wtorek, 15 lipca 2014

Azjatycki przywódca, terrorystyczny atak na Watykan i tajny agent CIA - będzie się działo

Wakacje,mundial się skończył, żar leje się z nieba, nic się nie chce, nawet chomik zredukował swoje funkcje życiowe do niezbędnego minimum... Co może robić w takich okolicznościach mól książkowy, który wakacje spędza w domu? Oczywiście czytać, ale tylko coś lekkiego, łatwego i przyjemnego. Jak dla mnie takką idealną letnią lekturą jest jakowaś sensacja z akcją gnającą na łeb, na szyję. I o takiej właśnie książce poniżej słów kilka.

Z Frankiem Shepardem, bohaterem wykreowanym przez Martina Zelenay'a spotkałam się po raz pierwszy kilka miesięcy temu przy okazji lektury "Tajnego raportu Millingtona". Spotkanie było na tyle udane, że kiedy pojawiła się możliwość przeczytania o kolejnych przygodach tego agenta specjalnego nie wahałam się ani chwili.

Po ostatniej akcji, w której odniósł bardzo poważne obrażenia, Frank przebywa na zwolnieniu lekarskim. Należy mu się jeszcze kilka dni urlopu i jego żona wysyła go do Europy, na Kretę. Po raz pierwszy od wielu lat Frank ma szansę na prawdziwe wakacje, ale jak to w życiu bywa nie zawsze dzieje się to cośmy sobie zaplanowali. Światu po raz kolejny grozi ogromne niebezpieczeństwo, a Shepard przypadkowo znajduje się w samym centrum wydarzeń...

Akcja powieści toczy się niemal współcześnie - celem ataku jest Watykan na przełomie pontyfikatów Benedykta XVI i Franciszka, w chwili kiedy ogłoszono decyzję o kanonizacji Jana Pawła II. Jego zagładą zainteresowany jest pewien wschodnioazjatycki przywódca, który posiada całkiem spory arsenał broni jądrowej i chętnie ją odsprzeda, ale tylko komuś, kto uderzy w konkretny cel. Taki chętny fanatyk znajduje się w Afganistanie i w kierunku Europy wyrusza specjalna przesyłka nadzorowana przez pułkownika Paka Li. Tylko przypadek sprawia, że dowiadują się o niej amerykańskie służby wywiadowcze. Świat staje u progu zagłady...

Tak jak w poprzednim tomie wykazał się autor wiedzą na temat tego co pisze (jeśli wierzyć okładkowej notce, sam kiedyś pracował w tajnych służbach), a uważny czytelnik znajdzie sporo informacji na temat akcji CIA w Europie w okresie "zimnej wojny" - wspomniane są m.in. okoliczności ucieczki z Polski pułkownika Ryszarda Kuklińskiego i jego rodziny. 
Bohaterowie powieści, chociaż mają potężne zaplecze techniczne i wsparcie logistyczne są zwykłymi ludźmi, którym zdarzają się pomyłki a ostateczny sukces prowadzonej operacji często zawdzięczają szczęśliwemu przypadkowi. I to stanowi o ich autentyzmie, o tym, że czytelnik z zapartym tchem czeka co będzie dalej - czy akcja się powiedzie, czy wszyscy przeżyją, czy uda się schwytać groźnego i świetnie zakamuflowanego przestępcę.

Po raz kolejny serdeczni polecam wielbicielom literatury sensacyjnej powieść tego autora, a sama czekam na kolejny tom przygód agenta Franka Sheparda. 

środa, 9 lipca 2014

Terry Pratchett w dwóch odsłonach

Do książek Terrego Pratchetta nie trzeba mnie specjalnie przekonywać. To taka fantastyka jaką lubię najbardziej - trochę magii, trochę przygód, nietuzinkowi bohaterowie i niesamowite poczucie humoru autora sprawiają, że z dziką radością poznaję kolejne odsłony Świata Dysku. O tym, że Terry Pratchett pisze również powieści z zakresu fantastyki naukowej wiedziałam, ale jakoś nie mnie do nich nie ciągnęło, tym bardziej, że za s-f nie przepadam. Na całe szczęście (bez zastanowienia i z rozpędu) zapisałam się w biblionetkowej "wędrującej książce" na dwie pozycje pana Terrego, które okazały się fantastyką naukową, ale taką raczej lekką i, co może być nieco zaskakujące, pochłonęłam niemal jednym tchem.

Pierwsza z tych książek to tom o dramatycznym tytule "Tylko ty możesz uratować ludzkość". Powieść to pierwszy tom przygód dwunastolatka imieniem Johnny i przeznaczona jest dl młodego czytelnika, ale i dorosłym można ją polecić. 
Johnny to przeciętny chłopak: chodzi do szkoły, ma kilku najbliższych przyjaciół, a jedną z ulubionych form spędzania wolnego czasu są gry komputerowe. Szczególnie lubi te spod znaku wojen z kosmitami, więc łatwo zrozumieć jego zaskoczenie kiedy okazuje się, że najnowsza gra, którą dostał od kolegi nie działa. To znaczy działa, ale nie tak jak powinna - na ekranie komputera, zamiast floty obcych najeźdźców z kosmosu pojawia się informacja, że kosmici się poddają, a Johnny, który przyjmuje ich kapitulację, bierze na siebie obowiązek (dziwnym trafem kosmici wiedzą coś na temat konwencji genewskich) opieki nad jeńcami i przeprowadzenia ich bezpiecznie do granicy światów (naszego i ich).
Książka lekka, łatwa i przyjemna. Autor puszcza oko do czytelnika - pełno w niej nawiązań do klasyki, nie tylko literackiej. Ja akurat wyłowiłam te najbardziej charakterystyczne dzieła -  "Gwiezdne wojny", "Obcy", "Star Trek" czy "Gra Endera". Osoby bardziej siedzące w temacie pewnie znajdą wiele innych wątków.
Na uwagę zasługuje kreacja głównego bohatera - Johnny jest tak doskonale przeciętny, że wręcz niezauważalny w grupie innych nastolatków. Wyzwanie przed którym staje zmusza go do podjęcia działań, często niekonwencjonalnych, i wyjścia z bezpiecznego azylu własnego pokoju. Chłopiec ma jednak pewną bardzo ważną umiejętność, której niestety rak nie tylko ludziom młodym. Otóż Johnny potrafi słuchać -kosmici wysłali swoją wiadomość o poddaniu się do wszystkich użytkowników gry, jednak tylko on na nią zareagował. Johnny w ciągu kilku dni przechodzi szybki kurs odpowiedzialności za swoje decyzje, ale również za tych, których los spoczywa w jego rękach.
Tak jak pisałam wyżej - książka przede wszystkim dla młodszej młodzieży. Świetna rozrywka, ale i materiał do przemyślenia.

Druga książka Terrego Pratchetta, którą miałam okazję przeczytać w niedalekiej przeszłości to "Długa Ziemia" napisana wespół ze Stephenem Baxterem, znanym autorem książek fantastyczno-naukowych. 
Na początek takie pytanie - co można zrobić z ziemniaka? Oczywiście pierwsze odpowiedzi będą zapewne kulinarne - frytki, chipsy, placki ziemniaczane, zalewajkę, ruskie pierogi. No ewentualnie alkohol, ale to długo by trwało, bo zacier i takie tam... Co jeszcze? Hmm... Ziemniaki można przeznaczyć na paszę dla zwierząt gospodarskich. I chyba tyle...
Okazuje się, że nie do końca. Otóż mili państwo z ziemniaka, niewielkiego pudełka oraz kilku drucików można sobie zrobić krokera. Co to takiego? Ano, to takie ustrojstwo przy pomocy którego można sobie wędrować do światów równoległych. A takowych jest niezliczona ilość. Te najbliższe są bardzo podobne do tego który znamy - oczywiście bez żadnych śladów ingerencji człowieka, te dalsze oferują już całkowicie nieznane na "podstawowej Ziemi" rośliny, zwierzęta, formacje geologiczne i... niebezpieczeństwa.
Joshua Valiente to jeden z nielicznych ludzi, który ma zdolność wędrówki pomiędzy światami bez konieczności używania krokera. Wraz z tajemniczym Lobsangiem przemierza na specjalnym sterowcu kolejne światy - ich celem jest dotarcie do krańców Ziemi. Prowadzą obserwacje, zbierają próbki, od czasu do czasu ingerują w sytuację którą zastają na kolejnych miejscach postoju, ale przede wszystkim rozmawiają i uczą się od siebie - to swego rodzaju paradoks, bowiem Lobsang jest sztuczną inteligencją i teoretycznie jego wiedza jest nieograniczona. Tymczasem po raz kolejny okazuje się, że człowiek jest istotą nieprzewidywalną i Lobsang, który początkowo próbuje narzucić Joshui swój punkt widzenia, musi wziąć na to poprawkę i zacząć traktować mężczyznę jako równorzędnego partnera.
Książka całkiem niezła, powstała już jej kontynuacja pt. "Długa wojna" i chyba szykuje się następna. Kontynuacja znaczy się szykuje. Czy polecam? Właściwie tak, chociaż mało tu "cukru w cukrze", żeby zacytować pewnego klasyka. Ten kto będzie chciał tu znaleźć typowy styl i język Pratchetta będzie zawiedziony niestety...


wtorek, 1 lipca 2014

I znów zbiorowo będzie, ale okoliczności mnie usprawiedliwiają

Końcówka czerwca w przypadku mojego miejsca pracy to, delikatnie mówiąc, pomieszanie domu wariatów z pierwszym dniem wyprzedaży w centrum handlowym - kto ma szczęście pracować w szkole ten wie o czym piszę. Jeśli dodać do tego, że w tym roku żegnałam moją kochaną klasę IIIB i razem z bratnią IIIA przygotowywaliśmy występ na koniec roku to zamieszanie robi się jeszcze większe. Na to wszystko nakłada się oczywiście Mundial (nie jestem jakimś fanem futbolu, ale z dzieckiem oglądam, bo w grupie zawsze raźniej), który właśnie wszedł w decydującą fazę. A jakby tego było mało w sobotę zaginął nam chomik i dopiero przed chwilą szczęśliwie się odnalazł za szafą w sypialni. Na szczęście żywy, tylko silnie przestraszony...
Powyższe wydarzenia spowodowały, że na półeczce zagnieździło się kilka przeczytanych książek, o których grzechem byłoby nie napisać chociaż kilku słów. Tak więc zapraszam do lektury:)

*************************************

Agathy Christie przedstawiać nikomu nie trzeba - to chyba jedno z najbardziej rozpoznawalnych nazwisk w świecie literatury. Stworzyła dwie ikony powieści kryminalnej, niepokonanych detektywów, czyli Poirota i pannę Marple, ale od czasu do czasu dawała im wolne, a zagadki kryminalne rozwiązywali zdolni amatorzy. Tak dzieje się również w przypadku przeczytanego przeze mnie "Mężczyzny w brązowym garniturze".

Anna Beddingfeld przez przypadek jest świadkiem śmiertelnego wypadku w londyńskim metrze. Okoliczności tragedii sugerują, że nie jest to zwykły wypadek, a anonimowa ofiara może mieć coś wspólnego z morderstwem popełnionym w wiejskiej rezydencji pewnego wpływowego dżentelmena. Młoda kobieta, próbując rozwikłać zagadkę, udaje się w podróż do Rodezji i na statku płynącym do Afryki natrafia na kolejne niepokojące poszlaki. Wszystko wskazuje, że Anna wplątała się w porachunki większej grupy przestępczej, zajmującej się między innymi kradzieżą diamentów. Dziewczyna będzie musiała wykazać się niezwykłym opanowaniem i siłą woli aby wyjść cało z niebezpiecznej sytuacji. Będzie też musiała zdecydować czy tytułowy mężczyzna to wróg czy przyjaciel...

Książki Agathy Christie mają to do siebie, że intryga toczy się w dosyć wąskim gronie kilku osób, które wydają się być niewinne jak anioły, ale z drugiej strony wiadomo, że mordercą jest ktoś z nich. I biedny czytelnik łamie sobie głowę nad odwiecznym pytaniem "Kto zabił?", a kiedy już wydaje się, że człowiek rozwiązał zagadkę, to okazuje się, że trop był jak najbardziej mylący i nasz podejrzany jest czysty jak łza... I trzeba kombinować od nowa.
"Mężczyzna w brązowym garniturze" to jedna z pierwszych powieści jakie wyszły spod pióra wielkiej Agathy i chyba tylko temu mogę zawdzięczać fakt, że już tak mniej więcej w połowie książki miałam dwóch głównych podejrzanych i, jak się okazało, to jeden z nich był mordercą. Z późniejszymi powieściami już mi tak łatwo nie poszło. 
W książce jest kilka słabszych momentów, gdzie autorka funduje czytelnikowi niesamowite wręcz zbiegi okoliczności, ale generalnie warto po nią sięgnąć. Chociażby dlatego, żeby zobaczyć jak rozwijał się talent królowej kryminału.

********************************************

Ewa Stec to jedna z tych autorek, po powieści których sięgam z ogromną przyjemnością i, jak dotąd, nigdy się nie zawiodłam. Tak było i tym razem, a okazją do czytelniczego spotkania stał się "Romans z trupem w tle" będący debiutem autorki.

Agnieszka Rusałka na kilkanaście dni przed ślubem dowiaduje się, że jej narzeczony ją zdradza. Postanawia się upić i w tym celu udaje się do jednego z krakowskich barów, gdzie przypadkiem poznaje przystojnego i opiekuńczego Jerzego Bonda - lekarza i, jak się szybko okazuje, faceta po przejściach. 
Kiedy następnego dnia Agnieszce udaje się nieco złagodzić opłakane skutki alkoholowego szaleństwa podejmuje decyzję - smak zemsty jest słodki i już ona pokaże niewiernemu Jackowi co stracił. W zamiarze utwierdzają ją przyjaciółki i Agnieszka przystępuje do realizacji planu zemsty. Przede wszystkim postanawia uprzykrzać byłemu narzeczonemu życie. Okazja zdarza się niemal natychmiast - do jej mieszkania listonosz przynosi paczkę z Petersburga, w której ma być prezent ślubny od jakiegoś przyjaciela Jacka. Prezentem okazuje się gipsowy krasnal ogrodowy i chociaż nie jest on Agnieszce w żaden sposób do szczęścia potrzebny, to z czystej złośliwości odmawia jego zwrotu. Tymczasem gipsowe cudo budzi zainteresowanie osób trzecich, nie zawsze przychylnie nastawionych do panny Rusałki. I tu powstaje pytanie - jaka jest rola przystojnego pana Bonda?

Powieść, chociaż to kryminał, jest zabawna, pełno w niej humoru słownego jak i sytuacyjnego, i nawet czarne charaktery są sympatyczne (oczywiście w granicach rozsądku). Ewa Stec ma talent do tworzenia ciekawych bohaterów, zarówno pierwszo jak i drugoplanowych. Jeśli ktoś czytał inne powieści tej autorki, szczególnie "Klub Matek Swatek" to zapewne ucieszy go informacja, że w powieści pojawia się Klara Jasnowidząca, niezwykle skuteczna wróżka pesymistka.
Akcja powieści osadzona jest  w Krakowie, więc jeśli ktoś zna miasto to dodatkowa atrakcję może stanowić rozpoznawanie opisanych w książce lokalizacji.

I chociaż sceneria powieści jest wyjątkowo śnieżna i mroźna (rzecz dzieje się w grudniu) to serdecznie polecam jako lekką wakacyjną lekturę.

***************************************

Przy stoisku na targu staroci spotykają się trzy kobiety - wszystkie zainteresował porcelanowy serwis do herbaty. Panie, zamiast rozpocząć kłótnię lub podbijać cenę upatrzonego kompletu dochodzą do porozumienia i kupują go wspólnie - tym bardziej, że każdej z nich porcelana potrzebna jest jednorazowo, a terminy szczęśliwie się nie pokrywają. Te wspólne zakupy stają się początkiem przyjaźni, która połączy kobiety nie mające ze sobą, na pierwszy rzut oka, nic wspólnego. 

Jenny to dwudziestokilkulatka, która właśnie przygotowuje się do ślubu. Jest pełna rozterek zupełnie normalnych przed tym wydarzeniem, ale na te typowe problemy nakłada się trauma z dzieciństwa, kiedy to jej matka z dnia na dzień opuściła rodzinę, związała się z innym mężczyzną i przez ponad dwadzieścia lat nie szukała kontaktu z porzuconymi dziećmi.

Maggie jest po czterdziestce, kilka lat wcześniej rozwiodła się, ale nie robi z tego większej tragedii. Prowadzi dobrze prosperującą kwiaciarnię, zajmuje się oprawą florystyczną rozmaitych imprez i właśnie teraz otrzymała od losu wielką szansę - ma wykonać dekoracje na ślub miejscowej celebrytki, a zdjęcia z tej uroczystości mają być zamieszczone w ogólnokrajowej prasie. To ogromne wyzwanie pochłania mnóstwo czasu i nerwów Maggie. Tymczasem były mąż daje znać o swoim istnieniu, chce się spotkać, ą do Maggie dociera, że chyba nie do końca wyrzuciła Dylana ze swojego życia...

Trzydziestokilkuletnia Alison ma męża i dwie córki. Na zewnątrz są postrzegani jako szczęśliwa rodzina, jednak to tylko pozory - mąż Ali od kilku miesięcy jest bezrobotny i zajmowanie się domem nie stanowi szczytu jego marzeń a córki weszły właśnie w okres buntu i zapanowanie nad nimi wymaga ogromnego wysiłku i cierpliwości. Nawet pies przysparza problemów, bo korzystając z najmniejszej nieuwagi właścicieli ucieka na sąsiednią posesję i z zapałem niszczy wypielęgnowane klomby. Alison zajmuje się rękodziełem, sprzedaje swoje wyroby w internecie, ale przyjaciel proponuje jej spółkę i otwarcie sklepiko-kawiarni. Ali cieszy się z tej propozycji, jednak niespodziewanie rodzina popada w potężne problemy finansowe...

"Klub porcelanowej filiżanki" Vanessy Greene to opowieść o sile przyjaźni, o przełamywaniu problemów, o potrzebie bycia z drugim człowiekiem. Bohaterki stają się bliskie czytelniczkom, bo każda z nas odnajdzie w nich mniejszą lub większą cząstkę siebie. Jenny, Maggie i Alison to zwyczajne kobiety, takie, które miewają lepsze i gorsze dni, które muszą podejmować decyzje dnia codziennego, które borykają się z codziennymi problemami. Ich związki nie są idealne, ale starają się nad nimi pracować i nie poddają się przy chwilowych niepowodzeniach.
Ciepła, optymistyczna lektura.

*****************************************

A dla tych, co dobrnęli do końca tego posta taka mała próbka tego co potrafią moi (byli już, niestety) uczniowie:


niedziela, 22 czerwca 2014

Nie taka wiedźma zła jakby się zdawało...

Śpiąca królewna to jedna z najpopularniejszych bajkowych postaci. Piękna, niewinna dziewczyna, ofiara klątwy złośliwej wiedźmy od wielu już lat budzi współczucie u małych dziewczynek, a dla tych większych może stanowić przykład tego, że nie wolno tracić nadziei, a wymarzony książę w końcu nas kiedyś znajdzie - chociażby nawet przyszło czekać cały wiek... Ale czy toś się kiedyś zastanawiał dlaczego wiedźma rzuciła na królewskie niemowlę tak straszną klątwę?

Próbą odpowiedzi na to pytanie może być najnowsze dzieło z wytwórni Disneya noszące tytuł "Czarownica", w którym główną rolę zagrała sama Angelina Jolie. Filmu nie widziałam, bo Piotrek odmówił współpracy twierdząc, że to bajka dla dziewczyn, a samej to trochę głupio mi było się wybrać, ale nic straconego, bowiem nakładem wydawnictwa Dream Books ukazała się książkowa wersja tej historii - filmowy scenariusz na język książki zaadaptowała Elizabeth Rudnick.

Rodzice Diaboliny byli władcami państwa wróżek znajdującego się w samym sercu szkockich wrzosowisk. Do pewnego czasu udawało się zachować pokój pomiędzy światem magii a otaczającymi go ludzkimi osadami, jednak panujący w pobliskim zamku król Henryk marzył o tym aby przyłączyć wrzosowiska do swojego państwa. Wróżkom udało się uchronić swoje ziemie, jednak rodzice Diaboliny zginęli w bitwie. 
Mijały lata, mała wróżka dorosła i, pomimo przykrych wspomnień, wierzyła, że porozumienie pomiędzy ludźmi a istotami magicznymi jest możliwe. W tym mniemaniu utwierdzała ją przyjaźń ze Stefanem, młodym człowiekiem z jednej z okolicznych osad. Niestety Stefan ją zdradził i wykorzystał ufność wróżki do realizacji marzenia o władzy i poślubieniu królewny. Zraniona i oszukana Diabolina poprzysięgła zemstę...

"Czarownica" to ciekawy sposób na opowiedzenie doskonale znanej historii. Pomimo, iż zasadnicze punkty się zgadzają, klątwa zostaje rzucona, księżniczka Aurora odszukuje pechowe wrzeciono i zapada w sen, to nie można jednoznacznie potępić czarownicy. Co więcej sympatia czytelnika (a i zapewne widza) będzie po stronie Diaboliny, bo to przede wszystkim ona jest ofiarą a nieszczęście, które spotyka córkę Stefana to konsekwencja jego własnych wyborów.

Nie sposób nie wspomnieć o tym, czym twórcy scenariusza filmowego (a za nimi autorka książki) wzbogacili  baśniową fabułę, a mianowicie o świecie wróżek. Wrzosowiska zamieszkuje niezwykle zróżnicowany ludek - skrzaty, wróżki, trolle, ożywione drzewa i zwierzęta. Jedne są piękne, inne niespecjalnie grzeszą urodą, są mądre i niezbyt lotne (i nie chodzi tu tylko o brak skrzydeł), wesołe i poważne, skore do żartów i ciągle zajęte jakimiś pożytecznymi działaniami - tak różne jak różni są ludzie. Bo tak naprawdę świat realny i magiczny mają ze sobą bardzo dużo wspólnego.

"Czarownica" to ciekawa historia dla dzieciaków, ale może i dorosłym się spodoba?
Mnie się podoba :)

Za możliwość przeczytania książki dziękuję


wtorek, 10 czerwca 2014

Synowie boskiego pająka

Gruby Charlie Nancy od zawsze miał problemy ze swoim ojcem, bowiem styl życia tatusia zdecydowanie odbiegał od tego co większość obywateli uważa za normę społeczną. Nancy senior nie miał stałego zajęcia, prowadził rozrywkowy tryb życia, zawsze był duszą towarzystwa i uwielbiał stroić sobie żarty z otoczenia. Matka Charliego też miała dosyć swojego małżeństwa, zabrała więc syna, opuściła słoneczną Florydę i wyjechała do Londynu. Chłopiec dorósł, zdobył wykształcenie, pracował w kilku firmach, jednak bez większych zawodowych sukcesów. Jego życie było uporządkowane, przewidywalne i zwyczajnie nudne. Zaręczył się z Rosie i kiedy planowali uroczystość weselną doszło pomiędzy nimi do pierwszej poważnej sprzeczki -Charlie nie chciał zapraszać ojca na ślub, natomiast jego narzeczona była odmiennego zdania, uważając, że ta uroczystość może pogodzić obydwu panów Nancy. Kiedy Charlie ulega namowom Rosie i dzwoni do starej przyjaciółki rodziny aby dowiedzieć się gdzie przebywa jego tato otrzymuje smutną informację - ojciec zmarł i syn musi się bardzo sprężyć, żeby zdążyć na pogrzeb. W czasie stypy Charlie dowiaduje się, że jego ojciec to tak naprawdę Anansi, afrykańskie bóstwo przedstawiane w postaci pająka. Jeszcze większym zaskoczeniem jest wiadomość, że posiada również brata bliźniaka imieniem Spider...

Charlie i Spider to główni bohaterowie książki Neila Gaimana pt. "Chłopaki Anansiego". Zupełnie różni, tak kontrastowi jak czerń i biel. Ich spotkanie po latach nie miało szans na zakończenie w stylu "i potem żyli długo i szczęśliwie", tym bardziej, że Spider (spiwszy uprzednio Charliego do nieprzytomności) podaje się za brata, a ponieważ odziedziczył po ojcu magiczną moc, nikt tego nie zauważa. Zaledwie kilka godzin wystarczyło aby przewrócił do góry nogami ustabilizowane życie Charliego, który z kolei nie zamierza puścić tego płazem...

Ojciec Charliego i Spidera jest jednym z najważniejszych bohaterów innej książki Neila Gaimana, mianowicie "Amerykańskich bogów", których miałam możliwości przeczytać kilkanaście dni temu. "Chłopaki Anansiego" nie są w żaden sposób kontynuacją "Amerykańskich bogów" chociaż obydwie książki mają podobną tematykę - mitologię plemion pierwotnych, z tym, że tutaj autor skupił się na bóstwach afrykańskich. Być może dla nas Europejczyków, na których ogromny wpływ miała kultura śródziemnomorska, wierzenia ludów Czarnego Lądu mogą wydawać się prymitywne, jednak nie można im odmówić mądrości i umiejętności obserwacji natury - totemiczne zwierzęta, które spotka czytelnik na kartach tej książki odzwierciedlają wady i zalety rodzaju ludzkiego. Sami sobie nie zdajemy sprawy jak wiele nas łączy z naszymi braćmi mniejszymi...

"Chłopaki Anansiego" to kolejna książka, która może służyć za dowód na potwierdzenie tezy, że Neil Gaiman genialnym pisarzem jest - świetnie skonstruowana fabuła, ciekawi bohaterowie, umiejętny balans pomiędzy światem rzeczywistym a mitologicznym sprawiają, że książkę czyta się niemal jednym tchem.
Aż żałuję, że tak szybko ją skończyłam czytać ;(

Zdecydowanie polecam.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości


poniedziałek, 9 czerwca 2014

Jak mała szlachcianka we współczesnej Polsce sobie radziła

Chyba każdy się ze mną zgodzi, że cykl książkowy należy czytać w kolejności chronologicznej, prawda? No, właśnie tak być powinno. Niestety nie zawsze tak się da i u mnie właśnie nastąpił taki przypadek. Z powodu mojego własnego gapiostwa... 
O książkach Beaty Ostrowieckiej pisałam już dwukrotnie, ostatnio przy okazji "Tajemnicy szkatułki", która jest drugą częścią przygód Helenki i Karoliny, dwóch nastolatek, które dzieli odległość... 300 lat. A teraz przeczytałam część pierwszą, czyli "Eliksir przygód".

Andrzej Dudziński, polski szlachcic, którego dworek położony był w okolicy Ojcowa miał ogromne zamiłowanie do nauki. Jako, że majątkiem zarządzał jego starszy brat Stanisław, mógł pan Andrzej wyjechać na studia do dalekiej Italii. Studiował tam medycynę oraz alchemię, które w owym czasie były ze sobą dosyć mocno związane. Jego mistrz stworzył formułę eliksiru służącego do podróży w czasie. Na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności młody Polak musiał opuścić włoską ziemię zaierając ze sobą ową niezwykłą ingrediencję. Wrócił do rodzinnej wsi, a kiedy jego brat zginął pod Wiedniem przejął majątek oraz opiekę nad kilkuletnią bratanicą Helenką.
Tajemniczy eliksir trzymał w ukryciu jednak przez przypadek Helenka wypiła kilka kropel i przeniosła się do Polski współczesnej. Zagubiona i przerażona dziewczynka spotyka swoją rówieśnicę Karolinę, która zabiera ją do swojego domu. Helenka nie ma pojęcia jak znalazła się w naszych czasach, co gorsza nie wie również jak wrócić do swojej epoki...

Helenka wychowana w całkowicie odmiennych warunkach niż Karolina musi w przeciągu kilku dni nadrobić 300 lat dzielące jej czasy od współczesności. Co ciekawe niespecjalnie dziwi się zdobyczom techniki takim jak telefon czy telewizor, podciągając je pod czary (a o czarach w XVII wieku przecież słyszała niemal na każdym kroku). O wiele większą barierę stanowią dla niej różnice obyczajowe - dziewczynki w krótkich sukienkach lub (o zgrozo) w spodniach, brak służby w domu czy częste kąpiele. Chociaż te ostatnie dosyć szybko stają się najulubieńszym zajęciem dziewczynki.

Zderzenie dwóch odmiennych kultur prowadzi do licznych nieporozumień i zabawnych sytuacji, co sprawia, że książka jest wesoła i wciągająca. Dziewczynki mają masę pomysłów, nie zawsze najmądrzejszych, i chętnie wprowadzają je w życie co prowadzi do kolejnych komplikacji.
Książka może być świetną lekturą na nadchodzące wakacje - szczególnie dla 11-12 latków.

Polecam.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości



  

wtorek, 3 czerwca 2014

O wcale niesielskim dzieciństwie pewnego Jacunia

Kilka dni temu byłam na wywiadówce u mojego drugoklasisty. Ogólnie jest nawet OK, ale niestety Młody ma poważną alergię na szkołę objawiającą się niechęcią do odrabiania lekcji, uczenia się czegokolwiek nowego (chociaż jak się już zmusi, to wszystko idzie jak z płatka) i porannego wstawania. Stwierdza, że przez tę "gupią" szkołę będzie krócej żył i ogólnie jakoś tak w depresję popada. Pewne pocieszenie stanowi fakt, że większość jego kolegów ma dokładnie tak samo...

Tak się jakoś złożyło, że przez kilka ostatnich dni naszą lekturą była książka wpisująca się w ten pesymistyczny nastrój - "Korniszonek" Grażyny Bąkiewicz. 
Tytułowy bohater to siedmioletni Jacek Ogórski, który musi rozpocząć naukę w pierwszej klasie. Jacek nie chce narażać rodziny na koszty związane z własną edukacją a swoją przyszłość widzi raczej przy kopaniu piłki, ale rodzice są nieugięci i chłopiec musi rozpocząć naukę czytania i pisania. Niestety zdecydowanie nie jest do tego stworzony, czego dowodem jest cała armia czarnych kropek, którymi pani ozdabia jego zeszyty.
Jacek szuka sposobu jak by się tu czegoś nauczyć nie ucząc się - niestety nawet cudowne pióro starszego brata (tato powiedział, że będzie Wojtkowi przynosiło same piątki) nie działa. Być może jakimś rozwiązaniem będzie pomoc czarodzieja Mietka, który pewnego dnia pojawia się w domu chłopca...

Całkiem spora grupa rodziców chłopców w wieku wczesnoszkolnym rozpozna w Korniszonku własne pociechy - pomysłowe, żywiołowe, skore do zabawy i bardzo niechętne szkolnym obowiązkom. Dla Jacka napisanie trzech linijek znaków literopodobnych to wysiłek porównywalny ze zdobywaniem K2 (i to zimą...), nauczenie się na pamięć wierszyka o baloniku (16 słów) zajmuje całe popołudnie i wieczór, a dodawanie w zakresie 10 jest zupełnie nie do ogarnięcia (co dziwne liczenie goli w czasie meczu idzie Korniszonkowi śpiewająco). My rodzice zupełnie sobie nie zdajemy sprawy na jakie męki wystawiamy nasze nieszczęsne dzieciątka...
Moje własne dziecko zaśmiewało się z problemów bohatera książki, nie pamiętając zupełnie ile łez wylało w ubiegłym roku, kiedy zamiast literki "s" w jego zeszycie pojawiały się jakieś gzygzoły niepodobne do niczego. Na moją delikatną sugestię, że wcale nie był lepszy od Korniszonka Piotrek prawie się obraził i stwierdził, że zmyślam bo to niemożliwe, żeby był aż takim głuptasem.

"Korniszonek" to pełna ciepła i humoru opowieść o problemach dzieciństwa przeznaczona co prawda dla dzieci, ale i dorośli będą się przy niej świetnie bawić. Napisana prostym, niemal potocznym, językiem, dostosowana do poziomu kilkulatka, chociaż mnie trochę drażniło używanie składni "chłopaki wołały" (biegały, grały,liczyły, itp.) - inna sprawa, że dzieciaki tak właśnie mówią, więc może to zabieg mający na celu uwiarygodnienie postaci?
Jeszcze tylko kilka słów na temat szaty graficznej - czarno-białe, oszczędne ilustracje są świetnym dopełnieniem tekstu. Patykowate figurki, jakby żywcem wzięte z rysunków pierwszoklasistów, mają swój urok i współgrają z treścią książeczki.

I ja i Piotruś serdecznie polecamy:)

Książkę przeczytaliśmy dzięki