie. Ich losy ściśle łączą się z historią Norwegii w drugiej połowie X wieku, a oni sami spotykają tych, którzy tę historię tworzyli - jarlów, królów, biskupów. Po raz kolejny należy się głęboki ukłon dla autorki za drobiazgowe malowanie tła historycznego oraz obyczajowego.

Serdecznie polecam tę książkę, a sama śpieszę zapisać się w bibliotece do kolejki do tomu trzeciego...

wtorek, 20 sierpnia 2013

Dziewczynka i jej koń

Ależ piękną książkę przeczytałam...
A o mało co odniosłabym ją do biblioteki nawet nie zajrzawszy do środka - odstraszyło mnie nazwisko autora...
No bo tak - na okładce jak byk pisze, że autorem jest pan Evans. A ja nie tak dawno przebrnęłam przez dwie książki niejakiego Evansa i obiecałam sobie, że nigdy więcej (albo przynajmniej w ciągu najbliższych pięciu lat). I kiedy już książka leżała w stosiku przeznaczonym do odniesienia do biblioteki dotarło do mnie, że coś nie tak z tym Evansem... Bo tamten wzgardzony był dwojga imion, a ten tutaj jest jednoimienny. Książkę wyjęłam ze stosu, zaczęłam czytać i wsiąkłam... Skończyłam jakoś nad ranem - na szczęście jeszcze są wakacje, więc na takie drobne szaleństwo mogę sobie pozwolić.

Trzynastoletnia Grace uwielbia jazdę konną, więc rodzice kupili jej konia o imieniu Pielgrzym. W każdy weekend Grace z tatą lub z obojgiem rodziców jeździ do położonego kilkanaście kilometrów od Nowego Jorku miasteczka, gdzie Pielgrzym ma wynajętą stajnię. 
Tak było i tym razem. Dziewczynka nie budząc śpiącego ojca wyszła sama z domu, dotarła do stajni, osiodłała konia i razem ze starszą koleżanką Judith wyjechała na przejażdżkę. Niestety wycieczka zakończyła się tragicznie: w wypadku zginęła Judith i jej koń Guliwer, natomiast Grace i Pielgrzym odnieśli ciężkie obrażenia - dziewczynka straciła nogę,poważnie się wykrwawiła i walczy o życie, a koń z licznymi ranami i złamaniami nie miał właściwie żadnych szans na przeżycie i wyleczenie. Wezwany na miejsce weterynarz decyduje o uśpieniu konia, jednak matka Grace kategorycznie się temu sprzeciwia - podświadomie wierzy, że dopóki żyje koń również jej córka ma szansę...
Udaje się uratować i Grace i pielgrzyma, jednak wypadek zupełnie ich zmienił, dziewczynka zamknęła się w sobie, na przemian jest apatyczna i agresywna, zerwała kontakty z koleżankami a i rodzice nie mogą się z nią porozumieć. Pielgrzym zmienia się w dziką bestię do której nikt nie jest w stanie podejść, koń szaleje przy jakiejkolwiek próbie kontaktu.
Matka Grace szuka ratunku dla Pielgrzyma i przypadkiem trafia na informacje o niezwykłym treserze koni, który nawet najbardziej narowiste sztuki zmienia w spokojne wierzchowce. Po raz kolejny wierzy, że los dziewczynki i jej konia jest ściśle ze sobą związany i jeżeli uda się wyleczyć Pielgrzyma to i Grace wróci do zdrowia. Problem w tym, że Tom mieszka aż w Montanie...

"Zaklinacz koni" to historia o ludzkich dramatach, o umiejętności radzenia sobie z własnymi ograniczeniami, to wreszcie historia o ludziach, którzy gdzieś w ciągłym pędzie i pośpiechu zupełnie się zagubili. Ojciec Grace jest wziętym prawnikiem, a matka szefową wydawnictwa, w pracy musi być twarda i cały czas udowadniać, że jest najlepsza - taką postawę przenosi również na domowe podwórko. Ludzie, których połączyło kiedyś wielkie uczucie oddalają się od siebie coraz bardziej i dopiero wypadek córki sprawia, że zatrzymują się w biegu i muszą spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy. Muszą zdecydować co w życiu jest najważniejsze.
Choć sprawy ludzi stanowią wątek pierwszoplanowy to nie można zapomnieć o zwierzęcych bohaterach tej książki. Tom Booker, tytułowy zaklinacz jest kimś w rodzaju psychologa, może psychoterapeuty, który traktuje konie z pewną dozą stanowczości (trzeba jakoś ustalić "kto tu rządzi") jednak bardziej jest przyjacielem niż treserem. Uważa, że każde zwierzę jest inne i każde wymaga indywidualnego podejścia a przypadek Pielgrzyma jest największym wyzwaniem w jego karierze. Podejmuje zadanie, chociaż początkowo nie jest do niego nastawiony zbyt entuzjastycznie, ale nie potrafi odmówić zdeterminowanej matce.

"Zaklinacz koni" to debiut powieściowy Nicholasa Evansa - bardzo udany, bo od razu sprzedał się w ogromnych nakładach, a kilka lat później Robert Redford wyreżyserował ekranizację tej książki i sam zagrał w niej rolę tytułową.

Kadr z filmu

wtorek, 16 lipca 2013

Nie łatwo być dziesięciolatkiem...

Wiele dzieci (w tym moje własne) twierdzi, że nie lubi szkoły. Jeśli jednak podrążyć temat okazuje się, że sama szkoła jest w porządku, bo zawsze dzieje się tam coś ciekawego, a niechęć uczniów budzi konieczność siedzenia na lekcjach i odrabianie zadań domowych...
Takie też zdanie na temat szkoły ma dziesięcioletni Kajtek, bohater powieści "Zeszyt z aniołami", która to książka jest debiutem pisarskim Moniki Madejek.

Kajtek jest uczniem czwartej klasy, ma dwójkę młodszego rodzeństwa, troje najbliższych przyjaciół, zapracowanych rodziców i babcię, która choć mieszka w innym mieście to ma ogromny wpływ na całą rodzinę. 

Historia rozpoczyna się w poniedziałek 18 kwietnia, kiedy to wychowawczyni a zarazem nauczycielka języka polskiego zadaje klasie Kajtka nietypowe zadanie - otóż uczniowie mają prowadzić przez dwa miesiące dziennik i opisywać w nim szczerze własne przeżycia i przemyślenia. Jako, że jest to niezwykle intymna tematyka pani nie będzie sprawdzać co napisali, a na koniec roku uczniowie sami ocenią swoją pracę.
I tak oto możemy śledzić dzień po dniu kronikę dwóch miesięcy z życia Kajtka, jego rodziny i przyjaciół. A jest o czym pisać... 
Po pierwsze babcia, która kończy właśnie 65 lat postanawia zrobić coś szalonego. Jeszcze nie wie co to będzie, ale cała rodzina z drżeniem serca oczekuje co wymyśli starsza pani. Po drugie klasa Kajtka przygotowuje inscenizację "Kopciuszka" na Dzień Matki i im bliżej daty premiery tym atmosfera robi się coraz bardziej nerwowa. Po trzecie mama, która prowadzi kącik kulinarny w lokalnej gazecie, ma trochę kłopotów w pracy i dzieciaki starają się jej jakoś pomóc. To tylko kilka problemów, którymi żyje Kajtek i jego bliscy w ciągu tych dwóch miesięcy ale jest jeszcze kilka innych mniej lub bardziej ważnych spraw, tak, że materiału do dziennika jest całkiem sporo.

Kajtek i jego przyjaciele to zwyczajne dzieciaki - raczej grzeczne, choć miewają czasem zwariowane pomysły. Ale powiedzcie sami, nigdy nie korciło was aby polatać na miotle jak Harry Potter? A może zdarzyło się zrobić coś, co wydawało się dobrym uczynkiem, a w końcu okazało się totalną klapą? I przyznajcie uczciwie, nie byliście ciekawi jak działa gaśnica proszkowa? No właśnie, każdy z nas ma na sumieniu przynajmniej kilka takich nie do końca przemyślanych postępków...

Książka pisana jest o dzieciach i dla dzieci, ale bardzo ważni są w niej również dorośli - rodzina Kajtka, sąsiedzi, pani wychowawczyni. To bardzo zróżnicowane grono, raczej miłe, chociaż zdarzają się wyjątki. To ważne, bo często się zdarza, że autorzy książek dla dzieci idealizują dorosłych, którzy mają stanowić niedościgły wzór dla młodego pokolenia. Tymczasem dziecko to niezwykle krytyczny obserwator świata i takiż czytelnik, więc pisząc dla takiego odbiorcy trzeba jak najbliżej trzymać się rzeczywistości. Oczywiście należy negatywnemu bohaterowi dać szansę na poprawę, ale nie wolno wmawiać dziecku, że wszyscy dorośli to wzory do naśladowania.
Osobnym tematem jest babcia Kajtka - była tancerka, od lat na emeryturze postanawia coś zrobić z własnym życiem. Jak to zwykle bywa najlepiej dogaduje się z wnukiem i to jego pierwszego wprowadza w swoje plany, a dopiero w dalszej kolejności informuje o swoich pomysłach córkę i zięcia. Babcia jest nieco apodyktyczna, trochę samolubna, jeśli trzeba to przebiegła, ale w krytycznych chwilach rodzina może na nią liczyć.

Powieść Moniki Madejek to ciepła, pełna humoru historia dla dzieci w wieku 10-12 lat, aczkolwiek ja czytałam ją z ośmiolatkiem i obydwoje świetnie się przy niej bawiliśmy. Miejmy nadzieję, że jeszcze kiedyś będziemy mogli przeczytać kolejne książki tej autorki.

A gdyby ktoś z Was był zainteresowany to na blogu Asymaki jest wywiad z autorką oraz konkurs, w którym można wygrać tę sympatyczną książkę.

środa, 29 maja 2013

O czym ta książka? O Wikingach?

Pytanie jak w tytule zadał mi jeden z moich uczniów  - rozpaczliwie czegoś szukałam w torebce, a żeby było łatwiej, to poszczególne przedmioty wykładałam na biurko, m.in. rzeczoną książkę. Trochę bezwiednie potwierdziłam, ale później, już na spokojnie dotarło do mnie, że minęłam się z prawdą. Bo co prawda występują w niej dzielni jarlowie i  ich przyboczne drużyny, ale głównymi bohaterkami "Sagi Sigrun" Elżbiety Cherezińskiej są kobiety: żony, siostry i matki normańskich wojowników.

Tytułowa bohaterka to dziecko szczęścia: ukochana jedynaczka, wypieszczona przez rodziców (szczególnie przez ojca), w wieku 16 lat wydana za bogatego i przystojnego sąsiada, jarla Regina, uwielbiana przez męża, zyskuje sobie od pierwszej chwili szacunek domowników i mężowskiej drużyny, szczęśliwa matka dwójki udanych dzieci a jakby tego było mało obdarzona niezwykłą urodą kobieta. 

Sigrun snuje swoją opowieść u schyłku życia - wspomina dzieciństwo w domu rodziców, opowiada o namiętności jaka łączyła ją z mężem, roztkliwia się nad dziećmi, które dorosły zbyt szybko, opisuje troski i radości dnia codziennego w normańskim grodzie. Jednak najwięcej w jej opowieści jest tęsknoty - za ojcem, za mężem, który przez większość czasu znajduje się poza domem, za synem od najmłodszych lat szkolącym się pod okiem wojowników, aby, gdy przyjdzie czas zająć miejsce ojca. Jej życie to ciągłe czekanie - na wieści lub na powrót najbliższych, ale również na królewskiego poborcę, przed którym trzeba ukrywać zapasy i kosztowności.

"Saga Sigrun" to pierwsza z planowanego na 6 tomów cyklu "Północna droga". Akcja powieści toczy się w północnej Norwegii w  drugiej połowie X wieku. W tle mamy wojnę domową, konflikt z Duńczykami,  wreszcie początki chrześcijaństwa na tamtych terenach. 
Elżbieta Cherezińska starannie przygotowała się do tej książki - drobiazgowo odtworzone tło historyczne i obyczajowe, szczegóły dotyczące życia codziennego, zajęć, rzemiosła, strojów czy pożywienia, plastyczny opis obrzędów religijnych, wierzeń i rytuałów - to wszystko składa się na bogaty i wielowymiarowy obraz świata i ludzi, którzy w nim żyli. 
Ogromne znaczenie ma również styl autorki - bardzo poetycki, bogaty w środki stylistyczne, a przy tym prosty i zrozumiały - nawet sceny erotyczne nie raziły topornością, nie przytłaczały fizjologią, w dużej mierze pozbawione były dosłowności, bardziej przypominały lirykę niż prozę. 

Czytanie tej książki to była wielka przyjemność. Pozostaje mieć nadzieję, że już niedługo uda mi się przeczytać kolejną część tej opowieści. 

środa, 30 stycznia 2013

Można odejść na różne sposoby...

Małgorzata Kalicińska to jedna z tych polskich autorek, która budzi ogromne kontrowersje - jedni chwalą na potęgę, inni odsądzają od czci, wiary i choćby iskierki talentu. A ja? Ja jestem jakoś pośrodku - jedna książka podobała mi się bardzo, druga wcale, a trylogię rozlewiskową czytało mi się całkiem całkiem - ot, czytadełko w sam raz na wakacyjne popołudnia.
Od jakiegoś czasu na blogach i portalach czytelniczych znów głośno o pani Małgorzacie, a to ze względu na jej najnowszą książkę, czyli "Lilkę". 

Marianna Roszkowska to pani po pięćdziesiątce, dziennikarka jednego z kobiecych magazynów, żona, matka i babcia. Pewnego sierpniowego dnia jej świat się rozpada - po 30 latach małżeństwa odchodzi od niej mąż. Pomimo, że do jakiegoś już czasu oddalali się od siebie coraz bardziej, Marianna bardzo boleśnie odczuwa rozpad swojego małżeństwa, tym bardziej, że dosyć szybko okazuje się, że w życiu Mirka, jej byłego męża pojawiła się jakaś inna pani. Kiedy Marianna próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości kontaktuje się z nią Lilka, jej przyrodnia siostra, z którą nigdy nie miała za dobrego kontaktu i której zwyczajnie nie lubi. 
Lilka to artystyczna dusza, kiedyś dosyć znana malarka, dzisiaj nieco zapomniana, ma kłopoty ze zdrowiem - szybko się okazuje, że pozornie drobna dolegliwość to coś o wiele bardziej poważnego.
Marianna musi odłożyć na bok swoje własne kłopoty i zająć sie ciężko chorą siostrą...

Powieść Małgorzaty Kalicińskiej podejmuje niezwykle trudny i bardzo aktualny temat nieuleczalnej choroby, odchodzenia, bólu i cierpienia, nie tylko tego odczuwanego przez osobę chorą ale również przez jej najbliższych. Marianna stara się zapewnić siostrze jak najlepszą opiekę medyczną, zaprasza ją do swojego mieszkania, staje się przyjaciółką, powiernicą a kiedy zachodzi taka potrzeba również pielęgniarką. Choroba Lilki sprawia, że patrzy na swoje własne kłopoty z nieco innej perspektywy.

"Lilka" miała szansę stać się najlepszą, najbardziej dojrzałą pozycją w dorobku pisarskim pani Kalicińskiej, niestety autorka nie wykorzystała tej możliwości. Po pierwsze uważam, że jest stanowczo za długa, za bardzo przegadana, pełno w niej jakichś wątków pobocznych, przypadkowych tematów, które rozpraszają uwagę, a co za tym idzie zaciemniają wątek główny. Kolejna sprawa - nie potrafi się autorka (bądź nie chce) wyzwolić  z takiej słodko-lukrowej konwencji. Lilka pomimo choroby jest wręcz aniołem, a i Marianna właściwie nie przeżywa chwil zwątpienia czy zmęczenia. Generalnie całe jej otoczenie to ludzie inteligentni, piękni, wrażliwi, normalnie raj a nie Saska Kępa i okolice. Nie podobała mi się jeszcze jedna rzecz - Marianna ciągle powtarza jak to nie lubiła nigdy Lilki, jak była o nią w młodości zazdrosna, natomiast w momencie, kiedy dowiaduje się o chorobie siostry jej stosunek do niej zmienia się diametralnie, wręcz sobie siostrzyczki z dziobków jedzą. I mnie to zupełnie nie przekonuje - wygląda to tak jakby autorka na siłę chciała zrobić z Marianny ideał, wzorzec postępowania i poświęcenia się dla bliźniego - w zamyśle może to i wzruszające miało być, ale wyszło sztuczne i nierealne.

Nie można też nie wspomnieć o pewnej matrycy, którą posługuje się autorka  - jeżeli ktoś czytał serię rozlewiskową, to szybko wychwyci podobieństwa w losach bohaterów. Wygląda to tak jakby autorka uznała, że skoro przy tamtych książkach chwyciło, to i tu powinno zaskoczyć. I pewnie (sądząc po ilości pozytywnych opinii) zaskoczyło, ale to chyba nie o to chodzi, żeby powielać chwytliwe wzorce, tylko się rozwijać, szukać czegoś nowego. No, ale może ja się nie znam...

Można by jeszcze znaleźć kilka innych wad tej powieści, chociażby swego rodzaju wulgarność, przy okazji scen erotycznych, nagromadzenie nieszczęść, które spadają na Mariannę i w żaden sposób jej nie załamują, niekonsekwencję przy tworzeniu niektórych postaci (chociażby Michał, ojczym Mani, człowiek wykształcony, oczytany i inteligentny nie potrafi prawidłowo wypowiedzieć słowa stomia) czy wreszcie błędy rzeczowe, które wkradły sie do tekstu (chociażby scena, gdzie Marianna cytuje fragment utworu "Na jagody" Marii Konopnickiej, radośnie oświadczając, że jest to "O Janku Wędrowniczku" - dobrze, że przynajmniej autorki nie pomyliła...).

Reasumując - książka zapowiadała się interesująco, niestety na zapowiedzi się skończyło. Zamiast prawdziwej, dramatycznej, życiowej historii otrzymałam średniej jakości czytadło. Szkoda...


piątek, 25 stycznia 2013

Garść nowin z Królewskiego Traktu i okolic

W Winterfell się tłuką, pod Riverun się tłuką, w Królewskiej Przystani co prawda się nie tłuką, ale intrygują aż drzazgi lecą. Za Murem dzicy, którzy nazywają siebie Wolnymi Ludźmi szukają sposobu aby dostać się na teren Siedmiu Królestw - zbliża się przecież zima, a poza tym pojawia się coraz więcej Innych. Daenerys wędruje wzdłuż Zatoki Niewolniczej i, co za niespodzianka, zajmuje kolejne miasta tłukąc aż miło ich mieszkańców - no, tym to się chociaż należy, bo handel niewolnikami to bardzo niedobra rzecz jest...

Przeczytałam trzecią część "Pieśni lodu i ognia" George'a R.R. Martina czyli "Nawałnicę mieczy". Dla tych co może jeszcze nie wiedzą - na "Nawałnicę" składają sie dwa tomy "Stal i śnieg" oraz "Krew i złoto" - lekko licząc ponad 1100 stron fabuły i prawie 50 stron dodatku, w którym autor uporządkował bohaterów pierwszo-, drugo- i trzecioplanowych ze względu na przynależność do poszczególnych rodów i dworów. I niniejszym chwała mu za to, bo momentami miałam wrażenie, że jeden Balon przebywa równocześnie w dwóch miejscach, a po przestudiowaniu dodatku okazało się, że ich dwóch jest. Balonów znaczy się jest dwóch - jeden na Północy a drugi w Królewskiej Przystani. 

Kolejne tomy sagi, pomimo, że nadzwyczaj obszerne nie przynoszą rozwiązań właściwie żadnego problemu. Walki pomiędzy Lannisterami a Robbem Starkiem trwają w najlepsze, Stannis szuka sprzymierzeńców, bo zdaje sobie sprawę z tego, że jego siły są bardziej niż nikłe, Arya dalej się pęta po lasach i bezdrożach, zmieniając tylko co jakiś czas towarzystwo, Bran szuka swojego przeznaczenia, a Jon staje przed największym jak do tej pory wyzwaniem. Wyzwaniem, które zmieni chłopaka w mężczyznę, które będzie od niego wymagało niezwykłej odwagi, sprytu i siły woli. Jaime uwolniony z niewoli w Riverun w czasie powrotu do Królewskiej Przystani rozpocznie coś na kształt przemiany - w każdym razie ja widzę to tak, że gdzieś w głębi swojej duszy ma ukryte zasady, honor rycerski, prawość, które próbują "wybić się na niepodległość". Jakby nie było to już nie ten sam Jaime, którego pamiętam z "Gry o tron" czy "Starcia królów". Cersei dalej knuje i ... no, robi to co najlepiej potrafi, a Tyrion po raz kolejny udowadnia, że pomimo kalectwa jest najnormalniejszym i najinteligentniejszym członkiem klanu Lannisterów. Czyli nic (z wyjątkiem Jaimego) nowego pod słońcem...

Jako, że wszędzie trwają walki to i część bohaterów, nawet tych pierwszoplanowych traci życie, zarówno po jednej jak i po drugiej stronie konfliktu. Odbywają się pogrzeby, zawierane są małżeństwa (szczególnie one są ważne ze względu na trwającą wojnę i szukanie najlepszych sojuszników), wesela nie zawsze kończą się pomyślnie i to nie tylko dla gości, ale i dla nowożeńców - tu szczególnego pecha ma pewna Tyrellówna, która w wieku 15 lat po raz drugi zostaje wdową...

Czytając te wywody można pewnie odnieść wrażenie, że mi się książka nie podobała - nic bardziej mylnego. To swoją drogą jakiś fenomen jest, że takie potężne tomiszcza, że właściwie przez cały czas się to samo dzieje, a człowiek czyta i z zapartym tchem czeka co będzie dalej. Jako, że to już kolejny tom to normalną rzeczą jest, że pewnych bohaterów lubię bardziej a innych mniej - jak na razie wszyscy ci, których darzę sympatią (Arya, Tyrion, Jon, Bran i Daenerys) żyją i mają się nie najgorzej, biorąc pod uwagę warunki w których przyszło im egzystować. Nie potrafię się jakoś przełamać jeśli chodzi o Sansę - pomimo tylu różnych przejść i tragedii jakie ją spotkały nic a nic nie zmądrzała. Zupełnie nie rozumiem skąd się u Starków taka idiotka wzięła... A jeszcze Robb mnie bardzo in minus zaskoczył - syn Neda Starka, praworządnego aż do bólu, beztrosko łamie dane Freyom królewskie słowo... Może z niego i świetny żołnierz, ale na dobrego władcę się raczej nie nadaje - król ma obowiązek stawiać dobro kraju przed korzyściami osobistymi.

I na koniec jeszcze kilka słów o magii, której dotąd zbyt dużo u Martina nie było, może z wyjątkiem smoków, które jak wiadomo magicznymi stworzeniami są oraz umiejętności niektórych dzieci Neda Starka do wcielania się w skórę swoich wilkorów. W tym tomie pojawia się więcej magii, a to za sprawą kapłanów R'hllora, Pana Światła, Boga Płomieni i Cienia. I używając popularnego określenia jest to "czarna magia", czasami wręcz nekromancja, w wyniku której po Westeros wędrują jakieś zombie... I to rozwiązanie mi się niezbyt podobało.

Kończę już to ględzenie, które w żaden sposób nie można nazwać recenzją, ale jakoś nie potrafię ogarnąć i wypunktować fenomenu tej książki. I czekam kiedy będę mogła przeczytać kolejne tomy - znając życie  w dalszym ciągu nic się nie wyjaśni, dalej będą się tłuc, zamki będą przechodzić z rąk do rąk, Tyrellówna pewnie po raz trzeci wyjdzie za mąż (ciekawe jak długo potrwa ten związek), a Arya, Tyrion, Jon, Bran będą robić to co dotychczas, czyli rutyna...

Ale jak opisana!