Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 lipca 2016

Wakacyjne podróże: z Martą i Bartkiem po rosyjskich stanach

Równo cztery lata temu pisałam na tym blogu o książce "Byle dalej: w 888 dni dokoła świata" będącej relacją z podróży odbytej przez jej autorów Martę Owczarek i Bartka Skowrońskiego. A teraz leży przede mną kolejne dzieło tej dwójki czyli "Byle dalej: Pod stopami słońca. Motocyklami po bezdrożach Azji."

Jak zaczyna się wyprawa?
No cóż, w tym wypadku rozpoczęło się od mapy po której palce Marty i Bartka wędrowały znacząc kolejne szlaki. A kiedy nieomal wydrapali dziurę w miejscu gdzie na mapie znajdował się Pamir decyzja była już podjęta. 
Czym dostać się do Pamiru?
Oczywiście najprościej samolotem, ale co to za frajda? Wybór środka komunikacji był szybki - w poprzedniej podróży świetnie sprawdziły się motocykle, więc i tym razem dadzą radę.
Najlepszy termin na wyprawę?
21 maja 2013 roku minie 888 dni od powrotu z poprzedniej podróży więc to najlepszy czas aby znów poczuć wiatr we włosach i ruszyć na spotkanie przygody...
Jeszcze tylko ostatnie przygotowania, ostatnia korekta trasy i w drogę - przez Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię do Rosji, następnie kilkaset kilometrów w kierunku wschodnim aż za Ural, a potem już prościutko na południe. A jak już na południe, to przy okazji Pamiru można odwiedzić dawne rosyjskie"stany", które kilkanaście lat temu odzyskały niepodległość - Kazachstan, Tadżykistan, Kirgistan, Uzbekistan, Turkmenistan oraz całkiem już egzotyczny  Afganistan.

Marta i Bartek (szczególnie on) starają się unikać utartych szlaków, bo tylko z daleka od nich można zobaczyć prawdziwe oblicze kraju i ludzi, zmierzyć się z obiegowymi opiniami i stereotypami. Jest coś w motocyklistach co przyciąga do nich uwagę i sympatię tubylców - właściwie w każdym miejscu gdzie się zatrzymali spotykali się z sympatią i gościnnością. Autorzy książki są świetnymi obserwatorami, ludźmi otwartymi na nowe doznania, starają się jak najwięcej dowiedzieć o przemierzanych terenach - o ich historii i teraźniejszości, o radościach, smutkach i marzeniach ludzi, których los postawił na ich drodze.

Osobny temat, chociaż jak najbardziej związany z podróżą to jedzenie - im dalej od domu tym bardziej egzotycznie. Owszem są specjały, które przeciętnemu Europejczykowi za nic w świecie nie chcą przejść przez gardło, jednak biorąc pod uwagę, że w większości są to dania zrobione ze świeżych, raczej nieskażonych chemią, a tym bardziej nie modyfikowanych genetycznie produktów to trzeba bezstronnie przyznać, że są zdecydowanie zdrowsze od tego co większość z nas jada na co dzień.
Autorzy książki przy okazji swojej podróży przeprowadzili coś na kształt naukowych badań, których tematem był chleb - pokarm występujący w każdej kulturze, na całym świecie. W każdym miejscu gdzie się zatrzymali starali się dowiedzieć jak najwięcej na temat sposobu pieczenia oraz rodzajów pieczywa charakterystycznego dla danego regionu - wyniki owych badań znajdzie czytelnik w specjalnym dodatku na końcu książki.

"Pod stopami słońca" to świetna, dobrze napisana książka, wzbogacona ogromnym materiałem fotograficznym - aż żal ją odkładać po skończonej lekturze.
Pozostaje tylko mieć nadzieję, że autorzy znów poczują zew przygody, a swoje doświadczenia opiszą w kolejnym tomie. Chociaż biorąc pod uwagę pewne wypadki, które zaszły pod koniec tej podróży nie jest to takie oczywiste...
Co się stało? A to już kto ciekawy niech sobie sam doczyta ;)

Serdecznie polecam.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Wakacyjne podróże: Paryż z Davidem Lebovitzem

Paryż... Miasto artystów i zakochanych, stolica mody i elegancji, marzenie i cel najważniejszej podróży życia dla wielu osób, miasto światła, stolica świata. Zachwycając się paryskimi zabytkami, chłonąc artystyczną atmosferę galerii i muzeów, podziwiając paryskie domy mody zapominamy czasem o jeszcze jednym, niezwykle ważnym symbolu tego miasta, a mianowicie o jego kuchni. Tymczasem również w tym aspekcie życia Francuzi w ogólności, a paryżanie w szczególności są prawdziwymi mistrzami.

David Lebovitz jest Amerykaninem, przez kilkanaście lat pracował w jednej z najlepszych restauracji w San Francisco w dziale wypieków i napisał kilka książek w których zawarł swoje autorskie receptury ciast i deserów. Osobista tragedia spowodowała, ze postanowił opuścić swój kraj i przenieść się do Europy - wybór padł na Paryż. Tak więc spakował swoje amerykańskie gospodarstwo i wyruszył w podróż. Początki na francuskiej ziemi nie należały do najłatwiejszych: wynajęte mieszkanie okazało się nie do końca zgodne z tym co obiecywał pośrednik, trzeba je było wyremontować (tu dygresja - czytając o perypetiach Davida z malarzem miałam przed oczyma cały czas sceny z filmów Barei...) a następnie jakoś upchnąć w nim wszystkie potrzebne sprzęty, szczególnie utensylia kuchenne. Jeszcze więcej trudności sprawiło przystosowanie się do paryskiego stylu życia, tak różnego od standardów amerykańskich. Potyczki z rozmaitymi nonsensami paryskiego bytowania nie zniechęciły jednak Davida, który z ogromnym poczuciem humoru opisał swoje zmagania z francuską rzeczywistością w książce "Słodkie życie w Paryżu". 

Książka może stanowić coś na wzór przewodnika dla każdego, kto chciałby zamieszkać w stolicy Francji. Dowiemy się z niej np. dlaczego nie warto składać reklamacji w sklepach, czemu trzeba się dobrze zastanowić zanim wypijemy na mieście butelkę wody, jak zachowywać się w czasie degustacji serów, co należy włożyć na siebie planując wyniesienie resztek do śmietnika i jeszcze wielu innych rzeczy, które mogą wydawać się absurdalne, ale zdecydowanie ułatwiają życie w Paryżu.

Jednak tym, co w tej książce jest najważniejsze są receptury 50 dań francuskiej kuchni. Owe dania to głównie ciasta, ciastka i inne słodycze, aczkolwiek wielbiciele "konkretów na talerzu" znajdą tu smakowite przepisy na żeberka wieprzowe, kurczaka w sosie czy indyka. 
Chociaż są to, jak wspomniałam, dania francuskie, to w wielu wypadkach autor trochę je zamerykanizował. Cóż, niektóre produkty są niedostępne w Stanach Zjednoczonych, więc na użytek swoich rodaków David proponuje zamienniki, które może zmienią nieco oryginalny smak, ale mają tę dobrą stronę, że można je kupić niemal wszędzie.

Przepisy zawarte w tej książce mają jeszcze tę zaletę, że są bardzo szczegółowe, więc nawet osoba niespecjalnie uzdolniona kulinarnie powinna sobie z nimi poradzić.Co ważne, zdecydowana większość z nich nie wymaga jakiegoś wymyślnego sprzętu, więc można je przygotować właściwie w każdej, nawet najmniejszej kuchni.

"Słodkie życie w Paryżu" to wspaniała lektura dla wielbicieli kulinariów, ale również dla osób lubiących literackie podróże, poznawanie nowych kultur i mających poczucie humoru. A jeśli ktoś łączy w sobie wszystkie te cechy, to jest idealnym czytelnikiem dla tej pozycji.

niedziela, 4 stycznia 2015

Wejść na Dach Świata

Mount Everest, Czomolungma, Sagarmatha, Góra Gór, Trzeci Biegun, Dach Świata - najwyższy szczyt na Ziemi (8848 m n.p.m.), marzenie i cel życia setek himalaistów, ale również amatorów, którzy mając w sobie wiele samozaparcia (a w kieszeni bardzo zasobny portfel) podejmują trud i ogromne ryzyko przy próbie jego zdobycia...
Polacy zapisali się na stałe w historii wejść na Everest - do 2006 roku zdobyło go 14 naszych rodaków, w tym Wanda Rutkowska, która weszła na  niego jako pierwsza Europejka oraz Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki którzy dokonali pierwszego zimowego wejścia na szczyt.
Wiosną 2006 roku ruszyła kolejna polska wyprawa w Himalaje, w skład której weszła Martyna Wojciechowska, która swoje przeżycia i obserwacje z tej wyprawy zawarła w książce "Przesunąć horyzont".

Jak to się stało, że popularna dziennikarka i prezenterka telewizyjna, znana z takich programów jak "Big Brother", "Dzieciaki z klasą", "Automaniak" czy "Misja Martyna" porywa sie na tak ekstremalną wyprawę? Czy to kolejny stopień w karierze zawodowej, poszukiwanie adrenaliny, sposób na promocję własnej osoby? A może kaprys gwiazdy, której uderza do głowy woda sodowa, do tego stopnia, że chce zdobyć coś, co udało się nielicznym? I czy amatorka jeśli chodzi o wspinanie się w wysokich górach da sobie radę w Himalajach? Czy nie będzie tylko ciężarem dla bardziej doświadczonych członków wyprawy?
Na te i jeszcze inne pytania i wątpliwości znajdziecie odpowiedź w "Przesunąć horyzont". Książka powstała na podstawie dziennika Martyny, więc znajdziecie w niej autentyczne emocje, opisy poszczególnych etapów trwającej półtora miesiąca wyprawy, chwile euforii i wątpliwości, które targały autorką, jej zmaganie się z własnymi ograniczeniami i słabością. Bo dopiero w sytuacjach ekstremalnych dowiadujemy się prawdy o sobie. Bycie osobą publiczną  nie pomaga w chwilach słabości, kiedy płucom brakuje tlenu, mózg funkcjonuje na zwolnionych obrotach, a postawienie kolejnego kroku stanowi niewyobrażalny wysiłek. Góry uczą człowieka ogromnej pokory, a mieszkanie przez kilka tygodni z inną osobą w niewielkim namiociku odziera z jakiejkolwiek intymności...

Martyna weszła na Everest, sprawdziła się, przesunęła swój horyzont. Prawdą jest, że miała przy tym ogromne szczęście, bowiem wielu wspinaczy nigdy nie wraca z gór (w czasie pobytu polskiej ekipy w Himalajach zginął wspinacz z Czech), inni wracają poturbowani i chorzy, a sporej grupie, pomimo ogromnego wysiłku, nie udaje się zdobyć szczytu. Ale nawet największy fart nie pomógłby, gdyby nie ciężka praca i wiara w końcowy sukces.

Warto przeczytać tę książkę. I może warto pomyśleć o przesunięciu własnego horyzontu?

PS. W książce jest masa przepięknej urody zdjęć :) 

sobota, 20 grudnia 2014

Dobre, bo polskie :)

Ostatnio żyje w ciągłym niedoczasie - mam wrażenie, że doba się skurczyła, a ja mam o wiele więcej zajęć niż normalnie... Na szczęście znajduję chwilę na przeczytanie czegoś, aczkolwiek z napisaniem paru zdań o tych lekturach jest znacznie gorzej :(
Dlatego też dzisiejsza notka dotyczyć będzie trzech książek, które przeczytałam w ostatnich tygodniach - na osobne wpisy mogłyby się nie doczekać. A szkoda by było. 
Dwie z tych książek czytałam na okoliczność Dyskusyjnego Klubu Książki, trzecia to ostatni tom cyklu, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Wszystkie trzy książki zostały napisane przez kobiety i jak wskazuje tytuł posta - nasze rodaczki. 

Nie będę ukrywać, że rozmaite literackie nagrody niespecjalnie do mnie przemawiają. Często się bowiem zdarza, że mają jakiś kontekst polityczny, że wyróżniony zostaje ktoś, kogo z jakiegoś powodu należy wyróżnić (chociażby nie miało to zbyt wielkiego umocowania w twórczości), oraz, że zadziałały jakieś układy i układziki. 
Z tego też powodu z pewną rezerwą podchodziłam do książki Joanny Bator pt. "Ciemno prawie noc", za którą to powieść autorka została uhonorowana Nagrodą Literacką Nike 2013. No, ale jedna z członkiń naszego DKK zaproponowała tę powieść jako temat spotkania i trzeba było przeczytać. I dobrze, że zaproponowała, bo przeczytałam fantastyczną książkę :)

Alicja jest dziennikarką w jednym ze stołecznych czasopism. Ma ugruntowaną pozycję zawodową, więc kiedy trafia się ciekawy temat zostaje oddelegowana do Wałbrzycha z misją napisania reportażu o tajemniczym zaginięciu trójki dzieci. Dla Alicji ten wyjazd, oprócz spraw zawodowych, jest ważny z jeszcze innego powodu - Wałbrzych to jej miasto rodzinne, które opuściła wiele lat temu. Teraz wraca i przy okazji zbierania materiałów do reportażu wspomina swoje dzieciństwo, ojca ogarniętego obsesją odnalezienia legendarnego naszyjnika księżnej Daisy, ukrytego ponoć w podziemiach zamku Książ, siostrę Ewę, zaludniającą wyobraźnię kilkulatki duchami i potworami, sąsiada Alberta Kukułkę, z którym łączyła ją swego rodzaju przyjaźń, dzieci i dorosłych, którzy w jakiś sposób byli ważni w jej życiu. Co może wydawać się dziwne w tych wspomnieniach brakuje matki...

Nie byłam nigdy w Wałbrzychu, jednak obraz tego miasta jaki wyłania się z powieści Joanny Bator wcale nie zachęca do odwiedzin. Króluje tu szarość, bieda i beznadzieja, aktualnie podszyte strachem, wrogość do obcych, nawet jeśli mieszkają w mieście od czasów ostatniej wojny (Wałbrzych, podobnie jak inne miasta na Ziemiach Odzyskanych to mieszanka ludności miejscowej i napływowej), brak perspektyw łączy się z bigoterią i czekaniem na cud, który to fakt ktoś potrafi wykorzystać...

Alicja to osoba, która wydaje się być twarda i niezależna (nawet w pracy nazywają ją pancernikiem), jednak to tylko maska pod którą kryje się ogromna wrażliwość, masa kompleksów, brak umiejętności stworzenia stałego związku, tak uczuciowego jak i przyjacielskiego. Może powrót do rodzinnego domu, rozprawienie się z demonami przeszłości pomoże jej zrozumieć i zaakceptować siebie?

Powieść jest niezwykle mroczna, miejscami zahacza o horror, a nawet fantastykę. Dziwne osoby, niepokojące zjawiska, opowieści sięgające lat wojny sprawiają, że czyta się tę książkę z zainteresowaniem. Przy okazji dodam, że pisarka eksperymentuje na języku polskim, wprowadza w narrację zbitki wyrazów, które nie pozostają bez wpływu na odbiór utworu - np.we mnie początkowo budziły niepokój...

Książka ciekawa i warta polecenia, chociaż niekoniecznie na długi, wietrzny i deszczowy wieczór.

************************************

Inną lekturą przeczytaną na okoliczność DKK była "Moja Afryka" Kingi Choszcz. Pięknie wydana w serii Poznaj Świat wydawnictwa Bernardinum, przyciąga oko szatą graficzną i pięknymi kolorowymi zdjęciami z podróży, którą autorka odbyła wzdłuż zachodniego krańca Afryki. Podróży, którą przerwała nagła choroba i śmierć Kingi w Ghanie...

Powiem od razu, że mam co do tej książki, a i jej autorki takoż, mieszane uczucia. Oczywiście podziwiam pasję i konsekwencję w jej urzeczywistnianiu, ale z drugiej strony przeraża mnie niefrasobliwość dojrzałej, trzydziestokilkuletniej kobiety. Kinga Choszcz zapuszcza się samotnie w tereny zamieszkane przez wyznawców islamu (a powszechnie znane są przecież poglądy ortodoksyjnych wyznawców tej religii na temat kobiet i tego co im wolno), a następnie wędruje poprzez ziemie na których toczy się wojna, bądź działają jakieś grupy rebeliantów. Niejednokrotnie postępuje wbrew miejscowym tradycjom, co również może być niebezpieczne. A już szczytem niefrasobliwości jest podróżowanie autostopem - ciągnące się kilometrami pustkowia w towarzystwie przygodnych kierowców raczej nie napawają euforią... Oczywiście nic się nie stało, w ciągu całej podróży tylko raz została okradziona, a zabiła ją podstępna choroba a nie ludzie, jednak jakoś nie mogę wykrzesać w sobie większej sympatii do tej kobiety. A jej rodziców i przyjaciół jest mi zwyczajnie żal - mogę sobie tylko wyobrazić co przeżywali wiedząc, że ich córka i przyjaciółka cały czas jest narażona na niebezpieczeństwo i, gdyby coś złego się stało, nie ma przy niej nikogo, kto podałby pomocną dłoń.

Sama książka to przepisany dziennik, który Kinga prowadziła w czasie podróży, więc sporo tu opisów oczekiwania na kolejny środek transportu, posiłków jedzonych w drodze czy wreszcie sposobów oszukiwania służb celnych, bowiem autorka nie zawsze miała formalne prawo przebywać na terenie kraju, w którym się aktualnie znajdowała. Z tego też powodu są w tej książce miejsca mocno monotonne (żeby nie powiedzieć nudne) - jest rzeczą jasną, że autorka robiła notatki, które w przyszłości mogły się stać punktem wyjścia do napisania ciekawej i fascynującej historii. Wiele wspomnień, wrażeń i przemyśleń Kingi Choszcz przepadło bezpowrotnie...

Książka ogólnie dosyć ciekawa, chociaż bez fajerwerków.

***********************************

Elżbieta Cherezińska to marka sama w sobie. Zyskała sobie liczne grono wielbicieli (do których i ja się zaliczam) i każda jej nowa powieść staje się wydawniczym hitem.
Po raz czwarty dane mi było się spotkać z jej twórczością na okoliczność książki "Trzy młode pieśni", powieści zamykającej cykl "Północna droga". Tym razem głównymi bohaterami stają się przedstawiciele młodego pokolenia - Bjorn i Gudrun, dzieci Sigurn, oraz Ragnar, syn Haldred i Einara.

Wychowani we dworze w Namsen, Bjorn i Ragnar zostają przyjaciółmi, a nawet braćmi krwi, walczą w drużynie jarla Regina, a po jego śmierci wspólnie szukają zemsty na jego mordercy. Gudrun przygotowywana jest do roli żony i matki, jednak jarlówna ma całkiem inny pomysł na życie...

Akcja książki toczy się siłą rzeczy mniej więcej w tym samym czasie co końcówki trzech poprzednich tomów, więc jeśli ktoś je czytał to o wielu wydarzeniach będzie już wiedział. Tym razem jednak spojrzymy na nie z innej strony - nie od dzisiaj wiadomo, że młodzi mają na pewne sprawy całkiem odmienne zdanie niż ich rodzice.
W powieści pojawia się wiele postaci historycznych (znajdzie się nawet polski akcent w postaci córki Mieszka I) i wydarzeń znanych z kart kronik. Razem z bohaterami popłyniemy szlakiem Wikingów, weźmiemy udział w morskiej bitwie, będziemy bronić zamku przed nieprzyjacielskim wojskiem  a wreszcie zobaczymy twierdzę Jomsborg - legendarny zamek nordyckich rycerzy, którzy, jeśli wierzyć sagom byli niezwyciężeni i siali postrach na północnych morzach.

Ponieważ książka jest zakończeniem cyklu pozwolę sobie tutaj na pewne podsumowanie całej "Północnej drogi", bo pomimo, że to jedna całość, to każda z części jest inna. "Saga Sigrun" to historia wręcz romansowa, gdzie piękna dziewczyna wychodzi za swojego wymarzonego księcia i żyją w szczęściu i miłości (niektórzy zarzucają tej książce zbyt dużą dawkę słodyczy) aż ich śmierć nie rozłączy. "Ja jestem Haldred" to powieść o wielkich ambicjach i potężnych uczuciach - tak miłości jak i nienawiści - główna bohaterka to kobieta wyrastająca ponad swoje czasy, która potrafi walczyć o realizację swoich planów w świecie zdominowanym przez mężczyzn. "Pasja według Einara" ukazuje z jednej strony kulisy chrystianizacji północnej Europy, ale jest również swego rodzaju powieścią sensacyjną - Einar jest nie tylko duchownym, ale również "człowiekiem do zadań specjalnych". Wreszcie "Trzy młode pieśni" niosą rozwiązanie kilku wątków z poprzednich części, ale są przede wszystkim baśniową opowieścią opartą na nordyckiej mitologii - pojawiają się bogowie, walkirie a bohaterowie obdarzeni są niemal nadprzyrodzonymi mocami.

Północna droga to wielowątkowa opowieść, którą można porównać do wielobarwnego, lśniącego jedwabiu - w zależności od oświetlenia wygląda inaczej, chociaż cały czas to ten sam kawałek materiału...

Zdecydowanie warto przeczytać :)


piątek, 31 października 2014

WC na Dzikim Zachodzie

Każdy kto czytał najsłynniejszą powieść, która wyszła spod pióra Karola Maya, czyli "Winnetou" zna określenie "greenhorn" (czyli w dosłownym tłumaczeniu "zielony róg") używane przez mieszkańców Dzikiego Zachodu. Greenhorn to człowiek niedoświadczony, popełniający mnóstwo gaf i pomyłek, przedmiot kpin lepiej obeznanych z amerykańską rzeczywistością krajowców, a przy tym przekonany o tym, że to on jest w porządku a wszyscy wokoło stanowią odchylenie od normy.
"Winnetou" powstał ponad 100 lat temu i opisywanego w nim Dzikiego Zachodu już dawno nie ma, jednak wciąż istnieją tereny, gdzie ludzie żyją w niewielkich społecznościach, z daleka od wielkich aglomeracji, pośród bezkresnych równin pokrytych ubogą roślinnością, na której wypasają się stada należące do okolicznych ranczerów. I zdarza się, że do takiej społeczności zawita człowiek z zewnątrz, zafascynowany życiem na prerii, chociaż nie do końca mający o nim pojęcie - ot, taki typowy greenhorn...

Wojciech Cejrowski kojarzy nam się przede wszystkim z Ameryką Południową i dżunglą zamieszkałą przez plemiona nieskażone cywilizacją. Właściwie nie ma sie co dziwić - cykl programów telewizyjnych  i bardzo popularne książki opowiadające o jego przygodach w tamtych rejonach świata zrobiły swoje. Tymczasem popularny WC ma również inne, północnoamerykańskie oblicze, o którym opowiada w swojej najnowszej książce pt. "Wyspa na prerii".

Dawno temu, kiedy nikomu nie znany student Wojtek Cejrowski podróżował po Stanach Zjednoczonych, trafił na duże ranczo na pograniczu Arizony i Meksyku. Zakotwiczył tam na jakiś czas i w wyniku splotu pewnych okoliczności stał się właścicielem domu na prerii. Później wyjechał do Polski i dopiero po ponad dwudziestu latach wrócił do swojego amerykańskiego domu, który przez cały czas czekał na swojego egzotycznego (w rozumieniu prerii) właściciela. I tak doświadczony podróżnik, znawca kultur indiańskich i amator życia w dżunglii rozpoczął karierę miejscowego greenhorna. Bo pomimo całego swojego doświadczenia popełnił mnóstwo błędów, które stały się na wiele miesięcy tematem rozmów przy piwie w pobliskim miasteczku. Na szczęście WC ma duże poczucie humoru, które obejmuje również śmiech z samego siebie, więc dosyć szybko udało mu się zyskać sympatię miejscowych i stać się po pewnym czasie członkiem ich społeczności. O której to społeczności potrafi ciekawie opowiadać, co sprawia, że książkę czyta sie z prawdziwą przyjemnością.

Jest w tej książce coś co mnie jednak razi - otóż WC bezkrytycznie wielbi amerykańskie prawo, amerykańskie zwyczaje, amerykańskie markety i firmy czy amerykański system podatkowy. Owszem są rzeczy, których można im pozazdrościć - chociażby prawa do obrony swojej własności czy jakości obsługi klienta w Wolmarcie. Jednak np. łatwość w nabyciu broni budzi moje poważne wątpliwości, tym bardziej, że co jakiś czas media donoszą o masakrach, których sprawcą był szaleniec z automatem...

Kilka dni temu ktoś, widząc w moich rękach tę książkę, zapytał czy "Wyspa na prerii" jest taka dobra jak "Rio Anakonda". Szczerze mówiąc nie potrafię na tak postawione pytanie odpowiedzieć, bowiem tych książek nie da sie porównać. Z pewnością jest to książka ciekawie napisana, opatrzona licznymi fotografiami i pięknie wydana. Ale czy lepsza albo gorsza? Nie wiem. Jest po prostu inna.

Warto sięgnąć po "Wyspę na prerii" i przekonać się jak wygląda dzisiejszy Dziki Zachód, na którym konie zamieniono na samochody terenowe, gdzie przed każdym domem musi być trawnik, a dzieciaki do szkoły wozi żółty autobus. Bo pomimo pewnych zdobyczy cywilizacyjnych preria jest taka sama jak za czasów wspomnianego na początku Winnetou...

Za książkę dziękuję księgarni Gandalf.


sobota, 13 września 2014

Czego pozbawił nas Arkady Fiedler

Podejrzewam, że niewiele się pomylę twierdząc, że niemal wszystkie polskie dzieciaki, nawet te mające bardzo nikłe pojęcie o geografii, słyszały o Madagaskarze. Stało sie to oczywiście za przyczyną popularnego filmu o zwierzakach z nowojorskiego ZOO, które przypadkiem trafiają na tę afrykańską wyspę, wprost w świat lemurów rządzonych przez ekscentrycznego króla Juliana.
  
Madagaskar to jedno z tych miejsc, które przyciąga tajemniczością, egzotyką, piekną, choć już nieco przetrzebioną, przyrodą, a przez to staje wymarzonym celem wyprawy. Niewielu jednak udaje się ten cel osiągnąć, bo to nie najtańsza wyprawa, a i logistyka pozostawia wiele do życzenia...
Tak więc pewien młody, fantazjujący o wyprawie na Madagaskar absolwent romanistyki miał ogromne szczęście, bowiem udało mu się spełnić to marzenie i nie zostać przy okazji bankrutem. Tomasz Owsiany, bo o nim mowa, został zatrudniony jako nauczyciel francuskiego w szkole prowadzonej przez polskich misjonarzy w miejscowości Mampikony, leżącej w północnej części wyspy. Przez dziewięć miesięcy pracował z młodymi Malgaszami, poznawał ich kulturę, zwyczaje i wierzenia, oglądał malgaskie wsie i miasteczka i chłonął dziką przyrodę i piękno kraju.
Madagaskar, który wyłania się z książki to kraj ogromnych kontrastów - piękna przyroda stanowiąca sama w sobie atrakcję turystyczną, bogactwa mineralne, ogromne ilości cennych gatunków drewna, mnóstwo przypraw w najlepszym gatunku powinny sprawić, że wyspa będzie jednym z najbogatszych państw w Afryce. Tymczasem jest to jedno z najbiedniejszych miejsc na świecie, przeżarte korupcją, zacofane nawet w stosunku do swoich słabo rozwiniętych sąsiadów. Madagaskar przez wiele dziesięcioleci był dominium francuskim - Europejczycy zagospodarowali przede wszystkim wybrzeża wyspy, natomiast wnętrze kraju pozostało stosunkowo słabo ucywilizowane i do dnia dzisiejszego żyjący tam ludzie postępują według odwiecznej tradycji.
Autor książki to dla Malgaszów człowiek z zewnątrz, biały, a więc stojący wyżej w hierarchii, bogaty (nawet jeśli w kieszeni ma tylko kilkaset ariów) i... trochę naiwny, więc trzeba go wykorzystać. Podobnie zresztą mieszkańcy Mampikony traktują misjonarzy, którzy żyją i pracują wśród nich od wielu lat - biały to "dojna krowa", którą trzeba jak najlepiej wykorzystać. Malgaszów zepsuły czasy kolonialne, a także współcześni turyści traktujący ich jak ciekawostkę przyrodniczą, jak małpkę w ZOO, której trzeba dać cukierka, bo pomachała do nas łapką. Mieszkańcy Mampikony (a przynajmniej duża ich część) nie widzą więc nic zdrożnego w żebraninie, wyłudzaniu pieniędzy czy drobnych kradzieżach - przecież muszą z czegoś żyć. Równocześnie to ludzie serdeczni i przyjaźnie nastawieni do świata, pogodni pomimo ogromnej biedy, powolni, trochę leniwi i prostoduszni. Jeśli uda im się coś uzyskać od wazahy (to określenie białego człowieka) cieszą się, jeśli nie - nie obrażają się, a za jakiś czas próbują ponownie...

Nie chciałabym, żeby ktoś odniósł wrażenie, że Tomasz Owsiany uprawia krytykanctwo i zachowuje się jak biały kolonizator. Autor opisuje rzeczywistość w której przyszło mu żyć, punktuje różnice kulturowe, które mogą wpływać na nasz osąd tamtejszych stosunków i, co szczególnie ważne, stara sie być bezstronnym i nie oceniać Malgaszów według europejskich standardów.

Jak wszystkie książki z serii "Poznaj świat" tak i ta urzeka starannym wydaniem i bogatą szatą graficzną. Jeśli dodamy do tego ciekawy styl autora, który z opisu samotnego drzewa potrafi stworzyć literacką perełkę to możemy być pewni, że w nasze ręce trafi ciekawa i ekscytująca lektura. Warto po nią sięgnąć, bo Madagaskar to fascynujące miejsce, nawet bez Juliana, pingwinów i całej reszty filmowej ferajny...

Ach, i jeszcze na koniec wyjaśnienie tytułu tego tekstu - otóż w 1937 roku Arkady Fiedler, wybitny pisarz i podróżnik przebywał na Madagaskarze z pewną tajną misją. Miał mianowicie sprawdzić, czy wyspa nadawałaby sie na polską kolonię. Niestety, niespecjalnie wywiązał sie z tego zadania, obejrzał sobie jedynie niewielki fragment kraju (jeden z niewielu zupełnie nieatrakcyjnych) i na jego podstawie stwierdził, że szkoda zachodu. I dzięki temu nie zostaliśmy mocarstwem kolonialnym...

Książkę przeczytałam dzięki 


piątek, 2 maja 2014

Podróż życia

Zaczął się kolejny długi majowy weekend - dla wielu osób okazja bliższego lub dalszego wyjazdu. W moim wypadku tylko przy pomocy ciekawej książki... ale aż na antypody:)

Barbara Dmochowska to pochodząca z Trójmiasta tłumaczka i popularyzatorka nauk przyrodniczych. Zawodowo związana z Uniwersytetem Gdańskim, prywatnie żona swojego męża i matka dwóch córek, amatorka aktywnego wypoczynku i podróży w nieznane.

To miała być podróż życia - Basia i Paweł postanowili poznać Australię. Wyjechali więc do Sydney, znaleźli tam pracę i przez kilka miesięcy skrzętnie odkładali zarobione dolary aby wreszcie w środę 24 stycznia 2001 roku wyruszyć na podbój najmniejszego z kontynentów. Planowana trasa wiodła z Sydney, wzdłuż wybrzeża do Melbourne, następnie kilka dni na Tasmanii, po powrocie na kontynent dalsza podróż na zachód aż do Adelajdy, tam ostry skręt na północ i przejazd przez centralną część Australii do Darwin na wybrzeżu Morza Timor, skok na wschód na Wielką Rafę Koralową i powrót do Sydney znowu wzdłuż wybrzeża, tym razem Pacyfiku. Nocowali na kempingach, których w Australii jest całkiem sporo, stołowali się w przydrożnych barach (przy okazji poznając miejscowe smaki), w miarę możliwości kąpali się w wodospadach, wylali hektolitry potu w czasie przeprawy przez outback i chłonęli, chłonęli, chłonęli piękno tamtejszej przyrody...
Ktoś mógłby wzruszyć ramionami - wszystko to już było, takie przeżycia ma całe mnóstwo ludzi, którym zdarzyło się podróżować przez ojczyznę kangurów i Mela Gibsona. Racja, ale podróż Barbary i Pawła miała w sobie coś, czego te inne nie miały. Tym co stanowiło o jej wyjątkowości było zwiedzanie niemal wszystkich znajdujących się na trasie... warsztatów samochodowych. No ale co się dziwić, kiedy wyrusza się w taką długą i ciężką trasę zwykłym samochodem osobowym, który (patrząc w kategoriach ludzkich) jest już niemal pełnoletni.
Tak więc samochodzik fundował swoim właścicielom dodatkowe atrakcje, bo nigdy nie było wiadomo co i kiedy w nim nawali. Swoje dołożyła również australijska przyroda - czego dowodem okładkowe zdjęcie pokiereszowanego wehikułu po bliskim spotkaniu z przedstawicielem miejscowej fauny.

Jako, że książka wydana została w serii "Poznaj świat" sygnowanej przez Wojciecha Cejrowskiego znajdzie w niej czytelnik masę przepięknych zdjęć przedstawiających australijskie krajobrazy, ptaki, zwierzęta i bujną roślinność. To wspaniałe uzupełnienie tekstu, ale również zachęta - może ktoś będzie chciał poznać Australię podróżując śladami Basi i Pawła?

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości 


czwartek, 13 marca 2014

Gejsze, samurajowie i... szczury korporacyjne

Są w życiu chwile, kiedy wszystko przestaje być ważne - praca, hobby, jakieś problemy dnia codziennego, nawet blog... Dla mnie takim przełomowym dniem był 28 luty, kiedy dowiedziałam się, że odszedł mój Tato. Przez ostatnie kilkanaście dni nie miałam siły ani chęci na pisanie, starałam się  przeorganizować swój świat i jakoś wszystko ogarnąć. Powoli będę wracać, nadrabiać zaległości, wywiązywać się z podjętych zobowiązań chociaż lekko nie jest...

Po raz kolejny dzięki serii "Poznaj świat" wydawnictwa Bernardinum miałam możliwość odbyć niezwykle inspirującą podróż na antypody - tym razem do Japonii. Moją przewodniczką po Kraju Kwitnącej Wiśni była Anna Świątek, absolwentka japonistyki oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, która przez rok mieszkała w Japonii i pracowała tam jako tłumaczka przy drużynie soft tenisa. Jako, że praca związana była z podróżami po kraju udało się autorce objechać niemal całą Japonię, zobaczyć jej wszystkie największe atrakcje turystyczne, jak również zapoznać się z życiem codziennym jej mieszkańców.

Polakom Japonia kojarzy się chyba przede wszystkim z ogromnym postępem technologicznym, zaawansowaną elektroniką, Hiroszimą, sushi, sake i herbatą. No może jeszcze z samurajami i gejszami, chociaż nasze wyobrażenie na temat tych dwóch profesji często ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.
Anna Świątek w swojej książce rozprawia się z niektórymi mitami dotyczącymi  Japonii i Japończyków oraz ich stosunku do ludzi Zachodu. Co pierwsze rzuca się w oczy przy lekturze to zupełnie inne niż u nas podejście do życia, pracy i kariery, które są osią życia przeciętnego Japończyka. Pracownik ma obowiązek być w pracy na długo przed jej rozpoczęciem, a nie powinien wychodzić wcześniej niż szef. Z kolei szef (chcąc dać dobry przykład podwładnym) nie opuszcza biura do późnych godzin, więc dwunastogodzinny dzień prac nie jest czymś nadzwyczajnym. Dla Japończyka najważniejsza jest firma i jej rozwój, a współpracownicy zastępują rodzinę. Oczywiście przeciętny pan Suzuki ma jakąś żonę i dzieci, jednak kontakty z nimi ograniczają się w ciągu tygodnia do paru słów na powitanie i pożegnanie, i kilku wspólnie spędzonych godzin w czasie weekendu.
Kolejna sprawa to niechęć do ludzi z zewnątrz - oczywiście dobrze wychowany Japończyk nigdy w życiu nie powie wprost, że uważa się za kogoś lepszego niż przybysz z zagranicy. Jednak traktowanie obcych jakby byli niezbyt rozgarniętymi dziećmi, które nie potrafią zachować się w świecie dorosłych mówi samo za siebie. Tak przy okazji - przysłowiowa już grzeczność i uważność Japończyków na innych ludzi jest też dosyć kontrowersyjna, bowiem wynika z silnie zakorzenionych i rygorystycznych zasad, aby,broń Boże, nikogo nie urazić a nie z  potrzeby serca. Dochodzi już nawet do takich paranoi, że jeśli chłopiec lub dziewczyna chce zerwać ze swoją sympatią to nie robi tego osobiście (bo to bardzo niegrzeczne i przykre dla tej drugiej osoby) a wynajmuje firmę specjalizującą się w tego rodzaju zleceniach.

Na szczęście znajdziemy w tej książce również inne oblicze Japonii - wysublimowaną kuchnię i piękne krajobrazy, ciekawą historię i oryginalną architekturę, ciekawostki technologiczne oraz silną tradycję, które zmieszane ze sobą dają dopiero pełny i prawdziwy smak Japonii.

Zapraszam do lektury tej książki, podziwiania fotografii i smakowania egzotyki Kraju Wschodzącego Słońca. Może kiedyś, zawarte w niej informacje pozwolą nam uniknąć niejednej gafy, która nieodwołalnie zamknie nam drzwi papierowego japońskiego domku?


Za możliwość przeczytania książki dziękuję

piątek, 28 lutego 2014

Bądź otwarty...

Na początek kilka obiegowych sloganów:
"Kultura tego narodu ma już 5000 lat."
"Co czwarty człowiek na Ziemi jest obywatelem tego państwa"
"To najszybciej rozwijająca się gospodarka na świecie"
"Połowa produktów w naszych sklepach powstała w tym kraju"
"Kuchnia tego kraju należy do najzdrowszych na świecie (a przy okazji do najsmaczniejszych)"
I właściwie od razu wiadomo o co chodzi - WITAMY W CHINACH!

Chiny to kraj fascynujący zarówno wielu podróżników jak i całe rzesze osób, które obce kultury poznają za pomocą książki bądź telewizyjnego ekranu. Marek Pindral miał to szczęście, że przez dwa lata mógł oglądać Chiny od środka - pracował jako wykładowca języka angielskiego na jednym z tamtejszych uniwersytetów, a w czasie wakacji i innych przerw w nauce podróżował po całym kraju obserwując zwykłych ludzi, wsie i miasta, święta i dni powszednie oraz niezwykle piękną i bogatą przyrodę.

Europejczyk rzucony w bezkresne przestrzenie Państwa Środka musi sobie radzić z wieloma przeciwnościami - od kłopotów językowych począwszy, poprzez różnice kulturowe a na problemach z władzami (np. w wielu miejscach zabraniano robienia fotografii) zakończywszy. Marek Pindral wpadł na świetny pomysł, jak sobie z tym poradzić: na swoje wyprawy zapraszał studentów, którzy służąc mu za tłumaczy i przewodników po kulturalnych niuansach mieli  przy okazji możliwość poznawać swój własny kraj - większości z nich nie byłoby po prostu stać na takie wycieczki.
Wspomnienia z tych wypraw złożyły się na kolejną książkę z sygnowanej przez wydawnictwo "Bernardinum" serii "Poznaj świat".

Jak wyglądają Chiny widziane oczami Marka Pindrala? Cóż, to przede wszystkim kraj wielkich kontrastów: eleganckie, wręcz pokazowe dzielnice sąsiadują z domkami pozbawionymi jakichkolwiek wygód; inteligentni i otwarci na świat młodzi Chińczycy niemal bezkrytycznie wierzą temu co serwuje partyjna propaganda; w kraju, który na całym świecie słynie ze swojej kuchni najczęściej jada się... zupki z proszku; można by jeszcze wymieniać wiele takich przykładów. Autor książki od samego początku swojego pobytu w tym kraju stara się postępować według zasady "Bądź otwarty!" - otwarty na ludzi, ich zwyczaje, zachowanie, kulturę, kuchnię, na wszystko co może cię spotkać. I chociaż czasami ta otwartość przychodziła z trudem, to jednak się udało, a efektem tego jest ciekawa, pełna faktów i anegdotek historia, którą czyta się z prawdziwą przyjemnością. "Chiny od góry do dołu" nie są oczywiście ani przewodnikiem turystycznym ani szczegółowym kompendium wiedzy o tym kraju - jest to zresztą raczej niemożliwe, bo jak zmieścić tak bogatą historię, przyrodę i kulturę na niecałych czterystu stronach tekstu?

Książka jest niezwykle starannie wydana, jest w niej mnóstwo fotografii (to zresztą znak rozpoznawczy tej serii), jednak ma pewną zasadniczą wadę - przypisy są napisane tak maleńką czcionką, że miałam ogromne kłopoty z ich odszyfrowaniem (czytanie przy lampce nocnej niemal zupełnie odpada...).

Tak więc drodzy czytelnicy - zaopatrzcie się w lupę do czytania przypisów i do lektury!
Bo warto.

niedziela, 24 listopada 2013

Stolica razem z rodziną Ciumków

Czy zna ktoś dzieci, które lubią zwiedzać zabytki? Bo ja niestety nie znam takowych, co więcej lata pracy z młodym pokoleniem pozwalają mi postawić tezę, że niektórzy szczególnie oporni wolą pisać test z fizyki niż wizytować muzeum lub stary kościół... Nie inaczej jest z Grześkiem i Kasią Ciumkami, bohaterami kilku powieści dla dzieci autorstwa Pawła Beręsewicza. 

Rodzina Ciumków mieszka na przedmieściach Warszawy, co więcej tata Ciumko jest warszawiakiem z dziada pradziada, więc teoretycznie dzieciaki powinny się orientować co do najważniejszych zabytków stolicy. Niestety okazuje się, że teoria sobie, a życie sobie, i oto pewnego dnia tata ze zgrozą dowiaduje się, że Grzesiek nie ma pojęcia czyj pomnik stoi na Placu Zamkowym. Szok jednak szybko mija i tato postanawia nadrobić braki w warszawskim wykształceniu własnych dzieci.

W czasie jedenastu spacerów młodzi Ciumkowie, a my razem z nimi, poznają zabytki, muzea, pomniki świadczące o bogatej historii własnego miasta oraz słuchają legend i anegdot związanych z oglądanymi obiektami. Każdy spacer opatrzony jest mapką z naniesioną trasą oraz znajdującymi się przy niej zabytkami, tak, że może stanowić inspirację dla własnego odkrywania stolicy. Na marginesach znajdują się najważniejsze informacje na temat historii i współczesności miasta, zabytków oraz innych ciekawych miejsc, które warto odwiedzić. Dopełnieniem tekstu są liczne fotografie i rysunki przedstawiające omawiane obiekty. Książka zaopatrzona jest w słowniczek trudniejszych wyrazów znajdujących się w tekście, oraz (co powinno zainteresować np. nauczycieli planujących wycieczkę po Warszawie) informacje na temat zajęć edukacyjnych organizowanych przez stołeczne muzea. Dodatek do książki stanowi również zeszyt z krzyżówkami, które pomogą sprawdzić co zapamiętaliśmy z lektury.

"Warszawa. Spacery z Ciumkami" to coś pośredniego pomiędzy powieścią a przewodnikiem, bowiem historyczne informacje są bardzo zgrabnie wplecione w fabułę. Tata i mama starają się jak najwięcej przekazać dzieciom, natomiast Grzesiek i Kasia dokładają sił, aby jak najmniej się dowiedzieć - jednak dorośli prośbą, groźbą i podstępem przeprowadzają swoje plany i przebiegają wraz ze swoimi opornymi pociechami staromiejskie ulice, place i parki. 
Narratorem książki jest Grzesiek i przyznam, że świetnie się bawiłam patrząc na Warszawę jego oczami - np. w czasie zwiedzania Łazienek zazdrościł królowi Stasiowi... skrzyni z filcowymi kapciami. Bo przecież król miał świetną zabawę ślizgając się w tych kapciach po pałacowych parkietach;)

Większość historii napisana jest w zabawnym tonie, jednak autor nie pomija tragicznych wydarzeń z najnowszej historii - pomnik Stefana Starzyńskiego, Małego Powstańca, Bohaterów Getta czy Arsenał stanowią punkt wyjścia do opowieści na temat wojennej przeszłości miasta. Przy okazji Pałacu Kultury i Nauki tata Ciumko mówi dzieciom o czasach PRL-u, a spacer po Placu Zwycięstwa prowokuje mamę do wspomnień związanych z pierwszą wizytą Jana Pawła II i pamiętnej mszy odprawianej w tym właśnie miejscu.  

Książka Pawła Beręsewicza to z jednej strony dobra zabawa dla młodego (a i starszego też) czytelnika, ale równocześnie wspaniała propozycja dla wszystkich, którzy chcieliby bliżej poznać własną stolicę.
Serdecznie polecam.

Książkę przeczytałam dzięki


sobota, 9 listopada 2013

Tam gdzie rośnie pieprz i wanilia

Brakuje mi czasu...
Niestety (albo stety, zależy jak na to spojrzeć) musiałam po raz kolejny iść do szkoły (jako kursant) i od połowy października niemal wszystkie soboty i niedziele spędzam na wykładach. Na to konto przepadły mi Targi Książki w Krakowie, potargowe spotkanie blogerów i pewnie jeszcze kilka fajnych imprez mi do końca marca (zajęcia na kursie kończę w pierwszą sobotę kwietnia) poleci. Nie mam też za dużo czasu na pisanie, bo oprócz pracy i kursu mam przecież dom i rodzinę.
Mam nadzieję, że nie zapomnicie o moim istnieniu przez te kilka miesięcy - będę się starała jak najczęściej o sobie przypominać;)


Kiedy jeszcze Wojciech Cejrowski nie chodził boso przez świat, kiedy Beata Pawlikowska była jedną z tysięcy blondynek chodzących po naszych ulicach, kiedy Martyna Wojciechowska chodziła jeszcze do szkoły podstawowej - czyli w dosyć zamierzchłych czasach pewna polska dziennikarka wyjechała na stypendium do Ameryki Południowej i przy tej okazji udało jej się przeprowadzić wywiad ze znanym podróżnikiem, dziennikarzem i wielbicielem wszystkiego co indiańskie, czyli Tonym Halikiem. Dziennikarką tą była Elżbieta Dzikowska, a przypadkowe spotkanie zamieniło się w trwający ponad dwadzieścia lat związek dwojga ludzi połączonych oprócz uczuć wspólną pasją. Dzikowska i Halik nakręcili wspólnie około 300 filmów dokumentujących ich podróże po całym świecie, które można było oglądać w naszej telewizji. W moją pamieć najbardziej zapadł jednak program "Pieprz i wanilia", który nadawany był w niedzielne popołudnia z domowego studia pani Elżbiety i jej męża. 

Elżbieta Dzikowska jest również autorką kilkunastu książek podróżniczych, a w tym roku ukazała się najnowsza z nich pt. "Tam gdzie byłam".
Jest to książka autobiograficzna, mamy więc możliwość dowiedzieć się czegoś na temat dzieciństwa i młodości przyszłej dziennikarki i podróżniczki. I tak: w wieku 15 lat spędziła kilka miesięcy w areszcie za udział w nielegalnej organizacji politycznej; maturę zdała w wieku 16 lat; z racji przeszłości własnej, a także na okoliczność AK-owskiej przeszłości ojca nie dostała się na studia dziennikarskie; z wykształcenia jest sinologiem; pracowała m.in. w Centrali Importu i Eksportu Chemikaliów - to tylko kilka ciekawostek z niezwykle bogatego życiorysu pani Elżbiety.

Kiedy wreszcie udało jej się ukończyć studia dziennikarskie i wyjechać po raz pierwszy do Ameryki Południowej zakochała się w tamtym rejonie świata niemal od pierwszego wejrzenia. Początkowo barierę stanowił język hiszpański, a właściwie brak jego znajomości, ale szybko udało się zniwelować tę przeszkodę i można było ruszać na szlak wielkiej przygody. Dzięki rozmaitym kontaktom Toniego miała Elżbieta Dzikowska  możliwość dotrzeć do plemion indiańskich żyjących z dala od popularnych szlaków, badać ich kulturę, zwyczaje i sztukę, podziwiać wyroby rzemieślnicze, a nawet uczestniczyć w magicznych rytuałach i poznać w praktyce tradycyjne zabiegi medyczne - niestety jej sceptycyzm i brak wiary w skuteczność tych działań sprawił, że nie odniosły one pożądanego skutku...  

Pani Elżbieta dosyć swobodnie traktuje w swojej książce chronologię - wspomnienia nie są ułożone według kolejności czasowej, tylko tematycznie. Osobom uważającym, że biografię powinno się pisać według dat może to przeszkadzać, ale moim zdaniem takie uporządkowanie faktów daje lepszy obraz świata, który Elżbieta Dzikowska przemierzyła ze swoją kamerą.

Książka, jak zresztą wszystkie wychodzące z Wydawnictwa Bernardinum, jest wydana niezwykle starannie, na kredowym papierze, z twardą okładką, a tekst ilustrują setki pięknych kolorowych fotografii. Z racji takiego a nie innego potraktowania warstwy edytorskiej wydanie ma jeden niewielki minus - cieszy oko, ale swoje waży... No ale dla prawdziwego wielbiciela literatury podróżniczej taka przeszkoda nie jest warta nawet wzmianki.
Serdecznie polecam lekturę tej kisążki:)

sobota, 19 października 2013

Włochy, skuter i dziewczyna - połączenie idealne

Marzenia... Różnie z nimi bywa - niektóre realizują się niejako same, bez większego wysiłku z naszej strony, w inne musimy zainwestować sporo czasu i cierpliwości, a niektórych nigdy nie uda sie zrealizować. Ale nigdy nie wolno z nich rezygnować.

Peter Moore to pochodzący z Australii pisarz i podróżnik. Jako młody chłopak marzył o podróży do Włoch i oglądanie tego pięknego kraju z siodełka vespy, skutera pochodzącego z firmy Piaggio. Dlaczego vespa? A dlatego, że kiedy Peter był nastolatkiem obejrzał jeden z filmów Sophii Loren - aktorka jeździła w nim na takim akurat skuterze. Australię od Włoch dzieli opętany kawał drogi, ale od czegóż Internet - Peter znalazł na eBayu interesującą ofertę, wziął udział w licytacji i w końcu stał się dumnym posiadaczem vespy z 1961 roku. Wymarzony pojazd czekał w Mediolanie...

I tak oto Peter rozpoczyna najpiękniejszą i najbardziej romantyczną przygodę swojego życia - przez kilka tygodni będzie jeździł po północnych Włoszech na skuterze, będzie omijał autostrady na rzecz dróg lokalnych, będzie podziwiał bogactwo włoskiej przyrody, ale przede wszystkim spotka Włochów. Na temat mieszkańców Italii krąży wiele stereotypów, jednak obiegowa opinia milczy o tym, że to ludzie serdeczni, przywiązani do tradycji, dumni za swojego dziedzictwa narodowego. W większości wsi i miasteczek, gdzie dotarł Peter ze swoją Sophią (tak nazwał swój pojazd) wszyscy serdecznie witali obcokrajowca na włoskim  skuterze, a ich serdeczność przekładała się na rozmaite bonusy, rabaty czy inne dowody sympatii.
Początkowo Peter podróżuje sam, ale później dołącza do niego Sally, jego dziewczyna, i razem spędzają kilkanaście dni.

Oczywiście podróż obfituje w różne, nie zawsze przyjemne, niespodzianki - vespa miewa humory, zdarzają się jej awarie, ale jak na swój wiek trzyma się świetnie i droga z Mediolanu do Rzymu nie sprawia jej poważniejszych trudności.
Peter Moore oddaje w ręce czytelników dziennik podróży, którego każdy rozdział poświęcony jest innej miejscowości. Znajdziemy w nim informacje o atrakcyjnych turystycznie miejscach, kilka zdań o przysmakach miejscowej kuchni oraz anegdoty na temat Australijczyka we Włoszech. Auto ma na szczęście duży dystans do siebie i poczucie humoru, więc bez większego problemu pisze również o własnych wpadkach.

Zachęcam do sięgnięcia po tę książkę - może ktoś będzie chciał iść w ślady Petera?

A przy okazji - tu jest link do strony internetowej Autora, gdzie znajdziecie m.in. zdjęcia z wyprawy do Włoch.

niedziela, 4 sierpnia 2013

Wakacyjne podróże - Dookoła świata z Kevinem Connolly

Kevin Connolly pochodzi z Montany, wraz z rodzicami i dwiema siostrami mieszka nieopodal Heleny, miasta, które jest stolicą stanu. Urodził się w 1985 roku, od najmłodszych bawił się z innymi dzieciakami, biegał z nimi po lesie, w odpowiednim czasie poszedł do szkoły podstawowej, później szkoła średnia i studia, uprawiał sport, lubił markowe ciuchy, podkochiwał się w szkolnych koleżankach, czyli przeciętny  chłopak. Jest jednak coś co odróżnia go od jego rówieśników - Kevin urodził się bez nóg.

To był niewątpliwie cios dla jego rodziców, tym bardziej, że w miesiącach poprzedzających narodziny chłopca przeżyli kilka innych rodzinnych tragedii, jednak Marie i Brian Connolly'owie nie użalali się ani nad sobą ani nad synkiem. Zrobili wszystko aby chłopiec zaakceptował swoje kalectwo i żeby ono, w miarę możliwości, nie przeszkadzało mu w normalnym życiu. Kevin, jak niemal każdy chłopiec, chciał uprawiać jakiś sport - oczywiście baseball czy koszykówka były poza jego możliwościami, ale w Montanie można uprawiać narciarstwo. Początki były trudne, ale ani chłopak, ani jego ojciec nie poddawali się. Kevin niemal każdą wolną chwilę spędzał na stoku ćwicząc na monoski (specjalny sprzęt narciarski dla osób z niedowładem lub brakiem kończyn dolnych), jeździł na zawody, aż wreszcie w 2006 roku zajął II miejsce w zawodach X Games, a nagrodę pieniężną za swój sukces postanowił przeznaczyć na podróż dookoła świata. Wspomnienia z tej podróży stanowią zasadniczą treść jego książki "Drugi rzut oka. Jak świat się na mnie gapił".

Kevin od najmłodszych lat był świadomy własnej inności i tego, że stanowi dla otoczenia swoistą sensację. Starał się ignorować ciekawskie i współczujące spojrzenia, jednak czasem było to ponad jego siły. Z tej frustracji narodził się pomysł projektu fotograficznego. Podróżując po świecie fotografował gapiących się na niego ludzi. Zrobił tysiące fotografii, z których powstała wystawa "The Rolling Exhibition", a część z tych zdjęć zamieścił w swojej książce jako wstęp do poszczególnych rozdziałów.
Z fotografii patrzą na nas dorośli i dzieci, kobiety i mężczyźni, ludzie z różnych krajów i kręgów kulturowych. Z ich twarzy można wyczytać całą gamę uczuć, od ciekawości, poprzez zaskoczenie na współczuciu i litości kończąc. I te reakcje są identyczne niezależnie, czy dokumentują pobyt w Japonii, na Ukrainie czy w Bośni. W czasie tej podróży Kevin polegał tylko na sobie, poruszał się środkami transportu publicznego, mieszkał w hostelach, a po ulicach miast śmigał na deskorolce. Udowodnił sobie i innym, że każdy, niezależnie od ograniczeń jakie może zafundować los, ma możliwość spełniać własne plany i marzenia. Przy okazji dowiedział się też czegoś o sobie - wyczulony na ludzkie ciekawskie spojrzenia, z taką samą ciekawością i współczuciem przyglądał się mieszkańcom Sarajewa okaleczonym w czasie wojny na Bałkanach.

Ciekawość i szukanie jakiegoś logicznego wyjaśnienia niecodziennych sytuacji jest wpisana w ludzką naturę. Jednak bardzo często skupiamy się na tym co powierzchowne, co można zobaczyć "na pierwszy rzut oka". Historia Kevina Connolly'ego udowadnia, że warto rzucić okiem po raz drugi i dojrzeć to co bardziej niż wygląd stanowi o istocie człowieka. Że to czy ktoś ma lub nie ma nóg to sprawa drugorzędna, a najważniejsze jest to co sobą reprezentuje - jego kultura, umysłowość, pasje i aspiracje.



poniedziałek, 17 czerwca 2013

Wakacyjne podróże - Tokio z Marcinem Bruczkowskim

Co prawda do rozpoczęcia wakacji jeszcze całe dwa tygodnie, ale pogoda nastraja optymistycznie i wiele osób już planuje letnie wojaże. Jak na razie wygląda na to, że po raz kolejny lato spędzamy w domu (od czasu do czasu wybywając na jednodniowe wycieczki), ale od czego literackie podróże?
Podobnie jak w ubiegłym roku będę sobie więc wędrować bez wiz i paszportu, bez konieczności szukania kantorów i wykonywania szczepień na przeróżne egzotyczne choróbska. Już dzisiaj zapraszam na taką pierwszą wakacyjną podróż, i to od razu do Japonii.

Marcin Bruczkowski to pisarz, informatyk i... perkusista. Po ukończeniu anglistyki na Uniwersytecie Warszawskim wyjechał do Japonii na studia kulturoznawcze. W Kraju Kwitnącej Wiśni przeżył 10 lat a następnie wyjechał do Singapuru, skąd po kilku latach wrócił do Polski.
W 2004 roku  ukazała się jego pierwsza książka "Bezsenność w Tokio" będąca wspomnieniami z dekady spędzonej w stolicy Japonii.

Przeciętnemu Europejczykowi (no dobrze, Amerykaninowi też) Japonia kojarzy się z judo i karate, firmami elektronicznymi, Toyotą i Mazdą, sushi i pałeczkami, zieloną herbatą i hotelami kapsułowymi. Tymczasem kiedy już taki obcy (w Japonii nazywany gajdzinem) znajdzie się w Tokio czy w którejś innej japońskiej metropolii zauważy, że większość jego wyobrażeń o życiu w kraju samurajów jest całkowicie oderwana od rzeczywistości.

Marcin Bruczkowski odczuł na własnej skórze różnice kulturowe i na początku swojej japońskiej kariery popełnił wiele nietaktów, np. bawiąc w pewnym szacownym domu wszedł do jadalni w kapciach przeznaczonych do odwiedzania toalety - Japończycy mają specjalne obuwie do różnych pomieszczeń i biada temu kto nie dopasuje butów do miejsca w którym przebywa.
Autor w dowcipny sposób opisuje swoje kontakty z Japończykami i ich zwyczajami, z policją i ze służbą zdrowia, wspomina problemy komunikacyjne w wielkim mieście oraz różnorodne zajęcia, których się podejmował aby zarobić na życie. Sporo miejsca poświęca japońskiej kuchni, tak odmiennej od tego do czego jesteśmy przyzwyczajeni oraz standardom mieszkaniowym - już nawet nie chodzi o niewielki metraż, bo tak naprawdę Japończyk, który pracuje po kilkanaście godzin na dobę wykorzystuje mieszkanie tylko jako sypialnię, ale fakt, że własna łazienka i toaleta są luksusem, na który niewiele osób może sobie pozwolić trochę mną wstrząsnął...
Ważną rolę w tych wspomnieniach odgrywają przyjaciele i znajomi autora, zarówno Japończycy jak i inni gajdzini. Co ciekawe w książce mamy obraz jakby dwóch różnych narodów - mieszkańcy prowincji są niezwykle otwarci, przyjacielscy i na wszelkie sposoby starają się pomóc obcokrajowcowi, natomiast tokijczycy oraz mieszkańcy innych wielkich miast są obcym nieprzychylni - autor nie raz doznał tej wrogości, poczynając od odmowy wpuszczenia do lokalu gastronomicznego, poprzez problemy z wynajęciem mieszkania na poprzecinanych kołach samochodu kończąc.

Książka Marcina Bruczkowskiego to świetna lektura nie tylko dla osób zainteresowanych Japonią, to ciekawa historia, napisana ze swadą i dużym dystansem do siebie - to wspaniała lektura na leniwe letnie popołudnie. Polecam.

piątek, 18 stycznia 2013

Świat oczami pana od pogody

Nie przepadam za książkami pisanymi przez celebrytów różnej maści - cóż, najczęściej talent medialny nie idzie w parze z talentem pisarskim. Od każdej reguły są jednak chlubne wyjątki i jednym z tych "sławnych" co potrafią ciekawie opowiadać o otaczającej ich rzeczywistości jest Jarosław Kret. Miałam to okazję stwierdzić przy okazji "Mojego Egiptu" (pisałam o nim TUTAJ), a moje zdanie na temat pisarstwa "pana od pogody" potwierdziła książka "Planeta według Kreta".

O ile "Mój Egipt" dotyczył jednego tylko kraju i był wspomnieniami z rocznych studiów oraz kilku dłuższych i krótszych wizyt autora w tym afrykańskim państwie, to "Planeta" jest zbiorem kilkunastu opowieści z różnych stron naszego globu. Najwięcej miejsca zajmują wspomnienia z Bliskiego Wschodu (ten region jest chyba najbliższy panu Jarosławowi) - Izrael, Syria, Jordania, Liban, a poza tym Maroko, Tunezja, Argentyna, Chile i Brazylia, dwa wyspiarskie raje, czyli Malediwy i Mauritius, oraz coś w naszym zasięgu - Austria i Włochy.

Obiektywnie trzeba przyznać, że ma pan Jarosław Kret talent gawędziarski i dobrze się czyta jego teksty. Niestety od czasu do czasu chce przejść "na wyższy literacki poziom" i stara się te swoje gawędy zbeletryzować i wtedy już nie jest za ciekawie, a zaczyna się robić drętwo, czego przykładem może być tekst "Kobiety w krajach islamu". Opisuje w nim fikcyjną rozmowę czterech młodych kobiet pochodzących z Egiptu, Tunezji, Malediwów i Komorów (wszystkie są postaciami autentycznymi, z którymi spotkał się w czasie swoich licznych wędrówek) - ciekawy problem, bo na temat życia muzułmanek narosło wiele legend, jednak wykonanie mocno takie sobie... 
Na szczęście, zdecydowana większość zamieszczonych w książce reportaży to opowieść o tym co można zobaczyć w danym regionie, na co trzeba zwrócić uwagę, czego się wystrzegać, okraszona anegdotami z życia autora, który ma spory dystans do siebie i potrafi z humorem opowiadać o własnych wpadkach.

Ponieważ jest w tej pozycji kilka tekstów poświęconych Ameryce Południowej, niejako automatycznie przychodziły mi na myśl książki Wojciecha Cejrowskiego. Oczywiście pomiędzy obydwu panami nie ma porównania, bo każdy pisze inaczej - Cejrowski wnika w ten świat, staje się jego częścią i podchodzi do tematu niezwykle emocjonalnie, natomiast Kret obserwuje wszystko trochę z boku, jest człowiekiem z zewnątrz, turystą, który stara się dokładnie opisać to co widzi, zachwyca się pięknem krajobrazu ale nie staje się jego częścią. 
Czy przez to jest mniej ciekawie? Oczywiście, że nie. Jest po prostu inaczej.

W książce jest mnóstwo pięknych fotografii, które ukazują opisywane miejsca, ludzi i przyrodę. Zresztą całość jest bardzo starannie wydana, na kredowym papierze i może stanowić ozdobę biblioteczki lub też być świetnym prezentem dla wielbiciela literatury podróżniczej.

niedziela, 23 grudnia 2012

Podróż drogą, która powoli odchodzi w przeszłość...



Route 66 - jeden z najważniejszych symboli amerykańskiej pop kultury, legendarna droga do sukcesu, świadek najnowszej historii, sceneria wielu słynnych "filmów drogi",  bohaterka piosenek - powoli odchodzi w przeszłość. Wypierają ją wielopasmowe autostrady, jej nawierzchnia niszczeje nie remontowana, a wiele odcinków już nie istnieje - Amerykanie, inaczej niż Europejczycy, nie są zbyt sentymentalni, dla nich liczy się funkcjonalność, wygoda i zyski.

Wojciech Orliński, dziennikarz, pisarz i publicysta, zafascynowany kulturą masową postanowił przemierzyć drogę nr 66, a przynajmniej to co z niej zostało... A swoje wrażenia z podróży zawarł w książce "Route 66 nie istnieje", która ukazała się nakładem wydawnictwa Pascal i stanowi swego rodzaju kontynuację jego poprzedniej publikacji pt. "Ameryka nie istnieje".

Route 66 łączy Chicago z Los Angeles, liczy sobie 2500 mil i przebiega przez tereny Illinois, Missouri, Oklahomy, Teksasu, Nowego Meksyku, Arizony i Kalifornii. Podążając nią będziemy jechać śladem podróżników Lewisa i Clarka, gangsterów (chociażby Ala Capone, Bonnie i Clyde'a czy Jessie Jamesa), wysiedlanych ze swoich terenów Indian, wędrujących w poszukiwaniu lepszego losu zrujnowanych farmerów z czasów Wielkiego Kryzysu, odwiedzimy miejsca znane z  kinowych hitów, będziemy mogli podziwiać przepiękne widoki (na czele z Wielkim Kanionem), a kiedy się zmęczymy możemy poszukać noclegu w którymś z przydrożnych moteli oraz posmakować prawdziwej amerykańskiej kuchni (chociaż wielbiciele McDonald'sa też nie będą pokrzywdzeni). 

Motywem przewodnim swojej książki uczynił Wojciech Orliński już dzisiaj klasyczny utwór Bobby'ego Troupa "(Get your Kicks on) Route 66" - najpopularniejszą chyba piosenkę o drodze nr 66, którą wykonywali m.in. Bing Crosby, Chuck Berry, Depeche Mode i The Rolling Stones i która była również soundtrackiem do superhitu Disney'a "Auta". Kolejne rozdziały noszą tytuły zaczerpnięte z tej kompozycji.

Ogromną rolę w tego typu książkach pełnią zdjęcia - pozwalają chociaż częściowo wczuć się w opisywaną historię, oddają piękno krajobrazu migającego za szybą samochodu, dokumentują miejsca i ludzi. Jeśli chodzi o fotografie zamieszczone w książce Orlińskiego to można do nich mieć tylko jedno zastrzeżenie - chociaż jest ich całkiem sporo, to jednak jak dla mnie jest ich stanowczo za mało...

Książka wydana jest niezwykle starannie, na kredowym papierze, duża część fotografii zajmuje całe stronice,  często nawet dwie i cieszy oczy czytelnika pięknymi, żywymi kolorami. Sprawia, że chciałoby się spakować walizkę, wykupić pierwszy możliwy lot do Chicago, wsiąść w samochód i ruszyć w stronę zachodzącego słońca...

Niestety taka podróż jest całkowicie poza moimi możliwościami, ale udało mi się w sieci znaleźć taki filmik obrazujący podróż szlakiem Route 66.


poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Wakacyjne podróże: Za kołem podbiegunowym z Magdą

Od jakiegoś czasu na naszym rynku księgarskim pojawia się coraz więcej książek podróżniczych, wspomnień z wypraw w odległe i dzikie miejsca, przybliżających nam czytelnikom mało lub całkowicie nieznane kultury. I jakoś tak się składa, że większość tras tych podróży prowadzi do Ameryki Południowej, Australii, południowej i południowo-wschodniej Azji, Afryki czy krajów arabskich - czyli w ciepłe, czy wręcz gorące rejony naszego globu. Tymczasem również na dalekiej północy żyje wiele mało znanych plemion, które właśnie z racji trudnych warunków w jakich przyszło im bytować uratowały wiele z dawnych obyczajów, tradycji i stylu życia.
Jednym z takich ludów są Nieńcy mieszkający na Półwyspie Jamalskim, w azjatyckiej części Rosji - koczownicy, hodowcy reniferów i jedni z nielicznych, którym udało się uniknąć większości represji z okresu stalinowskiego. 

Przyznaję z ręką na sercu, że aż do ostatnich tygodni nie miałam pojęcia o istnieniu Nieńców, co jest tym dziwniejsze, że jedno z najgorzej kojarzących się nam Polakom  miejsc z historii najnowszej, mianowicie Workuta, leży na ich terenach, a i sama nazwa pochodzi z języka nieneckiego i oznacza "wiele niedźwiedzi". Ale dzięki wydanej przez PWN książce "Dobra krew. W krainie reniferów, bogów i ludzi" ten stan rzeczy uległ zmianie.
Autorka książki, gdańszczanka Magdalena Skopek odbyła już wcześniej podróż na Jamał, jednak jej największym marzeniem była możliwość poznania życia Nieńców "od środka". Dzięki wytrwałości oraz temu, że nie dała się trudnościom natury biurokratycznej oraz komunikacyjnej udało się jej w końcu dotrzeć do koczującej w tundrze nienieckiej rodziny, przez dwa miesiące mieszkać w ich czumie (rodzaj namiotu) i uczestniczyć w życiu codziennym.
A życie w tundrze do najłatwiejszych nie należy... Ostre arktyczne powietrze, wszechobecna wilgoć, chmary komarów i meszek to tylko początek długiej listy "przyjemności" czekających każdego, kto chce lub musi tam mieszkać.
Magdalena, zwana przez swoich gospodarzy Mjagnie, dosyć szybko dopasowała się do rytmu życia w czumie i starała się być użyteczna przy codziennych pracach - zbieraniu opału, noszeniu wody, przygotowywaniu posiłków czy "kasłaniu" - to słowo oznacza przeprowadzkę, która odbywała się co kilka dni, wszak Nieńcy to naród koczowników.
Jednak chyba największym wyzwaniem było przystosowanie się do zwyczajów kulinarnych panujących na dalekiej północy - surowe mięso i ryby, suchary, szpik kostny, masło z cukrem czy wreszcie solona krew renifera, to tylko niektóre z przysmaków serwowanych w czumie.

Tekst jest bogato ilustrowany fotografiami autorki - portrety rodziny u której mieszkała, ich sąsiadów, zdjęcia dokumentujące codzienne czynności oraz krajobrazy, zarówno z drogi, z miasteczek stanowiących kolejne etapy w podróży na Jamał jak i z tundry. I tu przeżyłam ogromne zaskoczenie - jakoś tak wydawało mi się, że owa tundra to najbardziej nieciekawe miejsce na świecie, szarobura pozbawiona drzew i krzewów pustka, porośnięta mchem i jakimiś karłowatymi roślinkami - tymczasem nic bardziej mylnego. W letnich miesiącach tundrę porasta trawa, kwitną drobne kwiatki a strumienie i małe jeziorka cieszą oczy różnymi odcieniami błękitu.

Warto sięgnąć po książkę Magdaleny Skopek i poznać jedno z niewielu plemion dla których czas jakby się zatrzymał. Tym bardziej, że na Jamale odkryto bogate złoża gazu ziemnego i pewnie za kilka lat stada reniferów i zagubione w tundrze czumy znikną, a na ich miejscu pojawi się plątanina rur i wykopów...

poniedziałek, 9 lipca 2012

Wakacyjne podróże: Dookoła świata z Martą i Bartkiem

Od czasu, gdy na początku XVI wieku Ferdynand Magellan odbył podróż dookoła świata i udowodnił, że Ziemia to taka większa piłka coraz to nowi śmiałkowie idą w jego ślady. Samotnie i w zorganizowanych grupach, przeróżnymi środkami lokomocji, nie licząc się z gotówką i oszczędzając każdego centa, utartymi szlakami i po bezdrożach podróżują w stronę zachodzącego lub wschodzącego słońca. Jeszcze więcej jest tych, którzy o takiej podróży tylko marzą, nie mając odwagi zrobić tego pierwszego kroku.

Bo jak udowadniają w swojej książce "Byle dalej: W 888 dni dookoła świata" Marta Owczarek i Bartek Skowroński najtrudniej było się zdecydować - zrezygnować z pracy, pożegnać z rodziną i przyjaciółmi i ruszyć na spotkanie z przygodą. 
Swoją podróż, planowaną początkowo tylko na kilka miesięcy, rozpoczęli w Mongolii od obserwacji  wraz z grupą przyjaciół zaćmienia Słońca. Potem już we dwójkę ruszyli na podbój Azji, Australii i Ameryki Południowej. 
Marta  i Bartek starali się omijać najbardziej zaludnione atrakcje  turystyczne, szukali jak najmniej skomercjalizowanych szlaków i ludzi nie skażonych cywilizacją. Mogłoby się wydawać, że świadomie wystawiali się na niebezpieczeństwo czyhające na turystów w dziczy, jednak prawda okazała się całkiem inna. Im dalej od zorganizowanych i ucywilizowanych miejsc tym było bezpieczniej a ludzie pomagali im bezinteresownie. Natomiast kradzież paszportu i próbę oszustwa "zaliczyli" w cywilizowanych miejscach.
Podróżując po świecie dostosowywali środki lokomocji do panujących warunków, jednak najlepszym pojazdem okazały się motocykle, na których przemierzyli Amerykę Południową.

Książka Marty Owczarek i Bartka Skowrońskiego nie jest w żadnym wypadku przewodnikiem czy poradnikiem dla innych zapaleńców, którzy chcieliby przeżyć przygodę życia. To raczej garść wspomnień, migawek z podróży, najciekawszych momentów utrwalonych w pamięci i na fotografiach. A fotografie stanowią wspaniałe dopełnienie opowiadanej historii - cudowne, zapierające dech w piersi krajobrazy, niezwykle intensywne, kolorowe obrazy natury i przede wszystkim ludzie, których autorzy spotkali na swojej drodze. 

Marta  i Bartek przebywali w drodze przez dwa i pół roku, nie raz zatęsknili za domem, ale w czasach powszechnej globalizacji nie ma większego problemu z kontaktem z bliskimi - można się przecież umówić w jakimś konkretnym miejscu i pobyć ze sobą kilka dni, są telefony komórkowe, mało już jest miejsc gdzie nie dotarł Internet, a co za tym idzie można się kontaktować przez skype'a. A po drodze poznaje się innych podróżników oraz krajanów, którzy z różnych powodów wylądowali na antypodach.

Oczywiście taka podróż do najtańszych nie należy, ale nie jest czymś nieosiągalnym. Wystarczy trochę chęci, wiary w siebie, starannego zaplanowania trasy i wydatków i można ruszać w drogę. Może nie od razu na 888 dni, ale i w 80 dni można świat okrążyć, co udowodnił niejaki Fileas Fogg;)

środa, 27 czerwca 2012

Piramidy, chamsin i baklawa czyli z wizytą w Egipcie

Lato mamy w pełni i chociaż co nieco się ochłodziło (na ten przykład dzisiaj rano termometr za moim oknem wskazywał zaledwie 10 stopni ciepła) to zapewne większość z nas ma już jakieś wakacyjne plany, spakowane walizki i plecaki i tylko czeka na pierwszy dzień urlopu. 
Ja niestety (a może na szczęście) będę spędzać wakacje w domu a wszelkie podróże dalsze i bliższe będą literackie li tylko... I właśnie o jednej z takich literackich podróży chciałabym napisać słów kilka.

Jarosław Kret to znany chyba wszystkim sympatyczny "pan od pogody" - ze swoich kilkuminutowych występów tworzy całe spektakle i nawet jak zapowiada burzę z gradobiciem to robi to w taki sposób, że człowiek jest w stanie ową nawałnicę polubić. Prowadzi również cykl programów "Polska według Kreta" i tu nie mogę się powstrzymać od prywaty: w kwietniu pan Jarek zawitał w moje rodzinne strony, konkretnie do sąsiedniej wsi, która nazywa się Wielkanoc, oraz do mojego powiatowego Miechowa. Jak ktoś ciekawy to TUTAJ można obejrzeć jak u nas na wsi wczesna wiosna wygląda oraz moich gimnazjalistów, którzy się produkowali w legendzie o Wielkanocy.
Niewiele jednak osób wie, że Jarosław Kret z wykształcenia jest egiptologiem. Z racji takiego właśnie kierunku studiów w latach 1987/88 przebywał na rocznym stypendium w Kairze. Pobyt ten zaowocował wielu znajomościami, przyjaźniami, zachwytami orientalną kulturą oraz niesłabnącą sympatią do kraju i ludzi. W późniejszych latach wiele jeszcze razy bywał w kraju faraonów a swoje wspomnienia zamieścił w książce "Mój Egipt". 

Każdy z nas ma pewnie jakieś swoje metody na poznawanie nowych kultur. Przy lekturze tej książki odniosłam wrażenie, że Jarosław Kret stosuje metodę słuchowo-smakowo-węchową. Próżno by szukać w jego opowieści opisów najważniejszych zabytków egipskiej cywilizacji, niewiele też znajdziemy opisów przyrody. Dowiemy się za to jak czuje się turysta na egipskim bazarze, gdzie najlepiej się udać aby spróbować przysmaków orientalnej kuchni, w jaki sposób poruszać się po kairskiej ulicy, jak kupować żeby nie przepłacić i wielu jeszcze praktycznych wskazówek, których na próżno by szukać w profesjonalnych przewodnikach.
Książkę czyta się z przyjemnością - autor ma świetny styl (chociaż zdarzyło mu się parę razy zamotać w zbyt obrazowe opisy i porównania), widać, że to o czym pisze jest mu bliskie, swoje wspomnienia doprawia poczuciem humoru oraz autoironią (wszak jego pierwsze kroki na egipskiej ziemi do najłatwiejszych nie należały) a do tego jest tu cała masa zdjęć, które wprowadzają w nastrój targowisk, uliczek, świątyń i sklepików.

Już dawno doszłam do wniosku, że kiedy wybieramy się w jakieś egzotyczne miejsce to należałoby si o nim jak najwięcej dowiedzieć. I to nie z folderów reklamowych czy oficjalnych przewodników ale z takich książek jak ta o której tu piszę - których autorzy opisują swoje własne przeżycia  i doświadczenia a także podają pewne wiadomości dzięki którym podróż i pobyt za granicą będzie łatwiejszy i bezpieczniejszy.
Dlatego też zachwalam "Mój Egipt" wszystkim, którzy planują zobaczyć piramidy w realu, ale również tym, którzy podobnie jak ja, będą te dalekie podróże odbywać tylko w wyobraźni.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Wystarczy chcieć (chociaż parę dolców w kieszeni też się przyda...)

Na początek "Trzydzieści dni z książką"

DZIEŃ 8
Mało znana książka, która nie jest bestsellerem, a powinna nim być

Książka o której myślę to jedna z ulubionych książek mojej młodości - "Tajemnica Abigail" węgierskiej pisarki Magdy Szabo.

Niestety wydana w Polsce dawno temu, bo w 1977 roku, po raz drugi w 1995 i tyle... Historia węgierskiej nastolatki, która w czasie II wojny światowej zostaje wysłana przez ojca do prywatnej szkoły zakonnej i tam musi przejść przyspieszony kurs samodzielności i dorosnąć.
Na szczęście już niedługo, bo 9 maja b.r. pojawi się w księgarniach najnowsza edycja tej książki przygotowana przez wydawnictwo Bona. I mam nadzieję, że Abigail stanie się bestsellerem bo na to zasługuje:)

***************************************************************

Za oknem deszcz, zimno, bardziej na listopad niż kwiecień wygląda. Co zrobić, żeby odczarować wstrętną pogodę? Moim zdaniem do tego celu najlepiej nadaje się literatura podróżnicza. I o takiej właśnie literaturze słów kilka chciałabym napisać.

Leży przede mną zbiór reportaży, a właściwie wspomnień z licznych podróży w najodleglejsze zakątki naszego globu - morza i lądy na obydwu półkulach, miejsca odwiedzane przez liczne rzesze turystów ale też takie, gdzie biały człowiek pojawia się raz na kilka lat. Dobrym duchem (zwanym oficjalnie redaktorem) tej książki jest Marek Tomalik - podróżnik, wielbiciel australijskich bezdroży, autor kilku książek na temat tego najmniejszego z kontynentów (o jednej z nich pt. "Australia gdzie kwiaty rodzą się z ognia" pisałam TUTAJ).

Od 2004 roku datuje swoje istnienie Festiwal Podróżników Trzy Żywioły. Początkowo była tylko edycja zimowa, ale od 2008 roku wielbiciele podróży i podróżowania spotykają się dwa razy do roku, a w ubiegłym roku były nawet trzy edycje tego Festiwalu. Z opowieści przygotowywanych na te spotkania powstała książka "Pojechane podróże", która ukazała się w tym roku nakładem wydawnictwa Pascal. Dodam, że do książki dołączona jest płyta z filmami dokumentującymi kilka z opisanych w publikacji wypraw.

Razem z autorami reportaży wędrujemy po Indiach i Nepalu, pokonujemy polskim poczciwym Ursusem (traktor taki) Andy, kupioną w Pakistanie psychodeliczną ciężarówką (bez hamulców ale za to z 9 klaksonami) próbujemy dotrzeć do Polski, filmujemy bicie rekordu zanurzenia w Morzu Czerwonym, próbujemy wydostać się z lodowej szczeliny na Antarktydzie i przeżywamy wiele innych ciekawych, niezapomnianych, często niebezpiecznych przygód. Autorzy reportaży to ludzie w różnym wieku, przedstawiciele różnorakich profesji, których łączy zamiłowanie do przygody. Opowiadając o swoich przygodach udowadniają, że tak naprawdę najważniejsza jest chęć przeżycia czegoś wyjątkowego, duża doza samozaparcia i wytrwałość. Chociaż jakieś zaskórniaki w twardej walucie zdecydowanie ułatwiają życie.
Co jeszcze mnie uderzyło w tych reportażach to dystans do siebie i autoironia widoczne szczególnie przy opisach własnych błędów oraz różnego rodzaju przypadków jakich doświadczyli podróżnicy, a wynikających  m.in. z nieznajomości realiów odwiedzanych miejsc.

Myślę, że to książka, po którą powinien sięgnąć każdy pasjonat podróży i przygody. A dla zainteresowanych podaję LINK do strony Klubu Podróżników "3 Żywioły".
I trochę zazdroszczę warszawiakom, bo w najbliższy weekend, 20-22 kwietnia b.r. w stolicy odbędzie się kolejny Festiwal Filmów Świata - Trzy Żywioły.