wtorek, 9 czerwca 2015

Pieskie życie

Sznaucer to rasa psa, która oficjalnie powstała w 1910 roku, do Polski trafiła na krótko przed II wojną światową, ale dopiero w latach sześćdziesiątych powstały u nas jej pierwsze hodowle. Sznaucery, ze względu na gabaryty, dzielą się na miniaturowe, średnie i olbrzymy, natomiast jeśli chodzi o umaszczenie to występują w dwóch kolorach - czarny i tzw. "pieprz z solą" (zdecydowanie rzadszy).

Jedna z hodowli sznaucerów znajduje się w Łodzi - to tam przyszły na świat Fela i Mela, dwie sznaucerki olbrzymie z typu "pieprz z solą". Wydawało się, że ich losy są z góry ustalone - kilkanaście tygodni razem z mamą, a następnie psiaki miały znaleźć nowy dom, gdzie doceniono by ich wyjątkowość i otoczono staranną opieką. Niestety, szybko okazało się, że los szykuje dla Feli całkiem inny scenariusz - suczka zostaje skradziona...

Waldemar Wolański jest dramaturgiem, aktorem i reżyserem, dyrektorem artystycznym łódzkiego teatru lalek "Arlekin". Jest również autorem kilku książek dla dzieci, z których najnowsza, wydana w tym roku nakładem Wydawnictwa Literatura nosi tytuł "Szara Mysza", a jej bohaterką jest właśnie Fela. 

Sznaucerka nie ma jakoś szczęścia do ludzi i wędruje z rąk do rąk - kilku właścicieli, dwukrotny pobyt w schronisku, samotność i zagubienie. Wreszcie los się do niej uśmiechnął i trafiła do kogoś, kto stworzył jej prawdziwy kochający dom...

Historia opisana przez Waldemara Wolańskiego zdarzyła się naprawdę. Feli (która kilkakrotnie zmieniała imię, aż wreszcie została Myszą) udało się znaleźć swoje miejsce do życia. Ale ile jest takich psów, które nie maja tyle szczęścia? Ile razy się zdarza, że ktoś bez wyobraźni funduje sobie dużego psa do maleńkiego mieszkania? Że robimy "żywy" prezent, który początkowo cieszy a później staje się źródłem kłopotów i jakże często kończy w schronisku lub co gorsza na poboczu drogi?

Bardzo ważne jest aby na te sprawy uwrażliwiać najmłodszych, dlatego uważam, że "Szara Mysza" powinna być obowiązkową lekturą dla wszystkich rodziców i dzieci planujących zakup czworonożnego domownika.

sobota, 6 czerwca 2015

Powrót do Wartemborka

Renata Kosin - sympatyczna kobitka, poznana zupełnym przypadkiem (jak ja lubię takie przypadki...) po raz kolejny zafundowała mi nieprzespaną noc. Bo jej książek, jak się już zaczęło czytać, nie można tak po prostu odłożyć na półkę. Więc czyta człowiek jeszcze jedną kartkę, i jeszcze jedną, i jeszcze... I kiedy wreszcie dowiaduje się jak się kończą perypetie książkowych bohaterów i z westchnieniem ulgi gasi nocną lampkę to okazuje się, że w pokoju jest już całkiem jasno, a budzik chyba oszalał, bo pokazuje 4.45... A przecież powinien być środek nocy!
Na szczęście dzisiaj nie trzeba było iść do pracy ;)

W kwietniu ubiegłego roku ukazała się książka "Tajemnice Luizy Bein", o której pisałam TUTAJ, natomiast kilka tygodni temu Nasza Księgarnia wydała "Kołysankę dla Rosalie", będącą w pewnym sensie kontynuacją tej powieści. 

Od wydarzeń opisanych w "Tajemnicach" minęło 7 lat. W wartemborskim pałacu zostaje otwarty pensjonat, którego współwłaścicielami są Anna Bein oraz Klara Figiel ze swoim byłym/obecnym mężem Kubą. Właśnie rozpoczyna się pierwszy turnus i do pałacu przybywają goście - starsi państwo z Niemiec, dwóch wędkarzy - samotników, znany pisarz, emerytowany austriacki architekt, znerwicowana pracownica wielkiej korporacji oraz małżeństwo z hotelarskiego piekła rodem...
Do Wartemborka przybywają również goście ze Szwajcarii - Alex i Sara Beinowie z dziećmi: Rosalie i Albertem.

Klara cieszy się z wizyty Beinów, powodzenie pensjonatu również napawa ją optymizmem, jednak nawał zajęć w pałacu połączony z absorbującą pracą zawodową sprawiają, że młoda kobieta jest na skraju wyczerpania tak fizycznego jak i psychicznego. Jest rozdrażniona, ma problemy ze zdrowiem i wygląda jak przysłowiowa "śmierć na chorągwi". Zapada też na totalny "różowstręt", co jest szczególnie uciążliwe, gdyż w pałacu na każdym kroku natyka się na te rośliny - róże były ulubionymi kwiatami Luizy Bein i remontując pałac Klara i Kuba odtworzyli ogród różany. Również w wystroju pałacowych wnętrz dominują różane motywy - coś co początkowo wydawało się świetnym pomysłem aktualnie budzi w Klarze odrazę. Jednak osobiste problemy trzeba odłożyć na bok - z pałacu zostaje uprowadzona Rosalie i jej niania...

Renata Kosin nie rozpieszcza swoich wielbicieli - jedna książka na rok to niezbyt wiele. Jednak wielkie uznanie należy się tej autorce za jakość - ponieważ umieszcza swoich bohaterów w prawdziwych realiach historycznych stara się jak najlepiej poznać wydarzenia o których pisze. Tym razem Klara i Kuba, a pośrednio również Alex muszą się zmierzyć z tym co działo się w Wartemborku i okolicach w latach trzydziestych i czterdziestych XX wieku. Pałac był siedzibą nazistów, którzy przeprowadzali w nim tajemnicze rytuały, do tego należy dołożyć jeszcze nie do końca wyjaśnione związki poprzednich właścicieli z różokrzyżowcami i masonerią - tajemnica goni tajemnicę. Chwilami miałam wrażenie, ze czytam powieść grozy - tajemnicza muzyka, którą Klara słyszy w nocy, nadpleśniałe płatki róż, którymi ktoś zasłał jej łóżko, zmaltretowane psie zwłoki na tarasie budziły dreszcze obawy.

Ponieważ dużą rolę w powieści odgrywa wątek masoński, nic dziwnego, że znajdzie tu czytelnik sporo opisów tajemniczych rytuałów, przepowiedni i proroctw - jednak są one tak zgrabnie wplecione w treść, że nie powinny nikogo zanudzić, a wręcz przeciwnie - pozwolą lepiej zrozumieć z czym muszą sobie poradzić bohaterowie powieści.

A skoro o bohaterach mowa - oprócz nowych postaci (goście i personel pałacu) spotka tu czytelnik wszystkie osoby znane z poprzedniej książki. Nieco więcej miejsca poświęciła autorka Kubie, który w "Tajemnicach" pojawił się jedynie w epizodach, natomiast tutaj razem z Klarą jest bohaterem pierwszoplanowym. Generalnie zyskał moją sympatię, aczkolwiek ma jedna cechę, której nie znoszę - otóż Kuba nagminnie ukrywa przed Klarą pewne fakty (np. przygarnięcie psa, przypadkiem zdobyte informacje na temat pałacu,itp.) niby po to żeby się nie denerwowała. Finał jest taki, że kiedy Klara o wszystkim się dowiaduje (najczęściej od osób trzecich) to jej zdenerwowanie jest kilkakrotnie większe niż w normalnych warunkach... Mam nadzieję, że jeśli pojawi się kolejna książka z Wartemborkiem w tle (na co bardzo liczę), to do Kuby dotrze, że prawda, chociażby najmniej miła jest lepsza niż jej zatajanie, a Klara o pewnych sprawach wolałaby się dowiedzieć bezpośrednio od niego.

Serdecznie polecam lekturę tej książki wszystkim wielbicielom tajemnic i zagadek, nie tylko historycznych. I uzbrajam się w cierpliwość, aby czekać na kolejną książkę pani Renaty...

czwartek, 4 czerwca 2015

Nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki...

Długi weekend rozpoczęty, stos książek czeka (dwie już nawet napoczęte są), pogoda balkonowa - oby tak dalej ;)

Dzień dziecka co prawda już minął, ale jeszcze coś w dzieciowym klimacie chciałam napisać. Otóż jakiś czas temu poszłam z własnym dzieckiem na ugodę w sprawie czytania - on czyta mi po południu, a ja jemu wieczorem, do poduszki. Jawny cel ugody jest taki, że ma być sprawiedliwość w rodzinie, natomiast celem tajnym jest ćwiczenie u młodego umiejętności czytania ze zrozumieniem. Piotrek co prawda z czytania ma piątki, w jakimś teście (ilość przeczytanych słów na minutę) w swojej grupie wiekowej ma bardzo dobry wynik, ale moim zdaniem to jest jakaś ściema (albo próg wymagań w szkole się obniżył do poziomu podłogi) bo młody duka niemożebnie - normalnie jak go posłuchać to zęby bolą. Nawet sztuczne... Na szczęście wie co przeczytał i potrafi z sensem o tym opowiedzieć, ale jako lektor na razie kariery nie zrobi. Tak więc Piotrek czyta mi literaturę współczesną, a ja jemu klasyki, w których jest zdecydowanie więcej długich i niezrozumiałych słów.
I tak oto w maju poznało moje dziecko jedną z najbardziej znanych książek dla dzieci, a mianowicie powieść J.M. Barriego pt. "Piotruś Pan i Wendy".

Samego bohatera Piotrek oczywiście znał z jakichś kreskówek, a zainteresowanie było tym większe, że jest imiennikiem chłopca z Nibylandii. Książka z telewizyjną produkcją nie miała zbyt wiele wspólnego, ale zyskała uznanie w oczach mojego syna.
Dla mnie to była powtórka sprzed lat, ale chwilami miałam wrażenie, że w dzieciństwie czytałam całkiem inną książkę...

Zacznę może od tego co mnie w tym konkretnym wydaniu (Buchmann 2011) urzekło:
Po pierwsze: piękne tłumaczenie, którego autorem jest Michał Rusinek. Po prostu poezja.
Po drugie: staranne wydanie czyli twarda okładka, gruby papier, przyjazna dla oka czcionka - książka może być ozdobą każdej dziecinnej biblioteczki.
Po trzecie: niezwykłej urody szata graficzna, której autorem jest Robert Ingpen - zwiewne, nieco nierealne, jak gdyby zamgl one ilustracje sprawiają wrażenie sennego marzenia, które jeszcze potęguje ich kolorystyka (beże, rozmyte żółcie i zielenie, jedynie od czasu do czasu jakiś kontrastujący z resztą obrazu detal. Część ilustracji sprawia wrażenie szkiców - np. kilka ujęć Dzwoneczka na jednej kartce, tak jakby ilustrator nie potrafił zdecydować, który wariant najlepiej oddaje jego zamysł.

O czym jest "Piotruś Pan i Wendy" to pewnie wszyscy wiedzą - wszak to klasyka klasyki. Ale jakby się przypadkiem znalazł ktoś kto nie słyszał o tym bohaterze (chociażby w kontekście syndromu Piotrusia Pana) to wyjaśniam, że tytułowy bohater to wieczny chłopiec, który nigdy nie dorasta i mieszka w baśniowej krainie Nibylandii. Pewnego dnia (a właściwie nocy) zabiera do Nibylandii dziewczynkę imieniem Wendy, oraz jej dwóch braci - dzieci przeżywają tam niesamowite, często niebezpieczne przygody i walczą z piratami dowodzonymi przez kapitana Haka.

Jest trochę strachu, jest kilka śmiesznych momentów, dla współczesnej czytelniczki (zwłaszcza takiej o radykalnych poglądach) pewnym zgrzytem może być postać Wendy wtłoczonej w rolę "mamuśki" mieszkających na wyspie chłopców, ale trzeba pamiętać, że książka swoje lata już ma i w chwili jej powstania idea równouprawnienia,zwłaszcza w wiktoriańskiej Anglii (premiera książki miała miejsce trzy lata po śmierci królowej Wiktorii), nie była zbyt popularna. Tak więc powołaniem, a także marzeniem niemal każdej dziewczynki było pranie, gotowanie, cerowanie i zajmowanie się gromadką dzieciaków więc Wendy jest w tej roli bardzo wiarygodna.
Gromada chłopców zamieszkujących Nibylandię to postacie bardzo zróżnicowane - Barrie musiał być świetnym obserwatorem dziecięcego świata i te obserwacje umiejętnie przelał na papier. Ciekawie ujęci są również piraci - właściwie groźni, ale dają się lubić, nawet Hak. Przyznam ze wstydem, że bardziej mnie przekonał do siebie naczelny czarny charakter niż główny bohater...

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Piotruś Pan to jedna z najbardziej niesympatycznych postaci literatury dziecięcej - egoista, narcyz, egocentryk. Narzuca innym swoje zdanie, manipuluje Wendy i chłopcami, jest okrutny, obraża się o byle co, że o totalnym lekceważeniu wszystkich (no może poza Dzwoneczkiem, która też jest perfidna i złośliwa) nie wspomnę. Nie lubię gościa jak mało kogo i tyle.
I tak się zastanawiam, czy moje zdanie jest spowodowane tym, że jestem już za stara na "Piotrusia Pana" czy taki był może zamysł autora, żeby stworzyć antybohatera? Czekam na sugestie...

Na szczęście (pomimo, że książka mu się podobała) Piotruś Pan nie stał się idolem mojego syna - jego wzorcem w dalszym ciągu pozostał król Piotr Wspaniały z Narnii...

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Książeczki mojego dzieciństwa

Dzień Dziecka powoli się kończy. Moje własne dziecko jeszcze gdzieś biega po podwórku z dwójką innych wisusów - było kino, były lody "najlepsze na świecie", było rowerowe szaleństwo i, co najważniejsze, była piękna pogoda. Siedzę sobie teraz na balkonie, napawam się ostatnimi promieniami słońca i próbuję opanować nowy laptop (stary definitywnie wyzionął ducha kilkanaście dni temu...) - jest szansa, że będę pisać trochę częściej ;)
Pomimo, że dzieckiem nie jestem już od wielu lat, to od czasu do czasu lubię wracać do lektur dzieciństwa - dziś o takich właśnie dawnych czytankach słów parę.

Jakiś czas temu wydawnictwo Nasza Księgarnia zebrało i opublikowało w kilku tomach książeczki, które ukazywały się w serii "Poczytaj mi mamo". Teraz przyszła kolej na inną wspaniałą serię, która umilała dzieciństwo kilku pokoleniom maluchów, a mianowicie "Moje książeczki".
Podejrzewam, że większość z was kojarzy książeczki z charakterystycznym czarnym kotem na tylnej okładce. Pierwszy tom z serii ukazał się w 1959 roku, a przez kolejne trzydzieści lat do dziecięcych rąk trafiło kilkadziesiąt książeczek polskich i zagranicznych autorów. Książeczki były różne: klasyczne baśnie, realistyczne opowiadania, fantastyczne historie wierszem i prozą -  do wyboru, do koloru. Mocną stroną tych wydawnictw była strona wizualna - książki ilustrowali najwybitniejsi polscy rysownicy, m.in. Zbigniew Rychlicki, Bożena Truchanowska czy Hanna Czajkowska.
"Moje książeczki. Księga pierwsza" zawierają siedem historii, których autorami są Adam Bahdaj, Helena Bechlerowa, Hanna Januszewska, Ada Kopcińska i Anna Świrszczyńska. Zacne grono, nieprawdaż?

Myślę, że już same nazwiska autorów powinny zachęcić do rozejrzenia się za tą pozycją i do zaopatrzenia w nią dziecka własnego lub zaprzyjaźnionego. Ale nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o wartości wychowawczej prezentowanej przez poszczególne opowiadania. Młody czytelnik może kibicować myszce Kundzi, która nie traci hartu ducha nawet w największym niebezpieczeństwie, wesołej Ludwiczce, która śmieje się nawet po przymusowej i niezbyt przyjemnej kąpieli w kałuży czy ślimakowi Pafnucemu, który śpieszy innym z pomocą, nawet kosztem udziału w wielkim wyścigu. A może jakiś "młody gniewny" zastanowi się nad swoimi "grzeszkami" po lekturze "Zajączka z rozbitego lusterka" i podobnie jak Piotruś przeprosi mamusię za swoje zachowanie? 

Serdecznie polecam tę książkę i już jestem ciekawa, jakie historie znajdą się w kolejnym tomie "Moich książeczek".

sobota, 23 maja 2015

I jeszcze raz o Kossakach (a właściwie o Kossakównie)

Ech, liczyłam, że jak już przetrwam kwiecień i pierwszą połowę maja, które w tym roku miałam strasznie zawalone (tak w pracy jak i w domu) to częstotliwość wpisów wzrośnie. Niestety laptop odmówił posłuszeństwa, nowy będzie dopiero za tydzień, a dzieckowy sprzęt wolny jest dopiero późnym wieczorem... Na szczęście Młody pognał grać w piłkę, to coś tu napiszę :)
W nawiązaniu do poprzedniego wpisu, który traktował o książce "Kobiety Kossaków" donoszę, że zadziałało prawo serii i z domowych zasobów wygrzebałam dwie książki o Madzi Kossakównie, czyli Magdalenie Samozwaniec.

Pierwsza z nich to zbiór wspomnień kilkudziesięciu osób, z którymi pisarka związana była w różnych okresach swojego życia. Książkę, noszącą tytuł "Magdalena, córka Kossaka" opracował Rafał Podraza, który jest spokrewniony z Zygmuntem Niewidowskim, drugim mężem pani Magdaleny.
Część tekstów była już wcześniej publikowana w rozmaitych wydawnictwach (niektóre teksty pochodzą jeszcze sprzed wojny), ale większość stanowi plon rozmów jakie przeprowadził autor z rodziną i przyjaciółmi pisarki.
Z wypowiedzi, wierszy i listów wyłania się obraz kobiety niesłychanie aktywnej, ciekawej świata, wiecznej optymistce i, jeśli brać pod uwagę działalność literacką, bardzo pracowitej. Pisarka bardzo dbała o siebie, do późnego wieku była aktywna fizycznie i zdrowo się odżywiała, chociaż nałogowo paliła papierosy. Elegancka, modnie ubrana, dowcipna (czasem złośliwa) pani była najczęściej duszą towarzystwa. Oprócz zalet miała pani Magdalena również pewne wady, z których na plan pierwszy wysuwało się bałaganiarstwo.
Pomimo, że książka dotyczy Magdaleny to we wspomnieniach bardzo często przywoływane są dwie inne osoby: jej siostra Maria Pawlikowska-Jasnorzewska oraz ojciec Wojciech Kossak. Na ich temat Magdalena mogła rozmawiać zawsze i wszędzie.
Większość osób wypowiadających się w tej książce mówi o Magdalenie z sympatią. Jest jednak kilka wypowiedzi krytykujących pisarkę - to jej bratanice, oraz Irena Krzywicka. Z córkami Jerzego Magdalena była w konflikcie od czasów wojny (chodziło o Kossakówkę), natomiast spór z Ireną Krzywicką dotyczył Pawlikowskiej (Krzywicka opublikowała wspomnienia o poetce, które nie spodobały się Magdalenie).

Druga książka, o której chcę napisać to "30 lat życia z Madzią" - wspomnienia Zygmunta Niewidowskiego, drugiego męża pisarki.
Niewidowski poznał Magdalenę w 1942 roku - pracował wtedy w lombardzie, a ona przyszła zastawić buty narciarskie. Przypadkowa znajomość rozwinęła się i umocniła do tego stopnia, że kilka miesięcy po zakończeniu wojny zostali małżeństwem. Wydawać by się mogło, że związek ten nie ma zbyt wielkiej przyszłości - Zygmunt była 20 lat młodszy od żony, pochodzili z odmiennych środowisk, Magdalena była wyjątkową dyletantką jeśli chodzi o prowadzenie domu, czasy powojenne do najłatwiejszych nie należały a jakby tego było mało obydwoje małżonkowie lubili życie towarzyskie i pieniądze ich się jakoś nie trzymały. Tymczasem przeżyli ze sobą prawie 30 lat - ich małżeństwo zakończyła śmierć Magdaleny w 1972 roku.
Czytając wspomnienia Zygmunta Niewiadowskiego zastanawiałam się co spowodowało, że ten związek przetrwał pomimo nie najlepszych rokowań. I wydaje mi się, że główną przyczyną było to, że Magdalena i Zygmunt szczerze się lubili i byli ze sobą zaprzyjaźnieni. Zygmunt troszczył się o żonę, był dla niej oparciem, a ona odpłacała mu serdecznością i zaufaniem.
W książce znajdzie czytelnik mnóstwo anegdot dotyczących Magdaleny, ale również osób z nią związanych - ludzi kultury i sztuki, którzy przewijali się przez mieszkanie Niewidowskich, grywali z nią w karty, prowadzili wspólne wieczory autorskie, spotykali się w domu pracy twórczej w Oborach. Niewidowski najwięcej pisze o warszawskich latach Magdaleny (małżonkowie przenieśli się tam wkrótce po ślubie i mieszkali do śmierci), ale opisuje również Kossakówkę i środowisko krakowskie. Jednak to już nie ten dom o którym możemy poczytać w "Marii i Magdalenie" - starsi państwo Kossakowie zmarli w czasie wojny, Pawlikowska nie zdążyła wrócić z emigracji, a z rodziną brata Jerzego powstał konflikt na tle wyprzedaży przez Magdalenę rodzinnych pamiątek. Ostatnią nicią, która wiązała pisarkę z rodzinnym domem i miastem była Kucharcia (gospodyni z Kossakówki) - po jej śmierci pojawiała się w Krakowie tylko służbowo.

Te dwie książki dopełniają w pewien sposób obraz Magdaleny Samozwaniec wykreowany przez nią samą we wspomnianej "Marii i Magdalenie". Być może nie jest to obraz pełny, bo obydwaj autorzy są w mniejszym lub większym stopniu związani rodzinnie ze swoją bohaterką. Być może gdyby o Magdalenie pisał ktoś bardziej neutralny, to ten portret byłby inny. Jak na razie nie doczekała się Madzia Kossakówna swojej kompleksowej biografii - a szkoda, bo to byłaby z pewnością ciekawa książka.

czwartek, 14 maja 2015

Kobiety wychodzą z cienia

Na tę książkę czekałam z ogromną ciekawością, ale i pewną obawą - rodzina Kossaków to jeden z bardziej interesujących mnie tematów i staram się czytać wszystko co no nich napisano. Szczególnie, że Joanna Jurgała-Jureczka zajęła się kobietami związanymi z tą rodziną, które nierzadko znajdowały się w cieniu swych sławnych mężczyzn. Oczywiście o Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Magdalenie Samozwaniec czy Zofii Kossak-Szczuckiej słyszał prawie każdy, ale już ich matki są postaciami znanymi niewielu osobom.
Tak więc moje oczekiwania były całkiem spore. Czy zostały zaspokojone? I tak, i nie. Ale po kolei.

Bohaterkami książki są oczywiście żony i córki Juliusza, Wojciecha i Tadeusza Kossaków. Oprócz nich autorka umieściła w swojej książce jeszcze teściową Juliusza, czyli Anielę z Kurnatowskich Gałczyńską, oraz jego wnuczkę Jadwigę z Unrugów Witkiewiczową - nie nosiły one co prawda nigdy nazwiska Kossak, ale ich rola w dziejach rodziny była na tyle duża, że miejsce w publikacji jak najbardziej im się należy. 
Jeżeli ktoś ma chociażby niewielkie pojecie o Kossakach to od razu zauważy pewne braki w tym spisie. Chodzi mianowicie o rodzinę Jerzego Kossaka - w książce nie ma nawet krótkiej wzmianki o jego dwóch żonach i córkach. Tak, że to pierwszy poważny mankament jaki zauważyłam w tej publikacji.

Ponieważ "Kobiety Kossaków" nie są opracowaniem ściśle naukowym autorka nie zawsze trzyma się kolejności chronologicznej, pozwala sobie na liczne dygresje oraz nieco gawędziarską stylistykę. Robi to całkiem miłe wrażenie, aczkolwiek jest miejsce gdzie się zupełnie nie sprawdza - w części poświęconej Annie z Kisielnickich Kossakowej. Tak matka jak i babka pani Tadeuszowej Kossakowej nosiły imię Anna, co więcej matka była również z domu Kisielnicka... Tak, że były chwile, że zupełnie nie mogłam się połapać o którą Annę Kisielnicką chodzi - w tym przypadku chronologiczne ujecie tematu wiele by ułatwiło.

Pisząc swoją książkę Joanna Jurgała-Jureczka opierała się na bogatym archiwum dotyczącym rodziny - listach, wspomnieniach oraz opracowaniach naukowych. Zdarzało się, że różne osoby podawały różne daty niektórych wydarzeń, różna też była interpretacja pewnych wydarzeń - to akurat zrozumiałe, więc dobrze, że autorka starała się dotrzeć do różnych źródeł. Jednak pewnym zaskoczeniem był dla mnie fakt, ze na stronie 232 cytowany jest fragment pamiętnika Anieli z Gałczyńskich, a w przypisie stoi, że jest to fragment listu Marii Kossakowej... Tak, wiem, większość czytelników nie zwraca uwagi na przypisy, ale ja mam skrzywienie zawodowe i zwracam. Przy okazji - w tekście też jest błąd, bowiem pani Aniela nazwisko Gałczyńska nosiła po zamążpójściu, a z domu była Kurnatowska.
Jeśli już jesteśmy przy błędach, to rzuciły mi się w oczy dwa poważne błędy rzeczowe.
Pierwszy z nich dotyczy synów Wojciecha i Tadeusza Kossaków. Na stronie 237 możemy przeczytać co następuje: "Z listów Wojciecha Kossaka wynika, że wzięli pod opiekę Jurka, który przeniósł się do nich z Kośmina, żeby pobierać nauki razem z Witoldem. Wojciech traktował go jak syna". Niby się zgadza, ale nie do końca - synem Wojciecha był Jerzy, a z Kośmina na Kossakówkę przyjechał Witold...
Drugi duży błąd znajduje się pod zdjęciem Anny z Kisielnickich Kossakowej. Podpis głosi, że fotografia przedstawia panią Annę przy krośnie. Tymczasem nawet dziecko (sprawdzone na dziesięciolatku) zauważy, że jest to kołowrotek. Urządzenia zdecydowanie nie są do siebie podobne...
Nie było moim zamysłem tropienie pomyłek autorki, jednak te akurat nieścisłości same rzuciły się w oczy. Pozostaje mieć nadzieję, że to tylko wpadki przy pracy i reszta tekstu jest pod względem merytorycznym bez zarzutu.

"Kobiety Kossaków" to pomimo wszystko ksiązka ciekawie napisana, chociaż miejscami (szczególnie jeśli chodzi o rodzinę Wojciecha Kossaka) wtórna w stosunku do "Marii i Magdaleny". Dla mnie najciekawsze były wątki Zofii Kossak (żona Juliusza) oraz jej synowej Anny, żony Tadeusza Kossaka, bo o tych paniach wiedziałam najmniej. I w tym wypadku moja ciekawość została zaspokojona.

Tak więc pomimo mankamentów o których pisałam powyżej warto dać tej książce szansę.



wtorek, 5 maja 2015

Wielkopolska saga

Za nami majowy weekend, który dla części z nas był okresem beztroskiego leniuchowania lub spotkań w gronie rodzinnym, dla innych był to czas nadrabiania lekturowych zaległości (niektórzy, jak na ten przykład Królowa Matka wykazali się wręcz nadludzkim poświęceniem przy tej czynności) wreszcie innym, do których ja się zaliczam, przeleciało te kilka dni nie wiadomo kiedy i właściwie nie wiadomo na czym... Aczkolwiek udało mi się dokończyć lekturę wspaniałej książki, która leżakowała na półce już od kilku lat. I o tej książce słów kilka.

Stary posagowy kufer prababci, który szczęśliwie przetrwał dwie wojny światowe ukrywał w swoim wnętrzu rozmaite papiery - dokumenty, rachunki, listy i karty pocztowe. Znajdował się w nim również dosyć pokaźny zbiór przepisów kulinarnych, porad gospodarskich, spisów bielizny i innego inwentarza, wycinki z gazet, poezja amatorska i jeden dobry Bóg wie co jeszcze. Tym zbieranym przez lata domowym archiwum zainteresowała się wreszcie pani Joanna Konopińska oraz jej przyjaciółka Janina Fedorowicz. Ponieważ żyła jeszcze matka pani Joanny więc uzupełniła tę dokumentację swoimi wspomnieniami. Z opowieści pani Stefanii z Jasieckich Konopińskiej i ze skarbów ukrytych w starym kufrze wyłonił się obraz wielkopolskiego dworu szlacheckiego i zamieszkującej go rodziny na tle burzliwych dziejów końca XIX i początku XX wieku, który stał się kanwą książki "Marianna i Róże". Dla porządku dodam, że książka po raz pierwszy ukazała się w 1977 roku nakładem Instytutu Wydawniczego PAX i niemal natychmiast zniknęła z księgarń. Na szczęście w 2008 roku wydawnictwo Zysk przygotowało jej kolejną, poprawioną edycję.

"Marianna i Róże" napisana jest w formie pamiętnika Marianny z Malinowskich Jasieckiej, babci Joanny Konopińskiej i obejmuje lata 1890-1914. Pani Marianna i jej mąż Michał zakupili właśnie swój pierwszy majątek (Jasiecki był uprzednio plenipotentem dóbr w Pakosławiu) - może niezbyt wielki, ale wygodny dwór w Polwicy, w którym zamieszkali z piątką dzieci (dwie najmłodsze córeczki przyjdą na świat dopiero w tym domu) oraz matką pani Marianny, Różą z Hoppów Malinowską (to właśnie ona była pierwszą właścicielką wspomnianego wyżej kufra). Po kilku latach Polwicę zamienią na większy majątek Ostrowieczko, w którym doczekają pierwszej wojny światowej i odzyskania niepodległości.  Jasieccy   nie mają arystokratycznych koneksji ani ogromnego majątku ale są ludźmi dla których Bóg, Honor, Ojczyzna nie są tylko pustymi frazesami.

Bycie Polakiem w Wielkopolsce na przełomie wieków nie należało do najłatwiejszych - nasilająca się germanizacja, działalność antypolskich organizacji, wykupowanie ziemi przez rząd i przekazywanie go niemieckim osadnikom, utrudnienia w działaniu polskich instytucji kulturalnych to tylko część problemów z którymi spotykają się mieszkający tam Polacy. Priorytetem stało się utrzymanie jak największej ilości ziemi w polskich rękach, podnoszenie poziomu gospodarki, unowocześnianie rolnictwa oraz wspieranie włościaństwa. Obydwoje Jasieccy są gorącymi zwolennikami ruchu spółdzielczego oraz kółek rolniczych, starają się o utrzymanie dobrych stosunków pomiędzy dworem a wsią, a kiedy trzeba spieszą również z pomocą materialną dla poszkodowanych przez los. Ambicją Michała jest stworzenie w Polwicy wzorowego gospodarstwa i temu zadaniu poświęca większość swojego czasu. Jego żona dba o dom oraz dzieci i,  jak na przykładną Wielkopolankę przystało, jest niezwykle oszczędna, gospodarna i pobożna. Manifestuje swoją polskość chociażby przez to, że nie robi zakupów w niemieckich sklepach oraz nie utrzymuje stosunków towarzyskich z niemieckimi rodzinami mieszkającymi w okolicy. W patriotycznym duchu wychowuje swoje dzieci - musi im wpoić najważniejsze wartości tak mocno, żeby państwowa edukacja nie była ich w stanie zniszczyć. Panienki uczęszczają co prawda  na prywatną pensję, gdzie obowiązuje język francuski, ale jedynego syna muszą Jasieccy posłać do pruskiego gimnazjum.
A kiedy dzieci dorastają pojawiają się nowe problemy - znalezienie odpowiedniej partii i wywianowanie sześciu córek może skutecznie spędzić sen z oczu rodziców, a niechęć jedynaka do zajęć gospodarskich też nie napawa optymizmem.

Ale państwo Jasieccy nie zamykają się tylko w kręgu swojego gospodarstwa - uczestniczą w wydarzeniach kulturalnych, odwiedzają rodzinę i znajomych, a swoim gościom starają się pokazać ciekawe i historyczne miejsca w najbliższej okolicy. Marianna podejmuje również dalsze podróże - jedzie z dziećmi do Wrocławia, Kołobrzegu, Krakowa czy Zakopanego, a przy okazji atrakcji turystycznych uzmysławia im, że są to polskie ziemie, które w skutek tragicznych okoliczności znalazły się w obcych rękach.

W ciągu prawie 25 lat opisanych w książce ogromnie zmienia się świat i zmienia się również Wielkopolska. Niektóre zmiany przyjmowane są przez Mariannę pozytywnie (chociażby lepsza komunikacja kolejowa czy pierwsze telefony), inne nie wzbudzają jej entuzjazmu (nowomodne suknie nie przypadają jej do gustu), ale są również takie, którym jest zdecydowanie przeciwna. Marianna jest zbulwersowana rozluźnieniem obyczajów wśród młodych i ich brakiem szacunku wobec starszych oraz ich odchodzeniem od nieprzejednanej antyniemieckiej postawy (strofuje dorosłą i zamężną córkę za użycie zwrotu "nasz cesarz" w stosunku do pruskiego władcy).

Dla Marianny najważniejszą wartość stanowi rodzina - wielkim szacunkiem i przywiązaniem darzy matkę, utrzymuje stały kontakt z siostrami i bratem, a swoje dzieci, pomimo pewnej surowości i dyscypliny w wychowaniu, kocha całym sercem. To dzięki takim kobietom jak Marianna, dzięki ich pracy i poświęceniu dla zachowania narodowej tożsamości wyrosło pokolenie, które mogło odbudować kraj po wyzwoleniu z wieloletniej niewoli.

"Marianna i Róże" to książka niezwykle wciągająca. Pomimo, że czasy się bardzo zmieniły i duża część poglądów Marianny (szczególnie na wychowanie dzieci) może się wydawać dzisiaj mocno anachroniczna czytałam ją z ogromnym zainteresowaniem. Autorkom udało się stworzyć autentyczną i ciekawą bohaterkę oraz ożywić dawno miniony świat. Aż szkoda było zegnać się z Marianną i jej pamiętnikiem...