niedziela, 26 października 2014

Jak było na Targach Książki? A różnie, baaardzo różnie...

XVIII Targi Książki w Krakowie jeszcze trwają przez kilka godzin, jednak chciałabym sie już teraz pokusić na pewne podsumowanie mojej na nich bytności. Niestety zdaję sobie sprawę, że ta relacja może mi narobić wrogów... 

Jako, że w ubiegłym roku, z przyczyn naukowych nie udało mi się w tym książkowym święcie uczestniczyć to tym bardziej cieszyłam sie na wczorajszy dzień. W piątek przygotowałam stosik książek do podpisu, dokładnie prześledziłam listę sobotnich spotkań na stoiskach i zamarkerowałam te, które mnie interesowały, załatwiłam opiekę dla mojego lekko podziębionego dziecka, nastawiłam budzik i... dotarło do mnie, że nie mam białej serwetki. Po co mi była serwetka na Targi? To za chwilę, na razie tylko napiszę, że ową serwetkę udostępniło mi moje kochane dziecko z własnego zestawu koszyczkowo-wielkanocnego ;)

10.00
Sobotni ranek wstał nad podziw pogodny, więc w całkiem miłym nastroju dotarłam do krakowskiego RDA (dla niewtajemniczonych - dworzec autobusowy) gdzie razem z Ojsajem mieliśmy witać pewnego ważnego GOŚCIA. A gości, szczególnie tych ważnych, jak się wita? No chlebem i solą oczywiście... Ojsaj, zapytany o powitalne akcesoria, z lekka spanikował, ale okazało się, że postąpił niezwykle rozważnie proponując mi wspólne witanie Gościa. Nie chwalący się (aczkolwiek chyba mi się jakieś niewielkie oklaski należą) byłam przygotowana na tę okoliczność - w mojej targowej torbie znalazły się: talerzyk, serwetka i "chlebo-sól" w wersji centusiowo-krakowskiej czyli obwarzanek z solą. Gość i współmałżonek gościa byli wzruszeni naszą gościnnością, albo przynajmniej po mistrzowsku udawali wzruszenie ;)

10.40
Udajemy się w kierunku Targów - niestety z przyczyn obiektywnych trzeba było autko zaparkować pod M1 (dla niekrakusów - taki duży market w pobliżu Targów), a następnie przespacerować się ok. 1,5 km do targowego obiektu. I tu moja pierwsza negatywna uwaga: rozumiem, że tego typu obiektu nie można umieścić w centrum miasta, szczególnie takiego jak Kraków, bo chyba tylko na Błoniach byłoby miejsce, ale jak sie już tworzy coś, co w założeniu ma pomieścić kilka tysięcy ludzi, to pasowałoby tym ludziom zapewnić jakiś dojazd (bo parking, nawet całkiem spory koło Targów jest). Tymczasem ulica Galicyjska to zwykła jednopasmówka, na której w przeciągu kilku minut robi się korek gigant... A do tego jeszcze trzeba pokonać ruchliwe skrzyżowanie - wczoraj światła były wyłączone, a ruchem kierowali policjanci. Z komunikacją miejską też jest problem, bo najbliższe przystanki znajdują się w odległości ok. 2 km od Targów. Na szczęście była ładna pogoda...


11.20
Przed wejściem kłębi się ogromna kolejka chętnych do kupowania, podziwiania, zbierania autografów i czego tam jeszcze. Na szczęście nie musieliśmy w tej kolejce stać (ja i Ojsaj z "akredytacją" blogerską, a nasi ważni goście z zaproszeniami) udaliśmy się do okienka dla gości branżowych i po pięciu minutach mogliśmy wejść na tereny targowe, gdzie rozdzieliliśmy się i każdy pobiegł w swoją stronę, umawiając się na spotkanie o 13.00. 
Przy wejściu na Targi poznałam Secrusa, współmotorniczego Tramwaju nr 4 i mogę zaświadczyć, że to nie żadne elektroniczne alter ego Ojsaja, ale byt jak najbardziej żywy i odrębny, oraz Kasię z Mojej Pasieki.


11.40
Ustawiam się w kolejce do Wojciecha Cejrowskiego (z nieodłącznym kubeczkiem z yerba mate, co do butów to nie wiem, bo lada stoiska była bardzo wysoka, a głupio było się przez nią przewieszać) i dosyć sprawnie udaje mi się zdobyć jego autograf na "Wyspie na prerii". Pan Wojtek z anielską cierpliwością fotografuje się z najmłodszymi fanami swojej osoby, podpisuje się nie tylko na książkach ale również w kajecikach (a ja gdzieś słyszałam, że odmawiał autografów w takiej formie) i generalnie jest bardo miły.


11.50
W stoisku Wydawnictwa Debit jest jeszcze pani Renata Piątkowska, która podpisuje dla mojego Piotrusia książkę "Najwierniejsi przyjaciele. Niezwykłe psie historie". Przy okazji dowiaduję, się, że autorka napisała również książkę z kocimi przygodami. Już wiem, co Piotrek dostanie w najbliższym czasie :)


12.00
W Literaturze rozgościł się jeden z najwyższych (o ile nie najwyższy) polskich pisarzy - Paweł Beręsewicz. Należący do Piotrka egzemplarz książki "Warszawa. Spacery z Ciumkami" wzbogaca się o autograf, natomiast ja wyrażam żal, że Kraków nie ma szczęścia mieć podobnego przewodnika napisanego z myślą o dzieciach. Pan Paweł, z przyczyn obiektywnych, niestety nie podejmie się napisania takiego dziełka.

12.05
W Gandalfie powinni już być Maria Ulatowska i Jacek Skowroński, współautorzy książki "Autorka" (nabywam ją drogą kupna), jednak jak na razie ich nie widać. Aby nie stać bezczynnie i blokować wąskiego przejścia udaję się do Empiku, gdzie za chwilę rozpocznie się spotkanie z Zygmuntem Miłoszewskim. Spotykam Jarka Czechowicza z "Krytycznym okiem" oraz poznaję Anię z "Pisaninki".


12.07
Poszukuję na empikowych półkach "Gniewu" Miłoszewskiego, bo obiecałam takowy kupić koleżance i nijak znaleźć nie mogę. Ki diabeł? Robią spotkanie, a książki nie mają? Pytam pana przy kasie - z udręczoną miną wskazuje mi regał stojący "po skosie" założony po sufit egzemplarzami interesującej mnie książki... Chyba już jestem zmęczona. Nie tylko ja - terminal płatniczy na Empiku zakończył żywot - chwała Bogu, mam żywą gotówkę...
Słyszę jak pan Miłoszewski uroczyście ogłasza, że zakończył pisanie kryminałów tudzież książek sensacyjnych, natomiast rozpoczyna tworzenie łzawych romansów - słuchacze zamierają w niemej rozpaczy, a kto jeszcze nie ma, rzuca się do kasy zakupić egzemplarz "Gniewu" po prawie 34 zeta (jeśli to cena promocyjna, to w takim razie ile ta książka kosztuje normalnie?). Pan Zygmunt dodaje jeszcze litościwie, że ponieważ zakończenie "Gniewu" jest takie nie do końca zamknięte, to pracuje nad opowiadaniem, które w okolicy stycznia powinno ukazać się w sieci i definitywnie zamknąć historię o prokuratorze Szackim.


12.20
Zygmunt Miłoszewski rozpoczyna podpisywanie książek, kolejka jest opętana, więc stanie w niej jest w tej chwili trochę bez sensu. Biegnę do Gandalfa, gdzie w dalszym ciągu nie ma duetu Ulatowska-Skowroński, a następnie do Naszej Księgarni, gdzie z kolei urzęduje Grzegorz Kasdepke. Tu kolejka również jest potężna, ale w jej początkowym segmencie dostrzegam Sardegnę i Pisaninkę, a za chwilę materializuje się przy nas Ania z "Myśli i słowa wiatrem niesione". Przyklejam sie do nich i kolejna książka podpisana - tym razem"Bon czy ton. Savoire-vivre dla dzieci". Przy okazji naocznie przekonuję się, że mąż na Targach to samo dobro, a w każdym razie egzemplarz należący do Sardegny taki jest - nosi plecak pełen książek, cierpliwie czeka, aż Zuzia pobajczy z rozmaitymi "krewnymi i znajomymi królika" i jeszcze robi za serwis fotograficzny.

12.30
W Gandalfie nadal pusto, ustawiam się w kolejce do Miłoszewskiego, która nawet dosyć sprawnie się posuwa. W oko wpada mi pani stojąca kilka osób za mną - jakby znajoma. Nie zaczepiam jej jednak, bo głupio by było gdybym się pomyliła i nagabywała bogu ducha winną wielbicielkę kryminałów...

12.50
Idę do sali Wiedeń, gdzie ma się odbyć spotkanie blogerów - na drzwiach kartka, że wejście z drugiej strony... A gdzie ta druga strona, no gdzie? Spotykam Soulmate z koleżankami, razem już szukamy tej drugiej strony. Udało się - przy drzwiach pani sprawdza czy jestem na liście, dostaję torbę z jakimiś gadżetami i mogę wejść. Sala jest prawie pełna...

13.00
Ktoś woła: "Ania, chodź, zajęłam ci miejsce!" - to Marta z bloga "Do ostatniej pestki trzeba mocno żyć". Pomimo kilkuletniej już znajomości po raz pierwszy widzimy sie na żywo - bardzo miłe to spotkanie. Równie miło jest poznać Agnieszkę z "Dowolnika" - Ślascy Blogerzy Książkowi przybyli zresztą w dosyć pokaźnej liczbie :) Poznałam również Ejotka ( Ejotkowe postrzeganie świata) - okazuje się, że świat jest bardzo mały, a ejotkowy mąż pochodzi z sąsiedniej gminy:) Dostrzegam panią na którą zwróciłam uwagę przy Miłoszewskim - teraz o pomyłce nie może być mowy - to Magda z bloga Zapiski w wolnych chwilach  Wszyscy (a właściwiej byłoby powiedzieć wszystkie) rozglądamy się za Ojsajem, który obiecywał oddać koronę nowej Miss, czyli zwycięzcy tegorocznej Ebuki. Niestety nie ma go :(

13.10
Z pewnym poślizgiem rozpoczyna się blogerskie spotkanie - pan prowadzący (chyba z portalu Granice) dwoi sie i troi, ale widać, że nie do końca wie co ma robić. Przystępuje do ogłoszenia wyników konkursu "Ebuka 2014" - żadnego z wyróżnionych nie ma na sali (nie wiem czy ich wcale w Krakowie nie było, czy tylko nie dotarli na spotkanie), Pisaninka, której blog został nagrodzony przez czytelników zjawia się mocno spóźniona (jak się okazuje wezwana SMS-em przez koleżankę) i, pomimo że laureatka, musi zająć miejsce na podłodze pod ścianą... Przy okazji - nie było jak zrobić tego na żywo, więc z tego miejsca serdecznie Ci Aniu gratuluję :)
Zostają również ogłoszone wyniki konkursu literackiego organizowanego przez DużeKa (chyba) i oczywiście też nie ma na sali ani jednego z laureatów...
Na sali jest przedstawicielka niewielkiego wydawnictwa (niestety nie przyszło mi do głowy zapisać nazwy), która wyraża ubolewanie, że blogerzy piszą tylko o książkach dużyuch i popularnych wydawnictw, a wydawnictwa mniejsze, niszowe, pomimo wydawania dobrych tytułów, nie mają szansy sie przebić do ogólnej świadomości.

13.20
Coraz bardziej widać, że spotkanie jest całkowitą improwizacją. Prowadzący proponuje, żeby obecni na sali przedstawili się (trochę to karkołomne przy ponad setce ludzi, ale trzeba jakoś czas zająć...) Już wiem jak wyglądają Szyszka i Miranda z "Kawy z cynamonem". Po czwartym rzędzie przedstawianie sie zostaje przerwane, a za stołem na podwyższeniu pojawiają się pisarze: pani Ewa Bauer i pan Krzysztof Spadło. Niestety na nich też nie ma za bardzo pomysłu - prowadzący pyta ich czy czytają blogi, czy się nimi interesują i tyle.

13.30
Pojawia się młoda osoba (ani chybi blogerka), która postanawia ożywić dyskusję i robi to w najgorszy możliwie sposób... Jeszcze raz usłyszę o statystykach, wejściach na bloga i tym podobnych pierdołach to chyba zacznę gryźć... A dziewczyna jeszcze stwierdza, że blog, na którym są tylko recenzje to już całkiem nie ma oglądalności, a jej sie słupki podniosły jak zaczęła na nim publikować teksty o czym innym (aczkolwiek też o kulturze) i o kocie, czy innej śwince morskiej (No dobra, nie tymi słowy, ale sens taki miało), więc jej blog nie jest książkowy, tylko popkulturalny. Oczywiście odezwało się grono fanek i przyjaciółek blogerki, popierające jej wypowiedź. Na szczęście nie wszyscy myślą tak samo i równie (a może nawet bardziej) gromki brawa dostała osoba (z której występieniem również i ja się utożsamiam) pytająca czy w blogowaniu o książkach rzeczywiście liczą sie tylko słupki? Tym bardziej, że ponoć wszyscy jesteśmy zapaleńcami  i bez literatury nie ma dla nas życia...
Dyskusję podsumowała Szyszka, że osiągnięcie wysokich statystyk to kwestia kilku prostych sztuczek i jak kto ciekawy to ona może je zdradzić. Ja od siebie dodam, że często wystarczy dobry tytuł, czego przykładem mój tekst o "Dzieciach z Bullerbyn" - patologia w tytule posta przyciągnęła taką masę czytelników, że ho,ho ;)

13.45
Już myślałam, że padnie haslo do użalania sie jak to te wstrętne wydawnictwa nas wykorzystują i nie płacą, ale nie. W tym punkcie programu doszło do... no trudno, nie potrafię tego inaczej określić, całkiem nieprofesjonalnego zachowania pań z wydawnicta, które wdały się w pyskówkę... Na szczęście tym razem pan prowadzący wykazał sie refleksem i elegancko zakończył starcie ;)
Na koniec Agnieszka (Dowolnik) zaprosiła wszystkich na katowickie targi, które odbędą się pod koniec listopada, obiecując spotkanie organizowane przez ŚBK (w domyśle profesjonalnie przygotowane).
Jeszcze tylko pamiątkowa fotka z dziewczynami ze Śląska i mogłam opuścić salę Wiedeń A.

13.50
Dobiegam do Znaku, gdzie podpisywał książki Marcin Ciszewski - właściwie już skończył, ale miła pani z wydawnictwa zauważyła zdyszaną sierotę z książką w objęciach, wskazała ją pisarzowi a ten złożył podpis na swoim najnowszym dziele czyli na "Szakalu" (Tak przy okazji to książkę dostałam w piątek po południu - mam szczęście co nie?)
Z tego Znaku to ledwie żywa wyszłam, bo ktoś nie pomyślał i naprzeciwko siebie ulokował dwa duże wydawnictwa, mianowicie Znak i Literackie. W jednym z nich podpisywać miał książki Janusz L. Wiśniewski, a w drugim kończyło się spotkanie z Katarzyną Grocholą, a w kolejce już czekał Szczepan Twardoch... Masakra...

14.00
Idę do DużegoKa, gdzie ma być pani Renata Kosin. Jest! Towarzystwa dotrzymuje jej pani Ewa Bauer, a z portalu nikogo... Nie wiem, może się czepiam, ale wydaje mi się, że jakiś "gospodarz" winien tam być, choćby po to, aby w wypadku braku fanów (tu na szczęście tak nie było) biedny autor nie siedział sam jak kołek w płocie. (Tu dygresja - niespecjalnie przeze mnie lubiane wydawnictwo Novae Res swoimi autorami zajmowało się profesjonalnie, przechodziłam koło nich kilkakrotnie i jeśli nie było chętnych do podpisów to zawsze któraś z pań ze stoiska zabawiała rozmową zaproszonych pisarzy).

14.20
Zaglądam do Gandalfa - pan Jacek i pani Maria byli o czym świadczą podpisy na plakacie, ale już się zbyli. Jestem trochę zła, bo nie musiałam tej "Autorki" kupować tutaj i nosić pół dnia w torebce (która i bez tego ciężka była okrutnie).


14.30
Docieram do Czarnej Owcy, gdzie już jest (a więc sporo przed czasem) Vincent V. Severski. Właściwie to nie planowałam zakupów, ale pierwszą część jego trylogii miałam już skądś od dawna, trzecią wygrałam w konkursie na fb i brakowało mi tylko środka. A, że promocja była całkiem spora, więc się skusiłam i tak oto mam podpisanych "Niewiernych" :)
Udaje mi się jeszcze zrobić zdjęcie pisarza i aparat definitywnie pada. Jakaś sierota zapomniała podładować baterie. Ciekawe kto to był?

14.50
Przemieszczam się ponownie w stronę DużegoKa, gdzie ma gościć Marta Kisiel. Po drodze zaglądam do Platona, gdzie, również przed czasem, są już Jerzy Fedorowicz i Jarek Szubrycht, autorzy książki "Lodołamacz Fedor", czyli wywiadu rzeki, jaki pan Jerzy udzielił panu Jarkowi. Przy okazji podpisywania popełniam potężny nietakt, beztrosko ogłaszając, że książkę nabyłam nie ze względu na pana Fedorowicza (było nie było głównego bohatera) ale na okoliczność pana Szubrychta. Pan Jarek jest widocznie skonsternowany tym wybuchem uczuć u nieznanej sobie pani w wieku... (no powiedzmy zmierzającym szybko w stronę średniego) a do mnie dociera dwuznaczność mojej wypowiedzi. Szybciutko dodaję, że bardzo jestem ciekawa jakim dziennikarzem jest mąż mojej byłej uczennicy - to akurat najprawdziwsza prawda, uczyłam panią Szubrychtową w VIII klasie (matematyki...).

15.10
DużeKa - Marta Kisiel, którą witałam na Dworcu, z którą miałam przyjemność jechać na Targi i stać w kolejce do szatni podpisuje swoje książki (wiem, bezczelnie pławię się w jej blasku). Wokół niej całkiem spore kółko fanów domagających się nowych książek, niektórzy posunęli się nawet do ciasteczkowego przekupstwa. Autorka oczywiście obiecuje nowy utwór, ale za nic nie chce zdradzić kiedy to będzie...

15.30
Idę już w kierunku wyjścia, ale w kawiarence widzę Magdę (Zapiski) siedzącą z, jak się później okazało, Olą z "Książek Oli". Dociera do mnie, że muszę sie napić kawy, bo padnę. Rozmawiamy sobie na przeróżne okołoksiążkowe tematy i mam taką myśl, że tak właśnie powinno wyglądać blogerskie spotkanie - bez odgórnej moderacji, za to pozwalające poznać, przynajmniej trochę, innych zapaleńców. Same nie wiemy jak mija prawie godzina na rozmowie - dzięki dziewczyny :)

16.20
Planujemy z Olą powrót Expobusem - na szczęście jesteśmy na tyle wcześnie, że udaje nam sie bez problemu wsiąść. Niestety nie wszyscy mają tyle szczęścia, autobus nie jest z gumy, więc część osób zostaje na przystanku...

17.00
Oczywiście byłoby nieważne - musiałam zabłądzić... w Galerii Krakowskiej. Przeciągnęłam biedną Olę w tę i z powrotem po budynku. A wystarczyło od razu zejść na niższy poziom, gdzie bez problemu wiedziałabym w której części jestem. 

17.20
Ufff... Zdążyłam w ostatniej chwili na bus do domu. Tegoroczne targi uważam za odbyte...

Podsumowując: Targi, chociaż w nowym budynku, dalej są zatłoczone, duszne i gorące. Na szczęście poprawiła się sytuacja, jeśli chodzi o szatnie, toalety, kawiarnie. Na górze jest restauracja, ale jej nie zwiedzałam, więc nie mam na jej temat zdania. 

Organizacyjnie, hmm... Dobrze, że miałam mapkę i rozpisane numery stoisk, bo ciężko by było gdziekolwiek trafić. Szkoda, że organizatorzy nie pomyśleli o umieszczeniu takich informacji w kilku miejscach na sali.
O rozmieszczeniu, trochę bezsensownym, poszczególnych stoisk już pisałam wyżej.

Komunikacyjnie - też nie za bardzo jest za co chwalić.

Oferta - niektóre wydawnictwa się postarały (chociażby Czarna Owca, bo 30% rabatu to bardzo miła wiadomość), inne niekoniecznie... Ale sobie chociaż pooglądałam różnych cudeniek, szczególnie w sektorze książek dla dzieci :)

Spotkanie blogerów - z bólem serca, ale muszę to powiedzieć: porażka. Nie można organizować imprezy nie mając na nią żadnego planu. I nikogo nie usprawiedliwia nieobecność szanownego RedNacza z DużegoKa: wiadomo o niej było już kilka dni temu, to nie wyskoczyło w ostatniej chwili...
Miejmy nadzieję, że w przyszłym roku będzie lepiej :) A już szczytem marzeń byłyby jakieś identyfikatory z imieniem i nazwą bloga (takie mieli ŚBK).

Bardzo mi przykro, że nie dałam rady być na sptkaniu organizowanym przez Kaś - niestety mieszkam za daleko od Krakowa, żeby planować późniejszy powrót, a za blisko, żeby kombinować z hotelem...

Kiedy zaczynałam ten wpis Targi jeszcze trwały. Teraz już się definitywnie skończyły. 
Pomimo pewnych niedogodności już planuję obecność na następnych :)

niedziela, 19 października 2014

Gdzie można znaleźć najlepszy KISIEL w Krakowie?

No jak to gdzie????

Oczywiście na  XVIII Krakowskich Targach Książki, które zaczynają się już w najbliższy czwartek w nowej hali przy ulicy Galicyjskiej 9.

25 pażdziernika  o godzinie 15.00 Marta Kisiel, 
autorka dwóch przecudnej urody powieści, czyli "Dożywocia" i "Nomen Omen" 
zaszczyci swoją obecnością gościnne progi DużegoKa (stoisko A42).

Oczywiście wybieram sie w tym roku na Targi - niestety tylko w sobotę dam radę :( 
Już zrobiłam sobie listę stoisk, które muszę odwiedzić i autorów, których będę chciała poprosić o autograf. Wychodzi na to, że głównie oblegać będę autorów dziecięcych i mam nadzieję, że kolekcja autografów mojego dziecka powiększy sie o podpisy Grzegorza Kasdepke, Renaty Piątkowskiej i Pawła Beręsewicza - wszystkich można będzie spotkać m.in. w Wydawnictwie Literatura (stoisko C67). 
Jeśli chodzi o "dorosłych" autorów, to spróbuję dopchać sie do Wojciecha Cejrowskiego w Bernardinum (A4), do Jacka Skowrońskiego i Marii Ulatowskiej w Gandalfie (C69) oraz zamienić chociaż kilka słów z Renatą Kosin, która będzie, podobnie jak Marta Kisiel, gościem DużegoKa.

I oczywiście jeszcze jedna targowa miejscówka - Sala Wiedeń A, gdzie o godzinie 13.00 rozpocznie się Zjazd Blogerów połączony z ogłoszeniem wyników tegorocznej Ebuki.

To są plany, zobaczymy jak będzie z ich realizacją...
Jakby nie było, już dzisiaj obiecuję relację z tego wydarzenia.

A i jeszcze jedno - mam nadzieję, że przynajmniej kilka osób znanych mi wirtualnie zyska ludzkie twarze :)
Do zobaczenia w sobotę :) 

poniedziałek, 13 października 2014

Patologia po szwedzku ;)

Coraz częściej odnoszę wrażenie, że świat oszalał, a patologia goni patologię. Przykład? A proszę - w ciągu ostatnich 3-4 tygodni dotarły do mojej świadomości takie kwiatki: dyskusja nad legalizacją kazirodztwa, oburzenie niemoralnym (choć całkiem zgodnym z naturą) zachowaniem nieszczęsnych osiołków w poznańskim ZOO, elementarz pisany diabelskim językiem (moim prywatnym zdaniem posądzenie diabła o autorstwo tego podręcznika jest dla ogoniastego obraźliwe, bo stać go na coś zdecydowanie lepszego) czy wreszcie sprzyjanie genderowi poprzez zmuszanie chłopców aby po sobie sprzątali... A jakby tego było mało ruszyła kampania wyborcza do samorządów terytorialnych a polscy piłkarze wygrywają z mistrzami świata 2:0...

Żeby odreagować te rozmaite kretyństwa, a także aby uchronić dziecko własne przed jedynką z polskiego wzięliśmy sie z Piotrkiem do czytania "Dzieci z Bullerbyn" Astrid Lindgren. Czytanie było głośne i podzielone sprawiedliwie - na przemian po rozdziale, a ponieważ książka przypadła Młodemu do gustu, to nawet szybko nam poszło. Z sentymentem wspominałam swój pierwszy kontakt z tą książką w mojej zamierzchłej młodości i co bardziej ulubione fragmenty (chociażby ten o kiełbasie dobrze obsuszonej), niektórych przygód zupełnie nie pamiętałam, a inne w dalszym ciągu budzą niepohamowane wybuchy śmiechu. I wiecie jaka mnie myśl naszła po zakończeniu tej ksiązki? No przecież Bullerbyn to dopiero siedlisko patologii co się zowie, a rodzice tytułowych dzieciaków to wogóle się w swojej roli nie sprawdzają...

Dzieciaki w Bullerbyn są wykorzystywane jako tania siła robocza: pracują w polu i w zagrodzie wykonując nawet ciężkie prace, a już szczytem wszystkiego jest dzień, kiedy wszyscy rodzice wyjeżdżają na przyjęcie do pastora a dzieci mają zająć się gospodarstwem (np. Olle ma nakarmić prosiaki i wydoić krowy). Przy tej okazji aż bije po oczach nieodpowiedzialność mamy Ollego, która zostawia swoją maleńką córeczkę (Kerstin ma około roku życia) na kilka godzin z dwoma dziewięciolatkami. A i mama Britty też nie jest lepsza - wyjeżdża, pomimo, że jej córka jest chora. Przecież to się nadaje do zgłoszenia do opieki społecznej...

Generalnie dzieciaki są puszczone samopas, bez jakiejkolwiek dbałości o ich bezpieczeństwo - pływają łodzią po jeziorze, kąpią się bez opieki, są narażone na kontakt z niebezpiecznymi zwierzętami (baran przebywający na wyspie), wspinają się na drzewa, bawią się w niebezpiecznych skałkach, grają w piłkę na drodze, ganiają po lesie czy handlują wiśniami przy ruchliwej szosie.
A nawet jeśli coś robią pod opieką dorosłych to też jest niewiele lepiej: mama pozwalająca dziecku na nocleg w stogu siana, lub tatuś zabierający dzieci na raki nad odległe jeziorko, gdzie muszą spać niemal na gołej ziemi i pod osłoną gałęzi jałowca to przecież gotowy materiał na zaangażowany reportaż interwencyjny.

A ich droga do szkoły? Kilkulatki same wędrują kilka kilometrów w jedną stronę niezależnie od pogody. Taką samą trasę pokonuje siedmioletnia Lisa idąc po sprawunki do sklepu. A jeśli się nadarzy okazja to dzieci bez oporu wsiadają na wóz ledwie znanej osoby - czy nikt im nie wyjaśnił czym to może grozić?

Tak, tak - włos sie jeży na głowie, kiedy się czyta o tych wszystkich nieprawidłowościach mających miejsce w Bullerbyn zamieszkanym przez trzy dysfunkcyjne rodziny... Ale muszę sie przyznać, że strasznie im tej patologii w imieniu mojego zadbanego i zaopiekowanego dziecka zazdroszczę... 

Przy lekturze byliśmy z mężem przepytywani na okoliczność jak to było, kiedy byliśmy mali. Piotrkowi nie mieści się w głowie, że kiedyś nie było komputerów, w telewizji był tylko jeden program, w którym dla dzieci była przeznaczona zaledwie półgodzinna audycja, że wszędzie chodziło sie na nogach a dzieci musiały pomagać rodzicom. Że tato, będąc w jego wieku (9,5 roku) potrafił już kosić trawę kosą, a mama doiła krowy (co prawda przy pomocy elektrycznej dojarki, ale fakt pozostaje faktem), że obydwoje musieliśmy opiekować się młodszym rodzeństwem, a żadnemu z naszych rodziców nawet nie przyszłoby do głowy pilnować nas przy odrabianiu lekcji. 
Że tak naprawdę wiele przygód, które zdarzyły się Lisie, Lassemu, Bossemu i reszcie dzieci z Bullerbyn było również naszym udziałem. I, że niestety, współczesne dzieciaki będą sobie o nich mogły jedynie poczytać i to tylko pod warunkiem, że jakiś nawiedzony reformator oświaty nie dojdzie do wniosku, że książka Astrid Lindgren propaguje patologiczne zachowania... 


czwartek, 9 października 2014

Wszyscy jesteśmy uwikłani...

Ależ ten czas leci. Ani się obejrzałam a tu już prawie połowa października. W szkole roboty wyżej kokardy, bo nie dosyć, że normalne lekcje to jeszcze przygotowania do ślubowania klas pierwszych (w tym mojej IB), w domu też lekko nie ma, a na dodatek moje dziecko to tegoroczny "komunista" więc biegamy na różaniec, poza tym treningi, angielski, odrabianie lekcji i kiedy wreszcie Piotrek idzie spać to ja też, nieelegancko mówiąc, "padam na pysk"... Nawet czytać nie bardzo mi się chce :(
Mam nadzieję, że to chandra i przemęczenie a nie jakaś jesienna deprecha... Ale nie o moim samopoczuciu miało być a o pewnej książce - bo jednakowoż coś tam przeczytałam ;)

Teodor Szacki jest prokuratorem w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Śródmieścia. Zajmuje się głównie przestępstwami kryminalnymi, choć szefowa od czasu do czasu oddelegowuje go do pomocy przy innych sprawach, np. narkotykach. Jego żona Weronika jest prawnikiem w Urzędzie Miasta, a córeczka Helenka uczęszcza do przedszkola. Materialnie powodzi im się średnio, bowiem prokurator Szacki należy do wymierającego gatunku uczciwych prawników, chociaż od czasu do czasu zastanawia się  jaką cenę mają jego zasady.
W sobotni czerwcowy poranek Teodor Szacki zostaje wezwany na miejsce zbrodni. W starym poklasztornym budynku odbywała się kilkudniowa terapia metodą ustawień rodzinnych prowadzona przez znanego psychoterapeutę Cezarego Rudzkiego. Uczestniczyło w niej czworo pacjentów - jeden z nich, Henryk Telak, zostaje zamordowany. Z relacji świadków wynika, że do budynku nikt nie wchodził, więc wszystko wskazuje na to, że zabójcą jest ktoś z uczestników terapii. Tymczasem nikt nie miał motywu - wszyscy (poza terapeutą) poznali denata zaledwie dzień wcześniej. I pewnie śledztwo zakończyłoby się po pewnym czasie umorzeniem, gdyby nie odnaleziony przypadkiem dyktafon ofiary...

"Uwikłanie" to pierwszy tom trylogii Zygmunta Miłoszewskiego, której głównym bohaterem jest prokurator Teodor Szacki. Książka swoją premierę miała w 2007 roku, cztery lata później ukazała sie jej kontynuacja pt. "Ziarno prawdy", natomiast kilka dni temu na półki księgarni trafił kolejny tom pt. "Gniew".

Wspominałam wyżej, że Telak brał udział w specyficznej formie terapii. Jej twórcą był Bert Hellinger, który twierdził, że tak jak dziedziczymy po przodkach cechy wyglądu, zdolności czy choroby o podłożu genetycznym, tak samo przejmujemy po nich wszelkie nierozwiązane sprawy z przeszłości, winy, zbrodnie czy cierpienie. Jesteśmy uwikłani w ten rodzinny układ i dopiero kiedy doprowadzimy do wyjaśnienia wszystkich odziedziczonych konfliktów możemy odzyskać spokój. Terapia polega na tym, że obcy ludzie biorą na siebie role członków rodziny pacjenta,  odczuwają (co najdziwniejsze) ich emocje i ustawiając się w odpowiedni sposób względem chorego pomagają mu w uwolnieniu się od demonów przeszłości. 
Szacki, początkowo sceptyczny wobec tej metody, zaczyna poszukiwać jakichś traumatycznych wydarzeń w przeszłości ofiary. Okazuje się, że ten całkiem przeciętny i nijaki mężczyzna był w przeszłości uwikłany we współpracę ze SB. Ale to tylko jeden z tropów, kiedy wydaje się, że Szacki już rozwiązał sprawę pojawiają się nowe fakty, prokurator trafia na przeszkody nie do ominięcia, a jemu samemu i jego bliskim zaczyna zagrażać realne niebezpieczeństwo.

Jednak tytułowe uwikłanie dotyczy nie tylko zamordowanego mężczyzny. Również Szacki jest uwikłany w przeróżne sytuacje - jego uczucie do Weroniki wypaliło się, czuje się znudzony codziennością, ale z powodu córeczki tkwi w związku, który go coraz bardziej męczy; daje się wciągnąć w romans z młodą dziennikarką, pomimo, że uważa taką sytuację za nieetyczną; w prowadzonych przez siebie sprawach zdarza mu się stawać po stronie oskarżonego (np. kobieta, która zamordowała znęcającego się nad nią i jej córką męża) i działać na pograniczu prawa - przykłady można by mnożyć. Bo przecież każdy z nas, o ile nie jest pustelnikiem żyjącym gdzieś w sercu lasu, tkwi w jakichś układach. Każdy z nas jest uwikłany...

Książka Zygmunta Miłoszewskiego jest dosyć mroczna, a i jej bohater nie jest świetlany. Więcej, pomimo ogłady, kultury, oczytania i niewątpliwej inteligencji Teodor Szacki zrobił na mnie wrażenie gburowatego, zadufanego w sobie, egocentrycznego typa. Trochę przypomina mi innego stróża prawa - Eberharda Mocka, bohatera serii książek Marka Krajewskiego. I, co może wydać się dziwne, podobnie jak Mocka, właściwie go lubię...

Zygmunt Miłoszewski ma niewątpliwie dużą wiedzę kryminologiczną i potrafi ją wykorzystać. Stworzona przez niego powieść wciąga od pierwszej chwili i wręcz nie sposób jej odłożyć. Autor zadbał również o realia - akcja toczy się w czerwcu 2005 roku w Warszawie i bohaterowie żyją tym co wówczas działo się w stolicy (chociażby podejrzenie zamachu bombowego w metrze i korek, który na kilka godzin sparaliżował ruch w mieście). Takie tło powieściowych wydarzeń sprawia, że bohaterowie stają się jeszcze bardziej realni i warci poznania.

Ale się rozpisałam... Kończąc serdecznie zachęcam do sięgnięcia po "Uwikłanie". To bardzo dobra książka.

niedziela, 28 września 2014

Bardzo miłe zaskoczenie

Czy zastanawialiście się kiedyś jaki jest najczęściej używany motyw we współczesnej literaturze kobiecej? Z moich czytelniczych obserwacji wynika, że duża grupa pań parających się piórem na swoje bohaterki wybiera kobiety w okolicy czterdziestego roku życia, którym owo życie się rozpada, a one otrząsają się z kłopotów i budują nową przyszłość z nowym facetem u boku. Dobrze, może się trochę wyzłośliwiam, ale coś na rzeczy jest ;)

Na okładkę książki Karoliny Kubilus "Szczęście w kolorze burgunda" trafiłam na blogu Pisaninki - rzuciła mi się w oczy, ale po przeczytaniu opisu jakoś nie wzbudziła mojego zainteresowania. Czemu? Ano temu, że wszystko tam było "typowe" dla przeciętnego babskiego czytadła...
Magda ma prawie czterdzieści lat, męża Bogusia i dwójkę nastoletnich dzieci. Ich życie jest poukładane i, co tu dużo mówić, nieco nudnawe - obydwoje pracują, od czasu do czasu spotykają się z przyjaciółmi, w domu każdy zajmuje się swoimi sprawami, a rozmowy sprowadzają się najczęściej do wymiany zdawkowych komunikatów. Jednak pewnego dnia coś się zmienia - Magda dochodzi do wniosku, że mąż ją zdradza... Nie ma co prawda żadnych wiążących dowodów, jednak zachowanie Bogusia zaczyna ją coraz bardziej irytować. O swoich problemach rozmawia z przyjaciółkami, jednak ani Majka ani Dorka nie są w stanie jej pomóc. Pierwsza zmaga się z zazdrosnym mężem, który w każdym znajomym żony widzi jej potencjalnego kochanka, druga, której mąż pracuje i mieszka za granicą, podejmuje decyzję o wyjeździe całej rodziny do Anglii. A jakby tego było mało Magda zaczyna dostawać SMS-y od jakiegoś tajemniczego wielbiciela.

Na sami przyznajcie czytadło jak nic... I pewnie bym po tę książkę nie sięgnęła jeszcze długo (albo i wcale) gdyby nie okoliczności rodzinne, które sprawiły, że szukałam czegoś lekkiego na poprawę nastroju. I tak oto w moje ręce wpadła książka Karoliny Kubilus, a ja zaliczyłam miłe zaskoczenie przy jej lekturze. I będę teraz rekomendować kobiecą literaturę. A co!

Po pierwsze - niech nikt się nie sugeruje rozlewiskopodobną okładką, bowiem ma się ona do treści jak przysłowiowa pięść do nosa... Akcja powieści rozpoczyna się w sylwestra a kończy na przełomie lutego i marca, rzecz dzieje się w jakimś mieście bardziej na północy niż południu Polski oraz w Zakopanem (dzieci mają ferie, więc trzeba z nimi gdzieś wyjechać), a jeśli chodzi o tytułowy trunek to Magda marzy o "kąpieli w toni burgunda" a nie o jego degustacji. Tak, że okładka może i "słitaśna", ale całkiem od czapy.

Po drugie bohaterki - autorka stworzyła bardzo wiarygodne postacie, zróżnicowane, z wadami i zaletami, takie, w których czytelniczki mają szansę odnaleźć cząstkę siebie. Magda i jej przyjaciółki nie są jednoznaczne, ich zachowanie niejednokrotnie zaskakuje - powiem szczerze, że  w dalszym ciągu (pomimo, że książkę skończyłam czytać już kilka dni temu) nie potrafię sie zdecydować czy lubię tę Magdę czy nie.

Po trzecie - nieszablonowe rozwiązanie intrygi. Podczas lektury starałam się zgadnąć jak się książka skończy i nie udało mi się to. Tak, że pewnie zdradzę za dużo, ale oświadczam uroczyście, że nie ma co liczyć na typowe zakończenie ;)

Po czwarte - przecudnej urody teściowie Magdy. To znaczy nie chodzi mi o ich wygląd, ale o całokształt. Szanowna mamusia to kwintesencja teściowej z dowcipów: ciekawska, bywa że nietaktowna, zakochana w swoim synusiu, tolerująca synową, udzielająca zbawiennych rad na każdy temat, kiedy trzeba nieporadna, ale równocześnie terroryzująca najbliższych, gadatliwa i denerwująca. I pomimo tego wszystkiego budząca sympatię. Dla odmiany teść, czule przez żonę zwany Kazieńkiem to typ małomówny, spokojny, nieco safandułowaty, zdominowany przez rezolutną małżonkę - podświadomie czekałam, kiedy ryknie niczym Felicjan Dulski  "A niech was wszyscy diabli!". Czy ryknął? A tego już nie zdradzę, dowiecie się kiedy przeczytacie książkę.

Po piąte - książka napisana jest po polsku. To nie żart - czytając niektóre dzieła rodzimej literatury włos się jeży na głowie, nawet osobie słabiej obeznanej z zawiłościami polskiej gramatyki. Tymczasem tutaj mamy powieść poprawną stylistycznie, w której znajdziemy co prawda elementy mowy potocznej, ale głównie w dialogach, natomiast narracja prowadzona jest w literackiej polszczyźnie.

Owszem ma ta powieść i słabsze momenty - chociażby rozwiązanie konfliktu pomiędzy Majką i jej mężem jest mocno naciągane, ale generalnie jest to całkiem niezła książka. Jak znalazł na coraz dłuższe jesienne wieczory.


poniedziałek, 22 września 2014

Życie noblisty nie jest usłane różami...

Co roku na przełomie września i października wielbicieli słowa pisanego na całym świecie elektryzuje jedno pytanie - kto zostanie uhonorowany Literacką Nagrodą Nobla. Podobnie było 18 lat temu - padały różne nazwiska, robiono zakłady, licytowano się osiągnięciami poszczególnych kandydatów, aż wreszcie 3 października 1996 roku wszystko stało się jasne - najbardziej prestiżową literacką nagrodę otrzymała polska poetka Wisława Szymborska.
Przyznam, że wówczas z jednej strony ogarnęła mnie radość i duma, bo tych polskich noblistów nie ma znów tak wielu, ale równocześnie byłam mocno skonsternowana, bowiem poza dwoma utworami poetki znanymi mi jeszcze z czasów szkoły podstawowej ("Gawęda o miłości ziemi ojczystej" oraz "Minuta ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej") nie byłam w stanie przypomnieć sobie żadnego innego tytułu... Nawet pomijając fakt, że współczesna poezja to raczej nie moja bajka, zdecydowanie nie było się czym chwalić, więc w kolejnych latach starałam się nadrobić to literackie niedopatrzenie.
Jednak lektura wierszy to trochę za mało aby poznać ich autora, zaś pani Wisława Szymborska dosyć dokładnie strzegła swojej prywatności, jeśli tylko mogła to unikała kontaktów z dziennikarzami, a wreszcie zatrudniła sekretarza, który miał skutecznie bronić ją przed skutkami "ponoblowskiej gorączki", która to przypadłość ogarnęła wówczas dużą część Polaków.
Na całe szczęście znalazły się jednak dwie dziennikarki, które nie ulękły sie niechęci poetki do przedstawicieli swojej profesji, i kórym udało się namówić panią Wisławę na wspominki - Anna Bikont i Joanna Szczęsna opulikowały w 1997 roku biografię noblistki pt. "Wisławy Szymborskiej pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny". Wówczas nie udało mi się tej książki przeczytać, ale okazało się, że nic straconego, bowiem dwa lata temu światło dzienne ujrzały "Pamiątkowe rupiecie" będące znacznie poszerzoną i uaktualnioną wersją wspomnianej wcześniej książki.

Biografia to fakty z życia, daty, miejsca, ludzie - i to wszystko w tej książce oczywiście jest. Jednak tym co odróżnia dobrą biografię od przeciętnej jest w moim mniemaniu to, w jaki sposób autor przedstawia swojego bohatera, jak pisze o jego zainteresowaniach, charakterze, wadach i zaletach - najprościej mówiąc, czy czytając poznaje się człowieka, czy tylko poszerzony opis z encyklopedii. I w tym wypadku uważam, że autorki "Pamiątkowych rupieci" stanęły na wysokości zadania.
Przewracają kolejne karty książki poznajemy najpierw panienkę z tzw. "dobrego domu", silnie związaną z rodzicami i siostrą, później młodą poetkę i dziennikarkę żyjącą w literackiej komunie, jaką był dom przy ulicy Krupniczej 22 w Krakowie (mieszkali tam m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Sławomir Mrożek, Tadeusz Różewicz a częstym gościem bywał Czesław Miłosz), wreszcie dojrzałą autorkę pięknych, niezwykle oszczędnych, wielokrotnie przerabianych, dopracowanych do ostatniej kropki wierszy.
Przy całym swoim talencie i sławie jaka stała się jej udziałem pozostała Szymborska osobą nieśmiałą, zdystansowaną, świetną obserwatorką otaczającego ją świata, czarującą subtelnym poczuciem humoru, uwielbiającą literackie improwizacje, pomysłodawczynią nowych "gatunków" literackich (chociażby tzw. lepieje czy moskaliki). Ale to tylko jedna strona medalu - ta eteryczna i uduchowiona osoba uwielbiała krwawe horrory, paliła jak smok i z każdej podróży przywoziła masę kiczowatych pamiątek (im większy bohomaz tym lepiej), którymi uszczęśliwiała potem swoich przyjaciół.

W miarę spokojne i ustabilizowane życie poetki skończyło się wraz z otrzymaniem Nobla. I nie chodzi tu tylko o prawdziwy najazd dziennikarzy i rozmaitych petentów chcących dopomóc w wydawaniu pieniędzy, które wiążą się z tą nagrodą. Otóż niemal natychmiast pojawiły się głosy, że nagroda się Szymborskiej nie należy i że powinien ją dostać Zbigniew Herbert - tak jakby sama zainteresowana miała jakiś wpływ na komisję decydującą o tym kto zostanie uhonorowany. Pojawiły się również głosy zarzucające poetce komunistyczną przeszłość - Szymborska nigdy nie kryła, że tuż po wojnie wstąpiła do partii, że zdarzyło się jej złożyć podpis pod pewnymi niechlubnymi dokumentami (chociażby potępienie krakowskich księży osądzonych w sfingowanym procesie), jednak później kiedy dotarły do jej świadomości błędy systemu oddała legitymację partyjną i już nigdy nie dała się wciągnąć do żadnej organizacji politycznej. Niektóre środowiska krytykowały ją za brak poparcia dla Solidarności, za dystansowanie się od Kościoła, za to, że w czasie wojny nie należała do ruchu oporu - zarzuty można by mnożyć. Można powiedzieć, że w chwili kiedy Szymborska dostała nagrodę otoczyło ją nasze "polskie piekiełko"...

Autorki książki konsultowały ją z Wisławą Szymborską, a końcowe strony z jej sekretarzem panem Michałem Rusinkiem. W książce znajdzie czytelnik wiele fragmentów wierszy i felietonów, które ilustrują i świetnie dopełniają kolejne fakty z życia poetki oraz bogaty materiał fotograficzny pochodzący ze zbiorów samej zainteresowanej, a także jej przyjaciół i znajomych. Sporo miejsca zajmują również wspomnienia owych znajomych, jak również osób, z którymi Szymborska zetknęła się zawodowo.

"Pamiątkowe rupiecie" to co prawda (jeśli brać pod uwagę jej gabaryty) ogromna księga, ale zapewniam, że czyta się ją bardzo dobrze. Uważam, że jest to jedna z lepiej napisanych biografii jakie zdarzyło mi się czytać, dlatego też serdecznie ją polecam. I to nie tylko osobom zajmującym się historią literatury polskiej.

sobota, 13 września 2014

Czego pozbawił nas Arkady Fiedler

Podejrzewam, że niewiele się pomylę twierdząc, że niemal wszystkie polskie dzieciaki, nawet te mające bardzo nikłe pojęcie o geografii, słyszały o Madagaskarze. Stało sie to oczywiście za przyczyną popularnego filmu o zwierzakach z nowojorskiego ZOO, które przypadkiem trafiają na tę afrykańską wyspę, wprost w świat lemurów rządzonych przez ekscentrycznego króla Juliana.
  
Madagaskar to jedno z tych miejsc, które przyciąga tajemniczością, egzotyką, piekną, choć już nieco przetrzebioną, przyrodą, a przez to staje wymarzonym celem wyprawy. Niewielu jednak udaje się ten cel osiągnąć, bo to nie najtańsza wyprawa, a i logistyka pozostawia wiele do życzenia...
Tak więc pewien młody, fantazjujący o wyprawie na Madagaskar absolwent romanistyki miał ogromne szczęście, bowiem udało mu się spełnić to marzenie i nie zostać przy okazji bankrutem. Tomasz Owsiany, bo o nim mowa, został zatrudniony jako nauczyciel francuskiego w szkole prowadzonej przez polskich misjonarzy w miejscowości Mampikony, leżącej w północnej części wyspy. Przez dziewięć miesięcy pracował z młodymi Malgaszami, poznawał ich kulturę, zwyczaje i wierzenia, oglądał malgaskie wsie i miasteczka i chłonął dziką przyrodę i piękno kraju.
Madagaskar, który wyłania się z książki to kraj ogromnych kontrastów - piękna przyroda stanowiąca sama w sobie atrakcję turystyczną, bogactwa mineralne, ogromne ilości cennych gatunków drewna, mnóstwo przypraw w najlepszym gatunku powinny sprawić, że wyspa będzie jednym z najbogatszych państw w Afryce. Tymczasem jest to jedno z najbiedniejszych miejsc na świecie, przeżarte korupcją, zacofane nawet w stosunku do swoich słabo rozwiniętych sąsiadów. Madagaskar przez wiele dziesięcioleci był dominium francuskim - Europejczycy zagospodarowali przede wszystkim wybrzeża wyspy, natomiast wnętrze kraju pozostało stosunkowo słabo ucywilizowane i do dnia dzisiejszego żyjący tam ludzie postępują według odwiecznej tradycji.
Autor książki to dla Malgaszów człowiek z zewnątrz, biały, a więc stojący wyżej w hierarchii, bogaty (nawet jeśli w kieszeni ma tylko kilkaset ariów) i... trochę naiwny, więc trzeba go wykorzystać. Podobnie zresztą mieszkańcy Mampikony traktują misjonarzy, którzy żyją i pracują wśród nich od wielu lat - biały to "dojna krowa", którą trzeba jak najlepiej wykorzystać. Malgaszów zepsuły czasy kolonialne, a także współcześni turyści traktujący ich jak ciekawostkę przyrodniczą, jak małpkę w ZOO, której trzeba dać cukierka, bo pomachała do nas łapką. Mieszkańcy Mampikony (a przynajmniej duża ich część) nie widzą więc nic zdrożnego w żebraninie, wyłudzaniu pieniędzy czy drobnych kradzieżach - przecież muszą z czegoś żyć. Równocześnie to ludzie serdeczni i przyjaźnie nastawieni do świata, pogodni pomimo ogromnej biedy, powolni, trochę leniwi i prostoduszni. Jeśli uda im się coś uzyskać od wazahy (to określenie białego człowieka) cieszą się, jeśli nie - nie obrażają się, a za jakiś czas próbują ponownie...

Nie chciałabym, żeby ktoś odniósł wrażenie, że Tomasz Owsiany uprawia krytykanctwo i zachowuje się jak biały kolonizator. Autor opisuje rzeczywistość w której przyszło mu żyć, punktuje różnice kulturowe, które mogą wpływać na nasz osąd tamtejszych stosunków i, co szczególnie ważne, stara sie być bezstronnym i nie oceniać Malgaszów według europejskich standardów.

Jak wszystkie książki z serii "Poznaj świat" tak i ta urzeka starannym wydaniem i bogatą szatą graficzną. Jeśli dodamy do tego ciekawy styl autora, który z opisu samotnego drzewa potrafi stworzyć literacką perełkę to możemy być pewni, że w nasze ręce trafi ciekawa i ekscytująca lektura. Warto po nią sięgnąć, bo Madagaskar to fascynujące miejsce, nawet bez Juliana, pingwinów i całej reszty filmowej ferajny...

Ach, i jeszcze na koniec wyjaśnienie tytułu tego tekstu - otóż w 1937 roku Arkady Fiedler, wybitny pisarz i podróżnik przebywał na Madagaskarze z pewną tajną misją. Miał mianowicie sprawdzić, czy wyspa nadawałaby sie na polską kolonię. Niestety, niespecjalnie wywiązał sie z tego zadania, obejrzał sobie jedynie niewielki fragment kraju (jeden z niewielu zupełnie nieatrakcyjnych) i na jego podstawie stwierdził, że szkoda zachodu. I dzięki temu nie zostaliśmy mocarstwem kolonialnym...

Książkę przeczytałam dzięki