środa, 24 grudnia 2014

Wesołych Świąt :)

Pachnie lasem zielona choinka,
Pod obrusem siano szeleści,
Na talerzu świąteczne pyszności,
Pod choinką prezenty dla dzieci.
Już przy stole zasiada rodzina
Wolne miejsce czeka na kogoś,
Lecą w niebo tony kolędy
A w nas spokój się rodzi i błogość.




Wesołych, rodzinnych i spokojnych świąt kochani :)

niedziela, 21 grudnia 2014

Wyniki konkursu z książką "Ułani, poeci, dżentelmeni"

Ponieważ złożona jestem choróbskiem, niby niegroźnym, ale nadzwyczaj dokuczliwym, to tylko ogłoszenie decyzji nastąpi.



Miło mi poinformować, że największe uznanie zyskała wypowiedź Diany bibliofilki i to do niej powędruje egzemplarz książki Mai i Jana Łozińskich "Ułani, poeci, dżentelmeni. Męski świat przedwojennej Polski".

sobota, 20 grudnia 2014

Dobre, bo polskie :)

Ostatnio żyje w ciągłym niedoczasie - mam wrażenie, że doba się skurczyła, a ja mam o wiele więcej zajęć niż normalnie... Na szczęście znajduję chwilę na przeczytanie czegoś, aczkolwiek z napisaniem paru zdań o tych lekturach jest znacznie gorzej :(
Dlatego też dzisiejsza notka dotyczyć będzie trzech książek, które przeczytałam w ostatnich tygodniach - na osobne wpisy mogłyby się nie doczekać. A szkoda by było. 
Dwie z tych książek czytałam na okoliczność Dyskusyjnego Klubu Książki, trzecia to ostatni tom cyklu, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Wszystkie trzy książki zostały napisane przez kobiety i jak wskazuje tytuł posta - nasze rodaczki. 

Nie będę ukrywać, że rozmaite literackie nagrody niespecjalnie do mnie przemawiają. Często się bowiem zdarza, że mają jakiś kontekst polityczny, że wyróżniony zostaje ktoś, kogo z jakiegoś powodu należy wyróżnić (chociażby nie miało to zbyt wielkiego umocowania w twórczości), oraz, że zadziałały jakieś układy i układziki. 
Z tego też powodu z pewną rezerwą podchodziłam do książki Joanny Bator pt. "Ciemno prawie noc", za którą to powieść autorka została uhonorowana Nagrodą Literacką Nike 2013. No, ale jedna z członkiń naszego DKK zaproponowała tę powieść jako temat spotkania i trzeba było przeczytać. I dobrze, że zaproponowała, bo przeczytałam fantastyczną książkę :)

Alicja jest dziennikarką w jednym ze stołecznych czasopism. Ma ugruntowaną pozycję zawodową, więc kiedy trafia się ciekawy temat zostaje oddelegowana do Wałbrzycha z misją napisania reportażu o tajemniczym zaginięciu trójki dzieci. Dla Alicji ten wyjazd, oprócz spraw zawodowych, jest ważny z jeszcze innego powodu - Wałbrzych to jej miasto rodzinne, które opuściła wiele lat temu. Teraz wraca i przy okazji zbierania materiałów do reportażu wspomina swoje dzieciństwo, ojca ogarniętego obsesją odnalezienia legendarnego naszyjnika księżnej Daisy, ukrytego ponoć w podziemiach zamku Książ, siostrę Ewę, zaludniającą wyobraźnię kilkulatki duchami i potworami, sąsiada Alberta Kukułkę, z którym łączyła ją swego rodzaju przyjaźń, dzieci i dorosłych, którzy w jakiś sposób byli ważni w jej życiu. Co może wydawać się dziwne w tych wspomnieniach brakuje matki...

Nie byłam nigdy w Wałbrzychu, jednak obraz tego miasta jaki wyłania się z powieści Joanny Bator wcale nie zachęca do odwiedzin. Króluje tu szarość, bieda i beznadzieja, aktualnie podszyte strachem, wrogość do obcych, nawet jeśli mieszkają w mieście od czasów ostatniej wojny (Wałbrzych, podobnie jak inne miasta na Ziemiach Odzyskanych to mieszanka ludności miejscowej i napływowej), brak perspektyw łączy się z bigoterią i czekaniem na cud, który to fakt ktoś potrafi wykorzystać...

Alicja to osoba, która wydaje się być twarda i niezależna (nawet w pracy nazywają ją pancernikiem), jednak to tylko maska pod którą kryje się ogromna wrażliwość, masa kompleksów, brak umiejętności stworzenia stałego związku, tak uczuciowego jak i przyjacielskiego. Może powrót do rodzinnego domu, rozprawienie się z demonami przeszłości pomoże jej zrozumieć i zaakceptować siebie?

Powieść jest niezwykle mroczna, miejscami zahacza o horror, a nawet fantastykę. Dziwne osoby, niepokojące zjawiska, opowieści sięgające lat wojny sprawiają, że czyta się tę książkę z zainteresowaniem. Przy okazji dodam, że pisarka eksperymentuje na języku polskim, wprowadza w narrację zbitki wyrazów, które nie pozostają bez wpływu na odbiór utworu - np.we mnie początkowo budziły niepokój...

Książka ciekawa i warta polecenia, chociaż niekoniecznie na długi, wietrzny i deszczowy wieczór.

************************************

Inną lekturą przeczytaną na okoliczność DKK była "Moja Afryka" Kingi Choszcz. Pięknie wydana w serii Poznaj Świat wydawnictwa Bernardinum, przyciąga oko szatą graficzną i pięknymi kolorowymi zdjęciami z podróży, którą autorka odbyła wzdłuż zachodniego krańca Afryki. Podróży, którą przerwała nagła choroba i śmierć Kingi w Ghanie...

Powiem od razu, że mam co do tej książki, a i jej autorki takoż, mieszane uczucia. Oczywiście podziwiam pasję i konsekwencję w jej urzeczywistnianiu, ale z drugiej strony przeraża mnie niefrasobliwość dojrzałej, trzydziestokilkuletniej kobiety. Kinga Choszcz zapuszcza się samotnie w tereny zamieszkane przez wyznawców islamu (a powszechnie znane są przecież poglądy ortodoksyjnych wyznawców tej religii na temat kobiet i tego co im wolno), a następnie wędruje poprzez ziemie na których toczy się wojna, bądź działają jakieś grupy rebeliantów. Niejednokrotnie postępuje wbrew miejscowym tradycjom, co również może być niebezpieczne. A już szczytem niefrasobliwości jest podróżowanie autostopem - ciągnące się kilometrami pustkowia w towarzystwie przygodnych kierowców raczej nie napawają euforią... Oczywiście nic się nie stało, w ciągu całej podróży tylko raz została okradziona, a zabiła ją podstępna choroba a nie ludzie, jednak jakoś nie mogę wykrzesać w sobie większej sympatii do tej kobiety. A jej rodziców i przyjaciół jest mi zwyczajnie żal - mogę sobie tylko wyobrazić co przeżywali wiedząc, że ich córka i przyjaciółka cały czas jest narażona na niebezpieczeństwo i, gdyby coś złego się stało, nie ma przy niej nikogo, kto podałby pomocną dłoń.

Sama książka to przepisany dziennik, który Kinga prowadziła w czasie podróży, więc sporo tu opisów oczekiwania na kolejny środek transportu, posiłków jedzonych w drodze czy wreszcie sposobów oszukiwania służb celnych, bowiem autorka nie zawsze miała formalne prawo przebywać na terenie kraju, w którym się aktualnie znajdowała. Z tego też powodu są w tej książce miejsca mocno monotonne (żeby nie powiedzieć nudne) - jest rzeczą jasną, że autorka robiła notatki, które w przyszłości mogły się stać punktem wyjścia do napisania ciekawej i fascynującej historii. Wiele wspomnień, wrażeń i przemyśleń Kingi Choszcz przepadło bezpowrotnie...

Książka ogólnie dosyć ciekawa, chociaż bez fajerwerków.

***********************************

Elżbieta Cherezińska to marka sama w sobie. Zyskała sobie liczne grono wielbicieli (do których i ja się zaliczam) i każda jej nowa powieść staje się wydawniczym hitem.
Po raz czwarty dane mi było się spotkać z jej twórczością na okoliczność książki "Trzy młode pieśni", powieści zamykającej cykl "Północna droga". Tym razem głównymi bohaterami stają się przedstawiciele młodego pokolenia - Bjorn i Gudrun, dzieci Sigurn, oraz Ragnar, syn Haldred i Einara.

Wychowani we dworze w Namsen, Bjorn i Ragnar zostają przyjaciółmi, a nawet braćmi krwi, walczą w drużynie jarla Regina, a po jego śmierci wspólnie szukają zemsty na jego mordercy. Gudrun przygotowywana jest do roli żony i matki, jednak jarlówna ma całkiem inny pomysł na życie...

Akcja książki toczy się siłą rzeczy mniej więcej w tym samym czasie co końcówki trzech poprzednich tomów, więc jeśli ktoś je czytał to o wielu wydarzeniach będzie już wiedział. Tym razem jednak spojrzymy na nie z innej strony - nie od dzisiaj wiadomo, że młodzi mają na pewne sprawy całkiem odmienne zdanie niż ich rodzice.
W powieści pojawia się wiele postaci historycznych (znajdzie się nawet polski akcent w postaci córki Mieszka I) i wydarzeń znanych z kart kronik. Razem z bohaterami popłyniemy szlakiem Wikingów, weźmiemy udział w morskiej bitwie, będziemy bronić zamku przed nieprzyjacielskim wojskiem  a wreszcie zobaczymy twierdzę Jomsborg - legendarny zamek nordyckich rycerzy, którzy, jeśli wierzyć sagom byli niezwyciężeni i siali postrach na północnych morzach.

Ponieważ książka jest zakończeniem cyklu pozwolę sobie tutaj na pewne podsumowanie całej "Północnej drogi", bo pomimo, że to jedna całość, to każda z części jest inna. "Saga Sigrun" to historia wręcz romansowa, gdzie piękna dziewczyna wychodzi za swojego wymarzonego księcia i żyją w szczęściu i miłości (niektórzy zarzucają tej książce zbyt dużą dawkę słodyczy) aż ich śmierć nie rozłączy. "Ja jestem Haldred" to powieść o wielkich ambicjach i potężnych uczuciach - tak miłości jak i nienawiści - główna bohaterka to kobieta wyrastająca ponad swoje czasy, która potrafi walczyć o realizację swoich planów w świecie zdominowanym przez mężczyzn. "Pasja według Einara" ukazuje z jednej strony kulisy chrystianizacji północnej Europy, ale jest również swego rodzaju powieścią sensacyjną - Einar jest nie tylko duchownym, ale również "człowiekiem do zadań specjalnych". Wreszcie "Trzy młode pieśni" niosą rozwiązanie kilku wątków z poprzednich części, ale są przede wszystkim baśniową opowieścią opartą na nordyckiej mitologii - pojawiają się bogowie, walkirie a bohaterowie obdarzeni są niemal nadprzyrodzonymi mocami.

Północna droga to wielowątkowa opowieść, którą można porównać do wielobarwnego, lśniącego jedwabiu - w zależności od oświetlenia wygląda inaczej, chociaż cały czas to ten sam kawałek materiału...

Zdecydowanie warto przeczytać :)


sobota, 13 grudnia 2014

LBA, czyli odpowiadam na pytania Agaty Adelajdy

Już kilka tygodni temu Agata Adelajda z bloga Setna Strona zaprosiła mnie do Liebster Blog Award. Niestety, rozmaite przeciwności losu sprawiły, że dopiero dzisiaj mogę odpowiedzieć na jej pytania - mam nadzieję, że ten poślizg w czasie zostanie mi wybaczony :)



A więc do dzieła:

1. Czy masz czytelniczą wishlistę i co się na niej znajduje?

Ba, żeby tylko listę... To zwój potężny jest. A znajduje się na niej kilkaset nieprzeczytanych książek, które okupują domowe półki, kolejne kilkadziesiąt, które polecają różne znajome osoby o podobnym do mojego guście literackim i jeszcze parę nowości, które, na oko, wydają się ciekawie zapowiadać. Łatwiej wymienić autorów, którzy na tych listach królują: na czoło wysuwają się książki Agathy Christie i Joanny Chmielewskiej (jeszcze kilku nie czytałam), dwie powieści (bo resztę już znam) hiszpańskiej pisarki Julii Navarro ("Powiedz mi kim jestem" i "Krew niewinnych") oraz powieści przygodowe Cliva Cusslera (tak z 1/3 jego dorobku). Samego tego wystarczy na kilka miesięcy...

2. Pierwsza samodzielnie przeczytana książka?

Jeśli wierzyć mojej pamięci - "Na jagody" Marii Konopnickiej.

3. Najlepsza ekranizacja?

Rany... Łatwiej byłoby mi chyba podać najgorszą ;)
Hmm... Uważam, że świetny był rosyjski serial na podstawie "Mistrza i Małgorzaty" M. Bułhakowa, francuska ekranizacja cyklu "Królowie przeklęci" M. Druona oraz brytyjska wersja "Dumy i uprzedzenia" (serial BBC).
Z naszego rodzimego podwórka - chyba "Pan Tadeusz" i "Pan Wołodyjowski". I jeszcze "Chłopi", chociaż Emilia Krakowska (przy całym dla niej szacunku) niewiele ma wspólnego z moim wyobrażeniem o Jagnie.

4. Co robisz w wolnym czasie (oprócz czytania)?

Rozwiązuję krzyżówki i inne łamacze głowy. A jeśli mój wolny czas wypada równocześnie z wolnym czasem męża i jest go odpowiednio dużo, to pakujemy się całą trójką w samochód i gdzieś sobie rodzinnie jedziemy. Ewentualnie siedzimy sobie w domciu i gramy w coś dopasowanego do wieku dziecia naszego.

5. Jakie czasopisma czytasz?

Aktualnie nic, bo niestety w większości królują reklamy i durne porady typu "Jak schudnąć 10 kg w 20 minut". Dawniej regularnie czytałam "Film", "Ekran" i "Przyjaciółkę". Od czasu do czasu "Przekrój" i "Claudię".

6. Czy masz ulubiony film, taki, który oglądasz po sto razy?

No jasne :)
"Grease", "Rio Bravo", "Robin Hood książę złodziei", "Gwiezdne wojny" oraz najukochańszy "Skrzypek na dachu".

7. Jak określisz siebie jednym słowem (i czy w ogóle się da)?

Optymistka. Albo bałaganiara. A może jednak optymistka? Nie, raczej bałaganiara...
To w dwóch słowach Optymistyczna bałaganiara ;)


Nie nominuję nikogo, bo wszyscy znajomi już się spowiadali. I to niektórzy po kilka razy...

sobota, 6 grudnia 2014

"Ułani, poeci, dżentelmeni" - recenzja + konkurs

Poniżej moja opinia o książce Mai i Jana Łozińskich pt. "Ułani, poeci, dżentelmeni. Męski świat przedwojennej Polski". Dzięki uprzejmości Wydawnictwa PWN mam możliwość obdarować kogoś z Was tą książką. Dlatego też ogłaszam konkurs mikołajkowo - świąteczny :)



Regulamin konkursu:
  1. Konkurs organizuję ja, czyli właścicielka bloga "Lektury wiejskiej nauczycielki"
  2. Sponsorem nagrody jest Dom Wydawniczy PWN.
  3. Nagrodą w konkursie jest egzemplarz książki Mai i Jana Łozińskich "Ułani, poeci, dżentelmeni. Męski świat przedwojennej Polski"
  4. Konkurs trwa od 06.12. do 18.12.2014 r.
  5. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone do 21.12.2014 r.
  6. Odpowiedź na pytanie oraz adres mailowy należy zostawić pod tym postem.
  7. Będę wdzięczna za zamieszczenie informacji o konkursie na Waszych blogach, aczkolwiek nie jest to w żadnym razie warunek udziału.
  8. Wybór zwycięzcy będzie zależał ode mnie, będzie więc całkowicie subiektywny.
  9. Ze zwycięzcą skontaktuję się drogą mailową, celem uzyskania danych adresowych potrzebnych do wysyłki książki.
  10. Pytanie konkursowe brzmi: Ułan czy poeta? A może dyplomata, sportsmen lub gwiazda kina? Jaki wzorzec mężczyzny jest ci najbliższy? 
***********************************************


Chociaż współczesne wojsko to przede wszystkim nowoczesne technologie, skomputeryzowany sprzęt i wysoko wykwalifikowana kadra, to jednak wciąż popularna jest w naszym kraju tradycja kawaleryjska. Jak grzyby po deszczu wyrastają kolejne szwadrony będące nowym wcieleniem przedwojennych oddziałów a rekonstrukcje bitew czy pokazy sprawnościowe organizowane przez współczesnych ułanów przyciągają tłumy widzów obojga płci.

Tradycja ułańska, chociaż swoimi korzeniami sięgała okresu Księstwa Warszawskiego, szczególnie rozwinęła się w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Dawni legioniści, którzy po zakończeniu wojny pozostali w szeregach armii, stanowili w wyzwolonym kraju swego rodzaju elitę. Oficer kawalerii był synonimem dżentelmena, wzorem do naśladowania dla mężczyzn i obiektem westchnień dla pań. Do takiego postrzegania ułanów przyczyniły się m.in. surowe zasady postępowania, kodeks honorowy obowiązujący w międzywojennej armii, ale również nietuzinkowa osobowość sporej grupy kawalerzystów...

Jednym z najbardziej znanych ułanów II Rzeczpospolitej był Bolesław Wieniawa-Długoszowski - bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego, żołnierz z zamiłowania, dyplomata z konieczności, poeta z usposobienia i dżentelmen w każdym calu. O Wieniawie krążyły po Warszawie (i nie tylko) anegdoty prawdziwe i zmyślone (jak chociażby o jego wjeździe do "Adrii" na koniu), jego powiedzonka weszły na stałe do użytku (np. "Panowie, żarty się skończyły, zaczynają się schody" - wygłoszone we wspomnianej wyżej "Adrii" po szczególnie wesołej nocnej zabawie) a on sam stał się symbolem czasów, w których przyszło mu żyć. Nic więc dziwnego, że Maja i Jan Łozińscy uczynili Wieniawę jednym z najważniejszych bohaterów swojej książki "Ułani, poeci, dżentelmeni. Męski świat przedwojennej Polski". 

Ale nie tylko ułani rozpalali wyobraźnię panów i budzili zachwyt kobiet. W książce Łozińskich możemy przeczytać również o dyplomatach, sportsmenach, gwiazdach filmu i kabaretu. Tekst wzbogacają fragmenty wspomnień. relacji, artykułów prasowych i bardzo bogaty materiał fotograficzny. Znajdziemy tu postacie znane z podręczników szkolnych czy przedwojennych filmów, ale również całą plejadę mniej sławnych, ale równie ciekawych mężczyzn, którzy współtworzyli międzywojenną śmietankę towarzyską.

Niestety, ten idealny świat miał również swoje ciemne strony, odziedziczone po trosze po epoce Polski szlacheckiej. Wśród panów mieniących się dżentelmenami nierzadkie były przypadki nadużywania alkoholu, wszczynania awantur czy przekonania, że jest się ponad prawem. I o tych ciemnych stronach ułańskiej legendy również w książce Łozińskich przeczytamy.

Do książki dołączone są fragmenty międzywojennych poradników dla mężczyzn, z których dowiemy się m.in. jakie normy towarzyskie obowiązywały w miejscach publicznych, jaki strój jest odpowiedni na różne okazje, co można sprezentować kobiecie a nawet jak powinien być urządzony męski gabinet. Czasem aż szkoda, że niektóre z tych zasad nie obowiązują współcześnie...

"Ułani, poeci, dżentelmeni" to książka obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych dwudziestoleciem międzywojennym. Ale myślę, że również ktoś, kto nie przepada za historią, znajdzie w tej książce coś dla siebie, bo w pracy Łozińskich najważniejsi są ludzie, a nie tylko suche fakty i daty. I o tych ludziach potrafią autorzy bardzo ciekawie i wciągająco opowiadać.

Serdecznie polecam :)

wtorek, 2 grudnia 2014

Schyłkowy PRL oczami dziesięciolatka

Nie tak znowu dawno, bo niecałe trzydzieści lat temu, w jednej z kamienic na warszawskim Grochowie mieszkał sobie pewien chłopiec. Spośród gromady innych chłopców wyróżniał go nieprzeciętny wzrost i z tego powodu zyskał sobie z angielska brzmiący przydomek "Longin". Mieszkanie było niewielkie, więc Longin musiał rezydować w kuchni - tato, który miał smykałkę do majsterkowania wydzielił mu tam niewielki kąt za lodówką, w którym mieściło się łóżko i opuszczany blat przy którym można było odrabiać lekcje. Kiedy go poznajemy Longin jest uczniem czwartej klasy, za szkołą nie przepada, ale już lepsze lekcje niż siedzenie w domu z młodszym braciszkiem Sebastianem...
Pewnego dnia mama prosi Longina, aby powiesił pranie na strychu i ta, błaha z pozoru, czynność wprowadza ogromne zmiany w życiu chłopca. Na strychu poznaje bowiem swojego rówieśnika Alberta, z którym szybko się zaprzyjaźnia, a nawet zaprasza go do swojego mieszkania. I tu czeka go ogromna niespodzianka - nikt poza Longinem nie widzi Alberta...

Marcin Prokop to znany i lubiany dziennikarz telewizyjny. Wraz z Dorotą Wellman stanowili przez kilka lat chyba najbardziej rozpoznawalną parę prowadzących rozmaite programy na antenie TVP2, a od 2008 roku wraz z Szymonem Hołownią prowadzi program "Mam talent" emitowany przez stację TVN. Jest, również z Szymonem Hołownią, współautorem dwóch książek skierowanych do dorosłego czytelnika, natomiast w ostatnich tygodniach pojawiło się jego najnowsze dzieło, skierowana tym razem do dzieci opowieść "Jego wysokość Longin".

W swojej książce Marcin Prokop opowiada o dzieciństwie, które przypadło na ostatnie lata PRL-u. Przed sklepami stoją jeszcze kolejki, bo akurat rzucili jakiś atrakcyjny towar, w pokoju rodziców króluje telewizor marki "rubin", dziadek robi zapasy cukru i papieru toaletowego na wypadek wojny, a tato pędzi w domu bimber. Chłopcy grają w piłkę, ścigają się na rowerach, zbierają papierki z gumy "Donald", kolekcjonują resoraki, tworzą podwórkowe bandy i ani im w głowach siedzenie w domu przed telewizorem (inna rzecz, że w telewizji jest tylko dwa programy, w których prawie wcale nie ma audycji dla dzieci). W niektórych domach pojawiają się atari, czyli konsole do gier, ale dzieciaki rzadko są do nich dopuszczane, bo to kosztowna zabawka - tata Longina wydał na swoje atari całą "trzynastkę".

Książka Marcina Prokopa to ciepła i pełna humoru opowieść o świecie, którego już nie ma. Chociaż przeznaczona jest dla rówieśników tytułowego Longina, to moim zdaniem docenią ją przede wszystkim dorośli, zwłaszcza ci, których dzieciństwo i młodość przypadały na drugą połowę lat osiemdziesiątych. Dla współczesnych nastolatków wiele z opisywanych sytuacji będzie zupełnie niezrozumiałych, bo np. który dzieciak dzisiaj wie co to Wyścig Pokoju i gra w kapsle? Niektóre sytuacje, które wywołają uśmiech na twarzy dorosłego dla dzieci nie będą wcale zabawne, inne może i będą śmieszyć, ale z zupełnie różnych powodów. Ale jedno jest pewne - dzięki tej książce nasze dzieci mają szansę dowiedzieć się jak wyglądało nasze dzieciństwo...

Serdecznie zachęcam do poznania tej książki. Bo jestem niemal pewna, że polubicie Longina tak samo jak ja :)

niedziela, 30 listopada 2014

Takie małe expose

Na internetach od jakiegoś czasu wałkowany jest temat blogerów książkowych, ich wpływu na postrzeganie literatury przez szerokie grono czytelników, rzeczywistego wpływu na kształtowanie literackich gustów społeczeństwa oraz, a może przede wszystkim, jakości tworzonych przez nich (znaczy tych blogerów) tekstów. W temacie wypowiadają się tak sami blogerzy, jak i autorzy i, co mnie osobiście bardzo razi, ci ostatni są coraz bardziej agresywni. I nie chodzi mi tu wcale o Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Czytając niektóre z tych wypowiedzi (czy to na blogach, czy na FB) dochodzę do wniosku, że nam blogerom przydałoby się nieco więcej dystansu do siebie, ale i autorom takoż... 
Każdy, kto coś tam gdzieś tam publikuje MUSI się liczyć z tym, że nie wszystkim się to spodoba. I albo mamy skórę jak hipopotam i wszystko się od niej odbija a my robimy swoje, albo rezygnujemy z literatury (czy jakiejś innej twórczości - bo to samo jest z filmem, muzyką, itd.) i zabieramy się za uprawę kapusty albo inszej rzodkiewki. 



Kilka dni temu w Tramwaju ukazała się notka (moim zdaniem żartobliwa, ale może ja mam jakieś zwichrowane poczucie humoru) na temat tych autorów, którzy potrafią przyjąć "na klatę" krytykę swojej twórczości. Na reakcję nie trzeba było długo czekać - na FB zawrzało, autorzy podnieśli larum, że jak można coś takiego, że blogerom się w głowach przewraca, że autor postu to sfrustrowany blogerzyna z jakiegoś marnego blogaska... A i jeszcze, że na blogach nie ma profesjonalnych recenzji.

No i chyba tu jest przysłowiowy pies pogrzebany - my blogerzy (poza nielicznymi wyjątkami) nie piszemy recenzji sensu stricto. My piszemy subiektywne opinie. I tyle. A jeśli to moja opinia to proszę darować, ale mam prawo napisać, że książka mi się niespecjalnie podobała, że główna bohaterka to wredna jędza, a główny bohater jest maminsynkiem i pantoflarzem. Jakby do kogoś to jeszcze nie dotarło, to w Polsce od dosyć długiego czasu mamy ponoć demokrację, a co za tym idzie wolność słowa... Wolno mi krytykować książkę czy jej fabułę, wolno autorowi krytykować niepochlebną opinię  na blogu, ale, do licha, na tym koniec. Niedopuszczalne jest atakowanie (bywa, że wulgarne) stojącego za takim tekstem człowieka. 

A potem ktoś się dziwi, że blogerzy nie piszą o książkach współczesnych polskich autorów. A po co mamy pisać? Ja osobiście nie jestem masochistką i nie mam zamiaru wystawiać się na ataki jakiegoś sfrustrowanego autora. Aczkolwiek ja akurat sporo o polskiej piszę, chociaż raczej omijam beletrystykę.

I pomimo nagonki na blogerów dalej pisać będę te swoje nieprofesjonalne opinie :)