niedziela, 29 marca 2015

Po spokój i ciszę do irlandzkiej wioski

Część blogerów współpracujących z wydawnictwami ma w zwyczaju dziękować pod recenzją za otrzymane egzemplarze. Ja tego raczej nie robię (od czasu do czasu umieszczam link do strony wydawcy/dystrybutora), bo nie chciałabym, żeby ktoś patrzył na to co tutaj piszę przez pryzmat ewentualnej współpracy recenzenckiej. Jednak dzisiaj złamię tę zasadę i złożę serdeczne podziękowania, tyle, że nie wydawcy a pewnej blogerce (która od jakiegoś czasu zamilkła), od której dowiedziałam się o istnieniu pisarki, o której książce będzie poniżej.
A więc Kasiu Horodyniec - bardzo Ci serdecznie dziękuję, że przy okazji pewnej notki podrzuciłaś mi nazwisko Maeve Binchy. Tylko z tego powodu zwróciłam uwagę na tę książkę...

Stoneybridge to wioska w zachodniej Irlandii, nad samym Atlantykiem. To tutaj w początkach XX wieku państwo Sheedy, najbogatsi ludzie w okolicy, wznieśli piękny kamienny dom. Lata mijały, majątek się rozproszył, a w starym, powoli niszczejącym domu pozostała już ostatnia przedstawicielka rodziny, wiekowa panna Quennie. 
Chicky Ryan zawsze podziwiała usytuowany na wysokim klifie dom. Jej rodzinę, ciężko pracujących farmerów, od państwa Sheedy dzieliła jednak przepaść społeczna wręcz nie do pokonania. Kiedy dziewczyna skończyła 20 lat wyrwała się ze swojej wsi i wyjechała do Nowego Jorku. Przez wiele lat mieszkała za granicą, do rodzinnego domu przyjeżdżając tylko na kilkanaście letnich dni. Wreszcie Chicky postanowiła wrócić na stałe do Stoneybridge. Od panny Queenie odkupiła Kamienny Dom i po gruntownym remoncie otworzyła w nim pensjonat...

Maeve Binchy to zmarła w 2012 roku irlandzka dziennikarka i pisarka, a "Dom nad klifem" to jej ostatnia powieść, która, dzięki wydawnictwu WAB, pojawiła się w księgarniach kilka tygodni temu.

"Dom nad klifem" to historia kilku osób, których los zetknął w tytułowym budynku - Chicky, jej siostrzenica Orla, która zajęła się  gotowaniem i szeroko pojętą komputeryzacją przedsięwzięcia (od zakupów, poprzez księgowość, na promocji kończąc) oraz Rigger (kierowca, manager, dostawca warzyw i ogólnie człowiek do wszystkiego) stanowią zgrany zespół, chociaż początkowo niewiele wskazywało na to, że im się powiedzie. Każde z nich wchodziło w to pensjonatowe przedsięwzięcie z bagażem doświadczeń, z własnymi kłopotami i niezałatwionymi sprawami z przeszłości, wreszcie uważali (przede wszystkim Orla), że to tylko chwilowe zajęcie, przystanek na drodze dalszej kariery.

Kiedy wreszcie Chicky udaje się otworzyć pensjonat czeka ją i jej współpracowników największy egzamin - pierwsi goście... Do pensjonatu przybywa ich dziesięcioro - właściwie wszyscy znajdują się tu trochę przypadkiem - spóźniony samolot, problemy w pracy, nietrafiony prezent od współpracowników, nagroda pocieszenia w prasowym konkursie to tylko część przyczyn, które rzuciły te kilka osób do niewielkiej wioski nad oceanem. Z dal od zgiełku i codzienności będą mieli okazję przemyśleć wiele spraw, czegoś się o sobie dowiedzieć i być może coś zmienić. Goście i pracownicy pensjonatu mogą się nawzajem obdarować czymś bardzo cennym - uwagą, chwilą rozmowy, innym spojrzeniem na bieżące kłopoty. I tylko od nich samych będzie zależało czy z tej możliwości skorzystają.

Powieść czyta się właściwie jednym tchem, chociaż próżno by w niej szukać jakichś dramatycznych i spektakularnych zwrotów akcji. Życie w pensjonacie toczy się w miarę spokojnie, żeby nie powiedzieć jednostajnie. Największym atutem tej książki są kreacje bohaterów - z ich radościami i smutkami, z sukcesami i problemami. Autorka udowadnia, że czasem trzeba bardzo niewiele żeby życie odzyskało sens, a jasne określenie swoich potrzeb pomoże uniknąć nieporozumień i wzajemnych pretensji.

I tak jeszcze na koniec dodam - nie zdarzyło mi się jak na razie odwiedzić Irlandii (ale nie tracę nadziei na tę podróż) chociaż bardzo bym chciała. A opisy miejsc, przyrody, ludzi, ziemi i morza, które serwuje autorka tylko to marzenie o podróży na Zieloną Wyspę umacniają...

sobota, 28 marca 2015

Kim ty jesteś, Vango Romano?

Timothee de Fombelle to francuski pisarz o którym po raz pierwszy usłyszałam trochę ponad miesiąc temu, a na dzień dzisiejszy jestem już po lekturze jego wszystkich wydanych w Polsce książek... Jak na razie wydawnictwo Znak emotikon zaserwowało nam trzy powieści tego autora (o dwóch z nich piszę TUTAJ i TUTAJ), ale wierzę, że już wkrótce pojawią się kolejne - tym bardziej, że książka o której kilka zdań znajdziecie poniżej jest pierwsza z trzytomowego cyklu.

Akcja "Vango. Uciekaj albo giń" toczy się w Europie, w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Bohaterem jest młody, około dwudziestoletni chłopak Vango Romano. 
Poznajemy go w kwietniowy dzień 1934 roku w Paryżu. Przed katedrą Notre Dame rozpoczyna się własnie uroczystość święceń kapłańskich, a on jest jednym z kleryków, którzy mają je otrzymać. Niestety uroczystość zostaje przerwana przez oddział policji pod dowództwem komisarza Boularda, który chce aresztować Vanga. Chłopiec posiada pewne umiejętności, dzięki którym udaje mu się wymknąć stróżom prawa, ale okazuje się, że problemy z policją to nie jedyny jego kłopot. Ktoś próbuje go zamordować, więc chłopak musi przez cały czas mieć się na baczności. Jest ledwie kilka osób, którym może zaufać.
Vango przemieszcza się niemal po całej zachodniej Europie próbując uciec przed grożącym mu niebezpieczeństwem. Nie ma pojęcia, dlaczego i przez kogo jest prześladowany - wydaje się, że klucz do rozwiązania tej zagadki kryje się w jego przeszłości. Niestety, jedyna osoba, która mogłaby rzucić światło na pochodzenie Vanga straciła pamięć...

Historia Vanga i jego ucieczka stała się dla autora książki doskonałym pretekstem do ukazania szaleństwa, które narodziło się w tamtym okresie w Niemczech i już za kilka lat miało ogarnąć całą Europę. Jednym z bohaterów książki jest Hugon Eckener, niemiecki inżynier i lotnik, twórca sterowców "Graff Zeppelin" i "Hindenburg", który trafił pod obserwację rosnącego w siłę gestapo. Eckener był osobą bardzo popularną w Niemczech w okresie międzywojennym (miał m.in. całkiem realne szanse zostać kanclerzem w 1932 roku, ale zrezygnował, gdy dowiedział się, że Hindenburg będzie się starał o reelekcję), a ponieważ nigdy nie wstąpił do partii nazistowskiej stał się niemal automatycznie niewygodny dla nowego reżimu.
W książce jest zresztą więcej postaci historycznych - spotkamy tu m.in. Józefa Stalina i jego córkę Swietłanę, a w epizodzie w paryskim teatrze pojawił się genialny rosyjski kompozytor Sergiusz Prokofiew.

Akcja książki jest niezwykle dynamiczna, wydarzenia następują po sobie tak szybko, że nie ma wręcz czasu na złapanie oddechu i uporządkowanie nadmiaru wrażeń. Autor stworzył szereg ciekawych postaci, którym czytelnik może kibicować i o których bezpieczeństwo może się bać. Dodam, że zdarzyło mi się trzymać kciuki nawet za kogoś, kto niekoniecznie stał "po dobrej" stronie...
Autor stosuje liczne retrospekcje - główny wątek obejmuje okres od kwietnia 1934 roku do marca roku 1936, ale co jakiś czas akcja przenoszona jest o kilka, a nawet kilkanaście lat wstecz.

Ponieważ książka jest pierwszą częścią cyklu zrozumiałe jest, że nie znajdziemy w niej wyjaśnienia wszystkich spraw i rozwiązania wszystkich dotyczących Vanga zagadek. Wydaje mi się wręcz, że jest ich nawet więcej niż na początku powieści. Jeśli dodać do tego, że zakończenie jest tak skonstruowane, że kilku kluczowych bohaterów znajduje się w sytuacji co najmniej niekomfortowej (żeby nie powiedzieć, że grozi im poważne niebezpieczeństwo), to nie ma się co dziwić, że mam nadzieję, że kolejna część tej historii pojawi się w miarę szybko...

Serdecznie polecam tak młodym, jak i starszym czytelnikom.

środa, 25 marca 2015

Romans w słonecznej Toskanii

Gemma Jericho jest lekarką i pracuje na ostrym dyżurze w jednym z nowojorskich szpitali. Mieszka z nastoletnią córką Olivią i kotem imieniem Sindbad, a na niedzielne obiady jeździ do matki. Ojciec Olivii odszedł zanim dziewczynka się urodziła, a rodzaj pracy Gemmy nie sprzyjał nawiązywaniu romantycznych znajomości. Był co prawda w jej życiu pewien aktor, ale wspomnienia o nim są dla pani doktor zbyt bolesne.
Gemma jest Amerykanką w trzecim pokoleniu, bo jej dziadkowie przybyli do Nowego Jorku z niewielkiej wsi w Toskanii. I właśnie teraz, po prawie pięćdziesięciu latach do matki Gemmy przychodzi list z rodzinnej wioski. Miejscowy proboszcz, który od kilku lat poszukiwał śladów jej rodziny pisze, że w Bella Piacere oczekuje na nich spadek. Starsza pani postanawia jechać do starego kraju, a w podróż zabiera córkę i wnuczkę. Lato spędzone wśród wzgórz Toskanii wywróci ich życie do góry nogami... 

Elisabeth Adler jest autorką kilkunastu książek i jedną z bardziej rozpoznawanych autorek tzw. "literatury kobiecej" na świecie. Parę lat temu miałam "fazę" na jej powieści, przeczytałam wszystko co było dostępne w naszej bibliotece i dosyć miło wspominam te lektury, bowiem to romanse, ale nie do końca typowe.
Oczywiście para głównych bohaterów przyciąga się od pierwszego wejrzenia ale po drodze muszą pokonać różnorakie trudności aby wreszcie żyć długo i szczęśliwie. Jednak oprócz tych romantycznych perypetii w książkach Adler jest coś jeszcze - czasem kryminał, czasem sensacja, albo, jak w przypadku "Lata w Toskanii", podróż po najpiękniejszych zakątkach Europy.
Gemma początkowo chce się wykręcić od podróży do Włoch, ale wreszcie ulega matce i zakochuje się w tym kraju od pierwszego wejrzenia. Rzym, Florencja, toskańskie wioski i miasteczka, wreszcie wybrzeże Amalfi na południe od Neapolu - Gemma, a my razem z nią, podziwia piękno przyrody i zabytki, oraz poznaje prawdziwą włoską kuchnię pachnącą świeżą bazylią, rozmarynem i dojrzewającymi w gorącym słońcu pomidorami.

"Lato w Toskanii" to lekka, sprawnie napisana opowieść. Zakończenie jest przewidywalne, bo to w końcu romans, ale zanim Gemma i jej "Michał Anioł z Long Island" powiedzą sobie sakramentalne "TAK" czeka ich sporo perturbacji.
Chociaż zasadniczo romansów nie czytuję, to akurat Elizabeth Adler lubię i mogę polecić z całą odpowiedzialnością.

wtorek, 24 marca 2015

Makabryczna wyliczanka

Sam i Amy - dwójka młodych ludzi wracających z koncertu w deszczową noc. Próbują złapać stopa, jednak kolejne auta mijają ich nawet nie zwalniając. Wreszcie ktoś sie nad nimi zlitował - zatrzymał się przy nich van, za którego kierownicą siedziała sympatyczna kobieta. Poczęstowała ich gorącą kawą z termosu i to była ostatnia rzecz jaką zapamiętali. Obudzili sie jakiś czas później w nieczynnym basenie do nurkowania. Zniknęły ich wszystkie rzeczy. Na posadzce znaleźli tylko naładowany pistolet i telefon. Tajemniczy głos w słuchawce oznajmił im, że tylko jedno z nich wyjdzie stąd żywe - do nich należy decyzja kto kogo zastrzeli. Młodzi ludzie jeszcze nie wiedzą, że jakąkolwiek decyzję podejmą obydwoje przegrają...

"Ene, due , śmierć" to debiutancka powieść M.J. Arlidge'a. Autor jest producentem telewizyjnym i pracuje w BBC. Jego powieść właściwie od razu zyskała status bestselleru w Wielkiej Brytanii, prawa do jej publikacji zakupiło ponad 20 krajów, a u nas w Polsce ukazała się kilka tygodni temu nakładem wydawnictwa Czwarta Strona.
Książka jest pierwszym tomem cyklu, którego główną bohaterką jest inspektor Helen Grace, rozwiązująca wraz ze swoimi podwładnymi mroczne i nieco makabryczne kryminalne zagadki.

Jak na pierwszy tom cyklu przystało, oprócz śledztwa i poszukiwania seryjnego przestępcy (bo porwanie Amy i Sama to dopiero początek) czytelnik będzie miał możliwość poznania prowadzącej śledztwo policjantki.
Helen Grace to świetny fachowiec - odpowiedzialna, oddana swojej pracy, lubiana przez podwładnych i doceniana przez przełożonych. Jest pracoholiczką, właściwie nie ma życia prywatnego, aczkolwiek nie narzuca takiego stylu pracy swojemu zespołowi. Wymagająca, sprawiedliwa i lojalna, stara się pomóc ofiarom przestępstw, a nie tylko odbębnić powierzone jej śledztwo.
Jednak to tylko część prawdy o niej. W życiu Helen jest jakaś tragiczna tajemnica, która nie daje jej spokoju... Być może przy okazji prowadzonego śledztwa uda się uchylić rąbka tajemnicy i odkryć jakie demony z przeszłości nękają panią inspektor.

Światowej sławy reżyser Alfred Hitchcock powiedział kiedyś, że "film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć". To zdanie (gdyby zmienić pierwsze słowo) jak ulał pasuje również do książki Arlidge'a - już pierwszy rozdział, kilka zdań opisujących przebudzenie Amy i Sama w miejscu ich uwięzienia, wprowadza w nastrój grozy, który będzie towarzyszył czytelnikowi do samego końca. Autor umiejętnie buduje napięcie, podrzuca kolejne tropy, które mogą (ale wcale nie muszą) pomóc w rozwiązaniu sprawy i powolutku, po niewielkim fragmencie odkrywa prawdę o życiu i przeszłości Helen.

Mocną stroną powieści jest kreacja bohaterów, którzy nie są żadnymi herosami, co więcej mają sporo wad i problemów, podejmują błędne decyzje, ale starają się stać "po dobrej stronie". Należy również wspomnieć o stylu autora - widać, że Arlidge związany jest z branżą filmową. Jego opisy są niezwykle plastyczne i realistyczne. Nie epatuje może przesadnie okrucieństwem, ale nie boi się pokazać ludzi w sytuacjach ekstremalnych - wygłodzonych, brudnych, pozbawionych nadziei, kiedy żądza przeżycia bierze górę nad człowieczeństwem. Uczciwie przyznaję, że jest w tej książce kilka bardzo drastycznych scen, więc nie polecam osobom o słabszych nerwach i zbyt rozbujałej wyobraźni. I jeszcze jedna uwaga - zdecydowanie nie nadaje się ta książka do czytania przy jakimkolwiek jedzeniu...
Ale reszcie wielbicieli kryminałów jak najbardziej polecam - świetna książka.

A mnie pozostaje czekać na kolejną odsłonę przygód inspektor Grace. 

sobota, 21 marca 2015

Szwarc, mydło i powidło, czyli notka o wszystkim i o niczym

Miałam takie piękne plany, żeby pisać tak chociaż co drugi dzień, tym bardziej, że byłoby o czym. Jednakże życie się na mnie uwzięło i funduje mi rozmaite przypadłości (najczęściej chorobowo-rodzinne), a jak już wydawało się, że wszystkie możliwości pechowe zostały wyczerpane to przywaliło z drugiej strony. Znaczy się z zawodowej. Bo oto zawisło nade mną (i nad całym naszym gimnazjum) złowrogie widmo ewaluacji zewnętrznej. Kto nauczyciel, ten wie o co mi chodzi, kto nie wie, niech się cieszy, że nie musi tego paskudztwa przechodzić. Produkuję aktualnie jakieś papierzyska nikomu na nic nie potrzebne, zastanawiam się co może być w ankietach, które będzie trzeba wypełniać i noszę się z zamiarem ofiarowania gustownej świecy św. Judzie Tadeuszowi (któren jest, jak wiadomo, patronem od spraw beznadziejnych), żeby mnie nie wylosowano do hospitacji...

A tu się tyle dzieje w naszym blogowym zakątku. Chociażby dyskusje nad naszą blogerską przyszłością i nad jej ewentualnym rozwojem. Wyłapałam trzy wpisy - Szyszki, Oisaja i Elenoir, ale pewnie jest tego więcej. Na razie nie mam głowy do zmian (i prawdę mówiąc nie bardzo widzę potrzeby takowych), ale jak się w pracy gorący okres przewali, a mój młodszy siostrzeniec będzie miał chwilę czasu, to może coś z wyglądem pokombinujemy? Chociaż mnie się te niebieskości bardzo podobają.

No dobra, ponarzekałam, a teraz się pochwalę - kupiłam sobie na urodziny kilka powieści, przede wszystkim "Do trzech razy Natalie" Olgi Rudnickiej i odrabiam się z "recenzyjnymi" książkami, żeby zobaczyć co wymyśliły Sucharskie. Bardzo jestem ciekawa :)


Czytałam ostatnio do posiłków (wiem, że to nieelegancko, ale nie umiem się odzwyczaić) "Wnuczkę do orzechów" - najnowszy tom "Jeżycjady" Małgorzaty Musierowicz. Książka ma różne opinie, chociaż wydaje mi się, ze przeważają te w tonie negatywnym. Mnie się raczej podobała, chociaż mało w niej mojej ulubionej Gabrysi. Momentami wesoła, chwilami nostalgiczna historia Dorotki Rumianek i jej znajomości z dwoma przedstawicielami najmłodszego pokolenia Borejków (właściwie to już nie Borejkowie, tylko Stryba i Pałys) toczy się leniwie jak gorące wakacyjne dni, przerywana od czasu do czasu burzą z piorunami (nic dziwnego, skoro stałym elementem krajobrazu jest Ida z Borejków Pałysowa). Jedno mnie jednak w tej książce drażniło, a mianowicie Ignacy Grzegorz. Już w poprzednich tomach był postacią wzbudzającą we mnie mieszane uczucia, ale tam był jeszcze dzieckiem, a młodocianemu wiele można wybaczyć. Jednak teraz IG jest dorosłym facetem, studentem historii sztuki a zachowuje się jak ostatnia rozmemłana łajza... Małe Rojki są dojrzalsze od niego.Jakim cudem Gabrysia,rozsądna i rzeczowa, wychowała takiego niezgułę? Czekam na sugestie;)

Byłam w tym tygodniu dwa razy w kinie - raz z dzieckiem własnym na "Osiedlu bogów", kolejnej  (tym razem animowanej) odsłonie przygód Asterixa i Obelixa, a raz z dzieckami cudzymi na "Disco Polo".


Film pierwszy serdecznie polecam - tak dzieciakom, jak i ich rodzicom. Galowie w formie, Rzymianie też, Julek Cezar momentami demoniczny (ach, Piotr Fronczewski to ma cudny głos...) - ogólnie fajne i bawiliśmy się świetnie.



Co do filmu drugiego - to przyznaję, że też się całkiem nieźle bawiłam. Początki disco polo świetnie pamiętam, bo w latach 90-tych była już osobą całkiem dorosłą, więc trochę liczyłam na taką podróż w przeszłość. No, wspominek może wiele nie było, ale i tak sporo symboli tamtych lat wyłapałam.

Już po obejrzeniu filmu poszperałam w necie na okoliczność recenzji i szczęka opadła mi z wrażenia. Ja odebrałam film jako pastisz, satyrę na polską wizję "amerykańskiego snu", zabawę konwencją i możliwość pokazania fenomenu muzyki, która pomimo spychania jej gdzieś zupełnie na bok i wręcz udawania, że wcale nie istnieje, ma się całkiem dobrze i cały czas się rozwija (w sensie, że wciąż powstają nowe zespoły). Tymczasem niektórzy recenzenci doszukują się w tym filmie jakiejś misji i filozofii,mało nie porównują z "Idą" czy "Bogami" - no w tym drugim przypadku można ewentualnie porównywać kreacje aktorskie Tomasza Kota czy Piotra Głowackiego. W jednym z artykułów (bodajże z "Wyborczej") autor pastwi się nad tekstami piosenek i odsyła ich twórców na konsultacje do polonisty ze szkoły oraz bije na alarm, że dzieci powinno się chronić przed tego typu muzyką. Chyba szanowny pan dziennikarz nie ma dzieci, bo jakby miał to by wiedział, że one raczej disco polo nie słuchają, tylko hip-hop i rap. A tak przy okazji - już chyba wolałabym, żeby Piotrek wracając ze szkoły wył "Ja uwielbiam ją" niż "Hera, koka, hasz", bo tej zaangażowanej pieśni nauczył się ostatnio od kolegów i z dumą ją zaprezentował w domu. Rozmowa była długa i poważna...

środa, 18 marca 2015

Zmroziło mnie (pomimo plusowej temperatury za oknem...)

Nie od dziś wiadomo, że jeżeli w powieści mamy dwóch równorzędnych głównych bohaterów, to najlepiej skonstruować ich na zasadzie przeciwieństw. Z zasady tej skorzystał Remigiusz Mróz tworząc prawniczy tandem w swojej najnowszej powieści pt. "Kasacja".
Tak więc mamy tu:
  • kobietę i mężczyznę
  • nowicjusza i prawnika z ustaloną pozycją zawodową
  • osobę dobrze sytuowaną i taką, która musi żyć oszczędnie
  • wielbiciela krwistych befsztyków i ich przeciwnika (aczkolwiek nie wegetarianina)
  • słuchacza hip-hopu i kogoś kto zdecydowanie woli rocka...
Różnice pewnie by można jeszcze długo mnożyć, ale już po tych kilku przykładach widać, że Joanna Chyłka, gwiazda kancelarii prawniczej Żelazny & McVay, oraz przydzielony jej pod opiekę aplikant Kordian Oryński zupełnie do siebie nie pasują. Nie mają jednak czasu na analizowanie dzielących ich różnic, bowiem jest sprawa do wygrania.
No, może nie do końca do wygrania. Właściwie to całkiem nie do wygrania i tylko etyka zawodowa oraz fakt, że ojciec oskarżonego jest jednym z najważniejszych klientów kancelarii sprawiają, że Joanna Chyłka ze swoim podopiecznym się nią zajmują.

Dowody są jednoznaczne - oskarżony przebywał w swoim mieszkaniu przez kilka dni w towarzystwie zwłok dwójki zamordowanych młodych ludzi. W domu nie było śladów obecności innych osób, a na narzędziach zbrodni były tylko odciski palców oskarżonego.
Właściwie tylko cud mógłby uratować go przed dożywociem.
Wygranie takiej "niewygrywalnej" sprawy popchnęłoby mocno karierę zawodową pani adwokat, a i dla zaczynającego w zawodzie Oryńskiego byłoby świetlanym punktem w CV...

"Kasacja" trzyma w napięciu od pierwszych stron właściwie do samego końca. Oskarżony jest synem znanego biznesmena, więc media interesują się przebiegiem procesu oraz uczestniczącymi w nim osobami. Zainteresowanie okazują również przedstawiciele przestępczości zorganizowanej, więc chwilami bywa bardzo niebezpiecznie, a prawnicy mogą się naocznie przekonać jakie długie ręce ma mafia. 
Konrad jest jeszcze idealistą, który wierzy w prawo i sprawiedliwe wyroki, natomiast Joanna pozbyła się już złudzeń. Przy wydawaniu wyroku bardziej niż sprawiedliwość liczy się umiejętność przekonywania do swoich racji oraz szukanie nawet najdrobniejszego uchybienia w postępowaniu drugiej strony. Autor (prawnik z wykształcenia) opisuje procedury okołoprocesowe, ale robi to w tak interesujący sposób, że zupełnie nie nudzi. Jednak prawniczy światek przedstawiony w powieści nie nastraja szczególnie optymistycznie... 

Remigiusz Mróz ma niewątpliwy talent nie tylko jeśli chodzi o tworzenie napięcia i prowadzenie akcji. na pochwałę zasługuje też warstwa językowa. Zadanie było o tyle wymagające, że Kordian i Joanna zupełnie inaczej mówią w pracy, a zupełnie inaczej w okolicznościach prywatnych. To młodzi ludzie (podobnie jak autor książki) więc literacka polszczyzna często ustępuje przed wyrażeniami slangowymi. Obydwoje są inteligentni i mają poczucie humoru, więc ich rozmowy pełne są rozmaitych odniesień do literatury i sztuki, celnych ripost i żartów (czasem, co trzeba uczciwie przyznać, na dosyć niskim poziomie...).

"Kasacja" to ciekawa, dobrze napisana książka po którą warto sięgnąć.

niedziela, 15 marca 2015

Strzeż się klątwy skrzywdzonej dziewczyny

Parę lat temu, przy okazji lektury pierwszego tomu "Cukierni pod amorem" obiecałam sobie solennie nie brać do ręki książek pani Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk w środku tygodnia. Niestety, w ubiegły czwartek złamałam to postanowienie, wzięłam się za najnowsze jej dzieło i nie odpuściłam, póki nie doczytałam do końca. Zeszło mi do drugiej nad ranem. Najgorsze, że o szóstej trzeba było wstać do pracy...

Akcja "Fortuny i namiętności" przenosi nas w wiek XVIII. Jest luty 1733 roku. Na winnickim rynku ginie młoda dziewczyna oskarżona o czary. To wydarzenie, wcale nie takie znów rzadkie w tamtych czasach, będzie miało ogromny wpływ na życie kilkunastu osób...
Tymczasem do należącego do kasztelana Tadeusza Jandźwiłła zamku w Turowie zjeżdżają się goście. Powodem zjazdu jest ślub  kasztelanki Cecylii Jandźwiłłówny z saskim urzędnikiem Nepomucenem Marią Lange. Na wesele przybywa między innymi rodzina cześnika Floriana Żelskiego. Pan Florian liczy, że w czasie uroczystości uda mu się porozmawiać z kasztelanem na temat przyszłości swojej córki Zofii, która już od ponad roku pozostaje we wdowieństwie i najwyższy czas aby rozejrzeć się dla niej za nowym mężem. Nikt nie zdaje sobie sprawy, że miecznikowa Zofia z Żelskich Niezgodzka od lat jest potajemnie zakochana w Janie, starszym synu kasztelana. 
Radosną uroczystość zakłócają wieści z Warszawy - zmarł najjaśniejszy pan August II Wettyn. Szykuje się więc elekcja, a sprawy prywatne muszą ustąpić miejsca wielkiej polityce...

"Klątwa" to pierwsza część cyklu "Fortuna i namiętności", której kontynuacja pt. "Zemsta" ma się ukazać w przyszłym roku. I to jest moi drodzy właściwie jedyna wada tej książki, bo autorka zadbała o trzymające w napięciu zakończenie...

Już swoimi poprzednimi książkami (cykle "Cukiernia pod amorem" i "Podróż do miasta świateł") Małgorzata Gutowska-Adamczyk udowodniła, że potrafi pisać o przeszłości. Bo jej powieści to co prawda fikcja literacka, ale osadzona w realiach historycznych. Tak jest i tym razem - bohaterowie uczestniczą w sejmie konwokacyjnym, a następnie w elekcyjnym, Cecylia Lange jest świadkiem walk na ulicach Warszawy pomiędzy zwolennikami Stanisława Leszczyńskiego i Fryderyka Augusta Wettyna (znanego bardziej jako August III Sas), a jednego z jej braci losy rzucą do oblężonego przez Rosjan Gdańska.
Ale oprócz wydarzeń z naszej historii odmalowuje autorka rzeczywistość tamtych czasów - coraz większy bezrząd, sprzedajność arystokracji, bezwolność rzesz szlacheckich i bezprawie panujące na prowincji, gdzie wola miejscowego magnata więcej znaczy niż prawomocny wyrok sądu.

Ogromnym atutem tej książki są kreacje jej bohaterów - dumny i okrutny Jandźwiłł, jego samowolna i namiętna córka, nie mający własnej woli synowie, intrygant Strasz, karierowicz Lange, odważny choć w gorącej wodzie kąpany podstarości Hadziewicz, nieco naiwny i bardzo kochliwy zbójca Rabiński, rozsądna i mająca własne zdanie miecznikowa Niezgodzka, można by jeszcze wiele wymieniać. Świat szlachecki ukazany w "Klątwie" jest barwny i zróżnicowany - są tam i ludzie godni szacunku i tacy, którzy dla własnej korzyści oddaliby duszę diabłu. Jak wszędzie tak i tutaj istnieje pewien podział na tych dobrych i tych złych, ale nie jest to jakieś stałe zaszeregowanie, bowiem bohaterowie ewoluują a kolejne wydarzenia mają wpływ na ich decyzje i poglądy. Pomimo ważnych wydarzeń politycznych, których są świadkami, życie bohaterów książki toczy się wokół spraw codziennych, a jego głównym napędem są pieniądze i uczucia...

Na koniec jeszcze słów parę na temat warstwy obyczajowej. Małgorzata Gutowska-Adamczyk włożyła sporo pracy w odtworzenie warunków życia w tamtym okresie. Opisy podróży, przyjmowania licznych gości, świąt i uroczystości rodzinnych, obyczajów, strojów, religijności, warunków życia w zamku i szlacheckim dworku, potrzeba liczenia się z każdym groszem pomimo posiadania pewnego majątku dają współczesnemu czytelnikowi obraz egzystencji w pierwszej połowie XVIII wieku. A wszystko to napisane piękną polszczyzną, chociaż zdarzają się tu i ówdzie grubianizmy - no, cóż nie wszyscy bohaterowie otrzymali staranne wykształcenie, więc nie dziwota, że nie prezentują wysokiej kultury wypowiedzi czy obyczajów.

Serdecznie namawiam do lektury tej powieści. A sama zaciskam zęby i rozpoczynam odliczanie do premiery drugiej części.