Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poezja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 lutego 2013

To taka piękna literatura...

Kiedy ostatnio zdarzyło się wam napisać/ dostać list, lub chociaż kartkę pocztową?

No, właśnie... Telefony komórkowe i internet zdecydowanie ułatwiają kontakty międzyludzkie,  bo przecież można zadzwonić z każdego miejsca i o każdej właściwi porze, można wysłać maila lub SMS-a i nasza wiadomość w przeciągu kilku sekund trafi do adresata. Nie trzeba szukać papieru listowego i koperty, nie trzeba stać na poczcie w kilometrowej kolejce po znaczki - wszystko załatwi się szybko i wygodnie, nie ruszając sie z domu. I tylko trochę żal, bo te wiadomości są siłą rzeczy bardzo ulotne - skrzynka mailowa czy pamięć telefonu mają ograniczoną pojemność...
Te pocztowo - listowe refleksje naszły mnie na okoliczność książki, którą właśnie skończyłam czytać, a mianowicie "Listów na wyczerpanym papierze", czyli korespondencji Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory. 

Książkę przygotowała do druku o raz opatrzyła wstępem Magda Umer - przyjaciółka obydwojga artystów. W jej ręce najpierw trafiły listy, które pisała Agnieszka Osiecka (dostała je od samego Przybory) a jakiś czas potem skontaktowała się z nią córka Osieckiej, która chciała opublikować listy Jeremiego do swojej matki. I tak oto w ręce czytelników trafiła korespondencja obrazująca burzliwy związek, który połączył tych dwoje w lutym 1964 roku i trwał nieco ponad dwa lata, do czerwca 1966 roku.
Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora to dwie niekwestionowane gwiazdy na firmamencie polskiej rozrywki, autorzy wielu przebojów wykonywanych do dzisiaj, twórcy widowisk teatralnych, obdarzeni talentem literackim oraz niesamowitą umiejętnością obserwacji otaczającego ich świata i przetwarzania go na język poezji.
Kiedy rozpoczyna się ich związek ona ma lat 28, on jest o ponad 20 lat starszy, obydwoje mają za sobą nieudane małżeństwa i bagaż rozmaitych życiowych doświadczeń. Obiektywnie rzecz biorąc to chyba trudno o dwie bardziej różne (żeby nie powiedzieć skrajne) osobowości. Agnieszka to dusza towarzystwa, ma wokół siebie masę znajomych a nawiązanie kontaktu z obcymi osobami nie stanowi dla niej żadnego problemu - w jej listach można naleźć opisy takich, nawiązywanych ad hoc znajomości. Tymczasem obraz Jeremiego, który wyłania sie z tej korespondencji ukazuje człowieka zdystansowanego do otoczenia, niezbyt lubiącego duże towarzystwo, raczej domatora i samotnika.
Podobno przeciwieństwa się przyciągają - tak też pewnie było i w tym przypadku.

Z przyczyn okołozawodowych, jak też rodzinnych obydwoje często podróżowali, w tym również za granicę. Kontakt telefoniczny był utrudniony i kosztowny, pozostawały więc listy i kartki. Z tych listów układa się historia miłości - wybuch uczucia, tęsknota za drugą osobą, która jest daleko, liryczne zaklęcia i obietnice, wreszcie pretensje (niektóre uzasadnione, inne całkiem zmyślone), a na koniec swoista inwentaryzacja przedmiotów zgromadzonych przez wspólne miesiące i kulturalny ich podział.
Całość okraszona tekstami piosenek, wierszy, zabawnych rymowanek i gier słownych autorstwa obojga bohaterów, licznymi fotografiami Agnieszki i Jeremiego oraz skanami listów, telegramów, pocztówek i zwykłych karteluszków z króciutkimi informacjami.

Miała rację Agata Passent, córka Agnieszki Osieckiej, motywując chęć wydania listów Jeremiego Przybory, że "To taka piękna literatura..." - bez gwarowych naleciałości, pisana pięknym, literackim językiem, mówiąca o rzeczach zwykłych i codziennych jak o wielkim cudzie. Jakiż talent pisarski wyziera tu z każdego niemal zdania, jakaż wrażliwość i emocje.

Jedna z nielicznych zasad jakie wyniosłam z dzieciństwa (bo ja z zasady bardzo odporna jestem na zasady) to taka, że nie wolno czytać cudzych listów. Ale bardzo się cieszę, że zajrzałam do tej pięknej korespondencji.

I tylko trochę żal, że już takich listów ludzie nie piszą...

środa, 15 sierpnia 2012

Wakacyjne podróże: Andaluzja ze Srebrzynkiem

Przy jakiejś okazji robiłam listę znajomych mi noblistów. Nie była ona specjalnie imponująca, bo poza Sienkiewiczem, Reymontem, Miłoszem i Szymborską znalazło się na niej jeszcze tylko 5 nazwisk, czyli marniutko... Mam nadzieję, że nie zostanie mi to poczytane za brak wyższych aspiracji, ale jakoś nie mam nadzwyczajnego parcia na to aby już, teraz, natychmiast ten stan rzeczy zmieniać. Owszem jeśli coś mi w ręce wpadnie to przeczytam, ale nic na siłę.
Biorąc do ręki przepiękną książeczkę, o której chciałam napisać dzisiaj kilka słów w pierwszej chwili nawet do mnie nie dotarło, że jej autor, Juan Ramon Jimenez, jest laureatem Literackiej Nagrody Nobla z 1956 roku. I tak trochę przypadkiem, na liście czytanych przeze mnie noblistów pojawiło się kolejne nazwisko a do listy książek, które mnie zachwyciły dopisałam kolejny tytuł - "Srebrzynek i ja. Elegia andaluzyjska" .

Srebrzynek to zwykły - niezwykły osiołek. Dla postronnego obserwatora to szary zwierzak z długimi uszami i czarnymi oczami, taki jak tysiące mu podobnych przemierzających ścieżki wśród pól, ciągnących różnego rodzaju wózki, czy wiozących na grzbiecie swego właściciela - słowem nic specjalnego.
Natomiast w oczach swojego pana, poety "Srebrzynek jest nieduży, kosmaty i miękki; tak pulchniutki na zewnatrz, że zdaje sie cały z waty, jak gdyby nie miał kości. Tylko błyszczące dżety jego oczu mają twardość chrabąszczy z czarnego kryształu". To wypróbowany towarzysz podróży, to współuczestnik codziennych zachwytów nad światem, to wreszcie adresat prześlicznych literackich klejnocików. Bo Jimenez jak wytrawny jubiler potrafi zwykłym, powszednim widokom, rzeczom i ludziom dać tak delikatną, filigranowa oprawę ze słów, że tworzy w kilku zdaniach cudowne, lekkie i bajecznie kolorowe dzieła sztuki. I nie jest ważne czy opisuje kroplę deszczu na płatkach róży, słodki śpiew słowika, bladą twarz dziecka czy też spalone słońcem pola - każdy z tych opisów jest tak plastyczny, że wydaje się iż wystarczy tylko krok aby dotknąć, powąchać, posmakować i całkiem zanurzyć się w cudownym krajobrazie andaluzyjskiej prowincji.

Nie jestem jakimś ogromnym wielbicielem poezji czy prozy poetyckiej, mam kilku ulubionych autorów, jednak i ich tomików nie czytam "od deski do deski" z jednakowym zainteresowaniem, jedne utwory podobają mi się bardziej, inne mniej. Tymczasem w przypadku "Srebrzynka" wszystkie zawarte w zbiorze impresje (może to nie do końca literacki termin, ale moim zdaniem najlepiej oddaje charakter tych utworów) wzbudzały zachwyt. Miałam nawet pomysł wypisania kilku szczególnie pięknych cytatów, jednak musiałabym chyba przepisać pół książki, bo nie byłam się w stanie zdecydować...

Jeżeli uda się wam trafić na książeczkę o Srebrzynku, co do najłatwiejszych rzeczy nie należy (ja czytałam dzięki akcji "Wędrujące książki" na BiblioNETce) to mam nadzieję, że pokochacie go tak jak ja.

Ponieważ egzemplarz, który ja czytałam ma bardzo minimalistyczną szarą okładkę, nawet tytułu na niej nie ma, więc zamiast niej taki portret Srebrzynka, który znalazłam TUTAJ