Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bracie-siostro-rodzino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bracie-siostro-rodzino. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 stycznia 2013

Można odejść na różne sposoby...

Małgorzata Kalicińska to jedna z tych polskich autorek, która budzi ogromne kontrowersje - jedni chwalą na potęgę, inni odsądzają od czci, wiary i choćby iskierki talentu. A ja? Ja jestem jakoś pośrodku - jedna książka podobała mi się bardzo, druga wcale, a trylogię rozlewiskową czytało mi się całkiem całkiem - ot, czytadełko w sam raz na wakacyjne popołudnia.
Od jakiegoś czasu na blogach i portalach czytelniczych znów głośno o pani Małgorzacie, a to ze względu na jej najnowszą książkę, czyli "Lilkę". 

Marianna Roszkowska to pani po pięćdziesiątce, dziennikarka jednego z kobiecych magazynów, żona, matka i babcia. Pewnego sierpniowego dnia jej świat się rozpada - po 30 latach małżeństwa odchodzi od niej mąż. Pomimo, że do jakiegoś już czasu oddalali się od siebie coraz bardziej, Marianna bardzo boleśnie odczuwa rozpad swojego małżeństwa, tym bardziej, że dosyć szybko okazuje się, że w życiu Mirka, jej byłego męża pojawiła się jakaś inna pani. Kiedy Marianna próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości kontaktuje się z nią Lilka, jej przyrodnia siostra, z którą nigdy nie miała za dobrego kontaktu i której zwyczajnie nie lubi. 
Lilka to artystyczna dusza, kiedyś dosyć znana malarka, dzisiaj nieco zapomniana, ma kłopoty ze zdrowiem - szybko się okazuje, że pozornie drobna dolegliwość to coś o wiele bardziej poważnego.
Marianna musi odłożyć na bok swoje własne kłopoty i zająć sie ciężko chorą siostrą...

Powieść Małgorzaty Kalicińskiej podejmuje niezwykle trudny i bardzo aktualny temat nieuleczalnej choroby, odchodzenia, bólu i cierpienia, nie tylko tego odczuwanego przez osobę chorą ale również przez jej najbliższych. Marianna stara się zapewnić siostrze jak najlepszą opiekę medyczną, zaprasza ją do swojego mieszkania, staje się przyjaciółką, powiernicą a kiedy zachodzi taka potrzeba również pielęgniarką. Choroba Lilki sprawia, że patrzy na swoje własne kłopoty z nieco innej perspektywy.

"Lilka" miała szansę stać się najlepszą, najbardziej dojrzałą pozycją w dorobku pisarskim pani Kalicińskiej, niestety autorka nie wykorzystała tej możliwości. Po pierwsze uważam, że jest stanowczo za długa, za bardzo przegadana, pełno w niej jakichś wątków pobocznych, przypadkowych tematów, które rozpraszają uwagę, a co za tym idzie zaciemniają wątek główny. Kolejna sprawa - nie potrafi się autorka (bądź nie chce) wyzwolić  z takiej słodko-lukrowej konwencji. Lilka pomimo choroby jest wręcz aniołem, a i Marianna właściwie nie przeżywa chwil zwątpienia czy zmęczenia. Generalnie całe jej otoczenie to ludzie inteligentni, piękni, wrażliwi, normalnie raj a nie Saska Kępa i okolice. Nie podobała mi się jeszcze jedna rzecz - Marianna ciągle powtarza jak to nie lubiła nigdy Lilki, jak była o nią w młodości zazdrosna, natomiast w momencie, kiedy dowiaduje się o chorobie siostry jej stosunek do niej zmienia się diametralnie, wręcz sobie siostrzyczki z dziobków jedzą. I mnie to zupełnie nie przekonuje - wygląda to tak jakby autorka na siłę chciała zrobić z Marianny ideał, wzorzec postępowania i poświęcenia się dla bliźniego - w zamyśle może to i wzruszające miało być, ale wyszło sztuczne i nierealne.

Nie można też nie wspomnieć o pewnej matrycy, którą posługuje się autorka  - jeżeli ktoś czytał serię rozlewiskową, to szybko wychwyci podobieństwa w losach bohaterów. Wygląda to tak jakby autorka uznała, że skoro przy tamtych książkach chwyciło, to i tu powinno zaskoczyć. I pewnie (sądząc po ilości pozytywnych opinii) zaskoczyło, ale to chyba nie o to chodzi, żeby powielać chwytliwe wzorce, tylko się rozwijać, szukać czegoś nowego. No, ale może ja się nie znam...

Można by jeszcze znaleźć kilka innych wad tej powieści, chociażby swego rodzaju wulgarność, przy okazji scen erotycznych, nagromadzenie nieszczęść, które spadają na Mariannę i w żaden sposób jej nie załamują, niekonsekwencję przy tworzeniu niektórych postaci (chociażby Michał, ojczym Mani, człowiek wykształcony, oczytany i inteligentny nie potrafi prawidłowo wypowiedzieć słowa stomia) czy wreszcie błędy rzeczowe, które wkradły sie do tekstu (chociażby scena, gdzie Marianna cytuje fragment utworu "Na jagody" Marii Konopnickiej, radośnie oświadczając, że jest to "O Janku Wędrowniczku" - dobrze, że przynajmniej autorki nie pomyliła...).

Reasumując - książka zapowiadała się interesująco, niestety na zapowiedzi się skończyło. Zamiast prawdziwej, dramatycznej, życiowej historii otrzymałam średniej jakości czytadło. Szkoda...


wtorek, 15 stycznia 2013

Jaki byłeś pradziadku?

Nie raz i nie dwa razy deklarowałam, że wielką sympatią darzę królewskie miasto Kraków. Związane jest to pewnie z faktem, że i szkołę średnią i studia w Krakowie odbywałam, więc ten, ponoć najpiękniejszy, okres w życiu kojarzy mi się z podwawelskim grodem. A poza wszystkim to piękne miasto i już. Tak więc, kiedy w czasie wizyty w bibliotece w moje ręce wpadła książka Lucyny Olejniczak "Wypadek na ulicy Starowiślnej" decyzja była prosta - muszę to przeczytać.

Autorka książki to krakowianka, zawodowo związana z Katedrą Farmakologii UJ, obecnie na emeryturze. W swoim dorobku literackim ma trzy powieści, kilka opowiadań oraz felietony w krakowskiej prasie. 

Bohaterką książki jest Lucyna ( która oprócz imienia, ma wiele innych cech wspólnych z autorką), kobieta w średnim wieku, matka dwójki dorosłych dzieci. Przypadkiem trafia na notatkę przedrukowaną z krakowskiego "Czasu" z roku 1900, w której jest wspomniany jej rodzony pradziadek Teodor Hanzelmann. Przodek był sierżantem straży pożarnej, a notatka traktowała o wypadku jaki odniósł jadąc do pożaru. 
Kilka zdań sprzed stu lat wyzwala w Lucynie chęć odnalezienia informacji o dawno nieżyjącym członku rodziny. Zadanie jakie sobie postawiła nie należy do najłatwiejszych - na pomoc rodziny nie może niestety już liczyć, sama też nie ma rodzinnych pamiątek, pozostają więc tylko archiwa. I tak Lucyna odwiedza Komendę Straży Pożarnej, parafię do której najprawdopodobniej należała rodzina Hanzelmannów oraz czytelnię czasopism Biblioteki Jagiellońskiej. Przy okazji postanawia napisać książkę o swoim przodku - narratorem miałoby być któreś z dzieci Teodora.

Książka to dosyć sympatyczna lektura, a jeśli ktoś zna Kraków i Nową Hutę (tam mieszka Lucyna) to bez problemu rozpozna miejsca, w których toczy się akcja powieści. Oprócz współczesnego obrazu miasta autorka opisuje Kraków sprzed stu lat, ulice, ludzi i życie codzienne w strażackiej remizie. Autorka ma lekkie pióro, chociaż miejscami widać niedostatek stylu - aż się prosi o porządną redakcję...

Wydaje mi się, że powieść pani Olejniczak nie ma ambicji bycia historią z przesłaniem, to raczej literatura popularna. Aczkolwiek mnie skłoniła do pewnej refleksji - otóż zastanowiłam się co ja tak naprawdę wiem o moich przodkach, o ich życiu, pracy, charakterze... Owszem potrafię wymienić swoich dziadków, pradziadków i prapradziadków, znam kilka rodzinnych anegdot, a w albumie przechowywane jest trzy czy cztery zdjęcia (to i tak dużo, bo wszyscy moi przodkowie to wieśniacy z dziada pradziada, więc nie było zwyczaju fotografowania się i pieniędzy na takie luksusy) ale to wszystko. I coraz mniej osób mogłoby mi coś o dawniejszych, choćby przedwojennych czasach opowiedzieć...

czwartek, 15 marca 2012

Meg, Jo, Beth i Amy czyli "Małe kobietki"

Zdarzyło się kilkakrotnie, że o jakiejś książce dowiedziałam się przy lekturze czegoś innego - tak było z "Małymi kobietkami" Louisy May Alcott, które czytała Agata Abbot, bohaterka "Tajemniczego opiekuna".
Książkę, która w założeniu miała być lekturą dla dorastających panienek przeczytałam kilka lat temu jako osoba całkowicie dorosła - wcześniej nie mogłam jej nigdzie zdobyć. Przeczytałam książkę i polubiłam jej bohaterki. Jakoś niedługo potem obejrzałam ekranizację z 1994 roku i, o ile to możliwe, moja sympatia dla panien March jeszcze się pogłębiła.

Jesteśmy w Ameryce Północnej w okresie wojny secesyjnej. W Orchard House mieszka rodzina Marchów. Pan March walczy na froncie, a jego żona zajmuje się domem i wychowaniem czterech córek. Matka ma bardzo nowoczesne jak na owe czasy poglądy na wychowanie dzieci oraz na rolę kobiety w społeczeństwie, daje córkom dużą swobodę, pomaga rozwijać własne talenty i zachęca do szukania własnego miejsca w świecie. Panny March to cztery indywidualności, które pomimo dzielących je różnic bardzo się kochają i świetnie rozumieją. Najstarsza Meg jest tradycjonalistką, jej największym marzeniem jest założyć szczęśliwą rodzinę, zostać spełnioną żoną i matką. Nieco młodsza Jo to rodzinna artystka - fascynuje ją teatr, ma talent literacki i w pisaniu widzi swoją przyszłość. Jest też najbardziej niezależna z sióstr March. Z kolei Beth jest bardzo nieśmiała a jej największym marzeniem jest niesienie pomocy innym, nawet kosztem własnego zdrowia. Najmłodsza siostra Amy to jeszcze dziecko, chociaż pozuje na damę, i jak to najczęściej z najmłodszymi w rodzinie bywa jest rozpieszczona i kapryśna.

Na kartach książki śledzimy codzienne życie sióstr March, ich radości i smutki, nadzieje i rozczarowania. I chociaż książka powstała niemal 150 lat temu w dalszym ciągu może być aktualną lekturą dla młodych dziewcząt - a i dla tych starszych też. Być może dla współczesnej czytelniczki będzie ta opowieść zbytnio moralizatorska, ale trzeba pamiętać, że w okresie kiedy powstała "powieści dla dorastających panien" musiały nieść ze sobą wartości wychowawcze - to samo można dostrzec w uwielbianej przez większość młodszych i starszych czytelniczek "Ani z Zielonego Wzgórza", która chociaż powstała sporo później, to jednak napisana jest w bardzo podobnej konwencji.
Autorce udało się stworzyć wiarygodnych bohaterów, a przez to, że każda z dziewcząt jest inna czytelniczki mają większą możliwość utożsamienia się z którąś z nich.
Prosty język, nieco staroświecki urok i ciekawe postacie stworzone przez autorkę sprawiają, że książka jest idealną lekturą na długie wieczory lub leniwe popołudnia...

sobota, 11 lutego 2012

Zamiast nudnych lekcji seans filmowy

W życiu każdego rodzica prędzej czy później przychodzi taki czas kiedy jego nastoletnie dziecko wchodzi w okres negowania rzeczywistości, buntu przeciwko dorosłym w ogóle a nauczycielom i szkole w szczególe. Nie ma chyba takiego nastolatka, który przynajmniej raz nie postanawiał rzucać szkoły, na co jego rodzice reagowali albo kosmiczną awanturą albo nie zwracali uwagi na, ich zdaniem, idiotyczne pomysły i postanawiali je przeczekać. 

David Gilmour to kanadyjski pisarz i dziennikarz telewizyjny zajmujący się krytyką filmową. Jest on również ojcem Jessego, który w wieku 16 lat ma już dosyć szkolnej edukacji. Ojciec zgadza się na porzucenie szkoły, ale stawia synowi pewne warunki - otóż zamiast w lekcjach Jesse będzie uczestniczył w swego rodzaju domowym klubie filmowym. W każdym tygodniu obejrzą trzy filmy wybrane przez Davida. I tak zaczyna się wspólna filmowa przygoda obydwu Gilmourów - Jesse początkowo nieufny dosyć szybko wciąga się w filmowy świat, a jego ojciec oglądając znane sobie dzieła w towarzystwie syna zauważa w nich nowe odniesienia.
Oglądane filmy są bardzo różnorodne - produkcje niszowe przeplatają sie z kinowymi hitami, francuska Nowa Fala z kinem japońskim, filmu z lat 40-tych z najnowszymi dziełami. Każdą projekcję David poprzedza krótkim wprowadzeniem - o reżyserze, aktorach, scenariuszu czy szczególnie istotnych scenach. Zdarza się, że oglądają jakiś kiepski film tylko dlatego, że  jest w nim tylko jedno ciekawe lub nowatorskie kilkusekundowe ujęcie. 

Muszę powiedzieć, że początkowo pomysł Davida wprawił mnie w konsternację. Chyba doszła do głosu moja belferska dusza, która uważa, że szkolne wykształcenie jest najważniejsze i rodzice są od tego aby nie pozwolić młodzieży zniszczyć sobie życia... Jednak w miarę lektury zaczęło do mnie docierać, że David pozwolił Jessemu dorosnąć i samemu podjąć decyzję co zrobi ze swoim życiem. Uwierzył w inteligencję syna i nie pomylił się. Jesse z oglądanych filmów wyniósł więcej wiedzy o życiu niż mogłaby mu dać najlepsza nawet szkoła.

Aby układ zadziałał, pomiędzy ojcem a synem musiało zaistnieć ogromne zaufanie. David nie stawiał przed synem jakichś szczególnych wymagań. Poza trzema seansami w tygodniu dał mu tylko jeden warunek - brak jakichkolwiek narkotyków. W wypadku złamania tego punktu układ tracił ważność.
Nie zabrania natomiast synowi palenia papierosów i picia alkoholu, co więcej w czasie seansów razem z Jessem popija piwo a wieczorami siedzą na ganku  paląc i rozmawiając. 
Takie zachowanie ojca wobec nastoletniego syna dla wielu z nas jest nie do przyjęcia. Mówiąc szczerze i mnie nieco razi, ale z drugiej strony mam wrażenie, że dla Jessego zachowanie ojca było dowodem, że  ten traktuje go jak dorosłego, a co za tym idzie chłopak starał się udowodnić, że faktycznie jego dojrzałość to nie tylko piwo i papierosy...

Jako, że moje dziecko ma dopiero siedem lat, to blaski i cienie okresu dojrzewania dopiero przede mną. Mam nadzieję, że nie będę musiała rozwiązywać takich problemów jak David, tym bardziej, że nasz system oświaty nie jest tak liberalny jak kanadyjski. Ale gdyby mój Piotrek w pewnej chwili postanowił nieodwołalnie porzucić szkołę to nie wiem co mogłabym mu zaproponować w zamian...
Pozostaje liczyć na to, że będzie lubił książki, nieważne czy papierowe czy elektroniczne, bo wtedy będzie między nami jakaś płaszczyzna porozumienia.

piątek, 9 września 2011

Zdolne bestie te Kossaki!

Jeśli chodzi o naszą rodzimą historię nie darzę jakoś specjalną sympatią okresu XX-lecia międzywojennego. Natomiast jeśli chodzi o literaturę (szczególnie poezję) i inne dziedziny sztuki to wręcz przeciwnie - lubię Iłłakowiczównę, Dąbrowską, Wierzyńskiego i Dołęgę-Mostowicza, kocham Makuszyńskiego, Tuwima, Gałczyńskiego i  Leśmiana a szczerym uwielbieniem darzę siostry Kossakówny - Marię Pawlikowską-Jasnorzewską oraz Magdalenę Samozwaniec. Szczególnie bliska jest mi ta druga pisarka - mam w domu sporą kolekcję jej książek do których często i chętnie wracam.

W tych dniach udało mi się wreszcie przeczytać ostatnią książkę Magdaleny Samozwaniec (wydana już po śmierci pisarki) a mianowicie "Zalotnicę niebieską", która jest biografią a zarazem zbiorem wielu mniej znanych wierszy oraz korespondencji jej starszej siostry Marii.

Książka opowiada o życiu poetki - od dzieciństwa w krakowskiej Kossakówce, poprzez trzy małżeństwa aż do śmierci w dalekim i obcym Manchesterze. Na kartach biografii spotkać można wielu wybitnych artystów z którymi połączyła Pawlikowską przyjaźń bądź tylko współpraca artystyczna, wspominane są również ważne wydarzenia których była świadkiem - tak kulturalne jak i polityczne.
Najwięcej miejsca poświęciła autorka drugiemu małżeństwu Lilki (tak najbliżsi nazywali Marię) z Janem Gwalbertem Pawlikowskim. Związek ten miał ogromny wpływ na twórczość Marii - poznała bowiem Jasia-Gwasia będąc jeszcze żoną Władysława Bzowskiego i początkującą poetką. Magdalena Samozwaniec snuje wspomnienia o tej niezwykle romantycznej i zakazanej miłości, opisuje starania czynione w celu unieważnienia ślubu kościelnego z Bzowskim i wreszcie ukazuje banalny koniec tego uczucia. Emocje towarzyszące tym wszystkim perypetiom uczuciowym zaowocowały najpiękniejszymi wierszami poetki, w których odbiły się kolejne etapy jej związku z Pawlikowskim.

Jeżeli ktoś czytał "Marię i Magdalenę" (recenzja TUTAJ) to z pewnością zauważy sporo powtórzeń - jest to chyba oczywiste, wszak obydwie książki opowiadają o tych samych osobach. Bo chociaż "Zalotnica niebieska" z założenia jest książką o starszej Kossakównie to jednak nie byłoby Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej bez jej najbliższych - siostry Magdaleny, brata Jerzego, matki Marii z Kisielnickich i wreszcie ojca Wojciecha oraz dziadka Juliusza. To największy chyba artystyczny klan w naszej historii (bo doliczyć do niego trzeba jeszcze bratanicę Wojciecha pisarkę Zofię Kossak-Szczucką) a w każdym razie największy jeśli chodzi o Kraków - trzy pokolenia malarzy, poetka, satyryczka i powieściopisarka oraz pisarka historyczna...

Nie pozostaje nic innego tylko powtórzyć za Tadeuszem Boyem-Żeleńskim: "Zdolne bestie te Kossaki!"


sobota, 28 maja 2011

Kiedy wyobraźnia krzywdzi innych ludzi...

Nie powiem pewnie nic nowego twierdząc, że jest cała masa przepięknych książek, które czyta się z ogromna trudnością - no męczy po prostu... A kiedy już człowiek skończy to sam się sobie dziwi dlaczego lektura była taka mozolna. Tak było ze mną i książką Iana McEwana "Pokuta". Książkę czytałam bowiem na okoliczność Dyskusyjnego Klubu Książki w naszej gminnej bibliotece i chociaż zaczęłam ze znacznym wyprzedzeniem to ledwie ledwie udało mi się wyrobić w czasie.

Książka składa się z czterech części, których akcja toczy się w różnym miejscu i czasie, różni są też narratorzy.

Część pierwsza powieści rozgrywa się w wiejskiej posiadłości, latem 1935 roku kiedy  to 13-letnia Briony Tallis z utęsknieniem czeka na powrót z uniwersytetu ukochanego brata Leona. Chce na jego cześć wystawić sztukę swojego autorstwa i angażuje do niej troje swoich kuzynów. Niestety nic nie układa się po jej myśli. Kuzynka Lola kradnie jej główną rolę, a bliźniacy Jackson i Pierrot są beznadziejnymi aktorami. W dniu przyjazdu Leona i jego przyjaciela zniechęcona Briony wychodzi z próby i jest przypadkowym świadkiem niezrozumiałej dla siebie sceny przy fontannie pomiędzy jej dorosłą siostrą Cecily i Robbiem Turnerem, synem jednej ze służących. To wydarzenie stanowi kamyczek, który porusza całą lawinę zdarzeń i prowadzi do dramatycznego rozwiązania. Wybujała wyobraźnia Briony, jeszcze podsycana przez Lolę, pechowy splot  wydarzeń oraz rozdrażnienie spowodowane klęską przedstawienia doprowadza dziewczynkę do zupełnie błędnej interpretacji tego co widziała a w konsekwencji do oskarżenia niewinnego człowieka.

Część druga przenosi nas w czasie o 5 lat - do maja 1940 w ogarniętej wojną Francji. Ranny Robbie Turner wraz z innymi żołnierzami stara się dotrzeć do punktu ewakuacyjnego w Dunkierce. Widzi okrucieństwo i bezsens wojny, a przed całkowitą rozpaczą i zwątpieniem bronią go tylko listy od Cecily przechowywane w kieszeni munduru. 

W części trzeciej główną bohaterką jest 18-letnia Briony, która postanawia, podobnie jak jej starsza siostra, zostać pielęgniarką. Jej szkolenie przypada na ostatnie miesiące przed atakiem Hitlera na Wielką Brytanię. Briony szuka dla siebie odkupienia za popełniony kilka lat wcześniej błąd, chce zasłużyć na przebaczenie od Cecily i Robbiego. Dziewczęce marzenia i wyobrażenia o pracy w wojennym szpitalu zostają brutalnie skonfrontowane z rzeczywistością gdy do szpitala trafiają ranni ewakuowani z Dunkierki. Do Briony dociera, że nie wystarczą dobre chęci i największy nawet żal aby uzyskać przebaczenie za swoje czyny - potrzebna jest pokuta, której zakres wyznacza sobie sama.

Wreszcie część czwarta, najkrótsza dzieje się współcześnie - w 1999 roku. W czasie uroczystości na cześć 77-letniej Briony spotykają się jej przyjaciele i rodzina a my czytelnicy mamy nadzieję, że dowiemy się jak potoczyły się losy bohaterów powieści pomiędzy majem 1940 roku a chwilą obecną.

Książka napisana niezwykle sugestywnie i barwnie, autor po mistrzowsku przedstawia tragizm wojny, beznadzieję odwrotu do Dunkierki oraz specyfikę pracy w szpitalu wojennym. "Pokuta" to również doskonałe studium psychologiczne - obserwujemy zmiany zachodzące w bohaterach, ich mniej lub bardziej świadome decyzje i wybory od których zależy nie tylko ich własny los ale także innych osób z nimi związanych. I wreszcie wydaje mi się, że Ian McEwan w swojej powieści bardzo wyraźnie wypowiedział się na temat roli i odpowiedzialności pisarza za tworzone przez siebie dzieło i kreowaną rzeczywistość, gdyż często się zdarza, że nie widzimy rzeczy takimi jakie są lecz takimi jakimi chcielibyśmy żeby były.

niedziela, 6 marca 2011

Siostrzana więź

            Właśnie zakończyłam lekturę książki „Siostrzyczka miłosierdzia” przez co zaliczyłam pierwsze spotkanie z pisarstwem pani Ewy Zaleskiej i nieśmiało mogę sobie obiecać, że nie  będzie to spotkanie ostatnie.
Bohaterkami książki są trzy siostry – Marysia która jest krytykiem filmowym, Hania spełniająca się w roli żony i matki oraz najmłodsza Izaura zwana Izą wspinająca się po szczeblach bankowej kariery.  Pewnego dnia Izaura znika a jedynym tropem dla szukających jej sióstr jest tajemnicze płyta DVD pozostawiona w jej mieszkaniu przez porywacza. Marysia i Hania ruszają na ratunek…
Z tego co napisałam wyżej można by sądzić, że to książka sensacyjno – kryminalna. Nic bardziej błędnego. Owszem wątek sensacyjny jest ale raczej jako tło na którym poznajemy wzajemne relacje pomiędzy siostrami i otaczającymi je osobami. Relacje na które ogromny wpływ miał dom rodzinny i wzajemne, nie do końca prawidłowe, stosunki w nim panujące. Nie jest to jednak powieść psychologiczna w pełnym tego słowa znaczeniu. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że „Siostrzyczka miłosierdzia” to taki literacki kociołek do którego autorka włożyła po trochu z różnych gatunków literackich doprawiając wszystko dobrym humorem.
Matka Marysi, Hani i Izy była osobą nieco oderwaną od rzeczywistości, stale przebywającą w świecie ulubionych filmów i seriali telewizyjnych a swoim dzieciom praktycznie nie poświęcała żadnej uwagi – obdarzyła je jedynie imionami ulubionych serialowych bohaterek – rudej czerwonoarmistki Marusi, pracowitej Hanki Borynowej oraz nieszczęśliwej brazylijskiej niewolnicy Izaury. Ojciec starał się trzymać jak najdalej od rodziny więc dziewczynki musiały radzić sobie same – ponieważ pomiędzy dwoma starszymi a najmłodszą była dosyć duża różnica wieku opiekowały się nią i starały się stworzyć w miarę normalny dom. Kiedy dziewczęta stają się kobietami i rozpoczynają dorosłe życie przeszłość wyciska na nich swoje piętno. Maria spełnia się w swojej pracy jednak nie potrafi stworzyć trwałego związku i ciąży jej samotność, Hanka chce być przeciwieństwem własnej matki, wybiera rodzinę i stara się aby wzajemna więź pomiędzy siostrami nie osłabła, Iza nie do końca wierzy we własną wartość i stara się wtopić w tłum zwykłych ludzi.
Oprócz głównych bohaterek karty książki zapełnia szereg innych postaci. Poznajemy współpracowników i szefa Izy, który ma co do ślicznej pracownicy swoje plany, byłych narzeczonych Marii, parę studentów łódzkiej filmówki których los rzucił w miejsce przetrzymywania Izy przez porywacza i jeszcze wiele innych osób. I chyba ta mnogość bohaterów jest jak dla mnie minusem tej książki. Wygląda jakby autorka chciała zrealizować kilka scenariuszy i nie mogła się zdecydować który z nich wybrać więc włożyła je wszystkie do jednej książki. Powieść ma szybkie tempo, przepełniona jest optymizmem a zwroty akcji nie pozwalają się przy niej nudzić.
Wracając do mojego kulinarnego porównania  to powiem, że pomimo wszystko ta akurat literacka potrawa przypadła mi do gustu choć mistrzostwo świata to nie jest. Mam nadzieję, że i kolejne książki pani Ewy Zaleskiej mnie nie rozczarują. 

sobota, 5 lutego 2011

O dwóch siostrach z "Kossakówki"...

Kossakówka w 2007 roku
Kiedy byłam uczennicą liceum dwa razy dziennie na trasie pomiędzy szkołą a internatem przechodziłam obok dużego, zapuszczonego ogrodu w głębi którego widać było niszczejącą willę. Dosyć szybko dowiedziałam się, że ten opuszczony, smutny zakątek to „Kossakówka” – dom jednej z najbardziej uzdolnionych artystycznie rodzin krakowskich,  dom, którego kolejnymi właścicielami byli malarze - Juliusz, Wojciech i Jerzy Kossakowie, a swoje dzieciństwo i młodość spędziły tam dwie wielkie damy polskiej literatury, córki Wojciecha - Lilka i Madzia Kossakówny, szerokiej publiczności znane jako Maria Pawlikowska-Jasnorzewska i Magdalena Samozwaniec. Z ciekawości poszukałam w szkolnej bibliotece (to były zamierzchłe czasy jeszcze przed Wikipedią) wiadomości o Kossakach i pani bibliotekarka zaproponowała mi lekturę książki Magdaleny Samozwaniec pt. „Maria i Magdalena”. Tak oto po raz pierwszy spotkałam się z jedną z moich ukochanych książek do której później wielokrotnie wracałam i nadal wracam.



                Książka składa się z szeregu obrazów z życia sióstr Kossak od czasów ich dzieciństwa aż do wybuchu II wojny światowej. Na jej kartach spotykamy najbardziej znane nazwiska krakowskiej bohemy początku XX wieku – Malczewskiego, Fałata, Chełmońskiego czy Axentowicza z którymi to artystami przyjaźnił się Wojciech Kossak. Gdy dziewczynki dorosną i rozpoczną swoje literackie kariery do grona ich przyjaciół należeć będą Tuwim, Słonimski, Makuszyński, Witkacy a Madzia nawiąże bliską znajomość z samym Julesem Romainsem. Pod piórem Magdaleny postacie z wypisów szkolnych ożywają, tym bardziej, że autorka nie stawia im pomników a pokazuje jako zwykłych, choć niezwykle utalentowanych, ludzi z różnymi wadami i śmiesznostkami. Z poczuciem humoru opisuje kolejne małżeństwa Marii (w sumie trzy) a także swój pierwszy niezbyt udany związek, wspomina podróże po Europie i nie tylko, a także ciekawych ludzi, którzy stanęli na drodze obu sióstr.
                Najważniejsze jednak, co widać niemal od pierwszego zdania to bezgraniczna miłość z jaką autorka opowiada o swoich najbliższych, a szczególnie o ojcu i siostrze. Dla tej dwójki Magdalena jest gotowa na wszystkie poświęcenia. Często przejmuje opiekę nad starszą siostrą, która jest osobą niezwykle wrażliwą i czasami wręcz dziecinnie nieporadną - tylko raz ulega presji męża i zostawia Lilkę samą w Konstantynopolu co zresztą później stanie się jedną z przyczyn rozpadu jej małżeństwa. Matka zwana „Mamidłem” będąca jedyną „zwyczajną” osobą w tym artystycznym światku traktowana jest trochę z pobłażaniem i przymrużeniem oka, jednak dziewczynki wiedzą, że w szczególnie trudnych chwilach mogą na nią liczyć.
                Pomimo, ze jest to książka autobiograficzna Magdalena Samozwaniec nie przekazuje swoich wspomnień w pierwszej osobie. Początkowo nie bardzo rozumiałam jaki jest sens tego zabiegu stylistycznego. Dopiero później przyszło mi do głowy, że autorka chciała również na siebie spojrzeć z pewnego dystansu. I sądzę, że jej się udało. Powstała niezwykle ciepła, barwna, pełna humoru a  chwilami liryczna opowieść o ludziach i czasach, które bezpowrotnie minęły i nigdy już nie wrócą.
 


                A przy krakowskim placu Kossaka, przesłonięta domem towarowym „Jubilat” niszczeje sobie dawniej biała, dzisiaj już szarawa „Kossakówka”. W latach powojennych dworek został wpisany na listę zabytków i wyremontowany. Jednak w latach 80-tych zaczął popadać w ruinę, a jego nieuregulowana do dzisiaj sytuacja prawna nie pozwala na pozyskanie sponsorów i ratowanie domu trzech pokoleń artystów…

sobota, 29 stycznia 2011

Klub Matek Swatek

Zmotywowana wygranym konkursem u Tajemnicy postanowiłam napisać kilka słów o powieści „Klub Matek Swatek” Ewy Stec. Było to moje pierwsze spotkanie z tą autorką i mam szczerą nadzieję, że nie ostatnie. Przyznam się, że książkę trochę na siłę wcisnęła mi bibliotekarka, podrzuciłam ją mojej mamie, potem teściowej, bo sama nie bardzo miałam czas… I tak książka czekała, czekała aż się doczekałaJ.
                Oto główna bohaterka – Ania Romantowska. Z urodzenia i zamieszkania krakowianka, z zawodu nauczycielka w tzw. „nauczaniu wczesnoszkolnym”, posiadaczka ekscentrycznych dziadków, tatusia w typie Felicjana Dulskiego (łącznie ze słynnym „A niech was wszyscy diabli!”), młodszego brata, który właśnie żegna się ze stanem kawalerskim, oryginalnej (dosłownie) przyjaciółki Matyldy stanowiącej mieszankę jamajskich genów mamusi i podhalańskich tatusia, wiecznego narzeczonego Fryderyka, który jednak zwleka z ostateczną deklaracją (jak się okaże ma ku temu bardzo ważne powody) oraz MAMY Beaty.
                Mama Ani martwi się, że córka pomimo zaawansowanych już 33 lat życia jest osobą samotną. Pani Beata nie tylko łamie ręce nad prawie już przegranym, jej zdaniem, życiem córki ale postanawia działać, bo przecież szczęście własnego dziecka jest dla matki najważniejsze. Ze swoich problemów zwierza się przyjaciółce, a ta ma dla niej wspaniałą informację – jest organizacja, która pomaga matkom zaniepokojonym życiową samotnością swoich dzieci. W Krakowie istnieje bowiem Klub Matek Swatek, a przyjaciółka Danuta jest przypadkiem szefową tej organizacji. Nie jest to broń Boże jakieś zwykłe biuro matrymonialne, organizacja jest utajniona, a jej działanie polega na stwarzaniu sytuacji w której dwoje dokładnie wyselekcjonowanych ludzi (opracowany szczegółowy profil psychologiczny, zainteresowania, nawet horoskop i opinia wróżki) ma możliwość się poznać a później kontynuować znajomość aż do szczęśliwego finału w USC. Pomimo początkowych obaw Beata postanawia zlecić KMS sprawę zamążpójścia swojej córki.
                Tymczasem niczego nieświadoma Ania postanawia coś zmienić w swoim życiu i jej pierwszą decyzją jest kupno mieszkania. Jest ono co prawda dosyć zdewastowane, ale jest tanio kupione i własne, a to najważniejsze. Od razu pierwszego dnia na swoim panna Romantowska poznaje dwóch na oko świetnych facetów, którzy w niedługim czasie mocno namieszają w jej trochę nudnej egzystencji.
                Powieść Ewy Stec to mieszanka romansu, kryminału i powieści sensacyjnej z baaardzo dużą dawką humoru. Postacie są żywe, opisane z przymrużeniem oka, zabawne ale nie karykaturalne. Akcja toczy się szybko, pełno w niej zaskakujących zwrotów i tak naprawdę do końca nie wiadomo kto jest „czarnym charakterem” a kto wręcz przeciwnie.
                Przyznam się, że kiedy już zaczęłam czytać to nie mogłam się oderwać od lektury aż nie dotarłam do ostatniej strony. I wtedy wyrwało mi się westchnienie „Szkoda, że to już koniec…”
Serdecznie polecam tę książkę zarówno córkom w każdym wieku, jak i nadopiekuńczym mamusiom - może warto się zastanowić czy przypadkiem, mając jak najlepsze intencje, nie wyrządzamy naszym najbliższym prawdziwie niedźwiedziej przysługi włażąc z przysłowiowymi butami w ich życie prywatne.