poniedziałek, 16 lipca 2012

Wakacyjne podróże: Podlasie z Kalinowskimi z Kalinówki

Obserwując naszą rodzimą literaturę doszłam już jakiś czas temu do wniosku, że podobnie jak w innych dziedzinach życia również tutaj co jakiś czas pojawiają się nowe trendy i jeżeli czytelnicy zachwycą się jakimś tematem to szybko pojawiają się kolejne pozycje ów motyw wykorzystujące. Tak było z porzucaniem życia i kariery w wielkim mieście i szukania swojego miejsca na ziemi na zapadłej wsi (im bardziej dziko tym lepiej), tak było z zakładaniem pensjonatu (najlepiej nad jakimś akwenem wodnym) a aktualnie coraz bardziej widoczna jest moda na literaturę dworkową, tzn. kilkutomową sagę rodzinną, obejmującą okres kilkudziesięciu lat (najlepiej, żeby gdzieś od powstania styczniowego) i z dworem szlacheckim w tle.
Taką właśnie dworkową sagę stworzył Marian Piotr Rawinis, dziennikarz i pisarz pochodzący z Białostocczyzny, przez wiele lat związany z Częstochową a aktualnie osiadły na Suwalszczyźnie. Swoją karierę literacką rozpoczął w latach 80-tych, początkowo tworzył kryminały, natomiast w latach 2001 – 2003 powstało jego najbardziej znane dzieło pt. „Saga rodu z Lipowej”, historyczno – obyczajowa opowieść z przełomu XIV i XV wieku.
Kolejny cykl pt. „Dworek pod malwami” światło dzienne ujrzał w 2011 roku, kolejne tomiki ukazywały się co tydzień, początkowo miało ich być 52, ale ostatecznie powstało 60. Książka, którą mam przed sobą zawiera pierwsze cztery tomy z serii.
Tytułowy dworek to położony nieopodal Białegostoku majątek Kalinówka. Jego właścicielem jest Michał Kalinowski, wdowiec w średnim wieku, ojciec dwóch dorastających synów Ignacego i Stanisława, jednak prawdziwą władzę sprawuje jego matka, pani Katarzyna Kalinowska, która podejmuje najważniejsze decyzje we wszystkich sprawach, łącznie z życiem prywatnym syna. I właśnie postanowiła, że Michał powinien się po raz drugi ożenić. Co więcej znalazła już kandydatkę na nową panią Kalinowską – jest nią panna Justyna Nowacka, jedyna córka właściciela sąsiedniego majątku, co prawda już z piętnem „starej panny” i niezbyt ładna, ale te wady równoważy bogaty posag oraz fakt, że po śmierci swojego ojca odziedziczy Topolany, jeden z bogatszych majątków w okolicy. Starsza pani musi tylko wpłynąć na syna aby oświadczył się pannie Justynie.
Marian Rawinis stworzył barwną, wielowątkową opowieść z przeszłości. Oprócz właścicieli Kalinówki i ich sąsiadów czytelnik pozna mieszkańców okolicznych wsi, szczególnie rodzinę Józefa Lulewicza, którego najstarsza córka Franciszka stanie się przyczyną konfliktu pomiędzy panią Katarzyną i jej synem, będzie miał możliwość zajrzeć do żydowskich sklepików w pobliskim Zabłudowie, zobaczyć jak wyglądało życie drobnej inteligencji oraz obserwować działanie rosyjskiej policji, której funkcjonariusze przez cały czas szukają dowodów na antypaństwową działalność Polaków.
Co ważne, wiele z opisywanych osób to rzeczywiste postacie, autor tworzył swoją opowieść opierając się na faktach z życia dziadka ze strony matki, prawdziwe są też prawie wszystkie nazwy geograficzne - jedynie Kalinówki próżno szukać na mapie, wszystkie inne miejscowości leżą w obrębie gminy Zabłudów koło Białegostoku. Ma to niewątpliwy wpływ na wiarygodność historii, widać, że Rawinis zanim zaczął pisać swoją sagę dokładnie sprawdził materiały źródłowe. Oczywiście „Dworek pod malwami” to nie praca historyczna ale chwali się autorowi dbałość o realia przedstawianego świata.
Powieść napisana jest współczesnym językiem, co początkowo trochę mnie dziwiło, jednak później doszłam do wniosku, że może to i lepiej, bo nie trzeba szukać po słownikach znaczenia jakichś archaizmów. Z tego też pewnie powodu i powieściowi chłopi nie mówią gwarą a literacką polszczyzną, co zdecydowanie ułatwia odbiór tekstu i sprawia, że książkę czyta się niemal jednym tchem.
Przyznam, że początek w którym autor przedstawiał swoich bohaterów oraz powiązania między nimi trochę mi się dłużył, jednak później poszło już jak z płatka, co więcej akcja została przerwana w bardzo ciekawym momencie i już nie mogę się doczekać kiedy poznam dalsze losy Kalinowskich z Kalinówki.
Na szczęście drugi tom sagi będzie dostępny w księgarniach już we wrześniu…
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości serwisu Na Kanapie

wtorek, 10 lipca 2012

Zamiast recenzji...

Kochani,
miała być recenzja książki dla dzieci, ale będzie dopiero jutro. A to z powodu takiego, że odwiedził mnie pan stolarz i zamontował takie cosik:



Robi wrażenie, prawda?
Tak, że zamiast przelewać na ekran zachwyty nad przeczytaną książką zajmuję się kombinowaniem jak moje skarby na tej ślicznej półce umieścić:)

poniedziałek, 9 lipca 2012

Wakacyjne podróże: Dookoła świata z Martą i Bartkiem

Od czasu, gdy na początku XVI wieku Ferdynand Magellan odbył podróż dookoła świata i udowodnił, że Ziemia to taka większa piłka coraz to nowi śmiałkowie idą w jego ślady. Samotnie i w zorganizowanych grupach, przeróżnymi środkami lokomocji, nie licząc się z gotówką i oszczędzając każdego centa, utartymi szlakami i po bezdrożach podróżują w stronę zachodzącego lub wschodzącego słońca. Jeszcze więcej jest tych, którzy o takiej podróży tylko marzą, nie mając odwagi zrobić tego pierwszego kroku.

Bo jak udowadniają w swojej książce "Byle dalej: W 888 dni dookoła świata" Marta Owczarek i Bartek Skowroński najtrudniej było się zdecydować - zrezygnować z pracy, pożegnać z rodziną i przyjaciółmi i ruszyć na spotkanie z przygodą. 
Swoją podróż, planowaną początkowo tylko na kilka miesięcy, rozpoczęli w Mongolii od obserwacji  wraz z grupą przyjaciół zaćmienia Słońca. Potem już we dwójkę ruszyli na podbój Azji, Australii i Ameryki Południowej. 
Marta  i Bartek starali się omijać najbardziej zaludnione atrakcje  turystyczne, szukali jak najmniej skomercjalizowanych szlaków i ludzi nie skażonych cywilizacją. Mogłoby się wydawać, że świadomie wystawiali się na niebezpieczeństwo czyhające na turystów w dziczy, jednak prawda okazała się całkiem inna. Im dalej od zorganizowanych i ucywilizowanych miejsc tym było bezpieczniej a ludzie pomagali im bezinteresownie. Natomiast kradzież paszportu i próbę oszustwa "zaliczyli" w cywilizowanych miejscach.
Podróżując po świecie dostosowywali środki lokomocji do panujących warunków, jednak najlepszym pojazdem okazały się motocykle, na których przemierzyli Amerykę Południową.

Książka Marty Owczarek i Bartka Skowrońskiego nie jest w żadnym wypadku przewodnikiem czy poradnikiem dla innych zapaleńców, którzy chcieliby przeżyć przygodę życia. To raczej garść wspomnień, migawek z podróży, najciekawszych momentów utrwalonych w pamięci i na fotografiach. A fotografie stanowią wspaniałe dopełnienie opowiadanej historii - cudowne, zapierające dech w piersi krajobrazy, niezwykle intensywne, kolorowe obrazy natury i przede wszystkim ludzie, których autorzy spotkali na swojej drodze. 

Marta  i Bartek przebywali w drodze przez dwa i pół roku, nie raz zatęsknili za domem, ale w czasach powszechnej globalizacji nie ma większego problemu z kontaktem z bliskimi - można się przecież umówić w jakimś konkretnym miejscu i pobyć ze sobą kilka dni, są telefony komórkowe, mało już jest miejsc gdzie nie dotarł Internet, a co za tym idzie można się kontaktować przez skype'a. A po drodze poznaje się innych podróżników oraz krajanów, którzy z różnych powodów wylądowali na antypodach.

Oczywiście taka podróż do najtańszych nie należy, ale nie jest czymś nieosiągalnym. Wystarczy trochę chęci, wiary w siebie, starannego zaplanowania trasy i wydatków i można ruszać w drogę. Może nie od razu na 888 dni, ale i w 80 dni można świat okrążyć, co udowodnił niejaki Fileas Fogg;)

niedziela, 8 lipca 2012

Wakacyjne podróże: Londyn z KMS

Kilka dni temu pisałam, że w  czasie tegorocznych wakacji podróże mi raczej nie grożą, chyba, że literackie. I o jednej z takich książkowych podróży chcę  dzisiaj parę słów napisać.

Na początek muszę chyba rozszyfrować skrót, który pojawił sie w tytule tego posta. Otóż KMS to "Klub Matek Swatek", organizacja pożytku publicznego działająca w królewskim mieście Krakowie, zajmująca się jak sama nazwa mówi kojarzeniem małżeństw. O KMS pisałam już w ubiegłym roku TUTAJ. Od tamtego czasu panie tworzące Klub rozwinęły swoją działalność daleko poza rodzinne miasto odnosząc wiele sukcesów.

Tym razem jednak los postawił przed nimi nowe, arcytrudne zadanie - do KMS zgłosiła się zdesperowana matka z żądaniem aby doprowadzić do sfinalizowania związku jej córki Alicji z Igorem, synem jej przyjaciółki. Zlecenie jak zlecenie, gorzej, że Alicja i Igor mieszkają w Londynie... Początkowe opory klubowiczek zostały przełamane za pomocą sowitej premii i panie udały się na podbój Zjednoczonego Królestwa. I od początku wszystko zaczęło iść nie tak.
Alicja i Igor byli przez dłuższy czas parą, ale kilka miesięcy temu się rozstali i połączenie ich z powrotem jest mało realne, tym bardziej, że na horyzoncie pojawia się prawdziwy, no może nie królewicz, ale arystokrata - Archibald Nelson, którym Alicja wyraźnie się interesuje. A i członkinie KMS wplątują się w poważne kłopoty - Beata i Danuta stają na drodze chińskiej mafii, Jadwiga musi się uporać z pewnym problemem z przeszłości, a Krystyna poznaje bardzo interesującego dżentelmena. A jeżeli jeszcze dodać do tego, że nie każdy jest tym za kogo się podaje, to sensacyjna historia gwarantowana.

I tak faktycznie jest - sensacyjna intryga, agenci przeróżnych wywiadów, tajne dokumenty, porwania i ucieczki, szpiegowskie gadżety oraz rozkwitające uczucia sprawiają, że książka jest idealna lekturą na lato. Ewa Stec nie napisała klasycznej powieści sensacyjno - kryminalnej, to raczej zabawna historyjka z  wątkiem sensacyjnym. Są co prawda jakieś zwłoki, ale to tak bardziej w tle, natomiast najważniejsze są perypetie klubowiczek - pań w okolicy 50-tki, które są energiczne, przebojowe i nawet z największej opresji potrafią wyratować siebie i swoich znajomych.

Jeżeli ktoś czytał pierwszą część przygód KMS to z pewnością sięgnie po tę książkę. Ale i ci, którzy jej nie czytali mogą spokojnie sięgać po "Operację Londyn", bo jest to całkiem odrębna historia.

sobota, 7 lipca 2012

TOP10 - te książki czytali już chyba wszyscy... tylko ja jeszcze nie;(




Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu ma blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu.

Dziś przyszła pora na... Najważniejsze nieprzeczytane książki!


Książki, które już wszyscy czytali oprócz mnie... Całkiem sporo ich jest, ale te najważniejsze to:


"Zbrodnia i kara"


"Cień wiatru"


"Smażone zielone pomidory"


"Egipcjanin Sinuhe"


"Bez mojej zgody"


"Folwark zwierzęcy"


"Ojciec chrzestny"


"Lot nad kukułczym gniazdem"


"Zmierzch"


"Zielona mila"


piątek, 6 lipca 2012

O spotkaniu biblionetkowym i błyskawicznie działającym Weltbildzie

Pierwsza lipcowa niedziela była tak upalna, że według słów mojego szanownego małżonka "Trzeba być nienormalnym żeby się gdzieś z domu wybierać...". Cóż, wychodzi na to, że cała rodzina ma bzika, bo ten dzień wybraliśmy sobie na podróż do Krakowa - w celu ukulturalnienia dziecięcia własnego (Smocza Jama, Dzwon Zygmunta, rejs statkiem po Wiśle) oraz, a właściwie przede wszystkim, po to żeby się spotkać z innymi wariatami noszącymi szacowne miano krakowskich biblionetkowiczów.

Jako, że cały czas szukamy w Krakowie "naszego" biblionetkowego miejsca więc testujemy kolejne lokale - tym razem padło na doskonale wszystkim znaną (chociażby ze słyszenia) "Piwnicę pod Baranami".

"Piwnica pod Baranami" powstała w 1956 roku z inicjatywy krakowskich studentów jako miejsce gdzie mogliby się spotkać, porozmawiać i ogólnie miło spędzić czas (tu już każdy może sobie sam kombinować jak oni ten czas spędzali). Dosyć szybko powstał kabaret, którego szefem był Piotr Skrzynecki, a wśród pierwszych występujących tam artystów znalazła się m.in. późniejsza pisarka Joanna Olczak-Ronikier. Największe swoje sukcesy piwniczny kabaret odnosił w latach 60-tych i 70-tych, wtedy powstały najsłynniejsze utwory, a wykonujący je artyści, chociażby Ewa Demarczyk czy Marek Grechuta, byli znani w całym kraju. 
Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że kiedy już pokonaliśmy dosyć strome schody to tak jakby się weszło w klimat tamtych lat - nie powiem, ciekawe odczucie. Niestety nie tylko wystrój został przeniesiony z lat PRL-u. Pani barmanka też... Chociaż na oko to rocznikowo późne lata 80-te sobą prezentowała. 
Jakby nie było ruszało się dziewczę w tempie żółwim, tak, że przez prawie godzinę kogoś z nas przy stole brakowało, bo właśnie usiłował sobie coś do picia zamówić. Już nie mówię o mnie, bo widząc co się dzieje całkiem kretyńsko zapodałam sobie mrożoną czekoladę, więc i proces jej tworzenia musiał trwać, ale Lutek na dwa piwa ponad 20 minut czekał... Tak, że gdybyśmy się jeszcze raz tam mieli spotkać, to chyba z własnymi napitkami w termosikach;)

Stół szybciutko zapełnił się książkami, zaczęło się pożyczanie, oddawanie, zachwalanie - no wszyscy przecież wiecie jak to wygląda. I tu muszę się przyznać, że po raz kolejny podniosłam poprzeczkę, jeśli chodzi o moje roztargnienie i coraz bardziej dające się we znaki kłopoty z pamięcią. 
Otóż jurczak nie mogła być obecna na spotkaniu, więc podała przez tynulec książki, które pożyczyła poprzednim razem. Wśród tych książek były dwie, które, ze względu na tematykę wzbudziły moje zainteresowanie. I tu pojawił się problem, bo nikt nie przyznawał się do bycia właścicielem owych książek. Umówiłyśmy się ostatecznie, że ja książki biorę a tynulec skontaktuje się z jurczak i dowie się czyje one są. I dopiero po powrocie do domu i sprawdzeniu notatek z poprzedniego spotkania okazało się, że koniecznie chciałam pożyczyć... swoje własne książki...

Tym razem, z powodu ciągłej rotacji przy stole dyskusje trwały w podgrupach a było o:
-kondycji polskiej szkoły
-skoczkach wysokościowych (znaczy się z wieżowca bez spadochronu)
-przygodach z policją
-literaturze z wiejskimi klimatami w tle
-wieku Lutka (dzięki mojemu dziecku znamy tę magiczną liczbę, ale nikomu jej nie zdradzimy)
-kłopotach z powierzchnią zajmowaną przez książki 
-problemach z samodzielnym montażem mebli zakupionych w pewnej bardzo znanej sieci handlowej
-i stu innych rzeczach jeszcze.

Niestety po raz kolejny okazało się, że czas w miłym towarzystwie pędzi na złamanie karku i trzeba opuszczać chłodne wnętrza Piwnicy i zmierzyć się, tym razem z wieczornym, krakowskim upałem.

Na pamiątkę zostało kilka zdjęć  a kolejne spotkanie to już po wakacjach pewnie będzie... 

***************************************************************

Spotkanie było w niedzielę a w środę spotkała mnie taka przygoda:

Zadzwonił telefon. Miły męski głos sprawdził moje personalia a następnie oznajmił, że jest kurierem,  ma dla mnie paczkę z Weltbildu, chciałby ją w godzinach popołudniowych doręczyć i w związku z tym chce się dowiedzieć gdzie ma mnie szukać. I w tym miejscu kompletnie mnie zatkało... 
Nie chodzi o sam fakt istnienia czegoś takiego jak przesyłki kurierskie, nawet u nas na wieś od czasu do czasu coś przywożą i nikt nie ucieka przed nimi w popłochu. Bardziej poraziła mnie szybkość z jaką Weltbild realizuje zamówienia, bo ja właśnie dwie godziny wcześniej złożyłam sobie zamówienie w tej ich promocji Milion książek na lato po 9,90 ...
Okazało się, że to jednak nie ta paczka (przybyła po bożemu dzisiaj, nawet ten sam kurier ją przywiózł) a sympatyczny prezent od wydawnictwa - niebieska okładka, w której każdej książce będzie "do twarzy"  a w środku oczywiście książkowa niespodzianka:)

A dzięki wspomnianej promocji wzbogaciłam się o kilka książek, które wraz z różnego rodzaju pożyczkami stworzyły taki oto stos:



Od dołu patrząc mamy:
  • "Polska. 1001 miejsc, które musisz zobaczyć" - zakup własny na kiermaszu szkolnym
  • "Na plebanii w Haworth" A. Przedpełska-Trzeciakowska - promocja w Weltbildzie
  • "Klątwa Konstantyna" M. i M. Kuźmińscy - j.w.
  • "Koniec wiosny w Lanckoronie" A. Błotnicka - j.w.
  • "30 lat życia z Madzią" Z. Niewidowski - j.w.
  • "Żony i kochanki Henryka VIII" K. Hart - j.w.
  • "Ciekawostki z dworów królewskich" A von Schonburg - j.w.
  • "Pitu i Kudłata dają radę" L.K. Talko - j.w.
  • "Mocne ramiona pani Kicz" M. Sołtysik - niespodzianka z Weltbildu
  • "Czarny mustang" K. May - z biblioteki
  • "Czytelniczka znakomita" A. Bennett - pożyczka biblionetkowa
  • "Smażone zielone pomidory" F. Flagg - j.w.
A przed chwilą przyszedł mail z Weltbildu, że kolejne książki na promocyjnej liście się pojawiły. 
Kurczę, jakiś sponsor by się przydał albo co...



wtorek, 3 lipca 2012

"Trójka e-pik" - nadrabiam czerwcowe zaległości

Wyjątkowo dzisiaj będzie o dwóch książkach, które przeczytałam na okoliczność "Trójki e-pik" czyli wyzwania organizowanego przez Sardegnę.
W tym miesiącu trzeba było przeczytać coś z literatury kobiecej (tu mi się świetnie wpisał "Powrót do Poziomki" K. Michalak), coś z literatury iberoamerykańskiej i coś jakiegoś noblisty. Przeczytać przeczytałam, natomiast końcówkę czerwca miałam taką zwariowaną, że dopiero dzisiaj coś na temat dwóch z tych książek piszę. 

Jeśli chodzi o literaturę iberoamerykańską to padło na książkę "Chilijski nokturn" Roberto Bolano. Padło przypadkiem zupełnym, jako że o samym autorze nigdy nie słyszałam, więc nie miałam jakichś wygórowanych oczekiwań, a ponieważ książeczka nie jest szczególnie opasła to pocieszałam się, że chociaż by mi nie do końca podeszła to jakoś dam jej radę..

Bohaterem a zarazem narratorem tej książki jest ksiądz i krytyk literacki Sebastian Urrutia Lacroix. To starszy, chory człowiek, który trawiony gorączką robi coś na kształt spowiedzi życia. A życie miał ciekawe - z racji uprawiania krytyki literackiej poznał wielu pisarzy, z kolei jako przedstawiciel kościoła podróżował do Europy, poznał osobiście generała Pinocheta, obserwował przemiany jakie zachodziły w jego rodzinnym kraju. Co ważne, ksiądz Sebastian nie ocenia wydarzeń, których był świadkiem - on tylko przywołuje je z zakamarków pamięci, często bardzo chaotycznie i niechronologicznie. Czytając ma się wrażenie jakby narrator gubił wątek, przeskakiwał z tematu na temat, bez większego ładu i składu - ot, faktycznie, chory bredzi w malignie.

I niestety to bredzenie jakoś tak nie do końca mnie przekonało. Dodam do tego, że książka pisana jest jednym ciągiem, niektóre zdania "trwają" przez półtorej strony, nie ma rozdziałów, brak jest dialogów, nawet akapitów nie ma - normalnie męka dla oczu...
Może to i arcydzieło jest (tak przynajmniej na okładce zapewnia wydawca) ale ja do tego arcydzieła nie dorosłam niestety:(

Zupełnie inaczej ma się sprawa z książką "Ród Aszura", której autorem jest Nadżib Mahfuz, zmarły przed sześciu laty pisarz egipski, laureat literackiego Nobla  z 1988 roku. Ta książka to też przypadkowy wybór, aczkolwiek nazwisko autora nie było mi takie całkiem obce - w końcu tych noblistów nie ma jakiegoś ogromnego tłumu.

Aszur An-Nadżi - niemowlę porzucone pod murem meczetu, chłopczyk wychowany przez starsze bezdzietne małżeństwo zostaje futuwwą (przywódca dzielnicy), ciężko pracuje i do tego zmusza również swoich współpracowników, jest uczciwy i sprawiedliwy, nie wykorzystuje swojej pozycji dla prywatnych celów, zyskuje szacunek nawet u przeciwników. 
I oto pewnego dnia ten powszechnie lubiany i poważany człowiek znika. Nikt nie jest w stanie powiedzieć co się z nim stało, ale życie musi toczyć się dalej - dorastają kolejne pokolenia potomków Aszura. Niestety nie potrafią żyć według wzorca ustalonego przez opiewanego w ludowych opowieściach przodka. Powoli, krok po kroku odchodzą od zasad, którymi kierował się Aszur i staje się to niejako ich przekleństwem, kolejni potomkowie futuwwy doznają  rozmaitych nieszczęść - morderstwo, przedwczesna śmierć, kalectwo, wygnanie...

Autor snuje swoją powieść jak baśniowa Szeherezada - bohaterowie są bardzo plastyczni, żywi, pełni namiętności i pasji. Na uwagę zasługują portrety kobiet - to one są motorem działania dla swoich mężczyzn, wielokrotnie muszą przejąć na siebie obowiązek utrzymania rodziny, pochodzą z różnych warstw społecznych, mają krańcowo różne charaktery.

"Ród Aszura" to jedna z ciekawszych książek jakie trafiły ostatnio w moje ręce. Serdecznie polecam jej lekturę wszystkim którzy lubią wielopokoleniowe sagi rodzinne jak też tym, którym podobały sie "Baśnie z tysiąca i jednej nocy" - ta książka jest taką właśnie baśnią, tyle, że w bardziej współczesnych realiach.