niedziela, 14 sierpnia 2011

Jak dwaj bracia nie chcieli się władzą dzielić

Znacie pewnie to powiedzenie - historia lubi się powtarzać?
O takiej "powtórce z historii" traktuje kolejny tom "Dziejów Polski" Józefa Ignacego Kraszewskiego. "Królewscy synowie" to historia konfliktu pomiędzy Zbigniewem i Bolesławem synami księcia Władysława Hermana. A dlaczego "powtórka z historii"? Otóż kilkanaście lat wcześniej podobny konflikt zaistniał pomiędzy Bezprymem i Mieszkiem, synami Bolesława Chrobrego (wspomina o nim Kraszewski w "Braciach zmartwychwstańcach " i "Masławie"). Można by zadać pytanie - czy nasi władcy z rodu Piastów nie potrafili wyciągać wniosków z dawniejszych wydarzeń? Cóż, pewnie potrafili tyle tylko, że Władysław Herman wiążąc się z matką Zbigniewa (pochodzącą najpewniej z rycerskiego rodu, jednak sporo poniżej godności książęcej) chyba nawet w najśmielszych snach nie wymarzył sobie tego co stało się jego udziałem. Władysław był młodszym bratem Bolesława Śmiałego. Król był w pełni sił, miał syna i spadkobiercę, teoretycznie mógł mieć jeszcze kilku innych potomków więc młodszy brat nie miał żadnych widoków na koronę. Wszystko zmieniło się po śmierci biskupa Stanisława - Bolesław udał się na wygnanie, gdzie zmarł. Jego syn Mieszko przeżył ojca tylko o kilka lat pozostawiając Władysława Hermana jedynym spadkobiercą. A jako władca musiał nowy książę zadbać o sukcesję tronu. Oddalił więc matkę Zbigniewa (z którą wg niektórych opinii nie łączył go nawet oficjalny ślub), syna odesłał do klasztoru gdzieś w Niemczech a sam pojął za żonę czeską księżniczkę Judytę - matkę Bolesława Krzywoustego.
Herman to jeden z najgorszych naszych władców - nieudolny, zgnuśniały - był właściwie figurantem na tronie a krajem rządził palatyn Sieciech i księżna Judyta Maria - kolejna żona Władysława (Judyta czeska zmarła kiedy jej syn Bolesław miał zaledwie kilka miesięcy).

Akcja powieści rozpoczyna się w roku 1093, kiedy część rycerstwa buntując się przeciw wszechwładzy Sieciecha odnajduje w niemieckim klasztorze Zbigniewa i przywozi go do Polski z żądaniem uznania jego prawa do tronu. Rozpoczyna to długotrwały konflikt - początkowo Zbigniew i Bolesław współpracują (aczkolwiek bardzo niechętnie) przeciwko Sieciechowi ale po jego wygnaniu nietrwały sojusz się rozpada i zaczyna się walka o władzę nad państwem.
Kraszewski przedstawia młodych książąt jako dwie skrajności. Po jednej stronie mamy Bolesława - wymarzonego następcę tronu. Inteligentny, prawy, odważny aż do brawury, sprawiedliwy i wzorcowy wręcz patriota (chociaż w XI wieku pewnie tego określenia jeszcze nie znano). Jego oponent jest człowiekiem małostkowym, gnuśnym, gotowym na każdą podłość aby tylko postawić na swoim - nawet na zdradę kraju. Autor opiera się głównie o kronikę Galla Anonima, który jak pewnie większość wie, tworzył swoje dzieło na dworze Krzywoustego właśnie. Siłą rzeczy obraz władcy wychodzący spod pióra uczonego Gala był nieco wyidealizowany a i Zbigniew mógł być przedstawiony gorzej niż w rzeczywistości. Chociaż z drugiej strony Krzywousty to jeden z wybitniejszych Piastów na polskim tronie a Zbigniew faktycznie szukał pomocy przeciw bratu u obcych...

Oprócz warstwy fabularnej Kraszewski maluje obraz społeczeństwa polskiego na przełomie XI i XII wieku, opisuje wzrost znaczenia rycerstwa, które zaczyna być siłą sprawczą w państwie i władca musi się liczyć ze zdaniem swoich poddanych.  Podkreśla również ogromny autorytet jakim cieszy się duchowieństwo w Polsce średniowiecznej.
Pomimo dosyć znacznej objętości pochłonęłam tę powieść w kilka wieczorów - akcja wciąga i trzyma w napięciu - nawet jeśli się wie jaki był finał braterskiego konfliktu...

TOP10 - z kim na kawę?


TOP10- jest  to akcja polegająca na robieniu cotygodniowych rankingów maści wszelakiej mająca na celu umożliwienie poznania blogera

Dzisiejszym tematem jest:Dziesięciu pisarzy, z którymi chciałabym wybrać się na kawę!
/przy założeniu: 5 żyjących + 5 wymagających... wskrzeszenia :)/

Kolejna 10-tka... I chyba nawet trudniejsza niż ta z poprzedniego tygodnia. O ile z piątką przebywającą już na lepszym ze światów wielkiego problemu nie było (przepraszam tylko duchy Sienkiewicza i Maya...) o tyle z piątką "żywą" miałam sporo kłopotu. W końcu spośród wielu osób wybrałam te z którymi byłoby chyba najtrudniej się spotkać - głównie z powodu bariery geograficzno-językowej. Poza zestawieniem znalazły się osoby, które bardzo sobie cenię, ale z którymi udało mi się już (przynajmniej wirtualnie) porozmawiać - Katarzyna Michalak, Małgorzata Gutowska-Adamczyk, Maciej Grabowski i Mariusz Szczygieł.

Ale dosyć tego wstępu. Oto osoby z którymi chętnie wypiłabym kawę, herbatę, sok, lampkę dobrego wina a nawet wodę z kałuży jeśli literat miałby taką akurat gastronomiczną zachciankę;)
Kolejność alfabetyczna.

Jeffrey Archer - wiele już lat temu obejrzałam film "Kane i Abel" ze wspaniałymi rolami Petera Straussa i Sama Neilla. Kiedy dowiedziałam się, że jest to ekranizacja powieści pod tym samym tytułem szybciutko wypożyczyłam rzeczoną książkę z biblioteki i zauroczył mnie styl pisania sir Jeffreya. Mam w domu większość jego książek i często do nich wracam.
Przy herbacie (nie wyobrażam sobie brytyjskiego arystokraty z kawą) porozmawialibyśmy między innymi o polskich akcentach w twórczości Archera oraz o tym skąd czerpie pomysły do swoich powieści.

Jane Austen - podobnie jak w przypadku Jeffreya Archera pierwsze spotkanie z Jane Austen było filmowe - wiele osób pamięta zapewne Colina Firtha jako pana Darcy'ego w ekranizacji "Dumy i uprzedzenia". Mam w domu wszystkie książki tej autorki i też co jakiś czas po nie sięgam.
Przy herbacie porozmawiałybyśmy pewnie o życiu, miłości, przyjaźni... Takie tam babskie ploty...

Wojciech Cejrowski - przyznaję, przez baaardzo długi czas uważałam, że to oszołom, ksenofob i ogólnie nieciekawy typ. Kiedy zmieniłam zdanie? Kiedy przez przypadek wzięłam w ręce jego "Rio Anaconda". Niesamowita lektura, podobnie jak "Gringo wśród dzikich plemion". Pisze o swoich podróżach tak, że czytelnik po prostu widzi to o czym czyta. A jakie cudowne zdjęcia robi...
Ulubionym napojem pana WC jest yerba mate, więc przy czareczce tego napoju porozmawialibyśmy (no raczej to chyba monolog by był a ja bym słuchała z otwartą buzią) o podróżach, dzikich plemionach oraz o muzyce country - wszak Wojciech Cejrowski jest jednym z twórców pikniku w Mrągowie.

Joanna Chmielewska - przedstawiać nikomu nie trzeba - pierwsza dama polskiego kryminału. Widziałam kilka wywiadów z panią Joanną - gejzer energii, niesamowite poczucie humoru, dystans do swojej sławnej, było nie było, osoby. Jakoś nie wyobrażam sobie narzucania pani Joannie tematów do dyskusji - pogadałybyśmy przy kawie i w kłębach papierosowego dymu (mam nadzieję, że udałoby się spotkać gdzieś na powietrzu) o tym o czym Chmielewska miałaby ochotę dyskutować...

Clive Cussler - zastanawiałam się, którego z autorów powieści sensacyjnych wybrać - Clancy'ego czy Cusslera - padło na tego ostatniego. Pisarz prowadził i nadal prowadzi bardzo ciekawe życie, założył Narodową Agencję Badań Podwodnych i Morskich (NUMA) której pracownikiem jest jego najpopularniejszy bohater - Dirk Pitt.
Bardzo chętnie posłuchałabym opowieści o działalności tej agencji, o wyprawach poszukiwawczych na dna mórz i oceanów oraz o podróżach autora do różnych zakątków świata. Ale i o planach pisarskich na najbliższy czas chętnie bym porozmawiała nad filiżanką aromatycznej kawy...

Konstanty Ildefons Gałczyński - jedyny poeta w tym zestawie, chociaż sporo poezji czytuję - głównie okres międzywojenny, ale i bardziej współczesną też. Gałczyńskiego kocham za jego poematy, pieśni, humorystyczne wierszyki, "Zieloną Gęś" - generalnie za wszystko. To chyba najbardziej krakowski z naszych poetów a to miasto moje ulubione (poza okresem wakacyjnym) więc Kraków jako temat rozmowy byłby idealny.
A przy kieliszeczku czegoś mocniejszego pewnie zrobilibyśmy psychoanalizę Hermenegildy Kociubińskiej;)

Kornel Makuszyński - to jeden z pisarzy mojego dzieciństwa. Przeczytałam większość jego książek, sporo mam w domu. Uwielbiam jego styl i poczucie humoru. Przyznam, że jeżeli zdarzy mi się być w Zakopanym to staram się wygospodarować czas i odwiedzić grób Makuszyńskiego na Pęksowym Brzysku i zapalić świeczkę jednemu z moich ulubionych autorów.
A porozmawiać chciałabym z nim o okresie XX-lecia międzywojennego, o ludziach których znał, z którymi się przyjaźnił a ja znam z tomików wierszy, powieści, obrazów i muzyki. Witkacy, Szymanowski, Tuwim, Pawlikowska i Samozwaniec to tylko niektórzy z artystów o których chętnie bym sobie z panem Kornelem poplotkowała.

Lucy Maud Montgomery - nie mogło zabraknąć w tym zestawieniu autorki książek o Ani z Zielonego Wzgórza, Emilce ze Srebrnego Nowiu, Jance ze Wzgórza Latarni, Joannie z Błękitnego Zamku i wielu jeszcze innych dziewczętach, których przygodami zaczytywałam się jako dziecko, nastolatka i dorosła kobieta. Ten niepowtarzalny urok, bliskie sercu bohaterki, wzruszające ale i pełne humoru sceny - nie da się porównać chyba z niczym opowieści snutych przez tę kanadyjską nauczycielkę i żonę pastora.
I myślę, że na temat tych ciągle chętnie czytanych książek byśmy sobie pogawędziły nad herbatką i biszkoptami według przepisu Ani Shirley (ale bez dodatku kropli walerianowych).

Terry Pratchett- ten akurat pisarz to takie moje prywatne odkrycie ostatnich tygodni. Wiem, że zaraz mnie pewnie zakrzyczycie, że jak to nie znam jednego z najsłynniejszych autorów ostatnich lat i gdzie ja się chowałam, itp.
Przyznaję się - do zeszłego roku nie miałam nawet bladego pojęcia o jego istnieniu... dopiero po rejestracji na Biblionetce okazało się, że to wręcz kultowa postać jest. Przeczytałam dopiero jedną książkę "Kolor magii" i mam "Blask fantastyczny" na ebooku - ale już widzę, że to będzie przyjaźń na długie lata...
O czym byśmy rozmawiali? biorąc pod uwagę wyobraźnię tego pana to pewnie tematów by nam nie zabrakło, gorzej z czasem;)

ks. Józef Tischner - siostra mojej mamy mieszka w Nowym Targu i tak się złożyło, że jej syn a mój kuzyn znał księdza Tischnera osobiście. Zazdrościłam mu tej znajomości jak chyba niczego na świecie. Uważam, że był to jeden z najmądrzejszych ludzi ostatnich lat. Erudyta, który potrafił w prosty sposób wyjaśniać skomplikowane problemy religijne i filozoficzne a przy tym niesamowicie ciepły i przyjazny człowiek.
Z księdzem Tischnerem pewnie i o mądrych rzeczach by się pogwarzyło ale również o górach, dolinach i całej tatrzańskiej przyrodzie. O ludziach, rzeczach, pojęciach... O życiu po prostu...

piątek, 12 sierpnia 2011

Nowy stos i Kraków w sezonie turystycznym

Mój pan listonosz powinien dostać jakiś dodatek funkcyjny za noszenie moich przesyłek - w tym tygodniu codziennie coś przybywało:)


Udało mi się zrobić zdjęcie plenerowe - na balustradzie balkonu. Oto co i od kogo przywędrowało:

  • "Nie zawrócę" J. Guse - wygrana na blogu Niedopisanie - po przeczytaniu powędruje dalej, więc spodziewajcie się losowania tej książki w niedługim czasie.
  • "Sklepik z niespodzianką. Bogusia" K. Michalak - zakup na Targu z książkami
  • "Afery i skandale Drugiej Rzeczpospolitej" S. Koper - wymiana na LC
  • "Operacja Przystań Charona" J. Du Brul - do recenzji od Kanapy
  • "Snajper. Opowieść komandosa SEAL Team Six" H.E. Wasdin, S. Templin - do recenzji od Znak Litera Nova.
**********************************************************************************

Od kilku tygodni sytuacja (choroba mojej mamy) zmusza mnie do częstego bywania w mieście wojewódzkim Krakowie. Tak się jakoś udawało, że jeździłam tam zawsze z jakąś zmotoryzowaną osobą i omijała mnie przyjemność spaceru przez miasto. Niestety we wtorek szczęście się ode mnie odwróciło i musiałam jechać busem. Sama podróż w porządku, ale kiedy już dotarłam do Krakowa... 
Nie wiem co mi mózg zaćmiło, bo przecież wiem jak wygląda miasto w sezonie turystycznym, dość na tym, że nie tylko udałam się do szpitala "na butach" (nie ma daleko) ale jeszcze jak wzorcowa kretynka ruszyłam Floriańską do Rynku. Ta Floriańska i Rynek były mi potrzebne jak psu piąta noga - spokojnie mogłam przejść Plantami, no ale jak już wlazłam w ten tłum to nie chciało mi się wracać. Kocham gród podwawelski miłością wielką - przez cały rok z wyjątkiem wakacji, kiedy zadeptuje go turystyczna stonka, kiedy co parę metrów napadają na mnie wyszczerzone panienki namawiając na odwiedzenie restauracji, przejażdżkę meleksem dokoła rynku czy darmową konsultację na temat makijażu - ta ostatnia to jakaś ślepota była, bo ja się z zasady nie maluję i widać po moim obliczu, że kosmetyków upiększających nie używam czyli jej gadanie to tylko strata czasu...
Ze szpitala odebrał mnie na szczęście brat więc oszczędziłam sobie drogi do dworca.

Wczoraj, tj. we czwartek znów wybraliśmy się do województwa ale to już wyprawa rodzinna była że tak powiem - bo moje chłopaki też ze mną pojechały. Po zaliczeniu pierwszego punktu programu czyli Szpitala im. J. Dietla udaliśmy się z Młodym na Rynek - trudno, niech dziecko zobaczy jak ma dobrze, że się na wsi w spokoju i ciszy wychowuje... Mieliśmy iść do Mariackiego, ale kolejka do wejścia zdecydowanie nas odstraszyła, przeszliśmy się po Sukiennicach, przysiedliśmy chwilę na fontannie (ale to dosłownie chwilę, bo zapach chloru był nie do wytrzymania), obejrzeliśmy występ klauna i tyle turystyki...
A to kilka zdjęć z wyjazdu:
Fontanna Chlorianka

Klaunów dwóch...

Bańki mydlane z bańkomatu

Bez McDonald'sa wyjazd się nie liczy...

Zakupy w Galerii Krakowskiej - za trzy tygodnie zaczyna się szkoła...

środa, 10 sierpnia 2011

Trzydziestolatka na autostradzie

Staram się nie czytać opinii na temat książek o których wiem, że w najbliższym czasie wpadną w moje ręce. Tak więc z "włóczykijkowymi" recenzjami zapoznaje się dopiero po tym jak sama daną książkę przeczytam. Tak też było w przypadku "Kary" której autorką jest Maja Wolny. Książka trochę poleżała na półce, bo czas był niezbyt sprzyjający lekturze, ale parę dni temu zebrałam sie w sobie, wzięłam książkę w ręce i... po kilku godzinach odłożyłam przeczytaną w całości. Od razu zdradzę, że lektura dostarczyła mi masę pozytywnych wrażeń, pomimo, że książka do szczególnie optymistycznych się nie zalicza...

Bohaterka i zarazem narratorka to Karolina - z urodzenia krakowianka, z wyboru mieszkanka Brukseli, żona wykładowcy uniwersyteckiego Jana i matka kilkuletniej Toni. Książka to właściwie zapis wspomnień i refleksji Karoliny snutych nocą 30 listopada 2006 roku w czasie podróży międzynarodową trasą E4. Data ma swoje znaczenie - ten dzień to 30 urodziny Kary - magiczna data w życiu każdej kobiety, skłaniająca do pewnych podsumowań i rozrachunków z przeszłością.
Kara pochodzi z przeciętnej rodziny, jest jedynaczką. W czasie studiów w ramach programu Erasmus wyjeżdża na półroczne stypendium do Belgii. Jednym z wykładowców jest pochodzący z polsko-belgijskiej rodziny Jan. Już pierwsze zetknięcie profesora i studentki owocuje wzajemną fascynacją, po niedługim czasie Jan i Kara pobierają się a na świat przychodzi Tonia. Mogłoby się wydawać, że to banalna historia jakich wiele - nic bardziej błędnego. Szybko okazuje się, że związek z Janem będzie dla Karoliny pasmem trudów i wyrzeczeń. Powoli poznaje historię jego rodziców, ich toksyczne relacje, oraz destrukcyjny wpływ jaki wywierała i nadal wywiera na Jana jego matka. Teściowa nienawidzi Karoliny i nie kryje się z tym uczuciem. Kara nie ma się za bardzo na kim oprzeć - rodzice są w oddalonym o setki kilometrów Krakowie a Jan nieoczekiwanie zapada na zdrowiu...

Tak jak napisałam na początku książka bardzo miło mnie zaskoczyła, tym bardziej, że (jeśli dobrze sprawdziłam) jest to literacki debiut autorki. Przemyślana i spójna historia, prosty język, ciekawie zarysowane postacie bohaterów to niewątpliwie atuty tej książki. Maja Wolny, która jest rówieśniczką swojej bohaterki jest niezwykle wiarygodna - widać, że autorka ma już jakiś bagaż doświadczeń i wie o czym pisze. A Kara to zwykła kobieta jakich wiele mijamy codziennie w swoim życiu i z którą prawie każda z nas kobiet, mających za sobą ową graniczną trzydziestkę może się w mniejszym lub większym stopniu identyfikować, nie ważne czy  będziemy żyć w Brukseli, Krakowie czy Pcimiu Dolnym.

Czy książka powinna dalej wędrować? Moim zdaniem tak, bo to materiał do wielu poważnych przemyśleń - również nad sobą. 

I tylko na marginesie chciałam się podzielić pewną moją obserwacją. Kiedy już przeczytałam książkę i napisałam sobie szkic tej recenzji to zerknęłam na opinie innych blogerów i zauważyłam pewną prawidłowość - osoby młodsze były bardziej krytyczne wobec książki w ogóle a głównej bohaterki w szczególe natomiast te "mniej młodsze" mają zdanie podobne do mojego. I taki mi się wniosek nasunął, że to jedna z tych książek, których się nie doceni nie mając pewnego bagażu życiowych doświadczeń...

Książka przeczytana w ramach akcji "Włóczykijka" 
przekazana przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Podróże w czasie po nowemu

Książkę "Krawędź czasu" Krzysztofa Piskorskiego przeczytałam już jakiś czas temu i... nie bardzo wiedziałam jak ją ocenić... Prawdę mówiąc dalej nie bardzo wiem, ale ponieważ kilka dni temu książka powędrowała do nowego właściciela więc zmobilizowałam sie , czego efektem jest poniższy tekst.

Akcja powieści toczy się w drugiej połowie XIX wieku w jakimś polskim mieście pod zaborem rosyjskim (stawiałabym na zagłębie śląsko-dąbrowskie, ale to tylko moje domysły) oraz w tajemniczym "miejscu poza czasem". Do tego pozaczasowego świata przez przypadek (czy aby na pewno?) trafia Maksym - wychowanek domu dziecka, ciągle w drodze, szukający mocnych wrażeń i swoich korzeni. Maksym szybko orientuje się, że miejsce do którego trafił jest dziwne - nikt go nie zauważa, ludzie trwają jakby zawieszeni w czasie, w kółko powtarzając te same gesty i słowa. Maksym dociera do księżnej Emilii, która może mu nieco rozjaśnić sytuację i opowiedzieć o przestrzeni która ich otacza - stworzył ją jej zaginiony mąż a ona mu w tym pomagała. Miał to być świat wolny od trosk, chorób i biedy a jego mieszkańcy zastygli w "momentach" - szczęśliwych chwilach. Niestety miastu na krawędzi czasu grozi zagłada - tajemnicza substancja "mechan" rozrasta się i zajmuje coraz większe tereny.
Równocześnie z historią Maksa śledzimy losy innego człowieka - tajemniczy nieznajomy, który pojawił się nagle na brudnej ulicy XIX-wiecznego miasta jest straszliwie poraniony, nie pamięta kim jest ani skąd pochodzi. W przytułku otrzymuje nowe nazwisko - Franciszek Znajda. Franek, podobnie jak Maksym szuka własnej tożsamości, szuka swojej przeszłości...

Nie chwaląc się dosyć szybko wymyśliłam (jak się okazało słusznie) jaka relacja zachodzi pomiędzy Maksymem a Frankiem - ale to była jedyna rzecz, którą udało mi się przewidzieć... Autor ciągle zaskakuje czytelnika nowymi pomysłami, nie pozwala na chwile nieuwagi. I co najważniejsze tworzy zupełnie nowy obraz podróży w czasie - wątku jakby nie było mocno wyeksploatowanego w literaturze fantastycznej. Krzysztofowi Piskorskiemu należy się w tym miejscu głęboki ukłon.
Dlaczego wiec miałam kłopoty z oceną? A dlatego, że autor ważną częścią fabuły uczynił kabałę. Zasadniczo wiem co to jest, ale jakoś nigdy nie czułam specjalnej konieczności zgłębiania tej modnej ostatnio mistyczno-filozoficznej szkoły. I niestety muszę przyznać, że z trudem przepychałam się przez te kabałowe fragmenty. :(

Reasumując - ciekawy pomysł, dobrze prowadzona akcja, oryginalni bohaterowie, czyli sama radość dla czytelnika tylko ta mistyka...
A niech tam - plusy przeważają - polecam i to nie tylko wielbicielom steampunku...

niedziela, 7 sierpnia 2011

Jak król z biskupem o władzę walczył

O konflikcie pomiędzy królem Bolesławem Śmiałym a biskupem Stanisławem ze Szczepanowa słyszał każdy kto choć trochę uważał na lekcjach historii. Kto był bardziej uważny i ma przy okazji dobra pamięć będzie zapewne wiedział, że w tym samym czasie podobny konflikt toczył się na linii papież Grzegorz VII - cesarz Henryk IV, a szala zwycięstwa przechylała się raz na jedną raz na drugą stronę. W ostatecznym rozrachunku więcej szczęścia miał cesarz...
Kulisy polskiego konfliktu o władzę oraz jego skutki są tematem kolejnego tomu "Dziejów Polski" Kraszewskiego, który nosi tytuł "Boleszczyce".

Akcja książki rozpoczyna się w momencie, kiedy konflikt osiąga już swoje apogeum. Bolesław wrócił już z wyprawy kijowskiej i krwawo rozprawił się z rycerzami, którzy zdezerterowali do domów oraz z niewiernymi małżonkami też. Biskup, który wystąpił w ich obronie staje się automatycznie najlepszym kandydatem na przywódcę niezadowolonych. Początkowo Stanisław stara się wpłynąć na króla używając swojego autorytetu i grożąc klątwą kościelną. Bolesław nie zmienia swojego postępowania, wręcz jakby na złość biskupowi dopuszcza się kolejnych występków. Większość królewskiej drużyny przechodzi na stronę buntowników a przy władcy zostają tylko Ci najbardziej oddani - młódź rycerska, nie posiadająca majątków, licząca, że przy wojowniczym władcy uda im się czegoś dorobić. Prym wśród tej grupy zwanej Boleszczycami wiedzie pięciu braci z rodu Kaniowych. Boleszczyce pozostali wierni do końca - po zabójstwie biskupa Stanisława udają się z Bolesławem na wygnanie na Węgry a do kraju wracają dopiero po jego śmierci.
W powieści jest również wątek romansowy - Bolesław uwodzi piękną Krystę, żonę rycerza Mścisława z Bużenina, który z kolei nie cofnie się przed niczym aby wiarołomną małżonkę odzyskać...

Ta powieść różni się nieco pod względem konstrukcyjnym od poprzednich w cyklu. O ile w poprzednich tomach (a i w następnych, które czytałam też) większość tekstu stanowią opisy o tyle w wypadku tej książki mamy równowagę, a nawet nieznaczną przewagę dialogu. Dodaje to powieści dynamiki i dramatyzmu - wygląda jakby w tym wypadku Kraszewski skłaniał się wręcz ku formom teatralnym.

Powieść oczywiście ma swoje umocowanie w źródłach historycznych (które nawiasem mówiąc nie przekazują jakiegoś bardzo obiektywnego obrazu konfliktu) i jak to przeważnie u Kraszewskiego bywa autor trzymał się prawdy historycznej, zamieścił w tekście powieści wiele anegdot dotyczących króla i biskupa, jednak odniosłam wrażenie, że od początku i bardzo wyraźnie zaznaczył po czyjej stronie jest jego sympatia i, przyznam, że to mi się niespecjalnie podobało. Król przedstawiony jest jako bezwzględny despota i okrutnik, biskup jako święty bez wad. 
Jednak prawda nie była taka czarno-biała... 


No, ale zaczynam tworzyć wykład zamiast recenzji... Książka bardzo dobra, wg opinii tych, którzy przeczytali całość cyklu jedna z najlepszych. Mam nadzieję, że spodoba się Wam tak samo jak mnie:)

sobota, 6 sierpnia 2011

Moje TOP 10 - najważniejsze książki

Zainspirowana przez Klaudynę stworzyłam swoją własną listę 10 najważniejszych dla mnie książek. Kolejność... hmm... No niech będzie alfabetyczna.

"Błękitny Zamek" Lucy Maud Montgomery - nie wiem jak to się stało, że przeczytałam tę książkę na długo przed Anią i Emilką. Tym bardziej, że to raczej książka dla dorosłego czytelnika a nie dla kilkulatki. Jakby nie było to moja najukochańsza książka, czytana co jakiś czas - i w całości i we fragmentach. Mam już chyba 4 egzemplarz - poprzednie nie wytrzymały nadmiernej eksploatacji. A i ten świetność ma już za sobą. Trzeba się rozejrzeć za nowym.

"Maria i Magdalena" Magdaleny Samozwaniec - na książkę trafiłam przypadkiem, jeszcze w liceum i sympatia pozostała do dzisiaj. Pierwszy egzemplarz kupiłam sobie z pieniążków przeznaczonych na opłacenie obiadów w szkole - mieszkałam w internacie, podział godzin miałam ułożony jakoś tak bez sensu, że na obiad udawało mi się zdążyć tylko raz w tygodniu. Rodzice dali więc pieniążki na szkolną stołówkę i najczęściej zmieniały one swoje przeznaczenie, ja chodziłam głodna (odjadałam w soboty i niedziele w domu) a kupowane książki przemycałam do domu po kryjomu. Mama czytała i to dużo, ale raczej nie byłaby zadowolona wiedząc, że zamiast regularnych posiłków kupuję książki, które można przecież wypożyczyć z biblioteki. 

"Mistrz i Małgorzata" Michaiła Bułhakowa - dostałam ją na zakończenie liceum i przez jakiś czas leżała gdzieś zapomniana i przyłożona jakimiś szpargałami. Kilka miesięcy później wzięłam do czytania, bo nic innego nie było pod ręką, przebrnęłam przez pierwsze kilka kartek i... zostałam zauroczona, oczarowana, zachwycona i taki stan trwa do dzisiaj. Jedna z najlepszych książek jakie ujrzały kiedykolwiek światło dzienne.

"Na jagody" Marii Konopnickiej - pierwsza samodzielnie przeczytana książeczka. Miałam wtedy 6 lat i rozpoczęłam edukację - rodzice posłali mnie do szkoły rok wcześniej, bo już umiałam czytać, liczyć i jak głosi rodzinna legenda panie w przedszkolu już nie mogły ze mną wytrzymać ;)
Książeczka była z lat 50-tych, należała wcześniej do mojej mamy, miała przecudne ilustracje i na długi czas była najulubieńsza - obszerne fragmenty umiałam na pamięć...

"Ogniem i mieczem" Henryka Sienkiewicza - tak jak i cała reszta "Trylogii" pochłonięta przez 13-latkę zaowocowała miłością do Sienkiewicza, historii w ogóle i XVII wieku w szczególe. Do dzisiaj jest to mój ulubiony okres w dziejach pomimo tego, że już od dawna wiem, że Sienkiewicz wyidealizował i epokę i swoich bohaterów. Czytam wszystko co dostępne na temat czasów i ludzi, którzy je tworzyli - zarówno opracowania historyczne jak i beletrystykę.
I tylko dla porządku nadmienię, że miłość do historii stała się dla mnie  sposobem na życie i pracę. 

"Poczekajka" Katarzyny Michalak - nie chciałabym, żeby zabrzmiało patetycznie ale ta książka uratowała mi, no może nie życie ale równowagę psychiczną. Dwa lata temu mąż mój Robert miał bardzo ciężki wypadek w pracy - spadający konar uszkodził głowę. Kilkugodzinna operacja i rozłożone ręce lekarza - z takich obrażeń cało wychodzi jakieś 5% pacjentów a i to większość w mniejszym lub większym zakresie sparaliżowana. Po pierwszym szoku zaczęły się "myślenice" - Robert w śpiączce (prawie 2 tygodnie), rozgrzebany remont domu, kredytów wyżej kokardy, 4-letnie dziecko czekające na tatusia - no masakra po prostu. Którejś kolejnej nieprzespanej nocy do ręki wpadła książka, która na siłę wcisnęła mi kilkanaście dni wcześniej bibliotekarka. Zaczęłam czytać i pomimo mocno niewesołej sytuacji nie mogłam się powstrzymać od śmiechu - przygody Patrycji dały mi ogromną porcję optymizmu, która w jakiś sposób podreperowała moje zszarpane nerwy...
Wszystko skończyło się nadzwyczaj dobrze - po wybudzeniu okazało się, że nie ma paraliżu, aczkolwiek przez kilka tygodni Robert uczył się chodzić, jeść, ubierać jak malutkie dziecko. Na dzień dzisiejszy nie ma prawie śladów wypadku - ot leciutki niedowład prawej ręki i częściowa afazja. A "Poczekajka" i jej kontynuacja stoi na honorowym miejscu w biblioteczce.

"Polowanie na Czerwony Październik" Toma Clancy'ego - pierwsza książka sensacyjna jaką przeczytałam i od razu wiedziałam, że to jest to. Poza Clancym uwielbiam Cusslera i jego najpopularniejszego bohatera Dirka Pitta. Ponieważ mam niezłą pamięćzostaje mi w głowie sporo szczegółów technicznych - mina kolegi mojego męża, kiedy się okazało, że wiem co to jest "kewlar" i do czego to można wykorzystać - bezcenna:)

"Toliny. Wystrzałowe opowieści dla dzieci" Conna Igguldena - recenzja tej książki to pierwszy mój tekst opublikowany w sieci oraz pierwsza recenzja pisana na zlecenie. Jesienią ubiegłego roku portal Lubimy Czytać poszukiwał recenzentów tej książki. Zgłosiłam się, ktoś tam zaufał osobie bez żadnego "dorobku" i dostałam książkę. Przeczytałam w ciągu godziny i zaczęłam tworzyć swoją opinię. Zeszło mi kilka dni, napisałam ileś wersji, w końcu wybrałam tę pierwszą i wysłałam. Chyba nie było najgorzej bo już kilka razy LC wybierało mnie spośród tłumów chętnych do recenzowania - pomimo, ze nie jestem ich stałym recenzentem:)

"Władca pierścieni" J.R.R. Tolkiena - pierwsza przeczytana fantastyka - nawet "Opowieści z Narnii" czytałam później. A "Władcę" czytałam zamiast uczyć się do matury - kolega z internatu skądś ją pożyczył i od razu ustawiła się kilometrowa kolejka chętnych do tej lektury. Pożyczał tylko wybranym, mnie to kosztowało kilka wypracowań (w tym ze znienawidzonych "Medalionów" Nałkowskiej) i przysięgę, że przeczytam w ciągu kilku dni. Zajęło mi tych dni 5 i nocy też 5 - chodziłam jak zombi, ale dałam radę...
Skończyłam w nocy z soboty na niedzielę, niedzielę przespałam a w poniedziałek poszłam na pisemny polski. Bóg czuwa nad dziećmi i wariatami - zdałam tę maturę...

"Wszyscy jesteśmy podejrzani" Joanny Chmielewskiej - pierwsza książka tej autorki i też od razu wielka miłość. Do dzisiaj ulubiona na równi z "Wszystko czerwone" i "Klinem". Kocham Chmielewską  - głównie tę "starszą", chociaż i te nowsze też czytam z uśmiechem na ustach. W jakiejś gorszej chwili wystarczy wziąć którąś z jej książek, otworzyć na chybił trafił, przeczytać kilka zdań i zaraz się człowiek chichra jak głupi - przynajmniej ja tak mam. Śmiechoterapia w wydaniu domowym.


To jest moja 10-tka. Zabrakło w niej miejsca dla kilku jeszcze książek - wybór był trudny. Ale tak myślę, że gdyby to była np. 15-tka to też by się okazało, że coś trzeba było pominąć...