Miałam takie piękne plany, żeby pisać tak chociaż co drugi dzień, tym bardziej, że byłoby o czym. Jednakże życie się na mnie uwzięło i funduje mi rozmaite przypadłości (najczęściej chorobowo-rodzinne), a jak już wydawało się, że wszystkie możliwości pechowe zostały wyczerpane to przywaliło z drugiej strony. Znaczy się z zawodowej. Bo oto zawisło nade mną (i nad całym naszym gimnazjum) złowrogie widmo ewaluacji zewnętrznej. Kto nauczyciel, ten wie o co mi chodzi, kto nie wie, niech się cieszy, że nie musi tego paskudztwa przechodzić. Produkuję aktualnie jakieś papierzyska nikomu na nic nie potrzebne, zastanawiam się co może być w ankietach, które będzie trzeba wypełniać i noszę się z zamiarem ofiarowania gustownej świecy św. Judzie Tadeuszowi (któren jest, jak wiadomo, patronem od spraw beznadziejnych), żeby mnie nie wylosowano do hospitacji...
A tu się tyle dzieje w naszym blogowym zakątku. Chociażby dyskusje nad naszą blogerską przyszłością i nad jej ewentualnym rozwojem. Wyłapałam trzy wpisy - Szyszki, Oisaja i Elenoir, ale pewnie jest tego więcej. Na razie nie mam głowy do zmian (i prawdę mówiąc nie bardzo widzę potrzeby takowych), ale jak się w pracy gorący okres przewali, a mój młodszy siostrzeniec będzie miał chwilę czasu, to może coś z wyglądem pokombinujemy? Chociaż mnie się te niebieskości bardzo podobają.
No dobra, ponarzekałam, a teraz się pochwalę - kupiłam sobie na urodziny kilka powieści, przede wszystkim "Do trzech razy Natalie" Olgi Rudnickiej i odrabiam się z "recenzyjnymi" książkami, żeby zobaczyć co wymyśliły Sucharskie. Bardzo jestem ciekawa :)
Czytałam ostatnio do posiłków (wiem, że to nieelegancko, ale nie umiem się odzwyczaić) "Wnuczkę do orzechów" - najnowszy tom "Jeżycjady" Małgorzaty Musierowicz. Książka ma różne opinie, chociaż wydaje mi się, ze przeważają te w tonie negatywnym. Mnie się raczej podobała, chociaż mało w niej mojej ulubionej Gabrysi. Momentami wesoła, chwilami nostalgiczna historia Dorotki Rumianek i jej znajomości z dwoma przedstawicielami najmłodszego pokolenia Borejków (właściwie to już nie Borejkowie, tylko Stryba i Pałys) toczy się leniwie jak gorące wakacyjne dni, przerywana od czasu do czasu burzą z piorunami (nic dziwnego, skoro stałym elementem krajobrazu jest Ida z Borejków Pałysowa). Jedno mnie jednak w tej książce drażniło, a mianowicie Ignacy Grzegorz. Już w poprzednich tomach był postacią wzbudzającą we mnie mieszane uczucia, ale tam był jeszcze dzieckiem, a młodocianemu wiele można wybaczyć. Jednak teraz IG jest dorosłym facetem, studentem historii sztuki a zachowuje się jak ostatnia rozmemłana łajza... Małe Rojki są dojrzalsze od niego.Jakim cudem Gabrysia,rozsądna i rzeczowa, wychowała takiego niezgułę? Czekam na sugestie;)
Byłam w tym tygodniu dwa razy w kinie - raz z dzieckiem własnym na "Osiedlu bogów", kolejnej (tym razem animowanej) odsłonie przygód Asterixa i Obelixa, a raz z dzieckami cudzymi na "Disco Polo".
Film pierwszy serdecznie polecam - tak dzieciakom, jak i ich rodzicom. Galowie w formie, Rzymianie też, Julek Cezar momentami demoniczny (ach, Piotr Fronczewski to ma cudny głos...) - ogólnie fajne i bawiliśmy się świetnie.
Co do filmu drugiego - to przyznaję, że też się całkiem nieźle bawiłam. Początki disco polo świetnie pamiętam, bo w latach 90-tych była już osobą całkiem dorosłą, więc trochę liczyłam na taką podróż w przeszłość. No, wspominek może wiele nie było, ale i tak sporo symboli tamtych lat wyłapałam.
Już po obejrzeniu filmu poszperałam w necie na okoliczność recenzji i szczęka opadła mi z wrażenia. Ja odebrałam film jako pastisz, satyrę na polską wizję "amerykańskiego snu", zabawę konwencją i możliwość pokazania fenomenu muzyki, która pomimo spychania jej gdzieś zupełnie na bok i wręcz udawania, że wcale nie istnieje, ma się całkiem dobrze i cały czas się rozwija (w sensie, że wciąż powstają nowe zespoły). Tymczasem niektórzy recenzenci doszukują się w tym filmie jakiejś misji i filozofii,mało nie porównują z "Idą" czy "Bogami" - no w tym drugim przypadku można ewentualnie porównywać kreacje aktorskie Tomasza Kota czy Piotra Głowackiego. W jednym z artykułów (bodajże z "Wyborczej") autor pastwi się nad tekstami piosenek i odsyła ich twórców na konsultacje do polonisty ze szkoły oraz bije na alarm, że dzieci powinno się chronić przed tego typu muzyką. Chyba szanowny pan dziennikarz nie ma dzieci, bo jakby miał to by wiedział, że one raczej disco polo nie słuchają, tylko hip-hop i rap. A tak przy okazji - już chyba wolałabym, żeby Piotrek wracając ze szkoły wył "Ja uwielbiam ją" niż "Hera, koka, hasz", bo tej zaangażowanej pieśni nauczył się ostatnio od kolegów i z dumą ją zaprezentował w domu. Rozmowa była długa i poważna...





