Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grunt to okładka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grunt to okładka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 sierpnia 2015

Wakacyjne podróże: po raz kolejny z Wikingami - tym razem po Bałtyku

Wszystko co dobre kiedyś się kończy... I moja przygoda z Broniszem i Helgą, bohaterami "Sagi o Jarlu Broniszu" też dobiegła końca - za mną trzeci tom powieści Władysława Jana Grabskiego noszący tytuł "Rok tysiączny".

Zbliża się koniec pierwszego tysiąclecia chrześcijaństwa. Wielu duchownych jak i świeckich obawia się, że może nastąpić koniec świata. Jednym z nielicznych, którym ta graniczna data nie spędza snu z powiek jest polski książę Bolesław. Ponieważ urzędujący papież Sylwester II postanowił kanonizować biskupa Wojciecha, Bolesław chce ten fakt wykorzystać dla swoich celów - wszak szczątki nowego świętego spoczywają w Gnieźnie. Bolesławowi marzy się własna organizacja kościelna niezależna od niemieckiej. I chociaż biskupi niemieccy mocno się temu sprzeciwiają to polski władca zyskuje potężnego sprzymierzeńca w osobie młodziutkiego cesarza Ottona III, który nie tylko popiera jego starania ale postanawia udać się z pielgrzymką do grobu Wojciecha. W związku z tym wydarzeniem planowany jest zjazd monarchów z całej chrześcijańskiej Europy, a Bronisz jako zaufany człowiek Bolesława do spraw pomorskich wyrusza w kolejną podróż, tym razem z zaproszeniami na gnieźnieński dwór...

Chociaż Bronisz jest głównym bohaterem sagi, to jednak w tym tomie jego sprawy prywatne potraktowane są nieco "po macoszemu" - owszem bierze wreszcie ślub z ukochaną Helgą, sprowadza ją do swojego Cisowa a wkrótce małżonkowie spodziewają się pierwszego dziecka. Helga musi przyzwyczaić się do miejscowych obyczajów, trapią ją wątpliwości czy zdoła sprostać pozycji żony jednego z najznamienitszych polskich rycerzy i dyplomatów,  nie do końca radzi sobie z nowymi obowiązkami (Bronisz jest w ciągłych rozjazdach i sprawy majątku pozostają wyłącznie na jej głowie) a jakby tego było mało postanawia umacniać wśród cisowskich ludzi chrześcijaństwo - nie wszyscy są ochrzczeni, a i ci co już wyznają Chrystusa niejednokrotnie postępują całkiem sprzecznie z nową wiarą. 
Jednak wszystkie te sprawy zajmują ledwie niewielki ułamek tekstu - autor zwyczajnie musiał jakoś zakończyć watek romantyczny. Natomiast głównym tematem tego tomu są dwa wielkie wydarzenia, które miały miejsce w owym tysiącznym roku - wspomniany już wyżej zjazd gnieźnieński oraz wielka bitwa morska u wybrzeży wyspy Rugii, w której połączone siły duńskie-szwedzkie wraz z Jomsborczykami pokonały flotę Olafa Tryggvasona.

Władysław Jan Grabski pisząc całą sagę (a III tom w szczególności) opierał się na źródłach, m.in. na kronikach Thietmara oraz Adama z Bremy, na sagach nordyckich oraz na dostępnych mu opracowaniach - książka powstała w czasie wojny, więc sprawiło mu to sporo trudności. Do tekstu dodane jest posłowie, w którym autor ustosunkowuje się do wykorzystanych przez siebie pozycji, przedstawia krótkie biogramy najważniejszych postaci historycznych występujących w książce oraz wyjaśnia w jaki sposób tworzył postać Bronisza, aby królewski namiestnik był jak najbardziej prawdopodobny. 
To posłowie powinno być świetnym uzupełnieniem i źródłem wiedzy, szczególnie dla osób nie do końca zorientowanych w zawiłościach dziejów średniowiecznej Skandynawii. Niestety ma ten tekst dosyć poważny mankament - autor cytuje obszernie teksty łacińskie i angielskie w oryginale, bez tłumaczenia. Tak więc część wywodu jest dla przeciętnego czytelnika niezrozumiała. Sporo też w nim literówek, błędów gramatycznych i językowych, które przeszkadzają w czytaniu, tym bardziej, że jest to tekst popularnonaukowy... Ponieważ nigdzie nie znalazłam informacji na temat korekty i redakcji, mogę tylko przypuszczać, że posłowie zostało żywcem przedrukowane z wydania na którym się obecna edycja książki opiera - PAX, 1968.

"Saga o Jarlu Broniszu" to ciekawa, wielowątkowa opowieść o historii ludów zamieszkujących w X wieku wybrzeże Bałtyku. Czytelnik znajdzie w niej wielką historię, przygodę, romans, wreszcie bogaty opis ówczesnych zwyczajów, wierzeń i obrzędów. Autor starał się jak najdokładniej odtworzyć świat Normanów i Wenedów (tak ludy północy nazywały Słowian) i pomimo, że od premiery książki minęło już prawie 70 lat to myślę, że powinna przypaść do gustu współczesnym wielbicielom opowieści o wikingach.

środa, 1 lipca 2015

Niszczące tajemnice

Z pisarstwem Anny Łaciny spotkałam się już po raz kolejny. Ponieważ wcześniejsze lektury przypadły mi do gustu, to po "Dziką jabłoń" sięgnęłam właściwie bez zastanowienia. I po raz kolejny się nie zawiodłam.

Ten Sylwester miał być niezapomniany. Wiktoria robiła wszystko aby tak własnie było - starannie dobrana kreacja, fryzjer, kosmetyczka, ale przede wszystkim pewność, że oto rozpocznie się kolejny rok jej związku z Kacprem. Tymczasem wszystko poszło nie tak - Kacper jakby zapadł się pod ziemię, Zuza, jej najlepsza przyjaciółka również nie dotarła na imprezę a Wiktoria tylko siłą woli przetrwała te kilka godzin w rozbawionym towarzystwie. Jednak to czego dowiedziała się kilka dni później okazało się sto razy gorsze od zepsutej zabawy.
Zrozpaczona Wiktoria pod wpływem impulsu decyduje się na wyjazd w nieznane - musi przemyśleć to co ją spotkało i znaleźć siły aby dalej normalnie funkcjonować. Na dworcu wsiada w pociąg do Wałbrzycha...

Tropem Wiktorii wyrusza jej starsza siostra Marta. Jej też bardzo się przyda kilka dni w nowym środowisku, chociaż z całkiem innych powodów - młoda kobieta jest coraz mniej usatysfakcjonowana ze związku z Marcinem. W ich kontakty wkradła się nuda, a poza tym okazuje się, że Marta i Marcin mają zupełnie inne priorytety - coraz więcej ich dzieli, a to co zachwycało na początku znajomości teraz drażni i stawia pod znakiem zapytania sensowność bycia razem.

Problemy Marty i Wiktorii, chociaż odmienne, mają swoje źródło w tym samym miejscu - obydwie dziewczyny nie potrafią otwarcie mówić o swoich potrzebach, o tym co dla nich jest ważne. Zresztą nie tylko one - nie robi tego również Zuza (co staje się przyczyną tragedii jaka spotkała Wiktorię), ani ich rodzice. Gdy przypadkiem zostaje odkryta pewna tajemnica rodzinna okazuje się, że Marta i Wiktoria tak naprawdę nie wiedza nic o swoich rodzicach...

Na koniec chciałabym wspomnieć o pewnym dodatkowym bonusie - akcja książki w większości toczy się w urokliwych miejscowościach leżących u podnóża Sudetów (np. w Kamiennej Górze), więc razem z bohaterkami powieści mamy możliwość wędrówki turystycznymi szlakami - mnie  np. najbardziej zaciekawił "Projekt Arado" - rekonstrukcja podziemnych hitlerowskich laboratoriów. I jeśli kiedyś zdarzy się być w okolicy to postaram się zobaczyć to na własne oczy.

Jeśli ktoś zna prozę Anny Łaciny, to nie trzeba go zachęcać do sięgnięcia po tę książkę. Ale jeśli nie zna to serdecznie zachęcam :).

czwartek, 2 kwietnia 2015

Wcale nie lekkie życie zwiewnej baleriny

Tancerki wirujące w niekończących się  piruetach, drobne kroczki wykonywane na czubkach palców, podskoki, które robią wrażenie zatrzymanych w czasie, zwiewne kostiumy i porywająca muzyka - wiele osób oglądających przedstawienia baletowe nie zdaje sobie sprawy jakim wysiłkiem okupiona jest lekkość i zwiewność, którą obserwujemy na scenie.

Ania Bednarek, bohaterka książki "Przyjaciółki ze Staromiejskiej", której autorką jest Anna Mulczyńska jest gwiazdą zespołu baletowego w Toronto - primabaleriną, żeby użyć fachowego określenia. Wiele lat ciężkiej pracy, ćwiczeń i wyrzeczeń zaczęło przynosić wyczekiwane efekty - rozpoznawalną twarz, główne role w przedstawieniach i całkiem niezłą sumkę na koncie. Również w życiu prywatnym Ania jest szczęściarą - uwielbiający ją narzeczony i ślub do którego zostało już tylko kilka tygodni to najważniejsze powody do radości.
Niestety los paskudnie zakpił z panny Bednarek - zawaliła ważną premierę, narzeczony odszedł a ona sama z kilkoma walizkami, w które spakowała swoje kanadyjskie życie wylądowała w rodzinnym mieście gdzieś w Polsce. W mieście gdzie nikt właściwie na nią nie czeka - przez kilka lat jej nieobecności wiele się zmieniło, rodzeństwo ma swoje problemy, pani Anastazja, dawna nauczycielka i najbliższa Ani osoba już nie żyje, a dawny ukochany jest w nowym związku. Ania musi sama przeanalizować swoje dotychczasowe życie i podjąć decyzję o tym co będzie robić dalej. A może pomoże jej w tym tajemniczy nieznajomy, którego spotyka co jakiś czas na swojej drodze?

"Przyjaciółki ze Staromiejskiej" to w pewnym sensie kontynuacja "Powrotu na Staromiejską", ale od razu uspokajam - bez problemu można czytać nie znając poprzedniego tomu. Ja w każdym razie nie miałam żadnych problemów z ogarnięciem o co chodzi.
Chociaż główną bohaterką jest Ania to równorzędną rolę wyznaczyła autorka Weronice - aktualnej dziewczynie Edka, byłego narzeczonego Ani. Weronika, pomimo, że jest osobą pewną siebie i przebojową czuje się zagrożona i jej obawy mają pewne uzasadnienie. Ania staje się częścią ich życia i niby od niechcenia udowadnia Weronice, że dla Edka była (a może i nadal jest) kimś ważnym...

Pomimo wątków uczuciowych książka Anny Mulczyńskiej to przede wszystkim powieść obyczajowa, a jej bohaterów zajmują sprawy raczej mało romantyczne: remont spalonej restauracji, poszukiwanie pracy, problemy ze skarbówką, poważna choroba - to tylko kilka z problemów z którymi muszą się borykać.
Autorka miała ciekawy pomysł na tę książkę - oprócz historii obyczajowej zawarła w niej wiele wiadomości na temat baletu (tak techniki tańca jak i fabuły najbardziej znanych dzieł) ale również rękodzieła. Weronika jest bowiem właścicielką sklepiku pod nazwą "Robótkowo" oraz utalentowaną hafciarką opracowującą nowe wzory na potrzeby pewnego branżowego czasopisma. Powrót Ani zbiegł się w czasie z pracą nad kalendarzem z haftami przedstawiającymi najsłynniejsze role baletowe.

Książka ma właściwie tylko jedną, ale dosyć istotną wadę. Nie przekonuje mnie mianowicie kreacja głównej bohaterki. Ania Bednarek to chwilami dwie całkowicie odmienne osoby - rozdwojenie jaźni jak nic... Wiadomo tragiczne przeżycia, utrata pracy i narzeczonego nie pozostają bez wpływu na człowieka, ale chwilami miałam wrażenie, że tą dziewczyną kieruje nie rozpacz, ale czysta, wyrachowana złośliwość. Szczególnie jest to widoczne w jej kontaktach z Weroniką. Poza tym ogólnie nie polubiłam jej, chociaż to akurat nie jest zarzut - trudniej chyba stworzyć główną bohaterkę, której czytelnicy nie będą lubić niż taką, która wzbudza ogólną sympatię.

Pomimo tego mankamentu uważam, że powieść Anny Mulczyńskiej to dobra książka, a jeśli ktoś interesuje się baletem albo szuka inspiracji do robótkowych wyzwań to zdecydowanie powinien po nią sięgnąć.

środa, 25 marca 2015

Romans w słonecznej Toskanii

Gemma Jericho jest lekarką i pracuje na ostrym dyżurze w jednym z nowojorskich szpitali. Mieszka z nastoletnią córką Olivią i kotem imieniem Sindbad, a na niedzielne obiady jeździ do matki. Ojciec Olivii odszedł zanim dziewczynka się urodziła, a rodzaj pracy Gemmy nie sprzyjał nawiązywaniu romantycznych znajomości. Był co prawda w jej życiu pewien aktor, ale wspomnienia o nim są dla pani doktor zbyt bolesne.
Gemma jest Amerykanką w trzecim pokoleniu, bo jej dziadkowie przybyli do Nowego Jorku z niewielkiej wsi w Toskanii. I właśnie teraz, po prawie pięćdziesięciu latach do matki Gemmy przychodzi list z rodzinnej wioski. Miejscowy proboszcz, który od kilku lat poszukiwał śladów jej rodziny pisze, że w Bella Piacere oczekuje na nich spadek. Starsza pani postanawia jechać do starego kraju, a w podróż zabiera córkę i wnuczkę. Lato spędzone wśród wzgórz Toskanii wywróci ich życie do góry nogami... 

Elisabeth Adler jest autorką kilkunastu książek i jedną z bardziej rozpoznawanych autorek tzw. "literatury kobiecej" na świecie. Parę lat temu miałam "fazę" na jej powieści, przeczytałam wszystko co było dostępne w naszej bibliotece i dosyć miło wspominam te lektury, bowiem to romanse, ale nie do końca typowe.
Oczywiście para głównych bohaterów przyciąga się od pierwszego wejrzenia ale po drodze muszą pokonać różnorakie trudności aby wreszcie żyć długo i szczęśliwie. Jednak oprócz tych romantycznych perypetii w książkach Adler jest coś jeszcze - czasem kryminał, czasem sensacja, albo, jak w przypadku "Lata w Toskanii", podróż po najpiękniejszych zakątkach Europy.
Gemma początkowo chce się wykręcić od podróży do Włoch, ale wreszcie ulega matce i zakochuje się w tym kraju od pierwszego wejrzenia. Rzym, Florencja, toskańskie wioski i miasteczka, wreszcie wybrzeże Amalfi na południe od Neapolu - Gemma, a my razem z nią, podziwia piękno przyrody i zabytki, oraz poznaje prawdziwą włoską kuchnię pachnącą świeżą bazylią, rozmarynem i dojrzewającymi w gorącym słońcu pomidorami.

"Lato w Toskanii" to lekka, sprawnie napisana opowieść. Zakończenie jest przewidywalne, bo to w końcu romans, ale zanim Gemma i jej "Michał Anioł z Long Island" powiedzą sobie sakramentalne "TAK" czeka ich sporo perturbacji.
Chociaż zasadniczo romansów nie czytuję, to akurat Elizabeth Adler lubię i mogę polecić z całą odpowiedzialnością.

wtorek, 24 lutego 2015

Wyparte z pamięci

Zawrocie - ta nazwa od dłuższego czasu powracała do mnie jak bumerang. Całkiem spora liczba moich znajomych książkoholików zachwycała się cyklem o Zawrociu, którego autorką jest Hanna Kowalewska. Wszyscy, jak jeden mąż zachwalali ciekawą fabułę, niebanalną bohaterkę i przepiękny język powieści.
Słuchałam tych zachwytów, obiecywałam sobie zapoznać się przynajmniej z jedną książką z cyklu (aby wyrobić sobie własne zdanie), tymczasem czas uciekał, a mnie ciągle było nie po drodze z Matyldą Malinowską - Just... Wreszcie za sprawą DKK przeczytałam "Inną wersję życia" będącą czwartym tomem cyklu. I tak - wiem, że powinno się czytać po kolei, że tom wyrwany z kontekstu może być nie do końca zrozumiały, że po fragmencie nie wolno oceniać całości. To wszystko wiem. Ale nawet pomimo pewnych luk, które siłą rzeczy się pojawiły mogę stwierdzić, że "Inna wersja życia" to dobra książka. I jeszcze, że z chęcią przeczytałabym resztę zawrociańskiego cyklu.

Matylda przez przypadek dostaje kilka starych zdjęć - rozpoznaje na nich siebie sprzed lat (dziewczynka na zdjęciach ma około 6 lat), ale zupełnie nie pamięta innych osób z fotografii. Więcej - zupełnie nie pamięta sytuacji w których zrobiono te zdjęcia... W poszukiwaniu zaginionych wspomnień pomaga jej tylko starsza sąsiadka, bowiem matka udaje, że nie ma pojęcia o co chodzi Matyldzie. Zresztą matka i ojczym zajęci są młodszą siostrą Matyldy - Paula właśnie poroniła i ma wszystkie objawy depresji. Tymczasem Matylda dochodzi do wniosku, że wyjaśnienie historii tajemniczych fotografii może jej pomóc zbudować jakieś relacje z siostrą, z którą nigdy, nawet w czasach dzieciństwa nie miała dobrego kontaktu.

"Inna wersja życia" to jedna z tych książek, które się dosłownie połyka, a kiedy już lektura się kończy pozostaje uczucie niedosytu. Co dziwne akcja nie jest jakoś przesadnie szybka czy wciągająca, na próżno szukać by tu jakiejś sensacji czy scen rodem z melodramatu, aczkolwiek uczuć i emocji jest tu całkiem sporo. 
Kilka tygodni z życia Matyldy, jej przemyślenia, wypowiedzi, podejmowane decyzje są zupełnie zwyczajne, takie jakie przydarzyć się mogą właściwie każdemu. A sama Matylda? Trochę trudno wyrokować po lekturze jednego tomu cyklu ( i to nie pierwszego z kolei), ale wydaje mi się, że bohaterka jest kobietą wrażliwą i bardzo niepewną własnej wartości. Być może dlatego pakuje się w toksyczne związki z mężczyznami, dlatego niemal histerycznie szuka porozumienia z siostrą, dlatego uważa, że prawie wszystkie nieszczęścia które spotykają ją samą ale również jej najbliższych wynikają z jej winy. Matylda z jednej strony chce się wyzwolić od demonów przeszłości, ale równocześnie rozkłada je na czynniki pierwsze i analizuje, doszukując się w nich przy okazji jakichś znaków i ukrytych przekazów.

Tak jak pisałam na początku jednym z plusów tej powieści jest język. Hanna Kowalewska ma niebywały talent w operowaniu słowem. Nie znajdzie tu czytelnik jakichś nowatorskich rozwiązań czy nagromadzenia środków stylistycznych. Nie - książka jest piękna swoją prostotą ale równocześnie nawet opis kawałka zaniedbanego trawnika przed domem stanowi mały, starannie przemyślany i oszlifowany klejnocik. 

Pozostaje sobie życzyć, aby w moje ręce trafiało więcej takiej literatury...

piątek, 20 lutego 2015

Ależ pan był kochliwy, panie Mickiewicz!

Jak się nazywa najsławniejszy polski poeta?

No jasne - Adam Mickiewicz (I co z tego, że on Litwin a nie Polak?). Nawet jeśli ktoś nie zna jego dzieł to przynajmniej nazwisko się o uszy w szkole obiło. Już w tzw. nauczaniu początkowym jakieś jego bajki występują, a później na języku polskim co i rusz się uczniowie o wieszcza potykają... Na temat poety powstają co jakiś czas nowe opracowania mniej lub bardziej naukowe - na mojej półce od dłuższego już czasu stała praca Sławomira Kopera "Kobiety w życiu Mickiewicza", która wreszcie doczekała się na swoją kolej.

Dzieła pana Adama zostały już po wielokroć omówione, przeinterpretowane, rozłożone na czynniki pierwsze wiec wiele nowego z nich już nie wyciśnie. Właściwie tak samo ma się sprawa z biografią poety, chociaż tutaj, dzięki mrówczej pracy synka Władzia (przy wsparciu córeczki Marysi), sporo białych plamek się znajduje, bowiem wieszcz nasz, wierny był zasadom filomatów, które osobiście wierszem zapisał "Użyjmy więc żywota, wszak żyjem tylko raz!" i nie zawsze postępował zgodnie z wysokimi normami moralnymi. Tymczasem najstarsza dwójka dzieci Mickiewicza uważała, że tato wielkim poetą był i pewne fakty mogłyby zaszkodzić jego legendzie. Tak przy okazji - gdyby Mickiewicz żył dzisiaj, to możliwe, że kochane dzieciątka nie tylko nie wybielałyby jego pamięci, ale parę stosownych skandalików by jeszcze dorzuciły, żeby na sławie tatusia ugrać coś dla siebie - paru celebryckich potomków jest na to najlepszym dowodem...

Ale wracajmy do wieszcza Adama i jego działalności na polu stosunków damsko-męskich. Najbardziej znana kobieta w jego życiu to zapewne pani Maria z Wereszczaków Puttkamerowa - muza i ukochana z lat wczesnej młodości i adresatka kilku pięknych wierszy. W moich szkolnych czasach mówiło się jeszcze o dwóch paniach - o żonie Celinie z Szymanowskich oraz o Henriecie Ewie Ankwiczównie na której wzorowana była postać Ewy, ukochanej Jacka Soplicy. I tyle.

Tymczasem pań w życiu poety było całkiem sporo - Mickiewicz w tym względzie był urodzonym demokratą i nie robił mu różnicy majątek, urodzenie, narodowość ani nawet ewentualny małżonek ukochanej. Polki, Litwinki, Rosjanki, szlachcianki i mieszczki, panienki i mężatki - serce wielkiego romantyka otwarte było dla wszystkich. Tak przy okazji po raz kolejny sprawdziło się powiedzenie, że jeśli ma się miękkie serce to trzeba mieć twardą.. no inną część ciała: niejednokrotnie źle ulokowane uczucia doprowadzały Mickiewicza do konfliktów z innymi wielbicielami, bądź wręcz mężami jego bogdanek co w efekcie kończyło się wyzwaniem na pojedynek lub, w najlepszym wypadku, zerwaniem stosunków towarzyskich.

Sławomir Koper w swojej pracy opiera się na dostępnych źródłach (czyli takich do których nie dorwał się Władysław Mickiewicz, bądź dorwał się, ale uznał, że one pamięci ojca nie zaszkodzą...) ale równie na istniejących już opracowaniach. Książka ma układ chronologiczny, wędrujemy więc za Mickiewiczem z Wilna do Kowna, później poprzez Petersburg, Odessę i Moskwę, aby wreszcie udać się na emigrację i ostatecznie osiąść w Paryżu.

Ponieważ teksty źródłowe nie zawsze są jednoznaczne (o pewnych rzeczach dżentelmen nie rozgaduje na prawo i lewo) więc w kilku miejscach autor książki posuwa się do spekulacji (aczkolwiek informuje o tym), jeśli w danym momencie i ku czci konkretnej damy powstał jakiś utwór to również o tym pisze, dodaje również informacje na temat dalszych losów adorowanych przez Mickiewicza pań. Starał się wiec Sławomir Koper możliwie dokładnie wyczerpać temat.

Czy mu się to udało? Myślę, że tak. Dla mnie co prawda wiele nowego w tej książce nie było, ale to z powodu takiego, że tematem mojej pracy magisterskiej był wspomniany wyżej Władysław Mickiewicz, więc siłą rzeczy temat wieszcza i jego życia prywatnego musiałam ogarnąć już kilkanaście lat temu. Ale jeśli ktoś niewiele wie a chciałby poszukać skandali w życiu naszego najsłynniejszego poety to jest to książka zdecydowanie dla niego.

wtorek, 10 lutego 2015

Dwie historie w sycylijskich klimatach

Dzięki użytkownikom BiblioNETki niejednokrotnie miałam możliwość przeczytać książki do których sama z siebie pewnie bym nie zajrzała. Ba, zdarzało się również, że nawet o autorze nigdy wcześniej nie słyszałam, a później okazywało się, że "podszedł" mi styl i tematyka, a literat lądował w gronie tych szczególnie lubianych i chętnie czytanych.
Tak było i tym razem - nazwisko Andrea Camilleri nie mówiło mi zupełnie nic, a zachętą do sięgnięcia po dwie jego książki była informacja, że jest autorem kryminałów. Ponieważ kryminały lubię to zdecydowałam się z panem Camillerim zapoznać. I cieszę się, że to zrobiłam, chociaż po prawdzie tylko jedna książka była kryminałem, natomiast druga to powieść obyczajowa. Ale po kolei.

Andrea Camilleri pochodzi z Sycylii ale większość życia spędził w Rzymie, ma prawie 90 lat (urodziny będzie obchodził we wrześniu), jest reżyserem i pisarzem. Największą popularność przyniósł mu wielotomowy cykl, którego głównym bohaterem jest komisarz Salvo Montalbano. Pracuje on w komisariacie w fikcyjnym sycylijskim miasteczku Vigata, lubi dobrze zjeść i ma poplątane życie osobiste. 

Na obrzeżach miasta znalezione zostają zwłoki inżyniera Luparello, człowieka bardzo wpływowego - lokalnej "szarej eminencji". Wszystko wskazuje, że jego serce nie wytrzymało nadmiaru emocji w czasie erotycznych uciech z tajemniczą blond pięknością... Niby wszystko jasne, ale komisarz Montalbano uważa, że coś tu bardzo nie gra - nietypowe zachowanie ludzi związanych z inżynierem oraz pewne dowody rzeczowe nie do końca pasują do teorii o samoistnym zejściu inżyniera. Montalbano szuka wiec wyjaśnienia swoich wątpliwości...
"Kształt wody" to kryminał, który może nie trzyma przesadnie w napięciu, ale  zmusza czytelnika do myślenia. Autor na przykładzie sennego prowincjonalnego miasteczka ukazuje ciemną stronę władzy, siłę wzajemnych układów i powiązań, bezwzględność wobec tych, którzy nie chcą bądź nie potrafią iść na kompromis. Montalbano zdaje sobie sprawę, że zbytnie drążenie tematu nie jest zbyt bezpieczne, ale stara się jak najlepiej wykonać swoje obowiązki.
Pomimo nieco pesymistycznej wymowy książka warta była poświęconego jej czasu, a jeśli kiedyś na mojej czytelniczej drodze jeszcze raz stanie Salvo Montalbano to z chęcią spotkam się z nim po raz kolejny.

Drugą książką Camilleriego, którą miałam możliwość przeczytać jest "Szary kostium". Głównym bohaterem jest wysoki urzędnik bankowy, który właśnie przeszedł na emeryturę. Już pierwszego dnia w nowej roli nie jest w stanie znaleźć sobie miejsca, czuje się niepotrzebny i zaczyna mieć problemy ze zdrowiem. uważa, ze to skutek diametralnej zmiany jaka zaszła w jego życiu, ale prawda jest o wiele bardziej złożona. Nowa sytuacja zmusza go do popatrzenia wstecz i przemyślenia pewnych życiowych wyborów - jednym z najważniejszych było powtórne małżeństwo (jego pierwsza żona zmarła). Adele jest od niego o dwadzieścia kilka lat młodsza i po pierwszej euforii szybko okazuje się, że związek nie należy do najszczęśliwszych. Kobieta ma niezwykle wybujały temperament, a jej mąż nie jest w stanie sprostać jej wymaganiom. I tak zaczyna się podwójne życie Adele i jej męża - na zewnątrz to idealna żona, udzielająca się w wielu prestiżowych komitetach i organizacjach, a kiedy nikt nie widzi zdradza męża na prawo i lewo, oczywiście z zachowaniem daleko posuniętej dyskrecji...
Najłatwiej powiedzieć, że "Szary kostium" to powieść o kłamstwie, zdradzie i grze pozorów. Równie łatwo osądzać bohaterów - Adele to "czarny charakter", pozbawiona zasad modliszka, której zależy na prestiżu i władzy, zaś jej mąż jest tylko szczeblem po którym ona wspina się do góry (budzi więc współczucie u czytelnika). Jednak, gdy wczytać się głębiej  w tę historię to taki biało-czarny podział przestaje być oczywisty i być może konieczna będzie korekta już wyrobionej opinii. 
Jakby nie było ciekawa historia.

A na koniec dobra rada - jeśli trafią w Wasze ręce te książki to pod żadnym pozorem nie czytajcie opisów na okładce - spojlery jak nie wiem co...

poniedziałek, 9 lutego 2015

Między zamkiem a miastem

Ciche miasteczko gdzieś na prowincji, na pobliskim wzgórzu stary rodowy zamek, a pomiędzy nimi niewielki domek w ogrodzie - w takiej sielskiej scenerii toczy się akcja książki "Za plecami anioła", której autorką jest Renata L. Górska. Dla porządku dodam, że po raz pierwszy ta książka pojawiła się w księgarniach w 2010 roku, a w listopadzie roku ubiegłego światło dzienne ujrzało wydanie drugie, nieco zmienione i w nowej szacie graficznej. 
Renata L. Górska to autorka kilku książek (mnie dane było przeczytać dwie - "Cztery pory lata" i "Historia kotem się toczy") od lat mieszkająca w Niemczech. W swoich powieściach przedstawia radości i kłopoty mieszkańców prowincjonalnych miasteczek, udowadniając przy okazji, że życie z dala od metropolii wcale nie musi być nudne i byle jakie. Jej bohaterki to kobiety, które już co nieco w życiu przeszły, ale pomimo to nie zamykają się na świat i z optymizmem (co prawda umiarkowanym, ale jednak...) patrzą w przyszłość. 

Marta po śmierci matki i rozpadzie małżeństwa (mąż okazał się nałogowym hazardzistą) wyjechała do pracy do Niemiec. Udaje się jej osiągnąć pewną stabilizację, jednak nie na długo - kolejny partner zrywa z nią, a z powodu recesji traci pracę w butiku. Postanawia wracać do Polski, jednak na dworcu, wiedziona impulsem, wsiada do przypadkowego autokaru, którym dojeżdża do niewielkiego Tauburga. Miasteczko bardzo sie jej podoba, jednak szybko okazuje się, że jest to miejsce gdzie nie przepadają za obcymi... I kiedy Marta zaczyna się zastanawiać nad wyjazdem otrzymuje niespodziewaną propozycję - właścicielka zamku, pani Adela von Tauburg przeszła niedawno wylew i jej syn szuka kogoś do opieki nad matką. Marta zostaje w Tauburgu, coraz lepiej poznaje jego mieszkańców, z niektórymi się zaprzyjaźnia, innych traktuje na dystans, dorabia się też kilku zaciętych wrogów. I, co najważniejsze, dostrzega, że sielankowość, która tak ją ujęła na początku pobytu to tylko jedna strona medalu; fasada, za którą kryje się inna, niezbyt przyjemna twarz Tauburga i jego mieszkańców...

"Za plecami anioła" to obraz z życia niemieckiej prowincji, ale mam wrażenie, że historia Marty mogłaby się wydarzyć właściwie wszędzie. Takie małe, hermetycznie zamknięte społeczności nie są jakimś wyjątkiem, a niechęć wobec obcych (w skrajnych wypadkach przechodząca w ksenofobię) to też nic nowego pod słońcem. Myślę (choć oczywiście mogę się mylić), że głównym powodem umieszczenia akcji powieści u naszych zachodnich sąsiadów była możliwość włączenia wątku neonazistów. Tak przy okazji: popularność tej ideologii nieodmiennie mnie zdumiewa - może i minęło już sporo lat od zakończenia wojny, ale mimo wszystko nie wierzę, że pamięć ludzka jest aż tak krótka!

Przyznaję, że początkowo wydawało mi się, że książka to kolejna wersja baśni o Kopciuszku (bo gdzież tam jakiejś przypadkowej Polce do starej niemieckiej arystokracji)  i pięknym księciu na białym koniu (no dobrze, czasy się zmieniły i Nicholas von Tauburg podróżuje na czarnym motocyklu). Na szczęście autorce udało się mnie zaskoczyć i szybko dotarło do mnie, że Marta i Nicholas nie są typowymi bohaterami z romansu. W ogóle książka, chociaż zaliczana do tzw. literatury kobiecej, nie jest romansem, aczkolwiek o uczuciach jest w niej całkiem sporo.

Tym co zasługuje w tej książce na szczególne uznanie jest sposób kreowania bohaterów i to nie tylko tych pierwszoplanowych - właściwie aż do ostatnich kart dowiadujemy się o nich czegoś nowego. A ja lubię jak autor ma szczegółową i spójną wizję tych o których pisze (ich charakter, przeszłość, motywy, które nimi kierują, itd.) i tą wizją dzieli się z nami czytelnikami. I nawet jeśli bohater nie jest za specjalnie sympatyczny to możemy mówić o nawiązaniu z nim bliskich relacji ;)

I na koniec jeszcze jedna rzecz, która ma wpływ na odbiór tej powieści, a mianowicie opisy przyrody. Już słyszę ten jęk (szczególnie u tych, dla których traumą stała się lektura "Nad Niemnem" Orzeszkowej - ze względu na opisy właśnie), ale uspokajam, że te opisy czyta się całkiem przyjemnie. Może czasem są nieco egzaltowane (takie w typie Pollyanny lub Ani z Zielonego Wzgórza), ale zdecydowanie nie zanudzają.

Książka jak znalazł na mroźne i zimne wieczory :)


piątek, 16 stycznia 2015

Daj się wciągnąć tej grze

Nie od dzisiaj wiadomo, że gry komputerowe bywają bardzo wciągające - niektórzy wręcz tracą poczucie rzeczywistości uczestnicząc w szczególnie ekscytującej rozgrywce. Ale chyba nie ma bardziej wciągającej gry niż "Hyperversum". Przekonała się o tym grupa przyjaciół, których wspólna rozgrywka dosłownie przeniosła w czasie i przestrzeni...

Cecilia Randall jest włoską pisarką, specjalizującą się w powieściach dla młodzieży. Jej debiut to właśnie "Hyperversum", które ujrzało światło dzienne w 2006 roku (polska premiera 2011). Pisarka ma na swoim koncie jeszcze dwie powieści będące kontynuacją jej debiutu (jedna z nich "Hyperversum. Sokół i lew" ukazała się w Polsce w ubiegłym roku), a najnowsza jej książka przenosi czytelnika do Florencji czasów Wawrzyńca Medyceusza.

Ian, Daniel, Jodie, Martin, Carl i Donna rozpoczynając rozgrywkę nie mieli pojęcia, że gra przerzuci ich ze współczesnego Phoenix w stanie Arizona do trzynastowiecznej Francji (trafiają w okolice miasta Arras). 
Jest wiosna roku pańskiego 1214 - tereny gdzie trafili młodzi Amerykanie leżą na pograniczu francusko-angielskim, które znajduje się w przededniu wojny pomiędzy Filipem Augustem a Janem Bez Ziemi. Młodzi ludzie zostają rozdzieleni - Ian, Daniel, Jodie i Martin trafiają po licznych perturbacjach pod opiekę możnego feudała Jeana de Ponthieu, natomiast po pozostałej dwójce nie ma śladu. Przyjaciele mają jednak szczęście w nieszczęściu - Ian jest historykiem specjalizującym się w dziejach średniowiecznej Francji, a praca doktorska, którą właśnie przygotowywał dotyczy rodów de Ponthieu i de Montmayeur. Siłą rzeczy ma duże wiadomości na temat tradycji  i obyczajów czasów do których trafili, zna łacinę, a ponieważ trenował szermierkę potrafi posługiwać się mieczem. Jego wiadomości, umiejętności oraz siła woli niejednokrotnie ratują życie całej czwórki. Przyjaciele, pomimo, że udaje im się w miarę oswoić w nowych warunkach martwią się losem zaginionej dwójki a także tym jak (i czy w ogóle kiedykolwiek) uda im się wrócić do swoich czasów.

Książka Cecilii Randall reklamowana była jako powieść fantasty i między innymi z tego powodu trafiła na moją półkę. Przeleżała tam stosowny okres czasu, aż wreszcie doczekała się na swoją kolej. I tu spotkała mnie pierwsza niespodzianka - jedyny element fantastyczny to przeniesienie w czasie... Tak więc wielbicieli fantastyki, którzy byliby zainteresowani jej lekturą uczciwie ostrzegam - to nie jest w żadnym wypadku fantasy. 
Już wiadomo czym nie jest ta książka, więc może słów parę na temat tego czym jest w rzeczywistości. Otóż "Hyperversum" to świetna powieść historyczno - przygodowa. Wiele osób występujących w książce to postacie historyczne i ich dzieje w omawianym okresie są odtworzone zgodnie z prawdą. Również w zgodzie z prawdą historyczną przedstawione są wydarzenia z wieńcząca powieść bitwą pod Bouvines na czele. Autorka przedstawia w swojej powieści obyczaje tamtych czasów (np. zwyczaje rycerskie, kulturę dworską, stroje, uzbrojenie, itd.), wygląd zamków, miasteczek i wiosek.
Powieść ma wartką akcję, czytelnik nie powinien się nudzić - osadzenie akcji na pograniczu, konflikty pomiędzy feudałami w które wplątują się bohaterowie, zderzenie dwudziestowiecznej mentalności ze średniowiecznymi realiami, wreszcie wątek romansowy sprawią, że kilkanaście godzin, które trzeba poświęcić na lekturę (prawie 750 stron) minie jak z bicza strzelił.

A ja już wiem co sobie zażyczę na urodziny - oczywiście drugi tom "Hyperversum" :)

Książka bierze udział w wyzwaniu "Grunt to okładka"

środa, 14 stycznia 2015

Hej, na Krakowskim Rynku!

Kraków to miejsce magiczne - o tym wie każdy, kto przynajmniej raz się w nim znalazł. Mam to szczęście, że mieszkam stosunkowo niedaleko (40 km) a i połączenie jest nie najgorsze, więc, gdy przyjdzie ochota wsiadam w busa i po godzinie mogę oddychać krakowskim... (hmm, chciałam napisać powietrzem, ale  to by już była przesada) no, tym czymś, czym się w Krakowie oddycha ;)
Jeśli jesteśmy w Krakowie po raz pierwszy to po prostu MUSIMY przespacerować się na Rynek, który jest sercem miasta. A jeśli w wyprawie towarzyszą nam dzieci to koniecznie powinniśmy się zaopatrzyć w książeczkę "Krakowski rynek dla chłopców i dziewczynek", której autorem jest Michał Rusinek.

Krakowianie, a sądzę, że nie tylko oni, kojarzą pana Michała jako wieloletniego sekretarza Wisławy Szymborskiej, który po śmierci poetki stanął na czele fundacji jej imienia. Ale to tylko część prawdy o nim - Michał Rusinek to człowiek niezwykle zajęty - wykłada na Uniwersytecie Jagiellońskim, jest tłumaczem, pisze książki dla dorosłych oraz dla dzieci. 

"Krakowski rynek" to zbiorek wierszyków i fraszek dotyczących najważniejszego krakowskiego placu i tego co na nim możemy znaleźć. A więc będą tu Sukiennice, Wieża Ratuszowa, Kościół św. Wojciecha i licznie zgromadzone na rynku kawiarnie. Autor poprowadzi nas pod pomnik Adama Mickiewicza i na ławeczkę Piotra Skrzyneckiego, zachęci do zrobienia zakupów u kwiaciarek, przejażdżki dorożką i karmienia gołębi. Na rynku wysłuchamy na żywo hejnału, który znamy z radia, zjemy pysznego obwarzanka, spotkamy licznych malarzy, a także (o ile trafimy tam w oktawę Bożego Ciała)  Lajkonika, który uderzy nas swoją buławą, co ponoć przynosi szczęście. A wszystko to podane w żartobliwej formie i piękną literacką polszczyzną.

Parę słów należy się również warstwie wizualnej książeczki, której autorką jest Iwona Cicha. Ilustracje są ciekawe, trochę jakby dziecinne, pięknie komponują się z tekstem i przyciągają wzrok żywymi kolorami. I nawet pomimo prostej, oszczędnej formy bez problemu rozpoznać można charakterystyczne krakowskie przyrynkowe budynki.

Książeczka przeznaczona jest moim zdanie dla dzieci w wieku 5-8 lat, aczkolwiek Piotrek, pomimo poważnego wieku prawie 10 lat, świetnie się bawił przy jej lekturze. No, ale Piotrek krakowski rynek zna niemal jak własne podwórko :) 

Książka bierze udział w wyzwaniu "Grunt to okładka"

Za książkę dziękujemy Wydawnictwu Literatura


niedziela, 11 stycznia 2015

Genialna hochsztaplerka

Jesienią 1845 roku pojawiła się w Paryżu pewna kobieta. Głosiła, że nazywa się Makryna Mieczysławska i była przeoryszą  zlikwidowanego przez władze rosyjskie klasztoru bazylianek w Mińsku. Matka Makryna twierdziła, że za odmowę przyjęcia prawosławia tak ona, jak i pozostałe siostry były przez wiele lat więzione, zmuszane do ciężkiej pracy i torturowane, tak, że większość z nich zmarła w niewoli lub została na stałe okaleczona. Makrynie udało się w końcu uciec z niewoli i dotrzeć do Poznania. Stamtąd już bez większych problemów dotarła do stolicy Francji, gdzie stała się ulubienicą polskiej emigracji, a jej opowieści o mękach przeżytych w obronie wiary poruszyły nie tylko jej rodaków, ale również francuską opinię publiczną. Wkrótce Makryna udała się do Rzymu, gdzie spotkał się z nią papież Grzegorz XVI. Mieczysławska została już w Wiecznym Mieście, stanęła na czele nowo utworzonego zakonu i do końca swych dni (zmarła w 1869 roku) cieszyła się dużą popularnością.
Jeszcze za życia Makryny trafiali się wątpiący w jej historię, tym bardziej, że władze carskie kilkakrotnie starały się przekonać, że jest zwykłą oszustką, a jej opowieści są wyssane z palca. Jednak dopiero kilkadziesiąt lat później, w roku 1923, ks. Jan Urban, w oparciu o liczne źródła historyczne zdemaskował Makrynę Mieczysławską jako oszustkę.

Jacek Dehnel to jeden z popularniejszych współczesnych polskich autorów. W jego dorobku znajdziemy powieści, opowiadania, felietony i utwory poetyckie, a także przekłady (m.in. "Wielkiego Gatsby'ego" F.S. Fitzgeralda). Jego utwory są tłumaczone na wiele języków, a sam autor jest laureatem licznych nagród i wyróżnień przyznawanych za twórczość literacką.
Niestety, moja znajomość twórczości Jacka Dehnela nie jest zbyt imponująca - jak dotąd przeczytałam jedynie "Lalę". Książką byłam zachwycona, więc kiedy nadarzyła się okazja poznać najnowszą powieść, czyli "Matkę Makrynę" nie wahałam się ani chwili.

Narracja prowadzona jest dwutorowo: opowieść Makryny, którą wzruszała Polaków na emigracji przeplata się z "prawdziwą" historią Ireny Wińczowej, kobiety, która podawała się za prześladowaną bazyliankę. 
Od razu powiem, że o Makrynie Mieczysławskiej i jej opowieści słyszałam już wcześniej (w końcu studiowałam historię), chociaż dokładnych szczegółów martyrologii mińskich bazylianek nie znałam. Tak więc ta część książki, chociaż czytana z zainteresowaniem, nie wniosła wiele nowego do mojej wiedzy na temat Makryny (no może poza opisem tortur stosowanych wobec mniszek). O wiele bardziej zainteresowana byłam jej drugim obliczem czyli Wińczową.
Że Irena jest oszustką dowiadujemy się od niej samej niemal na początku powieści. Oto wdowa po rosyjskim oficerze, alkoholiku i brutalu, najprawdopodobniej żydówka, zostaje bez środków do życia. Przypadkiem poznaje siostrę bazyliankę, która po likwidacji swego rodzimego klasztoru zatrzymuje się u wileńskich bernardynek i od niej słyszy co nieco na temat losu członkiń jej zgromadzenia. Kiedy musi opuścić Wilno i wręcz żebrać aby przeżyć, zaczyna się podawać za mniszkę, która cudem uciekła z rosyjskiej kaźni. Jej opowieści wzruszają słuchaczy, otwierają nie tylko serca ale i mieszki, tyle, że prawda szybko wychodzi na jaw. Rzekoma Makryna musi opuścić rodzinne strony, bo im dalej od Wilna i Mińska, tym mniejsza możliwość, że oszustwo wyjdzie na jaw. I tak trafia na paryskie salony...

W powieści Dehnela spotkamy wiele osób znanych z kart naszej historii: począwszy od twórców kultury - Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Norwida, poprzez księcia Adama Jerzego Czartoryskiego i jego otoczenie związane z Hotelem Lambert, na księdzu Aleksandrze Jełowieckim i innych duchownych kończąc. Wszyscy oni dali się omotać sprytnej oszustce, co może świadczyć o jej charyzmie i pewnej inteligencji - w jej historię uwierzyli ludzie wykształceni, kulturalni i inteligentni. Owszem, Makryna trafiła ze swoją historią na niezwykle podatny grunt - kilka lat wcześniej upadło powstanie listopadowe, w kraju szerzą się represje, a emigranci starają się przekonać świat o rosyjskim okrucieństwie wobec Polaków, jednak to nie do końca tłumaczy fenomen fałszywej zakonnicy.

Dehnel świetnie kreuje swoją bohaterkę - możemy obserwować jakiej metamorfozie podlega Irena/Makryna od rozpaczy i desperacji, poprzez bezczelne kłamstwo i fałszywą pobożność aż do genialnej mistyfikacji, w którą chyba w końcu sama uwierzyła. Można mieć o niej różne zdanie, można jej współczuć, można się na nią oburzać, ale jednego nie można jej odmówić - niesamowitego wręcz opanowania i żelaznej konsekwencji w budowaniu własnego wizerunku.

Na koniec należy jeszcze wspomnieć o języku powieści. Ponieważ narratorką jest sama Makryna, siłą rzeczy wysławia się w polszczyźnie rodem z XIX wieku a jej wypowiedzi pełne są określeń pochodzących z gwary litewskiej. (Od razu uspokoję, że do tekstu dodany jest słowniczek, więc bez problemu można zrozumieć o co chodzi). 

Jacek Dehnel po raz kolejny udowadnia, że jest mistrzem słowa. A ja po raz kolejny przeczytałam genialną powieść, która wyszła spod jego ręki.
Zdecydowanie polecam. 

piątek, 2 stycznia 2015

Leśna agencja detektywistyczna

Moje dziecko od dłuższego czasu ma jasno sprecyzowane plany na przyszłość. Otóż Piotrek postanowił zostać leśniczym. Ma na to oczywiście wpływ fakt, że tato pracuje w Zakładzie Usług Leśnych, a dziadkowie mieszkają niemal w lesie - od najmłodszych lat Piotrek do owego lasu uczęszczał, zbierał z babcią poziomki i maliny, uwielbia chodzić na grzyby (ze wstydem przyznaję, że jest o niebo lepszym zbieraczem niż ja), a z większością okolicznych leśniczych jest sprzyjaźniony bardzo. Co za tym idzie interesuje się przyrodą i większość jego księgozbioru stanowią książki o tej właśnie tematyce. O ile nie ma większego problemu ze zdobyciem ciekawie zrobionych albumów czy książek popularnonaukowych (oczywiście na poziomie dziesięciolatka) o tyle z beletrystyką jest już gorzej. Na szczęście jakiś czas temu trafiliśmy na dwie książki autorstwa Pawła Wakuły - "O czym szumi las" i "Na tropie sześcioptaka", których akcja toczy się w leśnictwie Klechdy, zamieszkałym przez rozmaite zwierzęta oraz kilka baśniowych stworów. Lektura tych książek bardzo przypadła nam do gustu, a kiedy dowiedzieliśmy się, że istnieje jeszcze jedna (chronologicznie pierwsza) część leśnej serii zapragnęliśmy ją mieć. Niestety, rzecz była nie do zdobycia... Na szczęście Wydawnictwo Literatura zdecydowało się na drugie wydanie i tak oto pod choinką Piotrek znalazł tomik pt. "Co w trawie piszczy".

Głównymi bohaterami książeczki jest para przyjaciół - skrzat Maurycy i szczurek Ogryzek, którzy mieszkają w domku na Malinowej Polanie. Poznajemy ich pewnej szczególnej czerwcowej nocy - wszyscy mieszkańcy lasu wpatrują się w niebo i czekają na spadające gwiazdy, aby wypowiedzieć swoje Wielkie Doroczne Życzenie. Ogryzek jest niepoprawnym żarłokiem, więc marzy o wielkiej górze frytek polanych keczupem. Natomiast Maurycy chciałby nowe buty albo maszynę do robienia błyskawic, ale kiedy zauważa spadającą gwiazdę prosi, aby nadchodzące lato było inne niż zwykle.
Życzenie Maurycego spełnia się niemal błyskawicznie - na łące ląduje kosmita, któremu skończyło się paliwo w rakiecie... Skrzat i szczurek podejmują się znalezienia tajemniczej brombuli, dzięki której Ufoludek będzie mógł wrócić do domu, a kiedy udaje im się rozwiązać to zadanie wpadają na pomysł założenia agencji detektywistycznej specjalizującej się w sprawach trudnych i niezwykłych. Szybko się okazuje, że tego typu placówka jest w lesie bardzo potrzebna, a domorośli detektywi mają pełne ręce roboty.

W książce spotkaliśmy większość postaci, które znaliśmy ze wspomnianych wyżej książek, a więc borsuka Teofila, niedźwiedzia brutalnego Leona, zająca Karola czy lisa Ambrożego. Ale to nie wszyscy mieszkańcy Doliny Bagiennej Trawy. Paweł Wakuła zapełnił swój las postaciami z polskiego folkloru - znajdziemy tu utopce, dziwożony, rusałki, latawice, wilkołaki a nawet boboka (tak przy okazji - wreszcie wiem o co chodziło, kiedy wiele lat temu dorośli straszyli małą Anię, że przyjdzie bobo i ją porwie...).
Lektura tej książki to świetna zabawa - postaci, nawet te "straszne" okazują się być sympatyczne i dają się lubić. Główni bohaterowie skonstruowani są na zasadzie kontrastu - poukładany, konkretny Maurycy i niezdyscyplinowany Ogryzek wzajemnie się uzupełniają, a co najważniejsze są dla siebie prawdziwymi przyjaciółmi i zawsze mogą na siebie liczyć. 

Dodam jeszcze, że książka "Co w trawie piszczy" została wyróżniona w Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren, który promuje utwory o wysokim poziomie artystycznym, ale również etycznym, które można z pełnym przekonaniem polecać do czytania dzieciom i młodzieży.

I my również polecamy :)

PS.  My czytaliśmy tę książkę na końcu - nie robi to zbyt wielkiej różnicy w odbiorze. Ale jeśli będziecie mieli możliwość, to radzę przeczytać w kolejności chronologicznej, bo wtedy pewne wątki będą lepiej zrozumiałe :)

Książka bierze udział w wyzwaniu "Grunt to okładka"

czwartek, 13 marca 2014

Gejsze, samurajowie i... szczury korporacyjne

Są w życiu chwile, kiedy wszystko przestaje być ważne - praca, hobby, jakieś problemy dnia codziennego, nawet blog... Dla mnie takim przełomowym dniem był 28 luty, kiedy dowiedziałam się, że odszedł mój Tato. Przez ostatnie kilkanaście dni nie miałam siły ani chęci na pisanie, starałam się  przeorganizować swój świat i jakoś wszystko ogarnąć. Powoli będę wracać, nadrabiać zaległości, wywiązywać się z podjętych zobowiązań chociaż lekko nie jest...

Po raz kolejny dzięki serii "Poznaj świat" wydawnictwa Bernardinum miałam możliwość odbyć niezwykle inspirującą podróż na antypody - tym razem do Japonii. Moją przewodniczką po Kraju Kwitnącej Wiśni była Anna Świątek, absolwentka japonistyki oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, która przez rok mieszkała w Japonii i pracowała tam jako tłumaczka przy drużynie soft tenisa. Jako, że praca związana była z podróżami po kraju udało się autorce objechać niemal całą Japonię, zobaczyć jej wszystkie największe atrakcje turystyczne, jak również zapoznać się z życiem codziennym jej mieszkańców.

Polakom Japonia kojarzy się chyba przede wszystkim z ogromnym postępem technologicznym, zaawansowaną elektroniką, Hiroszimą, sushi, sake i herbatą. No może jeszcze z samurajami i gejszami, chociaż nasze wyobrażenie na temat tych dwóch profesji często ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.
Anna Świątek w swojej książce rozprawia się z niektórymi mitami dotyczącymi  Japonii i Japończyków oraz ich stosunku do ludzi Zachodu. Co pierwsze rzuca się w oczy przy lekturze to zupełnie inne niż u nas podejście do życia, pracy i kariery, które są osią życia przeciętnego Japończyka. Pracownik ma obowiązek być w pracy na długo przed jej rozpoczęciem, a nie powinien wychodzić wcześniej niż szef. Z kolei szef (chcąc dać dobry przykład podwładnym) nie opuszcza biura do późnych godzin, więc dwunastogodzinny dzień prac nie jest czymś nadzwyczajnym. Dla Japończyka najważniejsza jest firma i jej rozwój, a współpracownicy zastępują rodzinę. Oczywiście przeciętny pan Suzuki ma jakąś żonę i dzieci, jednak kontakty z nimi ograniczają się w ciągu tygodnia do paru słów na powitanie i pożegnanie, i kilku wspólnie spędzonych godzin w czasie weekendu.
Kolejna sprawa to niechęć do ludzi z zewnątrz - oczywiście dobrze wychowany Japończyk nigdy w życiu nie powie wprost, że uważa się za kogoś lepszego niż przybysz z zagranicy. Jednak traktowanie obcych jakby byli niezbyt rozgarniętymi dziećmi, które nie potrafią zachować się w świecie dorosłych mówi samo za siebie. Tak przy okazji - przysłowiowa już grzeczność i uważność Japończyków na innych ludzi jest też dosyć kontrowersyjna, bowiem wynika z silnie zakorzenionych i rygorystycznych zasad, aby,broń Boże, nikogo nie urazić a nie z  potrzeby serca. Dochodzi już nawet do takich paranoi, że jeśli chłopiec lub dziewczyna chce zerwać ze swoją sympatią to nie robi tego osobiście (bo to bardzo niegrzeczne i przykre dla tej drugiej osoby) a wynajmuje firmę specjalizującą się w tego rodzaju zleceniach.

Na szczęście znajdziemy w tej książce również inne oblicze Japonii - wysublimowaną kuchnię i piękne krajobrazy, ciekawą historię i oryginalną architekturę, ciekawostki technologiczne oraz silną tradycję, które zmieszane ze sobą dają dopiero pełny i prawdziwy smak Japonii.

Zapraszam do lektury tej książki, podziwiania fotografii i smakowania egzotyki Kraju Wschodzącego Słońca. Może kiedyś, zawarte w niej informacje pozwolą nam uniknąć niejednej gafy, która nieodwołalnie zamknie nam drzwi papierowego japońskiego domku?


Za możliwość przeczytania książki dziękuję

sobota, 25 stycznia 2014

Nie wyrzekaj się swoich marzeń

Leonard, dla przyjaciół Leo, ma szesnaście lat, chodzi do szkoły, gra na gitarze, jest kapitanem drużyny futbolowej i uwielbia jazdę na swoim skuterze z popsutymi hamulcami. To przeciętny nastolatek zbuntowany wobec świata dorosłych, nie widzący większego sensu w szkolnej rutynie i szukający, trochę podświadomie, swojego miejsca na ziemi. 
Beatrice jest piękną dziewczyną, ma zielone oczy i rude włosy, świetnie się uczy i jest rok starsza od Leo, który kocha ją pierwszą młodzieńczą miłością.
Niestety, zanim Leo odważy się wyznać swoje uczucia Beatrice przestaje chodzić do szkoły. Od swojej przyjaciółki Silvii Leo dowiaduje się, że jego ukochana jest ciężko chora - ma białaczkę.

Alessandro D'Avenia z zawodu jest nauczycielem, zajmował się również publicystyką. W 2010 roku opublikował swoją pierwszą powieść pt. "Biała jak mleko czerwona jak krew", która niemal natychmiast zyskała we Włoszech status bestselleru, została przetłumaczona na kilkanaście języków, wydano ją w 20 krajach, w tym także w Polsce. 

Powieść zyskała sobie szybko opinię współczesnego "Love story" - jest to poniekąd uzasadnione, bo podobnie jak w książce Ericha Segala mamy motyw miłości, która przegrywa ze śmiertelną chorobą. 
Jednak tym co stanowi największy atut tej książki (i co odróżnia ją od wspomnianego wyżej melodramatu wszech czasów) jest ukazanie procesu dojrzewania głównego bohatera, który poznaje samego siebie, zmienia nastawienie do otaczających go ludzi i, pomimo bólu i cierpienia, których nie szczędzi mu życie, stara się walczyć o swoje marzenia.
Leo przechodzi w ciągu jednego roku kilka etapów: od beztroskiego narwańca szalejącego na skuterze, który wierzy, że wystarczy tylko bardzo chcieć i wszystko będzie dobrze, poprzez okres zwątpienia we wszystko i wszystkich, aż do chwili kiedy stara się zaakceptować to co nieuniknione. To inteligentny i wrażliwy chłopak, który tylko ukrywa się pod maską twardziela.

Leo ma szczęście i na swojej drodze spotyka kilka osób, które pomagają mu w tym ciężkim okresie - sama Beatrice, koleżanka z klasy imieniem Silvia, ksiądz zwany przez wszystkich Gandalfem, jego rodzice oraz Naiwniak, młody nauczyciel na zastępstwie, który z jednej strony potrafi zainteresować swoich uczniów nauczanym przedmiotem a równocześnie staje się kimś w rodzaju przewodnika w drodze ku dorosłości. To on uświadamia Leonardowi, że życie bez marzeń i miłości nie ma sensu, a cierpienie jeszcze podnosi ich wartość. 

Serdecznie polecam tę książkę.

wtorek, 7 stycznia 2014

Weronika i jej matki

O tym, że została adoptowana Weronika Tuszyńska wiedziała już dawno, jednak rodzice twierdzili, że jej matka zmarła przy porodzie. Całe swoje trzydziestoletnie życie spędziła w Warszawie, tu skończyła studia prawnicze i rozpoczęła pracę zawodową. Jest singielką i nie ma w planach zakładania rodziny, aczkolwiek od dwóch lat jest luźno związana z Piotrem, kolegą z firmy. 
Perfekcyjnie poukładane i zaplanowane życie Weroniki przestaje istnieć w wieczór Wszystkich Świętych. Z przypadkiem znalezionego listu dowiaduje się, że jej biologiczna matka żyje w niewielkiej podgórskiej miejscowości. Kobieta rusza w podróż do Bieniawy...

"Wszystkie moje matki" to debiutancka powieść Luizy Piotrowicz wydana w 2010 roku nakładem wydawnictwa Replika. Powieść przeczytałam tylko i wyłącznie dzięki DKK, bo biorąc pod uwagę burobrązową, niespecjalnie ładną okładkę w oko ta książka raczej nie wpada.

Wiadomość o matce jest dla Weroniki szokująca jeszcze pod jednym względem - dowiaduje się, że Martyna urodziła ją w szpitalu psychiatrycznym, w którym przebywała z powodu parafrenii. Tak więc z obawami co do osoby matki łączy Weronika strach przed ewentualną chorobą psychiczną zakodowaną gdzieś w genach.
Pierwsze wrażenie nie jest najlepsze - Martyna to stara wiejska kobieta a jej dom jest zaniedbany i brudny. Weronika ma nadzieję poznać prawdę na temat okoliczności swojej adopcji i, być może, dowiedzieć się czegoś więcej na temat samej siebie i swoich korzeni. Nie jest to proste - Martyna nie ułatwia jej zadania, co więcej młoda kobieta ma coraz silniejsze wrażenie, że powoli popada w obłęd.

Pobyt w Bieniawie to dla Weroniki doskonała okazja na podróż w głąb swojej psychiki, na poznanie samej siebie - tej prawdziwej, a nie tylko cienkiej powłoki prezentowanej otoczeniu. Weronika początkowo broni się przed tym procesem, nie chce dokonywać wiwisekcji własnej duszy, jednak w końcu dociera do niej, że bez tej bolesnej, ale niezbędnej operacji nie będzie w stanie normalnie funkcjonować.

"Wszystkie moje matki" to, moim zdaniem, książka zahaczająca o realizm magiczny - przeszłość miesza się z teraźniejszością, Weronika miewa wizje i niezwykle sugestywne sny, a z tego co mówi Martyna wynika, że kobiety z ich rodu są obdarzone pewnymi niezwykłymi umiejętnościami i widzą to co dla innych jest ukryte. Z tego powodu są odrzucane przez środowisko i dominującym uczuciem w ich życiu jest samotność.

Mam dosyć poważne problemy z jednoznaczną oceną tej książki - miejscami świetna, ale zdarzają się fragmenty przegadane, nie wnoszące nic do fabuły. Sama postać Weroniki też nie do końca przekonująca - ale być może ta jej zmienność ma za zadanie uwiarygodnić targające nią emocje? Nie ustrzegła się autorka pewnych powtórzeń, a już z krwawieniami, które nękają główną bohaterkę to poważnie przesadziła... 

Pomimo pewnych wad ma ta książka jednak pewien potencjał, dlatego z pewnym wahaniem, ale jednak polecam (aczkolwiek nienachalnie).